wywiady

Z Airis String Quartet nie tylko o Rzeszowskiej Jesieni Muzycznej

Bardzo interesujący, piąty koncert X Rzeszowskiej Jesieni Muzycznej odbył się 16 października 2026 roku w Kościele pw. Św. Jacka – Bracia Dominikanie. Wystąpił świetny Airis String Quartet uznawany obecnie za jeden z najciekawszych polskich kwartetów smyczkowych młodego pokolenia. Kwartet jest zdobywcą wielu nagród na międzynarodowych konkursach, laureatem stypendiów i programów dotacyjnych. Ma na swoim koncie liczne nagrania płytowe, prawykonania, współpracę z wybitnymi artystami i kompozytorami, edukację w prominentnych ośrodkach muzycznych w Europie..

Przed rozpoczęciem tego koncertu spotykam się z paniami tworzącymi Airis Quartet: Aleksandrą Czajor-Kowalską i Grażyną Zubik – skrzypaczkami i założycielkami zespołu oraz altowiolistką Malwiną Tkaczyk. Zespół wystąpi w pełnym składzie z wiolonczelistą Michałem Dąbkiem. Wszyscy czujecie się młodzi, ale niedługo pewnie zaczniecie myśleć o okrągłym jubileuszu. Zespół rozpoczął działalność, kiedy panie Aleksandra i Grażyna jeszcze studiowały.

Aleksandra Czajor – Kowalska: Może nie w najbliższych miesiącach, ale faktycznie za dwa lata obchodzić będziemy 20-lecie działalności.

Pamiętam Wasze pierwsze koncerty w Przemyślu. Od początku działalności zespołu były panie zafascynowane muzyką współczesną. Te odważne skoki na głęboką wodę przyniosły zespołowi sukcesy w konkursach i uznanie publiczności.

Grażyna Zubik: Pochodzę z Przemyśla i dobrze pamiętam te koncerty. Wykonywałyśmy wtedy bardzo nowoczesne utwory, które wymagały nie tylko umiejętności gry na instrumentach. Często trzeba było także używać głosu: mówić, krzyczeć, śmiać się głośno, a do tego jeszcze grać.

Z pewnością na Wasze osiągnięcia miała wpływ nie tylko nauka na studiach instrumentalnych w Akademii Muzycznej w Krakowie.

A. Cz. K.: Studiowałyśmy także na Universität für Musik und darstellende Kunst w Wiedniu w ramach studiów podyplomowych w klasie Johannesa Meissla, w Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach w ramach studiów podyplomowych w klasie prof. Piotra Szumieła, przez rok w European Chamber Music Academy (ECMA), studiowałyśmy też w ArtEZ Conservatorium w Zwolle w Holandii. Studia w tych różnych ośrodkach ogromnie wpłynęły na nasz rozwój.

Będąca z nami altowiolistka pani Malwina Tkaczyk jest członkiem Airis Quartet od kilku lat.

Malwina Tkaczyk: W 2018 roku zostałam zaproszona do wykonania jednego projektu z Airis String Quartet, a od 2019 roku gram w tym zespole na stałe.

Wiem, że niedługo, będzie Was można usłyszeć, po dłuższej nieobecności także na Przemyskiej Jesieni Muzycznej, która rozpocznie się 22 października i potrwa miesiąc.

A. Cz. K.: Wystąpimy nawet podczas dwóch koncertów. 8 listopada odbędzie się koncert w wykonaniu Airis String Quartet, a 9 listopada towarzyszyć będziemy pianiście Mateuszowi Zubikowi w wykonaniu Kwintetu fortepianowego Roberta Schumanna. Podczas naszego koncertu odbędą się dwa prawykonania utworów: Aleksandry Bilińskiej- "Dziennik pisany w pociągu podmiejskim" na kwartet smyczkowy i taśmę oraz kompozycja, która czekała na prawykonanie kilka dobrych lat, bo powstała w 2020 roku. To utwór współczesnego amerykańskiego kompozytora Clarka Nicholsa - "Upheavals of thought" na kwartet smyczkowy. Wcześniej nagrywaliśmy jego utwór na mandolinę i kwartet z wybitnym wirtuozem tego instrumentu Alonem Sarielem. Kompozytor zainspirowany współpracą wkrótce skomponował dla nas  kwartet . Przez pandemię i inne perturbacje prawykonanie musiało poczekać i odbędzie się dopiero 9 listopada w Przemyślu. To jest przepiękny utwór, a w dodatku kompozytor obiecał przyjechać do Przemyśla, aby być na swoim prawykonaniu. Podczas tego koncertu nie zabraknie też klasyki, bo zagramy Mozarta I Pendereckiego. Mówię tak, bo dla nas Kwartet smyczkowy nr 3 „Kartki z nienapisanego dziennika” Krzysztofa Pendereckiego jest to już także klasyka oraz nieodłączny element naszegp repertuaru koncertowego..

Rozmawiamy o tym, co będzie na początku listopada, a za chwilę rozpoczynie się też bardzo interesujący koncert w ramach X Rzeszowskiej Jesieni Muzycznej u Dominikanów w Rzeszowie.

M. T.: Dzisiaj usłyszą Państwo w naszym wykonaniu: Kwartet smyczkowy nr 3 „Kartki z nienapisanego dziennika” Krzysztofa Pendereckiego, kompozycję Caroline Shaw - „Entr’acte” na kwartet smyczkowy – to kompozycja bardzo ciekawa korespondująca z akustyką tego kościoła, a koncert zakończy Kwartet smyczkowy g-moll op 10 Claude Debussy’ego.

Ile utworów Airis String Quartet do tej pory prawykonał?

A.Cz.K.: Liczyłam ostatnio i pamiętam. Do tej pory prawykonaliśmy 44 utwory.

Pewnie ostatnie miało miejsce w Sanoku podczas XXXV Festiwalu im. Adama Didura. Nie mogłam niestety być na tych koncertach i bardzo żałuję.

A. Cz. K.: Sanok jest dla nas miejscem szczególnym, ponieważ wracamy tam co rok, aby wykonać nagrodzone w Konkursie Kompozytorskim im. Adama Didura kompozycje. W tym roku zostałyśmy poproszone, aby zostać dłużej.
25 września przed spektaklem baletowym została wręczona nagroda przyznana w Konkursie Kompozytorskim, którą otrzymał młody kompozytor Piotr Pudełko za „Impresję miłosną” na baryton , którą wykonał Patryk Wyborski i Airis String Quartet.
W następnym dniu, ze wspaniałym francuskim klarnecistą Pierre Génisson, który zażyczył sobie, aby wystąpić z naszym kwartetem i wspólnie wykonaliśmy dwa kwintety – Mozarta i Webera oraz aranżacje arii z najsłynniejszych oper Mozarta.

Czy z solistą francuskim spotkaliście się dopiero w Sanoku?

M. T.: Z Pierrem tak właśnie było, że spotkaliśmy się dzień przed koncertem, co i tak było sukcesem.

G. Z.: Jest to muzyk dosłownie rozchwytywany i jego grafik koncertowy jest zawsze zapełniony, ale tym razem mieliśmy prawie cały dzień na przygotowanie i odbyliśmy także długą rzetelną próbę dzień przed koncertem. Był czas i dobrze zdążyliśmy się poznać. Bardzo sobie to cenimy, bo nie zawsze mamy taki komfort.

Czy można powiedzieć, że Airis Quartet żyje z koncertów?

A. Cz. K.: Niestety, nie można tak powiedzieć i jest to chybe generalnie zjawisko niełatwe do osiągnięcia w Polsce..Są pkresy w roku, gdy tych koncertów grywamy bardzo .dużo, jak na przykład teraz, gdy jest ich 9 w ciągu 2,5 miesiąca i możnaby rzeczywiście z tego żyć, ale bywają także okresy gdy jest ich mniej. i wtedy bardzo pomocne jest zabezpieczenie innym zatrudnieniem. Każda z nas jeszcze uczy, udziela się pedagogicznie w Akademii Muzycznej w Krakowie i w szkołach muzycznych, grywamy w orkiestrach.. Mamy ten komfort, że nie jesteśmy uzależnione wyłącznie od działalności w zespole. To daje nam ogromną wolność decyzyjną ielastyczność przy dokonywaniu wyborów, w jakie projekty chcemy się zaangażować i bardzo to sobie cenimy. Gramy to co chcemy i ile chcemy mając czas na dobre przygotowanie i przeżycie każdego z wydarzeń.

Kwartet może się także pochwalić nagraniami płytowymi.

G. Z.: Mamy cztery płyty, na których w stu procentach są nasze nagrania: „Hartman” – płyta poświęcona twórczości Karla Amadeusa Hartmana, płyta z kompozycjami Łukasza Pieprzyka powstała we współpracy z „Amadrums Trio”, oraz dwie płyty z poezją śpiewaną nagrane z zaprzyjaźnionym zespołem „Nocą umówieni”. Sporo nagranych przez nas pojedynczych utworów znalazło się na płytach . Mamy w planie kolejne nagrania.

Bardzo często współpracujecie z innymi muzykami.

A. Cz. K.: Zawsze nas inspirowało dołączenie do jednego organizmu, którym jest kwartet smyczkowy, drugiego organizmu w postaci solisty, duetu czy większego zespołu. To jest wspaniała wymiana doświadczeń i inspiracji wzajemnych. Gramy często z pianistami, innymi instrumentalistami, śpiewakami, chórami, zespołami wokalnymi… Z każdej współpracy wynosimy nowe jakości. Często po zagraniu nowego projektu współpraca przeradza się w kontynuację. Tak jak pani powiedziała, często brakuje przed koncertem czasu, żeby dobrze się poznać przed koncertem, zawsze się staramy, żeby magia stworzyła się nie na jedno krótkie spotkanie, ale żeby wracać do relacji z innymi muzykami.

Myślę, że równie ważna jest harmonia, która jak sądzę panuje pomiędzy Wami. Czy spieracie się czasami podczas przygotowań repertuaru?

M. T. : Oczywiście, że tak. Myślę, że to nie byłoby zdrowe gdybyśmy zawsze się zgadzały.

G. Z.: Trudno byłoby znaleźć cztery jednomyślne osoby w każdej sekundzie. Na styku różnych sporów powstają kreatywne rzeczy.

Jaki wpływ na wykonawców ma podczas koncertu publiczność?

A. Cz. K.: Gramy dla publiczności, ale oczywiście jej wpływ jest duży i trudny wcześniej do przewidzenia. Czasem rodzaj aktywności w komentarzach, a najczęściej zdarza się coś czego się nie spodziewamy.

G. Z.: Czasem podczas prawykonań utworów są ogromne zaskoczenia. Muzyka rządzi się swoimi prawami, nawet czasem powiedziałabym „dzikimi” prawami, wychodzącymi poza standardowy kanon piękna muzycznego, ale zawsze jest to przyjęte z entuzjazmem. Nawet jeżeli gramy coś, co jest kontrowersyjne na współczesny sposób, to odbiór jest zawsze pozytywny. Uczą się dwie strony – my i publiczność.

A. Cz. K.: Zawsze staramy się, jaka by to nie była muzyka, przyjazna dla publiczności, czy też trudna, to chcemy ją bardzo autentycznie i szczerze oddać. To jest chyba klucz do tego, że publiczność odbiera zawsze naszą energie i nasze zaangażowanie. Zawsze staramy się wejść w tą muzykę, tak jak aktor wchodzi w rolę. Nie da się wykonać muzyki i być bezdusznym, bezosobowym. Nawet jeśli to jest coś niezwykle skomplikowanego, albo ciężko nam poczuć, bo przecież są takie dzieła, w które trudno jest wejść, zawsze staramy się przełamać wszelkie bariery i dojść do tego, co autor miał na myśli.

M.T.: Często jest tak, że jest wysoki próg wejścia w utwór, a potem okazuje się, że kompozycja w trakcie koncertu staje się dla nas wykonawców jasna i piękna.

Czy często kompozytorzy nowych utworów przyjeżdżają na prawykonanie swoich dzieł?

M. T.: Często. Zarówno my, jak i publiczność lubimy jak kompozytor przed wykonaniem opowie o utworze. Pomimo, że w programach często jest zawsze coś napisane, jednak jak kompozytor powie kilka słów, to odbiór dzieła przez publiczność jest zupełnie inny.

G. Z.: Te słowa kompozytora muszą zabrzmieć koniecznie przed wykonaniem dzieła. Publiczność widzi człowieka, który włożył w tworzenie swój talent oraz serce i jest bardziej przychylna.

Jak długo współpracujecie ze Stowarzyszeniem Polskich Muzyków Kameralistów?

A.Cz. K.: Od kilku lat. Występowałyśmy na poprzednich edycjach i w tym roku na festiwalu Krakowski Salon Muzyczny. Na Rzeszowskiej Jesieni Muzycznej występujemy po raz pierwszy, ale współpracujemy ze Stowarzyszeniem jako jego członkowie oraz dokonujemy nagrań, które są potem dostępne audio-video. Stowarzyszenie jest bardzo prężne i ma szeroki zakres działalności, do której zaprasza członków. Dla nas jest to bardzo ważne.

W weekendowe popołudnia i wieczory, zwłaszcza w październiku, w świątyniach odbywają się różne nabożeństwa. Czy było wystarczająco dużo czasu na próbę?

M.T.: W Kościele Dominikanów w Rzeszowie występujemy po raz pierwszy. Mieliśmy jedną próbę i okazję aby oswoić się z akustyką wnętrza świątyni, która nie jest łatwa, ale myślę, że jak publiczność zajmie miejsca, zmieni się na lepsze.

A. Cz. K.: Może nie było dużo czasu, ale wykorzystaliśmy go maksymalnie i jeszcze mamy chwilę na oddech przed koncertem, na przygotowanie mentalne, muzyczne i przebranie się.

Już niedługo rozpocznie się koncert w ramach X Rzeszowskiej Jesieni Muzycznej, 8 i 9 listopada Airis String Quartet zaprasza na koncerty Przemyskiej Jesieni Muzycznej. Później, aby Was usłyszeć trzeba będzie pojechać dość daleko.

G. Z.: Tak, ale serdecznie zapraszamy do Ostravy albo do Warszawy.

A. Cz. K.:: Te koncerty wykonamy z duetem akordeonowym Accosphere . Program wypełni muzyka XXI wieku – dwa prawykonania oraz utwory, które zostały dla nas napisane wcześniej.
Informacje o naszych koncertach pojawiają się na naszej stronie internetowej, Facebooku, fanpage, Instagramie… Każdy, kto jest zainteresowany naszą działalnością znajdzie tam wszelkie szczegóły.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Zofia Stopińska

Polish Cello Quartet – koncert w ramach X Rzeszowskiej Jesieni Muzycznej

       Serię koncertów odbywających się w Kościele pw. Św. Jacka - Bracia Dominikanie, w ramach X Rzeszowskiej Jesieni Muzycznej, rozpoczął znakomity Polish Cello Qartet w składzie: Tomasz Daroch, Wojciech Fudala, Krzyszytof Karpeta i Adam Krzeszowiec.
        Kościół wypełnił się publicznością, która z wielkim zainteresowaniem słuchała i nagradzała gromkimi brawami znakomite kreacje utworów.
        Zespół tworzą znakomici muzycy, którzy studiowali w polskich akademiach muzycznych oraz w renomowanych ośrodkach kulturalnych Europy: m.in. w Kolonii, Mannheim, Augsburgu i Brukseli. Każdy z nich ma w dorobki liczne nagrody konkursów wiolonczelowych i kameralnych. Artyści preferują demokratyczny model współpracy na scenie. W ramach składu regularnie wymieniają się poszczególnymi partiami – pozwala na to specyfika kwartetu wiolonczelowego. Dzięki temu brzmienie zespołu i interpretacje utworów są różnorodne.
          Podczas koncertu w Rzeszowie dali wspaniały popis swych umiejętności. Już wykonaniem pierwszego utworu podbili serca publiczności i to zafascynowanie muzyką trwało aż do końca koncertu.
          Miałam szczęście spotkać się z artystami przed koncertem i rozmawiać z panami Krzysztofem Karpetą i Adamem Krzeszowcem.

Jak powstał zespół Polish Cello Quartet

Krzysztof Karpeta: W 2011 roku, wspólnie z Tomaszem Darochem postanowiliśmy wrócić z zagranicznych studiów do Polski i rozpocząć działalność artystyczną Wtedy już wiedzieliśmy, że będziemy chcieli kontynuować to, z czym mieliśmy styczność podczas studiów za granicą – czyli zespoły wiolonczelowe i od razu zrodziła nam się idea założenia zespołu. Zbiegło się to w czasie z zamówieniem stworzenia zespołu na jeden z koncertów Festiwalu Wratislavia Cantans w 2011 roku. Wykonywaliśmy wówczas utwór Pawła Szymańskiego, a do współpracy zaprosiliśmy Wojtka Fudalę i wtedy jeszcze Roberta Fendera, bo Adam Krzeszowiec wtedy jeszcze studiował za granicą. Już po tym koncercie wiedzieliśmy, że będziemy chcieli nadal tworzyć zespół wiolonczelowy. Parę miesięcy później zagraliśmy koncert już z Adamem Krzeszowcem. Od tej pory występujemy pod nazwą Polish Cello Quartet.


Wywodzicie się z Polski południowo – zachodniej.

K.K.:Wojtek, Adam i ja tak, natomiast Tomek pochodzi z okolic Łodzi.
Miejscem spotkań jest chyba Wrocław.

Adam Krzeszowiec: Tak, ale to w ciągu lat się zmieniało. Aktualnie ja jestem związany najbardziej z Katowicami, a koledzy Krzysztof. Tomasz i Wojtek są z Wrocławia. Z Katowic do Wrocławia jest niedaleko.

Jesteście związani z Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu. 

A.K.: Od 2014 roku jesteśmy zaproszeni do współpracy jako zespół w rezydencji Narodowego Forum Muzyki i od 12 lat reprezentujemy NFM. Dwóch z nas jest także koncertmistrzami orkiestr. Tomasz Daroch jest koncertmistrzem orkiestry NFM Leopoldinum, a Wojciech Fudala jest zastępcą koncertmistrza w Orkiestrze Symfonicznej NFM.
Pewnie trudno pogodzić jest to wszystko: wszyscy jesteście pedagogami, kameralistami, zapraszani jesteście jako soliści …

K.K.: Wymaga to od każdego z nas bardzo dobrej organizacji wszystkich obowiązków. . Związani jesteśmy z uczelniami w Katowicach, Wrocławiu i Łodzi. Do tego dochodzi działalność koncertowa, kameralna i solistyczna oraz symfoniczna.

Z jakim repertuarem najczęściej występujecie?

K. K.: Na początku działalności staraliśmy się grać utwory skomponowane na kwartet wiolonczelowy i do dziś pilnujemy tej sfery. Ciągle poszukujemy literatury na cztery wiolonczele w oryginale, a także są dla nas pisane kompozycje. W ostatnich piętnastu latach robiliśmy transkrypcje utworów, nawet sięgaliśmy po muzykę rozrywkową, jazzową i improwizowaną. Sięgaliśmy nawet po piosenki Jerzego Wasowskiego i Jeremiego Przybory. Dbamy jednak, aby grać jak najwięcej utworów skomponowanych na cztery wiolonczele.
Przez ostatnie parę lat, naszą propozycją w repertuarze były transkrypcje utworów Fryderyka Chopina, które cieszyły się wielkim powodzeniem. Było to nawiązanie do tradycji z czasów Chopina, kiedy transkrypcje jego utworów fortepianowych także były bardzo popularne i Chopin je akceptował.

Wiem, że w repertuarze macie sporo utworów skomponowanych wyłącznie dla Was i większość z nich została już nagrana.

A.K.: To prawda. W ostatnim miesiącu nagraliśmy kolejny utwór, napisany dla nas przez włoskiego kompozytora i wiolonczelistę Giovanniego Solimę, który skomponował dla nas utwór na cztery wiolonczele i orkiestrę kameralną. Premiera będzie dopiero w przyszłym roku kalendarzowym, ale wcześniej współpracowaliśmy z: Arturem Zagajewskiem, Piotrem Mossem, Mikołajem Góreckim, czy Annelies Van Parys.
Mieliśmy bardzo ciekawe premiery związane z naszym tournée w Azji. W Hongkongu graliśmy z kwartetem i kwintetem instrumentów chińskich. Koncerty odbywały się w ramach współpracy Narodowego Forum Muzyki z Orkiestrą Instrumentów Chińskich z Hongkongu. Graliśmy utwory polskiego kompozytora Tomasza Skweresa oraz kompozytora chińskiego. Było to bardzo ciekawe doświadczenie.
Utwory zostały zarejestrowane. Niedawno wykonywaliśmy je również w Polsce. Chińscy muzycy przyjechali do Polski i koncertowaliśmy w ramach Międzynarodowej Akademii Wiolonczelowej, którą od czternastu lat organizuje Polish Cello Quartet. Utwory zostały także nagrane i niedługo można ich będzie posłuchać w mediach społecznościowych.

Na Podkarpaciu koncertujecie dość rzadko.

A.K.:Tak, ale graliśmy w Rzeszowie oraz w Przemyślu w różnych składach ii bardzo miło wspominamy te koncerty. Dlatego cieszymy się na zaproszenia z tych stron, bo czujemy wielką życzliwość publiczności, a ponadto tutaj jest pięknie.

K.K.: Trzeba jeszcze dodać, że jesteśmy zapraszani do prowadzenia warsztatów w szkołach muzycznych waszego regionu. Macie świetnych nauczycieli i zdolną młodzież. Trzymamy kciuki za młode pokolenia.

Nie tak dawno rozmawiałam z panem Szymonem Krzeszowcem, który wraz ze swoim synem Filipem Krzzeszowcem wystąpili z towarzyszeniem Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Podkarpackiej i zachwycili publiczność wykonując Koncert podwójny a-moll na skrzypce i wiolonczelę Johannesa Brahmsa. Pan Szymon jest Pana bratem. Miałam przyjemność poznać Waszego ojca . który parę lat wcześniej niż ja ukończył Szkołę Muzyczną II stopnia w Rzeszowie.

A.K.: To prawda. Mamy w tych stronach jeszcze dalszą rodzinę.

K.K.: Pamiętam jak na początku naszej działalności mieliśmy próby w domu rodzinnym Adama i na jednym z obrazów zobaczyłem inicjały mojego wujka, który do dziś mieszka w Łańcucie. Byłem zaskoczony, że zobaczyłem ten obraz przypadkowo w domu rodziców Adama. Świat jest jednak mały.

Program koncertu, który za chwilę wykonacie będzie bardzo różnorodny i w większości publiczność usłyszy je po raz pierwszy.

.K.K.: Bardzo ciekawe utwory z XX i XXI wieku. Na koniec wykonamy utwór Sculpture Artura Zagajewskiego. Który może być troszkę szokujący dla publiczności, ale mamy doświadczenie z tym utworem, że pomimo tego szoku akustycznego, bo będziemy w nietypowy sposób wykorzystywać instrumenty – preparować je również i każdy odbiera go w inny sposób, ma inne wyobrażenia o nim. Sculpture został zainspirowany architekturą Sagrada Família w Barcelonie.
Zabrzmi też muzyka Arvo Párta, znanego na całym świecie kompozytora, który zatytułował swój utwór Fratres i nawiązuje on do braterstwa (jesteśmy w świątyni Braci Dominikanów). I kompozycje bliższe klasycznej muzyce: Suita w dawnym stylu op.40 „Z czasów Holberga” Edwarda Griega w transkrypcji na wiolonczele opracowanej specjalnie dla nas. Rozpoczniemy utworem, który pojawił się na naszej pierwszej płycie „Discoveries”

Co czeka Polish Cello Quartet w najbliższym czasie?

A.K.:Przed nami bardzo intensywny okres pracy nad nowym repertuarem i od stycznia rozpoczynamy serie nowych koncertów po całym świecie, bo rozpoczniemy koncertem w Narodowym Forum Muzyki, premierą utworu dla nas napisanego, premierą utworu, który odnaleźliśmy i nikt go chyba nie wykonywał od lat 30-tych XX wieku oraz transkrypcją utworu Pulcinella w opracowaniu Gregora Piatigorskiego, a na zakończenie wystąpimy wspólnie ze znakomitym wiolonczelistą Raphaelem Wallfischem, który będzie gościem Narodowego Forum Muzyki. Później będzie europejskie tournée, bo wystąpimy w Bukareszcie, Madrycie i w katedrze św. Piotra w Beauvais. Niedaleko Paryża.
Zapowiadają się intensywne miesiące.

Jak zwykle jeszcze wszystkich czekają zajęcia ze studentami i koncerty w innych składach.

K.K.: Ja jeszcze planuję koncerty muzyki dawnej moją żoną pianistką. Będę grał na violi da gamba.

Spoglądają Panowie na zegarki, bo niedługo koncert i trochę czasu trzeba na przygotowanie. Dziękuję za rozmowę i mam nadzieje, że niedługo będzie okazja usłyszeć Was ponownie.

A. K. i K. K.: My także mamy taką nadzieję.

Zofia Stopińska

Muzyczne powroty w rodzinne strony

        Inauguracja 72. Sezonu artystycznego odbyła się 9 października, ale w tym roku Filharmonia Podkarpacka zorganizowała także kilka bardzo ciekawych koncertów przed oficjalnym rozpoczęciem sezonu. Odbyły się one nie tylko w Rzeszowie, ale także w miejscowościach na terenie naszego województwa w ramach projektu „Przestrzeń otwarta dla muzyki”, a finansowane były z budżetu Województwa Podkarpackiego.

       Pragnę teraz powrócić do koncertu, który odbył się 25 września tego roku w Filharmonii Podkarpackiej, bo tego koncertu nie można pominąć. Pierwszą część wypełniły dzieła Johannesa Brahmsa: Uwertura Akademicka op. 80 i Koncert podwójny a-moll op. 102, a po przerwie publiczność wysłuchała Symfonii nr 36 C-dur „Linzkiej” Wolfganga Amadeusa Mozarta. Orkiestrą Symfoniczną Filharmonii Podkarpackiej dyrygował Noam Zur, a partie solowe Koncercie podwójnym a-moll wykonali dwaj znakomici muzycy związani z Akademią Muzyczną w Katowicach - prof. dr hab. Szymon Krzeszowiec - skrzypce i jego syn Filip Krzeszowiec – wiolonczela.

       Szymon Krzeszowiec, jest znakomitym skrzypkiem, od 2001 roku prymariuszem Kwartetu Śląskiego, z którym koncertuje na całym świecie. Jest także pedagogiem i prowadzi klasę skrzypiec oraz kieruje Katedrą Instrumentów Smyczkowych w Akademii Muzycznej w Katowicach.

         22 letni Filip Krzeszowiec jest obecnie studentem Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach klasie wiolonczeli Aleksandra Geberta oraz Pernoo School of Musical Performance w Paryżu, w klasie Jérôme Pernoo. Filip Krzeszowiec jest laureatem wielu krajowych i międzynarodowych konkursów wiolonczelowych, w tym zdobywcą pierwszych nagród, a także prowadzi ożywioną działalność koncertową.

         Chcę jeszcze dodać, że Koncert podwójny a-moll na skrzypce i wiolonczelę Johannesa Brahmsa jest rzadko wykonywany, ze względu na trudności techniczne i interpretacyjne w partiach solowych. Potrzebni są dwaj znakomici wirtuozi, którzy potrafią ze sobą współpracować. Idealnymi okazali się panowie Szymon i Filip Krzeszowcowie. Przede wszystkim zachwycali w pojawiających się od początku w części I Allegro partiach solowych i muzycznych dialogach. Należy także podkreślić bardzo dobrą współpracę solistów z dyrygentem i orkiestrą.

       Po tym dość długim, ale moim zdaniem niezbędnym wstępie, zapraszam Państwa na spotkanie z Panem Szymonem Krzeszowcem, z którym      miałam przyjemność rozmawiać w przeddzień koncertu po próbie.

Bardzo Pana proszę, aby na początku rozmowy przybliżył nam Pan historię muzycznej rodziny Krzeszowców, która wywodzi się z Rzeszowa

       Faktycznie nasza rodzina wywodzi się z tych stron. Mój tato, Henryk Krzeszowiec który także przyjechał z nami do Rzeszowa, chodził do Szkoły Muzycznej II stopnia , która jest tuż obok Filharmonii.
       Pamiętam, że jak byłem małym chłopcem przyjeżdżaliśmy tutaj odwiedzać dziadków. Dla mnie każdy przyjazd do Rzeszowa jest powrotem w rodzinne strony i sprawia mi ogromną przyjemność nie tylko ze względów artystycznych, ale także sentymentalnych. Tym razem szczególnie, bo reprezentujemy trzy pokolenia Krzeszowców.

        Tato, który jest pianistą, po ukończeniu szkoły muzycznej II stopnia studiował w Akademii Muzycznej w Katowicach, poznał tam moją mamę, pobrali się i zamieszkali w tym mieście. Dlatego nasza rodzina zaczęła się formułować artystycznie w Katowicach.
       Mam dwóch braci, którzy także są muzykami. Jeden jest flecistą, ja jestem skrzypkiem, a najmłodszy został wiolonczelistą.
       Na estrady zaczyna wchodzić także już następne pokolenie. Mam córkę skrzypaczkę, a syn Filip, z którym wystąpimy wspólnie z Orkiestrą Symfoniczną Filharmonii Podkarpackiej jest wiolonczelistą.

Miło słyszeć, że kolejne pokolenia Krzeszowców decydują się żyć z muzyki.

       Z jednej strony cieszymy się, że nasze dzieci chcą być muzykami, ale mamy także wątpliwości, czy zawód artysty w tym kraju pozwoli nam na godne życie. To nigdy nie był łatwy kawałem chleba, ale patrząc na to co się dzieje w świecie artystycznym można mieć dużo wątpliwości. Nawet jak jesteś bardzo dobrym muzykiem, nie ma pewności, że będzie ci łatwo.
Staram się, aby oprócz mnie mieli swoich muzycznych mentorów i w ten sposób pomagać im w dalszym rozwoju.

Pewnie nie tylko ja, ale wielu melomanów cieszy się na Wasz wspólny koncert, bo Pana syn jest już świetnym wiolonczelistą i odnosi sukcesy.

       Filip jest jeszcze studentem, ale wydaje mi się, że już odnalazł swoje powołanie w muzyce i nie sądzę, żeby coś się zmieniło. Mam nadzieję, że życie go nie zmusi, bo gra na wiolonczeli to jego pasja.

Wykonają Panowie z naszą orkiestrę pod batutą Noama Zura Koncert podwójny a-moll Johannesa Brahmsa, to przepiękny utwór, ale bardzo wymagający zarówno dla solistów, jak i orkiestry.

       Tak, tym bardziej, że po raz pierwszy go wykonamy podczas koncertu. Do tej pory sięgaliśmy po inne utwory. Rzadko też mamy okazję grać razem.

Pana działalność artystyczna toczy się w trzech nurtach: występy solowe, kameralistyka oraz pedagogika, która według mnie także ma ścisły związek życiem artystycznym.

       Od studiów związany jestem z Akademią Muzyczną w Katowicach prawie od trzydziestu lat, bo w 1997 roku ukończyłem studia, w następnym roku rozpocząłem pracę w macierzystej uczelni. Także niedawno obchodziłem jubileusz pracy w Kwartecie Śląskim, bo od połowy września 2001 roku jestem prymariuszem w tym zespole.

Kameralistyka przeważa w Pana działalności artystycznej. Czy marzył Pan o tym?

       Kilka wątków na to się złożyło. Bardzo dobrze się czułem w muzyce kameralnej i dlatego czułem potrzebę, a nawet marzyłem o grze w zespole kameralnym. To marzenie być może jeszcze długo by tkwiło w sferze niespełnionych marzeń, ale okazało się , że Kwartet Śląski był w potrzebie, a ja byłem trochę na rozdrożu.
       Byłem zatrudniony na uczelni i miałem trochę solowych angaży, ale nie myślałem o karierze solistycznej. Coraz częściej myślałem, aby przystąpić do egzaminu na koncertmistrza w dobrej zagranicznej orkiestrze i wyjechać z Polski.
       W tym momencie pojawiła się oferta współpracy z Kwartetem Śląskim i udział w koncertach, które już były zakontraktowane. Daliśmy sobie pół roku na poznanie się i po dwudziestu pięciu latach gramy nadal razem.
Znamy się doskonale, spędzamy ze sobą bardzo dużo czasu regularnie ćwicząc.

Sprawuje Pan artystyczną pieczę nad Międzynarodowym Konkursem Skrzypcowym Mieczysława Weinberga w Katowicach.

       Postać Mieczysława Weinberga stała sia bardzo ważna w moim artystycznym życiu, bo już ponad dziesięć lat temu zaczęliśmy w Kwartecie Śląskim studiować jego kameralne dzieła.
Nagle pojawiło się w przestrzeni muzycznej coś nowego i bardzo wartościowego. Weinberg mieszkał w Moskwie i po jego śmierci nikt o nim nie słyszał. Rosjanie traktowali go jako swojego kompozytora, ale on nie dał się zrusyfikować i mówił piękną polszczyzną oraz komponował pieśni do słów polskich poetów.
       Jak odkryliśmy, że Weinberg skomponował 17 kwartetów smyczkowych, to postanowiliśmy je najpierw grać, a później nagrać w komplecie. To była niesamowita przygoda, bo ta muzyka jest fascynująca i dorównuje swą jakością muzyce Szostakowicza czy Bartoka.
Postanowiłem także w podobny sposób zająć się utworami skrzypcowymi Weinberga. Aktualnie nagrywam komplet sonat na skrzypce i fortepian Mieczysława Weinberga.
       Wracając do pani pytania o Międzynarodowy Konkurs Skrzypcowy im. Mieczysława Weinberga, chcę przypomnieć, że pierwsza edycja odbyła się w grudniu 2021 roku w Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach, zaś druga trzy lata później, bo w 2024 roku. Mamy w naszej uczelni doskonałe warunki, aby organizować wielki międzynarodowy konkurs w salach naszej uczelni.
Dodam, że teraz będzie oddany do użytku kolejny nowoczesny budynek przystosowany dla sztuk scenicznych.

Czy Kwartet Śląski działa w ramach jakiejś instytucji kulturalnej?

       Właściwie nie. Kwartet Śląski jest zespołem, który ma swoją markę, ale nie jest związany z żadną instytucją na stałe. Ćwiczymy w Akademii Muzycznej. Trzech z nas jest profesorami w tej uczelni, ale nie jesteśmy zespołem Akademii Muzycznej, Filharmonii Śląskiej, czy innej instytucji. Mamy swoją serię koncertów kameralnych w NOSPR, ale nie można o nas powiedzieć, że jesteśmy związani z tą instytucją.

Wkrótce zespół będzie świętował 50-lecie swojej działalności i jest okazja, aby już teraz wspomnieć o Waszym ogromnym dorobku.

       Kwartet Śląski Istnieje nieprzerwanie od 1978 roku. Nasz repertuar obejmuje ponad 450 utworów kameralnych, z czego około 300 to literatura XX i XXI wieku. Mamy na swoim koncie prawie 150 prawykonań kwartetów smyczkowych kompozytorów polskich i obcych, z czego znaczna część jest nam dedykowana.
       Cieszymy się międzynarodową sławą, koncertując na estradach większości krajów europejskich oraz w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Meksyku, Japonii, Chinach i Korei Południowej. Staramy się, aby w repertuarze każdego koncertu, zwłaszcza zagranicznego znalazło się chociaż jeden utwór polskiego kompozytora: Szymanowskiego, Lutosławskiego, Weinberga, Goreckiego, Pendereckiego…
       Nasz dorobek fonograficzny obejmuje ponad 60 płyt wydanych przez takie wytwórnie, jak: ECM, EMI Poland, Olympia, CD Accord, Chandos, czy Radio Katowice. Nagrania Kwartetu Śląskiego były 26-krotnie nominowane do nagrody „Fryderyka”, a 7-krotnie zespół otrzymał tę statuetkę. Nie brakuje nam ciekawych wyzwań. Na przykład w zeszłym roku wzięliśmy udział w prawykonaniu odkrytego niedawno w bibliotece w Londynie Kwartetu smyczkowego Józefa Kofflera. Ciągle odnajdywane są takie skarby i cieszymy się, że możemy brać udział w odkrywaniu nowej muzyki polskiej.

Zapytam jeszcze na zakończenie o współpracę z Orkiestrą Symfoniczną Filharmonii Podkarpackiej, którą przygotowuje i prowadzi Noam Zur. 

       Pierwszy raz mam przyjemność pracować z tym dyrygentem i bardzo podoba mi się jego kameralne podejście do tego koncertu. Brahms kojarzony jest zazwyczaj z wielką symfoniką, a on zwraca uwagę na co innego i bardzo mi to przypomina pracę nad muzyką kameralną. Dla solistów, którzy muszą się zderzyć z potęgą brzmienia orkiestry symfonicznej, nie zawsze to jest łatwe, a przy takim podejściu jak maestro Zur, mamy duży komfort gry.
       Orkiestra jest w świetnej formie i cieszę się, że po raz kolejny mogę z tym zespołem występować. Grają w nim wychowankowie Akademii Muzycznej w Katowicach. Dobrym moim znajomym z czasów katowickich jest koncertmistrz Robert Naściszewski. Jak spotykam kogoś z kim się kiedyś koncertowało, to czuję się jakbym odwiedzał kogoś z rodziny. To duża przyjemność być w Rzeszowie, zwłaszcza, że partie solowe na wiolonczeli gra mój syn.

Bardzo Panu dziękuję za spotkanie.

        Bardzo mi było miło z panią porozmawiać.

Zofia Stopińska

Z Grzegorzem Manią o 10. Rzeszowskiej Jesieni Muzycznej

Wprost nie chce się wierzyć, że Rzeszowska Jesień Muzyczne odbywa się już po raz dziesiąty. W tym roku będzie to niezwykle różnorodny barwny festiwal. W pierwszy październikowy weekend wypełniony aż trzema koncertami rozmawiam w panem Grzegorzem Manią, pomysłodawcą i szefem artystycznym wszystkich dotychczasowych edycji Rzeszowskiej Jesieni Muzycznej, znakomitym pianistą i pedagogiem.

        Tegoroczny festiwal zbudowany jest na kontrastach: zabrzmi muzyka współczesna i dawna, wystąpią duże składy kameralne i duety z drugiej strony.
Festiwal rozpoczął się od występów duetów. Pierwszy wieczór wypełniły pieśni Mieczysława Weinberga, Szymona Laksa i Romana Ryterbanda podczas którego towarzyszył Pan przy fortepianie Hannie Hipp, cenionej na całym świecie wykonawczyni czołowego repertuaru lirycznego mezzosopranu.

Rozmawiamy 4 pażdziernika, po koncercie, który z pewnością przejdzie do historii wydarzeń artystycznych nie tylko tego festiwalu.

        Konstruując festiwal miałem nadzieję, że tak rzeczywiście będzie. Naszym celem jest zapraszać jak najlepszych muzyków i organizować koncerty kameralne, które pozwalają na bliski kontakt z publicznością, żeby nie tylko można było ich podziwiać podczas koncertów symfonicznych z orkiestrą, ale żeby byli bardzo blisko i to się udało.
        Mamy w tym roku wspaniałe gwiazdy, na czele z Soyoung Yoon, która z pianistą Marcinęm Sikorskim tworzą wspaniały duet.
W pierwszej części słuchaliśmy utworów polskich kompozytorów: rzadko wykonywanej, bo bardzo trudnej V Sonaty op. 54 Mieczysława Weinberga wymagającej maestrii od obojga wykonawców i bardzo się cieszę, że tak znakomici artyści sięgnęli po tę Sonatę.
Równie pięknie zostały wykonane Mity. Trzy poematy na skrzypce i forytepian op. 30 Karola Szymanowskiego.
Płyta z V Sonatą Weinberga, z Mitami Szymanowskiego i z utworami Lutosławskiegp zostały przez Soyoung Yoon i Marcina Sikorskiego utrwalone i niedługo ukaże się płyta

Później kilka koncertów odbędzie się w Kościele Dominikanów w Rzeszowie. Jutro znakomity Polish Cello Quartet.

         Rzadko zdarzają się takie jednoimienne kwartety. Gościliśmy już na festiwalu taki jednoimienny kwartet waltorniowy.
Zapraszając Polish Callo Quartet chciałem pokazać inna ciekawą formację. Cztery wiolonczele o pięknym, niskim, aksamitnym brzemianiu z bardzo ciekawym repertuarem, bo na ten skład jest sporo utworów zaaranżowanych, jak na przykład Suita w dawnym stylu op,40 „Z czasów Holberga” Edward Griega, albo są też utwory oryginalne, powstałe niedawno, a niektóre specjalnie dla tego zespołu i mam nadzieję, że ona także bardzo pięknie zabrzmi w Kościele Dominikanów.

      11 listopada o godzinie 20.00 w Kościele Dominikanów rozpocznie się koncert Zespół Kameralny Extra Sounds Ensemble pod kierownictwem Alicji Śmietany, a program wypełnią dzieła muzyko dawnej – m.in. Francois Couperina i Antonia Vivaldiego.
Bardzo się cieszę także na koncert, który odbędzie się 16 października o 19.00 , także w kościele Dominikanów podczas którego wystąpi Airis String Quartet, a na program złożą się: Claude Debussy - Kwartet smyczkowy g-moll op 10,  Caroline Shaw - „Entr’acte” na kwartet smyczkowy, Krzysztof Penderecki - Kwartet smyczkowy nr 3 „Kartki z nienapisanego dziennika”

       Także w Kościele pw. Św. Jacka odbędzie się 24 października o 19.00 koncert Oktetu wokalnego Art'n'Voices Vocal Ensemble - zespół nagrodzony tegorocznym Fryderykiem. Oktet ten ma swoje indywidualne brzmienie. Wielu kompozytorów pisze specjalnie dla nich, łącznie z członkami zespołu. Bardzo ciekawa muzyka, która w cudownej akustyce kościoła zabrzmi niezwykle.

        Dwa ostatnie koncerty odbędą się w sali Zespołu Szkół Muzycznych nr 1 im. Karola Szymanowskiego w Rzeszowie.
24 października o18.00 wystąpi legenda polskiej wokalistyki Urszula Kryger, która zaśpiewa bardzo ciekawy recital, który wypełnią pieśni: Pauline Viardot , Franza Liszta , a zakończą pieśni Ludomira Różyckiego. Za nagrania tych pieśni Urszula Kryger także otrzymała Fryderyka.
Dzień później zakończymy 10. Rzeszowską Jesień Muzyczną , także w Sali ZSM nr 1 klasycznie, bo wystąpi trio fortepianowe w składzie: Maria Machowska – skrzypce, Magdalena Bojanowicz – wiolonczela, Mischa Kozłowski – fortepian. Artyści wykonają trzy tria: Panufnika, Chaminade i Mendelssohna

Wszelkie informacje o 10. Rzeszowskiej Jesieni Muzycznej znajdą Państwo na stronie : www,spmk.com.pl
Wstęp na wszystkie koncerty jest bezpłatny.

Rzeszowska Jesień Muzyczna to nie jedyne wydarzenie organizowane przez Stowarzyszenia Polskich Muzyków Kameralistów o tej porze roku.

       Ja już w piątek lecę do Stanów Zjednoczonych, gdzie kontynuujemy nasz projekt z polskimi kompozytorami i będziemy prezentować utwory: Mieczysława Weinberga , Szymona Laksa, Romana Ryterbanda. Koncerty odbędą się najpierw w Nowym Jorku i w Houston, a w drugiej części tego projektu wystąpimy jeszcze w Bostonie i New Jersey.
Później, w listopadzie mamy jeszcze festiwal w Warszawie, ale najważniejszy dla nas tej jesieny był festiwal w Rzeszowie. Bardzo się cieszymy, że tegoroczna edycja wyszła nam „na bogato”, bo tak chcieliśmy świętować jubileusz.

Nie sposób w czasie jednej krótkiej rozmowy powiedzieć o równych formach działalności Stowarzyszenia Polskich Muzyków Kameralistów.

        Będą się pojawiać wydawnictwa nutowe, dużo się dzieje na naszym YouTube bo przez całe wakacje były premiery pieśni, bardzo dużo duetów fortepianowych. Jeśli ktoś z Państwa nie może z nami być na festiwalach, to zapraszam też na nasz. YouTube. Będą też interesujące płyty, bo szykujemy parę nagrań pieśni i muzyki kameralnej w ciekawych składach, a przede wszystkim płyta z nagraniami fenomenalnego tria smyczkowego w składzie: Jakub Jakowicz, Katarzyna Budnik, Marcin Zdunik. Urszula Kryger też nagrywa utwory na kolejną płytę i nagrywamy komplet duetów fortepianowych Maurycego Moszkowskiego i te nagrania też pojawią się czasem na YouTube.
Zapraszamy do nas i na media społecznościowe.

Dziękuję za poświęcony mi czas i rozmowę. Polecamy koncerty, które odbyw3ają się w Rzeszowie w ramach 10 Rzeszowskiej Jesieni Muzycznej oraz wydawnictwa Stowarzyszenia Polskich Muzyków Kameralistów.

Zofia Stopińska

Dyrygentura mi spadła z nieba jak grzmot.

     Odbywający się w Sanockim Domu Kultury po raz 35-ty Festiwal Im. Adama Didura obfitował w bardzo ciekawe koncerty i spektakle. Oprócz oratorium, opery, operetki i baletu były recitale wokalne, a także koncert muzyki instrumentalnej wypełniony wariacjami na tematy z oper Mozarta.

      Do wydarzeń festiwalowych z pewnością koncert zatytułowany „Mistrzowskie dzieła, mistrzowskie interpretacje”, w wykonaniu Joanny Moskowicz – sopran i Orkiestry Kameralnej Polskiego Radia Amadeus pod batutą Anny Duczmal-Mróz.

       Pierwszą część koncertu wypełnił przepięknie wykonany przez Orkiestrę Oktet Es-dur op.20 Feliksa Mendelssohna-Bartholdy’ego.

      W części drugiej po Uwerturze do opery „Cyrulik sewilski” Gioacchino Rossiniego Joanna Moskowicz wykonała arię Rozyny Una voce poco fa z I aktu tej opery, a później usłyszeliśmy arię Łucji Regnava nel silenzio z I aktu opery „Łucja z Lammermooru” Gaetano Donizettiego.
Po Prélude z opery „Traviata” Giuseppe Verdiego Joanna Moskowicz zaśpiewała dwie arie z oper tego kompozytora: arię E strano! z I aktu tej opery oraz arię Mercé, dilette amiche z V aktu opery „Nieszpory sycylijskie”.
Na zakończenie zabrzmiały jeszcze Intermezzo Sinfonico z opery „Rycerkość wieśniacza” Pietro Mascagniego,oraz aria  Casta Diva z I aktu opery „Norma” Vinzenzo Belliniego.

       Występy Joanny Moskowicz i Orkiestry Kameralnej Amadeus pod batutą Anny Duczmal-Mróz zostały entuzjastycznie przyjęte. Każda z wymienionych arii była bardzo wymagająca i pełna popisowych fragmentów. Przepiękny sopran koloraturowy, soczysty i mocny w całym rejestrze, technika oraz kunszt aktorski wzbudzały zachwyt. Gorąco oklaskiwana była także Orkiestra i jej szefowa Anna Duczmal-Mróz.
     Miło mi zaprosić Państwa do przeczytania zarejestrowanej po koncercie w Sanoku rozmowy z tą znakomitą artystką.

Większość melomanów jest przekonana, że Pani mistrzem w zawodzie dyrygenta była mama – maestra Agnieszka Duczmal. Tymczasem nie jest to prawda. Miała być Pani skrzypaczką. Czy będąc bardzo młodą osobą marzyła Pani, aby tak jak mama stanąć przed orkiestrą i dyrygować?

      Nigdy o tym nie marzyłam. Dyrygentura mi spadła z nieba jak grzmot. Byłam wtedy studentką w klasie skrzypiec prof. Krzysztofa Węgrzyna w  Hochschule fur Musik und Theater w Hanowerze w Niemczech i grałam w orkiestrze, którą prowadził znakomity japoński dyrygent Eiji Oue jako gość-rezydent.

      Pewnego razu podczas zajęć zapytał czy ktoś z nas chciałby zadyrygować, bo on będzie otwierać klasę dyrygentury. Nie zwróciłam specjalnie na te słowa uwagi, natomiast mój kolega z pulpitu, który wiedział kim jest moja mama, dla żartu podniósł mi rękę. Nie mając innego wyjścia musiałam stanąć na podium. Eiji wręczył mi swoją batutę i powiedział – dyryguj.
Pamiętam, że to była VII Symfonia Beethovena. Na chwilę zamknęłam oczy, bo nie wiedziałam nawet jak mam zacząć ponieważ nigdy tego nie robiłam. Zupełnie zdałam się na instynkt. Pomyślałam – twoja matka robi to całe życie, to na pewno będziesz wiedziała jak zacząć.
       Popłynęła muzyka i w tej chwili, jak usłyszałam siłę i brzmienie wszystkich instrumentów w orkiestrze, pomyślałam, że to jest właśnie to. Same skrzypce nie wystarczą mi, żeby móc przekazać to, co chciałabym w muzyce zbudować. Poczułam, że to jest orkiestra, wir instrumentów, małych składowych, z których każdy składa się na to niesamowite brzmienie. To jest moje powołanie.

Wiem, że podczas studiów założyła Pani orkiestrę kameralną i prowadziła ją Pani.

       Jak zaczęłam studiować dyrygenturę, to założyłam tę orkiestrę, na której ja ćwiczyłam fach dyrygencki. Grali w niej moi koledzy, którzy uczyli się repertuaru orkiestrowego, ponieważ potrzebowali tego, żeby zacząć życie zawodowe w orkiestrach. Graliśmy razem przez całe studia i nawet dużo występowaliśmy. Grając w tej orkiestrze zarabialiśmy na nasze życie. Zaczęliśmy grać dla przyjemności, a potem to się rozwinęło w profesjonalne działania.

Po studiach dyrygenckich wróciła Pani do Polski?

       Jeszcze w czasie studiów zostałam zaangażowana w Filharmonii Narodowej jako asystent maestro Antoniego Wita i przeprowadziłam się do Warszawy. Przez parę lat mieszkałam w Warszawie. Bardzo szybko zaczęłam swoje zawodowe życie. To się zaczęło od Międzynarodowego Konkursu Dyrygentów im. Grzegorza Fitelberga. Po konkursie mimo, że nie dostałam żadnej nagrody, to otrzymałam bardzo dużo ofert i zaproszeń od przeróżnych filharmonii. W zasadzie nie miałam czasu na studia. Jako 23-latka miałam bardzo dużo pracy.

Kilkanaście lat temu zdecydowała się Pani wrócić do Poznania i rozpocząć pracę w orkiestrze, którą założyła i kierowała nią maestra Agnieszka Duczmal.

        Tak naprawdę wróciłam do Poznania w 2011 roku, ale z Amadeusem współpracowałam już od 2009 roku jako drugi dyrygent.

Jak sama nazwa wskazuje jesteście zespołem Polskiego Radia i wynikają z tej przynależności dodatkowe obowiązki.

        Tak, regularnie w ciągu roku mamy nagrania. Utrwalamy głównie utwory polskich kompozytorów. Te nagrania odtwarzane są w programach Polskiego Radia, a także wydawane są na płytach. Orkiestra ma na swoim koncie ponad 60 płyt.. Bardzo się cieszę, że te nagrania idą w świat.

Między innymi dzięki temu Amadeus prowadzi działalność koncertową w większości krajów europejskich oraz w USA, Kanadzie, Meksyku, Brazylii, Kuwejcie, Tajwanie i Japonii, współpracując często ze światowej sławy solistami. To wszystko odbywa się pewnie kosztem życia prywatnego.

        Owszem nagrywamy, często koncertujemy w Polsce i na świecie, ale na wszystko znajdujemy czas. Wszyscy nabraliśmy takiej wprawy w organizowaniu swojego życia prywatnego, że każdy z nas ma normalną rodzinę, wiedzie normalne życie, w które jest bardzo zaangażowany.
Nasi muzycy maja fantastyczny kontakt ze swoimi dziećmi. Jako ludzie czujemy się szczęśliwi i spełnieni.

Pani rodzice, którzy przez prawie całe zawodowe życie związani byli z tym zespołem, byli dobrym przykładem. Z trojga dzieci, dwie córki wybrały zawód muzyka.

        Moja siostra Karolina Jaroszewska – Rajewska jest solistką wiolonczel w Orkiestrze Filharmonii Narodowej w Warszawie i występuje także solowo. Jest znakomitą wiolonczelistką i ma także troje dzieci. Ja mam jedno dziecko. 
        Teraz będąc szefem, tak staram się zaplanować tak koncerty i nagrania, żebyśmy mieli czas na życie prywatne. Pomiędzy wyjazdami trwającymi dłużej, musimy mieć czas na przygotowanie się, żeby rodziny nie cierpiały z powodu naszych wyjazdów.

Chcę jeszcze powrócić do nagrań. Jako pierwsza orkiestra na świecie nagraliście 5-płytowy cykl ze wszystkimi symfoniami kameralnymi Mieczysława Weinberga pod Pani batutą, które wydane zostały przez niemieckie wydawnictwo CPO oraz DUX. Fakt ten został doceniony przez wielu krytyków w Polsce, Niemczech, Francji i Hiszpanii. Płyty otrzymały 3 nominacje do Fryderyków, nominację do nagrody ICMA 2020 oraz hiszpańską nagrodę magazynu Scherzo - „Exeptional”.

        Nagranie tych symfonii zajęło nam parę lat życia tak naprawdę, bo nagrywaliśmy je w odstępach czasu, a przygotowanie każdej z nich, ”wgryzienie” się w charakter, nastój, w to, jak Weinberg chciałby, żeby zabrzmiały. Nie sztuką jest zagrać utwór od pierwszego do ostatniego dźwięku, ale sztuką jest zadbanie, by miało ono nasze życiowe znaczenie. aby było wyjątkowe.

Grając koncerty za granicą staracie się wykonać chociaż jeden utwór polskiego kompozytora. Jak one są przyjmowane?

       Sa znakomicie przyjmowana przez słuchaczy. Zdarza się nawet, że mają oni swoje ulubione utwory. Na przykład w Japonii najczęściej jesteśmy proszeni o wykonanie „Orawy” Wojciecha Kilara.
Takim dziełem jest także Serenada Mieczysława Karłowicza, która zachwyca wszędzie, albo Grażyna Bacewicz. My te dzieła jako Polacy znakomicie czujemy i publiczność zagraniczna to odbiera, widząc jak emocjonalnie je gramy zakochują się w nich.

Ze wzruszeniem przypominam sobie czas, kiedy Orkiestra Kameralna Polskiego Radia Amadeus pod batutą Agnieszki Duczmal często przyjeżdżała na Festiwale im. Adama Didura do Sanoka i zawsze była owacyjnie przyjmowana. Teraz przyjechaliście po dłuższej przerwie.

       Ostatnio byliśmy tu pięć lat temu, podczas 30. Festiwalu. Pamiętam, że odbyło się wtedy prawykonanie Piotra Mossa – „Zmian Pogody” cyklu pieśni na baryton i smyczki do tekstów Janusza Szubera. Niezapomniany Jarosław Bręk wykonał je wtedy genialnie. Wcześniej byłam tu także z moją siostrą i gitarzystą Łukaszem Kuropaczewskim. Także wspaniale zostaliśmy przyjęci.

Jutro wracacie do domów i pracujecie nad następnymi koncertami.

        W tym roku mieliśmy bardzo dużo koncertów i dużo podróżowaliśmy. Mieliśmy też mnóstwo satysfakcji i radości z programów, które wykonywaliśmy. Każdy był magiczny i wnosił wiele w nasze życie. Niebawem mamy Międzynarodowy Konkurs Skrzypcowy im. Henryka Wieniawskiego, podczas którego towarzyszyć będziemy uczestnikom ostatniego etapu. Czekają nas koncerty w Niemczech, podczas których grać będziemy m.in. Serenadę Karłowicza, a w Polsce z Chórem Akademickim Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu wykonamy jedno z moich ukochanych dzieł „Requiem” Gabriela Faure. W grudniu pożegnamy rok „Souvenir de Florence” op. 70 Piotra Czajkowskiego i Adagiettem z V Symfonii Gustava Mahlera. To tylko niektóre z zaplanowanych na ten rok koncertów.

„Orkiestra Kameralna Amadeus okazała się zespołem muzycznym najwyższej jakości. To, co pokazała orkiestra w zakresie czystości intonacji, perfekcji zgrania, zdolności modulowania i lekkości wyrazu, było wręcz genialne.” To fragment recenzji, która ukazała się po koncercie 5 października 1992 roku w Niemczech w Feinfühlige Pianistin faszinierte, “Ruhr-Nachrichten”, Dortmund.
Te słowa można by było powtórzyć po dzisiejszym koncercie w Sanoku. Zarówno po wykonaniu Oktetu Es-dur op. 20 Feliksa Mendelssohna-Bartholdy’ego, jak i po części drugiej koncertu, którą wypełniły arie i fragmenty z oper, a śpiewała znakomita Joanna Moskowicz obdarowana przez naturę przepięknym sopranem.
Agnieszka Duczmal, założycielka i szefowa Orkiestry osiągnęła z zespołem bardzo wysoki poziom, który zaowocował w 1976 roku zdobyciem Srebrnego Medalu Herberta von Karajana na Międzynarodowych Spotkaniach Młodych Orkiestr w Berlinie Zachodnim i przekształceniem zespołu w Orkiestrę Kameralną Polskiego Radia Amadeus.
Taki był Amadeus pod batutą Agnieszki Duczmal i taki jest pod kierownictwem Pani. Muzycy podczas koncertu reagują na każdy gest dyrygenta. Na próbach wszyscy są bardzo zdyscyplinowani.

       To wszystko jest prawda. Przez cały czas bardzo intensywnie pracujemy nad tą dyscypliną, każdy słucha siebie nawzajem. Pracujemy nad tym, żeby w każdej akustyce wykonywane przez nas utwory zabrzmiały tak, jakbyśmy chcieli. Zawsze wychodzimy z tego założenia, że po to razem pracujemy, żeby dać z siebie wszystko. I tak jest. Dlatego udaje nam się utrzymać przez cały czas wysoki poziom.
Dzięki temu po koncercie możemy cieszyć się gorącym przyjęciem publiczności.

       Po dzisiejszym koncercie jesteśmy szczęśliwi, bo od początku towarzyszyły nam płynące z sali dobre fluidy. Nawet brawa, które pojawiły się pomiędzy częściami Oktetu nam nie przeszkadzały, bo doskonale rozumiemy, że emocje często trudno hamować.
Jesteśmy szczęśliwi, że w drugiej części koncertu mogliśmy towarzyszyć pani Joannie Moskowicz, bo to cudowna osoba, zarówno jako artystka i jako człowiek. Praca z nią jest spełnieniem oczekiwań i marzeń o współpracy. Doskonale wie jak technicznie poprowadzić frazę i dla nas wszystko jest jasne jak zagrać, żeby pokazać dźwiękiem to, co ona przekazuje słowami.

       Dziękujemy publiczności za gorące przejęcie, a panu dyrektorowi Waldemarowi Szybiakowi za zaproszenie oraz wszystkim pracownikom Sanockiego Domu Kultury za miłą atmosferę.
Z radością tu wrócimy.

Mam nadzieję, że może na kolejny koncert Amadeusa nie będziemy czekać aż pięć lat.
Bardzo dziękuję za rozmowę.

Zofia Stopińska

Sięgajmy po to, co najlepsze w naszej kulturze

      Zapraszam Państwa na spotkanie z panem Pawłem Przytockim, wybitnym dyrygentem, dyrektorem artystycznym Filharmonii Łódzkiej i wykładowcą Akademii Muzycznej im. Krzysztofa Pendereckiego w Krakowie. Rozmowa została zanotowana podczas przygotowań do koncertu, który odbył się 5 września tego roku w Krośnie w ramach organizowanego przez Filharmonię Podkarpacką programu „Przestrzeń otwarta dla muzyki”.

Bardzo rzadko przyjeżdża Pan do Krosna aby dyrygować koncertem.

      To prawda. Częściej jestem w Krośnie ze względów rodzinnych, niż artystycznych .W Rzeszowie zaś częściej dyryguję. Koncert, który odbędzie się w najbliższą sobotę w Kościele Farnym w Krośnie organizuje Filharmonia Podkarpacka i jest on w całości sfinansowany z budżetu Województwa Podkarpackiego.

Przepiękne utwory zabrzmią podczas tego wieczoru.

       Koncert rozpocznie Adagietto czwarta, najsłynniejsza część V Symfonii Gustava Mahlera. Powszechnie ta część uważana jest za muzyczny list miłosny skierowany do żony Almy. Później zabrzmi Legenda Henryka Wieniawskiego, która nawiązuje do trzeciego dzieła. Partie solowe wykona znakomity polski skrzypek Wojciech Niedziółka.
       Z Orkiestrą Symfoniczną Filharmonii Podkarpackiej wykonamy poemat symfoniczny Stanisław i Anna Oświecimowie Mieczysława Karłowicza, aby podkreślić, że w tym roku przypada 150 rocznica urodzin kompozytora. Jednocześnie w Krośnie urodził się i pochowany jest malarz Stanisław Bergman, który namalował obraz Stanisław Oświecim nad trumną Anny. Obraz ten był dla Mieczysława Karłowicza impulsem do stworzenia wspaniałego poematu. Kopia tego obrazu znajduje się w kaplicy kościoła Franciszkanów, a krypcie grobowej tej świątyni pochowani są Stanisław i Anna Oświecimowie. Zawsze marzyłem, żeby ten utwór zabrzmiał w Krośnie i to będzie pierwsze wykonanie tego poematu w moim rodzinnym mieście.

Warto podkreślić, że z solistą Wojciechem Niedziółką i Orkiestrą Symfoniczną Filharmonii Łódzkiej pod Pana batutą została nie tak dawno nagrana płyta CD z koncertami skrzypcowymi Henryka Wieniawskiego i Zygmunta Noskowskiego. Jestem zachwycona tym nagraniem, zresztą płyta była nominowana do nagrody fonograficznej Fryderyk.

       Ja także jestem bardzo zadowolony z tego nagrania, bo ono w pewien sposób „złamało” wytarte koleiny interpretacji, które powstały wokół Koncertu Henryka Wieniawskiego.

Ponad 40 lat jest Pan dyrygentem Okrągła rocznica minęła niepostrzeżenie..

      Tak, ale nie obchodzę jubileuszy i nie idę w ślady moich kolegów, którzy każde mijające 5-lecie działalności podkreślają serią koncertów. Uważam, że swoją ważność podkreślamy tym co robimy, a nie ilością cyferek i metryką urodzenia.

Tak naprawdę jeszcze w czasie studiów rozpoczął Pan współpracę z Filharmonią Krakowską, później w Teatrem Wielkim w Łodzi, był Pan dyrygentem , a także dyrektorem artystycznym Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku, dyrektorem artystycznym Filharmonii w Łodzi, dyrektorem naczelnym i artystycznym Filharmonii w Krakowie, aktualnie od sezonu 2017/ 2018 jest Pan ponownie dyrektorem artystycznym Filharmonii im. Artura Rubinsteina w Łodzi. Współpracował Pan z większością orkiestr symfonicznych w Polsce oraz często dyryguje Pan orkiestrami symfonicznymi i kameralnymi za granicą.
Zmiany, które nastąpiły w ciągu czterech minionych dekad są ogromne.

       Wszędzie nastąpiły ogromne zmiany. Pamiętam jak do Rzeszowa zaprosił mnie po raz pierwszy pan prof. Józef Radwan. Od tamtego czasu wiele się zmieniło dlatego, że bardzo rozwinęło się szkolnictwo muzyczne. Przez wiele dziesięcioleci w akademiach muzycznych kształcono wyłącznie wirtuozów, którzy po zakończeniu studiów nie stawali się wirtuozami i przeżywali pewien rodzaj degradacji trafiając do orkiestr.
       Gdybym teraz rozpoczynał pracę dyrygencką miałbym łatwiej, bo orkiestry są dużo lepsze. W tamtych czasach członkami orkiestr byli muzycy wykształceni w okresie powojennym i nie było tak wysokiego poziomu jaki jest teraz. To były trudne czasy, zresztą nigdy w tej materii nie było nadmiaru pieniędzy, ale nadmiaru pieniędzy nie ma na całym świecie.
       Nie tak dawno rozmawiałem z muzykiem, który jest członkiem Orchestra dell’Accademia Nazionale di Santa Cecilia w Rzymie i dowiedziałem się, że zarobki muzyków w Rzymie są gorsze od przeciętnych. Przy dużym nakładzie pracy, wysokich kosztach utrzymania w dużym mieście to nie są rewelacyjne pieniądze. W wielu krajach jest podobnie.

Obecnie publiczność z pewnością inaczej niż trzy albo cztery dekady temu, przyjmuje wykonywane na żywo utwory.

        Publiczność została wyedukowana. Młodzi ludzie którzy uczęszczali do szkół podstawowych czterdzieści lat temu i uczestniczyli w audycjach oraz koncertach dla szkół, mają teraz po pięćdziesiąt, sześćdziesiąt lat. Wielu z nich regularnie przychodzi na koncerty symfoniczne czy kameralne do filharmonii, albo do teatrów operowych.
        Powinno się dalej budować przyszłość, bo wiadomo, że poziom zajęć z muzyki w szkołach ogólnokształcących jest dramatycznie słaby. Kiedyś, jak moja córka uczęszczała do liceum, przeglądnąłem podręcznik do nauki muzyki i byłem wprost zdruzgotany. Młody człowiek zdający maturę nie ma zielonego pojęcia o muzyce.
        Powiem więcej, ostatnio przeczytałem, że ponad połowa (prawie 60 %) społeczeństwa polskiego uważa, że ostatnie reformy dotyczące pomocy państwa dla muzyków są niepotrzebne, że tego nie wolno robić, bo to jest wręcz złe. To znaczy, że artyści nie są poważani w społeczeństwie.
Ażeby być poważanym artystą, to trzeba zapełnić Stadion Narodowy (Dziesięciolecia) publicznością, śpiewając marne piosenki z wadą wymowy. Wtedy jest to wielka sztuka.

Większość społeczeństwa jest przekonana, że wszyscy artyści otrzymują takie wynagrodzenia jak ci, których koncerty zapełniają wielkie stadiony i gromadzą tłumy, nie doceniają muzyków, którzy do pracy w filharmoniach i teatrach operowych poświęcają co najmniej szesnaście lat na naukę. Na własnym przykładzie może Maestro potwierdzić.

        Wiele osób jest przekonanych jest, że dyrygent wychodzi na estradę , coś zamacha, ukłoni się i zejdzie. To wszystko. Nie mają zielonego pojęcia, że przygotowanie się do koncertu, to są dziesiątki godzin , czasem kilka lat pracy nad partyturą konkretnego dzieła .

Mało tego. Muzyk rozpoczynający naukę dyrygentury powinien już mieć solidne wykształcenie z zakresu historii teorii muzyki, dobrze grać na jakimś instrumencie…

      Tak było do niedawna. Pewnie się pani zdziwi. W tej chwili, wiem to z autopsji.Na dyrygenturę starają się osoby, które nie grają na żadnym instrumencie lub też zaczynają swoją edukację w tym zakresie.
Dyrygentura staję się rodzajem pewnego baletu połączonego z aerobikiem. Nie ma to nic wspólnego z dyscypliną sztuki.

Jak to możliwe?

        Stało się tak dlatego, że mamy nieustannych „wymyślaczy – reformatorów” i drugie grono etatowych „potakiwaczy”, którzy dają przyzwolenie społeczne na absurdalne reformy w szkolnictwie. To jest także odpowiedź na zadane przez panią pytanie – co się zmieniło.
W latach 70-tych i 80-tych nie do wyobrażenia było, żeby na dyrygenturę zdawał ktoś, kto rozpoczął naukę gry na instrumencie pół roku wcześniej.
To są zmiany, które według mnie idą w złym kierunku. Tego się nie zauważa, a później przechodzi się nad tym do porządku dziennego. Tak się stało i dlatego mówię coraz częściej, że dyrygentura staje się swoistym studium aerobiku.

Chcę jeszcze powrócić do Pana stwierdzenia, że gdyby Pan teraz rozpoczynał pracę dyrygenta, byłoby łatwiej Panu zadebiutować. Myślę, że powiedział Pan tak dlatego, że należy Pan do grona znakomitych dyrygentów i pedagogów, mających olbrzymią wiedzę oraz doświadczenie, którzy nie tylko chcą ją przekazać, ale także wprowadzić młodych ludzi na scenę.

       Od pewnego czasu są specjalne programy dla młodych dyrygent-rezydent, które spełniają ważną rolę i są bardzo pomocne. Chociaż z drugiej strony studenci dyrygentury mają możliwość chodzenia na próby do filharmonii i nie korzystają z tego. Nie doceniają tego, że podczas prób można obserwować pracę dyrygentów z orkiestrą, ale także poznać wiele dzieł , którymi dyrygować będą w przyszłości.
Uważam, że jeśli ktoś chce zostać dyrygentem i czuje pasję – to dyrygentem zostanie, ale jeśli ktoś zamierza robić karierę - nigdy dyrygentem nie będzie, a ilość występów na scenie nie jest miernikiem artyzmu.

Pana działalność artystyczna i praca pedagogiczna łączą się?

      Bardzo się łączą. Jednak odpowiedzialność w pracy pedagogicznej jest dwa razy większa, ponieważ zdają sobie sprawę z tego, że młody człowiek, który zaczyna studiować dyrygenturę, poświęca pięć lat życia na przygotowanie się. Trzeba w tym czasie solidnie z nim pracować i dbać o jego rozwój. Nie można nic przegapić, bo to jest życie młodego człowieka, który jest pełen nadziei i buduje swoją przyszłość. Pedagog powinien zrobić wszystko, żeby ten człowiek nie przeżył rozczarowania, albo nawet frustracji z tego powodu, że zdecydował się zostać dyrygentem. To jest odpowiedzialność za czyjeś życie.

Z moich obserwacji wynika, że orkiestry w ostatnich latach coraz mniejszą uwagę przywiązują do nagrań płytowych, chociaż Orkiestra Filharmonii im. Artura Rubinsteina z Łodzi sporo nagrywa.

      Płyty nagrywa się nie po to, żeby je sprzedawać. Sprzedaż praktycznie nie istnieje. Każdy może sobie dowolne nagranie posłuchać na YouTube Music, Spotify… Na sprzedaży płyt nie można zarobić. Płyty nagrywa się po to, żeby mieć swoją wizytówkę z aktualnym poziomem zespołu.
Płyta zawsze zmusza do pokory. Wymaga tego obecność mikrofonów. Musi być ogromna dyscyplina podczas nagrania. Mikrofon jest bezwzględny – obnaża wszystko. Wszystkim jest to potrzebne, zarówno muzykom jak i dyrygentowi.
      Dobór repertuaru na płytach jest także bardzo istotny bo w pewien sposób określa tożsamość zespołu. Ostatnio skupiłem się na nagraniu na przykład koncertów Emila Młynarskiego, Aleksandra Tansmana, Grażyny Bacewicz, Zygmunta Noskowskiego…
Poprzez repertuar na płytach dookreślamy się jako zespół , pokazujemy profil zespołu. Nie mamy ambicji, żeby nagrać komplet symfonii Antona Brücknera, czy Gustava Mahlera, bo nagrane zostały już wiele razy. Nie wiem, czy jest w Polsce orkiestra, która mogłaby nagrać wszystkie symfonie Gustava Mahlera i spróbować się porównywać z nagraniami na przykład Orkiestry Festiwalowej z Lucerny, czy orkiestr z Wiednia i Berlina.

Ma Pan w tej chwili wpływ na to, co grane jest w Filharmonii Łódzkiej. Stara się Pan, aby programy koncertów wypełniały piękne, ambitne, wartościowe i wymagające utwory.

      Na otwarcie sezonu w Łodzi przygotowujemy Symphonie de chambre i II Koncert fortepianowy Aleksandra Tansmana oraz IV Symfonię Witolda Lutosławskiego.
W październiku zapraszamy na koncert kameralny, podczas którego będziemy świadkami polskiego prawykonania Kwartetu smyczkowego c-moll Pawła Kleckiego.
        Staram się, aby w programach koncertów często były utwory polskich kompozytorów, bo muzyka polska w moim przekonaniu jest najlepszym towarem eksportowym jeśli chodzi o polską kulturę.
Grzechem byłoby nie wykorzystać tej wielkiej wartości, która tkwi w muzyce polskiej i ma wymiar światowy.
       Ostatnio miałem przyjemność dyrygować Koncertem na orkiestrę Witolda Lutosławskiego w stolicy Brazylii i byłem naprawdę dumny z tego, że jestem Polakiem, że mam zaszczyt dyrygować utworem polskiego kompozytora, że na koncercie jest Ambasador RP. Publiczność z ogromną żarliwością i oddaniem dziękowała za ten utwór. Czułem, że dzieje się coś wyjątkowego. Mamy się czym chwalić i sięgajmy po to, co najlepsze w naszej kulturze.

To bardzo dobra puenta naszego spotkania. Bardzo dziękuję za poświęcony mi czas.

      Ja także dziękuję za rozmowę

Zofia Stopińska

,

Z dyrektorem Waldemarem Szybiekiem przed XXXV Festiwalem im. Adama Didura w Sanoku

Czas, który pozostał do rozpoczęcia 35 Festiwalu im. Adama Didura w Sanoku łatwo możemy policzyć w godzinach. Spotykamy się z panem Waldemarem Szybiakiem, dyrektorem Sanockiego Domu Kultury i Festiwalu im. Adama Didura, aby przybliżyć Państwu program zbliżających się wydarzeń i zaprosić na koncerty. Przed nami jubileuszowa edycja.

        Z tego powodu policzyłem czego dokonaliśmy w minionych latach i okazało się, że w ciągu tych 35 lat wystawiliśmy 57 tytułów operowych, 30 baletowych, 20 operetkowych i musicalowych oraz około 200 koncertów muzyki instrumentalnej i wokalno-instrumentalnej. W sumie odbyło się ponad 300 wydarzeń i mamy się czym chwalić. Staraliśmy się, aby Festiwal im. Adama Didura zawsze stał na wysokim poziomie.

Bardzo interesująco zapowiada się także tegoroczna edycja.

       Zaczynamy 19 września , a wcześniej będzie jeszcze 3 dniowe Preludium filmowe – od 16 do 18 września będziemy grali m.in. polski film „Baryton” Janusza Zaorskiego z pierwszoplanową rolą Zbigniewa Zapasiewicza, będzie opera „Aida” transmitowana z Metropolitan Opera… W sumie będzie 6 bardzo dobrych filmów a wszystkich zainteresowanych prosimy o odwiedzenie naszej strony internetowej.

Oficjalne rozpoczęcie festiwalu odbędzie się 19 września o 18.00 w Sali Sanockiego Domu Kultury. W wykonaniu Polskiej Opery Królewskiej usłyszymy wczesne oratorium Georga Friedricha Haendla IL TRIONFO DEL TEMPO E DEL DISINGANNO. Będzie to sceniczna wersja tego rzadko wykonywanego oratorium i bardzo się cieszymy, że utwór wykonany zostanie na naszym festiwalu.

20 września będziemy gościć Krzysztofa Bączyka wschodzącą gwiazdę nie tylko polskiej, ale także światowej wokalistyki. Znakomitemu basowi towarzyszyć będzie Katarzyna Drelich (sopran), a przy fortepianie zasiądzie znakomita Anna Marchwińska. Tego wieczoru usłyszymy słynne arie i duety z oper. Dodam, że Krzysztof Bączyk z wielkim powodzeniem występował już w Covent Garden w Londynie i w mediolańskiej La Scali, a przed nim opera „Aida” Verdiego w Metropolitan Opera w Nowym Jorku. W Sanoku Krzysztof Bączyk kontynuuje tradycje recitali wielkich gwiazd, które odbyły się na przestrzeni minionych lat. Przypomnę, że w tym cyklu występowali już u nas m.in.: Andrzej Hiolski, Bogdan Paprocki, Bernard Ładysz, Aleksandra Kurzak, Tomasz Konieczny, Artur Ruciński i wielu innych światowej sławy śpiewaków.

21 września (poniedziałek), zgodnie z tradycją wieczór z cyklu „Klasyka operetki” i proponujemy mniej znaną operetkę Emmericha Kálmána – Księżna Chicago. Podkreślę, że to będzie sanocka prapremiera tego utworu, a spektakl przygotował Mazowiecki Teatr Muzyczny im. Jana Kiepury.

22 września w cyklu „Mistrzowskie dzieła, mistrzowskie interpretacje” wystąpi znana już sanockiej publiczności Orkiestra Kameralna Polskiego Radia Amadeus pod dyrekcją Anny Duczmal-Mróz. Pierwszą część koncertu wypełni Oktet Es-dur op.20 Feliksa Mendelssohna-Bartholdy’ego, a w części drugiej usłyszymy arie z oper: Giuseppe Verdiego, Gioacchino Rossiniego i Vincenzo Belliniego w wykonaniu Joanny Moskowicz (sopran) z towarzyszeniem |Amadeusa.

23.września zapraszamy na „Międzynarodową Galę Operową” w wykonaniu pięciu absolwentów École Normale de Musique de Paris, pochodzący z Japonii, Stanów Zjednoczonych, Francji i Węgier, których przygotowała Sylvie Valayre znana sopranistka , która kiedyś występowała z Lucianem Pavarottim i Placido Domingo, a obecnie jest pedagogiem śpiewu. Zapowiada się niezwykle atrakcyjny koncert.

Także niezwykle interesujący i oryginalny będzie kolejny wieczór 24.września, ponieważ wykonany zostanie przez artystów Opery Śląskiej w wersji koncertowej Król Roger Karola Szymanowskiego. Na scenie pojawi się chór, orkiestra oraz soliści. Ciekawostką będzie fakt, że chór dziecięcy będzie z Sanockiego Domu Kultury. Mamy nadzieję, że wszystko się uda. Przypomnę, że minęło 100 lat od premiery tej opery, która miała miejsce 26 czerwca 1926 roku w Warszawie. Dodam, że bilety już mamy wyprzedane.

25 września Opera Śląska będzie miała u nas swój Wieczór baletowy. Odbędą się dwa przedstawienia. Pierwsze to Szecherezada Mikołaja Rimskiego-Korsakowa, która już była dwukrotnie wykonana podczas minionych edycji w dwóch różnych aranżacjach, tym razem w reżyserii i choreografii Roberta Bondary. Po przerwie GŁÓD balet na motywach powieści Knuta Hamsuna.

Na finał 26 września proponujemy koncert muzyki kameralnej zatytułowany Wariacje na tematy z oper Wolfganga Amadeusza Mozarta. Solistą będzie słynny klarnecista francuski Pierre Génisson, a towarzyszyć mu będzie zaprzyjaźniony z festiwalem Kwartet Airis. Tak przedstawiają się koncerty 35. Festiwalu im. Adama Didura.

Prawie od początku Festiwalowi towarzyszy Konkurs Kompozytorski im. Adama Didura.


1 września rozstrzygnięty został XXXIV Konkurs Kompozytorski im. Adama Didura. Jury w składzie : prof. Eugeniusz Knapik (przewodniczący), porf. Wojciech Widłak i dr hab. Wojciech Ziemowit Zych , po zapoznaniu się z nadesłanymi partyturami i wnikliwej analizie postanowili przyznać jedną nagrodę w wysokości 4000 zł. Otrzyma ją Piotr Pudełko za utwór Impresja miłosna na baryton z towarzyszeniem kwartetu smyczkowego do słów Bolesława Leśmiana. Przyznano także wyróżnienie w wysokości 2000 zł, które otrzyma Aleksandra Nowak za utwór Cała jestem ze szkła na baryton i fortepian do słów własnych. Wyróżniony utwór zostanie wykonany podczas festiwalu 25 września przed spektaklami baletowymi.

Bardzo ważnym elementem towarzyszącym festiwalom jest Obóz Humanistyczno-Artystyczny.

         Obóz organizowany jest dla dzieci klas 1-3 szkół podstawowych i przygotowuje dzieci do odbioru sztuki. W tym roku wybraliśmy temat „Wszystko wokół Karola Szymanowskiego”. Przygotowaliśmy film i warsztaty, Chcemy przybliżyć przyszłym melomanom postać wielkiego polskiego kompozytora.

Festiwalom towarzyszą także wystawy.

         Tak będzie i w tym roku. Zapraszamy do obejrzenia wystawy słynnego polskiego artysty fotografika Juliusza Multarzyńskiego “Chwilo! Trwaj, jesteś piękna”. Wszystkie fotogramy związane będą ze sztuką baletową.

Czy można jeszcze kupić bilety na wieczorne wydarzenia?

        Wiem, że na „Króla Rogera”, na balet, operetkę bilety są już dawno wyprzedane, ale na koncerty kameralne mogą jeszcze Państwo próbować. Czasami ktoś nie może przybyć na koncert i czasami nawet w ostatniej chwili można kupić bilet.
Zachęcamy do zainteresowania się wszystkimi wydarzeniami XXXV Festiwalu im. Adama Didura w Sanoku, bo wszystkie festiwalowe wieczory w Sanockim Domu Kultury będą piękne. Panu Waldemarowi Szybiakowi dziękują za rozmowę i poświęcony mi czas.

Zofia Stopińska

Z kart historii Festiwalu Bravo Maestro. Wspomnienia Tomasza Strahla

        30. Festiwal Bravo Maestro zakończył się przed tygodniem. W czasie trwania i tuż po zakończeniu tego święta muzyki, mogli Państwo śledzić wszystkie festiwalowe wydarzenia.
Proponuję Państwu jeszcze jedno spotkanie ze znakomitym artystą, który występował w Kąśnej Dolnej na pierwszej edycji festiwalu.

        Pierwszymi osobami, które spotkałam przed koncertem finałowym 30. Festiwalu Bravo Maestro byli panowie Łukasz Gaj, dyrektor Centrum Paderewskiego W Kąśnej Dolnej i prof. dr hab. Tomasz Strahl, jeden z najwybitniejszych współczesnych polskich wiolonczelistów, ceniony solista i kameralista. Od 2024 roku piastuje prestiżowe stanowisko rektora Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie.
Znany jest jako entuzjasta muzyki dawnej, który równie chętnie i z wielkim powodzeniem wykonuje oraz propaguje dzieła kompozytorów współczesnych. Styl jego gry definiuje synteza doskonałości technicznej oraz wrażliwości i śpiewności brzmienia. Krytycy muzyczni i słuchacze cenią go przede wszystkim za wyjątkową kulturę dźwięku i niezwykłą świadomość wykonawczą.
Ponieważ próba już się zakończyła, a było jeszcze sporo czasu do rozpoczęcie koncertu prof. Tomasz Strahl zgodził się na krótką rozmowę.

Mam nadzieję, że pamięta Pan swój pobyt sprzed 30. lat w Kąśnej Dolnej na pierwszej edycji Bravo Maestro.

        Doskonale pamiętam pierwszy festiwal. Zanim się rozpoczął, to już jego legenda ruszyła w Polskę, ponieważ festiwal wyprzedził swoją epokę i wprowadził kameralistykę polską w XXI wiek.
Nikomu wcześniej, ani później nie udało się stworzyć takiej formuły, żeby do jednego tak przepięknego miejsca przyjechała plejada najwybitniejszych polskich skrzypków, altowiolistów, wiolonczelistów i pianistów. Wedy to miejsce wyglądało znacznie gorzej, bo po powojennych zaniedbaniach dworek i jego otoczenie, powoli zaczynały dzięki staraniom gospodarzy, ukazywać swoje piękno.
          Wszyscy ci wybitni soliści, których na co dzień można było spotkać w salach koncertowych, a byli to: Vadim Brodski, Wanda Wiłkomirska, Konstanty Andrzej Kulka, Stefan Kamasa, Krzysztof Jabłoński, Waldemar Malicki, Ewa Pobłocka… Ja wówczas jako młody debiutant dołączyłem do tego grona i byłem po prostu oszołomiony, ale zaszczycony i uradowany. Ten festiwal odegrał też bardzo ważna rolę promocyjną, bo tutaj przyjeżdżała TVP Program II i bywało tak, że godzinę po koncercie oglądaliśmy już relację i krótki fragment tego wydarzenia. Głośno było o Kąśnej w całej Polsce.
         Graliśmy w składach, które nigdy się później nie powtórzyły. Zaistniały tylko tu – na przykład : Waldemar Malicki – fortepian, Wanda Wiłkomirska – skrzypce i Tomasz Strahl wiolonczela, albo Vadim Brodski – skrzypce, Konstanty Andrzej Kulka – skrzypce, Stefan Kamasa – altówka, Andrzej Ratusiński – fortepian.
Ta nowa formuła tego festiwalu była czymś bardzo oryginalnym oraz wielkim i przetrwała aż po dzień dzisiejszy.

Stojąca obok dworu oficyna, w której obecnie podczas festiwalu mieszkają artyści, nie była jeszcze zamieniona na hotel i wszyscy mieszkali dosyć daleko od dworu.

        Pamiętam, że mieszkałem w Ciężkowicach, w domu, w którym wynajmowane były pokoje. Dzisiaj, po tej generalnej odnowie całego kompleksu, nie tylko dworu i hotelu, ale także otaczającego parku, sali koncertowej, parkingu i mostu, wszystko wygląda inaczej. To jest już inny świat.
        Pamiętam, stojącą powyżej dworku starą, opuszczoną szklarnię, w której wystąpili Michał Urbaniak i Janusz Olejniczak. Wtedy zauważyliśmy położoną trochę wyżej niszczejącą stodołę i mówiliśmy: jak by to było fajnie gdyby na miejscu tej stodoły wybudowano salę koncertową. Ale uważaliśmy, że to tylko marzenia, bo przecież to nie może się udać. Po latach okazało się to możliwe i dzisiaj koncerty odbywają się w pięknej, klimatyzowanej Sali Koncertowej Stodoła o bardzo dobrej akustyce.
         Wracając do pierwszych edycji. Pamiętam jak samochody, parkowały tuż za bramą wejściową do parku na trawie. W dworku było bardzo ciasno. Artyści siedzieli tuż przy głównym wejściu do dworku, a dla publiczności przygotowano miejsca na wprost, w salach po bokach i jeszcze na korytarzu. Było tak gorąco, że „można było się ugotować”, W tych warunkach nie można było przestrzegać przepisów przeciwpożarowych. Dzisiaj nikt by na to nie pozwolił.
          Jak tylko przebywali w swoim dworze położonym w pobliskich Lusławicach państwo Pendereccy, to przyjeżdżali do Kąśnej na koncerty. Obecni byli przedstawiciele władz samorządowych. Od początku ranga festiwalu Bravo Maestro była bardzo wysoka.

Początkowo w jedynej zachowanej na świecie posiadłości Ignacego Jana Paderewskiego nie było dobrego fortepianu koncertowego.

         To prawda, ale i ten problem został niedługo rozwiązany, bo obecny na jednej z pierwszych edycji szwajcarski pianista Urus |Ruchti , tak był urzeczony tym miejscem, że natychmiast po przez wyjeździe z Kąśnej, postanowił koncertować w największych miastach Francji, Szwajcarii i Niemiec, a honoraria i wolne datki przeznaczył na zakup fortepianu koncertowego Fazioli dla dworku Paderewskiego w Kąśnej.
          Pamiętam jak pierwsza dyrektor festiwalu pani Anna Knapik uroczyście go otwierała 23 sierpnia, bo wtedy festiwal Bravo Maestro odbywał się od 23 do 31 sierpnia, a Maraton Muzyczny odbył się 31 sierpnia.
Marzeniem każdego młodego muzyka był występ na tym festiwalu u boku najlepszych sławnych artystów. Wielu moich znakomitych kolegów tutaj grało – m.in. Rafał Kwiatkowski, Marcin Zdunik,. Podobnie było z altowiolistami i skrzypkami – grali to \Kuba Jakowicz, Janusz Wawrowski Katarzyna Duda…W ciągu lat rozszerzał się repertuar, pojawiły się koncerty z muzyką jazzową, dawną, były recitale wokalne, koncerty kwartetów smyczkowych. Występowali tutaj wszyscy polscy muzycy, którzy dzisiaj są rozpoznawalni wizerunkowo z imienia i nazwiska. Natomiast pierwsza edycja w 1996 roku była niezwykle elitarna, bo zaproszeni zostali najlepsi muzycy średniego i starszego pokolenia, natomiast z młodych muzyków byłem tylko ja i Lech Bałaban.
           Dla publiczności te koncerty były nie lada gratką, bo z pewnością po raz pierwsze mogła spotkać i posłuchać podczas jednego wieczoru wszystkich sławnych nie tylko w Polsce artystów, a byli to: Wanda Wiłkomirska, Vadim Brodski, Konstanty Andrzej Kulka, Stefan Kamasa, Andrzej Ratusiński, Janusz Olejniczak, Krzysztof Jabłoński, Ewa Pobłocka, i Waldemar Malicki.
           To się organizacyjnie udało w czasach, kiedy jeszcze nie było systemów bankowych, e-maili, telefonów komórkowych.

Ciekawa jestem w jaki sposób organizatorzy zdobywali i kopiowali materiał nutowy.

           Niektórzy coś tam przywieźli, bo pierwsze ustalenia programowe odbyły się wiosną 1996 roku. Niektóre nuty były przysłane z Centralnej Biblioteki Muzycznej i z biblioteki Akademii Muzycznej w Krakowie.
           To było bardzo trudne logistyczne, ponieważ dla kilkunastu muzyków trzeba było przygotować materiały na 5 lub 6 koncertów. Do tego jeszcze na finał czyli \Maraton Muzyczny, gdzie były potrzebne również potrzebne były materiały pisane, bo na przykład Waldemar Malicki miał wtedy swoje pomysły aranżacyjne i też musiał wszystko wcześniej wszystko przygotować.
           Pamiętam jak chyba w 2000 roku dołączył do nas Krzysztof Jakowicz razem z Kubą. Pamiętam, że graliśmy wtedy muzykę węgierską na pograniczu lżejszej muzy.. Ze zdobyciem nut były ogromne kłopoty.

Ja z kolei pamiętam okolicznościowe koszulki z nadrukami Bravo Maestro i szczególnie młodzi melomani zabiegali o zdobycie odpisów wszystkich artystów. Mam nawet zdjęcie, jak maestra Wanda Wiłkomirska, Waldemar \Malicki i Pan występowaliście w tych koszulkach.

           Od pierwszego koncertu w 1996 roku panowała podczas Festiwalu Bravo Maestro nadzwyczajna atmosfera. Publiczność była od początku bardzo zainteresowana i przyjmowała nas gorąco. O tym wydarzeniu było głośno nie tylko w Polsce.

Wiele się zmieniło wokół nas w czasie ostatnich 30 lat.

          To jest zupełnie inny świat, Wypiękniał dworek, mieszkamy w wygodnym hotelu Domu Pracy Twórczej i kawiarnia Maestro, a na miejscu walącej się stodoły stoi piękna Sala Koncertowa Stodoła.
          Jestem zachwycony i składam wyrazy szczerego uznania panu dyrektorowi, władzom samorządowym oraz Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które wydało sporo pieniędzy, żeby jedyna zachowana na świecie posiadłość Ignacego |Jana Paderewskiego, pierwszego premiera niepodległej Polski wróciła do świetności.

Każdego roku pod koniec sierpnia, w czasie festiwalu Bravo Maestro można posłuchać Pana gry w Kąśnej Dolnej

          Zawsze jak był telefon z Kąśnej to rezerwowałem sobie czas na przyjazd, choćby tylko na jeden dzień. |To jest szczególne miejsce. Ten festiwal odegrał ogromną rolę w mojej osobistej karierze (kontakty, koncerty, rozpoznawalność). Także jako muzyk wzbogaciłem się grając z wielkimi mistrzami, a przede wszystkim wystąpiłem w maestrą Wandą Wiłkomirską.
Poznałem tę artystkę jako 5-letnie dziecko, kiedy wystąpiła w Jeleniej Górze na zaproszenie mojego ojca, który był wówczas dyrektorem tamtejszej Orkiestry Symfonicznej.
          Kiedy miałem około 10 lat pani Wanda Wiłkomirska była u nas w domu i musiałem zagrać na wiolonczeli. Nie był to najlepszy występ, bo ja nie byłem cudownym dzieckiem i maestra od razu odkryła, że nie lubię ćwiczyć.
Przypomniałem jej o tym w podczas następnego spotkania w Kąśnej Dolnej i wtedy usłyszałem: „Ja tak do ciebie powiedziałam? To niemożliwe”.
          Puenta była następująca. Maestro Antoni Wit, ówczesny dyrektor Filharmonii Narodowej, zorganizował 11 stycznia 2009 roku uroczyste 80-lecie urodzin Wandy Wiłkomirskiej, bo przecież przez 22 lata wielka artystka była solistką Filharmonii Narodowej. Graliśmy wtedy z Waldemarem Malickim i Kają Danczowską Trio d-moll op. 49 Feliksa Mendelssohna-Barthody’ego w dużej Sali Filharmonii Narodowej. To było moje ostatnie spotkanie z Wandą Wiłkomirską.

Bardzo się cieszę, z dzisiejszego spotkania podczas 30. Festiwalu Bravo Maestro i mam nadzieję na następne. Dziękuję bardzo za wspomnienia i poświęcony mi czas.

           Ja także dziękuję za rozmowę. Do zobaczenia.

Zofia Stopińska

Waldemar Malicki: Granie kameralne jest dla mnie fascynujące.

        Od 21 do 23 sierpnia 2026 roku odbył się 30 Festiwal Muzyki Kameralnej Bravo Maestro organizowany przez Centrum Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. Organizatorzy zaprosili trzech znakomitych artystów, którzy występowali podczas pierwszych edycji festiwalu: Vadima Brodskiego – wirtuoza skrzypiec i dyrektora artystycznego Bravo Maestro, pianistę Waldemara Malickiego, wiolonczelistę Tomasza Strahla.

        Festiwal zainaugurował Vadim Brodski i Orkiestra Arte Symfoniko pod dyrekcją Mieczysława Smydy koncertem zatytułowanym „BRODSKI THE BEATLES”. Drugi koncert zatytułowany „MALICKI PIANO” wykonali Waldemar Malicki i Kwintet Śląskich Kameralistów. Tegoroczną edycję zakończył , podobnie jak poprzednie, „MARATON MYZYCZNY – Dźwięki, które wracają”, a wykonawcami byli: Vadim Brodski – skrzypce, Waldemar Malicki – fortepian, Tomasz Strahl – wiolonczela, zaś gośćmi specjalnymi byli: Margherita Brodski – flet, Julian Brodski – saksofon i Bartłomiej Wezner – fortepian. Koncerty znakomicie prowadziła Regina Gowarzewska.

        Każdego wieczoru sala wypełniona była publicznością, która gorąco oklaskiwała znakomite kreacje i dziękowała wykonawcom owacjami na stojąco.

        Zapraszam Państwa na spotkanie z panem Waldemarem Malickim, jednym z najpopularniejszych pianistów polskich, solistów kameralistów i improwizatorów, artystą, którego wkrótce będziemy oklaskiwać w Rzeszowie.

Rozmawiamy na tarasie kawiarni Maestro mieszczącej się w oficynie dworku Ignacego Jana Paderewskiego w Kąśnej Dolnej, przed finałowym koncertem 30 Festiwalu Bravo Maestro. Był Pan jednym z artystów, którzy występowali tutaj w 1996 roku, podczas pierwszego festiwalu. Proszę podzielić się z nami wspomnieniami z tamtych koncertów.

        Prawdę mówiąc nie pamiętałem już nic, bo to było bardzo dawno. Raczej żyję dniem dzisiejszym, a nie wspomnieniami. Dopiero jak przyjechałem tutaj, to zacząłem sobie przypominać te koncerty, które odbywały się w warunkach można by powiedzieć wojennych, bo tylko niewielka część publiczności widziała wykonawców. My siedzieliśmy w dosyć małej sieni, a publiczność wypełniała wszystkie przylegające do niej pomieszczenia.
Jednocześnie panował niezwykły nastrój, bo występowali najlepsi polscy muzycy kameraliści i ja także się „załapałem” do tego grona.
Każdy z koncertów był wielkim wydarzeniem, które już nigdy się nie powtórzyło. Nie wiem czy dzisiaj można by było coś takiego zorganizować.

Później już nie występował Pan w Kąśnej Dolnej.

         Zająłem się innymi rzeczami, stworzyłem zespół, z którym występuję. Poszedłem w kierunku tego, co mi w duszy gra, czyli bawię ludzi. Bardzo lubię być blisko publiczności.

W roli solisty i kameralisty miałam szczęście oklaskiwać Pana dość często w Filharmonii Rzeszowskiej (obecnie Podkarpackiej) oraz podczas koncertów Muzycznego Festiwalu w Łańcucie. Występował Pan jako solista oraz towarzyszył Pan prawie wszystkim wybitnym śpiewaczkom i śpiewakom, a także wirtuozom gry na różnych instrumentach.

         Grałem w Rzeszowie i Łańcucie mnóstwo koncertów jako kameralista, bo zawsze uważałem, że urodziłem się kameralistą. Teraz więcej gram samodzielnie, albo uprawiam różne inne około muzyczne formy słowno-muzyczne, czyli różne humorystyczne specjalności, które jak się okazało też mi „leżą”.

Początkiem tych pomysłów były improwizacje. Potrafił Pan wypełnić improwizacjami całe koncerty.

         Tak, nawet często prosiłem publiczność o tematy, a teraz już mi to przeszło i realizuję inne pomysły. Jestem zwolennikiem stałego rozwoju, ciągłej nauki i dlatego przez cały czas coś mnie interesuje i robię coś nowego.

Znany jest Pan szerokiemu gronu publiczności jako członek i wodzirej Filharmonii Dowcipu. Kilka razy słyszałam opinie, że ten program ma również walory edukacyjne, ponieważ można w nim poznać przepiękne melodie napisane przez największych kompozytorów m.in.: Mozata, Beethovena, Chopina… Czy tworząc je myśleli panowie o edukacji?

        Ja nawet spotkałem osoby, które dzięki tym programom rozpoczęły naukę w szkołach muzycznych i je ukończyły. Dla nas edukacja jest czymś nieoficjalnym, bo tak naprawdę edukacja służy nam do zabawy.
         Natomiast jeśli chodzi o popularność, to zauważyłem, że najbardziej jestem popularny wśród pracowników parkingów, bo w wolnym czasie oglądają nasze programy na małych telewizorkach.

Ciekawa jestem jak powstała Filharmonia Dowcipu.

         Najpierw zacząłem współpracować z Bernardem Chmielarzem, który jest najinteligentniejszym człowiekiem jakiego spotkałem w życiu. Robiliśmy takie muzyczne łamigłówki – krzyżówki, zabawne kombinacje itd. Bardzo nam się to podobało.
Na jeden z moich koncertów przyszedł reżyser Jacek Kęcik, który po koncercie podszedł do mnie i powiedział, że proponuje mi zmienić życie. Dołączyliśmy Bernarda i we trzech zaczęliśmy tworzyć treść naszych występów. Najpierw w malutkim składzie, a potem w coraz większym, aż powstała 19-osobowa orkiestra, kilkoro solistów i w tym składzie wyruszamy za chwilę w trasę po Polsce.

          Może to zabrzmi nietypowo, ale jest wielu inteligentnych muzyków, którzy robią różne ciekawe przeróbki, łamigłówki, krzyżówki, aranżacje, parodie… To w zasadzie pozostaje w środowisku muzycznym, ponieważ to jest nie zrozumiałe dla innych warstw środowiska, jak dla mnie niezrozumiałe byłyby zabawy geologów albo internistów.

          Mieliśmy szczęście, że spotkaliśmy Jacka Kęcika, który znał tylko trzy utwory z muzyki klasycznej. Po piętnastu latach pracy, nadal zna tylko te trzy utwory. Jacek był i jest genialnym filtrem. Jeżeli on coś rozumiał, to znaczyło, że to było dobre i można było iść w tym kierunku. Dzięki temu Filharmonia Dowcipu nie ugrzęzła w środowiskowych zabawach, tylko wręcz przeciwnie wypracowała coś, co jest zrozumiałe dla publiczności i daje jej przyjemność, prawdziwą zabawę i dwugodzinną dawkę energii, która wystarcza na długo.

Oglądając Wasze programy publiczność jest przekonana, że to wszystko co dzieje się na scenie, powstaje spontanicznie w czasie spektaklu. Jestem pewna, że tak naprawdę, wszystko jest dokładnie przygotowane.

          Oczywiście, my to przygotowujemy bardzo precyzyjnie. Dużo pracujemy nad tym, żeby to wyglądało jakbyśmy na ten pomysł wpadli podczas spektaklu.
Programy, które znają Państwo z nagrań to już jest klasyka, powiedziałbym nawet zaprzeszłość, ponieważ ostatni program nagraliśmy szesnaście lat temu. To była trwające niecałe dwa lata przygoda, która połączyła nasz zespół z „kabareciarnią” Zenona Laskowika.
Zabawiliśmy się wspólnie i takie piętno to odcisnęło, że wszyscy nas z tym kojarzą.

          Jest to dla nas teraz „kamieniem u nogi”, bo od tego czasu bardzo zmieniliśmy nasz styl. W naszych programach brak telewizyjnego garniru, a znacznie więcej zabawy muzyką.
Przez to dysponujący niektórymi salami, którzy nie zadają sobie trudu, żeby się zorientować co teraz robimy i na wszelki wypadek odmawiają nam możliwości koncertowania. Tak się dzieje we Wrocławiu, czy Szczecinie i dlatego tam nie możemy zagrać w pięknych salach.

Czy Filharmonia Dowcipu jest stałym zespołem?

          W znacznym stopniu tak, chociaż są także stałe zastępstwa. Wszyscy się bardzo lubimy i nie ma w naszym zespole żadnych konfliktów. Staramy się, aby zawsze panował uśmiech i dobry nastrój, który przekłada się na sukces podczas koncertu.
Mamy szczęście grać ze znakomitymi muzykami. W składzie naszego zespołu grają muzycy, którzy występowali w orkiestrze Krystiana Zimermana. Nasi muzycy wywodzą się z najlepszych polskich orkiestr i staramy się, aby przez cały czas się u nas bardzo dobrze czuli, bo w tym tkwi jądro sukcesu.

Do niedawna byłam przekonana, że Pan już zrezygnował z wykonawstwa klasycznej muzyki kameralnej. Zmieniłam zdanie po koncercie w ramach tego cyklu w Mielcu, gdzie wystąpił Pan z maestro Krzysztofem Jakowiczem. To był rewelacyjny koncert jak za dawnych lat, kiedy panowie często występowali razem.

           Nie da się ukryć, że Krzysztof robi jeszcze lepsze show od mojego. Wprowadza niesamowity humor i energię. Jest ciągle młodym człowiekiem, bo nie ma jeszcze nawet 90-ciu lat, a ma duszę dwudziestolatka.
           Staram się przestawiać mózg kiedy chcę zagrać normalnie i ciągle udaje mi się występować solo i kameralnie, jeżeli jakaś instytucja jest zainteresowana.

Po długiej przerwie, 9 października tego roku będzie Pan solistą koncertu inaugurującego 72, sezon artystyczny w Filharmonii Podkarpackiej. W Pana wykonaniu z towarzyszeniem Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Podkarpackiej pod batutą Adama Klocka usłyszymy Błękitną Rapsodię George’a. Gershwina i New York Picture Teresy Procaccini .
Melomani doskonale pamiętają koncerty z Pana udziałem i z pewnością sala będzie wypełniona.

         Chcę powiedzieć, że po wielu, wielu latach planuję wystąpić w Rzeszowie dwa razy w tym sezonie. Pierwszy raz w październiku podczas otwarcia sezonu artystycznego Filharmonii Podkarpackiej i później w kwietniu przyjedziemy z Filharmonią Dowcipu i zagramy w sali Filharmonii dwa koncerty . Wystąpimy z programem „Filmowy świat”, w którym żartujemy sobie z różnych nietypowych spotkań : na przykład Jamesa Bonda z Hansem Klosem…

          Po raz ostatni wystąpimy z tym programem, bo już wykonywaliśmy go raz w wielu miastach Polski, a ponieważ były pełne sale, postanowiliśmy wystąpić jeszcze raz w jedenastu polskich miastach – miedzy innymi w Rzeszowie. Później odłożymy go na półkę i skupimy się nad nowym programem.

Wczoraj wystąpił Pan w Sali Koncertowej Stodoła w Kąśnej Dolnej z Kwintetem Śląskich Kameralistów, a przed nami jeszcze Maraton Muzyczny. Będzie Pan powracał tutaj w następnych edycjach festiwalu Bravo Maestro?

            Tutaj jest niesamowicie. Jedyna pewna rzecz w życiu to jest zmiana i na szczęście tutaj zmiana jest na lepsze. Można tu zaprosić kogokolwiek z tzw. wielkiego świata i będzie zachwycony pięknem tego miejsca, duchem, który tu panuje i koncertami w wykonaniu wspaniałych muzyków. Publiczność jest także niezwykła. Sala Koncertowa Stodoła jest nie tylko piękna, ale posiada świetną akustykę, a na estradzie stoi dobry Steinway.

Bardzo dziękuję za spotkanie.

          Ja również dziękuję.

Zofia Stopińska


.

Z prof. Marcinem Baranowskim nie tylko o Kursach w Łańcucie

Kończą się już 52. Międzynarodowe Kursy Muzyczne im. prof. Zenona Brzewskiego w Łańcucie.
Dla prawie 400 uczestników obydwu turnusów to był czas wytężonej pracy pod okiem znakomitych mistrzów. Jednym z nich był prof. dr hab. Marcin Baranowski, skrzypek, kameralista, laureat konkursów muzycznych, zaliczany do grona najwybitniejszych polskich profesorów gry na skrzypcach. Miałam szczęście, że pomimo braku czasu prof. Marcin Baranowski zgodził się na utrwalenie prawie pół godzinnej rozmowy i mogę Państwa zaprosić na spotkanie.

Panie Profesorze, był Pan na kursach w Łańcucie w ubiegłym roku, ale także przyjeżdżał Pan tu wcześniej.

          Miałem długą przerwę, bo 20 lat mnie tu nie było. Wcześniej byłem zapraszany przez pięć lat, a potem była ta przerwa. Jeździłem także na kursy do Buska-Zdroju. Tam było także było mnóstwo uczestników i po pewnym czasie okazało się, że w czasie wakacji muszę mieć przerwę na urlop. Nie można przez całe wakacje pracować.

Od lat podczas Międzynarodowych Kursów Muzycznych w Łańcucie realizowany jest program nakreślony przez prof. Zenona Brzewskiego, który był pomysłodawcą oraz kierownikiem artystycznym i naukowym tych kursów. Czy zaobserwował Pan dużo zmian po latach?

         Generalnie nic się nie zmieniło i wszystko toczy się swoim rytmem. Jednak wcześniej więcej było uczestników starszych, którzy byli już na studiach i przygotowywali się do konkursów muzycznych, a w tej chwili w mojej klasie jest jeden student, trójka licealistów, którzy zamierzają startować w konkursach, a reszta to młodsze osoby. Poziom wieku się obniżył.
          Pierwsze kursy w Łańcucie odbyły się 52 lata temu. Dosyć długo były to jedyne kursy w Polsce, nie miały żadnej konkurencji i dopiero jak się ustój zmienił zaczęto organizować ich więcej. W tej chwili jest taka ilość, że często zastanawiam się skąd bierze się tylu uczestników, bo jest to spory wydatek, a zainteresowanie ciągle jest.


Podobnie jest z konkursami muzycznymi, których w Polsce organizowana jest zawrotna ilość. Coraz to więcej organizowanych jest konkursów dla dzieci, które uczą się gry na instrumencie dopiero kilka miesięcy. Czy powinno być aż tyle konkursów?

         Ja obserwuję konkursy, w których mam wpływ na uczestników. Tych, w których uczestniczą dzieci rozpoczynające naukę (klasy 1 i 2) nie oceniam, bo przecież dziecko uczące się w pierwszej klasie nie ma szans ze starszymi kolegami. Dla nich udział w konkursie jest sprawdzianem i mogą zaprezentować się na scenie. W tych najmłodszych grupach nie ma osób przegranych i wszyscy otrzymują wyróżnienia, żeby im nie podcinać skrzydeł na samym początku nauki. Moim zdaniem konkursów jest dużo i mają one różną rangę, natomiast ciągłe sprawdzanie się jest dobre.                     Czasem nauczyciele przesadzają, bo dzieci grają długo ten sam program uczestnicząc w różnych konkursach i nie robią postępów. Trzeba także pracować z dziećmi nad nowym repertuarem i nad rozwojem.
Często także rodzice nalegają, żeby ich dziecko uczestniczyło w konkursach, argumentując, że córka przyjaciół bierze udział w konkursach, a nasza córka nie. Jeżeli rodzice nalegają, żeby dziecko koniecznie zostało wysłane na konkurs, to jest droga do nikąd.

Coraz to częściej podczas różnych występów solowych, zarówno dzieci jak i ukształtowanych już muzyków, na pulpitach są nuty, co oznacza, że wykonawca nie umie go na pamięć.

         Tendencja grania z nut przyszła do nas z Zachodu i mnie to nie przeszkadza. Podam przykład – wybitny skrzypek Gidon Kremer całe życie gra koncerty z nut i jak ktoś gra tak wspaniale, to tego pulpitu się nie widzi, tym bardziej, że w tej chwili ekrany tabletów są nieduże. Natomiast niechęć grania z pamięci bierze się z tego, że młodzież ma coraz to większe problemy żeby nauczyć się czegoś na pamięć. Jak sięgam pamięcią wstecz, na lekcjach języka polskiego mnóstwo rzeczy uczyliśmy się na pamięć. Pamięć trzeba ćwiczyć i wtedy ona jest.
Nigdy nie uczyłem się utworu na pamięć celowo, tylko ćwicząc wszystko wchodziło mi w głowę i ręce. Jestem pewien, że czasu spędzonego z instrumentem jest u młodych ludzi po prostu za mało. To jest powód trudności w opanowaniu utworu na pamięć.

Od lat prowadzi Pan klasę skrzypiec w Akademii Muzycznej w Poznaniu. Czy ilość godzin przeznaczonych na lekcje ze studentami jest wystarczająca? Chodzi mi o wyróżniających się studentów biorących udział w konkursach.

         To jest absolutnie za mało. Jeżeli trzeba kogoś przygotować na poziomie konkursowym z czternastoma pozycjami. Przegranie całego programu zajmuje trzy godziny. Chcąc przygotować studentów do konkursu poświęcam mnóstwo prywatnego czasu. Tak samo pianiści, którzy ze mną współpracują, też nie liczą przydzielonych godzin, bo nie da się tego zrobić.
Jeżeli jest cel, człowiek, który daje mi największą przyjemność tego, że przychodzę do pracy, uczę i wiem, że każde moje słowo, które jest ważne i zostaje zrealizowane, przybliża nas do celu. Takie jest życie nauczyciela.

W Pana klasie ukończyło studia bardzo dużo świetnych skrzypków, którzy występują jako soliści, kameraliści, grają w orkiestrach…

         To jest cała armia ludzi. Jestem dumny, ze ostatnio mój absolwent wygrał konkurs na koncertmistrza Orkiestry Filharmonii Narodowej, w Orkiestrze Sinfonia Varsovia mam dwóch pierwszych koncertmistrzów oraz w Teatrze Wielkim w Warszawie też koncertmistrzami są moi wychowankowie. Także u mnie studiował koncertmistrz w Staatskapelle Dresden, który obecnie piastuje to stanowisko w Dresden Philharmonie, jest tych ludzi bardzo dużo.
        Pewnie to samo z siebie się nie bierze, ja także poświęciłem im bardzo dużo czasu i wszyscy przyjeżdżali do mnie na kursy latem, żeby nie mieć tej „dziury pedagogicznej” przez prawie trzy miesiące. Wtedy się robiło najwięcej. Taki pobyt na kursie, czasami nawet tylko przez tydzień solidnej pracy z własnym pedagogiem, daje tyle, co miesiąc pracy w ciągu roku.
Mają zapewnione jedzenie i noclegi, skupiają się wyłącznie na grze i wtedy postępy są bardzo duże.
Są tacy, którzy twierdzą, że praca na kursach pod kierunkiem swego profesora jest czymś nieetycznym. Ja nikogo nigdy nie zmuszam, ale jeśli ktoś z moich studentów ma ochotę przyjechać, to z chęcią z nim pracuję.

Niedługo w Poznaniu rozpocznie się jeden z najważniejszych konkursów skrzypcowych – Konkurs im. Henryka Wieniawskiego. Zakwalifikowana do udziału w tym konkursie została Pana studentka.

         Tak, to Zosia Olesik, którą traktuję jak „przyszywaną córkę”, bo nasza współpraca rozpoczęła się od jej czwartej klasy szkoły muzycznej I stopnia, a ponieważ teraz jest na drugim roku studiów, to łatwo policzyć, że to jest mnóstwo czasu spędzonego wspólnie. Pracujemy bardzo dużo także poza czasem lekcji, również w czasie wakacji.
          Do konkursu o tej randze trzeba przygotowywać się latami. Wszystko musi być przygotowane.
Dla mnie również bardzo cenne jest to, ci ludzie są ze mną długo i właściwie mogliby szukać szczęścia gdzieś za granicą, ale oni nie chcą. Widocznie jestem im potrzebny, a to wcale nie jest prosta sprawa, żeby być atrakcyjnym dla tak zdolnego człowieka. Trzeba naprawdę mieć mu do zaproponowania coś, czego on jeszcze nie wie.

Czy na konkursy jedzie się po nagrodę?

         Na pewnym etapie powinno się jechać po nagrodę. Doświadczenia zbiera się w szkołach muzycznych I i II stopnia, kiedy jeszcze nie do końca wiadomo czy młody człowiek wiąże swoją przyszłość z zawodem muzyka. Utalentowani studenci, którzy dużo pracowali i mają poczucie, że są dobrze przygotowani zasługują na nagrodę. Ale nie mogą być przekonani, że koniecznie muszą ją dostać, jednak w tej sytuacji trudno mówić, że jadą na konkurs żeby się sprawdzić.
          Fakt, że Anne - Sophie Mutter przyjęła w poczet swoich stypendystów Zofię Olesik był olbrzymim wyróżnieniem. Na masterclassy Zosia przygotowała Koncert skrzypcowy Sibeliusa i sądziła, że zagra jedną część. Maestra poprosiła o drugą, a później o trzecią część. Po wykonaniu całości publicznie ją pochwaliła i powiedziała, że bierze Zosię pod skrzydła swojej fundacji (Anne - Sophie Foundation).
          Jesienią 1997 roku skrzypaczka powołała do życia Stowarzyszenie Przyjaciół Fundacji Anne –Sophie Mutter, a w 2008 roku została powołana fundacja, która wspiera wybitnie utalentowanych młodych muzykujących na instrumentach smyczkowych. Do tej pory było 25 stypendystów. Zosia jest pierwszą Polką, która to stypendium otrzymała. To jest bardzo ważne wyróżnienie, chociaż nie jest to duża pomoc finansowa, ale jest możliwość umówienia się na lekcje z Anne – Sophie Mutter oraz korzystając z jej kontaktów osobistych, otrzymać polecenia do wykonania koncertu, czy możliwość innych studiów.
          Bardzo się także bardzo ucieszyłem z tego wyróżnienia, bo okazało się, iż można w Polsce kogoś tak nauczyć grać, że mistrzyni tej klasy się zachwyciła. Większa przyjemność nie mogła mnie spotkać.

Laureatów ważnych konkursów skrzypcowych, którzy uczyli się w Pana klasie jest sporo.

          To prawda, ale proszę zwrócić uwagę w jakim tempie zmienia się świat jeżeli chodzi o grających na instrumentach. Poziom, który jest w Korei i Chinach rośnie w zawrotnym wprost tempie. Ta piramida osób, która się uczy ciągle rośnie.
W Korei każda dziewczyna, która gra na instrumencie na rynku zwanym matrymonialnym jest wyżej.
Tam dużo kobiet uczy się grać i jest z czego wybierać.
         Chińczycy także przygotowali sobie już kadrę, zapraszają różnych pedagogów. Sam byłem w Chinach 16 razy i wiem jak to bywa. Uczą się i mają już część swoich profesorów, którzy uczą już bardzo dobrze. Często także Chińczycy studiują w Europie. Jak się wybiera z 1,400 milionów ludzi, to się zawsze znajdzie dużo wybitnie utalentowanych.
Proszę sobie sprawdzić narodowości, które zakwalifikowały się do tegorocznego Konkursu im. Henryka Wieniawskiego, ile jest osób z Azji.

Podobnie było w Konkursie Pianistycznym im. Fryderyka Chopina.

         Tak, ale myślę, że zrozumienie muzyki Wieniawskiego nie jest wielkim problemem, zaś zrozumienie specyfiki muzyki Chopina jest o wiele trudniejsze. Okazuje się, że oni już wszystko potrafią zrozumieć, są chętni i wytrwali, kupują instrumenty, poziom ich gry ciągle rośnie.
Cały czas się uczą i są na to środki.

Ostatnio Pana działalność skupia się wyłącznie na pedagogice.

          Przez całe lata grałem w Orkiestrze Kameralnej „Amadeus”. Dużo mam doświadczeń z tej pracy, bo mielimy kontakty z solistami na światowym poziomie. W pewnym momencie była już taka ilość różnych rzeczy, która na mnie czekała w pedagogice i stwierdziłem, że tego się nie da dalej łączyć. Nie mogłem regularnie prowadzić lekcji ze studentami. Miałem mnóstwo propozycji letnich kursów, a w czasie wakacji odbywały się festiwale, w których orkiestra Amadeus występowała. Nigdy nie wiedziałam, czy mogę poprowadzić kurs w wakacje.
Rozstaliśmy się po przyjacielsku, bo maestra Agnieszka Duczmal zrozumiała, że mam plany na życie związane z pedagogiką. Już 24 lata temu poświęciłem się pedagogice.
          Bardzo lubię uczyć, ale mam coraz mniej czasu, bo od 22 lat oprócz Akademii Muzycznej w Poznaniu, długo także pracuję w Akademii Muzycznej w Bydgoszczy i uczę w Ogólnokształcącej Szkole Muzycznej im. Jadwigi Kaliszewskiej w Poznaniu. Z tej szkoły pochodzą wszyscy moi wychowankowie, którzy byli laureatami konkursów międzynarodowych.
          Uważam, że wiele trzeba z młodymi skrzypkami pracować jeszcze przed studiami. Tego nie można osiągnąć w czasie studiów – mam tu na myśli nagrody na konkursach światowych, czy stanowiska koncertmistrzów w orkiestrach o światowej renomie. Taką wizję miała prof., Jadwiga Kaliszewska, która powołała słynną „Poznańską Szkołę Talentów”. Pierwszym sławnym absolwentem tej szkoły był Bartek Nizioł. W tej szkole każdy uczeń ma 3 godziny instrumentu tygodniowo i piątki są wolne, ale w pozostałe dni jest więcej lekcji.

Jak długo trzeba codziennie ćwiczyć na instrumencie, aby bardzo dobrze grać.

         To jest dobre pytanie. To zależy od tego ile dana osoba ma do przygotowania, do czego się przygotowuje i każdy ma swój limit. Uważam,, że głowa uczy się grać, a nie ręce. Ten czas poświęcony instrumentowi jest różny. Moim zdaniem minimum to cztery godziny dziennie. Jednak sądzę, że wystarczy pięć godzin solidnie poćwiczyć, ale warto podzielić ten czas na dwie części. Profesor Jadwiga Kaliszewska, który była także moją nauczycielką, nigdy nie interesowała się jak długo ktoś ćwiczy, interesował ją skutek.
        Ja też nie pytam, ile ktoś ćwiczy. Jeśli trzeba zwracam uwagę, że za mało ćwiczy. Też interesuje mnie skutek i każdy musi wiedzieć, ile czasu potrzebuje, żeby to uzyskać.
Jestem pewien, że wszyscy, którzy są zakwalifikowani do Międzynarodowego Konkursu Skrzypcowego im. Henryka Wieniawskiego ćwiczą codziennie minimum po pięć godzin.

Słyszałam, ze trudno dostać się do Pana klasy.

        Nie jest łatwo, ale duży wpływ na to mają ograniczenia godzin, które pedagog może mieć w każdym tygodniu. Z kolei jak kogoś przyjmuję do klasy, to później nie wyrzucam. Każdemu uczniowi muszę poświęcić trzy godziny tygodniowo.
Mam czterdzieści pięć godzin lekcji w tygodniu i uważam, że to dużo, bo jak już wspominałem zwykle lekcja u mnie trwa dłużej.

Uważam, że uczniowie szkół drugiego stopnia i studenci powinni także obowiązkowo grać muzykę kameralną.

         Wiem, że młodzież uwielbia grać muzykę kameralną. W szkołach średnich często jest z tym kłopot, bo czasami jest trudno zebrać skład. Montowanie kwartetu smyczkowego bez wiolonczeli, czy altówki jest niemożliwe, a granie kameralne niezwykle rozwija.
Wiem, że Europejskie Centrum Muzyki Krzysztofa Pendereckiego w Lusławicach organizuje takie spotkania dla młodych kameralistów w ramach funduszu Zdolni. Młodzież uwielbia tam jeździć, bo tam się spotykają najlepsze osoby z całej Polski i w przeciągu dwóch tygodni przygotowują utwory na bardzo wysokim poziomie. To bardzo rozwija i mam okazję obserwować, jak po takich kursach kameralnych wzrasta u młodzieży świadomość słuchania muzyki.
         Możliwość doskonalenia gry w zespołach kameralnych jest także podczas trwania Międzynarodowych Kursów Muzycznych w Łańcucie. To jest bardzo cenne.

Myślę, że przyjedzie Pan za rok na kursy do Łańcuta.

         Muszę to jeszcze skonsultować z rodziną, która w tej chwili jest na wczasach. W tym roku jestem tutaj z uwagi na Konkurs im. Henryka Wieniawskiego. Tegoroczne wakacje mam wypełnione czterema kursami. Jeśli organizatorzy łańcuckich kursów mnie zaproszą, to przyjadę do Łańcuta na pewno jak nie w 2027, to z pewnością w 2028 roku. W czasie kolejnych wakacji muszę mieć czas na odpoczynek.

Ciekawe koncerty odbywają się codziennie w trakcie trwania kursów w Miejskim Domu Kultury w Łańcucie.

         Oczywiście, że tak. Mam jednak codziennie bardzo dużo lekcji. Taką ilość dźwięków, którą mój mózg przyjmuje mam podczas lekcji. Niczym się te kursy nie różnią od mojej codziennej pracy. Nie można być przez cały czas bombardowanym dźwiękami. Potrzebny jest odpoczynek w ciszy.
Najlepiej odpoczywam jak siedzę na łódce na środku jeziora, słyszę tylko ptaki, pachnie woda. Nie ma znaczenia czy ryba bierze, czy nie. Ja po prostu odpoczywam.

Mam nadzieję, że niedługo będzie okazja do ponownego spotkania podczas kolejnych Międzynarodowych Kursów Muzycznych w Łańcucie.
Bardzo dziękuję za rozmowę.

          Ja również mam taką nadzieję i bardzo dziękuję.

Zofia Stopińska

Subskrybuj to źródło RSS