wywiady

Muzyczne powroty w rodzinne strony

            Z panem Kamilem Pękalą, świetnym polskim śpiewakiem urodzonym w Dębicy, spotykamy się 19 lipca w Rzeszowie, przed pierwszym koncertem zorganizowanym po dłuższej przerwie pandemicznej przez Rzeszowski Teatr Muzyczny „Olimpia”. Wystąpi Pan razem z sopranistką Renatą Drozd i pianistą Łukaszem Jankowskim. Dla Pan będzie to pewnie także jeden z pierwszych koncertów po kilku miesiącach.
            - Niestety ten czas pandemii dotknął wszystkich, a w szczególności artystów – ludzi wolnych zawodów, ponieważ oprócz tego, że zostaliśmy pozbawieni zarabiania pieniędzy na nasze życie, to zostaliśmy pozbawieni możliwości kontaktu z widownią.
Są zawody, które nie wymagają kontaktu z człowiekiem, kontaktu, który wpływa na obydwie strony, bo występując, dajemy energię z siebie i publiczność nam ją jakby odbija. Wtedy czujemy, jak jesteśmy odbierani, czy publiczność nas w pełni akceptuje, czy musimy się jeszcze bardziej postarać o jej względy. To są naczynia połączone.
Przez prawie cztery miesiące byliśmy pozbawieni jakiegokolwiek kontaktu z estradą, możliwości koncertowania. Nie ukrywam, że bardzo się ucieszyłem w momencie, kiedy pan Andrzej Szypuła, dyrektor Rzeszowskiego Teatru Muzycznego, zaprosił nas na ten koncert, bo jest to mój pierwszy koncert po tej przerwie i pewnie kolegów także. Mamy dużo energii, dużo uczuć, które chcemy pokazać, bo ta przerwa była za długa.

            Co Pan robił w czasie tej przerwy pandemicznej?
            - Przede wszystkim przytyłem, niestety, było dużo jedzenia i za mało ruchu (śmiech). Poważnie mówiąc, starałem się pracować nad repertuarem, ale trudno zdecydować, nad czym pracować, jak nie ma koncertów, które zabijają monotonię. Jak wszyscy artyści mamy nienormowany czas pracy. Czasem mamy trzy, cztery, a nawet pięć koncertów dzień po dniu, a później mamy tydzień lub nawet więcej przerwy. W tym czasie spotykamy się także na próbach i to jest normalne. Kiedy jednak czas przerwy trwa trzy lub cztery miesiące, to energia, którą mamy gaśnie, gaśnie, gaśnie...
            Przyznam się, że mogłem bardziej wykorzystać te cztery miesiące i nauczyć się dużo więcej nowego repertuaru, ale brakowało mi motywacji. Niby teatry powoli ruszają, ale jest tak dużo obostrzeń, że dla dyrekcji spektakl czy koncert jest dużym wyzwaniem i stratą finansową, ponieważ można sprzedać ograniczoną ilość biletów.
W Rzeszowie wystąpimy w plenerze i taki koncert jest łatwiej zorganizować, ponieważ wymagane rygory są łatwiejsze do spełnienia, natomiast każdy koncert lub spektakl w teatrze jest dla organizatorów ogromnym wyzwaniem i wiąże się z dodatkowymi kosztami.

            Chcę jeszcze zapytać Pana o taki koncert, jak dzisiaj. Publiczność uwielbia koncerty, podczas których usłyszeć może bardzo różnorodny repertuar i oklaskiwać kilku wykonawców, ale mnie się wydaje, że są one dla wykonawców trudniejsze od udziału w spektaklu operowym czy operetkowym.
             - Tak jak pani powiedziała, są one bardzo interesujące dla słuchaczy, którzy cieszą się różnymi kolorami muzycznymi oraz emocjami i uczuciami płynącymi z estrady. Dla wykonawców takie koncerty są bardzo trudne. Pierwszą część rozpoczynamy muzyką operową, co nie oznacza, że smutną, a później przechodzimy do repertuaru operetkowego, który wbrew powszechnej opinii jest trudniejszy do wykonania niż arie operowe. Często w tej muzyce musimy wykonywać arie kantylenowe, często występują długie frazy, równie często są bardzo szybkie, wymagające precyzji.
             Koncerty, w których mieszamy bardzo dużo różnych stylów muzycznych i technik wykonawczych, są dla występujących dużo trudniejsze i bardziej wymagające, szczególnie tym razem – po czteromiesięcznej przerwie.

             Jestem przekonana, że publiczność przyjmie Was gorąco i te wszystkie obawy szybko miną. W Rzeszowie czuje się Pan chyba jak w domu.
              - To prawda, lubię tu występować. Przed rokiem, również latem, występowałem na Rynku i publiczność dopisała nadzwyczajnie, cała płyta Rynku była zapełniona, a co najważniejsze – wszystkim się bardzo podobało.
W tym roku występujemy w innym miejscu, ale jest to piękny park w centrum miasta i mam nadzieję, że pomimo obostrzeń publiczność dopisze, a my postaramy się jak najlepiej zaprezentować.

              Rozmawialiśmy dosyć dawno i w tym czasie z pewnością wiele się w Pana działalności artystycznej wydarzyło.
              - Nie wiem, czy aż tak dużo się działo. Zaraz po studiach zacząłem współpracować z Teatrem Muzycznym w Lublinie, ponieważ był to jedyny teatr muzyczny w Polsce, w którym grane były opery. Wystąpiłem tam po raz pierwszy w 2009 roku w „Baronie cygańskim”, potem był „Straszny dwór” i „Carmen”. Kolejną operą była „Traviata”, w które występowałem chyba we wszystkich barytonowych partiach – od Markiza d’Obigny poprzez Barona Douphol aż po Georges’a Germonta (ojca Alfreda).
              Wystawialiśmy w Lublinie bardzo dużo oper, bo ówczesny dyrektor artystyczny Tomasz Janczak starał się często robić takie superprodukcje, jak „Nabucco”, „Aida”. Ja się tam czułem „jak ryba w wodzie”, bo z jednej strony można było wystąpić w jakiejś operetce, czasami zaśpiewać jakąś drugoplanową rolę. Wiadomo, że wykonywanie pierwszoplanowych ról wymaga dużo energii i wielkiego skupienia, ale zaśpiewałem tam także sporo pierwszoplanowych partii.
              Były także wystawiane musicale, jak Phantom – upiór w operze Gastona Leroux’a, który jest bardzo rozbudowany, i sporo innych ciekawych spektakli.
Później nastały inne czasy, zmieniali się dyrektorzy, którzy mieli trochę inne wizje i wszystko się zmieniało, ale w Teatrze Muzycznym w Lublinie pracowałem prawie 10 lat.

              Rozpoczął się nowy rozdział w Pana działalności, przeniósł się Pan z powrotem na północ Polski.
              - Występowałem w różnych projektach w Operze Bałtyckiej, zawitałem także do Opery Nova w Bydgoszczy, gdzie jest piękna sala, a dyrektor wspaniale prowadzi ten teatr. Występy w Operze Nova były dla mnie wielkim zaszczytem.
               Na początku marca wszystko się przerwało i teraz nie wiadomo, co będzie dalej. Jest wielu artystów, którzy chcą występować, a miejsca można policzyć na palcach rąk. Będzie trudno, ale trzeba się do tego jakoś dostosować.

              Publiczność, która nie śledzi poczynań w dziedzinie muzyki klasycznej, ciągle jeszcze Pana kojarzy z Filharmonią dowcipu, w której bardzo często Pan gościł na zaproszenie świetnego pianisty Waldemara Malickiego. Dzięki tej współpracy stał się Pan znany.
               - Tak. Na pewnym etapie, szczególnie początków, kiedy uczestniczyliśmy w emitowanych również przez telewizję programach autorskich Jacka Kęcika, Waldemara Malickiego i Bernarda Chmielarza, byliśmy w czołówce quasi-kabaretowej, chociaż śpiewaliśmy w sposób klasyczny.
Ten czas był dla mnie na pewno bardzo interesujący, chociaż w świecie operowym raczej mi przeszkadzał, bo wielu melomanów uważało mnie za kabareciarza, który wygłupia się na scenie i na pewno mieli rację.
              Natomiast dla mnie osobiście był to bardzo ciekawy okres. Dużo podróżowaliśmy, to był okres twórczy, ponieważ Jacek z Benkiem i Waldkiem pisali zabawne skecze, a my je tworzyliśmy. Zdobyłem wiele doświadczeń z zakresu interpretacji i aktorstwa, przyzwyczaiłem się także do obecności kamer.
Nie bierzemy udziału w tych programach już pięć, a może nawet sześć lat i patrząc z perspektywy tych lat, był to bardzo ciekawy okres, który dał mi także bezpieczeństwo finansowe tuż po ukończeniu studiów.

              Łatwo było później stanąć na scenach teatrów operowych?
              - Znalezienie miejsca w świecie opery było dosyć trudne, ponieważ musiałem się przyzwyczaić do innych wynagrodzeń i sposobu koncertowania oraz do solidnej pracy nad repertuarem. Spektakle operowe i koncerty wypełnione ariami operowym i operetkowymi wymagają dużo wysiłku zarówno psychicznego, jak i fizycznego.
Nie ukrywam, że było mi trudno, ale podszedłem do tego ambitnie, dużo pracowałem, zostałem śpiewakiem operowym i z tego żyję.

              Poproszę Pana jeszcze o wcześniejsze wspomnienia, ponieważ jest Pan człowiekiem z Podkarpacia, a dokładnie mówiąc urodził się Pan w Dębicy i tam pewnie stawiał Pan pierwsze kroki w dziedzinie muzyki, a później śpiewu.
              - Tak. Wszystko zaczęło się od Pana Pawła Adamka, który jest dyrektorem Szkoły Podstawowej nr 3 w Dębicy, ale też nauczycielem Szkoły Muzycznej I i II stopnia w tym mieście i dyrygentem szkolnej orkiestry. W tej orkiestrze najpierw grałem na skrzypcach, najpierw w drugich, a później nawet w pierwszych skrzypcach grałem.
              Pan Paweł Adamek usłyszał mnie kiedyś, jak śpiewałem w toalecie i spodobał się mu mój głos na tyle, że jak pod koniec lat 90-tych ubiegłego już wieku przygotowywali operę „Verbum nobile” i główny solista zachorował i nie mógł występować, to od razu pomyślał o mnie.
              Podjąłem się tego zadania nie wiedząc, co mnie czeka. W ciągu miesiąca musiałem nauczyć się całej partii. To było ogromne wyzwanie. Tak zaczęła się moja przygoda ze śpiewaniem.
Później postanowiłem kontynuować naukę w Liceum Muzycznym w Rzeszowie w zakresie gry na altówce, ale już towarzyszył mi śpiew, a nawet śpiewałem na różnych szkolnych imprezach.
              Pani dyrektor Marta Tyczyńska namówiła mnie, abym kształcił swój głos i skierowała do (nieżyjącej już) pani Anny Budzińskiej, która była znakomitą nauczycielką śpiewu i bardzo dużo mi pomogła. Przygotowała mnie i pojechaliśmy razem na Ogólnopolski Konkurs Wokalny im. Franciszki Platówny we Wrocławiu, gdzie (jeśli dobrze pamiętam), otrzymałem III nagrodę.
Po tym Konkursie poznałem panią. Pamiętam, że w studiu nagraliśmy rozmowę i „Wojaka” Fryderyka Chopina. To był 2002 rok.

              Pamiętam Pana także, że brał Pan udział w Festiwalu Muzyki Niemieckiej w Rzeszowie i otrzymał Pan I nagrodę.
              - To jest także ciekawa historia, ponieważ śpiewałem tam jedną z najtrudniejszych pieśni – „Król Olch” („Erlkönig”) Franciszka Schuberta. Ta pieśń jest także bardzo wymagająca dla pianisty, który przez cały czas gra w bardzo szybkim tempie oktawami i mój serdeczny przyjaciel Wojtek Gwiszcz, który był fagocistą, nauczył się tego i zagrał ze mną, ale chyba dwa, a może nawet trzy miesiące przed konkursem spotykaliśmy się prawie codziennie, aby dobrze przygotować tę pieśń technicznie i emocjonalnie.
Ta praca dała dobre efekty, bo zostaliśmy bardzo wysoko ocenieni.

              Zdobył Pan laury także uczestnicząc w Ogólnopolskim Konkursie Wokalnym w Dusznikach-Zdroju w 2006 roku.
              - To był ważny konkurs, ale zająłem tam II miejsce. Byłem jednak zadowolony, bo nie było tam podziału na kategorie wiekowe oraz na głosy męskie i żeńskie. Pierwszą nagrodę zdobyła kobieta, a ja drugą. Byłem wtedy w znakomitej formie i dużo ćwiczyłem. Pamiętam także, że dość duży pogłos sali, w której występowaliśmy, bardzo sprzyjał śpiewakom.

              W tym samym roku brał Pan w Międzynarodowym Konkursie Wokalnym im. Antonina Dvořaka w Karlowych Warach.
              - To był także bardzo ciekawy konkurs o randze międzynarodowej i zająłem tam III miejsce. Zawsze opowiadam anegdotę o tym Konkursie, ponieważ jako laureat III miejsca otrzymałem nagrodę pieniężną w wysokości ponad 500 złotych, a za sam przejazd zapłaciłem 800. Ponieważ był to wyjazd zagraniczny i miałem delegację z uczelni, to otrzymałem diety w Euro i otrzymałem zwrot kosztów w kwocie 1800 złotych. Po koncercie finałowym otrzymałem nagranie mojego występu na kasecie magnetofonowej i nigdy jej nie odsłuchałem, bo nie miałem magnetofonu, który odtwarza kasety, bo w 2006 roku już miałem wyłącznie odtwarzacze CD.

              Studiował Pan wtedy na Wydziale Wokalnym Akademii Muzycznej w Gdańsku, a Pana pedagogiem był prof. Leszek Skrla. Jak Pan trafił do klasy tego znakomitego Artysty?
              - Jak zacząłem już nieźle śpiewać i pojawiły się pierwsze sukcesy konkursowe, pomyślałem o studiach wokalnych. Wówczas moja rok ode mnie starsza kuzynka Iga Lis studiowała już w Akademii Muzycznej w Gdańsku w klasie skrzypiec. Poprosiłem ją, aby dowiedziała się, kto tam dobrze uczy na Wydziale Wokalnym. Niedługo powiedziała mi, że zdaniem starszych kolegów jednym z najlepszych pedagogów śpiewu w Gdańsku jest prof. Leszek Skrla. Nawiązałem z nim kontakt i dokładnie rok przed egzaminami umówiłem się na lekcję. Posłuchał mnie, spodobał mu się mój głos, poradził, jaki repertuar powinienem przygotować. Dwa, może trzy miesiące przed egzaminami pojechałem na drugie spotkanie i pochwalił mnie za opracowanie programu. Po tych dwóch spotkaniach już wiedziałem, że dobrze się rozumiemy i po dobrze zdanym egzaminie wstępnym napisałem podanie o przydzielenie mnie do klasy prof. Leszka Skrli i tak jesienią 2002 roku rozpoczęła się nasza współpraca.

              Myślę, że u tego pedagoga mógł się Pan nauczyć nie tylko dobrze śpiewać, ale także umiejętności aktorskich, ponieważ prof. Leszek Skrla jest nie tylko doskonałym śpiewakiem, ale także wspaniałym aktorem.
              - To prawda. Czasy, kiedy śpiewak stał na scenie i wykonywał swoje partie, skończyły się ponad 30, może nawet 40 lat temu.
Teraz od śpiewaka wymaga się takich samych umiejętności aktorskich, jak od aktorów dramatycznych. Nie oznacza to, że każdy śpiewak musi być znakomitym aktorem, ale reżyserzy, oprócz pięknego śpiewu, bardzo duży nacisk stawiają na aktorstwo. Współczesne spektakle często ogląda się jak film.
              Miałem szczęście, że mój pedagog był nie tylko na bardzo wysokim poziomie wokalnym i potrafił uczyć, ale także mogłem przyglądać się Jego wspaniałym kreacjom na scenie.
Już od 2006 roku byłem etatowym solistą Opery Bałtyckiej i dzięki temu spotykaliśmy się także na scenie. Często kończyliśmy zajęcia o 17:00 i od razu jechaliśmy wspólnie do Opery Bałtyckiej, aby po charakteryzacji spotkać się na scenie i razem śpiewać. Występowaliśmy tak w „Cyruliku sewilskim”, „Strasznym dworze” oraz w „Cyganerii”. Miałem szczęście występować na jednej scenie z moim pedagogiem i mogłem się od niego uczyć także w czasie spektakli. Otrzymałem też wiele wskazówek, jak posługiwać się głosem na dużej scenie i w niezbyt dobrze akustycznej sali.
Bardzo dużo się nauczyłem od Profesora i były to piękne pod względem artystycznym czasy.

              Dom rodzinny, czyli dom numer 1 jest w Dębicy, a gdzie jest takie miejsce na świecie, o którym Pan myśli – jestem w domu?
              - Trójmiasto. Tam pojechałem na studia, tam zostałem i tam jest mój azyl. Miałem taki epizod, że mieszkałem półtora roku w Lublinie, ponieważ tam pracowałem i wydawało mi się, że nie da się pogodzić tak dużych odległości dzielących moją pracę od domu, ale później okazało się, że mogłem mieszkać w Gdańsku i dojeżdżać do Lublina na próby i spektakle.
Trójmiasto to jest takie miejsce, w którym czuję się zawsze najlepiej. Nawet jak jestem w domu, to sama świadomość, że w ciągu 20 minut mogę znaleźć się nad morzem jest dla mnie czymś wspaniałym.
Jestem też sezonowym alergikiem i jak jestem latem na Podkarpaciu, to kicham i kaszlę, a w Gdańsku tylko czasami mam lekki katar sienny. Więc też kwestie zdrowotne wchodzą w grę.

              Mam nadzieję, że czas pandemii szybko minie, życie kulturalne wszędzie zacznie rozkwitać i do Rzeszowa, Dębicy lub do innych ośrodków kulturalnych na Podkarpaciu będzie Pan przyjeżdżał z koncertami.
              - Zawsze się bardzo cieszę, jak ktoś mnie tutaj zaprasza, tym bardziej, że mogę to połączyć z odwiedzeniem Rodziców. Mam tu dużo starych znajomych, a do tego tutejsza publiczność przyjmuje nas bardzo ciepło i zawsze z widowni czujemy dobrą energię. Mam także stąd bardzo dużo wspomnień. Bardzo miło wspominam Rzeszów, bo w tym mieście zacząłem naukę śpiewu i wkraczałem w dorosłe lata. Lubię tutaj być.

              Musimy kończyć rozmowę, bo Pan musi przygotować się do pracy na scenie.
              - Miło się rozmawia, ale ja faktycznie muszę się już śpieszyć. Dziękuję za miłe spotkanie i mam nadzieję, że zobaczymy się już wkrótce.

Z Kamilem Pękalą, znakomitym barytonem, rozmawiała Zofia Stopińska 19 lipca 2020 w Rzeszowie przed bardzo udanym koncertem, który odbył się na scenie Parku Jedności Polonii z Macierzą przy ul. Jałowego w Rzeszowie.
Słuchaliśmy świetnych wykonań arii i duetów z oper, operetek i musicali. Wystąpili: Renata Drozd – sopran, Kamil Pękala – baryton, Łukasz Jankowski – fortepian, a płynącą z estrady muzykę i wykonawców przybliżał publiczności Andrzej Szypuła.

Letnie Festiwale w Krościenku i na Podkarpaciu przeniesione do sieci

    

            Czas pandemii spowodował, że wiele imprez artystycznych zostało odwołanych, przeniesionych na późniejsze terminy lub odbywa się online. Pomimo niesprzyjających warunków, ożywioną działalność prowadzi Fundacja Promocji Kultury i Sztuki ARS PRO ARTE, która organizuje również Podkarpacki Festiwal Organowy. O realizacjach różnych projektów rozmawiam z panię Agnieszką Radwan-Stefańską, Prezesem Zarządu Fundacji, organistką i animatorką życia kulturalnego.
            - Sądzę, że nie ma słów na niesprzyjające warunki, bo każdy warunek musi sprzyjać, bez względu na to, czy będzie on łatwy, czy będzie on trudny.
W obecnej rzeczywistości najważniejsze jest to, żeby się w niej odnaleźć. Można oczywiście usiąść, założyć nogę na nogę i czekać, myśląc, że propozycje same do nas przyjdą.
Nic bardziej mylnego, trzeba się po prostu „przekwalifikować” na inne myślenie. Koncerty stacjonarne stały pod wielkim znakiem zapytania ze względu na sytuację pandemiczną, a my pozyskaliśmy spore dofinansowanie z programów ministerialnych. Żeby z niego skorzystać, musieliśmy się przystosować do panujących warunków.
W maju nie wiedzieliśmy, co będzie się działo w lipcu, a z decyzją nie mogliśmy zwlekać. Przenieśliśmy zatem wszystkie nasze działania do sieci.
Udało nam się pozyskać wspaniałego partnera w postaci Ars Sonora Studio z Łodzi, z którym realizujemy dwa nasze projekty. Pierwszym, który został już zarejestrowany, było „Pienińskie sacrum” w zamian za Letni Festiwal Pieniny-Kultura-Sacrum, odbywający się od dekady w Krościenku nad Dunajcem.

            Jest Pani pomysłodawczynią i dyrektorką tego Festiwalu.
            - Tak, odbyło się już dziesięć edycji, jedenasta nam się nie udała stacjonarnie, ale w tym roku powstał projekt połączenia interdyscyplinarnego sztuk – malarstwa, rzeźbiarstwa, muzyki organowej, kameralnej i góralskiej. Ma on także duże walory edukacyjne i historyczne. Zarejestrowaliśmy pięć odcinków w ramach „Pienińskiego sacrum”, na który dostaliśmy dofinansowanie z MKiDN z programu „Kultura w sieci”, w których wędrujemy szlakiem krościeńskich kościołów, poprzez Kopią Górkę, śladami Jana Pawła II, krościeńskich artystów mających swoje autorskie galerie w Krościenku nad Dunajcem, podążamy dalej szlakiem kapliczek malowniczo położonych na terenie Krościenka i Pienińskiego Parku Narodowego, a kończymy na śladach krościeńskiego zdroju, prowadzącego nas do dwóch dzikich źródełek poprzez piękne aleje lipowe i starą zabudowę ulicy Zdrojowej w Krościenku nad Dunajcem. Do tego dołączamy oczywiście muzykę klasyczną - organową i z towarzyszeniem organów. Są utwory nagrane z udziałem takich instrumentów, jak skrzypce, wiolonczela, instrumenty perkusyjne i grają dla nas także Górale.

            Powstają także nagrania płytowe. Niedawno słuchałam ciekawej, niekonwencjonalnej płyty „Sacrum po góralsku”, wydanej nakładem Wydawnictwa Ars Sonora.
            - Zamarzyło mi się w pewnym momencie włączenie do programów festiwalowych kultury ludowej – tej rodzimej, góralskiej, najbardziej autentycznej – i tak po tych dziesięciu latach trwania Letniego Festiwalu Pieniny-Kultura-Sacrum powstał projekt „Sacrum po góralsku”, do którego zaprosiliśmy znakomitego Jerzego Trelę jako narratora i świetnego interpretatora „Filozofii po góralsku” ks. Prof. Józefa Tischnera. Na bazie tego projektu nagraliśmy właśnie płytę. Została ona wydana dzięki dotacji Małopolskiego Urzędu Marszałkowskiego i Marszałka Województwa Małopolskiego Witolda Kozłowskiego oraz Gminy Krościenko nad Dunajcem na czele z jej wójtem, Janem Dydą.

            Rozmawiamy w Rzeszowie, bo aktualnie rejestrowane są nagrania w ramach Podkarpackiego Festiwalu Organowego.
            - Podkarpacki Festiwal Organowy w tym roku został również włączony do sieci. Pierwotnie było zaplanowanych 13 koncertów na Podkarpaciu. Nasze wnioski, które składaliśmy w wielu konkursach mecenatowych, zostały wysoko ocenione, ale w momencie, kiedy nie ogłoszono ostatecznych wyników ze względu na pandemię, została nam tylko dotacja Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego w programie „Muzyka”, którą pozwolono nam przekształcić na program w sieci.
            Musieliśmy „okroić” Festiwal o połowę wykonawców. Zrezygnowaliśmy z wykonawców zagranicznych, którzy i tak nie mogli do nas przyjechać, środki te przekształciliśmy i zainwestowaliśmy w profesjonalne studio, które realizuje nasze zamysły muzyczne i wizualne.
            W stolicy Podkarpacia zostały zarejestrowane programy w trzech kościołach: katedrze, św. Krzyża oraz w Rzeszowie-Zalesiu. Będziemy także w Jarosławskim Opactwie, bazylice Jezuitów w Starej Wsi oraz w zabytkowym kościółku w Lutczy. Zabrzmi muzyka organowa najwyższej próby twórczej w wykonaniu wirtuozów tego instrumentu: Jakuba Garbacza, Sławomira Kamińskiego, Waldemara Krawca, Łukasza Matei, Patryka Podwojskiego oraz Marka Stefańskiego. Premiera pierwszego odcinka zaplanowana jest w niedzielę 23 sierpnia o 19.00, o czym jeszcze będziemy informować.

            Nagrania będą wyemitowane, ale także pozostaną.
            - Zostaną jako materiał promocyjny Fundacji i jako wydawnictwo, bo moim zamysłem w kolejnym etapie działalności jest stworzenie albumu DVD.
W każdym miejscu, w którym realizujemy materiał, nagrywamy nie tylko muzykę, ale również słowo – krótka historia miejsca, krótka część o architekturze i sztuce.

            Macie także dużo innych planów.
            - Owszem, bo w międzyczasie ukazała się płyta „Sancta Maria Mater Dei” zarejestrowana w Leżajsku, a nasza Fundacja została partnerem tego wydawnictwa. Na płycie są zamieszczone utwory organowe w wykonaniu Marka Stefańskiego, który także towarzyszy czterem znakomitym śpiewakom stanu duchownego, tworzącym zespół Servi Domini Cantores.

            Prowadzenie Fundacji wymaga dużo pracy i umiejętności związanych z organizacją różnych projektów, ale chyba daje satysfakcję z udanych przedsięwzięć.
            - Ta satysfakcja jest na samym końcu, ale daje „napęd” do działania. Nie jesteśmy branżą rozrywkową, na którą jest większe zapotrzebowanie. Jednak przekonałam się, że jesteśmy tylko pozornie marginalną „branżą”. Jeżeli są efekty i nasze propozycje gromadzą liczną publiczność, jeżeli sale i wnętrza świątyń są wypełnione, to satysfakcja jest ogromna.
            Teraz odbiorcy uczestniczą troszeczkę inaczej w naszych działaniach, bo poprzez sieć, a sieć daje możliwości nie tylko regionalne – daje możliwości światowe. Słowo mówione jest w naszych filmach tłumaczone na język angielski.
             Pierwszy program z Krościenka pojawi się na stronie internetowe Fundacji Promocji Kultury i Sztuki ARS PRO ARTE, a także na kanale YouTube już w najbliższą sobotę i później co tydzień w soboty o 19.00 będą prezentowane kolejne odcinki, natomiast emisja realizowanych teraz w Rzeszowie i na Podkarpaciu programów rozpocznie się 23 sierpnia (niedziela) również o 19.00.

             Miejmy nadzieję, że w przyszłym roku będziemy się spotykać podczas koncertów na żywo.
             - Spotkamy się nawet raz w tym roku. 16 sierpnia zapraszamy do Katedry Rzeszowskiej na koncert „Sacrum po góralsku”, z udziałem wybitnego aktora Jerzego Treli, organisty Marka Stefańskiego i Kapeli Góralskiej Jaśka Kubika z Krościenka nad Dunajcem.

Z panią Agnieszką Radwan-Stefańską - Prezesem Fundacji Promocji Kultury i Sztuki ARS PRO ARTE, organistką i animatorką kultury rozmawiała Zofia Stopińska 21 lipca 2020 roku w Rzeszowie.

 

 

Łańcut - najpiękniejsze, najbardziej sprzyjające dla muzyków miejsce na świecie

              Zaplanowane od 12 lipca do 7 sierpnia 46. Międzynarodowe Kursy Muzyczne im. Zenona Brzewskiego w Łańcucie, odbywają się w czasie szczególnym i są jednymi z niewielu kursów, podczas których uczestnik może spotkać się z mistrzem. O przygotowaniach i realizacji tej sławnej nie tylko w Polsce „Letniej Akademii Muzycznej” rozmawiam z prof. Krystyną Makowską- Ławrynowicz, dyrektorem artystycznym i naukowym Kursów
              - Jak już pani powiedziała, nasze Kursy odbywają się po raz 46-ty i dzielnie przetrwały wszystkie kataklizmy. Stworzył je profesor Zenon Brzewski w ciężkich czasach komunistycznych, odbywały się w czasie stanu wojennego, przeżyliśmy nawet okres kartek na mięso, masło i inne produkty.
Tym razem mamy czas pandemii i kilka miesięcy temu stanęliśmy przed dylematem, co zrobić z naszymi Kursami.
              Przedstawiliśmy Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego projekt, w jakim kształcie chcemy realizować tegoroczne Kursy w tak trudnym okresie. Ministerstwo uznało ten pełen różnych obostrzeń projekt, w którym między innymi zrezygnowaliśmy w tym roku z prowadzenia orkiestry, zajęć z kształcenia słuchu, kursu metodycznego dla nauczycieli oraz ograniczyliśmy działalność zespołów kameralnych – może to być jedynie duo, trio oraz kwartet. Zgodnie z projektem zajęcia odbywają się w dużych salach, gdzie mogą być zachowane wszelkie restrykcje Sanepidu, a jednocześnie umożliwiają uczestnikom pracę zespołową, która ich bardzo rozwija, cieszy, a także jest ważnym elementem edukacyjnym.

              Tegoroczne Kursy różnią się znacznie od poprzednich edycji.
              - Oczywiście, że są inne. Są trochę mniej liczne i smutniejsze, bo nie mamy ani profesorów, ani uczestników z zagranicy, ale marzymy i wierzymy, że w przyszłym roku będzie inaczej.

              Udało się zaprosić do Łańcuta elitę polskiej wiolinistyki.
              - Tak, wszyscy najwięksi polscy mistrzowie zaakceptowali warunki, które im przedstawiliśmy i wszyscy zgodzili się prowadzić zajęcia w przyłbicach lub maseczkach.
Wymienię tylko, że w I turnusie gościmy m.in. tak znakomitych wirtuozów, jak: Agata Szymczewska, Izabela Ceglińska, Roman Lasocki czy Tomasz Strahl, a w gronie wykładowców w II turnusie znajdą się takie sławy, jak: Konstanty Andrzej Kulka, Janusz Wawrowski, Michał Grabarczyk, Piotr Reichert i Stanisław Firlej.
Dbamy, aby uczestnicy przychodzili na zajęcia w maseczkach, przestrzegamy wietrzenia i dezynfekowania sal po każdych zajęciach.
              Zarówno ja, jak i zajmująca się od lat sprawami koordynacyjnymi Kursów pani Maria Stępińska, odbierałyśmy przez kilka tygodni codziennie mnóstwo telefonów od uczestników z pytaniami, czy będą mogli bezpośrednio pracować z profesorami, bo jeśli zajęcia będą się odbywać online, to oni nie przyjadą do Łańcuta.

              Niektórzy uczestnicy oraz nauczyciele bardzo żałują, że w sali może być tylko profesor i uczeń, który ma zajęcia, bo wiele się można nauczyć obserwując pracę mistrza z uczniem.
              - Niestety, zalecenia Sanepidu nie pozwalają nam na to, żeby w sali oprócz profesora i ucznia mogli znajdować się jeszcze obserwatorzy.
Większość zajęć odbywa się w znajdującym się na terenie parku budynku Państwowej Szkoły Muzycznej I stopnia. Większość sal lekcyjnych jest usytuowanych na parterze. Dzięki temu rodzice lub inni uczestnicy naszych Kursów, stojąc na zewnątrz, mogą obserwować przebieg lekcji.

              Zawsze podczas trwania kursów, w sali balowej Muzeum-Zamku odbywały się codziennie koncerty w wykonaniu znakomitych wykładowców i wybranych uczestników. Były to wspaniałe wydarzenia, które gromadziły nie tylko uczestników Kursu oraz rodziców i opiekunów, ale także przychodzili na nie mieszkańcy Łańcuta, okolicznych miejscowości oraz turyści. W tym roku wieczorem drzwi zamkowe są zamknięte.
              - W tym roku, z różnych względów, zmieniliśmy datę rozpoczęcia Kursów, ponieważ później rozpoczęły się wszelkiego rodzaju egzaminy: matury, egzaminy końcowe w szkołach i wstępne na uczelnie. Wszystko odbywało się w czerwcu oraz na początku lipca i dlatego my także przesunęliśmy rozpoczęcie Kursów z 1 na 12 lipca. To ułatwiło przyjazd do Łańcuta wielu profesorom, a także młodzieży.
              Mieliśmy nadzieję, że przed rozpoczęciem Kursów złagodzone zostaną restrykcje związane z pandemią i będziemy mogli korzystać z sali balowej. Wielokrotnie rozmawiałam na ten temat z panem Witem Karolem Wojtowiczem, dyrektorem Muzeum-Zamku w Łańcucie.
Według zaleceń, w sali podczas koncertu może usiąść tylko 35 osób, na estradzie mogą występować dwie osoby i dyrektor obiecał nam, że może jedynie „przymknąć oko” na dodatkową osobę na estradzie, która przewraca kartki.
              Ponieważ nasze koncerty mają przede wszystkim zadanie edukacyjne dla młodzieży, a w I turnusie mamy 134. uczestników z całej Polski, i nie możemy wybierać, czy losować, kogo wpuścimy na koncert.
              Skorzystaliśmy z pomocy Miejskiego Domu Kultury w Łańcucie. Pan dyrektor Andrzej Piechowski umożliwił nam wstęp do Sali widowiskowej, w której według obowiązujących przepisów na widowni może znajdować się 166 słuchaczy.
Dyrektor Zamku pomógł nam także, wypożyczając specjalne banery z wnętrzami sali balowej, które zostały zamontowane w odpowiedni sposób na scenie i mamy namiastkę sali balowej łańcuckiego Zamku.
Dzięki temu poprawiła się znacznie akustyka wielofunkcyjnej sali Miejskiego Domu Kultury.

              Podczas I turnusu udało się Wam zorganizować w tej Sali 7 koncertów.
              - Wszystkie koncerty w wykonaniu mistrzów, które odbyły się w I turnusie, były znakomite, a wystąpili: altowiolistka Ewa Guzowska oraz gitarzysta Tomasz Kandulski, później mieliśmy trzy recitale skrzypcowe - Izabela Ceglińska wystąpiła z synem Krzysztofem Ceglińskim, który jest świetnym pianistą, Magdalenie Szczepanowskiej towarzyszył pianista Grzegorz Skrobiński, a podczas recitalu Pawła Radzińskiego przy fortepianie zasiadł pianista Piotr Kopczyński. 20 lipca odbył się koncert wiolonczelisty Tomasza Strahla z towarzyszeniem pianistki Agaty Lichoś.
              Świetne były także programy tych koncertów, pojawiły się w nich utwory Ludwiga van Beethovena, bo przecież w tym roku mija 250. rocznica urodzin tego wielkiego kompozytora.
Tradycyjnie już na zakończenie I turnusu odbyły się także dwa wielkie koncerty w wykonaniu uczestników – 23 lipca wystąpili wybrani przez profesorów soliści reprezentujący wszystkie klasy. A 24 lipca odbył się koncert zespołów kameralnych.
              W Auli im. Zenona Brzewskiego w Szkole Muzycznej organizowane są także koncerty klasowe. W tym wypadku grono słuchaczy jest bardzo ograniczone, ale dla występujących uczestników są one bardzo ważne, bo przecież przez kilka miesięcy nie mieli możliwości publicznego występu.

              Rozmawiamy w pomieszczeniach recepcji hotelu „Łańcut”, gdzie mieszkają pedagodzy.
              - Większość pedagogów tu mieszka, ale część woli mieszkać w użyczanych przez mieszkańców Łańcuta kwaterach, gdzie są także bardzo dobre warunki i wszyscy są bardzo zadowoleni. Dzięki uprzejmości Dyrektora Muzeum-Zamku możemy także korzystać z pokoi, które znajdują się na terenie zamkowej Powozowni. Tam także jest wygodnie, piękna zieleń otacza to miejsce, a ponadto wieczorem panuje tam cisza, co pozwala dobrze wypocząć po pracy.
Mamy także do dyspozycji hotel „Sezam”, a ponadto w pobliżu Szkoły Muzycznej znajduje się Bursa Szkolna, gdzie mieszka w I turnusie ponad 70 osób.

              Podobnie jak w latach ubiegłych zarówno pedagodzy, jak i uczestnicy podkreślają, że zarówno atmosfera tych kursów oraz otoczenie, w którym się odbywają, są wspaniałe.
              - Ja także wielokrotnie słyszałam , że jest to najpiękniejsze, najbardziej sprzyjające dla muzyków miejsce na świecie. Szkoła Muzyczna znajduje się na terenie rozległego parku w pobliżu cudownego Zamku, w którym nie możemy w tym roku występować, ale mogliśmy go zwiedzić i podziwiać przepiękne wnętrza.
Wspólnie z panem Krzysztofem Szczepaniakiem, przewodniczącym Komitetu Organizacyjnego Kursów, cieszymy się, że I turnus 46. Międzynarodowych Kursów Muzycznych im. Zenona Brzewskiego w Łańcucie był bardzo udany, wszyscy cieszyli się dobrym zdrowiem i mamy nadzieję, że równie szczęśliwi będziemy po zakończeniu II turnusu.

Z prof. dr hab. Krystyną Makowską-Ławrynowicz, dyrektorem artystycznym i naukowym Miedzynarodowych Kursów Muzycznych im. Zenona Brzewskiego w Łańcucie oraz znakomita pianistka rozmawiała Zofia Stopińska w lipcu 2020 roku w Łańcucie.

 

 

 

Chcę stale poznawać nowy repertuar i grać dla ludzi, którzy tak samo jak ja kochają muzykę

            Zapraszam Państwa na spotkanie z Małgorzatą Sylwią Kruczek, młodą utalentowaną pianistką, urodzoną w Rzeszowie, która niedawno z wyróżnieniem ukończyła studia licencjackie w Akademii Muzycznej w Krakowie w klasie prof. dr hab. Andrzeja Pikula.
            - Dokładnie 29 czerwca 2020 roku grałam egzamin licencjacki. W programie znalazły się 24 Preludia op. 28 Fryderyka Chopina oraz Sonata fortepianowa nr 1 Carla Vine’a.
Bardzo się cieszę, że mój recital spotkał się z dużą aprobatą jury, aczkolwiek dla mnie taki egzamin nie jest końcem pracy nad danym repertuarem, a jedynie punktem wyjścia do dalszego rozwoju.
            Program nie był przypadkowym wyborem. 24 Preludia op. 28 F. Chopina to niesamowity cykl, w którym każda, można by pozornie powiedzieć, miniatura, jest skończonym, zamkniętym arcydziełem, zawierającym takie bogactwo przekazu i środków oddziaływania na odbiorcę i samego artystę, że odkrycie tego wszystkiego zajmuje pianiście całe lata poszukiwań. „Preludia”, pomimo iż posiadają bardzo zmienny charakter, od melancholii przez wysublimowaną lirykę, aż do burzliwego appassionato, zamykają się jednak w pewnych ramach wyrazowych. Na przykład nigdy nie użyłabym przymiotnika „dziki” w odniesieniu do tego dzieła. Dlatego właśnie drugi utwór, który wybrałam na recital dyplomowy, w pełni temu określeniu odpowiada.
             Sonata fortepianowa no. 1 Carla Vine'a jest utworem fenomenalnym. Poznałam go dzięki mojemu profesorowi, Andrzejowi Pikulowi. Okazało się, że jest to utwór jak najbardziej dla mnie. Doskonale odpowiada mojej osobowości, czuję się w nim wolna i stale na nowo kreuję rzeczywistość przedstawioną, a nie tylko odtwarzam jedną interpretację. Choć i w nim nie brak lirycznych fragmentów i jakiejś nostalgii, to poprzez stałe kontrasty czy fragmenty zupełnie atonalne, utwór potrafi trzymać w napięciu cały czas.

             Te utwory będziesz z pewnością zamieszczała w programie swoich koncertów i będą dojrzewać wraz z Twoim rozwojem.
             - Tak, myślę, że tak będzie. I to jest w pracy artysty najpiękniejsze. Utwory wzrastają razem z nami, czasem nawet przez całe życie. Często nasze własne interpretacje potrafią nas samych zaskoczyć, na przykład te sprzed paru lat.

             Egzaminy końcowe w akademiach muzycznych zawsze miały charakter otwartych koncertów i mógł na nie przyjść każdy, kto chciał. W tym roku było inaczej.
             - Z przyczyn panującej pandemii wszystkie egzaminy dyplomowe były zamknięte. Graliśmy je w pięknej auli „Florianka” Akademii Muzycznej w Krakowie. Niestety, „Florianka” była pusta w tym roku, bo oprócz jurorów i wykonawcy mógł być obecny jedynie kamerzysta.
             Dążę do tego, aby nie myśleć, ile osób aktualnie jest na widowni, czy są to Profesorowie, którzy oceniają moje wykonanie egzaminacyjne, czy po prostu miłośnicy muzyki. Zawsze staram się dawać z siebie 100 procent i traktować każdy koncert jako ten najważniejszy. Choć myślę, że może trochę podświadomie, granie tylko przed członkami Jury jest jednak trudniejsze.

              Zanim włączyłam mikrofon, zastanawiałyśmy się, kiedy ostatnio rozmawiałyśmy i pomimo, że dokładnie nie ustaliłyśmy, wiadomo, że było to chyba dziesięć lat temu przy okazji jednego z wielu konkursów muzycznych, które wygrałaś. Dziesięć lat w rozwoju młodego muzyka to bardzo dużo i w tym czasie bardzo dużo się wydarzyło.
              - Faktycznie, bardzo dużo się zmieniło, bo widziałyśmy się chyba, gdy byłam uczennicą trzeciej klasy szkoły podstawowej i mogę teraz powiedzieć, że wtedy stawiałam dopiero pierwsze kroczki w nauce gry na fortepianie. Sprawiało mi to wielką przyjemność, traktowałam to jako zabawę. Miałam bardzo dużo pomysłów na siebie, na to, czym będę się zajmować, gdy dorosnę, zwłaszcza, że bardzo pasjonują mnie również inne dziedziny niekoniecznie muzyczne, jak np. szeroko pojęta literatura i historia. Dopiero w gimnazjum, a może nawet rozpoczynając naukę w liceum zrozumiałam, że gra na fortepianie jest moją największą pasją, której chcę się poświęcić.
              Bardzo się także cieszę, że od najmłodszych lat uczestniczyłam w konkursach muzycznych. Stale mnie to rozwijało i nadal zresztą rozwija, bo wciąż z powodzeniem biorę udział w wielu tego typu przedsięwzięciach - sukcesy i wygrane uskrzydlają i niesamowicie motywują do dalszej pracy. Czasem zdarzało się wrócić do domu „z niczym” - to również dawało mi wiele do myślenia i analizowania, co mogłam zrobić lepiej, nad jakim aspektem mojego wykonawstwa muzyki muszę jeszcze popracować.

              To może wymień te najważniejsze dla Ciebie konkursy.
              - Nie chciałabym Pani zanudzać, więc może wymienię kilka ostatnich: XIV Adilia Alieva International Piano Competition w Annamesse-Geneve (II nagroda) w roku 2019, X Concorso Internazionaledi Esecusuine Musicale „Giovani Musicisti” – Citta di Treviso (I nagroda) w roku 2018, I Przegląd Pianistyczny 'Józef Hofmann in Memoriam' (II nagroda) w roku 2018, I Ogólnopolski Konkurs Młodych Pianistów „Chopin pod Wawelem” (II nagroda) w roku 2015, I Ogólnopolski Konkurs Pianistyczny im. Fryderyka Chopina - Turzno (I nagroda) w roku 2015, Ogólnopolski Konkurs Pianistyczny im. A. Wesołowskiej i H. Wesołowskiej-Madetko – Katowice (II nagroda) w roku 2015.
              Ponieważ ostatnimi czasy, przez sytuację pandemiczną, prawie wszystkie konkursy „na żywo” zostały odwołane, postanowiłam po raz pierwszy w życiu wziąć udział w Konkursach Online. Niesamowicie się cieszę, że moje interpretacje zostały tak wysoko ocenione przez jury. Zdobyłam II nagrodę na Międzynarodowym Konkursie Muzycznym OPUS 2020, IV nagrodę na 5th Paderewski International Piano Competition (Special Online Edition) w kategorii bez limitu wieku, a dosłownie parę dni temu dowiedziałam się również o laurach na MusicAlive 1st International Piano Competition Online 2020, gdzie otrzymałam Silver Award.
              Chciałabym jednak podkreślić, że choć konkursy rzeczywiście są niesamowicie ważne w rozwoju każdego muzyka, to jednak nigdy nie mogą przesłonić prawdziwego celu muzycznej ścieżki. Dla mnie jest to ciągłe obcowanie z publicznością na scenie i granie koncertów. To też sprawia mi największą radość – kreowanie mojego spojrzenia na dane dzieło i współkreowanie przez odbiorców poprzez ich aktywne słuchanie i miłość do muzyki. Ten duet: artysta – publiczność sprawia, że razem tworzymy wyjątkową przestrzeń i po prostu świetnie się bawimy. Granie publiczne sprawia mi niewymowną przyjemność, choć do takiej postawy też musiałam dojrzeć: by przez stres (ten dobry, mobilizujący rodzaj), który jest i zawsze będzie obecny przy każdym artyście, dojrzeć prawdziwe piękno z koncertowania.
              Wśród wielu miejsc w Polsce i zagranicą, w których występowałam, a które wspominam najmilej, są m.in. takie ośrodki, jak Pałac Narodów w Genewie, Zamek Królewski w Warszawie, Zamek Królewski na Wawelu, Muzeum Fryderyka Chopina w Warszawie, Mazowieckie Centrum Kultury i Sztuki w Warszawie, Filharmonia Podkarpacka w Rzeszowie, Europejskie Centrum Muzyki Krzysztofa Pendereckiego w Lusławicach, UMFC w Warszawie, Akademia Muzyczna w Łodzi. W 2014 roku wystąpiłam również podczas Dni Kultury i Biznesu w Gainesville w USA na Florydzie.

               Myślę, że wielką rolę w Twoim rozwoju, a także w sukcesach konkursowych i koncertowych odegrali Twoi mistrzowie. Jak się poznałyśmy, byłaś uczennicą Zespołu Szkół Muzycznych nr 1 w Rzeszowie w klasie fortepianu mgr Urszuli Budy.
               - Tak, u mgr Urszuli Budy uczyłam się od początku aż do ukończenia szkoły muzycznej II stopnia. Było to w sumie 12 bardzo dobrych i pracowitych lat.

               Pani Urszula Buda jest świetną nauczycielką fortepianu, ale podobno jest bardzo wymagająca.
               - Tak, uważam, że jest świetnym pedagogiem. Przede wszystkim od razu zauroczyła mnie swoim podejściem do gry i osobowością. Lekcje z nią sprawiały mi wielką przyjemność. Pani Urszula Buda widziała we mnie potencjał, z powodzeniem też przygotowywała do udziału w ogólnopolskich i międzynarodowych konkursach. Gdy rozpoczęłam naukę w II stopniu Szkoły Muzycznej nasza praca zintensyfikowała się, zaczęłam też pracować nad trudniejszym programem. Pani Profesor była wymagająca, ale też bardzo wyrozumiała – gdy w 2 klasie gimnazjum zdecydowałam się zrezygnować z Ogólnokształcącej Szkoły Muzycznej II stopnia na rzecz Państwowej Szkoły Muzycznej II stopnia i Gimnazjum (a później również Liceum) Sióstr Prezentek w Rzeszowie, bardzo wspierała mnie w tej decyzji, tak jak i ja uważając, że człowiek nie może rozwijać się tylko w jednej dziedzinie (w tym wypadku: muzyce). Od tej chwili nastało bardzo trudne 5 lat godzenia dwóch Szkół jednocześnie – ale ja to wprost kochałam, bo po prostu lubię od siebie dużo wymagać i stawiać sobie wciąż nowe cele. Zresztą uważam, że dzięki rozwojowi moich dwóch największych pasji równolegle z fortepianem, czyli literatury i historii, dużo lepiej rozumiem muzykę czy w ogóle sztukę.

               Po ukończeniu nauki w Rzeszowie byłaś już zdecydowana na studia pianistyczne i trzeba było dokonać wyboru uczelni i kolejnego mistrza.
               - W Polsce mamy wiele świetnych ośrodków pianistycznych i uczelni. Przyjeżdżają do nich uczyć się studenci z różnych stron świata. Bardzo chciałam podjąć studia w Krakowie u prof. dr hab. Andrzeja Pikula. W czasie tych ostatnich trzech lat dużo się nauczyłam. Profesor jest bardzo doświadczonym pedagogiem. Doskonale wiedział, jaki repertuar potrzebny był mi w danym okresie studiów, tak, abym stale się rozwijała, ale nigdy mi go nie narzucił, jedynie sugerował. Nie wszystkie proponowane dzieła od początku mi odpowiadały, lecz postanowiłam zaufać Profesorowi i spróbować czegoś nowego – tak było na przykład z muzyką hiszpańską, szczególnie z twórczością Enrique Granadosa. Nigdy bym nie pomyślała, że tak bardzo ją pokocham i tak świetnie odnajdę w niej siebie i właściwe dla mnie środki przekazu. W „Goyescasie” Granadosa, z którego to cyklu grałam „Los Requiebros” („Zaloty”) i „Coloquio en la Reja („Rozmowa przy kracie”), zachwyciło mnie przede wszystkim bogactwo harmonii i jej nietuzinkowość. Najczęściej jednak propozycje repertuarowe Profesora od razu przypadały mi do gustu. Bardzo się cieszę, że polecił mi na przykład IV Koncert fortepianowy G-dur Ludwiga van Beethovena. Z Koncertem pokochaliśmy się od razu i natychmiast znaleźliśmy wspólny język. :)

               Profesor Andrzej Pikul opiekuje się także swoimi studentami i bardzo dba o ich wszechstronny rozwój – między innymi stara się, aby studenci koncertowali, uczestniczyli w konkursach, a także wysyła ich na różne warsztaty do innych znakomitych pianistów – pedagogów.
               - To prawda. Na Uczelni stwarzane są warunki, abyśmy spotykali się z Mistrzami z całego świata. Dzięki temu miałam okazję pracować z takimi profesorami, jak m.in.: Tatiana Zelikman, Ewa Osińska czy Achilles Delle Vigne. Uczestniczę też w Warsztatach Mistrzowskich organizowanych poza Uczelnią z równie wspaniałymi pedagogami, m.in.: prof. A. Jasińskim, prof. J. Stomplem, prof. E. Wolaninem, prof. M. Drzewickim, prof. W. Świtałą, prof. A. Paletą-Bugaj. Wszystkie te spotkania są dla mnie bardzo ważne i mam wrażenie, że stale owocują.
               W ramach działań Katedry Fortepianu organizowanych jest także wiele koncertów. Niesamowitą przyjemnością było dla mnie wystąpienie podczas Festiwalu Muzyki Hiszpańskiej, kiedy gorące utwory przeze mnie wykonywane wspaniale kontrastowały z mroźnym miesiącem lutym. Świetna inicjatywa to również Festiwal Muzyki Azji i Antypodów, podczas którego miałam przyjemność dzielić scenę z niesamowitym pianistą Jian Liu z Nowej Zelandii i wykonać wcześniej wspomniane dzieło Vine'a, który jest przecież kompozytorem australijskim. Bardzo się również cieszę, że w naszej Uczelni tak prężnie działa Naukowe Koło Pianistów, którego jestem Przewodniczącą. Razem z kolegami i koleżankami podejmujemy wiele inicjatyw mających na celu integrację środowisk pianistów z całej Polski, organizujemy warsztaty pianistyczne, spotkania, koncerty. Napisałam na ten temat parę artykułów w akademickiej gazetce „Musiqs”.

               Studiujący pianiści mają obowiązkowo kontakt z muzyką kameralną. Często zespoły, które powstają na uczelni, działają przez długie lata. Z przyjemnością grasz muzykę kameralną?
               - Moja przygoda z kameralistyką rozpoczęła się dzięki wyjazdom na Warsztaty z Krajowego Funduszu na rzecz Dzieci, którego byłam stypendystką przez 6 lat.
Te 2-tygodniowe zjazdy były zawsze wyczekiwanym punktem w moim życiu muzycznym i to w zasadzie dzięki nim prawdziwie pokochałam kameralistykę. Uwielbiam tę przestrzeń nie do uchwycenia, która tworzy się między muzykami, kiedy razem, na jednej scenie, współkreują dzieło muzyczne. Tak jak już wspomniałam, jestem zwolenniczką wszechstronnego rozwoju człowieka i jego osobowości. Wobec tego również i w tym aspekcie uważam, że każdy muzyk i solista powinien obowiązkowo zakosztować dobra, jakie płynie z grania muzyki kameralnej. Nie mam na razie swojej ulubionej formacji, grałam w duetach, trio, kwartetach, kwintetach... Każdy zespół wniósł bardzo dużo do mojego rozwoju i pojmowania muzyki. Z niecierpliwością oczekuję na więcej, zwłaszcza, że w naszej Akademii Profesorowie Katedry Kameralistyki wymagają od nas wykonań na najwyższym poziomie.

               Masz szczęście studiować w mieście, które niesamowicie inspiruje świat sztuki – w tym muzyków.
               - Kraków to piękne, historyczne miasto. Aura tego miejsca działa na mnie w sposób niezmienny i pomaga zarówno w muzycznym jak i humanistycznym rozwoju, o który cały czas zabiegam. :)
Ważne jest także to, że atmosfera panująca zarówno w Akademii Muzycznej, jak i w klasie prof. A Pikula jest bardzo dobra.

               Podobno po wakacjach wyjeżdżasz jednak do Wiednia.
               - Przez najbliższe miesiące będę się kształciła w Musik und Kunst Privatuniversität der Stadt Wien, przy jednoczesnym studiowaniu w Krakowie. Nie mogę się doczekać tego wyjazdu. Jest to dość duża zmiana, ale bardzo jestem ciekawa tego ośrodka pianistycznego, jego podejścia do gry i sztuki. Zresztą Wiedeń jest miastem wprost cudnym, z niesamowitą aurą historyczną, także mam nadzieję, że pobyt i moje kształcenie będzie bardzo owocne.

               Wiadomo już, że będziesz pianistką.
               - Chcę stale się kształcić, poznawać nowy repertuar i po prostu grać dla ludzi, którzy tak samo jak ja kochają muzykę. Ta żywa radość publiczności, jej reakcja na moje interpretacje utworów są dla mnie jak tlen. A im więcej występuję, tym bardziej czuję się szczęśliwa i pewna, że wybór mojej drogi życiowej był słuszny. Przez ostatni rok dawałam regularne recitale chopinowskie w Domu Polonii w Krakowie. Reakcja entuzjastów muzyki Fryderyka Chopina bywała niesamowita. Świadomość, że do Krakowa zjeżdżają miłośnicy tego romantyka z całego świata, aby posłuchać jego dzieł, jest uskrzydlająca i motywuje do dalszej pracy. Czuję, że grając i przedstawiając moje spojrzenie na utwory, daję im małą cząstkę siebie i ta cząstka potem wędruje po całym świecie, wraz z nimi. I to jest absolutnie cudowne.

               Gratuluję serdecznie dotychczasowych osiągnięć, a przede wszystkim wspaniałej oceny recitalu licencjackiego. Życzę wielu sukcesów i mam nadzieję na kolejne spotkanie.
               - Dziękuję bardzo i mam nadzieję, że spotkamy się wkrótce w równie miłych okolicznościach.

 Z Małgorzatą Sylwią Kruczek, utalentowaną młodą pianistką, Rzeszowianką z urodzenia rozmawiała Zofia Stopińska w lipcu 2020 roku.

Adam Balas: "Nazwaliśmy Lusławice symboliczną 9. Symfonią Profesora Krzysztofa Pendereckiego"

            Po dłuższej przerwie spowodowanej szerzącą się pandemią, powoli powracają koncerty z udziałem publiczności. Bogatą ofertę w lipcu i sierpniu proponuje nie tylko melomanom Europejskie Centrum Muzyki Krzysztofa Pendereckiego w Lusławicach. Misją tego miejsca jest upowszechnianie sztuki, a w lipcu i sierpniu będziemy mogli obcować w Lusławicach ze sztuką na różne sposoby dzięki 8. Festiwalowi Muzyki Emanacje.

           Dopiero po przyjeździe do Lusławic uświadomiłam sobie, jak wspaniałe dzieła pozostawił po sobie zmarły w marcu tego roku Maestro Krzysztof Penderecki, jak wielowymiarowe i perspektywiczne były plany Jego działania.
Rozmawiałam na ten temat z panem Adamem Balasem – Dyrektorem Europejskiego Centrum Muzyki Krzysztofa Pendereckiego, po zwiedzeniu Centrum i zespołu parkowo-dworskiego.
            - Faktycznie trzeba być w Lusławicach w Europejskim Centrum Muzyki, a od tego roku mamy także możliwość udostępniania również Arboretum Krzysztofa Pendereckiego i dopiero po zwiedzeniu całego kompleksu widzi się kompletne dzieło Profesora.
Oczywiście, największą sławę zdobył dzięki swojej muzyce. Widziała pani w części galeryjnej pełną listę dzieł Krzysztofa Pendereckiego i robi ona ogromne wrażenie, nawet na osobach, które znają twórczość Krzysztofa Pendereckiego.

            To prawda, że dopiero jak zobaczyłam tę bardzo długą listę różnorodnych utworów, uświadomiłam sobie jak dużo wspaniałych dzieł nam pozostawił. Niektóre komponował przez wiele lat, a najlepszym przykładem jest Polskie Requiem. Jednak Lusławice są chyba największym dziełem Maestro Krzysztofa Pendereckiego.
            - Po śmierci Profesora, w jednym z naszych artykułów na stronie internetowej wspominających Profesora i ważne daty z życia Profesora, nazwaliśmy Lusławice symboliczną 9. Symfonią Profesora, bo tu zmaterializowało się sporo Jego marzeń pozamuzycznych. Przede wszystkim to marzenie związane z architekturą parkową, z dendrologią. Arboretum oglądane w pięknych, korzystnych warunkach popołudniowego letniego słońca, robi nieprawdopodobne wrażenie, bo to przecież 15 hektarów parku, 1800 gatunków drzew, wspaniałe aleje, wspaniałe założenia architektoniczne w tym parku: ogrody włoskie, aleje tulipanowców, aleja czerwonych dębów, dwa labirynty – jeden mniejszy, drugi potężny (kwadrat o bokach 60-metrowych), który był „oczkiem w głowie” Profesora.
            Zmaterializowało się też to do czego Profesor dążył przez lata – Europejskie Centrum Muzyki Jego imienia, to była najnowsza i największa radość Profesora, a miałem okazję się o tym przekonać, będąc bardzo blisko z Profesorem przez nie tylko ostatnich osiem lat od momentu wybudowania Centrum ( Profesor powierzył mi rolę wybudowania Centrum), ale też wiele lat wcześniej. Jak byłem jeszcze byłem menedżerem Orkiestry Sinfonietta Cracovia to podróżowaliśmy wspólnie po świecie i wiele koncertów realizowaliśmy.
            Widziałem Jego radość za każdym razem, jak przyjeżdżał do Lusławic. Jak widział jak to Centrum powstaje, a później jak żyje, jak odbywają się tutaj koncerty, jak przychodzi na nie tłumnie publiczność. Zwłaszcza w pierwszych latach przejeżdżały na koncerty w Lusławicach tłumy, zwłaszcza kiedy występowały duże zespoły symfoniczne, czy wykonywane były wielkie dzieła wokalno-instrumentalne.

            Bardzo często przebywają tutaj młodzi ludzie.
            - Profesor najbardziej się cieszył, że to Centrum służy utalentowanej młodzieży z całej Polski , ale także ze świata. Radowało go, że przyjeżdżają do Lusławic znakomici pedagodzy, wybitni polscy artyści, ale również wspaniali artyści z zagranicy.
Cieszył się widząc to Centrum tętniące życiem i edukacją muzyczną, wspaniałą salą koncertową, która nam się bardzo udała. Chociaż jestem z tym miejscem związany, to muszę się pochwalić akustyką tej sali. Mówią o tym także wybitni specjaliści. Akustyka jest tutaj jedną z najlepszych biorąc pod uwagę nie tylko polskie sale koncertowe.
            Życie tego Centrum, młodzież, artyści, którzy tutaj występują, publiczność, park, dwór w Lusławicach, stanowią dopełnienie wielkiej twórczości Profesora, która była przez lata nagradzana.
            Profesor Krzysztof Penderecki był chyba najczęściej wyróżnianym Polakiem żyjącym w naszych czasach. Świadczy o tym chociażby 40 doktoratów honoris causa, dziesiątki wysokich odznaczeń państwowych polskich i zagranicznych, wyróżnień środowiska muzycznego, honorowych członkostw uczelni.

            Przed chwilą widziałam mnóstwo różnych nagród za kompozycje i nagrania. Kiedyś, w rozmowie Profesor powiedział mi szczerze, że nie potrafi mi powiedzieć ile nagród otrzymał, bo nie prowadzi statystyki.
            - Wśród tych wszystkich nagród, przy okazji tej wystawy prezentujemy również 5 statuetek Grammy, które są w zasadzie dodatkiem. U większości artystów jedna statuetka Grammy znajduje się na honorowym miejscu, natomiast tu statuetki Grammy są pewnym dodatkiem do potężnego zbioru innych nagród.

             Mowiliśmy o eksponowanych nagrodach, ale nie można pominąć dużej wystawy multimedialnej.
             - Tak, mamy wystawę multimedialną, która powstała dzięki środkom unijnym, otwarliśmy ją w ubiegłym roku z udziałem Profesora. To Profesor włączył tę wystawę podczas inauguracji, dokładnie w swoje 86 urodziny, 23 listopada 2019 roku. Przed urodzinowym wykonaniem Credo, otwarliśmy tę wystawę poświęconą Krzysztofowi Pendereckiemu, ale również poświęconą kompozytorom polskim XX i XXI wieku.

             Wiele czasu zajmowały Profesorowi podróże po całym świecie, ale w ostatnich latach często bywał także w Lusławicach i przychodził na odbywające się w Centrum koncerty. Wielu młodych artystów, którzy tutaj byli promowani, opowiadało mi z ogromną radością, że na ich koncercie w Lusławicach był Maestro Krzysztof Penderecki i mogli z nim porozmawiać po koncercie. Było to dla nich ogromne i bardzo ważne przeżycie.
             - Tak często było. Profesor jak tylko mógł przyjechać do Lusławic, uczestniczył w koncertach, uczestniczył w spotkaniach z młodzieżą, a dla młodych muzyków było to wielkie zdarzenie i przeżycie, które zapamiętają na całe swoje życie.
             Trzeba także podkreślić, że Profesor zawsze otwierał szeroko swój park dla dzieci i młodzieży. Mówił nam, abyśmy organizowali wyjścia do parku dla wszystkich, którzy mają na to ochotę, bo park jest po to, żeby go oglądać.

             Będziecie kontynuować dzieło Profesora Krzysztofa Pendereckiego. Jak wspomnieliśmy na wstępie trwa 8. Festiwal Muzyki Emanacje pamięci Krzysztofa Pendereckiego i jest również możliwość zwiedzania lusławickiego parku.
              - Będziemy się starali realizować wszystkie pomysły Profesora. Ta intensywna działalność odbywa się przez cały rok, duża ilość programów skierowanych do różnych grup wiekowych: do najmłodszych dzieci, także do tych nieco starszych i do studentów oraz do wspaniałych artystów, którzy zdobywają laury na różnych międzynarodowych konkursach, a także koncertują tu znakomici uznani w świecie muzyki artyści.
              Na początku nie było to takie oczywiste nawet dla samego Krzysztofa Pendereckiego. Mawiał wtedy często, że powstała sala koncertowa na ściernisku i uśmiechając się stawiał pytanie „Co z tego będzie?”
              Później powtarzał mi wielokrotnie, że nie spodziewał się, że to Centrum będzie żyło tak intensywnie, że będzie przyjeżdżało tu tak dużo gości. Ożywiliśmy to miejsce. Działalnością spowodowaliśmy, że to Centrum żyje, że jest zawsze dostępne, dla naszych gości, uczestników różnych warsztatów i publiczności. Przez pierwsze lata wstępy na koncerty były bezpłatne i publiczność przybywała do nas tłumnie. Udało nam się stworzyć sytuację mody chodzenia na koncerty.
Na recitale, koncerty kameralne nie zawsze przychodzi komplet publiczności i to jest prawidłowość spotykana nie tylko w Lusławicach, ale nawet w dużych ośrodkach miejskich. Duże koncerty muzyki symfonicznej, czy wokalno – instrumentalnej cieszą się ogromną popularnością wśród publiczności.
Ja i wszyscy moi pracownicy mamy wielką satysfakcję z naszej działalności. Wszyscy czujemy, że są tutaj dobre fluidy.

              Europejskie Centrum Muzyki Krzysztofa Pendereckiego organizowało również w czasie pandemii interaktywne zajęcia dla młodych muzyków, które prowadzone były przez wybitnych mistrzów i cieszyły się ogromnym powodzeniem.
              - Tak, muszę powiedzieć, że to przeszło nasze oczekiwania. Zorganizowaliśmy Wiosenną Akademię Muzyki, którą chyba będziemy już organizować każdego roku. Jeżeli jest dla nas jakiś plus pandemii, to fakt, że powstał projekt online i byliśmy mile zaskoczeni przede wszystkim frekwencją osób, które uczestniczyły w tym projekcie.
Odbyły się zajęcia ze wspaniałymi muzykami: Agatą Szymczewską, Marcinem Zdunikiem, Tomaszem Strahlem, Adamem Sztabą w których uczestniczyło ponad 500 osób, a w pozostałych brało udział od 300 do 400 osób.
              Zorganizowaliśmy 30 takich webinariów i uczestniczyło w nich ponad 8 tysięcy młodych ludzi, ale brali w nich udział także pedagodzy i osoby zainteresowane. Takiego wyniku nie osiągnęlibyśmy działając na żywo. Poprowadzenie działalności online było dla nas bardzo ciekawym doświadczeniem.

              Odbyły się dopiero dwa koncerty w ramach Emanacji, a Festiwal potrwa do końca sierpnia.
              - Przed nami jeszcze kilkanaście koncertów. Oprócz dwóch, wszystkie pozostałe odbędą się w Lusławicach – w sali koncertowej lub w Arboretum Elżbiety i Krzysztofa Pendereckich.
Dwa koncerty solowe odbędą się w Bazylice św. Floriana w Krakowie. Jest to bowiem miejsce szczególne, które chcieliśmy zaznaczyć na tegorocznej mapie festiwalowej, bo tam spoczywa urna z prochami Profesora Krzysztofa Pendereckiego w oczekiwaniu na uroczystości pogrzebowe, które odbędą się już po ustaniu czasu pandemii.

              Najbliższy koncert w ramach 8. Festiwalu Muzyki Emanacje, który poświęcony jest pamięci Krzysztofa Pendereckiego odbędzie się 18 lipca o 19.15 w Bazylice św. Floriana w Krakowie, ale już 19 lipca o 19.00 rozpocznie się koncert w Arboretum Elżbiety i Krzysztofa Pendereckich w Lusławicach.
              - Dodam jeszcze, że wszelkie informacje o planowanych wydarzeniach, a także relacje z tych, które się już odbyły znajdą Państwo na naszych stronach internetowych www.emanacje.pl oraz www.penderecki-center.pl

             Dziękuję bardzo za rozmowę. Z pewnością będzie okazja do ponownych spotkań w czasie tegorocznej edycji Festiwalu Emanacje.
             - Ja również bardzo dziękuję i serdecznie Państwa zapraszam na wydarzenia 8. Festiwalu Muzyki Emanacje, który trwać będzie do 30 sierpnia, a później na wszystkie koncerty, które planujemy w Europejskim Centrum Muzyki Krzysztofa Pendereckiego.

Z panem Adamem Balasem, Dyrektorem Europejskiego Centrum Muzyki Krzysztofa Pendereckiego rozmawiała Zofia Stopińska 12 lipca 2020 roku w Lusławicach.

Jakub Milewski: "Wiem, że do Kąśnej Dolnej niedługo wrócę na dłużej"

           Skorzystałam z zaproszenia i niedzielne popołudnie spędziłam z moimi bliskimi w Centrum Paderewskiego w Kąśnej Dolnej, na koncercie muzyki znad pięknego modrego Dunaju, który planowany był na wolnym powietrzu, a wykonawcy mieli zasiąść na ganku dworu Ignacego Jana Paderewskiego, ale w organizatorzy obawiając się, że spełnią się zapowiadane prognozy pogody i spadnie deszcz, zadecydowali, że koncert odbędzie się Sali Koncertowej Stodoła.
           Należy podkreślić, że był to pierwszy koncert od czasu ogłoszenia pandemii.
Organizatorzy zadbali o bezpieczeństwo wykonawców i publiczności. Na widowni mogło zasiąść jedynie 150 osób. W związku z bieżącą sytuacją epidemiczną wejście na koncert możliwe było wyłącznie po wcześniejszym złożeniu obowiązkowego pisemnego oświadczenia, że uczestnik, według swojej najlepszej wiedzy, nie jest osobą zakażoną wirusem Sars-CoV-2.
           Wystąpili: Jakub Milewski – baryton oraz zespół Strauss Ensemble pod kierownictwem artystycznym Artura Jaronia, który także przybliżał publiczności wykonywane utwory.
            Strauss Ensemble to zespół muzyki wiedeńskiej, działający od 1999 roku, a tworzą go w większości muzycy Filharmonii Świętokrzyskiej. Artyści znakomicie wykonali kilkanaście popisowych utworów instrumentalnych oraz niezwykle umiejętnie towarzyszyli Jakubowi Milewskiemu w ariach z operetek, musicali i w piosenkach filmowych.
            Publiczność gorąco oklaskiwała wykonawców, dziękując za wspaniałe kreacje, a kto miał szczęście, wrócił do domu z najnowszym wydawnictwem – albumem „Reminiscencje. 30 lat Centrum Paderewskiego” w wykonaniu znakomitych polskich muzyków. Wszystkie nagrania zrealizowano w Sali Koncertowej Stodole w Kąśnej Dolnej, a album ukazał się nakładem wytwórni DUX.

           Po koncercie mogłam porozmawiać z panem Jakubem Milewskim, który zachwycił wszystkich niezwykłej urody głosem barytonowym. Ze wzruszeniem dziękowałam za wspaniałe kreacje, podkreślając, że był to pierwszy koncert po dłuższej przerwie, bo ostatnio oklaskiwałam artystów na scenie 6 marca tego roku w Filharmonii Podkarpackiej.
           - Ja ostatni koncert śpiewałem 5 marca i dzisiaj po raz pierwszy wystąpiłem po tym długim czasie. Wspomniała pani, że przyjechaliście z Podkarpacia i chcę podkreślić, że moim profesorem na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie był pan profesor Robert Cieśla, który także pochodzi z Podkarpacia. Jestem mu bardzo wdzięczny, że tak dobrze mnie wykształcił, bo był jednym z najważniejszych mistrzów na mojej wokalnej drodze.

           Nie tylko nauczył Pana doskonale śpiewać, ale posyłał Pana do znakomitych mistrzów. Był Pan stypendystą w Conservatorio Statale di Musica Gioacchino Rossini w Pesaro.
           - To też jest wspaniały dar, bo wielu profesorów jednak twierdzi, że są najlepsi i tylko u nich powinno się studiować, uczyć się tylko od nich, ale są również tacy, którzy podpowiadają – idź, spróbuj i uważam, że to jest ogromnie cenne. Studenci często potrzebują różnych uwag od innych profesorów. Jestem bardzo wdzięczny profesorowi Robertowi Cieśli, że zachęcał mnie do kształcenia się u innych pedagogów, między innymi we Włoszech. Uczestniczyłem w Masterclass wybitnych śpiewaków, m.in. Jose Carrerasa i Evghenii Dundekovej, wielkiej bułgarskiej śpiewaczki mieszkającej od dawna we Włoszech, długoletniej solistki mediolańskiej La Scali. Miałem uwagi od mezzosopranu oraz od tenorów, i być może to także miało znaczenie, że z łatwością mogę śpiewać zarówno niskie, jak i bardzo wysokie dźwięki. Wiele osób zwraca uwagę na dużą skalę mojego głosu.

           Pomimo młodego wieku ma Pan sporo doświadczeń z teatrów operowych, gdzie pracował Pan m.in. nad takimi spektaklami, jak „Sen nocy letniej” Benjamina Brittena, „Straszny dwór” Stanisława Moniuszki czy „Wesele Figara” Wolfganga Amadeusa Mozarta, a także śpiewał Pan dużo takich koncertów jak dzisiaj. Nigdy nikogo nie pytałam, co jest trudniejsze – spektakl operowy, gdzie wciela się Pan w postać jednego z bohaterów, czy koncert złożony z różnych utworów.
           - Cieszę się, że zadała pani to pytanie, bo nawet niedawno rozmawiałem na ten temat z moją koleżanką, śpiewaczką operową. Twierdzę, że koncert jest wielkim wyzwaniem dla śpiewaka. Jeżeli ktoś myśli, że najtrudniejsza jest wielka partia w operze, to uważam, że to nie jest prawda. Zgadzam się, że do roli w spektaklu operowym trzeba się doskonale przygotować, ale podczas koncertu każdy utwór jest inny. Czasami trzeba zaśpiewać repertuar „od Sasa do Lasa”, gdzie są fragmenty z oper, operetek, musicali, a także piosenek filmowych i każdy utwór trzeba zaśpiewać inaczej.
           W spektaklu operowym wystarczy opanować partię, która jest prowadzona „jednym dźwiękiem”. Oczywiście, często bywają trudniejsze arie, duety, ale wszystko jest w jednym nurcie, a poza tym jak się wejdzie w rolę, ma się kostium, charakteryzację, to jest łatwiej.
Podczas koncertu trzeba „kupić publiczność”, nie można się ukryć za kostiumem, charakteryzacją, można jedynie, tak jak ja, wkładać różnokolorowe marynarki, ale to nie wystarczy.

            Podczas tego koncertu znakomicie, z wielką swobodą współpracował Pan z muzykami zespołu Strauss Ensemble.
            - Tak, bo z tym zespołem występowałem już kilka, a może nawet kilkanaście razy i czuję się z nim na scenie jak w domu. Gdziekolwiek się spotykamy, to czuję się z nimi jak z rodziną i dlatego publiczność czuje, że zespół nie spotkał się z solistą po raz pierwszy. Kontakt, który mieliśmy i mamy nadal, jest absolutnie cudowny.

            Cały czas mówimy o śpiewie, ale przecież działa Pan w kilku nurtach muzycznych.
            - Studiowałem śpiew i zawsze podkreślam, że z wykształcenia jestem śpiewakiem operowym, natomiast wszystko inne, co robię, to z zamiłowania.

            Od początku marzył Pan o śpiewie operowym?
            - Nie, chciałem być wokalistą i zgłosiłem się do studia piosenki, ale po trzech zajęciach powiedziano mi, że nie umiem śpiewać rozrywkowo, natomiast mam na tyle dobry głos, że odnajdę się w klasyce i tak się stało. Wiedziałem, że aby rozpocząć naukę w klasie śpiewu, muszę mieć pewną bazę i rozpocząłem naukę w szkole muzycznej I stopnia na fortepianie, a później dopiero trafiłem do klasy śpiewu solowego.

            Na zakończenie koncertu, kiedy Strauss Ensemble grał Marsza Radetzky'ego, popisał się Pan umiejętnościami dyrygenckimi, włączając do udziału w finale publiczność. Zdarza się Panu także dyrygować koncertami.
            - Tak, dyryguję skomponowanymi przez siebie kantatami. Moje kantaty różnią się formą od kantat tworzonych przez wybitnych kompozytorów, ale piszę je na duże obsady – solistów i orkiestrę symfoniczną. Jak wykonywane są moje utwory, to staję za pulpitem dyrygenta.
            Dzisiaj była mała próbka tych umiejętności podczas Marsza Radetzky’ego i sprawiło mi to wielką przyjemność, okazało się, że tutejsza publiczność jest wykształcona i robiła wszystko tak, jak dyrygent pokazywał.

            Za chwilę musi Pan wyjechać i nie ma czasu na długi wywiad, ale proszę przynajmniej wymienić najważniejsze Pana utwory.
            - Pierwszym moim dużym utworem jest „Kantata Przemienienia”. Poproszono mnie o skomponowanie dużego utworu o cudzie w Sokółce. Najpierw ten utwór został wykonany w Białymstoku, później w Sokółce i kilkakrotnie był powtarzany. Kolejne duże dzieło to Kantata „Totus Tuus – CałyM Twój...”, którą napisałem dla Zakopanego na 20. rocznicę wizyty Jana Pawła II na Krzeptówkach. Autorem libretta jest Jerzy Binkowski. Było to ogromne wydarzenie, połączone z setną rocznicą objawień fatimskich. Wykonywaliśmy tę Kantatę w Polsce wielokrotnie, a w tym roku będziemy ją nagrywać. Będzie dostępne CD, ale będzie też wideo dostępne w ramach programu „Kultura w sieci”. Już w październiku będzie dostępna w Internecie.
            Ciekawym wyzwaniem było dla mnie napisanie piosenki promującej film „Zerwany kłos”. Zadzwonił do mnie producent tego filmu i powiedział, że ma kompozytora do muzyki, ale potrzebuje dobrej piosenki. Byłem wtedy we Włoszech i na początku nie chciałem się zgodzić, bo nie miałem czasu, ale w końcu się zgodziłem i teraz mogę szczerze powiedzieć, że cieszę się, bo udało mi się skomponować piękną piosenkę w klimacie tego filmu, która spodobała się i jest znana, bo była emitowana po każdym seansie filmu „Zerwany kłos” w kinach. Było w sumie ponad pół miliona wyświetleń i mogę mówić o moim małym sukcesie.

            Nie można pominąć faktu, że jest Pan dyrektorem artystycznym Mazowieckiego Teatru Muzycznego, który działa w Warszawie.
            - Jestem kierownikiem artystycznym tego Teatru. Jest to przede wszystkim teatr operetkowy, chociaż robimy także różne spektakle muzyczne. Może Państwo dzisiaj nawet zauważyli, że operetka jest w moim sercu i bardzo dobrze czuję się w tym repertuarze. Odnalazłem się nie tylko na scenie, ale także z drugiej strony, wymyślając i produkując to, co zobaczy publiczność w Mazowieckim Teatrze Muzycznym.

            Czasem słyszymy, że publiczność nie lubi operetki, że to forma przestarzała, ale to nie jest prawda.
            - Zgadzam się z tym, ale mam wrażenie, a nawet pewność, że w Polsce jeszcze przyjdzie czas na operetkę. Nawet dzisiaj mogła pani zauważyć, że publiczność kocha te utwory, bo są przepiękne, a same spektakle są żartobliwe.
Jestem śpiewakiem operowym, lubię i cenię operę, bo jest cudowna, wzruszająca, ale często opera kończy się tragicznie i często publiczność po spektaklu jest zachwycona, lecz przygnębiona.
Publiczność po spektaklu operetkowym jest zawsze uśmiechnięta, bo operetka zawsze kończy się dobrze. W naszych trudnych czasach warto robić wszystko, aby uśmiech na twarzach gościł jak najczęściej.

            Kiedyś pytano Jana Kiepurę, dlaczego nie śpiewa już oper, tylko prawie wyłącznie repertuar operetkowy. Sławny tenor odpowiedział, że „woli dziewczynki całować niż mordować” (śmiech).
            - Tak, to była piękna odpowiedź patrona Mazowieckiego Teatru Muzycznego, który jest nam bardzo bliski w tym, co robił, mówił, a przede wszystkim jak pięknie śpiewał.
Ja także wolę mówić o operetce tak jak Jan Kiepura i będąc na scenie bawić się razem z publicznością.

            Ma Pan również swój festiwal i miejmy nadzieję, że tegoroczna edycja się odbędzie.
            - „Ostrołęckie Operalia” to moje dziecko, bo pięć lat temu wymyśliłem go i nikt nie wierzył, że on będzie istniał, tym bardziej, że jak mówiono: „młody dzieciak się za to bierze”.
Po pięciu latach okazuje się, że na każdym koncercie jest ponad tysiąc widzów. Jeśli będą nadal restrykcje, to z pewnością będziemy musieli ograniczyć ilość osób, ale liczę, że większość koncertów będziemy mogli zrealizować.

            Często jestem na koncertach w Kąśnej Dolnej, ale spotykamy się po raz pierwszy.
            - Jestem tutaj po raz pierwszy, chociaż pan dyrektor Łukasz Gaj zapraszał mnie kilkakrotnie, ale zawsze miałem już coś innego zaplanowanego.
Zapamiętam ten koncert, bo wprawdzie pan Artur Jaroń żartował na początku, że czujemy się trochę jak przed egzaminem, albo przed pierwszym recitalem, ale ja się dzisiaj stresowałem jak nigdy dotąd.
Wchodziłem na scenę po trzech miesiącach przerwy, cieszę się, że było to w Kąśnej Dolnej.
Jak zobaczyłem to cudowne miejsce, poczułem się tu bardzo dobrze. Ja kocham góry, chociaż pochodzę z Mazowsza, a dokładnie z Ostrołęki. Moje serce podzielone jest na pół i jak tylko mogę, to chodzę po górach. Wczoraj miałem okazję do solidnego spaceru w niedalekiej Piwnicznej.
Muszę dzisiaj wracać do Warszawy, ale już wiem, że do Kąśnej Dolnej niedługo wrócę, jeżeli nie zawodowo, to prywatnie i na dłużej.

Z panem Jakubem Milewskim, śpiewakiem operowym, kompozytorem i dyrygentem z zamiłowania, a także szefem artystycznym Mazowieckiego Teatru Muzycznego im. Jana Kiepury w Warszawie rozmawiała Zofia Stopińska 28 czerwca 2020 roku w Centrum Paderewskiego w Kąśnej Dolnej.

Bartosz Głowacki: Byłem i jestem „wolnym strzelcem”

          Zapraszam na spotkanie z Bartoszem Głowackim, znakomitym akordeonistą młodego pokolenia, który rozpoczął swą muzyczną drogę na Podkarpaciu, a aktualnie mieszka na stałe w Londynie i występował z sukcesami w różnych ośrodkach muzycznych na świecie.
           W listopadzie 2019 roku, nakładem wytwórni DUX, ukazała się pierwsza solowa płyta Bartosza Głowackiego zatytułowana „Genesis”. Zachęcimy Państwa do sięgnięcia po ten krążek. Poprosiłam także Artystę, aby opowiedział o swojej dotychczasowej działalności, a także o tym, jak aktualnie wygląda działalność artystyczna w Wielkiej Brytanii.
Rozpoczynamy rozmowę od wspomnień z rodzinnych stron.

           Zawsze podkreśla Pan, że pochodzi Pan z Zagórza, niewielkiego miasta malowniczo położonego w pobliżu ujścia Osławy do Sanu, nieopodal Sanoka. Co wpłynęło na Pana zainteresowania muzyczne w dzieciństwie – tradycje rodzinne, krajobraz i historyczne budowle, które zachowały się w Zagórzu?
           - Zagórz to piękna miejscowość, często nazywana bramą Bieszczad, obfita w niezwykłe krajobrazy. Jest bogata historycznie oraz posiada ruiny Klasztoru Karmelitów Bosych, które z roku na rok stają się coraz lepiej zagospodarowaną atrakcją turystyczną. Z ogromnym zainteresowaniem śledzę plany budowy Centrum Kultury przy tym obiekcie i mam nadzieję, że Zagórz doczeka się sali koncertowej i miejsca spotkań artystów, których jest w Zagórzu sporo. Na moje zainteresowania wpłynęła moja rodzina, która zapoczątkowała moją edukację muzyczną, oraz fakt, że Państwowa Szkoła Muzyczna w Sanoku jest tak doskonałą instytucją muzyczną i jedną z najlepszych w całym regionie.

           Kto i kiedy stwierdził, że jest Pan muzycznie utalentowany i powinien się Pan kształcić?
           - Mój tato. Kiedyś miał krótką przygodę z akordeonem i, co ciekawe, uczył go prof. Andrzej Smolik, lecz akordeon nie był instrumentem, na którym grałem od początku. Aby mnie czymś zająć, kupił mi pianino elektryczne (popularny w tamtych czasach keyboard) i tak rozpocząłem przygodę z ogniskiem muzycznym w Zagórzu. Moim pierwszym nauczycielem był Pan Grzegorz Bednarczyk, który przekonał mnie do egzaminów wstępnych do klasy akordeonu.

            Kiedy Pan trafił do Państwowej Szkoły Muzycznej I i II stopnia w Sanoku, gdzie najpierw uczył się Pan u pana Grzegorza Bednarczyka, a później u prof. Andrzeja Smolika?
            - W 2000 roku rozpocząłem naukę na akordeonie w PSM w Sanoku u Pana Grzegorza Bednarczyka. Naszą współpracę wspominam świetnie, jest to pedagog z zamiłowaniem do muzyki, który potrafi inspirować młodego muzyka. W 2006 roku rozpocząłem II stopień Szkoły Muzycznej, zmianę akordeonu klawiszowego na ten z klawiaturą izomorficzną (akordeon guzikowy) oraz naukę u prof. Andrzeja Smolika, który jest ikoną sanockiego środowiska muzycznego i akordeonistyki. Świetny czas, który bardzo dobrze wspominam.

            Pogodzenie nauki w szkołach ogólnokształcących i w Szkole Muzycznej I i II stopnia z pewnością nie było łatwe – jak Pan godził wszystkie obowiązki związane z nauką oraz z udziałem w licznych konkursach akordeonowych?
            - Miałem dużo szczęścia, że zawsze trafiałem do szkół i pedagogów bardzo wyrozumiałych. Bardzo wcześnie wiedziałem, że chciałbym związać swoją karierę z muzyką i starałem się tak prowadzić swoją edukację, aby muzyka była na pierwszym miejscu. Najtrudniejszy okres był w liceum, gdzie materiał był już bardziej wymagający, a moje ciągłe wyjazdy na konkursy i koncerty nie pomagały. Na szczęście I Liceum Ogólnokształcące w Sanoku było pełne wyrozumiałych pedagogów, którzy dopilnowali, żebym zdał maturę, a zarazem poświęcał się muzyce.

            Jest Pan laureatem ponad 40 konkursów i festiwali w Polsce i wielu innych krajach. Słyszałam kiedyś stwierdzenie, że nie ma lepszej szkoły jak udział w konkursie – czy Pan się z nim zgadza?
            - I tak, i nie... Uważam, że najważniejsze jest odpowiednie podejście do konkursów zarówno ucznia, jak i osób w najbliższym otoczeniu, bez zbędnie wygórowanych oczekiwań. Ważne, aby podejść do konkursu ambitnie i jak najlepiej się do niego przygotować, ale również aby ewentualny zły występ nie był demonizowany, lecz traktowany jako lekcja na przyszłość. Rozumiem osoby negujące udziały w konkursach, argumentując opinie tym, że muzyka to nie sport. Zgadzam się z tym w 100 procentach, natomiast zdrowe podejście i świadomość własnej wartości pozwalają wyciągnąć jak najwięcej pozytywnego wpływu w karierze młodego muzyka.

            Które konkursy okazały się ważne w Pana karierze artystycznej?
            - W mojej karierze najważniejsze były konkursy multi-instrumentalne, gdzie akordeon jest mniejszością i jury konkursu ocenia walory czysto muzyczne i brzmieniowe. Najważniejszymi takimi konkursami w mojej karierze były konkursy Młodego Muzyka Roku, Eurowizji Dla Młodych Muzyków, Bromsgroove Interational Music Competition oraz Royal Academy of Music Patrons Award w Wigmore Hall w Londynie.

            Pamiętam, jak cieszyliśmy się, kiedy Pan zdobył tytuł Młodego Muzyka Roku 2009 oraz jak kibicowaliśmy Panu podczas konkursu Eurowizja dla Młodych Muzyków w Wiedniu, gdzie reprezentował Pan Polskę. Czy z perspektywy czasu ocenia Pan, że były to ważne wydarzenia?
            - Były to jedne z najważniejszych wydarzeń w mojej wczesnej karierze. Do dziś pamiętam moją rozmowę z Panem Robertem Kamykiem, dyrektorem konkursu Młody Muzyk Roku, podczas naszej podróży powrotnej z Wiednia. Zasugerował rozważenie studiów za granicą i, jak widać, posłuchałem.
Samo doświadczenie podczas konkursów było niezwykle ważne. Możliwość wykonania świetnej kompozycji z orkiestrą przed tak dużą publicznością daje o wiele więcej w rozwoju niż godziny ćwiczeń.

            Po ukończeniu nauki w Sanoku, wyjechał Pan do Londynu na studia w Royal Academy of Music, które ukończył Pan w 2016 roku z wyróżnieniem w klasie Owena Murraya. To był chyba bardzo pracowity i niełatwy okres w Pana życiu – nowe miejsce, potrzebne były odpowiednie środki finansowe, ale znalazł Pan w Londynie przyjaciół, z którymi do dzisiaj Pan współpracuje.
            - Rozpoczęcie studiów w Royal Academy of Music w Londynie było niezwykle trudnym okresem. To dziwne, co powiem, ale w wieku 19 lat nie miałem żadnych obaw i nie zdawałem sobie sprawy z trudów, jakie mnie czekają. Nowe miejsce, inna kultura, język oraz uczelnia tak znana i wymagająca były wielkim wyzwaniem. Do tego dochodził najważniejszy czynnik, jakim są finanse. Koszty studiów w Londynie są ogromne i moje studia oraz pozyskanie środków były możliwe dzięki pomocy wielu osób i instytucji, tj. Joanna i Jakub Górski, MKiDN „Młoda Polska”, Camilla Jessel Panufnik, Fundacja Zygmunta Zaleskiego. Od 2015 roku jestem jednym z artystów w City Music Foundation, która wspiera muzyków w warsztatach z prawa, podatków, marketingu, promocji. Jest to również wsparcie, które jest bardzo ważne, a niestety bardzo często pominięte w edukacji muzycznej.

            Kiedy rozpoczął Pan działalność artystyczną w Londynie i jak ona się toczyła do ostatnich miesięcy?
            - W 2011 roku, gdy rozpocząłem studia, zacząłem powoli wdrażać się w londyńskim rynku muzycznym. Już w drugim miesiącu studiów miałem okazję zagrać z Philharmonia Orchestra podczas brytyjskich premier utworów współczesnych. Akordeon jest tu dużo mniej popularnym instrumentem niż w Polsce, więc nie jest to łatwy rynek i trudniej jest przekonać do siebie konserwatywnych promotorów. W ciągu tych 8 lat zagrałem w wielu ciekawych miejscach, współpracując ze świetnymi muzykami, więc uważam, że ciągle się rozwijam.

            Ważne miejsce w Pana działalności artystycznej zajmuje muzyka kameralna. Z kim Pan współpracuje? Czy gra Pan z polskimi muzykami i koncertuje Pan czasami w Polsce?
            - Akordeon z natury jest instrumentem bardzo dobrze odnajdującym się w muzyce kameralnej, często wykorzystywanym przez kompozytorów w muzyce współczesnej. Bardzo dobrze odnajduję się we współpracy z innymi muzykami i mam duże szczęście, że są to współprace w różnych stylach muzycznych. Tango, brazylijskie Choro, free jazz, muzyka baroku, współczesne opery. Od 2013 roku mam swój zespół Deco Ensemble. Poza tym współpracowałem z Nigelem Kennedy’m podczas nagrań jego płyty z autorskimi kompozycjami, brytyjską mezzosopranistką Lore Lixenberg, z którą tworzymy projekt łączący utwory Bacha, Purcella z muzyką współczesną Johnego Cage i Frédérica Acquaviva.
Kolejne współprace to trasy koncertowe i materiały płytowe z wokalistką muzyki pop Tanitą Tikaram, koncerty z gitarzystą jazzowym Robertem Luftem oraz grupą Apartment House podczas wystawienia opery Henninga Christiansena w Nowym Jorku. W Polsce jestem dość rzadko, natomiast gdy wracam na Sanockie Spotkania Akordeonowe, często współpracuję z dr Elżbietą Przystasz, która niezwykle aktywnie działa w regionie. Zawsze jest to świetnie spędzony czas!
            Pod koniec ubiegłego roku kalendarz miałem wypełniony koncertami jako członek orkiestry, oraz produkcją opery. Natomiast na początku tego roku skupiłem się na dość świeżym dla mnie jeszcze instrumencie, jakim jest bandoneon. Od 2016 roku jestem członkiem The London Tango Orchestra i nagrywaliśmy materiał na kolejną płytę. Miałem dużo pomysłów i planów, ale nie potrafię powiedzieć, kiedy będę je mógł zrealizować.

            Rozmawiamy w czasie szczególnym, bo z powodu pandemii od marca nie mieliśmy koncertów, zamknięte były sale filharmoniczne i teatry operowe. Odbywają się koncerty online i dopiero od niedawna niektóre placówki organizują koncerty z zachowaniem wszelkich środków ostrożności i ograniczonej ilości słuchaczy. Jak jest w Wielkiej Brytanii?
            - U nas jest podobnie, z tą różnicą, że tutaj jeszcze nie myśli się o powrocie do sal koncertowych i na estrady. Nie ma nawet umownej daty, kiedy powrócą koncerty na żywo. Koncerty odbywają się tylko w Internecie.

            Prowadzenie jakiejkolwiek działalności koncertowej nie jest w takich warunkach łatwe, ale kilka razy miałam szczęście słuchać nowych nagrań z Pana udziałem dzięki serwisowi YouTube.
            - Tak, chociaż ta sytuacja mocno skomplikowała kariery muzyków. Przygotowywałem się do bardzo ważnych i interesujących koncertów oraz dużych projektów, które zostały odwołane. Praktycznie wszystkie koncerty, które miałem zaplanowane do końca sierpnia, zostały odwołane. Miałem w lipcu brać udział w dwóch premierach podczas wielkiego festiwalu operowego, który został przełożony na wrzesień, ale nie wiadomo, czy w ogóle się odbędzie. Próbuję za wszelką cenę działać, grać, nagrywać...
Musimy także myśleć o przyszłości, bo przecież trzeba z czegoś żyć i martwimy się, jak to dalej będzie.

            Dotyczy to w szczególności osób, które nie są zaangażowane na etatach.
            - Byłem i jestem „wolnym strzelcem”, angażowanym tylko do różnych projektów muzycznych, a także występującym solo i w zespołach kameralnych, bo aż 95 % moich dochodów stanowiły honoraria za wykonane koncerty.
            Czasami zdarzają się koncerty online dzięki City Music Foudation, która promuje młodych artystów i niedawno rozpoczęła organizowanie cotygodniowych koncertów. Odbywają się one w środy i mamy za te koncerty honoraria. Także słuchacze mogą nas wspomóc, przeznaczając dowolne kwoty na konto tej Fundacji.
            Muszę powiedzieć, że bardzo brakuje mi publiczności. Trudno jest grać w pustej sali jedynie w obecności kamer, ale trzeba coś robić, bo z czegoś trzeba żyć, a także rozwijać się i spełniać się artystycznie.

            Niedawno słuchałam nowego nagrania z Pana udziałem, pięknie się Pan prezentował w gustownej peruczce i już myślałam, że to z jakiegoś publicznego koncertu.
            - Jak odwołane zostały koncerty, nawiązałem kontakty z kolegami ze studiów, którzy, podobnie jak ja, zawsze byli zajęci, a teraz możemy spędzać czas grając wspólnie. Zaznaczam, że te nagrania realizowane są zdalnie i później sklejane razem.

            Czy mieszkanie w Londynie jest już miejscem, do którego wracając z koncertów myśli Pan – wracam do domu?
            - Nazywam go domem, gdyż mam do kogo wracać. Mieszkam z narzeczoną i dlatego zawsze w takich kategoriach myślę, ale nie jestem przywiązany na stałe do tego miasta. W normalnych warunkach Londyn jest świetnym miejscem umożliwiającym stały rozwój i coraz to nowe doświadczenia. Jest to również miasto niezwykle uciążliwe i wymagające – mentalnie i finansowo. Rodzinny dom w Zagórzu zawsze będę traktować jako dom przez duże „D”. Często myślę o Polsce i jak fascynującą mamy muzykę i kulturę. Coraz częściej myślimy nad przyszłością i ciągle nie jesteśmy jeszcze zdecydowani, gdzie zamieszkamy na stałe.

            Ciągle z zachwytem słucham pierwszej solowej Pana płyty „Genesis”, która ukazała się nakładem wytwórni DUX 22-ego listopada ubiegłego roku. Jest ona dostępna na całym świecie i myślę, że miał Pan wiele powodów do radości z przyjęcia tego krążka.
            - Jest tak, jak pani mówi. Pomimo, że większą część programu stanowi muzyka współczesna, to płyta została bardzo dobrze przyjęta przez słuchaczy. Bardzo mnie to cieszy.

            Gdzie i jak powstawały nagrania zamieszczone na krążku?
            - Nagrania powstały w pięknej kaplicy szpitala St Bartholomew's Hospital w Londynie w ciągu trzech dni. Wcześniej zagrałem tam kilka solowych koncertów i akustyka tego miejsca bardzo mi odpowiadała. Producentem i realizatorem nagrania jest Matthew Bennett, w duecie z reżyserem dźwięku Oscarem Torresem. Współpraca z nimi to była istna przyjemność, w pełni rozumieliśmy się podczas nagrań.

            Jaki jest udział Fundacji im. Zygmunta Zaleskiego w wydaniu płyty?
            - Fundacja im. Zygmunta Zaleskiego jest sponsorem płyty. Jest to niezwykła instytucja z fascynującą historią, która wspiera wielu artystów oraz wiele instytucji na całym świecie, tj. Uniwersytet Warszawski czy Bibliotekę Polską w Paryżu. Polecam film o Zygmuncie Lubicz-Zaleskim „Z dala od orkiestry” w reżyserii Rafaela Lewandowskiego, opisujący jego życie i twórczość.

            Płyta zatytułowana jest „Genesis” – słowo to można różnie przetłumaczyć. Dlaczego tak Pan zatytułował swoją debiutancką płytę?
            - Tytuł płyty „Genesis” w tym wypadku nie ma charakteru religijnego, raczej jest początkiem mojej dyskografii solowej, natomiast utwory zawarte na tej płycie obrazują kształtowanie się mojej osobowości w muzyce. Niektóre z tych utworów (De profundis Soffi Gubaiduliny czy Archipelago Gulag Victora Vlasova) towarzyszą mi od początku mojej kariery lub pracy z prof. Owenem Murrayem podczas studiów i zawsze chciałem je nagrać. Chciałem, aby ta płyta była spójna brzmieniowo, a zarazem zróżnicowana w stylach, od baroku i oryginalnej literatury akordeonowej po muzykę Astora Piazzolli.

            Uważam, że wybór utworów jest bardzo przemyślany: cudowne brzmienia w transkrypcjach utworów Scarlattiego i Rameau, przejmujące interpretacje utworów V. Trojana, S. Gubaiduliny, A. Pärta i V. Vlasova, i na zakończenia A. Piazzolla w duecie z przyjacielem R. Luft’em i orkiestrą kameralną pod dyrekcją E. P. Browna. Czuję, że to są utwory ważne dla Pana.
            - Bardzo dziękuje za miłe słowa! Ma pani rację, album tworzą utwory, które są dla mnie ważne, a zarazem, pomimo różnorodności epok oraz kompozytorów, chciałem, aby tworzył on brzmieniową spójność. Starałem się w każdym z tych utworów wprowadzić moją osobistą interpretację i dźwięk. Utwory na tej płycie są dla mnie ważne, jak wspominałem, z racji tego, że często wykonywałem je na różnych estradach, ale decydując się na nagranie ich miałem przeczucie, że coś nowego i osobistego mogę w nich zawrzeć.
            W transkrypcjach barokowych brzmienie i charakter akordeonu dodają czegoś nowego. Tryle w L’egyptienne Rameau na akordeonie dodają pewnej świeżości, odmiennej do oryginalnej wersji w wykonaniu klawesynu. Pari Intervallo to kolejna transkrypcja grana na akordeonie, która po raz pierwszy będzie wydana na płycie. Estoński kompozytor Arvo Part jest niezwykłą postacią i jego muzyka mnie osobiście bardzo uspokaja. De Profundis towarzyszy mi od pierwszego roku studiów i jest to utwór, do którego uwielbiam wracać, gdyż za każdym razem w twórczości Sofii Gubaiduliny możemy doszukać się nowych interpretacji i cieszę się, że mogę dodać swoją do kanonu innych nagrań tego utworu. Archipelago Gulag jest utworem z bardzo trudnym przesłaniem emocjonalnym. Kompozytor maluje dźwiękiem historię sowieckich łagrów. Do tego utworu zamówiłem animację, będzie ona dostępna na mojej stronie internetowej, wykonaną przez Panią Magdalene Suszek-Bąk, która pomoże publiczności w zobrazowaniu owych muzycznych obrazów. Album zamyka Koncert Podwójny Astora Piazzolli w wykonaniu świetnego gitarzysty, Roberta Lufta. Uważam, że gitara elektryczna, w odróżnieniu do gitary klasycznej, dodaje bardziej charakterystyczne dla muzyki tanga połączenie brzmień.

            Pierwsza solowa płyta Bartosza Głowackiego zatytułowana „Genesis” jest już od listopada ubiegłego roku dostępna w dobrych sklepach z płytami. Jak już mówiłam, często wracam do tego krążka, bo jest wyjątkowy. Życzę, aby ten czas bez koncertów trwał jak najkrócej i aby także niedługo mógł Pan realizować plany związane z kolejnymi nagraniami. Mam także nadzieję, że niedługo będzie okazja usłyszeć Pana „na żywo” na polskich estradach koncertowych. Bardzo dziękuję za rozmowę.
            - Podobnie jak pani, mam nadzieję, że czas pandemii nie będzie trwał długo. Liczę, że niedługo będzie okazja do spotkania się osobiście. Przesyłam serdeczne pozdrowienia dla wszystkich czytelników pani portalu.

Z Bartoszem Głowackim, wybitnym polskim akordeonistą, rozmawiała Zofia Stopińska 22 czerwca 2020 roku.

Piotr Kościk: "Najważniejsze jest, aby pianista nie był tylko odtwórcą na estradzie" - część II

            Zapraszam Państwa do przeczytania drugiej części wywiadu z Piotrem Kościkiem, znakomitym młodym pianistą urodzonym w Rzeszowie, a mieszkającym na stałe w Wiedniu. W części pierwszej zapraszaliśmy do zainteresowania się nową płytą Artysty zatytułowaną „Fermata” zawierającej sonaty Wolfganga Amadeusa Mozarta i Józefa Haydna oraz rozmawialiśmy głównie o sztuce pianistycznej.
Teraz dowiedzą się Państwo więcej także o innych pasjach muzycznych i działalności artystycznej Piotra Kościka.

           Po raz ostatni rozmawialiśmy chyba tuż po ukończeniu przez Pana studiów. Ciekawa jestem, jak rozwinęła się Pana działalność artystyczna, chociaż powiedział Pan, że podjął Pan kolejne studia.

           - Jestem dalej studentem i to jest jedyne, co nie zmieniło się od wielu lat, aczkolwiek zalaminowałem już swoją edukację fortepianową w sensie instytucjonalnym. Po ukończeniu studiów magisterskich w Wiedniu i studiów podyplomowych we Florencji, a to było w 2018 roku. W tym samym roku postanowiłem jednak rozpocząć kierunek dyrygentury w Zurychu i trwa to do dzisiaj z małą przerwą (okres pandemii). To jest nowa gałąź mojej działalności, na razie w formie edukacyjnej. Obecnie najwięcej czasu poświęcam muzyce fortepianowej – działalności scenicznej oraz pedagogicznej. Dyrygentura, która do tego dołączyła dwa lata temu, jest jednak bardzo powiązana i wpływa na moje relacje z fortepianem, moją grę i odwrotnie. Są to bardzo połączone ze sobą dwa rodzaje wykonawstwa muzycznego. Jako pianista, grając utwory kameralne, mam również do czynienia z partyturą. To pianista jako jedyny widzi również to, co grają inni, którzy mają przed sobą tylko nuty swojej partii. W tym wypadku fortepian zawsze miał i ma funkcję w pewnym sensie wiodącą. Nie chcę, aby to źle zabrzmiało, ale pianista musi tak jak dyrygent kontrolować przebieg całego utworu kameralnego. Dzięki temu my, pianiści, czytamy muzykę bardziej pionowo, ale również to nasz instrument daje nam możliwość grania bogatszych harmonii i to ułatwia nam pracę jako dyrygenta. Dyrygent ma w partyturze jeszcze więcej zapisanych pięciolinii i trzeba mieć szybki przegląd pola i zdolność czytania wertykalnego. Ogromny wpływ ma również dyrygentura na grę fortepianową, ponieważ jako dyrygent uczę się różnorodności brzmienia, z którą nie miałem do czynienia wcześniej jako pianista. Owszem, pianista stara się każdy głos w polifonii wydobywać w inny sposób, a robimy to za pomocą artykulacji, agogiki, frazowania, mamy pedał, więc możemy robić wiele rzeczy, ale są to inne metody niż metody dyrygenta, który ma do dyspozycji wiele instrumentów o zupełnie innym brzmieniu. Tę współgrę brzmień można sobie później odtworzyć w głowie i wykorzystać, pracując nad dziełem fortepianowym.

            Zdarza się również, że pianista wykonując partie solowe, jednocześnie kieruje towarzyszącym mu zespołem.

            - Owszem, dość często pianiści wykonują koncerty fortepianowe, zwłaszcza te klasyczne: Haydna Mozarta i Beethovena, dyrygując od fortepianu. Wtedy fortepian ma często zdjętą klapę, a pianista siedzi przy instrumencie tak jak dyrygent, czyli przodem do orkiestry, a plecami do publiczności. Zdarzało się, że w ten sposób wykonywane były również koncerty romantyczne, ale jest to już o wiele trudniejsze, ponieważ partia orkiestry w utworach tych jest bardziej rozbudowana i często dużo w niej bardzo indywidualnych oraz polifonicznych fragmentów, jak na przykład w koncercie Czajkowskiego czy Schumanna, w których w przeważającej części poszczególne instrumenty orkiestrowe współtworzą, a nie akompaniują. Do najbardziej znanych wykonań "pianista plus dyrygent w jednym" można zaliczyć koncerty Daniela Barenboima czy Krystiana Zimermana. W ostatnich latach, dyrygując orkiestrą, zauważam także inną problematykę wynikającą mianowicie z przestrzeni pomiędzy muzykami, z faktu, że np. sekcja instrumentów dętych siedzi po prostu bardzo daleko od solisty i należy poświęcić jej dużo uwagi. Fakt, iż klapa fortepianu odbija dźwięk w stronę publiczności, a jednocześnie tworzy ekran dźwiękowy między solistą a orkiestrą, również utrudnia akustyczną komunikację między nimi.

            Czy zmieniło się Pana spojrzenie na utwory, które wykonywał Pan jako pianista, a innym razem stojąc na podium z batutą w ręku?

             - Oczywiście, że tak. Wcześniej jako pianista nie skupiałem się za bardzo nad tym, co się dzieje na podium, wystarczał mi jedynie dobry kontakt z dyrygentem w najważniejszych momentach. Teraz rozumiem, że istotą dyrygowania jest to, żeby swoje intencje i swoją wizję pokazać wcześniej, zanim ona jeszcze akustycznie wybrzmi, bo tylko wtedy ma się wpływ na jej ukształtowanie. To nie może być praca razem z orkiestrą w tym samym momencie, czyli po prostu odstukiwanie metrum z dynamiką, tylko musi być to przekaz wyraźnych intencji, który następuje, zanim fale dźwiękowe zostaną wydobyte z orkiestry. Kiedyś było dla mnie irytujące, że coś dzieje się, zanim się jeszcze wydarzy. Często skupiałem się na klawiaturze, zajmując się wyłącznie swoją partią. Teraz jest zupełnie inaczej, bo jestem bardziej świadomy tego, co dzieje się w orkiestrze, ale tak samo jestem bardziej świadomy tego, co jest trudne dla orkiestry i co wymaga więcej uwagi ze strony solisty i które miejsca są trudniejsze do dyrygowania. Jak teraz słucham swoich nagranych koncertów sprzed dziesięciu czy piętnastu lat i jest jakaś nierówność, to myślę sobie, że nie pomogłem za bardzo w tej sytuacji orkiestrze. Są takie miejsca, gdzie dla dobra wspólnego solista w trakcie koncertu musi pójść na interpretacyjny kompromis. Trzeba mieć świadomość tego, że płyniemy na jednej łodzi i musimy wszyscy słuchać się wzajemnie.

             Wspomniał Pan o działalności pedagogicznej. Wiem, że już w czasie studiów uczył Pan młodych pianistów, udzielał korepetycji. Czy teraz jest to stała praca?

             - Nadal jest to forma lekcji prywatnych oraz kursów mistrzowskich – na przykład w listopadzie miałem przyjemność prowadzić kurs ze studentami w Guangzhou w Chinach. Na co dzień udzielam lekcji prywatnych, przygotowując uczniów do egzaminów wstępnych lub konkursów. Nie jest to praca stała, ponieważ w sytuacji, kiedy pojawiło się zainteresowanie dyrygenturą, byłoby trudno łączyć stałe zatrudnienie z częstymi wyjazdami na koncerty w roli pianisty i dyrygenta, na kursy i na studia w Zurychu.

             Miejscem, gdzie Pan mieszka i pracuje nad przygotowaniem się do koncertów oraz daje Pan lekcje prywatne, jest Wiedeń. Myśli Pan już o tym miejscu, że to jest Pana dom?

             - Tak, i powiem szczerze, że byłbym bardzo smutny, gdyby kiedyś zaistniały racjonalne powody, żeby to miejsce zamieszkania zmienić, bo żyje mi się tutaj bardzo dobrze. Oprócz tego jestem niedaleko od Polski, niedaleko od Rzeszowa. Przy otwartych granicach jest to tylko 6 godzin jazdy samochodem. Jest to także dobra lokalizacja, jeśli chodzi o połączenia międzynarodowe z najważniejszymi portami lotniczymi. Bardzo często latam do Szwajcarii rano, a wieczorem tego samego dnia wracam do domu, ponieważ jest bardzo dużo połączeń. Niezłe są także połączenia kolejowe, ponieważ z Austrii jest blisko do Niemiec, Włoch czy Szwajcarii, a to są państwa, w których do tej pory najintensywniej działałem. Mamy wiele ważnych ośrodków muzycznych w Europie, ale Wiedeń jest jednym z najstarszych, z wielkimi tradycjami i chyba słusznie często jest nazywany muzyczną stolicą naszego kontynentu. W Wiedniu są jedne z najważniejszych sal koncertowych o długoletnich tradycjach, jak Musikverein czy Konzerthaus. Były i są to obowiązkowe stacje wszystkich legendarnych solistów, dyrygentów czy orkiestr na świecie. Na szczęście Musikverein bardzo często odwiedza również Orkiestra Filharmonii Podkarpackiej, w której pracuje moja mama i pracował mój tata. Dzięki temu mam okazję w Wiedniu chodzić na koncerty tejże bliskiej mi orkiestry.

             Czy kontaktuje się Pan z polskimi wykonawcami albo instytucjami organizującymi koncerty lub promującymi polską muzykę?

             - Najważniejszą instytucją, z którą też najczęściej współpracuję, jest Międzynarodowe Towarzystwo Chopinowskie w Wiedniu. Jest to instytucja, która od dziesięcioleci intensywnie promuje muzykę Fryderyka Chopina na całym świecie i z którą mam przyjemność współpracować od wielu lat. Pierwszy koncert dla tego towarzystwa grałem w 2008 roku, a dwa ostatnie w 2019 roku; w sierpniu miałem przyjemność grać na Festiwalu Chopinowskim z Orkiestrą Filharmonii Zabrzańskiej pod batutą Sławomira Chrzanowskiego w austriackim Kartause Gaming, a w październiku recital Chopinowski w Wiedniu. Jestem z tą instytucją bardzo zaprzyjaźniony oraz pełnię w niej funkcję członka zarządu. Mieszkałem też przez pięć lat w Stacji Naukowej Polskiej Akademii Nauk w Wiedniu, która organizowała nie tylko wykłady naukowe, ale zdarzały się również tam koncerty - w sali Sobieskiego był do dyspozycji fortepian. Często grałem tam zarówno solo, jak i również z innymi muzykami zazwyczaj pochodzenia polskiego, którzy również mieszkali w tej Stacji Nauk.

             Żyjemy w czasach ogromnej konkurencji, która panuje także w środowiskach artystycznych, bardzo dobra gra i udział w międzynarodowych konkursach nie zawsze gwarantują, że muzyk będzie otrzymywał propozycje koncertowe. Co trzeba robić, żeby ciągle się rozwijać i mieć propozycje koncertowe?

             - To ciekawy i jednocześnie skomplikowany temat, ponieważ nie ma na to jednej recepty. Myślę, że nie należy tego robić za wszelką cenę, a kariera nie może być celem muzyka, lecz efektem „ubocznym” jego ciężkiej pracy i talentu. Status gwiazdy ma się świetnie we współczesnych kręgach celebrytów i lepiej niech z nimi zostanie, a nie wkracza w przestrzeń sztuki. Jeśli chodzi o przebieg kariery solisty przez ostatnie dziesięciolecia, to doszło do wielu zmian. Kiedyś świetny muzyk był przyjmowany takim, jakim był i mógł po podpisaniu kontraktu kontynuować swoją pracę dla publiczności w wyznaczonej przez siebie formie. Dziś przez rozwój multimedialny muzyka stała się sztuką poniekąd audiowizualną, to znaczy, że nie bez znaczenia jest wygląd, prezencja czy optyczna ekspresyjność, a wszystko to obecne musi być nie tylko w trakcie koncertu, lecz również (lub przede wszystkim) w social mediach. W dzisiejszych czasach podpisywanie kontraktów to coraz więcej zobowiązań, które są, niestety, wypadkową tej właśnie komercjalizacji sztuki. Gdy kiedyś organizatorzy bili się o artystów, teraz artyści muszą zabiegać o względy u organizatorów. Jeśli chodzi o konkursy, uważam, że mimo wielu idących wraz z nimi patologii, są potrzebne i pożyteczne, jeśli potrafi się mieć do nich właściwe podejście. Jakby nie było, jest to międzynarodowa scena, na którą często zaglądają agenci muzyczni i menedżerowie. Nie gwarantuje to jednak propozycji koncertowych, ponieważ konkursów jest bardzo dużo i dlatego coraz trudniej jest zrobić karierę będąc laureatem. Jest wielu pianistów, którzy wygrywali konkursy 10, 15 czy 20 lat temu, natomiast dzisiaj słyszymy o nich już niewiele lub nic.
             Ja nie mam jednego menadżera na całą Europę. Miałem takie propozycje, ale nie doszliśmy do kompromisu, ponieważ każdy taki kontrakt jest również obarczony dużym ryzykiem dla solisty. Mam natomiast zaprzyjaźnionych wielu organizatorów koncertów, dyrektorów festiwali i towarzystw muzycznych, a z nimi stały kontakt, przez co jestem systematycznie zapraszany na różnego rodzaju festiwale i koncerty, które właśnie oni organizują. Podczas takich festiwali poznaje się wielu ludzi ze świata muzyki i wtedy często przekonujemy ich do swojej osoby grą, i interpretacją podczas koncertu. Taka relacja i faktyczna możliwość odbioru tego, co sobą prezentujemy, jest też dobrą okazją do pozyskania nowych propozycji i zaproszeń. W ten sposób po jednym z występów w Austrii poznałem organizatora koncertów z Wuhan, z którym od razu nawiązałem współpracę, zagrałem na festiwalu w Guangzhou i planuję kolejne koncerty w Chinach.

             Jakie rady ma Pan dla młodych ludzi, którzy chcą zostać koncertującymi pianistami?

             - Oprócz ciężkiej i systematycznej pracy młodym pianistom polecam również udział w konkursach, jednak z zachowaniem odpowiedniego dystansu. Nie można być zbyt surowym wobec siebie w kwestii wyników, ponieważ są one bardzo często niesprawiedliwe. Nawet jeżeli konkurs nie jest „ustawiony” i nie dochodzi do próby forowania niektórych osób przez wystawianie konkurentom najniższej noty, by zaniżyć średnią, to bardzo trudno jest udowodnić, że ktoś nie ma racji. Wiele elementów pianistyki może być traktowanych relatywnie, zwłaszcza gdy poziom jest wyrównany, a tak zazwyczaj jest w finałach prestiżowych konkursów. W finale takich konkursów nigdy nie ma złych pianistów, ale zawsze jest ktoś, kto dostaje I nagrodę, a inny tylko wyróżnienie lub nic. To jest loteria, która mimo wszystko potrafi uczyć wielu rzeczy; jak radzić sobie z samokrytyką, jak radzić sobie z krytyką innych i jak radzić sobie z grą pod ogromną presją, ale również jak przygotować ogromny program, który często musi być zaprezentowany w ciągu kilku dni. Na pewno ktoś, kto jest zahartowany po takich konkursach, będzie lepiej radził sobie w przyszłości nie tylko na estradzie, ale również z krytyką, która może być różna. Im wyżej artysta zajdzie, tym więcej ludzi go usłyszy, będzie o nim pisać i tym większe jest prawdopodobieństwo, że ktoś napisze źle. To jest dobry trening psychologiczny, ale trzeba do niego podchodzić z odpowiednim nastawieniem.

             Zdarza się także, że zwycięzca konkursu wyjeżdża tylko z nagrodą, a pianista wyróżniony tak się spodobał organizatorom różnych imprez muzycznych, że otrzymuje wiele propozycji koncertowych i w krótkim czasie zyskuje popularność.

             - Najważniejsze jest, aby pianista pracował, rozwijał się i nie był tylko odtwórcą na estradzie.
Trzeba być wiernym swoim celom, swoim interpretacjom, swoim autorytetom w danej dziedzinie muzyki i mieć nadzieję na to, że ciężka praca zostanie doceniona, ale także mieć świadomość, że nie wszystko zależy od nas.

             Zaglądałam na Pana stronę na Facebooku i doszłam do wniosku, że nie tylko pianistyka Pana interesuje, oprócz muzyki orkiestrowej zauważyłam wielkie zainteresowanie muzyką wokalną – operową przede wszystkim. Czy te wszystkie posty związane są ze studiami dyrygenckimi?

             - Owszem, wraz z momentem rozpoczęcia studiów dyrygenckich moje zainteresowania względem form muzycznych zdecydowanie się poszerzyły. Wcześniej na mojej playliście były w większości pozycje fortepianowe – koncerty fortepianowe, utwory solistyczne, a teraz są na nich także opery, symfonie i cieszę się, że mogę ich słuchać i analizować z dużo większą świadomością. Często słucham tych dzieł z partyturą w ręku, co gwarantuje zupełnie inny odbiór, a utwory, które miałem przyjemność przygotowywać jako dyrygent i pracować nad nimi z orkiestrą, zostają na zawsze w głowie jak na nośniku USB i można je odtwarzać niemal od tyłu do przodu. Gdy znamy każde wejście drugich skrzypiec czy solo oboju, percepcja danego dzieła muzycznego zmienia się raz na zawsze.

            Na zakończenie chcę Panu podziękować za rozmowę. Mam nadzieję, że następną będziemy mogli zarejestrować podczas spotkania. Życzę sukcesów pianistycznych i dyrygenckich.

            - Ja również Pani dziękuję i mam nadzieję, że zobaczymy się niebawem w Polsce lub w Austrii przy okazji koncertu, już z udziałem publiczności. Pozdrawiam serdecznie Panią i wszystkich, którzy odwiedzają Pani portal.

Z Piotrem Kościkiem, znakomitym młodym polskim pianistą mieszkającym w Wiedniu rozmawiała Zofia Stopińska 15 czerwca 2020 roku.

Piotr Kościk: "Najważniejsze jest, aby pianista nie był tylko odtwórcą na estradzie" - część I

            Talent, pasja, wielka miłość do muzyki klasycznej i ciężka codzienna praca nad własnym rozwojem, najpierw w rodzinnym Rzeszowie, a później za granicą, zaowocowały wieloma sukcesami i propozycjami koncertowymi w wielu ośrodkach muzycznych na świecie. Tak można w jednym zdaniu napisać o znakomitym pianiście Piotrze Kościku, który od kilkunastu lat mieszka w Wiedniu. Nie mogąc się spotkać osobiście, postanowiłam poprosić Artystę o wywiad, kontaktując się za pomocą Skype’a. Zapraszam do lektury.

           Proponuję, aby naszą rozmowę rozpocząć od polecenia czytelnikom nowej płyty, którą zatytułował Pan „Fermata”, a zawiera Sonaty Józefa Haydna i Wolfganga Amadeusa Mozarta. Skąd pomysł na ten repertuar?

           - Już od czternastu lat mieszkam w Wiedniu i regularnie mam do czynienia z namacalną spuścizną tych kompozytorów. Codziennie przechodzę obok miejsc, w których żyli i komponowali, podziwiam architekturę miasta oraz otaczającą ją naturę, które były inspiracją dla wielu kompozycji. Nie tylko Wiedeń, ale i Eisenstadt, w którym większość życia spędził Józef Haydn. Salzburg, w którym urodził się Wolfgang Amadeus Mozart, Raiding czy Rohrau to przykłady wielu miast, czy miejscowości, które do dziś kojarzone są przede wszystkim z wielkimi geniuszami muzyki klasycznej. Czułem się już w pewnym sensie ukształtowany muzyką tych kompozytorów, a ponieważ na mojej pierwszej płycie znalazł się wyłącznie repertuar romantyczny, bo są to utwory Fryderyka Chopina i Ferenca Liszta, pomyślałem, że ta druga płyta z muzyką Mozarta i Haydna będzie dobrym uzupełnieniem.

           Nie zastanawiał się Pan nad nagraniem chociażby jednego utworu Ludwiga van Beethovena, zaliczanego do wielkiej trójcy klasyków wiedeńskich?

           - Przyznam szczerze, że nie celuję jakoś specjalnie w jubileusze, wręcz zauważam zjawisko, że w trakcie obchodzenia wielkich jubileuszy ośrodki muzyczne tak bardzo koncentrują się na ich obchodach, że ich programy często się powielają, pomijając twórczość innych kompozytorów, przez co brakuje różnorodności programu. W tym roku sytuacja jest zupełnie inna i to na niekorzyść obecnego jubilata. Wielka Beethovenowska międzynarodowa „impreza” została odwołana przez pandemię. Jeśli chodzi o sonaty Beethovena, to jest to zdecydowanie materiał na osobną płytę, myślę, że Mozart i Haydn harmonizują ze sobą lepiej, niż zestawieni obok sonat Beethovena. Wykonywanie ich zawsze sprawiało mi dużą radość, nie tylko na koncertach, ale również podczas pracy nad nimi – ćwiczenie utworów Mozarta i Haydna zostawiam sobie na zakończenie dnia, ponieważ są to utwory, które gram z największą chęcią, nawet wtedy, gdy po kilku godzinach pracy nie ma już motywacji, a za to przychodzi zmęczenie. Wbrew pozorom gra na fortepianie wymaga większej wydolności i pracy mięśni, niż to wygląda z zewnątrz. Wiadomo, że ciężko byłoby po pięciu godzinach gry sięgać po utwory, które są wymagające kondycyjnie, a wykonywanie utworów Mozarta i Haydna zawsze było i jest dla mnie czymś w rodzaju nagrody na zakończenie dnia pracy. To jest muzyka, która jest dla mnie bardzo organiczna, witalna i nie sprawia mi oporu, można powiedzieć, że jest również bardzo pianistycznie czyli wygodnie napisana.

           Mogę zaryzykować stwierdzenie, że muzyka klasyków wiedeńskich chyba najchętniej jest słuchana w Austrii i w Wiedniu. Jednocześnie musi to być wykonanie, które czymś ujmie bardzo wymagającą publiczność, szczególnie jeśli dotyczy to utworów Haydna, Mozarta i Beethovena. W dzisiejszych czasach nie wystarczy grać dobrze. Trzeba słuchacza zachwycić.

           - To prawda, nagrywanie utworów z tak zwanego standardowego repertuaru, które zostały utrwalone już tysiące razy, które są bardzo znane, jest ryzykowne. Dodatkowym ryzykiem jest to, że muzyka Mozarta i Haydna jest bardzo przejrzysta, dlatego też nie tylko wykonawca ma więcej czasu w swojej interpretacji zająć się szczegółami i niuansami, ale też publiczność ma więcej czasu na to, żeby je śledzić i ocenić. Zupełnie inaczej jest, kiedy jesteśmy na koncercie muzyki romantycznej, kiedy słuchamy na przykład sonaty Rachmaninowa czy jakiejkolwiek symfonii romantycznej, gdzie spotykamy się z ogromną fakturą i szybszym tempem zwrotów harmonicznych. W muzyce fortepianowej Haydna i Mozarta każda nuta ma na sobie światło reflektorów.          Uznałem, że jest sens wracać do tych kompozycji, ponieważ one chyba najdłużej towarzyszą życiu muzyka, dlatego też są najlepszym zwierciadłem naszego rozwoju. Sonat Mozarta zaczynamy się uczyć jako dzieci i bardzo często musimy je później powtarzać, ponieważ są one elementem składowym wszystkich egzaminów semestralnych, końcowych czy wstępnych na studia. Praktycznie nie ma takich konkursów czy egzaminów (z małymi wyjątkami), które nie mają w programie formy sonatowej. Po zakończeniu edukacji także nie odkłada się tych sonat, ponieważ są one również wykonywane podczas recitali i jak słusznie Pani zauważyła, są bardzo chętnie słuchane przez publiczność na całym świecie. Dlatego też utwory te towarzysząc nam przez całe życie, przechodzą pewną drogę w głowach, rękach i sercach każdego wykonawcy, a na tej drodze przez cały czas ewoluują.

           Kiedyś Światosław Richter powiedział do Heinricha Neuhausa, że dopiero po wielu latach zrozumiał, co miał na myśli, mówiąc o legato w jednym z utworów. Dopiero teraz jest w stanie zrealizować to, co było od niego wtedy wymagane. Nasze muzyczne kompetencje i wiedza rosną i rozwijają się nie tylko w trakcie edukacji, ale prze całe życie. Myślę, że ma to ogromny wpływ na interpretacje utworów, a gramy je inaczej nie dlatego, by na siłę szukać innowacji, lecz wynika to z coraz większej dociekliwości wobec danego utworu, wobec danej partytury, bo znamy ją coraz bardziej. Można to porównać do oddalania się od obrazu w galerii sztuki, kiedy stojąc przed nim bardzo blisko nie widzimy zbyt wiele. Zobaczymy o wiele więcej, dopiero jak zmienimy naszą perspektywę i zwiększymy kąt widzenia. Myślę, że podobnie jest z takimi utworami, jak sonaty Haydna czy Mozarta. W trakcie naszej edukacji, w trakcie działalności artystycznej oddalamy się od tego obrazu i widzimy coraz więcej, a zawarte w nutach wskazówki kompozytora mają o wiele szerszy kontekst. Pomyślałem, że to jest dobry moment, żeby nagrać te sonaty i była to spontaniczna oraz moim zdaniem trafna decyzja, ponieważ sytuacja z pandemią nauczyła nas tego, że w każdej chwili może się wszystko zmienić. Dlatego to, co chcemy zrobić, należy zrobić od razu, bo nie wiadomo, czy będzie to możliwe do zrobienia za miesiąc lub za rok. Bardzo się cieszę, że płyta została ukończona przed marcem tego roku.

           Polecając płytę, zacytował Pan stwierdzenie, że utwory Haydna i Mozarta są łatwe dla młodych pianistów, ale trudne są dla koncertujących artystów.

           - To jest znany cytat wydawcy - Artura Schnabla i jest w nim bardzo dużo prawdy, ponieważ, kiedy sięgamy po te nuty będąc dzieckiem, wszystko wydaje nam się łatwe i przejrzyste. Te nuty aż się "proszą", żeby postawić je na pulpicie i zacząć je grać. Wydają się wtedy łatwe, ponieważ celem uczącego się gry na fortepianie dziecka jest nauczenie się tego, co zapisane jest w nutach, natomiast dla dorosłych te utwory są trudne, ponieważ opanowanie tekstu jest dopiero pierwszym przystankiem w pracy nad dziełem. W pewnym momencie muzyk musi zdecydować, co zrobić z tą ogromna przestrzenią, która w tych utworach się wyłania. W tym momencie trzeba się skupić na czymś innym niż tylko na samych nutach, a to wymaga więcej pracy, ale też wiedzy i doświadczenia. Opanowanie tekstu muzycznego i gra utworów w tempie, na pamięć i ze wszystkim co jest napisane w nutach, jest tylko standardem – bazą, od której dopiero rozpoczyna się pracę nad utworem. Zarówno u Mozarta, jak i u Haydna etap ten osiąga się szybko, więc szybko stajemy przed wyzwaniem właściwej pracy artystycznej nad danym utworem.

           Słuchając sonat Józefa Haydna i Wolfganga Amadeusa Mozarta w Pana wykonaniu, zachwyciłam się klarownością i brzmieniem dźwięku. Słychać także urodę akustyki wnętrza, w którym Pan nagrywał.

           - Dziękuję bardzo za miłe słowa. Jeśli chodzi o akustykę, to miałem przyjemność nagrywać tę płytę w Sali o wspaniałym brzmieniu i akustyce, która sprzyja wykonawcy. Mowa tu o Lisztzentrum w Raiding – miejscowości na pograniczu austriacko- węgierskim, w której urodził się Franz Liszt. Akurat ta sala była dostępna, wiec pomyślałem sobie, że ani Mozart, ani Haydn, ani Liszt nie mieliby nic przeciwko temu, żeby właśnie tam została nagrana ta płyta. Raiding jest bardzo blisko od Eisenstadt oraz Rohrau - miejscowości, w której urodził się Haydn i jestem pewien, że często tamtędy przejeżdżał. Jest to sala spektakularna nie tylko pod względem akustyki, lecz równie spektakularne jest jej umiejscowienie. Ośrodek ten znajduje się w małej wiosce, która liczy 800 mieszkańców i do kompleksu wchodzimy wprost z otaczających go pól rzepakowych. Zbliżając się do Raiding widzimy z daleka tylko wieżę kościoła i Lisztzentrum. Jest to mała, spokojna miejscowość i można się tam doskonale wyciszyć, a tego potrzebuje wykonawca podczas nagrań. Choć teoretycznie mogłem na nagrania codziennie dojeżdżać samochodem z Wiednia, ponieważ jedzie się niecałą godzinę, wolałem mieszkać w malej wiosce z dala od huku metropolii, bo mogłem tu się lepiej skoncentrować i wsłuchać w to, co oraz jak chciałem nagrać.      Wspomniała Pani o klarowności i przejrzystości interpretacji. Ta muzyka jest sama w sobie tak naturalna i tak piękna, że moim zdaniem nie potrzebuje żadnego "photoshopa". Nie trzeba jej upiększać na siłę, dodawać czegoś, czego nie ma w nutach, czy wnosić do niej pasującego bardziej do epoki romantyzmu patosu, ponieważ Mozart był mistrzem semplice i jestem przekonany, że grając tę muzykę bez specjalnych rubat, bez hiperbolizacji tego, co jest zapisane, wyłaniamy z niej jej największy skarb, czyli piękno prostoty przekazu. Najważniejsze podczas gry jest mieć świadomość tego, co w tym momencie chcemy powiedzieć publiczności i świadomość wskazówek kompozytora. Starałem się w czasie sesji grać wszystko w sposób naturalny i na szczęście ten sposób był mi bliski. To nie są interpretacje, które zostały, że tak powiem, ulepione wyłącznie z poleceń nauczycieli czy profesorów, z którymi miałem do czynienia, lecz jest to również na szczęście i moje wyobrażenie tej muzyki.

           Na szczęście to bardzo dobrze słychać na nagraniu. Dobrze to zostało uchwycone przez reżysera nagrania. Płyta jest już dostępna w Internecie.

           - Nagrania są dostępne online na wszystkich znanych portalach muzycznych i streamingowych, takich jak Spotify czy iTunes, natomiast krążek jest w produkcji i najpóźniej za miesiąc płyta będzie dostępna w wersji fizycznej. Informacje, jak można będzie ją nabyć, a nie będzie to trudne, będą na mojej stronie internetowej i wszystkich profilach typu YouTube, Facebook.

           Doceniam wszystkie elektroniczne środki przekazu, które umożliwiają nam szybkie słuchanie płyty, ale uwielbiam włożyć krążek do odtwarzacza i słuchać muzyki z okładką płyty w ręku. Jak już wspomnieliśmy, żyjemy w czasach pandemii, ostatnio na koncercie w Filharmonii Podkarpackiej byłam 6 marca. Aktualnie słucham płyt, retransmisji proponowanych przez teatry operowe, filharmonie, stacje radiowe i telewizyjne. Powrót do sal koncertowych w Polsce będzie wymagał zastosowania wielu środków ostrożności. Pewnie inny przebieg ma pandemia w Austrii. Jaki wpływ ma pandemia na Pana działalność?

           - Faktycznie, w całej Europie działalność kulturalna i eventowa została sparaliżowana. Zmienił się także mój kalendarz – kilka koncertów zostało odwołanych lub przełożonych. Na początku działo się tak ze względu braku możliwości dotarcia na miejsce koncertu, później wszyscy odwoływali wszystkie imprezy, ponieważ ryzyko było zbyt duże, a w końcowym efekcie w trosce o zdrowie publiczności i muzyków zostało to prawnie zabronione. Każde państwo walczy z pandemią na swój sposób i inaczej wprowadza, i znosi wszelkie obostrzenia. Różnie jest też z ruchem międzynarodowym. Przed pandemią bywałem często w Szwajcarii i teraz czekam na wznowienie ruchu lotniczego Austrii ze Szwajcarią, ponieważ studiuję w Zurychu dyrygenturę. Na szczęście wszystko wskazuje na to, że niedługo wszystko powróci do normy.

           W Austrii od 29 maja odbywają się już wydarzenia kulturalne do 100 osób, od 1 lipca będzie to 250 osób, natomiast od 1 sierpnia w pomieszczeniach zamkniętych na widowni będzie mogło zasiąść 500 osób, dlatego też festiwale takie, jak Salzburger Festspiele na szczęście będą mogły się odbyć. Będzie sporo obostrzeń sanitarnych - na przykład prawy fotel (jedno krzesło) ma być wolne, a jeżeli odstęp pomiędzy osobami będzie mniejszy niż 1 metr, to będzie obowiązek noszenia maseczek. Maseczki nie obowiązują, jeżeli dane osoby dzielą ze sobą przestrzeń mieszkalną itd. Wiele jednak zależeć będzie od tego, na ile pewnie poczuje się publiczność, żeby wrócić do sal koncertowych, ale miejmy nadzieję, że niedługo całą tę sytuację będziemy już tylko wspominać i życie kulturalne wróci do normy sprzed pandemii.

            Mam także taką nadzieję, ponieważ uważam, że nie da się zastąpić koncertu odbieranego na żywo innym przekazem.

            - Ja też tak uważam. Na początku korzystałem z wszystkich możliwości cyfrowych, byłem abonentem Digital Concert Hall w Filharmonii Berlińskiej i zacząłem śledzić działalność internetowa wielu innych ośrodków koncertowych. Wiele tego typu instytucji starało się przyciągnąć publiczność, oferując darmowe lub zniżkowe abonamenty i należy im się za to duży ukłon, bo dzięki temu mogliśmy uczestniczyć w wydarzeniach kulturalnych lub mieć dostęp do zarejestrowanych wcześniej koncertów i spektakli w naprawdę świetnej jakości. Podobnie jak Pani, niedawno powiedział Piotr Beczała, że na dłuższą metę nawet najlepsza technologia nie będzie w stanie zastąpić koncertów i spektakli wykonywanych na żywo. Takiego zdania są zarówno publiczność, jak i artyści, ponieważ istotą bycia muzykiem jest możliwość przekazywania sztuki w sposób osobisty, a jej niezastąpionym elementem jest interakcja z publicznością.

To była pierwsza część wywiadu Zofii Stopińskiej z panem Piotrem Kościkiem, znakomitym pianistą młodego pokolenia pochodzącym z Rzeszowa, a mieszkającym na stałe w Wiedniu.

Rozmowa zarejestrowana została 15 czerwca 2020 roku.

Do lektury części II zapraszam już w najbliższy poniedziałek 22 czerwca 2020 roku.

Krzysztof Szczepaniak: "Wierzę, że tegoroczne Kursy będą udane"

            W tym roku z wielką niecierpliwością i niepokojem zaglądałam na stronę Międzynarodowych Kursów Muzycznych im. Zenona Brzewskiego w Łańcucie, ponieważ większość koncertów, imprez kulturalnych i kursów muzycznych odwołano, a część odbywa się online. Jest już informacja, że Kursy w Łańcucie się odbędą, chociaż po raz pierwszy nie rozpoczną się 1 lipca. O szczegółach rozmawiam z panem Krzysztofem Szczepaniakiem – przewodniczącym Komitetu Organizacyjnego Kursów oraz prezesem Stowarzyszenia „Międzynarodowe Kursy Muzyczne im. Zenona Brzewskiego w Łańcucie”
            - Bardzo długo zwlekaliśmy z decyzją dotyczącą tegorocznych Kursów ze zrozumiałych względów, bo sytuacja epidemiczna w kraju powodowała, że nawet do dzisiaj nie wiemy do końca, w jakim kształcie Kursy się odbędą. Postanowiliśmy, że zorganizujemy je.
Pierwotnie myśleliśmy o kursach robionych zdalnie, tak jak robią to niektórzy w kraju, eliminując bezpośredni kontakt uczestników z pedagogami.
            Doszliśmy jednak do przekonania, że łańcucki Kurs ma wielką renomę oraz ogromną tradycję, że jednak powinien się odbyć w formie, w której organizowany był zawsze do tej pory.
Nawet w stanie wojennym kursy się odbywały, a było o wiele trudniej, to dzisiaj w dobie koronawirusa jesteśmy w stanie podołać temu wyzwaniu.

            Dlaczego rozpoczynacie dopiero 12 lipca?
            - W tym roku przesunęliśmy termin rozpoczęcia Kursu ze zrozumiałych, ważnych względów. W Polsce, z przyczyn oczywistych, przesunięte zostały egzaminy maturalne, dyplomowe, rekrutacja do szkół podstawowych, średnich, na studia – to wszystko zostało przesunięte i dlatego chcąc dać możliwość przyszłym uczestnikom załatwienia sobie swoich spraw maturalnych, dyplomowych czy wstępu na wyższe uczelnie, postanowiliśmy przesunąć rozpoczęcie Kursu na dzień 12 lipca i turnus I trwał będzie do 24 lipca, natomiast turnus II rozpocznie się 26 lipca, a zakończymy go 7 sierpnia.

            Wykładowcami będą, jak zawsze, najlepsi wirtuozi i pedagodzy, ale w tym roku będą to wyłącznie artyści działający w Polsce.
            - Musieliśmy podjąć taką decyzję, bo inaczej zbytnio byśmy ryzykowali i nie uzyskalibyśmy akceptacji Ministerstwa Kultury na realizację tego przedsięwzięcia. Zrezygnowaliśmy w tym roku z zapraszania pedagogów zagranicznych, nie przyjmujemy także uczestników z zagranicy, zrezygnowaliśmy z prowadzenia form grupowych – nie będzie w tym roku orkiestry, nie będzie kształcenia słuchu.
            Koncerty, które planujemy robić w sali balowej łańcuckiego Zamku, będą organizowane z zachowaniem wszelkich ograniczeń – odległość, maseczki, ograniczona ilość uczestników. Wstępnie uzgodniliśmy z dyrektorem Witem Wojtowiczem, że w sali będzie mogło być 40, maksymalnie 50 osób, które usiądą tak, żeby maksymalnie ograniczyć kontakt.
Mam świadomość, że to będzie duże ograniczenie, zubożenie naszej oferty, ale wierzę też, że wszyscy uczestnicy, przyjaciele naszych Kursów, przyjmą nasze warunki ze zrozumieniem.

            Ważnym elementem kształcenia łańcuckich kursów była gra zespołowa. Wspomniał Pan, że nie będzie w tym roku orkiestry, a co z zespołami kameralnymi?
            - Chcemy, aby odbywały się zajęcia w ramach zespołów kameralnych, ale będą ograniczenia dotyczące składu – duety i tria. Musimy ograniczyć możliwość gromadzenia uczestników. Być może, że te nasze obostrzenia pójdą nawet w tym kierunku, że do Szkoły Muzycznej, gdzie będą odbywać się zajęcia, będą miały wstęp tylko uczestnicy Kursów, a rodzice i opiekunowie nie będą mogli uczestniczyć w lekcji, na czas lekcji będą musieli pozostać na zewnątrz.

            Nie będzie możliwości, aby na wieczorne koncerty w sali balowej mogli przychodzić mieszkańcy Łańcuta i okolicznych miejscowości.
            - Przy ograniczonej liczbie osób, które mogą się znajdować w Sali, będzie nam trudno zapraszać ludzi spoza kursów. Myślę, że będziemy musieli wydawać wejściówki na każdy dzień dla uczestników kursów, aby przede wszystkim im zabezpieczyć udział w tych koncertach.
Jesteśmy także po wstępnej rozmowie z panią Martą Wierzbieniec, dyrektor Filharmonii Podkarpackiej, która wstępnie zadeklarowała gotowość zorganizowania koncertu inauguracyjnego.
Być może, przy zachowaniu wymaganych odległości i innych obowiązujących przepisów, uda nam się zorganizować koncert inauguracyjny tradycyjnie z udziałem Orkiestry Filharmonii Podkarpackiej.

            Większość zaproszonych pedagogów jest dobrze znana w Łańcucie, ponieważ byli tu już wielokrotnie na poprzednich edycjach Kursów.
            - Tak, z pewnością przyjadą do Łańcuta: Konstanty Andrzej Kulka, Agata Szymczewska, Roman Lasocki, Tomasz Strahl, Janusz Wawrowski, Patrycja Piekutowska i wielu innych znakomitych pedagogów, którzy regularnie u nas prowadzą zajęcia. Będzie też nowa altowiolista, pani Ewa Guzowska z Akademii Muzycznej w Poznaniu.
Od czasu do czasu pojawiają się w gronie pedagogów łańcuckich kursów nowe polskie nazwiska, ale generalnie bazujemy na sprawdzonych, znakomitych, dobrze nam znanych polskich pedagogach. W tym roku także przyjęli nasze zaproszenie i cieszymy się, że będziemy mogli znowu ich gościć w Łańcucie.

            Dyrektorem artystycznym i naukowym 46 Międzynarodowych Kursów Muzycznych w Łańcucie jest profesor Krystyna Makowska-Ławrynowicz, Pan czuwa nad organizacją, a zainteresowani mogą się kontaktować z Wami za pomocą strony internetowej.
            - Strona funkcjonuje, tam są wszelkie informacje i przyjmujemy zgłoszenia. Na dzień 5 czerwca, na I turnus wpłynęło 125 zgłoszeń. Jest to niewiele mniej niż w latach poprzednich. Jeżeli zainteresowanie będzie duże, to możemy mieć problem z zabezpieczeniem pedagogów dla wszystkich. Mam jednak nadzieję, że sobie z tym poradzimy.
Podstawową bazą naszych kursów jest Państwowa Szkoła Muzyczna I stopnia im. Teodora Leszetyckiego w Łańcucie, która z nami współpracuje, oraz Miejski Dom Kultury.
Bazą noclegową dla większości będzie Bursa Szkolna, która przestała pełnić rolę izolatorium i niebawem zostanie udostępniona, oraz hotel „Łańcut”, w którym mieszkać będzie kadra pedagogiczna.
Staramy się o zabezpieczenie odpowiedniej ilości fortepianów i pianin dla akompaniatorów, których w tym roku będzie po dziesięciu na każdym turnusie, a wynika to z mniejszej ilości wykładowców.
Staramy się jak najmniej uszczknąć z tradycji, którą stworzyliśmy przez minionych 45 lat.

             Międzynarodowe Kursy Muzyczne im. Zenona Brzewskiego zawsze były otaczane życzliwością władz i mieszkańców Łańcuta.
             - Tak było i jestem przekonany, że będzie również w tym roku. Jestem bardzo wdzięczny panu burmistrzowi Rafałowi Kumkowi za wsparcie, którego nam udzielił.
.Cieszymy się życzliwością władz samorządowych miasta, dyrektorów Szkoły Muzycznej, Miejskiego Domu Kultury, Bursy Szkolnej, a przede wszystkim Muzeum – Zamku z dyrektorem Witem Wojtowiczem na czele.
Każdy pyta, czy mamy problemy i jak może nam pomóc. Dlatego wierzę, że tegoroczne Kursy także będą udane.

Z panem Krzysztofem Szczepaniakiem, prezesem Stowarzyszenia „Międzynarodowe Kursy Muzyczne im. Zenona Brzewskiego w Łańcucie” i przewodniczącym Komitetu Organizacyjnego Kursów rozmawiała Zofia Stopińska.

Subskrybuj to źródło RSS