wywiady

Trudno znaleźć drugi taki duet.

             Bardzo długo będę wspominać koncert, który odbył się 14 września 2020 roku w kościele pw. Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Mielcu w ramach 23. Mieleckiego Festiwalu Muzycznego.
Wystąpili znakomici i cenieni artyści, gorąco oklaskiwani w Polsce i za granicą: Łukasz Długosz, najbardziej utytułowany w polskiej historii flecista, w opinii krytyki zagranicznej uchodzi za jednego z najwybitniejszych flecistów na świecie; Agata Kielar-Długosz, uznana polska flecistka, działająca prężnie jako solistka i kameralistka, oraz Marek Toporowski, klawesynista, organista i dyrygent, który jest jednym z najbardziej znanych wykonawców muzyki dawnej w Polsce.
             Cudownie zabrzmiały w akustyce mieleckiej świątyni znakomicie wykonane sonaty triowe: Antonio Vivaldiego, Georga Friedricha Haendla i Georga Philippa Telemana oraz dwa dzieła na organy – Batalha de 5.tom anonimowego portugalskiego twórcy oraz Koncert a-moll Johanna Sebastiana Bacha. Wszystkie utwory były gorąco oklaskiwane, ale na zakończenie publiczność powstała z miejsc i domagała się bisu. Artyści pożegnali się jednym z najsłynniejszych tematów, które skomponował Ennio Morricone – „Obój Gabriela” z filmu „Misja”
Po koncercie mogłam porozmawiać z panią Agatą Kielar-Długosz i panem Łukaszem Długoszem.

            Zofia Stopińska: Mieli już Państwo okazję wspólnie koncertować w poprzednich edycjach Mieleckiego Festiwalu Muzycznego.
            Łukasz Długosz: To już jest nasz trzeci występ w ramach Mieleckiego Festiwalu Muzycznego. Pamiętam, że jak byliśmy po raz pierwszy, wykonywaliśmy Koncert na dwa flety i orkiestrę Franciszka Dopplera i udało nam się wówczas połączyć dwa festiwale, bo kończyliśmy Międzynarodowy Festiwal Muzyczny im. Krystyny Jamroz w Busko-Zdroju i następnego dnia, z tą samą orkiestrą inaugurowaliśmy Festiwal w Mielcu. Ten koncert odbył się w 2007 lub 2008 roku.
Poprzednim razem grałem z Orkiestrą Kameralną Polskiego Radia Amadeus pod dyrekcją Agnieszki Duczmal. Bardzo ucieszyło nas zaproszenie na dzisiejszy koncert kameralny, bo występowaliśmy z Markiem Toporowskim, wybitnym klawesynistą, organistą, pianoforcistą i dyrygentem.

            Znają się Państwo doskonale, ponieważ często gracie razem.
            Łukasz Długosz: Podczas tych wspólnych koncertów pan Marek Toporowski gra zazwyczaj na klawesynie albo pianoforte. Dzisiaj mamy premierę z organami.
            Agata Kielar-Długosz: Wykonaliśmy program, który można zatytułować „Mistrzowie baroku” – Vivaldi, Bach, Haendel, Telemann. Krótko mówiąc, utwory czołowych przedstawicieli tego okresu.

            Wielu artystów występuje z pierwszymi koncertami po trwającej od marca przerwie, a Państwo już występowali z koncertami.
            Agata: Tak, zrealizowaliśmy już dużo różnych projektów, zarówno online, jak i z udziałem publiczności. Ja nagrałam utwory na kolejną płytę, tym razem towarzyszy mi wspaniały harfista z Kostaryki, Carlos Peña Montoya. Bardzo dużo się u nas dzieje i mamy dużo planów na przyszłość.

             Były miesiące, w których koncertów nie było i Państwo ten czas wykorzystali na realizację kolejnych płyt.
             Agata: Dokładnie tak. Dzięki rozluźnieniu kalendarza koncertowego, udało się zrealizować projekty nagraniowe, które dość długo czekały na realizację.
Kilka projektów, które były zaplanowane na późniejsze terminy, zostało - przez niepewną sytuację wywołaną pandemią-zrealizowanych wcześniej, n.p. koncerty impresaryjne „Z klasyką przez Polskę”, które wykonywaliśmy w tym samym składzie, co dzisiaj.
Niektóre zaplanowane koncerty z udziałem publiczności przekształciły w koncerty on-line albo z ograniczoną ilością publiczności i zainteresowanie nimi przeszło nasze oczekiwania. Najlepszym przykładem może być nasz koncert w Atmie, podczas którego były aż trzy prawykonania, a obejrzało go w Internecie ponad kilkanaście tysięcy osób. Na żywo graliśmy przy otwartych oknach i sporo publiczności słuchało nas siedząc wokół willi.

             Pan Łukasz zaproponował bardzo interesujący, innowacyjny projekt zatytułowany „Flautoforte”.
             Agata: „Flautoforte” jest jednym z nowatorskich projektów, który jest w ciągłej realizacji. Stworzona została platforma internetowa, na której można obejrzeć zamieszczane regularnie nagrania audio-video z utworami, które zostały skomponowane dla nas i my wykonaliśmy je po raz pierwszy. Ten repertuar ciągle się powiększa, ponieważ dołączamy kolejne utwory.
             Łukasz: Są to profesjonalne nagrania zarejestrowane przez osiem kamer z kamerą 360°, z pełną ekipą filmową i realizatorem dźwięku. Projekt wymaga zaangażowania całego sztabu osób. Na ten projekt potrzebne są odpowiednie środki finansowe.
Oprócz utworów, które nagrywamy, są zamieszczane również wywiady z kompozytorami, którzy opowiadają o utworze, o inspiracjach, o współpracy z nami.
My oprócz tego, że wykonujemy te utwory, również opowiadamy o technikach, które są wykorzystywane. Jest to platforma nie tylko audio-wizualna, ale jest to także platforma edukacyjna. Chcemy udowodnić, że muzyka współczesna jest piękna, interesująca, fascynująca... Chcemy inspirować kolejne pokolenia flecistów do kreatywnej wizji zawodowej oraz promować muzykę wspaniałych kompozytorów.

              Flet znakomicie komponuje się z innymi instrumentami. Pani Agata mówiła przed chwilą o nagraniach fletu z harfą. Przekonaliśmy się, że znakomicie brzmi także z organami.
              Łukasz: Z organistą Romanem Peruckim stworzyliśmy duet, który jest unikatowy. Bardzo często razem koncertujemy, nagrywamy płyty i mamy ogromny repertuar. Nasz duet inspiruje także współczesnych kompozytorów. Aktualnie pisany jest dla nas trzeci koncert na flet, organy i orkiestrę.
Wykonujemy te koncerty w kraju i zagranicą. Wprawdzie w tym roku pandemia zastopowała naszą intensywną działalność koncertową, ale Koncert na flet, organy i orkiestrę Piotra Mossa, inspirowany obrazem „Sąd Ostateczny" Memlinga, stał się wielkim hitem. Zostaliśmy zaproszeni do St. Petersburga, Berlina oraz do Filharmonii Narodowej w Warszawie.
Cieszę się bardzo, że ten utwór toczy się już własnym życiem i głośno jest o tej kompozycji.
W okresie pandemii dzwonili do nas inni wspaniali kompozytorzy z propozycją czy mogą dla nas napisać utwór. Niedługo będziemy mogli zaprosić melomanów na kolejne prawykonania, jednak dopóki nie mamy partytur, nie chcę wymieniać nazwisk, ale bardzo nas cieszy to zainteresowanie.

              W czasie tej kilkumiesięcznej przerwy słuchałam płyt i bardzo mi się spodobały nagrane przez Pana i Śląską Orkiestrę Kameralną pod batutą Roberta Kabary koncerty na flet i orkiestrę smyczkową Mieczysława Wajnberga.
              Łukasz: Bardzo się cieszę, że spodobały się pani te nagrania. Jest to światowa premiera fonograficzna tych koncertów. Cieszę się, że udało się je nagrać w 100-lecie urodzin Wajnberga. Nie są to utwory łatwe, bo mają skrajną stylistykę. Pierwszy koncert nawiązuje do stylistyki Dymitra Szostakowicza, który po wojnie, w bardzo ciężkich czasach, utrzymywał Mieczysława Wajnberga. Drugi koncert powstał ponad 25 lat później, prawie pod koniec życia kompozytora i jest to dzieło bardziej romantyczne, nawiązujące do harmonii. Warto o tym wiedzieć, słuchając nagrań.

               Byłam także zachwycona bardzo różnorodnymi nagraniami utworów Krzysztofa Baculewskiego.
               Łukasz: To był najbardziej wymagający projekt ostatnich czterech lat. Ten repertuar także został utrwalony po raz pierwszy i cieszę się, że powierzono mi nagranie tych utworów. Nie była to łatwa praca, bo czasu na nagrania było mało, a utwory są wspaniałe w formie, chociaż dość skomplikowane, ale pod reżyserską opieką Małgorzaty Polańskiej udało nam się wszystko pięknie utrwalić.
Cieszę się, że zwróciła pani uwagę na tę płytę, bo uważam, że muzyka Krzysztofa Baculewskiego powinna być znana szerszemu gronu odbiorców, a staramy się o to, włączając Jego utwory do naszego repertuaru koncertowego.

               Niedawno także ukazała się Wasza wspólna płyta, nagrana z Łomżyńską Orkiestrą Kameralną pod dyrekcją Jana Miłosza Zarzyckiego. To jest płyta nie tylko dla melomanów. Każdy chętnie jej posłucha.
               Agata: To jest już nasz drugi projekt. Pierwszy odniósł bardzo duży sukces, dostał nawet nominację do nagrody International Classical Music Awards 2018. Zachęcony sukcesami i dobrym przyjęciem płyty dyrektor Jan Miłosz Zarzycki zaprosił nas po raz kolejny do wspólnego projektu. Na płycie zatytułowanej „Flute Essentials” znajduje się bardzo różnorodny repertuar i są to hity muzyki klasycznej. Mam tu na myśli Koncert d-moll na 2 flety i orkiestrę smyczkową Johanna Sebastiana Bacha, czy trochę lżejsze utwory „Oblivion” i „Libertango” Astora Piazzolli. Udało nam się je połączyć z bardziej wyszukanym repertuarem, do którego należy z pewnością romantyczny „Nokturn” Franciszka Dopplera, oraz Koncertem napisanym dla nas przez Marcina Błażewicza. W nagraniach uczestniczył także pan Marek Toporowski realizując partie basso continuo.

               Część planów zrealizowali Państwo z wyprzedzeniem w czasie pandemicznej przerwy, ale wiele pracy przed Wami.
               Łukasz: Oczywiście, mamy dużo planów. Niedługo z profesorem Markiem Toporowskim planujemy nagrać utwory na płytę „Mistrzowie baroku” i tym razem fletom towarzyszył będzie klawesyn. Nagramy sonaty Johanna Sebastiana Bacha, Georga Philippa Telemanna, Georga Friedrich Haendla i Antonio Vivaldiego.
               Agata: Kolejnym projektem niedawno powstałym są koncerty wspaniałego niemieckiego kompozytora Enjotta Schneidera, który napisał dla nas specjalnie utwory na flet, a także na flety z towarzyszeniem orkiestry symfonicznej. Płyta ukazała się w Vergo Classic, to jest wydawnictwo Schotta.
               Łukasz: Mieliśmy niebywałą przyjemność współpracować z reżyserami dźwięku z Deutsche Grammophon, którzy przenieśli tę płytę na mistrzowski poziom reżyserii dźwiękowej i cieszymy się, że już płyta uzyskała liczne, bardzo pozytywne recenzje. Magazyn „Pizzicato” z Luxemburga, który nominuje do MIDEM Classical Awards, napisał bardzo pochlebną recenzję i mogę się pochwalić, że zostałem przez nich okrzyknięty jednym z najwybitniejszych współcześnie żyjących flecistów na świecie. Cieszę się, że w tak ważnym magazynie muzycznym zauważono trud i energię, które zostały włożone w produkcję tej płyty nagranej w styczniu tego roku.
Wydanych już zostało w sumie 38 moich płyt, a jeszcze niedługo ukażą się dwie kolejne.

               Podczas dzisiejszego koncertu, z wielką uwagą i przyjemnością słuchałam Waszej gry i w pewnym momencie pomyślałam – nie ma lepszych duetów od duetów małżeńskich. Trudno znaleźć drugi taki duet, który razem gra najtrudniejsze szybkie fragmenty, idealnie realizuje wszystkie ozdobniki...
               Agata: Jeśli dwoje ludzi dobierze się pod względem osobowościowym, to też łatwiej się porozumiewają na różnych polach, a w naszym przypadku na polu artystycznym.
               Łukasz: Kształciliśmy się w tych samych ośrodkach, pod kierunkiem tych samych wybitnych profesorów z Hochschule für Musik und Theater w Monachium oraz w Yale University w New Haven.
Bardzo często i długo rozmawiamy na temat estetyki, frazowania i przede wszystkim rodzaju dźwięku.
Postawiliśmy sobie za zadanie, grając duety, że słuchacz zamykając oczy, nie powinien wiedzieć, kto w danym momencie gra.
               Agata: Wykorzystują to często kompozytorzy, którzy nas słyszeli, wiedzą, na co nas stać i piszą dla nas coraz trudniejsze utwory.

               Dziękuję Państwu za wspaniały koncert i poświęcony czas na rozmowę. Mam nadzieję na kolejne spotkania.
               Łukasz: My również dziękujemy i zapraszamy w październiku na koncerty : 12 października wystąpimy w Stalowej Woli, a 17 października w Sanoku.

Zofia Stopińska

Jubileuszowo z Maestro Kazimierzem Pustelakiem - cz. II

             Zapraszam Państwa do przeczytania II części wywiadu z Maestro Kazimierzem Pustelakiem, urodzonym w Nowej Wsi niedaleko Rzeszowa, jednym z najwybitniejszych artystów powojennej sceny operowej, laureatem międzynarodowych konkursów wokalnych, wieloletnim solistą warszawskiego Teatru Wielkiego, twórcą niezliczonych kreacji tenorowych w repertuarze operowym i oratoryjno-kantatowym, uczestnikiem wielu nagrań radiowych i płytowych, zasłużonym pedagogiem wokalistyki.

           Występował Maestro prawie we wszystkich krajach Europy, także w Azji i Ameryce. Czy to były wyjazdy z Teatrem Wielkim, czy był Pan angażowany przez miejscowe teatry operowe?
            - Wtedy nas tak łatwo nie puszczali indywidualnie za granicę. Można powiedzieć, że byliśmy trochę zamknięci w kraju i może dlatego w polskich teatrach operowych był wtedy tak wysoki poziom. Występowałem na trzech kontynentach, wyjeżdżając z polskimi orkiestrami filharmonicznymi albo z Operą Warszawską. Można powiedzieć, że śpiewałem w całej Europie. Byłem w wielu bardzo ciekawych krajach na świecie, w których kwitło życie kulturalne i byliśmy wspaniale przyjmowani. Bardzo miło wspominam koncerty w Libanie, kiedy panował tam pokój. To był przepiękny kraj. Podobnie wspominam występy w Iranie oraz w dalekiej Korei Południowej.
            Jedynie w Ameryce występowałem na indywidualne zaproszenie. Zaproszeni byli także wtedy Bernard Ładysz i Stenia Woytowicz. Podczas trzech dużych koncertów w Kennedy Center śpiewaliśmy kantatę „Cosmogonia” Krzysztofa Pendereckiego z tamtejszą orkiestrą i zespołem chóralnym pod batutą amerykańskiego dyrygenta. Pamiętam, że mieszkaliśmy wtedy w słynnym hotelu Watergate.

            Często Maestro brał udział w wykonaniach dzieł Krzysztofa Pendereckiego?
             - Z Pendereckim objechałem też właściwie pół świata. Występowałem na wszystkich wielkich festiwalach muzycznych, jakie się odbywały w tamtych czasach. Śpiewałem m.in. w Edynburgu, Rotterdamie, Sztokholmie i nawet w Turcji. Trudno mi teraz wymienić wszystkie miasta i kraje.

             Dosyć rzadko przyjeżdżał Pan z koncertami w rodzinne strony.
             - Ma pani trochę racji, ale zdarzało mi się występować także w Rzeszowie. Na przykład śpiewałem podczas pierwszego, bardzo uroczystego koncertu w nowej siedzibie Orkiestry Filharmonii Rzeszowskiej im. Artura Malawskiego. Pamiętam, że występowałem z „Sonetami krymskimi” Stanisława Moniuszki.
Śpiewałem też wcześniej kilka razy w Rzeszowie, kiedy orkiestra miała swoją siedzibę w budynku Wojewódzkiego Domu Kultury. Rzeszów nigdy nie był dla mnie na marginesie.
             To już bardzo dawne czasy, ale pamiętam, jak wystawiano w Rzeszowie „Halkę” Stanisława Moniuszki. Wykonawcami głównych ról byli wtedy uczniowie z klasy pani Marii Świerzawskiej i naprawdę wszyscy bardzo dobrze śpiewali. Byłem już wtedy na studiach w Krakowie, ale przyjeżdżałem na próby z ciekawości, i słuchałem.
Wprawdzie zespół instrumentalny nie był jeszcze na takim poziomie, jak później, kiedy powstała Orkiestra Symfoniczna, ale było to nadzwyczajne wydarzenie w Rzeszowie. To była zachęta do dalszej działalności i później, jak do Rzeszowa przyjechali wykształceni dyrygenci, a przede wszystkim pan Janusz Ambros, to było już z kim pracować.

             Od 1971 roku zaczął Pan się dzielić swoją wiedzą i doświadczeniem ze studentami Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Warszawie, którzy chcieli zostać śpiewakami.
              - Zacząłem uczyć, bo od początku interesowało mnie, jakie są możliwości rozwijania głosu. Już w czasie pobytu w Krakowie proponowano mi pracę w szkole muzycznej, ale wtedy jeszcze nie byłem gotów. Natomiast w Warszawie zostałem zaskoczony. W Teatrze Wielkim Wyższa Szkoła Muzyczna wystawiała jakieś przedstawienie (nie pamiętam już nawet, co to było) i odbywały się próby, na które z ciekawości chodziłem.
              Zauważyła to pani dziekan i zapytała, czy nie zainteresowany jestem nauką śpiewu, a jak usłyszała, że od dawna mnie to interesuje, to zaproponowała, abym dołączył do grona nauczycieli śpiewu warszawskiej PWSM. Najpierw zdecydowałem się podpisać umowę na dwa lata (teraz to się nazywa umowa o dzieło), dostałem dwóch najgorszych studentów, których z radością pozbyli się pedagodzy – tenora o bardzo ładnym głosie, któremu nie chciało się pracować, ponieważ interesował go bardzo alkohol, oraz drugiego studenta, który chciał pracować, był prowadzony jako baryton, a ja stwierdziłem, że to jest tenor i wyprowadziłem go na tenora. Zaczął robić postępy i jak później przygotowywał się do jakiegoś konkursu, to pani profesor Olga Olgina z Łodzi stwierdziła, że bardzo prawidłowo śpiewa. Była nim zachwycona, bo śpiewał już poważne partie. Po studiach został zaangażowany do Opery Bydgoskiej, a później wyjechał za granicę i także śpiewał w teatrze operowym..
              Praca pedagogiczna dawała mi wielką satysfakcję, a do tego przez ostatnie kilkanaście lat mojej pracy na uczelni byłem dziekanem Wydziału Wokalno-Aktorskiego, a pełnienie tej funkcji wymagało dodatkowej energii i czasu.

              Wielokrotnie spotykałam śpiewaków, którzy uczyli się w klasie profesora Kazimierza Pustelaka, a kilku z nich pochodzi z Podkarpacia i wszyscy mówią z dumą, że bardzo dużo się u Pana nauczyli i wiele Panu zawdzięczają.
              - Miałem kilku studentów z Podkarpacia i zawsze znajdowali u mnie wsparcie, a do tego byli zdolni. Tak było w przypadku braci Cieślów. Najpierw studiował u mnie Ryszard Cieśla (baryton), a później Robert Cieśla (tenor). Obaj śpiewają i uczą. Aktualnie są już profesorami Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie. Przez kilka lat Dziekanem Wydziału Wokalno-Aktorskiego był Ryszard Cieśla, a od nowego roku akademickiego jego obowiązki przejął Robert Cieśla.
              Potem uczyłem dwóch braci Gierlachów, którzy śpiewają z powodzeniem w kraju i za granicą – Robert (bas-baryton), od pewnego czasu także uczy na Wydziale Wokalno-Aktorskim Warszawskiego UMFC, natomiast Wojtek (bas), prowadzi ożywioną działalność artystyczną.
Wymienieni moi wychowankowie, i jeszcze kilku innych, bardzo dobrze radzą sobie w życiu, bo są utalentowani i pracowici. Miałem jeszcze kilku bardzo zdolnych, ale pracowali o wiele mniej, a „bez pracy nie ma kołaczy”.

              Głos ludzki jest najpiękniejszym Instrumentem, ale bardzo wrażliwym i czułym. Łatwo go uszkodzić i najczęściej nie da się go już naprawić. Zarówno podczas nauki, jak i podczas pracy trzeba używać ten instrument z wielką rozwagą.
              - Oczywiście, że tak. Nie można szastać głosem, a oprócz tego trzeba się szanować i szanować ten zawód. Nie należy pić alkoholu, nie palić i wysypiać się dobrze. To są trzy najważniejsze zasady. Do tego wszystkiego należy cały czas pracować, bo człowiek całe życie się uczy.

              Jest Pan tenorem lirycznym, ale śpiewał Pan także partie dramatyczne.
               - Jak zacząłem występować na estradach filharmonicznych, to jak śpiewałem w Filharmonii Rzeszowskiej nawet muzycy się zakładali, czy będę tenorem, czy barytonem. Miałem taką skalę głosu, że z powodzeniem mogłem śpiewać partie barytonowe, bo schodziłem bardzo łatwo w dół, aż do A – to jest bardzo niski dźwięk. Rzadko się zdarza, aby tenor mógł śpiewać tak nisko, ale mogłem śpiewać także bez trudu wysokie dźwięki i chciałem być tenorem.
               Na początku byłem zdecydowanie tenorem lirycznym, najlepszym przykładem jest Leński w „Eugeniuszu Onieginie”. Po niedługim czasie zacząłem śpiewać partie bardziej wymagające – chociażby „Opowieści Hoffmanna” Jacques’a Offenbacha, to jest olbrzymia opera w trzech aktach z prologiem i epilogiem. Koleżanki sopranistki zazwyczaj zmieniały się, każdy akt śpiewała inna, aby głos był świeży. Ja się nie oszczędzałem, a już najlepiej śpiewało mi się epilog, który jest bardzo trudny, bo miałem rozgrzany głos i był tak elastyczny, że na wysokich dźwiękach mogłem robić, co chciałem zarówno w forte, jak i w piano.
Podobnie było w „Fauście” Charlesa Gounoda, gdzie jest 5 aktów. To są trudna opery.
               Pamiętam, że jak rozpocząłem współpracę z Operą Krakowską, „Eugeniuszem Onieginem”, to następną operą wystawianą z moim udziałem była „Madama Butterfly” Giacomo Pucciniego, w której pierwszoplanowa partia tenorowa Pinkertona jest także bardzo trudna. Miałem wtedy bardzo dużo innych obowiązków. Nauczyłem się tekstu muzycznego, byłem zaledwie na jednej próbie reżyserskiej i później już śpiewałem przedstawienie. Może się to wydawać wprost niemożliwe, ale bez problemu dałem radę. Podobnie było z „Rigolettem” Giuseppe Verdiego, które w Krakowie było bardzo długo w repertuarze.
               Bardzo lubiłem wszystkie te partie. Miałem bardzo efektowne i ładne kostiumy, w których dobrze się czułem. Kreowałem zawsze bardzo wyraźne postacie.
Lubiłem takich reżyserów, którzy nie narzucali mi każdego kroku na scenie, tylko po pewnych ustaleniach dawali mi swobodę i ja mogłem swobodnie poruszać się na scenie i kreować postać, w którą się wcielałem.
               Będąc solistą Teatru Wielkiego w Warszawie, przez wiele lat śpiewałem także gościnnie w Operze Krakowskiej. Śpiewałem „Fausta” w Warszawie i w Krakowie, gdzie reżyserował Józef Szajna, a wiadomo, że ten człowiek przeszedł piekło na ziemi. W każdym dziele, które reżyserował, zawarta jest cząstka jego przeżyć.
               Tym razem ze spektaklami „Fausta” w Krakowie związana była zabawna historia. Zatelefonował do mnie mój imiennik - Kazimierz Kord, który był wówczas dyrektorem Opery Krakowskiej i powiedział: „Ratuj mnie, Kazek, bo mam w poniedziałek premierę, a tenor mi nawalił. Proszę, przyjedź!”.
               Pojechałem do Krakowa w niedzielę i odbyłem próby z Józefem Szajną, który przedstawił mi swoją wizję Fausta, a ja mogę robić na scenie, co chciałem. Po spektaklu Józef Szajna powiedział do mnie: „Tak sobie to wyobrażałem. Stary Faust, pusta scena zastawiona jest łóżkami (bo akcja toczy się w szpitalu) i tylko łóżka z trupami przesuwane są z miejsca na miejsce. Taki jest koniec życia!”.
Potem ukazuje się piękna kobieta, która mówi, co może czekać Fausta, jeżeli podpisze z nią cyrograf. Faust waha się. Tutaj miałem pełną swobodę. Józef Szajna pochwalił mnie szczególnie za tę scenę. Bardzo lubiłem tego Fausta, czekałem na tę olbrzymią, bardzo trudną arię z wysokim C, ale tylko w Krakowie, natomiast nie lubiłem śpiewać Fausta w Warszawie.

               Pana wysokie C podziwiane było nie tylko przez publiczność, ale także przez wielu śpiewaków, również tenorów.
               - Wielokrotnie koledzy zadawali mi pytanie: „Skąd masz to wysokie C? Z kim nad nim pracowałeś?”.
Uśmiechałem się tylko, bo po przyjeździe ze stypendium w La Scali nie pracowałem już z żadnym pedagogiem. Wszystkie partie opracowywałem samodzielnie i do wszystkiego musiałem dojść sam. To miało olbrzymią wartość.
               Zawsze polecam, przede wszystkim młodym śpiewakom, żeby nie słuchali tych wszystkich nagrań, których jest teraz mnóstwo, aby nikogo nie naśladowali, bo każdy powinien być sam sobą. Jeśli już dobrze opanuje się jakąś partię, to można posłuchać nagrania, ale nikt nie powinien się uczyć na kimś, bo wtedy nie będzie oryginałem, a jedynie odbiciem kogoś innego. To lustrzane odbicie nigdy nie jest prawdziwe.
Dla młodych śpiewaków mam przestrogę, żeby nigdy nie kopiowali dobrych wykonawców. Zawsze trzeba być sobą.

               Panie Profesorze, czy śledzi Pan to co dzieje się na scenach operowych w ostatnich latach? Trudno mówić o ostatnich miesiącach, bo przez pandemię właściwie nic się nie działo.
                - Ostatnio nic się nie dzieje, a jeżeli nawet się coś dzieje, to są zmiany, które są nie do przyjęcia. Często bywaliśmy na przedstawieniach i wychodziliśmy po pierwszym akcie, bo nie było co oglądać i słuchać. Zmiany libretta, umieszczenie historii w innym czasie, to naprawdę nie są dobre pomysły. Moim zdaniem reżyserować spektakle powinni artyści, którzy pochodzą z danego kraju, którzy dużo przeżyli, którzy nie będą zmieniali ani czasu, ani epoki, ani historii. Teraz jest często inaczej – trudno, takie są czasy. Może w takim kierunku zmierza świat, ale jeżeli tak jest, to nie wróżę dużo dobrego przyszłości opery, a szczególnie młodym śpiewakom, bo na jakich wzorach mają się uczyć?

                Pana życie i działalność artystyczna wypełniona była ciężką pracą oraz bardzo ciekawymi przeżyciami związanymi z występami, podróżami i pracą pedagogiczną. Czy nigdy nie zastanawiał się Pan, aby je zapisać albo ktoś napisał o panu książkę?
                - Nie, chociaż są nawet tacy, którzy sami piszą wspomnienia. Ja po pierwsze nie mogę pisać, bo nie widzę. Jestem już prawie niewidomy, a oprócz tego zostaną po mnie nagrania. Jest ich bardzo dużo i jeśli ktoś zechce ich posłuchać, to może to zrobić.

                Nagrania są fantastyczne pod każdym względem, pomimo, ze niektóre zostały zarejestrowane kilkadziesiąt lat temu. Nie było możliwości montowania, a większość nagrań została zrobiona podczas koncertów czy spektakli.
                - Owszem, większość moich nagrań została zapisana podczas koncertów. Mam nawet takie nagranie, które chciałem powtórzyć, bo nie byłem z niego zadowolony, ale dyrektor Jerzy Gert był innego zdania, ponieważ uważał, że to jest świetne nagranie. Teraz wiem, że miał rację.
                Dużo nagrywałem i wiedziałem, jak to robić. Nie miałem tremy przed mikrofonami i osobami, które obsługiwały cały sprzęt, gdyż wszyscy byli bardzo przychylnie nastawieni do wykonawców. Zawsze miałem bardzo dobre relacje z realizatorami.

                Pana Córka czasami udostępnia niektóre nagrania w Internecie. Słucham ich z ogromną przyjemnością i podziwem.
                - Odzew na te nagrania jest olbrzymi. Za każdym razem jest po kilkadziesiąt tysięcy wejść. Ze wszystkich teatrów polskich i zagranicznych. Mamy dowody, że słuchali nas artyści z La Scali i z Metropolitan Opera w Nowym Jorku, z Hiszpanii, a nawet z Australii. Często piszą do mnie dzieci, a nawet wnuki solistów i dyrygentów, z którymi współpracowałem. Dzwonią do mnie reżyserzy, byli dyrektorzy teatrów operowych, aby mi pogratulować, porozmawiać o współpracy i powspominać dawne czasy.

                Czuje się Pan z pewnością spełnionym śpiewakiem i pedagogiem.
                - Mogę to potwierdzić, ponieważ zrobiłem w życiu tyle, ile mogłem, śpiewając przez kilkadziesiąt lat. Bardzo długo też uczyłem śpiewu w Akademii Muzycznej w Warszawie, a niedawno zostałem nawet Honorowym Profesorem Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie. Chyba w 2017 roku otrzymałem to zaszczytne wyróżnienie.

                Panie Profesorze, dziękuję bardzo za poświęcony mi czas, za miłą rozmowę i życzę dużo zdrowia.
                - Ja także bardzo dziękuję i serdecznie pozdrawiam.

Zofia Stopińska

Z Grzegorzem Manią o IV Rzeszowskiej Jesieni Muzycznej

           Z panem Grzegorzem Manią, znakomitym pianistą, pedagogiem, radcą prawnym reprezentującym Stowarzyszenie Polskich Muzyków Kameralistów, rozmawiamy o IV Rzeszowskiej Jesieni Muzycznej, która w tym roku odbywa się w październikowe soboty i niedziele.
           - Zapraszamy do Kościoła oo. Dominikanów w Rzeszowie, gdzie odbędą się cztery koncerty, trzy koncerty zaplanowaliśmy w sali Instytutu Muzyki Uniwersytetu Rzeszowskiego i jeden koncert odbędzie się sali kameralnej Filharmonii Podkarpackiej.

           Z wielką radością spoglądam na program tegorocznego Festiwalu i nazwiska znakomitych wykonawców. Tegoroczna edycja nosi podtytuł: „Zapomniana muzyka”.
           - Ten tytuł towarzyszy nam od początku i nawiązuje do idei Festiwalu na wielu płaszczyznach. Po pierwsze na płaszczyźnie czysto kameralnej i tu chcę zauważyć, że muzyka kameralna nie jest zapomniana, ale jest zdecydowanie za mało obecna i paradoksalnie pandemia trochę to pokazała, że muzyka może mieć większą przestrzeń w salach koncertowych. Nie duże orkiestry, a właśnie muzyka kameralna.
           Nawiązuje ten tytuł również do wykonawstwa muzyki polskiej, bo też od początku linia programowa Festiwalu polegała na tym, żeby do arcydzieł muzyki kameralnej dodać świetne dzieła polskich kompozytorów, często nieznane albo za mało znane, a na tym obszarze muzyka polska nie ma się czego wstydzić. Jest mnóstwo znakomitych dzieł i trzeba te piękne perełki pokazać.

           Bardzo często publiczność po wysłuchaniu po raz pierwszy nieznanego utworu, z niedowierzaniem przyjmuje informację, że jest to dzieło polskiego twórcy. Parę lat temu występująca w słynnej Złotej Sali Musikverein w Wiedniu Orkiestra Filharmonii Podkarpackiej wykonała na bis Poloneza Wojciecha Kilara. Po koncercie zachwyceni Wiedeńczycy zastanawiali się, skąd mogą pochodzić te rytmy. Jedni uparcie twierdzili, że to musi być utwór włoskiego kompozytora, a inni byli przekonani, że z pewnością są to hiszpańskie rytmy. Kiedy podeszłam i wyjaśniłam, że to są rytmy polskiego poloneza, a skomponował go Wojciech Kilar, popatrzyli na mnie z niedowierzaniem i udali się w kierunku garderoby dyrygenta, aby tę informację zweryfikować.
           - W ubiegłą niedzielę odbył się koncert, w programie którego znalazł się Kwartet fortepianowy Władysława Żeleńskiego. Marcin Zdunik opowiadał mi, że kiedy wykonali ten utwór w Berlinie, to jedna z muzykolożek tamtejszych podbiegła do niego, wykrzykując: „Toż to jest polski Brahms”.
To jest rzeczywiście arcydzieło, które nawet w Polsce jest za mało znane. Bardzo często nie potrafimy docenić talentu naszych kompozytorów, a na polu kameralistyki mamy polskich mnóstwo arcydzieł.

           IV Rzeszowska Jesień Muzyczna rozpoczęła się 3 października w kościele oo. Dominikanów, koncertem orkiestry kameralnej Extra Sounds Ensemble pod kierownictwem skrzypaczki Alicji Śmietany.
           - Alicja Śmietana występuje w roli liderki, mówimy, że jest to orkiestra kameralna, ale tak naprawdę jest to zespół kameralny, w którym gra jedenastu muzyków. Nawet jeśli wykonują utwory na orkiestrę smyczkową, to w pojedynczych obsadach.
           Podczas inauguracji publiczność wysłuchała trzech dzieł epoki baroku i jednego skomponowanego w XX wieku. Jak pani zauważyła, wykonawcy grając utwory barokowe, nawiązywali do żywiołowych interpretacji, dlatego, że wielu z nich grało wcześniej w orkiestrze Nigela Kennedy’ego i stąd to żywiołowe, energetyczne granie.
           Drugi koncert odbył się w Sali Instytutu Muzyki Uniwersytetu Rzeszowskiego, a wystąpił kwartet fortepianowy, w którym mam zaszczyt grać, a oprócz mnie tworzą go: Anna Maria Staśkiewicz (skrzypce), Katarzyna Budnik (altówka), Marcin Zdunik (wiolonczela).

           Przepraszam, że przerywam, ale trzeba podkreślić, że Pan jest jedyną osobą, która związana jest głównie z muzyką kameralną, a pozostali są wyśmienitymi, znanymi solistami.
            - Tak, ale dosyć często grają także kameralnie. Uwielbiają grać ze sobą i w trio grają bardzo często. Pięknie grają „Wariacje Goldbergowskie” Johanna Sebastiana Bacha albo „Inwencje trzygłosowe”, a tutaj połączyliśmy siły i wykonaliśmy cudowny, bardzo energetyczny Kwartet fortepianowy Roberta Schumanna oraz piękny, bardzo rozległy Kwartet fortepianowy Władysława Żeleńskiego, który jest absolutnym arcydziełem.

            Twórczość Władysława Żeleńskiego jest niesłusznie pomijana przez wykonawców.
            - Twierdzę, że jest kompozytorem skrzywdzonym przez historię. Za życia był cenionym twórcą, a nawet pod koniec życia określany był jako „książę polskich kompozytorów”. Wychował wielu kompozytorów, ale może dlatego, że trwał przy swoim stylu i nie interesowały go wszelkie „nowinki”, szybko o nim zapomniano, bo nastał czas w historii muzyki, kiedy te „nowinki” bardzo się liczyły.
            Bardzo się dziwię, że znam jedną szkołę muzyczną w Polsce jego imienia i jedną niewielką uliczkę w Krakowie. Władysław Żeleński zdecydowanie zasługuje na więcej, bo bardzo się przyczynił do odbudowy życia muzycznego w Krakowie. Dlatego się cieszę, że zagraliśmy w Rzeszowie Kwartet fortepianowy Władysława Żeleńskiego.

            Bardzo interesujące koncerty zaplanował Pan na najbliższy weekend.
            - W sobotę zawita do nas ponownie sopranistka Magdalena Molendowska, bo już raz w Rzeszowie wystąpiła, ale tym razem wystąpi z bardzo różnorodnym programem, od Moniuszki poczynając. Chcemy pokazać, że utwory Stanisława Moniuszki można wykonywać nie tylko w Roku Moniuszki. To jest bardzo dobry kompozytor pieśni i zasługuje na to, żeby go często przypominać. Wysłuchamy utworów Zygmunta Stojowskiego, bo Magda razem z pianistką Julią Samojło nagrały płytę z kompletem pieśni Zygmunta Stojowskiego i zrobiły to po raz pierwszy, przypominając kolejnego zapomnianego kompozytora. W programie recitalu znajdą się też pieśni bliższe naszym czasom.
Usłyszymy cykl pieśni Mieczysława Wajnberga. Program będzie bardzo różnorodny.
            W niedzielę o godzinie 15 w sali kameralnej Filharmonii Podkarpackiej wystąpi Trio stroikowe z fortepianem. To będzie także bardzo różnorodny koncert, bo wystąpi Trio stroikowe w składzie: Maksymilian Lipień (obój), Piotr Lato (klarnet), Damian Lipień (fagot), ale później każdy z nich będzie grał z prof. Jackiem Tosikiem-Warszawiakiem. W programie znajdzie się polska muzyka znakomitych kompozytorów naszych czasów: Stefana Kisielewskiego, Witolda Lutosławskiego, Michała
Spisaka, Aleksandra Tansmana. Zarówno Michał Spisak, jak i Aleksander Tansman to kompozytorzy, których dzieła powinny być o wiele częściej wykonywane.
Wykonawcy także są znakomici, bo bracia Lipieniowie są solistami Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia, a prof. Jacek Tosik-Warszawiak to znakomity pianista, który jest również związany z Instytutem Muzyki Uniwersytetu Rzeszowskiego.

            Kolejne koncerty odbędą się 17 i 18 października. Wykonawcy sobotniego koncertu: Marta Gidaszewska i Robert Łaguniak, tworzący Polish Violin Duo, podczas wywiadu, który przeprowadzałam w sierpniu, bardzo się cieszyli na ten koncert.
             - Ja też się cieszę, bo zrobili furorę podczas odbywającego się w ubiegłym roku Międzynarodowego Konkursu Muzyki Polskiej im. Stanisława Moniuszki w Rzeszowie. Rzadko się zdarza, żeby duet skrzypcowy zrobił takie wrażenie. Oni po prostu „wymietli” konkurencję. Profesor Krzysztof Meyer wspomniał mi, że wszyscy jurorzy ocenili ich najwyżej, bo po prostu byli świetni.           Cieszę się, że wracają do Rzeszowa i w sobotę (17 października) o 19.00 zagrają w kościele oo. Dominikanów. To będzie doświadczenie wręcz mistyczna, bo tam jest bardzo ciekawa akustyka i również bardzo łatwo w tym ascetycznym wnętrzu na skupienie się wyłącznie na muzyce. Polish Violin Duo wykona bardzo różnorodny program, który wypełnią utwory: Grażyny Bacewicz, Georga Philippa Telemanna, Henryka Wieniawskiego, Romualda Twardowskiego i Michała Spisaka.
            W niedzielę (18 października) usłyszymy dwa tria – ponownie Władysława Żeleńskiego i Grzegorza Fitelberga. To bardzo piękne utwory i do tego w znakomitym wykonaniu. Michał Francuz, który jest pianistą niezwykle wszechstronnym, ostatnio współpracującym z Bartłomiejem Niziołem w nagraniu kompletu sonat skrzypcowych. To są świetne nagrania. Oni przywrócili choćby Sonatę Żeleńskiego do obiegu, bo ten utwór potrzebował dobrego wykonania. W tym przypadku jest podobnie, bo uważam, że Trio fortepianowe Władysława Żeleńskiego to nie jest łatwy utwór i potrzebuje dobrych wykonawców. Oprócz Michała Francuza mamy Joannę Konarzewską, znakomitą skrzypaczkę, grająca z pasją, która jest koncertmistrzynią Orkiestry Filharmonii Krakowskiej, i fenomenalny Rafał Kwiatkowski, wiolonczelista, który porywa swą grą. Ja już te utwory słyszałam w wykonaniu wymienionych wykonawców, bo zostały one nagrane przez nasze Stowarzyszenie i pod koniec roku ukaże się płyta w tymi triami. 18 października o 18.00 będziemy mogli usłyszeć ten program na żywo w sali koncertowej Instytutu Muzyki Uniwersytetu Rzeszowskiego.

             Pozostał nam jeszcze jeden październikowy weekend.
             - Tak, ponieważ w tym roku udało nam się zorganizować jeszcze dwa koncerty nadzwyczajne dzięki wsparciu Województwa Podkarpackiego i te wydarzenia odbędą się w kościele Dominikanów.
             Cieszę się, że udało się znowu zaprosić Extra Sounds Ensemble, ale tym razem z cudowną śpiewaczką Hanną Hipp, która wykona pieśni Fryderyka Chopina, zaaranżowane przez Alicję Śmietanę na orkiestrę smyczkową, a na wielki finał 25 października 2020 o 15.30 wystąpi sekstet smyczkowy w bajecznym składzie: Anna Maria Staśkiewicz, Maria Sławek (skrzypce), Katarzyna Budnik, Artur Rozmysłowicz (altówki), Tomasz Strahl, Marcin Zdunik (wiolonczele). Normalnie w tym składzie na wiolonczeli występuje Rafał Kwiatkowski, natomiast tym razem zastąpi go równie znakomity wiolonczelista Tomasz Strahl.
             Autorska aranżacja Marcina Zdunika Requiem Wolfganga Amadeusa Mozarta, będzie swego rodzaju preludium do Święta Zmarłych. Marcin dokonał znakomitych aranżacji i słuchając przekonają się Państwo, że nie brakuje nam głosów i będzie to doświadczenie z serii muzyczno–mistycznych.

             Miejmy nadzieję, że pandemia nie przeszkodzi w realizacji IV Rzeszowskiej Jesieni Muzycznej, która rekompensuje miłośnikom muzyki kameralnej fakt, że ten nurt muzyki rzadko gości na rzeszowskich scenach koncertowych. Prowadzone przez Pana Stowarzyszenie Polskich Muzyków Kameralistów działa prężnie nie tylko w Rzeszowie i Krakowie.
             - To prawda, ale też muszę przyznać, ze byliśmy już ofiarami pandemii, bo mieliśmy już zaplanowany bardzo interesujący festiwal na Wielkanoc w Zielonej Górze, gdzie był pierwszy pacjent zarażony koronawirusem i bardzo szybko musieliśmy odwołać to wydarzenie.
Może dlatego, że działamy w małych składach, wirus nam planów do końca nie pokrzyżował. Udało się obronić i zrealizować najważniejsze nasze wydarzenia, w tym dwa festiwale w Krakowie i Rzeszowie.
             Wszystkie koncerty IV Rzeszowskiej Jesieni Muzycznej rejestrujemy, staramy się o jak najlepszą jakość rejestracji, a przede wszystkim dźwięku, i wszystkie będą transmitowane na YouToube.
Gdyby ktoś nie mógł albo się obawiał przyjść na koncert, to będzie mógł uczestniczyć w tych koncertach.

             Czy myśli Pan już o kolejnej edycji?
              - Mam różne plany, ale chcę pozostać przy podtytule „Zapomniana muzyka”. Chciałbym przypomnieć między innymi znakomity Kwintet Ignacego Friedmana. Tych kompozytorów jest wielu. Wymienię jeszcze tylko: Józefa Kazimierza Hoffmana, Zygmunta Stojowskiego oraz Ignacego Jana Paderewskiego, którego na szczęście dzięki karierze pianistycznej nie zapomniano kompletnie jako kompozytora. Najczęściej jednak tylko pianiści grają jego utwory, a tymczasem Sonata na skrzypce i fortepian Ignacego Jana Paderewskiego jest znakomitym utworem.
              Mogę śmiało już myśleć i planować, bo mamy dotację z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego obejmującą jeszcze przyszły rok. Jak zdobędę dodatkowe środki, to będzie więcej koncertów

              Przy okazji rozmowy o muzyce możemy wspomnieć o przygotowanym przez Pana wydawnictwie, które stosunkowo niedawno się ukazało, a które przybliża w sposób zrozumiały artystom prawo autorskie.
              - To jest moje hobby. Bardzo lubię objaśniać prawo autorskie, bo wielokrotnie się przekonałem, że wiele osób się boi tego tematu i uważa je za niezrozumiałe. Być może to wynika nie z samego prawa, tylko z tego, jak je komunikujemy.
Udaje mi się przedstawiać je w sposób przystępny i przekonałem się, że wiele osób po rozmowie, i przeczytaniu o danym problemie w książce, przekonało się, że te przepisy można zrozumieć i nie są one aż takie straszne. Panuje przekonanie, że prawo autorskie jest bardzo opresyjne, nie pozwala na nic, a tymczasem można znaleźć kompromis.
              Cieszę się, że książka się ukazała, że jest czytana i da się ją czytać, bo to jednak jest rozprawa prawnicza, więc mogła być nieprzystępna. Jestem też dumny z tego, ze brałem udział w przedziwnym wydarzeniu – kampanii Polskiego Wydawnictwa Muzycznego dla dzieci o prawie autorskim.
              Pod tytułem: „Jesteś twórcą, masz prawo”, została nagrana seria ośmiu filmików – lekcji prowadzonych przez dzieci. Ja tylko na końcu byłem „gadającą głową”, która mówiła, co można, a co nie. Do tego były stworzone scenariusze zajęć dla nauczycieli i szkolenia w całej Polsce, żeby uczyć o prawie autorskim i znać je. Z pewnością coś z tego zostało, chociaż to jest „kropla w morzu”, ale Polskie Wydawnictwo Muzyczne zamierza robić kolejne edycje.
To także było ciekawe doświadczenie.

              Wracając na zakończenie do trwającej IV Rzeszowskiej Jesieni Muzycznej – zapraszamy na koncerty.
              - Zapraszamy w październikowe soboty i niedziele na przyjemne weekendy muzyczne albo w środy i czwartki (koncerty sobotnie w środy, a niedzielne w czwartki) na YouToube.
Mam nadzieję, że nasze rejestracje będą dobre i spełnią Państwa oczekiwania. Zapraszam przed ekrany albo przed monitory.

Z dr Grzegorzem Manią, pianistą, kameralistą, pedagogiem i prawnikiem rozmawiała Zofia Stopińska w październiku 2020 roku w Rzeszowie.

Jubileuszowo z Maestro Kazimierzem Pustelakiem - cz. I

          Z wielką radością zapraszam Państwa do przeczytania wywiadu z Maestro Kazimierzem Pustelakiem, jednym z najwybitniejszych artystów powojennej polskiej sceny operowej, o którym Jarosław Iwaszkiewicz pisał, że: „Głos mu się leje jak wino z amfory”. Przez długie lata Kazimierz Pustelak zachwycał publiczność polskich i światowych scen operowych oraz filharmonicznych niezwykłym głosem o pięknej barwie, cudownej lekkości i doskonałości również w wysokim rejestrze, i znakomitej technice. Publiczność i krytycy muzyczni podziwiali Artystę także za elegancję, kulturę i wyczucie stylów.

           Maestro, rozmawiamy w roku Pana 90. urodzin - proszę przyjąć ode mnie i za moim pośrednictwem od mieszkańców Podkarpacia najlepsze życzenia – dużo zdrowia na długie lata, aby każdy dzień przynosił wiele radości i aby cieszył się Pan miłością najbliższych.
           - Bardzo dziękuję za tak piękne życzenia. Cieszę się, że płyną one z moich rodzinnych stron, bo urodziłem się Nowej Wsi niedaleko Rzeszowa.

           Mieszkańcy Podkarpacia szczycą się tym, że pochodzi Maestro z naszych stron, a młodsi – szczególnie ci, którzy marzą o karierze śpiewaka albo śpiewaczki, z pewnością chcieliby dowiedzieć się, czy pochodzi Maestro z rodziny o tradycjach muzycznych i kiedy rozpoczął Pan naukę śpiewu?
           - W mojej rodzinie nie było muzyków, ale ja bardzo lubiłem śpiewać. Przed wojną uczęszczałem do szkoły powszechnej i otrzymałem zadanie, aby coś zaśpiewać. Wtedy okazało się, że mam dobry głos. Kiedyś rodzice zapytali mnie, co bym chciał robić w swoim życiu, to powiedziałem, że chciałbym pracować w takim teatrze, w którym się nie mówi, tylko się śpiewa, chociaż nie wiedziałem, że taki teatr istnieje.
           Po wojnie rozpocząłem naukę w II Liceum Ogólnokształcącym w Rzeszowie i wkrótce zapisałem się do chóru, a prowadziła go pani Zofia Stachurska, która była także dyrektorem Szkoły Muzycznej w Rzeszowie. Bardzo polubiłem śpiewanie w chórze, bo występowaliśmy podczas różnych uroczystości i śpiewaliśmy nawet w teatrze. Kiedyś po próbie Pani Zofia Stachurska powiedziała: „Kaziu! Masz bardzo ładny głos i musisz uczyć się śpiewać!”.
           Rok przed maturą trafiłem do Szkoły Muzycznej, a tam uczyła śpiewu pani Maria Świerzawska. Była świetną nauczycielką i bardzo dużo się u niej nauczyłem.
Przypomnę jeszcze wydarzenie, które dotyczy pani rodzinnych stron, a świadczy najlepiej, że w mojej rodzinie też się śpiewało. W młodości śpiewałem nawet w Handzlówce, gdzie proboszczem był mój stryj ks. Ludwik Pustelak. Niedługo po okupacji przyjechaliśmy do Handzlówki z Zaczernia (gdzie urodzili się zarówno ks. Ludwik, ks. Józef i ich młodszy brat oraz siostra), z przedstawieniem „Chata za wsią”. Byłem wtedy młodym chłopakiem ze wsi i miałem małą rólkę do śpiewania, a dziewczynę, która mnie uwodziła, grała moja ciotka – siostra ks. Ludwika (śmiech).
Nasze przedstawienie bardzo się Handzlowianom spodobało. Mogło to być w 1947 roku, a potem w pięknych lasach handzlowskich mieliśmy obóz harcerski. Miło wspominam te pobyty i tamte czasy.

           Marzył Pan o śpiewie, ale ukończył Pan studia na Wydziale Rolnym Uniwersytetu Jagiellońskiego i jako inżynier rolnik pracował Pan w Wojewódzkiej Radzie Narodowej w Rzeszowie.
           - Pochodziłem ze środowiska wiejskiego i postanowiłem wybrać bardziej praktyczny zawód. Dlatego zdałem egzamin na studia w Uniwersytecie Jagiellońskim na Wydziale Rolnym, ale o śpiewie nie zapomniałem i równocześnie uczyłem się śpiewu prywatnie u pana profesora Czesława Zaremby.
Był wspaniałym nauczycielem i po dwóch latach nauki byłem już ukierunkowanym śpiewakiem. Wiele pomógł mi także w doskonaleniu sztuki śpiewaczej pan Józef Gaczyński.
           Po ukończeniu studiów uniwersyteckich wróciłem jednak w rodzinne strony i tak jak pani powiedziała, pracowałem jako inżynier rolnik w Rzeszowie. Trwało to dwa lata, bo niespodziewanie otrzymałem telefon z Krakowa. Pojawiła się szansa, abym rozpoczął pracę w wymarzonym zawodzie.

           Debiutował Maestro w Krakowie, ale nie w operze, tylko w operetce i śpiewał Pan w „Krainie uśmiechu” u boku samej Iwony Borowickiej.
           - Owszem, rozpoczynałem w Krakowie, ale pojechałem tam na zaproszenie pana Jerzego Gerta, który kierował wówczas Orkiestrą i Chórem Polskiego Radia w Krakowie, a także był kierownikiem artystycznym Teatru Muzycznego w Krakowie. Po rozmowie miałem próbne nagranie i pamiętam, że śpiewałem wtedy arie z „Rigoletta” i „Strasznego dworu”. Mój krótki występ spodobał się i dyrektor Jerzy Gert zaproponował mi pracę.
           Powiedziałem szczerze, że bardziej interesuje mnie teatr operowy niż operetka. Aby mnie przekonać do operetki, dyrektor Gert dał mi zaproszenie na przedstawienie „Hrabiny Maricy”.
Operetki były wówczas wystawiane w budynku dawnej ujeżdżalni koni, którą dostosowano dla potrzeb teatru muzycznego – była scena, kanał dla orkiestry i duża sala na około tysiąc miejsc.
Poszedłem na ten spektakl i byłem zachwycony, bo przedstawienie było znakomite. Iwona Borowicka królowała, była po prostu fenomenalna. Była nie tylko znakomitą śpiewaczką, ale również tancerką i świetnie mówiła teksty. Mało jest aktorów teatrów dramatycznych, którzy by jej dorównali interpretacją słowa mówionego.
           Dyrektor Gert zapytał mnie po spektaklu o wrażenia. Zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że bardzo mi się podobało i jestem gotów podpisać umowę. Podpisałem umowę od razu na dwa etaty. Zostałem solistą w Teatrze Muzycznym i w Zespole Orkiestry i Chóru Polskiego Radia w Krakowie.
           Jak już pani powiedziała, debiutowałem operetką „Kraina uśmiechu” Franza Lehára. Moje wynagrodzenie było dosyć dobre, bo otrzymywałem około czterech tysięcy pensji zasadniczej i oprócz tego otrzymywałem wynagrodzenie za nagrania. Na etacie Polskiego Radia miałem normę 20 minut nagrania miesięcznie, a operetka trwała zazwyczaj ponad 2 godziny. Dodam, że wszystkie wystawiane operetki były nagrywane. To mi się opłacało.

           Został Pan w krainie operetki dość długo, pomimo, że marzył Pan o operze. Pamięta Maestro swój debiut operowy?
            - Przez dwa lata byłem solistą w Teatrze Muzycznym, ale cały czas myślałem o operze, jak większość młodych śpiewaków. Zresztą później trochę zmieniły się warunki pracy, bo zlikwidowane zostały etaty solistów w Polskim Radiu i ta współpraca wyglądała zupełnie inaczej.
W tym samym czasie, a był to 1957 rok, otrzymałem propozycję z Teatru Operowego. Spektakle operowe wystawiane były dwa razy w tygodniu w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie.
            Tydzień przed premierą opery „Eugeniusz Oniegin” Piotra Czajkowskiego przyjechał na próbę pan z Ministerstwa Kultury, który był znawcą sztuki operowej i śpiewu. Od jego opinii zależało, czy dane przedstawienie ukaże się w przygotowywanej formie. Stwierdził, że brak jest Leńskiego, chociaż było co najmniej trzech wykonawców tej partii, ale żaden mu nie odpowiadał.
Wtedy ktoś stwierdził, że jest dobry, młody śpiewak w operetce i można go spotkać w porze obiadowej w Grandzie. Rzeczywiście tam zazwyczaj jadałem obiady. Zarabiałem nieźle i starałem się dobrze odżywiać, aby mieć energię do śpiewania.
            Podczas obiadu podeszło do mnie dwóch panów – pan Weber, dyrektor Krakowskiego Towarzystwa Operowego i pan z Ministerstwa Kultury. Przedstawili się, a później zapytali, czy w czasie dziesięciu dni nauczę się partii Leńskiego. Stwierdziłem, że mogę się nauczyć, ale nie zgodzi się na to mój dyrektor pan Gert.
Zapewnili mnie, że to już ich sprawa, aby dyrektor Gert się zgodził.

            Podjął się Pan bardzo trudnego zadania.
            - To prawda, musiałem szybko wziąć się do roboty, bo oprócz arii są tam trudne ansamble, duety, a do tego prawie od razu musiałem uczestniczyć w próbach scenicznych, szybko szyli mi kostiumy, ale podczas próby generalnej byłem już dobrze przygotowany. Wszystko poszło bardzo dobrze, premiera była nadzwyczaj udana, publiczność nagrodziła nas długimi brawami, ukazały się entuzjastyczne recenzje znakomitych znawców sztuki operowej. Mój występ bardzo się spodobał i pisano, że wreszcie mamy tenora lirycznego.
            To był początek mojej współpracy z Operą Krakowską. Mogłem się poświęcić pracy w operze, chociaż miałem jeszcze przez jakiś czas kontakt z operetką, bo miałem jeszcze zobowiązania jako wykonawca głównych partii.

            Był Pan już dobrze pod każdym względem przygotowany do śpiewania repertuaru operowego.
            - Ja też tak sądzę. Dla mnie ważną szkołą była praca w Polskim Radiu. Jak już wspomniałem, wszystkie spektakle były nagrywane, a później przesłuchiwaliśmy je. Na nagraniu słychać było wszelkie niedoskonałości, dlatego nauczyłem się dbałości o dokładność, nie tylko strony wokalnej, ale także muzycznej. Wiele zawdzięczam dyrektorowi Jerzemu Gertowi, bo dla młodego, „zielonego” śpiewaka była to znakomita szkoła, a oprócz tego szybko stałem się znanym śpiewakiem, ponieważ te operetki były retransmitowane w programach radiowych.
            U dyrektora Gerta poznałem także spory repertuar oratoryjny oraz dużo utworów polskich kompozytorów. Nagrywaliśmy także opery – na przykład utrwaliliśmy operę "Faust" księcia Antoniego Radziwiłła. Dzisiaj jest to nieznana opera, a szkoda, bo jest naprawdę piękna i trudna.
            Pamiętam nagranie Króla Davida Arthura Honeggera, to jest także bardzo trudne dzieło. Odbył się znakomity koncert w Filharmonii w znakomitej obsadzie śpiewaków, a wystąpiły m.in. takie gwiazdy, jak: Krystyna Szczepańska, Stefania Woytowicz. To było wyjątkowo piękne wydarzenie.W ten sposób rozpoczęła się na dobre działalność na polu muzyki oratoryjno-kantatowej.
            Pamiętam, jak podczas przygotowań potężnego dzieła „Weihnachtsoratorium” („Oratorium na Boże Narodzenie”) Johanna Sebastiana Bacha pod batutą Stanisława Wisłockiego, podeszły do mnie w przerwie panie Krystyna Szczepańska i Stefania Woytowicz, mówiąc: „Ty jesteś osesek, ale ponieważ masz bardzo ładny głos i jesteś wyjątkowo muzykalny, to proponujemy ci przejście na ty”. Bardzo mnie to ucieszyło.
            Potem prawie wszystkie filharmonie proponowały mi udział w koncertach oratoryjnych. Nie mogłem przyjąć wszystkich propozycji i wybierałem tylko niektóre, te naprawdę duże wydarzenia. Pamiętam, że śpiewałem w Filharmonii Narodowej podczas koncertu otwarcia gmachu Filharmonii po odbudowie i wykonywałem (jeśli dobrze pamiętam), „Pieśni kurpiowskie” Karola Szymanowskiego. Odnieśliśmy wspólnie z Chórem i Orkiestrą duży sukces.
Wykonywałem bardzo różnorodny repertuar.

            Występował Maestro często w koncertach oratoryjno-kantatowych, z recitalami pieśni, a repertuar operowy także był ogromny, bo ponad 70 partii.
            - Miałem także nie mniej partii muzyki oratoryjnej. Wspomniała Pani o recitalach, z którymi często występowałem, a przeważały w nich pieśni – szczególnie pieśni Stanisława Moniuszki, które są przepiękne. Jak wykonywałem pieśni Stanisława Moniuszki za naszą zachodnią granicą, to często zachwyceni melomani i krytycy nie mogli uwierzyć, że tej muzyki nie skomponował romantyczny kompozytor niemiecki.

            Wiem, że przez pewien czas przebywał Pan na stypendium we Włoszech.
            - Owszem, trafiłem tam w drodze konkursu, który odbywał się w Warszawie przy ulicy Nowogrodzkiej. Oceniało nas bardzo duże jury złożone z profesorów ze wszystkich uczelni i wszyscy popierali swoich uczniów. Byłem jedynym uczestnikiem, który nie miał swojego pedagoga w jury, ale wygrałem ten konkurs.
            W tym czasie dyrektorem Opery Warszawskiej był Jerzy Semkow, który tworzył zespół śpiewaków. Okazało się, że interesował się mną już wcześniej, a po wygraniu tego konkursu, zaproponował mi, że po powrocie ze stypendium zaangażuje mnie w Warszawie.
Musiałem nawet podpisać odpowiedni „cyrograf” w Ministerstwie Kultury w obecności dyrektora Jerzego Semkowa i dyrektora Departamentu Muzyki.

            Ciekawa jestem, jak długo trwał Pana pobyt w centrum doskonalenia śpiewaków operowych La Scali.
            - Na stypendium byłem około 9 miesięcy i muszę powiedzieć, że nauczyłem się tam bardzo dużo. Miałem zajęcia ze znakomitymi pedagogami. Studiowałem m.in. pod kierunkiem maestro Frigerio, jednego z największych włoskich znawców sceny i wokalistyki, a korepetytorem był bardzo życzliwy starszy pan, który przez wiele lat pracował z Arturo Toscaninim.
            Wszyscy zgodnie stwierdzili, że jestem już uformowanym śpiewakiem, gotowym do śpiewania na scenie i dlatego przygotowywałem partie operowe w całości (oczywiście na pamięć). Nauczyłem się w sumie partii tenorowych sześciu włoskich oper: „Cyrulika sewilskiego” Rossiniego, „Don Pasquale”, „Napój miłosny” i „Łucję w Lammeromooru” Donizettiego, „Rigoletto” i „Traviatę” Verdiego. Miałem próby sceniczne z reżyserami. Na jedną z nich przyszedł ówczesny kierownik artystyczny La Scali i po zakończeniu próby wszyscy zgodnie orzekli, że wcale nie śpiewam gorzej niż Gianni Raimondi, który był wtedy gwiazdą nr 1 w La Scali.
            Pod koniec mojego pobytu w Mediolanie otrzymałem kilka bardzo interesujących propozycji udziału w spektaklach operowych ze znanymi śpiewakami, nie tylko we Włoszech. Były już nawet plany związane z otwarciem nowego gmachu operowego w Sydney. Jednak ja chciałem wracać do Polski, bo w czasie mojego pobytu we Włoszech żona urodziła naszą córkę i bardzo chciałem być z rodziną w domu. Ponadto przecież podpisałem zobowiązanie, że po zakończeniu stypendium powrócę i będę śpiewał w Polsce.

            Po powrocie do kraju pożegnał się Pan z Krakowem i przeniósł się Pan do Warszawy.
            - Zaraz po powrocie z Mediolanu poszedłem od razu na Nowogrodzką do Opery Warszawskiej, aby spotkać się z dyrektorem Jerzym Semkowem. W sekretariacie dowiedziałem się, że pan Jerzy Semkow już nie jest dyrektorem, bo został zwolniony, a jego obowiązki pełni dyrektor z Opery Łódzkiej, który z kolei powiedział mi, że jest tylko na krótkim zastępstwie i obsada nowego sezonu zostanie zaplanowana dopiero po powołaniu nowego dyrektora.
            Szczerze mówiąc, ucieszyłem się, że nie będę się musiał przenosić z Krakowa do Warszawy, ale tak się nie stało. Na dyrektora w Warszawie został powołany Bohdan Wodiczko, który wkrótce zatelefonował do mnie i poprosił o szybki przyjazd na rozmowę, bo już planował zespół na otwarcie Teatru Wielkiego.
            Pojechałem na umówioną rozmowę i dyrektor Wodiczko zaproponował mi etat solisty i od razu mieszkanie tuż obok Teatru, w którym mieszkam do dziś. Warunki finansowe nie były w pełni satysfakcjonujące, ale i tak były to najwyższe stawki, jakie mogłem dostać. Dopiero po pewnym czasie wszystko zmieniło się na lepsze.
W ten sposób od sezonu 1961/1962 zostałem solistą Opery Warszawskiej i jeszcze dwa lata pracowaliśmy w budynku przy ulicy Nowogrodzkiej.

            Jaki repertuar preferował dyrektor Bohdan Wodiczko?
            - Będąc solistą, śpiewałem właściwie cały repertuar na mój głos. Dyrektor Bohdan Wodiczko wystawiał dużo nowych oper. Z polskiego repertuaru były to opery „Król Roger” Karola Szymanowskiego oraz „Straszny dwór” Stanisława Moniuszki, ale wystawiane były także tak wybitne dzieła, jak: "Persefona" i "Król Edyp" Igora Strawińskiego, „Don Carlos” Giuseppe Verdiego, „Kawaler srebrnej róży” Richarda Straussa czy „Zamek Sinobrodego” Beli Bartoka.

            Panie Profesorze, jeszcze przed wyjazdem na stypendium do Mediolanu uczestniczył Pan w Międzynarodowym Konkursie Wokalnym w Moskwie, zdobywając II nagrodę, a cztery lata później zdobył Pan I nagrodę w Międzynarodowym Konkursie Wokalnym w Tuluzie. To były ważne wydarzenia w Pana karierze.
            - Na ten konkurs pojechałem w 1957 roku z Krakowa. Po tym konkursie miałem dużo ciekawych propozycji, mogłem podpisać umowę i od razu tam zostać, ale wtedy miałem już na widoku stypendium w La Scali i nawet byłem już zakwalifikowany. Podobnie było po konkursie w Tuluzie w 1961 roku, kiedy byłem już zaangażowany do Opery Warszawskiej. Nie mogłem przyjąć żadnej oferty, ale to wszystko było ważne i miłe.

Szanowni Państwo!
Maestro Kazimierz Pustelak poświęcił mi dużo czasu, stąd wywiad jest bardzo obszerny i postanowiłam podzielić go na dwie części. W najbliższą sobotę (10 października 2020 roku) zapraszam do lektury II części wywiadu, która jest równie, a może nawet bardziej fascynująca jak część I.

Zofia Stopińska

Z Markiem Toporowskim nie tylko o muzyce barokowej.

           Z panem Markiem Toporowskim, wybitnym polskim klawesynistą, organistą i dyrygentem, spotykamy się przed koncertem w ramach 23. Mieleckiego Festiwalu Muzycznego. Niedługo zasiądzie Pan przy organach kościoła pw. Matki Bożej Nieustającej Pomocy, ale to nie pierwszy Pana pobyt po pandemicznej przerwie na Podkarpaciu. 5 sierpnia tego roku w ramach XX Międzynarodowego Przemyskiego Festiwalu „Salezjańskie Lato” koncertował Pan w kościele pw. Świętej Trójcy – pp. Benedyktynek w Przemyślu. To wyjątkowo piękne miejsce.
            - Tak, ten klasztor jest niezwykle urokliwym miejscem, piękny kościół, fantastyczna akustyka i cudowna atmosfera tam panowała.
Zabrałem tam ze sobą dwa instrumenty: klawikord częściowo przeze mnie zbudowany i duży klawesyn. Grywam też często koncerty na trzech instrumentach na przykład: klawikord, szpinet, wirginał.

            W Przemyślu przeważały utwory Johanna Sebastiana Bacha, ale były także utwory z Tabulatury przemyskiej i na finał Sonata klawesynowa Dymitra Bortniańskiego do wykonania której klawesyn był potrzebny.
            - Dymitr Bortniański był kompozytorem współczesnym Mozartowi, a nawet go przeżył, bo zmarł w 1825 roku. Komponował wspaniałe wielkie utwory, a niektóre sonaty doskonale nadają się do grania tak na fortepianie, jak i na klawesynie.
Cieszę się, że kościół był wypełniony publicznością, która przyjęła mnie bardzo gorąco.

             Dzisiaj zasiądzie Pan przy organach, które już Pan dobrze zna.
             - Tak, kilka, a może nawet kilkanaście lat temu grałem na tych organach. Bardzo lubię ten instrument i cieszę się, że mogę znowu tutaj zagrać. Dzisiaj gram wyłącznie repertuar barokowy, zarówno solo jak i w części kameralnej, który nie jest wymagający pod względem szybkości zmian registracji. Nie mam dziś asystenta- registranta, a mielecki instrument nie ma urządzeń umożliwiających szybką zmianę registrów.

             Pana działalność od lat toczy się w kilku nurtach, występuje Pan jako klawesynista, organista, często zasiada pan przy innych dawnych instrumentach klawiszowych, przygotowuje i kieruje Pan wykonaniami dużych form instrumentalno-wokalnych. To wszystko wymaga sporo pracy i wiedzy.
             - Ostatnio także dużo gram i nagrywam na fortepianach historycznych, mam niewielką kolekcję instrumentów historycznych. To wszystko wymaga nie tylko przygotowania się do wykonania, ale także przygotowania instrumentów i opieki nad nimi. Muszę też pracować nad umiejętnością dostosowania się do każdego z nich, a wcześniej dobrze poznać każdy instrument i dostosować się do wymagań, a czasami też ograniczeń, które te instrumenty stawiają przed wykonawcą.
             Mogę powiedzieć, że pod względem ilości instrumentów do których mam dostęp, na których gram i nagrywam, jestem chyba jestem jednych z najbogatszych muzyków. Nie chodzi tu o bogactwo finansowe, ale o różnorodność instrumentarium.

             Na Podkarpaciu, po dłuższej przerwie, życie koncertowe tak naprawdę dopiero się rozpoczyna. Pan pewnie też miłą przerwę w koncertach. Jak ją Pan wykorzystał?
             - Mnie też ta przerwa bardzo mocno dotknęła. Właściwie przez prawie pół roku nie grałem koncertów, a miałem zaplanowane w tym czasie ważne dla mnie wydarzenia. Niektóre musiały zostać przełożone na inne terminy, a inne utracone bezpowrotnie.
             W tym czasie przygotowałem trochę nowego repertuaru na instrumenty na których gram. Wielu muzyków zaczęło robić półprofesjonalne filmy. Dla mnie filmy z krótkimi utworami były o tyle ważne, że pozwoliły mi udokumentować instrumenty, które są w mojej kolekcji. Jeżeli Państwo wejdą na stronę www.fortepianarium.wordpress,com , to poznają Państwo moją kolekcję, która jest eksponowana w Zabrzu, tam też organizujemy koncerty i niektóre przynajmniej na niektórych z tych instrumentów udało mi się wyprodukować krótkie filmy, aby udokumentować ich brzmienie.
Zawsze brakowało mi na to czasu, a dzięki wirusowi i pandemii mogłem to zrobić.
             Na szczęście coraz więcej jest koncertów z udziałem publiczności, mam co robić i bardzo tęsknię za Rzeszowem. Bardzo miło wspominam koncerty, które miałem przyjemność grać z Filharmonią Podkarpacką. Były to zazwyczaj duże, oratoryjne projekty w których wykonywałem partie klawesynu, nawet grałem z tym zespołem raz w Musikverein w Wiedniu. Poznałem wielu muzyków grających w Orkiestrze Filharmonii Podkarpackiej z którymi do dzisiaj się przyjaźnię.

             Pamiętam, że konsultowano z Panem zakup klawesynu dla naszej Orkiestry.
              - To prawda i bardzo się cieszę, że ten instrument w Filharmonii Podkarpackiej jest, bo dzięki temu wiele koncertów okazało się możliwych bez pożyczania instrumentu i wielokrotnie na tym klawesynie grałem.

              Dobry instrument ułatwia klawesynistom podróże koncertowe, a jeśli go brak to często trzeba podróżować ze swoim klawesynem.
              - Ja też często zabieram swoje instrumenty, bo w wielu miejscach instrumentów nie ma, ale bardzo sobie cenię jeżeli instrument jest na miejscu. Klawesyn jest dosyć dużym i ciężkim instrumentem. Oprócz umiejętności artystycznych trzeba również użyć siły własnych mięśni w przeniesienie tego instrumentu i odpowiednie zabezpieczenie go przed podróżą samochodem.
Rzeszowski instrument jest uniwersalny, w dobrym stanie, zadbanym i bardzo dobrze, że można na nim grać.

              Często występuje Pan też jako dyrygent.
              - Owszem i zdarza się dosyć często, że kieruję zespołem grając jednocześnie na klawesynie, ale przy dużych formach chętnie biorę batutę i dyryguję.
Mam zaplanowany wkrótce koncert w Filharmonii Podlaskiej w Białymstoku z Oratorium na Boże Narodzenie Johanna Sebastiana Bacha. Wiem, że na miejscu są muzycy, którzy doskonale wykonują partie basso continuo i mogę się skupić tylko na dyrygowaniu.
Dyrygowanie od klawesynu ma też swoje zalety, ale bywa tak, że trzeba wybrać, czy człowiek skupia się na własnym graniu, czy na prowadzeniu zespołu. Czasami jest to trudne do pogodzenia.

              Założył Pan zespoły specjalizujące się w wykonywaniu muzyki XVII i XVIII wieku – orkiestrę Concerto Polacco i chór kameralny Sine Nomine. Na jakich zasadach one działają?
              - Chór Sine Nomine zakończył działalność już kilka lat temu, natomiast Concerto Polacco działa w tej chwili jako mniejsza formacja kameralna. W tej chwili nie mamy już możliwości organizacyjne podejmowania się dużych produkcji orkiestrowo-chóralnych, dlatego, że nie byliśmy zespołem etatowym. Bez bazy etatowej można funkcjonować przez kilka lat, ale jest to bardzo trudne i w wypadku jakiegokolwiek kryzysu finansowego, chudszych lat, przetrwanie nie jest możliwe. Dlatego teraz koncentrujemy się na graniu w mniejszych składach, a jeżeli dyryguję większymi formami muzycznymi, to zazwyczaj jestem zapraszany jako dyrygent gościnny,
              Na przykład dwa lata temu wykonywałem z Capellą Cracoviensis operę „Hipolit i Arycja” Jeana Philippa Rameau. Do wykonania tego dzieła trzeba zaprosić dużą ilość muzyków grających na instrumentach dętych, bo to jest wyrafinowana instrumentacja wymagająca dużej orkiestry.

              W Mielcu występuje Pan z wybitnymi polskimi flecistami Łukaszem Długoszem i Agatą Kielar-Długosz. Wiem, że już nie raz spotkaliście się z okazjo koncertów.
              - Tak, my regularnie gramy koncerty w trio. Gramy koncerty z programem barokowym i wtedy gram na klawesynie. Jak wykonujemy koncerty muzyki klasycznej i romantycznej , to zasiadam do kopii historycznego fortepianu albo biorę moje pianoforte. Są również napisane specjalnie dla nas utwory na dwa flety i klawesyn, w ramach programu „Zamówienia kompozytorskie”.

             Nie wiedziałam, że interesuje Pana muzyka współczesna.
             - Mam w tej dziedzinie również parę znaczących dokonań m.in. udział w pełnej dokumentacji „live” twórczości Pawła Szymańskiego zrealizowanej przez Narodowy Instytut Audiowizualny. Zainteresowały też mnie napisane dla nas bardzo ciekawe utwory Krzysztofa Baculewskiego i Grażyny Pstrokońskiej-Nawratil. Iwona Kisiel również napisała interesujący utwór na ten skład. Trochę tych utworów jest i pewnie będą powstawały kolejne.
             Oczywiście te utwory są pewnego rodzaju wyzwaniem, bo grając continuo w wypadku muzyki barokowej można się oprzeć na ogólnych doświadczeniach i swoich umiejętnościach grania basso continuo, to w muzyce współczesnej każdy utwór stawia inne i nowe wymagania. Do każdego utworu trzeba podejść na nowo, bez wcześniejszych umiejętności, które ułatwiałyby „rozgryzienie tego orzecha”.

             Często można się spotkać z kompozytorem i kierować się jego sugestiami.
              - Ta pomoc kompozytora okazuje się często bardzo cenna, bo po wyjaśnieniu idei przez kompozytora, wszystko staje się proste i jasne. No, może trochę prostsze i trochę jaśniejsze. Wiemy też na czym zależy kompozytorowi i na co trzeba zwrócić szczególną uwagę, a gdzie można sobie pozwolić na pewną swobodę, bo takie miejsca też są w nowej muzyce. Są też kompozytorzy, którzy są bardzo trudni i bardzo ich denerwuje najdrobniejsza nieścisłość w stosunku do zapisanego przez nich tekstu.
Granie muzyki współczesnej jest także fascynującą przygodą, bo każdy nowy utwór jest wyprawą z nieznane.

              Za chwilę czeka nas wyprawa w zupełnie inne rejony, bo do epoki baroku. Bardzo dziękuję za poświęcony mi czas i udajemy się na koncert.
              - Ja również bardzo dziękuję i cieszę się, ze przyjechała pani na nasz koncert.

             Chcę się jeszcze podzielić wrażeniami z koncertu, który rozpoczęła przepiękna, ale niełatwa dla wykonawców Sonata e-moll na dwa flety i organy Georga Friedricha Haendla wykonana z wielką precyzją i wdziękiem, podobnie jak pozostałe dwa dzieła na ten skład: Trio sonata A-dur Georga Philippa Telemanna oraz Trio sonata g-moll Antonio Vivaldiego.
Zwrócić trzeba także uwagę, że partia organów była nie tylko bardzo precyzyjna, ale także znakomicie dobrane były rejestry i barwy do brzmienia fletów.
             Pięknie wykonał Pan Marek Toporowski Koncert a-moll BWV 594 Johanna Sebastiana Bacha oparty na kompozycji Vivaldiego. Mnie natomiast bardzo się spodobała przeznaczona na organy solo Batalha de 5. tom anonimowego twórcy portugalskiego. Przyznam się, ze utwór ten usłyszałam po raz pierwszy i zachwyciła mnie zarówno muzyka, dająca wykonawcy możliwość wirtuozowskiego popisu, jak i wykorzystanie przez Marka Toporowskiego możliwości mieleckich organów. To był cudowny wieczór.

Z prof. Markiem Toporowskim, wybitnym polskim klawesynistą, organistą i dyrygentem rozmawiała Zofia Stopińska 14 września 2020 roku w Mielcu.

W muzyce kameralnej zacząłem odkrywać nowy, piękny świat

          Na antenie TVP3 Rzeszów trwają emisje koncertów 59. Muzycznego Festiwalu w Łańcucie. 4 października o 19.00 rozpocznie się emisja koncertu kameralnego w wykonaniu dwóch znakomitych muzyków: Krzysztofa Jakowicza, jednego z najwybitniejszych polskich skrzypków wszechczasów, emerytowanego profesora zwyczajnego UMFC w Warszawie oraz visiting profesor w Soai University w Osace (Japonia) i niezwykle utalentowanego pianisty młodszego pokolenia Roberta Morawskiego. Gorąco Państwu polecam to wydarzenie oraz poniższy wywiad.
          Zapraszam na spotkanie z dr hab. Robertem Morawskim, znakomitym pianistą kameralistą, występującym z wielkim powodzeniem w kraju i za granicą z wybitnymi artystami. Robert Morawski jest laureatem wielu prestiżowych nagród. Prowadzi klasę kameralistyki fortepianowej w Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie oraz kursy mistrzowskie w kraju i zagranicą. Miałam przyjemność rozmawiać z Artystą 29 sierpnia tego roku w Kąśnej Dolnej, przed Maratonem Muzycznym, który odbył się w ramach XIV Festiwalu Muzyki Kameralnej „Bravo Maestro”.

         Kiedy rozpoczął Pan naukę gry na fortepianie? Pytam, bo przeczytałam, że po raz pierwszy wystąpił Pan w Filharmonii Narodowej w wieku siedmiu lat.
          - To zależy, co nazwiemy początkiem. Systematycznie zacząłem się uczyć grać na fortepianie wraz z rozpoczęciem nauki w szkole, w pierwszej klasie.
Wcześniej grałem bardzo dużo „swojej muzyki dziecięcej”, siedząc przy pianinie. Improwizowałem swoje utwory i to także był powód, że moi rodzice zdecydowali się przenieść z Kanady do Polski, bo urodziłem się w Kanadzie i nawet rozpocząłem tam naukę w szkole, ponieważ w Kanadzie rozpoczyna się naukę w szkole podstawowej rok wcześniej niż w Polsce.
          Nie pamiętam dobrze, ale podobno byłem utalentowanym dzieckiem. Wśród tamtejszej Polonii panowała wręcz moda na rozwijanie zainteresowań muzycznych u dzieci. W wielu domach były, tak jak w moim, pianina. Ponieważ ja się bardzo dobrze bawiłem przy instrumencie, mama uznała, że odziedziczyłem talent po moim pradziadku, który był pianistą, a dziadek grywał amatorsko na akordeonie.
Po przeprowadzeniu się do Polski, posłano mnie do szkoły muzycznej i wkrótce zostałem wytypowany jako jeden z obiecujących uczniów klasy fortepianu do występu w Filharmonii Narodowej.

          W notkach biograficznych wymienia Pan tylko dwóch nauczycieli: prof. Bronisławę Kawallę i prof. Jerzego Marchwińskiego – pewnie dlatego, że mieli oni istotny wpływ na Pana umiejętności i muzyczną drogę.
          - Te notki muszą być krótkie i nie ma miejsca na wymienianie wszystkich, ale chciałbym wymienić moich pedagogów, bo miałem wielkie szczęście do nauczycieli gry na fortepianie.
Zaczynałem się uczyć u pani Hanny Wesołowskiej, która była świetnym muzykiem. Nauczyłem się także bardzo dużo u pani Joanny Świtlik, która poświęcała mi bardzo dużo czasu i szczególną uwagę zwracała na mój aparat gry. Ponadto miała ogromny wpływ na mój gust muzyczny, ponieważ w dzieciństwie bardzo rzadko słuchałem muzyki poważnej. Mój kontakt z muzyką klasyczną ograniczał się do słuchania polonezów młodzieńczych i Koncertu e-moll Fryderyka Chopina oraz muzyki do baletu „Święto wiosny” Igora Strawińskiego. Interesowała mnie natomiast inna muzyka, najczęściej słuchałem nagrań zespołu The Police albo Michaela Jacksona. Pani Joanna Świtlik potrafiła zachęcić mnie do zainteresowania się muzyką klasyczną i to nie tylko fortepianową. Słuchałem dużo muzyki symfonicznej i kameralnej.
Na moją edukację muzyczną miała także wpływ współpraca z prof. Mają Nosowską i prof. Maciejem Paderewskim, ale wpływ prof. Bronisławy Kawalli na moje umiejętności pianistyczne jest nie do przecenienia.

          Jest Pan pianistą kameralistą – kiedy zdecydował Pan, że w tym nurcie muzyki chce się Pan spełniać?
           - W Polsce obiecujący pianista-solista nie ma łatwo z uwagi na Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny im. Fryderyka Chopina, który jest jednym z najstarszych i najbardziej prestiżowych konkursów muzycznych na świecie. Wyróżniający się młodzi pianiści są z dużym wyprzedzeniem szykowani do Konkursu Chopinowskiego.
Znalazłem się w tej grupie i nawet nieoficjalnie przepowiadano, że mam szanse znaleźć się w finale. Te rozmowy odbywały się podczas trwania Konkursu, ja pilnie chodziłem i śledziłem zmagania uczestników w kolejnych etapach. Byłem wtedy jeszcze bardzo młody, ale już bardzo się denerwowałem tym, że za dziesięć lat stanę do Konkursu Chopinowskiego. Tak mnie to wytrąciło z równowagi, że nawet nie mogłem spać.
           Moje zainteresowanie muzyką kameralną zaczęło się, kiedy rozpocząłem zajęcia z kameralistyki fortepianowej z prof. Jerzym Marchwińskim. Podczas lekcji grałem partię fortepianu pieśni "Polna różyczka" Franza Schuberta. To jest prosta pieśń, ale ja nie wiedziałem, mówiąc kolokwialnie, jak się nazywam. Dostrzegłem, ile w niej jest bardzo wysublimowanych niuansów artystycznych, których często nie ma w muzyce solowej. Soliście brakuje relacji z drugą osobą, z partnerem muzycznym. Muszę dostosować barwę dźwięku do głosu osoby, której towarzyszę. Musimy przez cały czas być razem i dotyczy to zarówno tekstu nutowego, jak i barwy głosu, czy instrumentu drugiego wykonawcy. Jest ogromna różnica, kiedy gram ze śpiewakami w zależności od tego, czy występuję z sopranem, tenorem, barytonem czy basem. Muszę się dostosować do barwy głosu każdego śpiewaka, bo każdy ma przecież inną barwę, inną emocjonalność. Te różnice dotyczą także instrumentów, którym towarzyszę: skrzypce, wiolonczela, klarnet itd., itd.
           Zacząłem odkrywać nowy, piękny świat. Okazało się, że trzeba naprawdę umieć grać na fortepianie, żeby grać kameralistykę na najwyższym poziomie, a nie tylko akompaniować, grając nuty. Profesor Jerzy Marchwiński ze swoja ideą „partnerstwa w muzyce” przyczynił się do zmiany myślenia o pianistach, którzy wykonują muzykę kameralną. Trzeba być przede wszystkim dobrym pianistą, bo zasady są zawsze te same. Lewa ręka w Preludium Des-dur „Deszczowym” Fryderyka Chopina akompaniuje prawej, ale trzeba ją pięknie wykreować.

            Dzięki miłości do muzyki kameralnej i umiejętnościom występował Pan z tak wybitnymi artystami, jak: Wanda Bargiełowska-Bargeyłło, Urszula Kryger, Aleksandra Kurzak, Iwona Hossa, Anna Kutkowska-Kass, Alison Pearce, Iwona Socha, Katarzyna Trylnik, Aga Wińska, Agnieszka Wolska, Joanna Woś, Małgorzata Walewska, Vadim Brodski, Marcin Bronikowski, Christian Danowicz, Andrzej Dobber, Robert Gierlach, Romuald Gołębiowski, Krzysztof Jakowicz, Stefan Kamasa, Sylwester Kostecki, Rafał Kwiatkowski, Konstanty Andrzej Kulka, Piotr Pławner, Kazimierz Pustelak, Artur Ruciński, Tomasz Strahl, Dima Tkaczenko, Sławomir Tomasik, Janusz Wawrowski, Adam Zdunikowski, Marcin Zdunik – wymieniać by można długo, a z większością wymienionych artystów miałam szczęście rozmawiać i zawsze byli zadowoleni ze współpracy z Panem. Na pewno trzeba być dobrym pianistą, ale jakie umiejętności są jeszcze potrzebne?
            - Zawsze liczy się relacja z drugim człowiekiem i trzeba ją stworzyć. Bywa również tak, że ta druga osoba nie zawsze nam odpowiada, ale ja staram się zawsze stawiać na współpracę podczas prób i koncertu.
Jestem z natury typowym kameralistą, człowiekiem stadnym i współczuję solistom, którzy sami podróżują, sami mieszkają w hotelu, sami jedzą posiłki, udają się na spacer, na próbę, na koncert i po koncercie także zostają sami. Pianistów dotyczy to szczególnie, bo na przykład skrzypek czy śpiewak najczęściej podczas recitalu potrzebują pianisty.
Pianista kameralista musi potrafić zagrać inaczej, bo nie zawsze jego wersja jest jedynie dobra. Występując często z solistami Weltklasse, przekonałem się, że oni także nie są „zaszufladkowani” na jedną interpretację. Także są bardzo otwarci na współpracę, też chcą, żeby ciągle było inaczej, lepiej...

            Niedawno pan prof. Sławomir Tomasik także wspominał mi o współpracy z Panem. Wiem, że jedna z Waszych płyt nagrodzona została „Fryderykiem”.
            - „Fryderyka” otrzymał album zawierający wszystkie utwory na skrzypce i fortepian Karola Szymanowskiego. Bardzo się cieszę, że nagrania się udały i zostały dobrze przyjęte. Z profesorem Sławomirem Tomasikiem nagraliśmy także album z trzema sonatami na skrzypce i fortepian Johannesa Brahmsa oraz z dwiema sonatami tego kompozytora, opracowanymi przez kompozytora na skrzypce i fortepian na prośbę Josepha Joachima.
            Niedawno ukazała się nasza kolejna wspólna płyta z utworami na skrzypce i fortepian Ignacego Jana Paderewskiego, na której oprócz Sonaty op.13 i Allegro de Concert, zamieszczona jest opracowana przez nas na skrzypce i fortepian pieśń Paderewskiego „Szumi w gaju brzezina”.

            Otrzymał Pan kilka nagród dla najlepszego pianisty-akompaniatora w ważnych konkursach wokalnych w Polsce - może pan przy okazji powiedzieć o współpracy z młodymi śpiewakami?
            - Owszem, towarzyszyłem śpiewakom na konkursach wokalnych, ale również grałem z biorącymi udział w konkursach instrumentalnych. Muszę się jednak przyznać, że zawsze dużo zdrowia mnie to kosztowało. Podczas każdego konkursu tracę bardzo dużo energii i odczuwam ogromną presję, ponieważ czuję się odpowiedzialny nie tylko za siebie, ale także za osobę biorącą udział w konkursie, bo trzeba zawsze tak grać, aby jej pomóc. Czasami trzeba się starać ukryć jakieś drobne niedostatki, a z kolei jak artysta jest wybitny, to trzeba mu tak towarzyszyć, aby wyeksponować jego wszelkie walory. Krótko mówiąc, trzeba grać najlepiej, jak się potrafi.

            Zajmuje się Pan także pracą pedagogiczną i prowadzi Pan klasę kameralistyki fortepianowej na UMFC w Warszawie. Czy dużo jest pianistów, którzy chcą grać muzykę kameralną?
            - Niedawno zostałem kierownikiem Katedry Kameralistyki Fortepianowej i Smyczkowej, dlatego mogę powiedzieć, że mamy już od kilku lat otwarte studia magisterskie, które upoważniają do uczenia gry na fortepianie i bardzo dużo osób chce studiować na tym kierunku. Przekonałem się, że są oni pasjonatami muzyki i wiedzą, co chcą w życiu robić.
            Trzeba także podkreślić, że dużo jest pracy dla pianistów, bo oprócz występów solowych, pianiści mogą być zatrudnieni na wszystkich stopniach edukacji (uczelnie oraz szkoły muzyczne I i II stopnia), mogą grać z innym instrumentalistami, w zespołach kameralnych, a nawet w orkiestrze symfonicznej pianista jest często potrzebny i są w orkiestrach dla nich etaty. Żaden instrumentalista, czy śpiewak nie obędzie się bez udziału pianisty.
Nasi absolwenci nie mają problemów ze znalezieniem pracy. Dwóch moich wychowanków, którzy ukończyli studia w ubiegłym roku, od razu zostało zatrudnionych.

            Ma Pan w repertuarze zarówno dzieła muzyki dawnej, jak i współczesne. Wiem, że dokonał Pan prawykonania utworów współczesnych kompozytorów.
            - Prawykonania czy wykonania muzyki współczesnej żyjących kompozytorów, to jest osobne pole działalności artystycznej dla każdego.
Ja bym wiele dał, żeby się spotkać na przykład z Beethovenem, chociaż nie wiem, czy byłoby to przyjemne spotkanie. Dotknąć niejako samego twórcy, usłyszeć jego argumentację.
            Spotkania ze współczesnymi kompozytorami są różne. Często są bardzo wymagający, ale niektórzy nie chcą się wypowiadać, uważają, że napisali już wszystko i reszta należy do wykonawcy.
            Nawiązując jeszcze do poprzedniego pytania. Bardzo ważne jest, aby pedagog nauczył swojego podopiecznego, jak ma się zabrać do pracy nad partyturą, jak można się jej szybko nauczyć. Sprawne czytanie nut to jest odpowiednia technika, a nie kwestia talentu.

            Najczęściej oklaskiwałam Pana na różnych estradach jako kameralistę, ale nawet podczas takich koncertów pianista musi często zagrać coś solo, bo śpiewak musi przez chwilę odpocząć.
            - Albo śpiewaczka potrzebuje czasu na zmianę sukienki (śmiech).
Zdarza mi się także występować z recitalami, ale wtedy wybieram sobie utwory, które lubię. Niedługo będę grać Images Claude Debussy’ego i każdą wolną chwilę poświęcam na przygotowanie tych utworów. Każdy pianistam powinien ćwiczyć utwory solowe, ponieważ nie tylko trenuje wtedy technikę, ale przede wszystkim uczy się dźwigać na swoich barkach samodzielną kreację, komunikację z publicznością A tej często brakuje pianistom kameralistom, bo chowają się za plecy instrumentu, czy śpiewaka.

            Rozmawiamy przed „Maratonem Muzycznym”, który odbędzie się w ramach XIV Festiwalu Muzyki Kameralnej „Bravo Maestro”, organizowanego przez Centrum Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. Dla Pana taki koncert jest zazwyczaj prawdziwym maratonem, często pianista przez cały koncert gra na fortepianie.
            - To nie są zwyczajne koncerty, to miejsce także nie jest zwyczajne, bo tutaj Ignacy Jan Paderewski miał swój dworek i tutaj także grał. Czuje się aurę tego wielkiego człowieka.
Ponadto osoby, które aktualnie zarządzają tym miejscem lub tutaj pracują, od dyrektora pana Łukasza Gaja po pana Grzegorza, który jest ogrodnikiem – wszyscy są bardzo oddani muzyce i zaangażowani w organizację koncertów.
            Najczęściej występując w Kąśnej wiem z góry, co zagram, natomiast formuła akurat Maratonu Muzycznego jest otwarta. Wielu muzyków z całej Polski zapraszanych jest do udziału w tym koncercie i gramy w różnych składach. Często jest mało czasu, żeby wcześniej się nauczyć utworów, których nigdy w życiu wcześniej nie grałem, ale taka jest formuła koncertu.

            Koncert rozpocznie się już niedługo , a na zakończenie chcę jeszcze przypomnieć, że bieżący rok jest szczególny, bowiem mija 30 lat działalności Centrum Paderewskiego. Jubileusz dla Gospodarzy tego miejsca był pretekstem do nagrania specjalnej płyty zatytułowanej „Reminiscencje”. Niemal wszyscy występujący na płycie muzycy koncertowali w Kąśnej Dolnej wielokrotnie. Piotr Pławner, Mariusz Patyra, Tomasz Strahl, Robert Morawski i Klaudiusz Baran to nie tylko doskonali muzycy, ale także wielcy przyjaciele Centrum Paderewskiego.
To cudowna płyta, a Pan występuje na niej nie tylko jako kameralista. Gra Pan także porywająco Poloneza A-dur op. 40 nr 1 Fryderyka Chopina.
            - Chyba nie ma drugiego takiego utworu w polskiej muzyce, który tak jednoznacznie mógłby stanąć obok Mazurka Dąbrowskiego, jak Polonez A-dur Fryderyka Chopina. Na dźwięk którego publiczność wstaje. Który słysząc – mówię: Polska. Który od dziecka marzyłem, by zagrać, a wreszcie teraz w Kąśnej Dolnej mogę nagrać.

Zofia Stopińska

Co słychać w Filharmonii Podkarpackiej?

          O pracy w czasie trwającej pandemii, realizacji 59. Muzycznego Festiwalu w Łańcucie oraz o nowym sezonie 2020/ 2021 w rozmowie z prof. Martą Wierzbieniec – dyrektorem naczelnym Filharmonii Podkarpackiej

           Z powodu trwającej pandemii COVID – 19 Filharmonia Podkarpacka im. Artura Malawskiego w Rzeszowie zawiesiła swoją działalność koncertową, ale przez cały czas pracowali wszyscy: dyrekcja, biuro koncertowe, wszystkie komórki administracyjne, jak i orkiestra.
           - Pomimo panującej pandemii praca w Filharmonii Podkarpackiej nie ustała. Nie odbywały się koncerty z udziałem publiczności, ale orkiestra miała zaplanowany repertuar, który został przygotowany, zarejestrowany i emitowany na antenie TVP3 Rzeszów, a następnie znalazł się na stronach internetowych i jest w dalszym ciągu dostępny.
Pierwszy koncert w maju poświęcony był Stanisławowi Moniuszce, zaś drugi odbył się z udziałem całej Orkiestry, która nagrywana była aż w kilkunastu kilkuosobowych grupach. Później te nagrania zostały zmontowane i można było wysłuchać dzieł symfonicznych.
Przygotowaliśmy także koncert w czerwcu, w lipcu nagraliśmy jeden program, którego emisja odbyła się w sierpniu.

           Wymagało to wszystko wielu zabiegów nie tylko organizacyjnych, ale również odpowiedniego przygotowania merytorycznego. Jak Państwo wiedzą, Orkiestra przyzwyczajona jest do tego, że cały zespół siedzi na scenie, że grający na instrumentach smyczkowych siedzą po dwie osoby przy jednym pulpicie. Tu było inaczej, każdy miał swoją partię indywidualnie do przygotowania i wykonania. Odbywały się też próby w małych grupach, sześcio lub siedmio-osobowych. To było nowe wyzwanie, które wymagało wysiłku, koncentracji, odpowiedniego przygotowania i zabiegów realizatorskich. Na szczęście wszystko się świetnie udało.

           Później zaczęły się próby do kolejnych koncertów. 6 września można było podziwiać Orkiestrę Filharmonii Podkarpackiej na dziedzińcu Zamku w Krasiczynie. Ten koncert był transmitowany przez Rzeszowski Oddział Telewizji Polskiej.

           Kolejny koncert odbył się w Rzeszowie, w nowym, odkrytym przez nas miejscu. Mogliśmy tam wystąpić dzięki uprzejmości pana doktora Wojciecha Domki - Szefa Okręgowej Izby Lekarskiej w Rzeszowie. Ten koncert miał miejsce w ogrodzie okalającym zabytkowy, przepiękny Letni Pałac Lubomirskich, który położony jest w centrum miasta i aktualnie jest siedzibą Okręgowej Izby Lekarskiej.
           Orkiestra usiadła w ogrodzie, każdy przy swoim pulpicie, z zachowaniem odpowiednich odstępów pomiędzy muzykami. Publiczność mogła przechadzać się po alejkach znajdujących się nieopodal, można było wchodzić do ogrodu. To był promenadowy koncert zorganizowany w letnie popołudnie, a mógł się odbyć także dzięki temu, że pan prezydent Tadeusz Ferenc i Rada Miasta przekazali na to pieniądze. Serdecznie za to dziękujemy, cieszymy się i miejmy nadzieję, że takie koncerty jeszcze się będą odbywać w przyszłości. To miejsce okazało się także świetne pod względem akustycznym, a jak mówili słuchacze, muzyka Johanna Straussa II, która ten koncert wypełniła, sprawiła, że poczuli się jak w Wiedniu. Odrestaurowany pałacyk, zagospodarowany ogród bardzo pięknie prezentowały się w świetle zachodzącego słońca, muzyka i atmosfera wytworzona przez publiczność znakomicie się komponowały, sprawiając, że był to niezapomniany wieczór.

            Na antenie TVP3 Rzeszów rozpoczynają się transmisje koncertów przygotowanych w ramach 59. Muzycznego Festiwalu w Łańcucie. Przygotowania do nagrań w łańcuckim Zamku wymagały także wielu zabiegów.
            - Festiwal odbywa się tradycyjnie w ostatnim tygodniu maja i tak też był zaplanowany w tym roku. Z wieloma znakomitymi artystami byliśmy już na ten termin umówieni, ale chcę powiedzieć, że wszyscy, którzy nie mogli wystąpić w tym roku, bardzo chętnie przyjadą do nas w maju 2021 roku i już prowadzimy szereg uzgodnień dotyczących 60. Jubileuszowej edycji i miejmy nadzieję, że w maju przyszłego roku wszystko odbędzie się już bez żadnych komplikacji, z udziałem publiczności w łańcuckim Zamku.

            Tegoroczna, 59. edycja odbywa się online. Bardzo dziękuję za poparcie tej decyzji przede wszystkim Urzędowi Marszałkowskiemu, organowi nadzorującemu pracę Filharmonii Podkarpackiej, która od początku jest organizatorem Muzycznego Festiwalu w Łańcucie. Dziękuję także za przekazane nam środki, bo gdyby nie pieniądze, to też żadne działania tego typu nie byłyby możliwe. Serdecznie też dziękuję Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Ministrowi, Wiceprezesowi Rady Ministrów panu prof. Piotrowi Glińskiemu, za przekazane nam środki finansowe i za objęcie Muzycznego Festiwalu w Łańcucie swoim patronatem.

            Postanowiliśmy, że ten festiwal zorganizujemy jesienią, w formie telewizyjnej i online, bo na stronach internetowych koncerty także będą dostępne. Związane to było z szeregiem zabiegów organizacyjnych, logistycznych i innych, których nie musieliśmy podejmować, organizując poprzednie festiwale. Ponieważ tegoroczny Festiwal organizowany jest bez udziału publiczności, to postanowiliśmy, że będzie realizowany w różnych zamkowych wnętrzach.

            Wszyscy znamy z festiwali głównie salę balową, bo tam jest budowana scena, odbywają się koncerty i od lat sala balowa łańcuckiego Zamku stanowi festiwalowe centrum.
Tym razem wszyscy, którzy zechcą obejrzeć zarejestrowane programy, będą mieli okazję do wirtualnego spaceru po zamkowych wnętrzach, a przewodnikiem będzie pan Wit Karol Wojtowicz, dyrektor Muzeum-Zamku w Łańcucie, który ma także ogromne zasługi przy organizacji tegorocznej edycji. Serdecznie dziękuję panu dyrektorowi oraz wszystkim pracownikom Zamku, bo bez tej dobrej współpracy nagrania nie byłyby możliwe.

            Dwa programy zostały nagrane przez Orkiestrę Symfoniczną Filharmonii Podkarpackiej. Inauguracyjny koncert poprowadził Wojciech Rodek, a finałowy Dawid Runtz. Nagrywane one były w małych, kilkuosobowych grupach, w różnych miejscach, na różnych piętrach. Nagrany materiał był montowany i usłyszymy orkiestrę symfoniczną w całości, ale trzeba mieć świadomość, że nie wszystkie grupy miały bezpośredni kontakt z dyrygentem, bo niektóre grupy widziały go tylko na telebimie. To wszystko wymagało wielu przygotowań, prób, a czasem powtórek nagrań.

            Dziękuję też wszystkim artystom, którzy zechcieli przyjąć nasze zaproszenie i włączyć się do takiej formy realizacji Festiwalu, a wśród wykonawców byli znakomici muzycy, m.in. skrzypek Krzysztof Jakowicz, mezzosopranistka Małgorzata Walewska, kontratenor Kacper Szelążek i Stanisława Celińska, bo tradycją festiwalową jest organizacja przynajmniej jednego koncertu o nieco innym charakterze. W czasie takiego koncertu wykonywana jest muzyka, której nie można zaliczyć do gatunku muzyki klasycznej, ale prezentuje najwyższą jakość wykonawczą i jest klasyką w rozumieniu tego gatunku. Od lat przynajmniej jeden koncert odbywał się w Filharmonii Podkarpackiej i w tym roku postanowiliśmy,że w czasie koncertu Stanisławy Celińskiej można będzie zobaczyć piękną salę kameralną Filharmonii Podkarpackiej.

            Realizacja Festiwalu w Łańcucie w takiej formie nie byłaby możliwa, gdyby nie współpraca i decyzje pana Józefa Matusza, dyrektora Oddziału Telewizji Polskiej w Rzeszowie, któremu serdecznie dziękuję. Dziękuję realizatorom tych programów na czele z panią producent Katarzyną Wrzesińską. To naprawdę była długotrwała, wielotygodniowa praca. Najpierw planowanie, przygotowanie i sprawdzenie na miejscu rejestracji. Musieliśmy także współpracować z pracownikami Muzeum – Zamku w Łańcucie. Zamek jest także odwiedzany przez turystów i wszystkie nasze działania musiały być tak prowadzone, żeby tych odwiedzin turystów nie zakłócać. To była praca wielu osób.

            Po realizacji koncertów 59.Muzycznego Festiwalu w Łańcucie, trzeba było natychmiast rozpocząć przygotowania do sezonu koncertowego 2020/2021. Próby już trwają.
            - Już dzisiaj serdecznie Państwa zapraszamy. Powiem tylko, że podobnie jak tegoroczny Festiwal w Łańcucie wymagał wielu zabiegów organizacyjnych, innych niż do tej pory, to my także planujemy sezon wariantowo. Każdy koncert posiada swój drugi wariant, gdyby na przykład nie było możliwości zagrania w takim składzie orkiestry albo trzeba było z jakiegoś powodu zmienić utwór lub przenieść koncert na inny dzień. Musimy zawsze mieć strategię a, b lub c. Bierzemy pod uwagę też takie warianty w sytuacji, która nie pozwoliłaby na wizytę publiczności w Filharmonii, żeby te koncerty mogły być nagrywane, podobnie jak przedsięwzięcia edukacyjne kierowane do dzieci i młodzieży.

            Inaugurację zaplanowaliśmy na 9 października. Wystąpi wtedy Konstanty Andrzej Kulka, znakomity skrzypek, którego przedstawiać nie trzeba. Program także nie powinien nikogo zdziwić, bo trwa ciągle Rok Beethovenowski związany z obchodami 250. rocznicy urodzin kompozytora. Usłyszymy zarówno Koncert skrzypcowy D-dur op. 61, a także zabrzmi V Symfonia c-moll op. 67 Ludwiga van Beethovena. Koncert ten zostanie powtórzony 10 października o g. 18:00 w Sanockim Domu Kultury.
Z panem Waldemarem Szybiakiem, dyrektorem SDK planowaliśmy ten koncert już na początku tego roku i miał on się odbyć w marcu, ale w związku z zaistniałą sytuacją dopiero teraz będziemy mogli go zrealizować.

            Drugi koncert zaplanowany został na 16 października. Program wypełni wyłącznie muzyka polska, bo usłyszymy Uwerturę do opery „Ruiny Babilonu” Karola Kurpińskiego, rzadko wykonywany, ale bardzo piękny Koncert fortepianowy g-moll op. 43 Ludomira Różyckiego oraz Chaconne na smyczki pamięci Jana Pawła II z „Requiem Polskiego” Krzysztofa Pendereckiego.
Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Podkarpackiej wystąpi pod batutą młodego dyrygenta Bartosza Staniszewskiego, a solistką będzie Olga Zado, młoda, utalentowana pianistka urodzona w Odessie.

            Zaplanowane na 28 października Oratorium „Szukam Was” z muzyką Bartosza Tomaszka oraz Sebastiana Perłowskiego, oparte na tekście krakowskiego poety Michała Zabłockiego, napisanym na podstawie testamentu Św. Jana Pawła II – w czwartą rocznicę Jego śmierci, zabrzmi w Filharmonii Podkarpackiej 29 października.
Wykonawcami tego unikatowego dzieła będą: Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Podkarpackiej oraz trio jazzowe Perła Band pod dyrekcją Sebastiana Perłowskiego, solistami będą: Karolina Leszko, Katarzyna Moś, Marcin Jajkiewicz i Mateusz Ziółko, a oryginalne fragmenty testamentu Jana Pawła II recytował będzie dobrze znany Państwu aktor Jerzy Trela.

            Muzyka Ludomira Różyckiego pojawi się także w pierwszej części koncertu, zaplanowanego na 6 listopada. Tym razem będzie to Koncert skrzypcowy op. 70 opracowany przez Zygmunta Rycherta, który także dyrygować będzie Orkiestrą Symfoniczną Filharmonii Podkarpackiej. Solistką będzie skrzypaczka i kompozytorka Ewelina Nowicka, która w roku 2001 odkryła wraz z dyrygentem Zygmuntem Rychertem unikatowe koncerty skrzypcowe Ludomira Różyckiego i Ignacego Jana Paderewskiego.
W drugiej części tego wieczoru usłyszymy VIII Symfonię h-moll „Niedokończoną” Franza Schuberta.

            Koncerty, które rozpoczną się w tym sezonie, nie są objęte abonamentami jako że publiczność może tylko zapełnić połowę sali, czyli tylko 330 osób. Mniej więcej tyle abonamentów sprzedawaliśmy w skali sezonu i wprowadzając je, mielibyśmy problem z wolną sprzedażą biletów.
Gdyby trzeba było zmienić datę koncertu albo wykonawcę, nie chcieliśmy mieć kłopotu ze zwrotami pieniędzy za niezrealizowany koncert. Łatwiej jest, kiedy mamy bilety na pojedyncze koncerty.
Trzeba także pamiętać, że Orkiestra realizuje swoje zadania w różnych formach, bo musimy zachować dystans zarówno wśród publiczności, jak i artystów występujących na scenie. Jesteśmy przyzwyczajeni, że przy pulpicie siedzą dwie osoby, a teraz każdy muzyk ma swój pulpit i swoje materiały nutowe. Taka praca to wzmożony wysiłek muzyków w orkiestrze oraz osób, które czuwają nad organizacją tej pracy.

             Planując programy koncertów musimy także brać pod uwagę składy orkiestry. W najbliższych miesiącach nie możemy zaproponować Państwu utworów, które wymagają wieloosobowego składu orkiestry. Będą to raczej dzieła, które może wykonać zespół liczący poniżej 50 osób.
Oprócz piątkowych wieczorów zaplanowaliśmy także inne koncerty. Będą koncerty z okazji Święta Niepodległości, na początku grudnia zaprosimy do Filharmonii dzieci na widowisko muzyczne „Dziadek do orzechów”, oparte na słynnym balecie Piotra Czajkowskiego, ale też mamy sporo niespodzianek dla Państwa. Proszę wybaczyć, że w tym roku nie informujemy o planowanych koncertach z dużym wyprzedzeniem, ponieważ sytuacja zmienia się bardzo dynamicznie. Chcemy z odpowiednim wyprzedzeniem informować o tym, co w Filharmonii się artystycznie wydarzy. Zapraszam do odwiedzania strony internetowej Filharmonii Podkarpackiej.

Z prof. Martą Wierzbieniec, dyrektorem naczelnym Filharmonii Podkarpackiej im. Artura Malawskiego w Rzeszowie rozmawiała Zofia Stopińska 28 września 2020 roku

Lilianna Stawarz: "Muzyka barokowa i wczesno-klasyczna jest mi najbliższa"

            W ramach 59. Muzycznego Festiwalu w Łańcucie, 18 października 2020 roku o 19.00 na antenie TVP3 Rzeszów rozpocznie się emisja recitalu Kacpra Szelążka, wybitnego polskiego kontratenora, któremu towarzyszyć będzie Royal Baroque Ensemble pod kierownictwem artystycznym Lilianny Stawarz, znakomitej klawesynistki-kameralistki i dyrygentki. Już dawno pragnęłam przedstawić panią prof. Liliannę Stawarz, ale spotkanie było możliwe dopiero podczas ostatnich przygotowań do nagrania koncertu w ramach 59. Muzycznego Festiwalu w Łańcucie.

            Bardzo żałowałam, że nie mogłam się spotkać z panią profesor Lilianną Stawarz w rodzinnym Przemyślu, gdzie Artystka występowała podczas dwóch koncertów XX Międzynarodowego Przemyskiego Festiwalu „Salezjańskie Lato”. Bardzo interesujące programy zostały z pewnością gorąco przyjęte przez publiczność.
            - To prawda, zostaliśmy przyjęci entuzjastycznie. Pewne obawy towarzyszyły mi przed pierwszym koncertem, bo zaplanowany został w Sali koncertowej Domu Ukraińskiego i myślałam, że może wiele osób nie zdecyduje się przyjść. Okazało się, że sala była wypełniona (oczywiście zachowane były wszelkie obowiązujące przepisy zawiązane z pandemią) i było to bardzo budujące, natomiast podczas drugiego koncertu kościół Karmelitów był wypełniony po brzegi i zostaliśmy niezwykle ciepło przyjęci. Widać było, że muzyka jest wszystkim potrzebna do życia. Potrzebna jest artystom, którzy po dłuższej przerwie „wyszli z ukrycia” i zaczęli grać dla publiczności, ale także potrzebna jest publiczności, która pragnie kontaktu z artystami. To było wspaniałe uczucie.

             Czy często występuje Pani w Przemyślu?
             - Artystycznie bywam mniej więcej co drugi rok w Przemyślu. Prywatnie przyjeżdżam do Przemyśla coraz rzadziej, ale kiedyś bywałam bardzo często. Mieszka tam moja rodzina zatem mam dla kogo tam jeździć i mam nadzieję, że te odwiedziny będą częstsze.

             Tym razem rozmawiamy przed nagraniem programu w ramach tegorocznej edycji Festiwalu w Łańcucie, który w tym roku odbędzie się online. Prowadzony przez Panią zespół instrumentalny Royal Baroque Ensemble będzie głównie towarzyszył śpiewającemu niezwykłej urody kontratenorem Kacprowi Szelążkowi, który od kilku lat zachwyca publiczność w Polsce i na świecie.
             - To będzie główny bohater tego programu. Kacper Szelążek jest wspaniałym kontratenorem i jestem bardzo zadowolona, że możemy z nim występować i kreować muzykę. Program jest fantastyczny. Mamy wyłącznie arie barokowe takich twórców, jak Georg Friedrich Haendel i Antonio Vivaldi, które są bardzo piękne, znane i zawsze gorąco oklaskiwane przez publiczność, a przy tym pozwalają soliście i towarzyszącemu zespołowi wykazać się najlepszymi możliwościami wykonawczymi, artystycznymi. Bardzo się cieszę, że mamy okazję razem muzykować.

             Ponieważ urodziła się Pani na Podkarpaciu, to nie mogę pominąć pytania o dzieciństwo.
             - Urodziłam się w Przemyślu, ale mieszkałam tam tylko trzy lata, ponieważ moi rodzice zdecydowali się na przenosiny do Warszawy. Jestem z Przemyślem bardzo związana, ponieważ w dzieciństwie i młodości zawsze byłam co najmniej dwa razy do roku przez kilka dni w Przemyślu i tam często spędzałam również wakacje. Jeśli nawet w wakacyjnym okresie jechaliśmy gdzie indziej, to zawsze towarzyszyła nam rodzina z Przemyśla i dlatego byliśmy wszyscy bardzo ze sobą związani.
             W tej chwili rodzina się wykruszyła. Zmarli moi rodzice – Tata odszedł trzy lata temu, a Mama miesiąc temu i dla mnie jest to w tej chwili bardzo smutny czas. Dlatego muzyka i koncerty są dla mnie wybawieniem, ogromnym pocieszeniem.

             Domyślam się, że rozpoczynała Pani edukację muzyczną od nauki gry na fortepianie. Ciekawa jestem, kiedy rozpoczęła Pani mariaż z klawesynem, który trwa do dzisiaj.
             - Tak, przez dwanaście lat uczyłam się gry na fortepianie i stwierdziłam, że to nie jest to, co chciałabym robić. Miałam potem kontakt z klawesynem i doszłam do wniosku, że klawesyn, a nie fortepian, jest instrumentem, który mnie fascynuje i daje mi możliwości rozwoju.
Rozpoczęłam studia w Akademii Muzycznej im. Fryderyka Chopina w Warszawie, w klasie klawesynu Władysława Kłosiewicza. Ukończyłam je w 1988 roku i później przez rok studiowałam w Conservatoire National de Region de Rueil-Malmaison w klasie prof. Huguette Dreyfus.
             Po powrocie z Francji rozpoczęłam intensywną pracę z zespołem muzyki dawnej Il Tempo i jednocześnie podjęłam pracę w Warszawskiej Operze Kameralnej.
Z zespołem Il Tempo współpracowałam przez 20 lat, a z Warszawską Operą Kameralną przez 27 lat.
             Jestem współtwórczynią Festiwalu Oper Barokowych, który w tej chwili zmieni nazwę na Festiwal Dramma per Musica. Jestem prezesem Stowarzyszenia Miłośników Sztuki Barokowej Dramma per Musica oraz profesorem w Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie, gdzie kieruję Katedrą Muzyki Dawnej.

             Zawsze Pani działalność związana była głównie z muzyką minionych epok – przede wszystkim barok i może klasycyzm.
             - Muszę podkreślić, że jednak muzyka barokowa i wczesno-klasyczna jest mi najbliższa, a także opera, ale generalnie muzyka kameralna.
Mam w swoim dorobku również płyty solowe i czasami gram solowe koncerty, ale najwięcej satysfakcji daje mi współtworzenie muzyki z drugą osobą, albo z kilkoma osobami.

             Występując z recitalem klawesynista i pianista jest sam na estradzie.
             - To także jest miłe uczucie, ale mimo wszystko kreacja zespołowa, rozmowa wielowątkowa jest bardzo ciekawa.

              Może się Pani pochwalić ogromnym dorobkiem fonograficznym. Nagrała Pani dużo płyt z zespołem Il Tempo, podobnie z Warszawską Operą Kameralną.
              - Tak, to był pewien etap rozwoju i bardzo się cieszę z tego wszystkiego, co zrobiłam. Doskonale wiem, co zrobiłam źle, mam świadomość wszystkich nie do końca dobrych rzeczy, które przytrafiły mi się w moim życiu artystycznym. Przez cały czas mam ochotę się rozwijać, ciągle ćwiczyć i intensywnie pracować. Bardzo tego potrzebuję i nie boję się nowych wyzwań.

              Pewnie także dużo satysfakcji przynosi Pani praca pedagogiczna w Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie.
               - Tak, chociaż w tej chwili nie uczę gry na klawesynie. Uczę za to gry w zespołach kameralnych i basso continuo dla instrumentów orkiestrowych. Ta praca bardzo mnie pochłania, ale największą satysfakcję mam z uczenia studentów, w jaki sposób słuchać się nawzajem, w jaki sposób uczestniczyć we wspólnej kreacji muzyki kameralnej. Według mnie to jest podstawa do prawdziwego muzykowania, kiedy słuchamy innych instrumentów lub głosów i kiedy możemy z nimi tworzyć bardzo dyplomatyczny, niezwykły dialog, gdzie każdy ma coś do powiedzenia, i każdy ma swoją rację. Wynikiem tej rozmowy instrumentów jest wspaniała wizja artystyczna.

               Czy tak jest również w przypadku, kiedy Pani kieruje, albo dyryguje zespołem?
               - Z jednej strony muzyka nie lubi demokracji, muzyka potrzebuje silnej ręki i konkretnych rozwiązań, bo nie można jednocześnie grać piano, forte i mieć ten sam efekt – to jest wykluczone. Trzeba mieć pomysł na swoją interpretację, ale ja mam szczęście pracować z bardzo dobrymi muzykami, którzy są niezwykle inspirujący i czasami ich spostrzeżenia powodują, że rezygnuję ze swojej pierwotnej idei, ponieważ stwierdzam, że ich propozycja jest naprawdę ciekawsza.
Proponuję konkretną interpretację, bo jestem odpowiedzialna za kształt artystyczny.
               Jak już wspomniałam w dużym zespole nie ma miejsca na demokrację, bo jest dyrygent, który realizuje swoją wizję. W muzyce kameralnej jest to możliwe, żebyśmy się porozumieli na etapie ciekawej, dyplomatycznej rozmowy, bo to nie jest orkiestra symfoniczna, tylko mały ansambl.
Jednak od tego, w jaki sposób będziemy się porozumiewać, do jakich wniosków dojdziemy, a także czy nie ucierpi na tym muzyka, droga czasami jest kręta i wyboista?To jest najważniejsze pytanie.

               Najczęściej pracuje Pani ze swoim zespołem, czyli Royal Baroque Ensemble.
               - Tak, to są moi koledzy, z którymi pracowałam jeszcze w Warszawskiej Operze Kameralnej, ale w naszym gronie wykonawców muzyki dawnej często się wymieniamy, tworząc różne formacje.

               Wspomniała Panie, że nie ze wszystkich efektów swojej pracy jest Pani zadowolona, ale z większości może być Pani dumna, bo zostały one wysoko ocenione, a najlepszym dowodem tego są różne nagrody i wyróżnienia. Podam dwa przykłady. Otrzymała Pani nagrodę Fryderyk 2018 w kategorii Album roku - Muzyka Dawna za płytę life z Oratorium Antonio Caldary - Maddalena ai piedi di Cristo, wydaną przez Polskie Radio.
W tym samym roku otrzymała Pani także nominację do Nagrody im. Cypriana Kamila Norwida za kierownictwo muzyczne wykonania opery Farnace Antonio Vivaldiego.
               - To są piękne i sympatyczne gesty, które powodują, że staram się zakasać rękawy i zrobić coś więcej, bo mam świadomość, że ktoś posłuchał i docenił efekty mojej/naszej pracy, To jest najważniejsze... Nie zależy mi na odkładaniu statuetek albo dyplomów na specjalną półkę. Miło mi, że mam na swoim koncie sporo nagród i różnych ministerialnych medali, które sobie gdzieś tam leżą, ale na co dzień nie są mi one potrzebne.
               Czasami tylko w momentach zwątpienia, kiedy myślę, że nasza praca nie jest nikomu potrzebna, spoglądam na te dowody uznania i nabieram pewności, że to jednak ma sens, muzycy chcą ze mną grać i jest dobrze. Tylko do tego są mi one potrzebne.
Każdego dnia chcę zrobić coś wartościowego, dobrego, chcę się czegoś nauczyć.

               W ostatnich miesiącach nie było koncertów z udziałem publiczności. Teraz na szczęście zaczynamy mieć kontakt z wykonawcami. Jestem przekonana, że tę przerwę Pani wykorzystała.
                - Wykorzystałam ten czas dla siebie, dużo czytałam, ćwiczyłam i uczyłam się różnych rzeczy, na które wcześniej nie zwracałam uwagi, ponieważ nie wchodziły w zakres moich zainteresowań. Wykorzystałam ten czas na rozwój. W leniuchowaniu też znajduję sens?Nie interesuje mnie marnowanie czasu na rzeczy bezproduktywne.

                Najlepszym dowodem tego są ostatnie Pani działania i obecność na Podkarpaciu. Mam nadzieję, że zechce Pani wracać w te strony zarówno rodzinnie, jak i zawodowo.
                - Bardzo bym chciała. Zawsze jestem zbudowana koncertami tutaj i żywiołowym odbiorem naszych kreacji artystycznych.
Podczas drugiego koncertu w Przemyślu Tomek Ślusarczyk przedstawił mnie z imienia i nazwiska publiczności wypełniającej kościół, podkreślając: „To jest Przemyślanka, która do nas wraca, aby dla nas grać”. To było bardzo wzruszające.

                Dziękuję Pani bardzo za to spotkanie i mam nadzieję, że będą kolejne. Z niecierpliwością będę czekać na retransmisję dzisiejszego nagrania w Sali balowej Zamku w Łańcucie.
                - Ja także serdecznie dziękuję. Zapraszam do oglądania i słuchania naszego koncertu 18 pździernika 2020 roku o godzinie 19:00 na natenie TVP3 Rzeszów.

Z prof. dr hab. Lilianną Stawarz, znakomitą klawesynistką, kameralistką, dyrygentem i pedagogiem Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie rozmawiała Zofia Stopińska 11 września 2020 roku.

Wacław Golonka: "Cieszę się, że znów jestem w Przemyślu"

           Zapraszam Państwa na spotkanie z panem Wacławem Golonką, wybitnym polskim organistą średniego pokolenia. Ukończył studia w Akademii Muzycznej w Krakowie w klasie organów Tomasza Nowaka i w Hochschule für Musik und Darstellende Kunst w Wiedniu w klasie prof. Hansa Haselböcka. Dyplomy ukończenia studiów w zakresie gry na organach otrzymał z wyróżnieniem. Jest laureatem konkursów organowych w Pradze (II nagroda), Norymberdze (III nagroda) i Pretorii, gdzie oprócz pierwszej nagrody otrzymał dalsze wyróżnienia.
Wacław Golonka prowadzi intensywną działalność koncertową i pedagogiczną.
Zapraszam do przeczytania rozmowy, którą zarejestrowałam 18 sierpnia 2020 roku w Przemyślu.

            Rozmawiamy przed koncertem, który odbędzie się w Kościele pw. Św. Józefa – Księży Salezjanów w ramach XX Międzynarodowego Przemyskiego Festiwalu „Salezjańskie Lato”. Sądzę, że dobrze zna Pan organy, przy których za niecałą godzinę Pan zasiądzie, ponieważ nie po raz pierwszy Pan zasiądzie przy tym instrumencie.
            - W ramach „Salezjańskiego Lata” zagram już po raz trzeci i dość dobrze znam ten instrument i cieszę się, że znów tutaj jestem.

           Nawet jak się dobrze zna organy, to zawsze przed koncertem trzeba sporo czasu spędzić przy instrumencie, chociażby po to, żeby go sprawdzić.
            - Oczywiście, próba przed koncertem jest konieczna, ale jak jadę na koncert do miejsca, w którym już występowałem, to zawsze chcę pokazać coś nowego. Dlatego wszystkie utwory organowe, które na dzisiaj przygotowałem, wykonam w tej świątyni po raz pierwszy.
Nie tylko organowe utwory dzisiaj zabrzmią, bo będę grał także z Gustavem Beláčkiem, wspaniałym bass-barytonem słowackim. Jestem przekonany, że ten różnorodny program spodoba się publiczności.

           Dowiedziałam się, że ostatnio dość często bywa Pan na wschodnich rubieżach Podkarpacia.
            - Lubaczów znajduje się jeszcze na terenie Podkarpacia, a ja bardzo polubiłem to miasto. Kilka lat temu proboszczem w kościele św. Karola Boromeusza został ks. Roman Karpowicz, który jest wspaniałym człowiekiem i wielkim miłośnikiem muzyki. Dzięki jego staraniom w tej świątyni znalazł się w Polsce drugi instrument firmy organmistrzowskiej Flentrop. Organy te mają ponad 20 głosów i świetnie nadają się do wykonania muzyki barokowej, ale również i współczesnej. Na tych organach miałem okazję nagrać dwie płyty. Pierwsza jest dedykowana Johannowi Sebastianowi Bachowi i zawiera ponad 70 minut muzyki tego mistrza, a na drugiej płycie są kolędy nagrane wspólnie z Dawidem Biwo, wspaniałym polskim basem. Te płyty zostały nagrane w 2018 roku, natomiast niedawno, bo w czerwcu tego roku, nagrałem kolejny materiał i planujemy wydanie kolejnej płyty. Są to utwory na organy, klarnet i instrumenty perkusyjne.
            Utwory na organy i klarnet zostały przeznaczone w oryginale na ten skład i takich utworów jest niewiele w literaturze muzycznej. My wybraliśmy ich pięć. Oprócz tego nagraliśmy dwa utwory: pierwszy na organy, klarnet i hang z cyklu Maracaibo Benjamina Baczewskiego, młodego polskiego kompozytora z Gdańska, oraz drugi utwór przeznaczony na organy, klarnet i instrumenty perkusyjne (wśród których jest hang, wibrafon, duży bęben, dzwonki, reinstik i jeszcze kilka innych), wspaniałej rosyjskiej kompozytorki Elizavety Stiepaniec. Utwór zatytułowany jest „Eridanus” i składa się z czterech części poświęconych konstelacjom gwiezdnym.
Elizaveta komponuje utwory na różne składy instrumentów, pisze też na organy solo, kiedyś dedykowała mi utwór pod tytułem Reflections który z powodzeniem wykonywałem w Rosji i Francji. „Eridanus” natomiast jest dedykowany naszemu trio, w którym grają także Wojciech Kwiatek - klarnecista oraz Karolina Zielińska – perkusistka. Mieliśmy dużo radości z ćwiczenia i gry tego cyklu ponieważ cechuje się dużą świeżością języka muzycznego, faktury, formy i instrumentacji. W literaturze muzycznej utworów na podobny skład instrumentów nie ma w ogóle tym większa frajda z grania. Premierowe nagranie znajdzie się na płycie już niedługo.

             Wielokrotnie mogłam się przekonać, że nie należy się obawiać muzyki komponowanej w naszych czasach, ponieważ powstaje mnóstwo bardzo ciekawych utworów, których słucha się z przyjemnością.
             - Można zauważyć w literaturze, którą się tworzy, a dotyczy to również muzyki organowej i kameralnej z udziałem organów, że sztuka zatacza pewne koło. Mam wrażenie że kompozytorzy odchodzą od nieznanych przestrzeni poza marginesem jakiejkolwiek tonalności, aktualnie kompozytorzy używają języka, który ociera się o tonalność. To nie jest tonalność dur – moll, ale tworzą swoja tonalność, swoje muzyczne języki.
             Kiedyś wspaniale zrobili to Claude Debussy, Olivier Messiaen, Aleksander Skriabin, Sigfrid Karg-Elert, Sergiusz Rachmaninow, Dymitr Szostakowicz... Długo by było wymieniać kompozytorów, którzy budowali swą tonalność. Również dzisiaj są tacy, którzy szukają swojego języka muzycznego i ich muzyki, jak to pani określiła, słucha się z przyjemnością. Ich język przemawia do publiczności.

             Wymienił pan między innymi Sigfrida Karg-Elerta. Bardzo interesował się Pan życiem i działalnością tego kompozytora. Nagrał Pan płytę z jego utworami i jest Pan autorem książki „Sigfried Karg-Elert - w żywiole koloryzmu dźwiękowego”.
             - Bardzo zainteresowała mnie historia tego kompozytora. Żaden z jego nauczycieli nie był wybitnym organistą. Jedynie Karl Hoyer, który był organistą lipskiego Gewandhausu, uczył Karg-Elerta gry na organach. Jednak tak naprawdę Karg-Elert otrzymał solidne wykształcenie pianistyczne gdyż uczył się u Reisenauera, ucznia Liszta. Można powiedzieć, że jest wnukiem Liszta. Jednak swój język muzyczny kreował na fisharmonii i tą drogą doszedł do organów.
Komponował bardzo ciekawą muzykę postromantyczną, symboliczną, o której się mówi impresjonistyczna. Komponował też muzykę ekspresjonistyczną, a część jego twórczości jest atonalna. Sigfried Karg-Elert ma bardzo bogaty, ciekawy i różnorodny dorobek kompozytorski, wśród którego znajdziemy na przykład piękne pieśni na organy i sopran o dramatycznej ekspresji....

             Od lat w okresie wakacyjnym odbywa się w wielu różnych miejscach na świecie mnóstwo różnych koncertów. To także czas, kiedy odbywają się koncerty organowe. W tym roku z powodu pandemii jest inaczej, koncertów i festiwali jest mniej, a Pan także pewnie występuje tylko w Polsce.
             - Pandemia spowodowała, że życie kulturalne zamarło. Miałem mieć wiele koncertów poza granicami Polski, ale dopiero od niedawna wracamy do kościołów i sal koncertowych. Mam propozycje występów w Niemczech, Czechach i Słowacji i w sąsiadujących z nami państwach wykonam kilka koncertów.
Czas pandemii wykorzystałem na przygotowanie materiału na płytę z instrumentami perkusyjnymi i z klarnetem. Mogę powiedzieć, że to był dobry dla mnie czas. Wyhamowałem z szybkim tempem życia i nie mam zamiaru do niego powracać. A teraz myślę, że na dobre zaczęły się koncerty, będziemy się spotykać w kościołach i słuchać muzyki.

             Wiele festiwali przeniosło się do sieci, a najlepszym dowodem na Podkarpaciu są Międzynarodowy Festiwal Muzyki Organowej i Kameralnej w Leżajsku oraz Podkarpacki Festiwal Organowy. Czy Pan także działał w sieci?
             - Zaraz po tej długiej przerwie, pierwszy koncert wykonałem w katedrze szczecińskiej. Odbył się on z udziałem publiczności, ale był też transmitowany do sieci.
              Zostałem stypendystą Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach programu „Kultura w sieci” i jestem w trakcie tworzenia trzech filmów pod wspólnym tytułem: „Wiwat organy! Organy w polskiej i europejskiej kulturze muzycznej”. Celem tych filmów jest promowanie nie tylko muzyki organowej, ale także wiadomości o organach i ich historii – jak powstały i w jaki sposób znalazły się w świątyniach. Krótko też opowiadam o utworach, które gram, tak jak się to praktykuje często podczas koncertów.
Zapraszam Państwa także do sięgnięcia do sieci. Są już zamieszczone dwa filmy. Do końca września zostanie opublikowany trzeci. Tytuł filmów „Wiwat organy! Organy w polskiej i europejskiej kulturze muzycznej”.

               Koncertując w Polsce i państwach sąsiadujących zaoszczędzi Pan trochę czasu, który zajmowały dalekie podróże koncertowe, bo przecież oprócz Australii koncertował Pan na wszystkich pozostałych kontynentach.
               - Nie byłem w Australii i nie koncertowałem też w Ameryce Południowej. Bardzo dużo podróżowałem i można byłoby długo o nich opowiadać, ale ja żyję tym, co teraz się dzieje.

              To także bardzo ciekawe, proszę opowiedzieć.
              - Może wspomnę, że jestem autorem zbioru Nieznane pieśni religijne powiatu bieruńsko-lędzińskiego i województwa śląskiego. Są to pieśni, które nie zostały zapisane w żadnych śpiewnikach, nie są powszechnie znane, a pielęgnują je jedynie lokalne społeczności różnych parafii.
Zapisałem te pieśni, napisałem krótkie wstępy, zharmonizowałem je i napisałem postludia. W listopadzie będę je nagrywał z Marcinem Wolakiem, wspaniałym basem, doskonale znanym polskim słuchaczom. Wszystkie trzy etapy na które składało się zebranie i kompozycja, wydanie zbioru oraz nagranie finansowane jest ze środków publicznych marszałka województwa śląskiego.

              Proszę powiedzieć więcej na temat powstania tego zbioru.
              - Jak wspomniałem zbiór obejmuje nieznane pieśni wspomnianych obszarów. Pomogli mi do nich dotrzeć znajomi organiści, część z nich to kompozycje Henryka Botora i Władysława Szymańskiego a część jest anonimowa. W powiecie bieruńsko-lędzińskim a dokładnie w Bieruniu Starym istnieje bardzo duży kult św. Walentego. Z 27 pieśni zawartych w zbiorze jest 9 pieśni do św. Walentego. To jest ewenement w Polsce. Ciekawe, że archidiecezja przemyska ma w św. Walentym swojego patrona i pewnie dla mieszkańców tej archidiecezji będzie to ciekawa informacja, że jest sporo pieśni do św. Walentego, wynikających z prostej, żarliwej modlitwy śląskiego ludu.
              Poza tym jest w zbiorze są pieśni do Matki Bożej, św. Jana Chrzciciela, św. Bartłomieja, są też znane teksty śpiewane w innych melodiach. Jak wspomniałem wszystkie prace związane ze zbiór dofinansowane są ze środków pochodzących od Marszałka Województwa Śląskiego. To jest kilkuletni projekt, który późną jesienią zostanie sfinalizowany.

              Bardzo Pana zainteresowały te poszukiwania.
              - Bardzo mnie to wciągnęło. Zamysłem tego projektu jest ożywienie tradycji dawnych, mało znanych pieśni i udostępnienie ich szerszej społeczności – zarówno wierzących, jak i melomanów. Zbiór może służyć muzykom kościelnym, organistom, chórom, postludia znajdujące się w zbiorze nadają się także do pracy dydaktycznej i koncertowej, co zresztą praktykuję.

              Chcę jeszcze na chwilę powrócić do organów kościoła św. Karola Boromeusza w Lubaczowie. Czy są to organy o trakturze mechanicznej?
               - Tak, to jest instrument czysto mechaniczny. Firma Flentrop słynie z tego, że budowała instrumenty mechaniczne o bardzo wysokiej jakości, wysublimowanym dźwięku i doskonale zintonowane. To jest instrument, który został zbudowany w 1956 roku o estetyce barokowej. Muzyka Bacha, którą tam nagrałem myślę dobrze brzmi.

               Bardzo żałuję, że od dwóch, a może nawet trzech lat nie odbywa się zainicjowany przez Pana i bardzo potrzebny konkurs muzyki organowej i kameralnej „Artem cameralem promovere” w Mielcu.
               - Odbyły się dwie edycje tego konkursu i myślę, że odbyły się z sukcesem. Uczestniczyli w nich studenci niemal wszystkich polskich uczelni muzycznych grając w duetach i triach.
Różne powody sprawiły, że konkurs nie jest kontynuowany a szkoda. Kiedy popatrzymy na mapę festiwali to z łatwością spostrzeżemy, że w ich trakcie króluje muzyka na organy solo i muzyka kameralna z organami. Są festiwale organowe na przykład w Oliwie poświęcone wyłącznie organom.
Choć z tego jak występuję na nim zauważam, że pierwszy i ostatni koncert poświęcone są, oprócz części organowej, dużym formom muzycznym – orkiestrowym lub wokalno-instrumentalnym. To zresztą tradycja dość częsta. Jeśli popatrzymy na program tegorocznego „Salezjańskiego Lata” w Przemyślu zauważamy recitale organowe jak i koncerty kameralne – zresztą program całego festiwalu jest skonstruowany bardzo ciekawie.

               Bardzo się cieszymy, że w Przemyślu podczas jubileuszowej edycji „Salezjańskiego Lata” będziemy Pana za kilkanaście minut słuchać, oklaskiwać i mam nadzieję także zobaczyć na zakończenie koncertu, bo to jest ogromnie ważne dla publiczności.
               - Żywy kontakt z publicznością ma bardzo duże znaczenie, choć najważniejsza jest muzyka gdyż ona przekazuje treści ponad kulturowe, ponadczasowe i to dla niej się gromadzimy na koncertach. Ważny jest też element jednorazowości i przeżywania muzyki w tym momencie. Teraz siedzimy, rozmawiamy i to dzieje się naprawdę. To, co jest naprawdę, dzieje się teraz. To co było w przeszłości jest w naszych myślach i wspomnieniach a to co będzie w przyszłości jest w naszej wyobraźni.

               Zbliża się pora koncertu i musimy już kończyć rozmowę, mam nadzieję, że zaprosi nas Pan na koncert promujący płytę nagraną w Lubaczowie.
               - Na pewno zaproszę, a dzisiaj dziękuję za rozmowę i za kilkanaście minut spotkamy się w kościele.

               Pragnę jeszcze dodać, że bardzo interesujący koncert odbył się 18 sierpnia w salezjańskiej świątyni, w wykonaniu znakomitego polskiego wirtuoza Wacława Golonki oraz Gustáva Beláčeka, świetnego słowackiego basa. Artyści przedstawili bardzo interesujący program, złożony z rzadko wykonywanych utworów. Jak już wspomniane zostało w rozmowie, pan Wacław Golonka w Przemyślu wykonał je po raz pierwszy, a były to: ukazująca urodę salezjańskich organów Sinfonia z oratorium „Saul” Georga Friedricha Haëndla, „Preludium i fuga c-moll” Gottfrieda Kirchohoffa, „Fuga cis-moll” Mikalojusa Konstantinasa Čurlionisa oraz błyskotliwa „Tarantela” Dmitrija Dianova.
               Natomiast Gustáv Beláček zaśpiewał z towarzyszeniem Wacława Golonki „Missa brevis” Jána Levoslava Belli, dwie przepiękne Pieśni biblijne z op. 99 Antonina Dvořaka, Laudamus Te z „Missa st. Cyrylly et Methody”, „Modlitwę Zachariasza” (z opery Nabucco), a planowaną część koncertu zakończyło „Agnus Dei” Georges’a Bizeta.
               Licznie zgromadzona publiczność gorąco oklaskiwała wszystkie utwory, a na zakończenie, kiedy Artyści opuścili chór organowy, aby podziękować za życzliwe przyjęcie, publiczność powstała z miejsc i długo trwała owacja na stojąco.
Pan Gustáv Beláček pozostał przed ołtarzem, a pan Wacław Golonka towarzyszył mu z chóru z wykonaniu „Ave Maria” Bacha-Gounoda. Publiczność znowu powstała z miejsc i gorąco oklaskiwała wspaniałe wykonanie. Ten wieczór pozostanie z pewnością w pamięci wszystkich, którzy go wysłuchali.

Zofia Stopińska

Sonaty fortepianowe Haydna i Mozarta na płycie "Fermata" Piotra Kościka

          Talent, pasja, wielka miłość do muzyki klasycznej i ciężka codzienna praca nad własnym rozwojem, najpierw w rodzinnym Rzeszowie, a później za granicą, zaowocowały wieloma sukcesami i propozycjami koncertowymi w wielu ośrodkach muzycznych na świecie. Tak można w jednym zdaniu napisać o znakomitym pianiście Piotrze Kościku, który od kilkunastu lat mieszka w Wiedniu. Nie mogąc się spotkać osobiście, postanowiłam poprosić Artystę o wywiad, kontaktując się za pomocą Skype’a. Zapraszam do lektury.

            Proponuję, aby naszą rozmowę rozpocząć od polecenia czytelnikom nowej płyty, którą zatytułował Pan „Fermata”, a zawiera Sonaty Józefa Haydna i Wolfganga Amadeusa Mozarta. Skąd pomysł na ten repertuar?
             - Już od czternastu lat mieszkam w Wiedniu i cały czas mam do czynienia z namacalną spuścizną tych kompozytorów, a podróżując, przez cały czas odwiedzam także miasta, w których oni żyli i komponowali, i wykonywali muzykę. Eisenstadt, w którym większość życia spędził Józef Haydn, jest bardzo blisko Wiednia, podobnie jak Salzburg, w którym urodził się Wolfgang Amadeus Mozart. Czułem się już w pewnym sensie ukształtowany muzyką tych kompozytorów, a ponieważ na mojej pierwszej płycie znalazł się wyłącznie repertuar romantyczny, bo są to utwory Fryderyka Chopina i Ferenca Liszta, pomyślałem, że ta druga płyta z muzyką Mozarta i Haydna będzie dobrym uzupełnieniem.

             Nie zastanawiał się Pan nad nagraniem chociażby jednego utworu Ludwiga van Beethovena, zaliczanego do wielkiej trójcy klasyków wiedeńskich?
Przyznam szczerze, że jakoś specjalnie nie celowałem w Rok Beethovenowski z płytą Mozarta i Haydna. To jest czysty przypadek, a nie jakaś strategia.
Beethoven jest przez pandemię i tak wielką ofiarą w tym roku, ponieważ Jego wielki jubileusz (250 rocznica urodzin) przypadł na ten bardzo zły czas i zdecydowana większość koncertów upamiętniających jego twórczość została odwołana.
             Grałem bardzo dużo sonat Mozarta i Haydna, zawsze sprawiało mi to dużą radość i wykonywanie ich było takie naturalne, i to się przejawiało też na wielu poziomach. Oto jeden z przykładów – zawsze utwory Mozarta i Haydna zostawiam sobie na zakończenie mojej codziennej pracy, ponieważ to są utwory, które gram z największą chęcią. Gram je nawet wtedy, kiedy jestem już bardzo zmęczony, kiedy bolą mnie plecy, bo niestety po wielu godzinach ćwiczenia boli praktycznie wszystko. Siedzenie przy fortepianie nie jest anatomicznie łatwe, bo siedzi się bez oparcia przez 5 lub 6 godzin, balansując ciałem z lewej na prawą stronę i odwrotnie. Podczas grania pracuje bardzo dużo mięśni. Jak człowiek jest zmęczony, to trzeba się jakość zmotywować. Wiadomo, że ciężko byłoby wtedy sięgać po utwory, które są dla mnie trudne i wymagające, a wykonywanie utworów Mozarta i Haydna zawsze było, i jest dla mnie czymś w rodzaju nagrody na zakończenie dnia pracy. To jest muzyka, która jest dla mnie bardzo organiczna, witalna i nie sprawia mi żadnych problemów.
To nie jest recepta dla wszystkich, mówię wyłącznie o sobie, ponieważ każdy ma inny stosunek do muzyki - jedni wolą muzykę romantyczną, inni barok, a ja zawsze najchętniej grałem utwory klasyków wiedeńskich.

             Mogę chyba zaryzykować stwierdzenie, że muzyka klasyków wiedeńskich chyba najchętniej jest słuchana w Austrii i w Wiedniu. Jednocześnie musi to być wykonanie, które czymś ujmie bardzo wymagającą publiczność, szczególnie jeśli dotyczy to utworów Haydna, Mozarta i Beethovena. W dzisiejszych czasach nie wystarczy grać dobrze. Trzeba słuchacza zachwycić.
             - To prawda, nagrywanie utworów z tak zwanego standardowego repertuaru, które zostały utrwalone już tysiące razy, które są bardzo znane, jest ryzykowne.
Kolejnym ryzykiem jest to, że muzyka Mozarta i Haydna jest bardzo przejrzysta, dlatego też nie tylko wykonawca ma więcej czasu w swojej interpretacji zająć się szczegółami i niuansami, ale też publiczność ma więcej czasu na to, żeby je śledzić. Zupełnie inaczej jest, kiedy jesteśmy na koncercie muzyki romantycznej, kiedy słuchamy na przykład sonaty Rachmaninowa czy jakiejkolwiek symfonii romantycznej, gdzie spotykamy się z masą dźwięków i szybkimi przebiegami rytmicznymi. Jeśli ktoś nie grał tego utworu, nie jest w stanie przyswoić sobie wszystkich informacji, które docierają do niego ze sceny. Natomiast w muzyce, szczególnie fortepianowej, Haydna i Mozarta jest na to czas, bo jak to się powszechnie mówi, „wszystko jest jak na patelni”, „wszystko leży jak na dłoni” i każda nuta ma wtedy ogromne znaczenie.
              Uznałem, że jest sens wracać do takich kompozycji, ponieważ one chyba najdłużej towarzyszą życiu muzyka, a szczególnie pianisty. Sonat Mozarta zaczynamy się uczyć jako dzieci i bardzo często musimy je później powtarzać, ponieważ są one jakby takim elementem składowym wszystkich egzaminów semestralnych, końcowych, wstępnych na studia – zawsze jest sonata klasyczna. Praktycznie nie ma takich konkursów czy egzaminów (z małymi wyjątkami), które nie mają w programie formy sonatowej.
Po zakończeniu edukacji także nie odkłada się tych sonat, ponieważ one również wykonywane są podczas recitali i jak słusznie pani zauważyła, są bardzo chętnie słuchane przez publiczność na całym świecie. Dlatego też te utwory towarzyszące nam przez całe życie idą swoją drogą w głowach, rękach i sercach każdego wykonawcy, i na tej drodze przez cały czas ewoluują, cały czas się zmieniają, tak jak zmienia się wykonawca i jego umiejętności. Często wykonawcy nawet sami o tym nie wiedzą. Kiedyś Światosław Richter powiedział do Heinricha Neuhausa, że dopiero teraz zrozumiał, co miał na myśli, mówiąc o legato w jednym z utworów. Dopiero teraz jest w stanie zrealizować to, co było od niego wtedy wymagane.
               Myślę, że wiedza i doświadczenie zawodowe maja wpływ i przekładają się na repertuar, który z nami jest od dawna. Gramy je inaczej nie dlatego, że trzeba coś zmieniać, ale to wynika z coraz większej dociekliwości wobec danego utworu, wobec danej partytury, bo znamy ją coraz bardziej.
Można to porównać do oddalania się od obrazu w galerii sztuki, kiedy stojąc przed nim bardzo blisko, nie widzimy tak wiele. Zobaczymy o wiele więcej, dopiero jak zmienimy naszą perspektywę i zwiększymy kąt widzenia.
Myślę, że tak jest z takimi utworami, jak sonaty Beethovena czy Mozarta. W trakcie naszej edukacji, w trakcie działalności artystycznej oddalamy się od tego obrazu i widzimy coraz więcej, stąd jesteśmy w stanie coraz więcej z niego wydobyć.
Pomyślałem, że to jest dobry moment, żeby nagrać te sonaty i była to też dość spontaniczna decyzja i teraz tego nie żałuję ponieważ sytuacja z pandemią uczy nas tego, że w każdej chwili może się wszystko zmienić. Dlatego to, co chcemy zrobić, należy zrealizować od razu, ponieważ nie wiadomo, czy będzie to możliwe do zrobienia za miesiąc lub za rok.
Bardzo się cieszę, że płyta została nagrana przed marcem tego roku.

              Polecając płytę, zacytował Pan stwierdzenie, że utwory Haydna i Mozarta są łatwe dla młodych pianistów, ale trudne są dla koncertujących artystów.
              - To jest znany cytat Artura Schnabela, który powiedział, że utwory Mozarta są za łatwe dla dzieci, a za trudne dla dorosłych.
Jest w tym bardzo dużo prawdy, ponieważ kiedy sięgamy po te nuty, będąc dzieckiem, to wszystko wydaje nam się łatwe, czyste i przejrzyste. Te nuty aż się proszę, żeby postawić je na pulpicie fortepianu i zacząć je grać. Dla dzieci są łatwe, ponieważ nie jest to wirtuozeria najwyższych lotów, ponieważ to nie było celem tej muzyki. Natomiast dla dorosłych te utwory są trudne, ponieważ w pewnym momencie muzycy nie wiedzą, co mogą zrobić z tą pustą przestrzenią, która w tych utworach się wyłania. W tym momencie trzeba się skupić na czymś innym niż tylko na samych nutach, a to wymaga więcej pracy. Opanowanie tekstu muzycznego i gra utworów w tempie, na pamięć, ze wszystkim, co jest napisane w nutach, jest już standardem – bazą, od której się dopiero rozpoczyna pracę nad utworem. Zarówno u Mozarta, jak i u Haydna to się bardzo szybko osiąga, ponieważ można się szybko nauczyć tych utworów. Natomiast jest w tych nutach wiele informacji, które nie są bezpośrednimi informacjami, ale wskazówkami i trzeba szukać ich sensu ukrytego właśnie pomiędzy tymi nutami.

               Słuchając sonat Józefa Haydna i Wolfganga Amadeusa Mozarta w Pana wykonaniu zachwyciłam się klarownością i brzmieniem dźwięku. Słychać także urodę akustyki wnętrza, w którym Pan nagrywał.
               - Dziękuję bardzo za miłe słowa Powiem może najpierw o akustyce. Miałem przyjemność nagrywać tę płytę w Sali o wspaniałej akustyce, która pomagała wykonawcy. Ta sala znajduje się w Liszt Center w Raiding – miejscowości, w której urodził się Franz Liszt. Taka sala była dostępna i myślę, że ani Mozart, ani Haydn, ani Liszt nie mieliby nic przeciwko temu, że tam została nagrana ta płyta.
Raiding jest niedaleko od Eisenstadt i jestem pewien, że Haydn często tamtędy przejeżdżał. Jest to sala spektakularna pod względem miejsca i akustyki, a jeszcze bardziej spektakularne jest to, że wchodzimy do tej Sali wprost z pól rzepakowych. Znajduje się ona w małej wiosce, która liczy 800 mieszkańców. Zbliżając się do Raiding, widzimy z daleka tylko wieżę kościoła i Liszt Center. Jest tam oprócz tego jeszcze Muzeum Franza Liszta, ale jest to mała, spokojna miejscowość i można się tam doskonale wyciszyć, a tego potrzebuje wykonawca podczas nagrań.
Miałem możliwość mieszkać w pobliżu tej Sali w czasie trwania nagrań, chociaż z powodzeniem mogłem mieszkać w domu, bo do Wiednia stamtąd jedzie się samochodem niecałą godzinę, ale z dala od metropolii mogłem się lepiej skoncentrować i wsłuchać w to co, chciałem nagrać.
               Wspomniała Pani o klarowności, przejrzystości interpretacji i chcę podkreślić, że jest to moje podejście do utworów Mozarta i Haydna. Ta muzyka jest sama w sobie tak naturalna i tak piękna, że nie trzeba dodawać żadnego botoksu, nie trzeba nic modelować, upiększać na siłę, ponieważ Mozart był mistrzem semplice i jestem przekonany, że grając tę muzykę bez specjalnych rubat, których tam nie ma zapisanych, bez hiperbolizacji tego, co jest zapisane, wyławiania na siłę głosu, żeby wszyscy usłyszeli, że ja ten głos słyszę. Moja ostatnia Pani Profesor powiedziała: „Jeżeli to wiesz, że ten głos tam istnieje, to już wystarczy, nie musisz go dodatkowo uwypuklać, ponieważ publiczność to też usłyszy”. Najważniejsze podczas gry jest mieć świadomość tego, co w tym momencie przekazujemy publiczności, co się dzieje w tym momencie, kiedy my to gramy. Starałem się w czasie sesji grać wszystko w sposób naturalny i na szczęście ten sposób był mi bliski. To nie są interpretacje, które zostały, że tak powiem, ulepione z poleceń nauczycieli czy profesorów, z którymi miałem do czynienia, tylko ja tak kreuję tę muzykę.

               Na szczęście to bardzo dobrze słychać na nagraniu. Dobrze to zostało uchwycone przez reżysera nagrania. Płyta jest już dostępna w Internecie.
               - Nagrania są dostępne online na kilku portalach muzycznych i streamingowych, takich jak Spotify. Jest także dostępna w wersji fizycznej i można ją nabyć w sklepie internetowym -
Link: https://redpmusic.at/p/piotr-koscik-fermata

               Doceniam wszystkie elektroniczne środki przekazu, które umożliwiają nam szybkie dotarcie do materiału muzycznego i słuchanie płyty, ale uwielbiam włożyć krążek do odtwarzacza i słuchać muzyki z okładką płyty w ręku. Od niedawna mam już płytę "Fermata", słucham jej często z coraz większym zachwytem. Gorąco Państwu polecam ten krążek.
Jeśli Państwo chcą się dowiedzieć więcej o pasjach i działalności artystycznej pana Piotra Kościka zapraszam do odwiedzenia portalu Klasyka na Podkarpaciu i przeczytania wywiadu z Artystą.
Link: https://www.klasyka-podkarpacie.pl/wywiady/item/2473-piotr-koscik-najwazniejsze-jest-aby-pianista-nie-byl-tylko-odtworca-na-estradzie-czesc-ii

 

Zofia Stopińska

 

Subskrybuj to źródło RSS