wywiady

Sięgajmy po to, co najlepsze w naszej kulturze

      Zapraszam Państwa na spotkanie z panem Pawłem Przytockim, wybitnym dyrygentem, dyrektorem artystycznym Filharmonii Łódzkiej i wykładowcą Akademii Muzycznej im. Krzysztofa Pendereckiego w Krakowie. Rozmowa została zanotowana podczas przygotowań do koncertu, który odbył się 5 września tego roku w Krośnie w ramach organizowanego przez Filharmonię Podkarpacką programu „Przestrzeń otwarta dla muzyki”.

Bardzo rzadko przyjeżdża Pan do Krosna aby dyrygować koncertem.

      To prawda. Częściej jestem w Krośnie ze względów rodzinnych, niż artystycznych .W Rzeszowie zaś częściej dyryguję. Koncert, który odbędzie się w najbliższą sobotę w Kościele Farnym w Krośnie organizuje Filharmonia Podkarpacka i jest on w całości sfinansowany z budżetu Województwa Podkarpackiego.

Przepiękne utwory zabrzmią podczas tego wieczoru.

       Koncert rozpocznie Adagietto czwarta, najsłynniejsza część V Symfonii Gustava Mahlera. Powszechnie ta część uważana jest za muzyczny list miłosny skierowany do żony Almy. Później zabrzmi Legenda Henryka Wieniawskiego, która nawiązuje do trzeciego dzieła. Partie solowe wykona znakomity polski skrzypek Wojciech Niedziółka.
       Z Orkiestrą Symfoniczną Filharmonii Podkarpackiej wykonamy poemat symfoniczny Stanisław i Anna Oświecimowie Mieczysława Karłowicza, aby podkreślić, że w tym roku przypada 150 rocznica urodzin kompozytora. Jednocześnie w Krośnie urodził się i pochowany jest malarz Stanisław Bergman, który namalował obraz Stanisław Oświecim nad trumną Anny. Obraz ten był dla Mieczysława Karłowicza impulsem do stworzenia wspaniałego poematu. Kopia tego obrazu znajduje się w kaplicy kościoła Franciszkanów, a krypcie grobowej tej świątyni pochowani są Stanisław i Anna Oświecimowie. Zawsze marzyłem, żeby ten utwór zabrzmiał w Krośnie i to będzie pierwsze wykonanie tego poematu w moim rodzinnym mieście.

Warto podkreślić, że z solistą Wojciechem Niedziółką i Orkiestrą Symfoniczną Filharmonii Łódzkiej pod Pana batutą została nie tak dawno nagrana płyta CD z koncertami skrzypcowymi Henryka Wieniawskiego i Zygmunta Noskowskiego. Jestem zachwycona tym nagraniem, zresztą płyta była nominowana do nagrody fonograficznej Fryderyk.

       Ja także jestem bardzo zadowolony z tego nagrania, bo ono w pewien sposób „złamało” wytarte koleiny interpretacji, które powstały wokół Koncertu Henryka Wieniawskiego.

Ponad 40 lat jest Pan dyrygentem Okrągła rocznica minęła niepostrzeżenie..

      Tak, ale nie obchodzę jubileuszy i nie idę w ślady moich kolegów, którzy każde mijające 5-lecie działalności podkreślają serią koncertów. Uważam, że swoją ważność podkreślamy tym co robimy, a nie ilością cyferek i metryką urodzenia.

Tak naprawdę jeszcze w czasie studiów rozpoczął Pan współpracę z Filharmonią Krakowską, później w Teatrem Wielkim w Łodzi, był Pan dyrygentem , a także dyrektorem artystycznym Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku, dyrektorem artystycznym Filharmonii w Łodzi, dyrektorem naczelnym i artystycznym Filharmonii w Krakowie, aktualnie od sezonu 2017/ 2018 jest Pan ponownie dyrektorem artystycznym Filharmonii im. Artura Rubinsteina w Łodzi. Współpracował Pan z większością orkiestr symfonicznych w Polsce oraz często dyryguje Pan orkiestrami symfonicznymi i kameralnymi za granicą.
Zmiany, które nastąpiły w ciągu czterech minionych dekad są ogromne.

       Wszędzie nastąpiły ogromne zmiany. Pamiętam jak do Rzeszowa zaprosił mnie po raz pierwszy pan prof. Józef Radwan. Od tamtego czasu wiele się zmieniło dlatego, że bardzo rozwinęło się szkolnictwo muzyczne. Przez wiele dziesięcioleci w akademiach muzycznych kształcono wyłącznie wirtuozów, którzy po zakończeniu studiów nie stawali się wirtuozami i przeżywali pewien rodzaj degradacji trafiając do orkiestr.
       Gdybym teraz rozpoczynał pracę dyrygencką miałbym łatwiej, bo orkiestry są dużo lepsze. W tamtych czasach członkami orkiestr byli muzycy wykształceni w okresie powojennym i nie było tak wysokiego poziomu jaki jest teraz. To były trudne czasy, zresztą nigdy w tej materii nie było nadmiaru pieniędzy, ale nadmiaru pieniędzy nie ma na całym świecie.
       Nie tak dawno rozmawiałem z muzykiem, który jest członkiem Orchestra dell’Accademia Nazionale di Santa Cecilia w Rzymie i dowiedziałem się, że zarobki muzyków w Rzymie są gorsze od przeciętnych. Przy dużym nakładzie pracy, wysokich kosztach utrzymania w dużym mieście to nie są rewelacyjne pieniądze. W wielu krajach jest podobnie.

Obecnie publiczność z pewnością inaczej niż trzy albo cztery dekady temu, przyjmuje wykonywane na żywo utwory.

        Publiczność została wyedukowana. Młodzi ludzie którzy uczęszczali do szkół podstawowych czterdzieści lat temu i uczestniczyli w audycjach oraz koncertach dla szkół, mają teraz po pięćdziesiąt, sześćdziesiąt lat. Wielu z nich regularnie przychodzi na koncerty symfoniczne czy kameralne do filharmonii, albo do teatrów operowych.
        Powinno się dalej budować przyszłość, bo wiadomo, że poziom zajęć z muzyki w szkołach ogólnokształcących jest dramatycznie słaby. Kiedyś, jak moja córka uczęszczała do liceum, przeglądnąłem podręcznik do nauki muzyki i byłem wprost zdruzgotany. Młody człowiek zdający maturę nie ma zielonego pojęcia o muzyce.
        Powiem więcej, ostatnio przeczytałem, że ponad połowa (prawie 60 %) społeczeństwa polskiego uważa, że ostatnie reformy dotyczące pomocy państwa dla muzyków są niepotrzebne, że tego nie wolno robić, bo to jest wręcz złe. To znaczy, że artyści nie są poważani w społeczeństwie.
Ażeby być poważanym artystą, to trzeba zapełnić Stadion Narodowy (Dziesięciolecia) publicznością, śpiewając marne piosenki z wadą wymowy. Wtedy jest to wielka sztuka.

Większość społeczeństwa jest przekonana, że wszyscy artyści otrzymują takie wynagrodzenia jak ci, których koncerty zapełniają wielkie stadiony i gromadzą tłumy, nie doceniają muzyków, którzy do pracy w filharmoniach i teatrach operowych poświęcają co najmniej szesnaście lat na naukę. Na własnym przykładzie może Maestro potwierdzić.

        Wiele osób jest przekonanych jest, że dyrygent wychodzi na estradę , coś zamacha, ukłoni się i zejdzie. To wszystko. Nie mają zielonego pojęcia, że przygotowanie się do koncertu, to są dziesiątki godzin , czasem kilka lat pracy nad partyturą konkretnego dzieła .

Mało tego. Muzyk rozpoczynający naukę dyrygentury powinien już mieć solidne wykształcenie z zakresu historii teorii muzyki, dobrze grać na jakimś instrumencie…

      Tak było do niedawna. Pewnie się pani zdziwi. W tej chwili, wiem to z autopsji.Na dyrygenturę starają się osoby, które nie grają na żadnym instrumencie lub też zaczynają swoją edukację w tym zakresie.
Dyrygentura staję się rodzajem pewnego baletu połączonego z aerobikiem. Nie ma to nic wspólnego z dyscypliną sztuki.

Jak to możliwe?

        Stało się tak dlatego, że mamy nieustannych „wymyślaczy – reformatorów” i drugie grono etatowych „potakiwaczy”, którzy dają przyzwolenie społeczne na absurdalne reformy w szkolnictwie. To jest także odpowiedź na zadane przez panią pytanie – co się zmieniło.
W latach 70-tych i 80-tych nie do wyobrażenia było, żeby na dyrygenturę zdawał ktoś, kto rozpoczął naukę gry na instrumencie pół roku wcześniej.
To są zmiany, które według mnie idą w złym kierunku. Tego się nie zauważa, a później przechodzi się nad tym do porządku dziennego. Tak się stało i dlatego mówię coraz częściej, że dyrygentura staje się swoistym studium aerobiku.

Chcę jeszcze powrócić do Pana stwierdzenia, że gdyby Pan teraz rozpoczynał pracę dyrygenta, byłoby łatwiej Panu zadebiutować. Myślę, że powiedział Pan tak dlatego, że należy Pan do grona znakomitych dyrygentów i pedagogów, mających olbrzymią wiedzę oraz doświadczenie, którzy nie tylko chcą ją przekazać, ale także wprowadzić młodych ludzi na scenę.

       Od pewnego czasu są specjalne programy dla młodych dyrygent-rezydent, które spełniają ważną rolę i są bardzo pomocne. Chociaż z drugiej strony studenci dyrygentury mają możliwość chodzenia na próby do filharmonii i nie korzystają z tego. Nie doceniają tego, że podczas prób można obserwować pracę dyrygentów z orkiestrą, ale także poznać wiele dzieł , którymi dyrygować będą w przyszłości.
Uważam, że jeśli ktoś chce zostać dyrygentem i czuje pasję – to dyrygentem zostanie, ale jeśli ktoś zamierza robić karierę - nigdy dyrygentem nie będzie, a ilość występów na scenie nie jest miernikiem artyzmu.

Pana działalność artystyczna i praca pedagogiczna łączą się?

      Bardzo się łączą. Jednak odpowiedzialność w pracy pedagogicznej jest dwa razy większa, ponieważ zdają sobie sprawę z tego, że młody człowiek, który zaczyna studiować dyrygenturę, poświęca pięć lat życia na przygotowanie się. Trzeba w tym czasie solidnie z nim pracować i dbać o jego rozwój. Nie można nic przegapić, bo to jest życie młodego człowieka, który jest pełen nadziei i buduje swoją przyszłość. Pedagog powinien zrobić wszystko, żeby ten człowiek nie przeżył rozczarowania, albo nawet frustracji z tego powodu, że zdecydował się zostać dyrygentem. To jest odpowiedzialność za czyjeś życie.

Z moich obserwacji wynika, że orkiestry w ostatnich latach coraz mniejszą uwagę przywiązują do nagrań płytowych, chociaż Orkiestra Filharmonii im. Artura Rubinsteina z Łodzi sporo nagrywa.

      Płyty nagrywa się nie po to, żeby je sprzedawać. Sprzedaż praktycznie nie istnieje. Każdy może sobie dowolne nagranie posłuchać na YouTube Music, Spotify… Na sprzedaży płyt nie można zarobić. Płyty nagrywa się po to, żeby mieć swoją wizytówkę z aktualnym poziomem zespołu.
Płyta zawsze zmusza do pokory. Wymaga tego obecność mikrofonów. Musi być ogromna dyscyplina podczas nagrania. Mikrofon jest bezwzględny – obnaża wszystko. Wszystkim jest to potrzebne, zarówno muzykom jak i dyrygentowi.
      Dobór repertuaru na płytach jest także bardzo istotny bo w pewien sposób określa tożsamość zespołu. Ostatnio skupiłem się na nagraniu na przykład koncertów Emila Młynarskiego, Aleksandra Tansmana, Grażyny Bacewicz, Zygmunta Noskowskiego…
Poprzez repertuar na płytach dookreślamy się jako zespół , pokazujemy profil zespołu. Nie mamy ambicji, żeby nagrać komplet symfonii Antona Brücknera, czy Gustava Mahlera, bo nagrane zostały już wiele razy. Nie wiem, czy jest w Polsce orkiestra, która mogłaby nagrać wszystkie symfonie Gustava Mahlera i spróbować się porównywać z nagraniami na przykład Orkiestry Festiwalowej z Lucerny, czy orkiestr z Wiednia i Berlina.

Ma Pan w tej chwili wpływ na to, co grane jest w Filharmonii Łódzkiej. Stara się Pan, aby programy koncertów wypełniały piękne, ambitne, wartościowe i wymagające utwory.

      Na otwarcie sezonu w Łodzi przygotowujemy Symphonie de chambre i II Koncert fortepianowy Aleksandra Tansmana oraz IV Symfonię Witolda Lutosławskiego.
W październiku zapraszamy na koncert kameralny, podczas którego będziemy świadkami polskiego prawykonania Kwartetu smyczkowego c-moll Pawła Kleckiego.
        Staram się, aby w programach koncertów często były utwory polskich kompozytorów, bo muzyka polska w moim przekonaniu jest najlepszym towarem eksportowym jeśli chodzi o polską kulturę.
Grzechem byłoby nie wykorzystać tej wielkiej wartości, która tkwi w muzyce polskiej i ma wymiar światowy.
       Ostatnio miałem przyjemność dyrygować Koncertem na orkiestrę Witolda Lutosławskiego w stolicy Brazylii i byłem naprawdę dumny z tego, że jestem Polakiem, że mam zaszczyt dyrygować utworem polskiego kompozytora, że na koncercie jest Ambasador RP. Publiczność z ogromną żarliwością i oddaniem dziękowała za ten utwór. Czułem, że dzieje się coś wyjątkowego. Mamy się czym chwalić i sięgajmy po to, co najlepsze w naszej kulturze.

To bardzo dobra puenta naszego spotkania. Bardzo dziękuję za poświęcony mi czas.

      Ja także dziękuję za rozmowę

Zofia Stopińska

,

Z dyrektorem Waldemarem Szybiekiem przed XXXV Festiwalem im. Adama Didura w Sanoku

Czas, który pozostał do rozpoczęcia 35 Festiwalu im. Adama Didura w Sanoku łatwo możemy policzyć w godzinach. Spotykamy się z panem Waldemarem Szybiakiem, dyrektorem Sanockiego Domu Kultury i Festiwalu im. Adama Didura, aby przybliżyć Państwu program zbliżających się wydarzeń i zaprosić na koncerty. Przed nami jubileuszowa edycja.

        Z tego powodu policzyłem czego dokonaliśmy w minionych latach i okazało się, że w ciągu tych 35 lat wystawiliśmy 57 tytułów operowych, 30 baletowych, 20 operetkowych i musicalowych oraz około 200 koncertów muzyki instrumentalnej i wokalno-instrumentalnej. W sumie odbyło się ponad 300 wydarzeń i mamy się czym chwalić. Staraliśmy się, aby Festiwal im. Adama Didura zawsze stał na wysokim poziomie.

Bardzo interesująco zapowiada się także tegoroczna edycja.

       Zaczynamy 19 września , a wcześniej będzie jeszcze 3 dniowe Preludium filmowe – od 16 do 18 września będziemy grali m.in. polski film „Baryton” Janusza Zaorskiego z pierwszoplanową rolą Zbigniewa Zapasiewicza, będzie opera „Aida” transmitowana z Metropolitan Opera… W sumie będzie 6 bardzo dobrych filmów a wszystkich zainteresowanych prosimy o odwiedzenie naszej strony internetowej.

Oficjalne rozpoczęcie festiwalu odbędzie się 19 września o 18.00 w Sali Sanockiego Domu Kultury. W wykonaniu Polskiej Opery Królewskiej usłyszymy wczesne oratorium Georga Friedricha Haendla IL TRIONFO DEL TEMPO E DEL DISINGANNO. Będzie to sceniczna wersja tego rzadko wykonywanego oratorium i bardzo się cieszymy, że utwór wykonany zostanie na naszym festiwalu.

20 września będziemy gościć Krzysztofa Bączyka wschodzącą gwiazdę nie tylko polskiej, ale także światowej wokalistyki. Znakomitemu basowi towarzyszyć będzie Katarzyna Drelich (sopran), a przy fortepianie zasiądzie znakomita Anna Marchwińska. Tego wieczoru usłyszymy słynne arie i duety z oper. Dodam, że Krzysztof Bączyk z wielkim powodzeniem występował już w Covent Garden w Londynie i w mediolańskiej La Scali, a przed nim opera „Aida” Verdiego w Metropolitan Opera w Nowym Jorku. W Sanoku Krzysztof Bączyk kontynuuje tradycje recitali wielkich gwiazd, które odbyły się na przestrzeni minionych lat. Przypomnę, że w tym cyklu występowali już u nas m.in.: Andrzej Hiolski, Bogdan Paprocki, Bernard Ładysz, Aleksandra Kurzak, Tomasz Konieczny, Artur Ruciński i wielu innych światowej sławy śpiewaków.

21 września (poniedziałek), zgodnie z tradycją wieczór z cyklu „Klasyka operetki” i proponujemy mniej znaną operetkę Emmericha Kálmána – Księżna Chicago. Podkreślę, że to będzie sanocka prapremiera tego utworu, a spektakl przygotował Mazowiecki Teatr Muzyczny im. Jana Kiepury.

22 września w cyklu „Mistrzowskie dzieła, mistrzowskie interpretacje” wystąpi znana już sanockiej publiczności Orkiestra Kameralna Polskiego Radia Amadeus pod dyrekcją Anny Duczmal-Mróz. Pierwszą część koncertu wypełni Oktet Es-dur op.20 Feliksa Mendelssohna-Bartholdy’ego, a w części drugiej usłyszymy arie z oper: Giuseppe Verdiego, Gioacchino Rossiniego i Vincenzo Belliniego w wykonaniu Joanny Moskowicz (sopran) z towarzyszeniem |Amadeusa.

23.września zapraszamy na „Międzynarodową Galę Operową” w wykonaniu pięciu absolwentów École Normale de Musique de Paris, pochodzący z Japonii, Stanów Zjednoczonych, Francji i Węgier, których przygotowała Sylvie Valayre znana sopranistka , która kiedyś występowała z Lucianem Pavarottim i Placido Domingo, a obecnie jest pedagogiem śpiewu. Zapowiada się niezwykle atrakcyjny koncert.

Także niezwykle interesujący i oryginalny będzie kolejny wieczór 24.września, ponieważ wykonany zostanie przez artystów Opery Śląskiej w wersji koncertowej Król Roger Karola Szymanowskiego. Na scenie pojawi się chór, orkiestra oraz soliści. Ciekawostką będzie fakt, że chór dziecięcy będzie z Sanockiego Domu Kultury. Mamy nadzieję, że wszystko się uda. Przypomnę, że minęło 100 lat od premiery tej opery, która miała miejsce 26 czerwca 1926 roku w Warszawie. Dodam, że bilety już mamy wyprzedane.

25 września Opera Śląska będzie miała u nas swój Wieczór baletowy. Odbędą się dwa przedstawienia. Pierwsze to Szecherezada Mikołaja Rimskiego-Korsakowa, która już była dwukrotnie wykonana podczas minionych edycji w dwóch różnych aranżacjach, tym razem w reżyserii i choreografii Roberta Bondary. Po przerwie GŁÓD balet na motywach powieści Knuta Hamsuna.

Na finał 26 września proponujemy koncert muzyki kameralnej zatytułowany Wariacje na tematy z oper Wolfganga Amadeusza Mozarta. Solistą będzie słynny klarnecista francuski Pierre Génisson, a towarzyszyć mu będzie zaprzyjaźniony z festiwalem Kwartet Airis. Tak przedstawiają się koncerty 35. Festiwalu im. Adama Didura.

Prawie od początku Festiwalowi towarzyszy Konkurs Kompozytorski im. Adama Didura.


1 września rozstrzygnięty został XXXIV Konkurs Kompozytorski im. Adama Didura. Jury w składzie : prof. Eugeniusz Knapik (przewodniczący), porf. Wojciech Widłak i dr hab. Wojciech Ziemowit Zych , po zapoznaniu się z nadesłanymi partyturami i wnikliwej analizie postanowili przyznać jedną nagrodę w wysokości 4000 zł. Otrzyma ją Piotr Pudełko za utwór Impresja miłosna na baryton z towarzyszeniem kwartetu smyczkowego do słów Bolesława Leśmiana. Przyznano także wyróżnienie w wysokości 2000 zł, które otrzyma Aleksandra Nowak za utwór Cała jestem ze szkła na baryton i fortepian do słów własnych. Wyróżniony utwór zostanie wykonany podczas festiwalu 25 września przed spektaklami baletowymi.

Bardzo ważnym elementem towarzyszącym festiwalom jest Obóz Humanistyczno-Artystyczny.

         Obóz organizowany jest dla dzieci klas 1-3 szkół podstawowych i przygotowuje dzieci do odbioru sztuki. W tym roku wybraliśmy temat „Wszystko wokół Karola Szymanowskiego”. Przygotowaliśmy film i warsztaty, Chcemy przybliżyć przyszłym melomanom postać wielkiego polskiego kompozytora.

Festiwalom towarzyszą także wystawy.

         Tak będzie i w tym roku. Zapraszamy do obejrzenia wystawy słynnego polskiego artysty fotografika Juliusza Multarzyńskiego “Chwilo! Trwaj, jesteś piękna”. Wszystkie fotogramy związane będą ze sztuką baletową.

Czy można jeszcze kupić bilety na wieczorne wydarzenia?

        Wiem, że na „Króla Rogera”, na balet, operetkę bilety są już dawno wyprzedane, ale na koncerty kameralne mogą jeszcze Państwo próbować. Czasami ktoś nie może przybyć na koncert i czasami nawet w ostatniej chwili można kupić bilet.
Zachęcamy do zainteresowania się wszystkimi wydarzeniami XXXV Festiwalu im. Adama Didura w Sanoku, bo wszystkie festiwalowe wieczory w Sanockim Domu Kultury będą piękne. Panu Waldemarowi Szybiakowi dziękują za rozmowę i poświęcony mi czas.

Zofia Stopińska

Z kart historii Festiwalu Bravo Maestro. Wspomnienia Tomasza Strahla

        30. Festiwal Bravo Maestro zakończył się przed tygodniem. W czasie trwania i tuż po zakończeniu tego święta muzyki, mogli Państwo śledzić wszystkie festiwalowe wydarzenia.
Proponuję Państwu jeszcze jedno spotkanie ze znakomitym artystą, który występował w Kąśnej Dolnej na pierwszej edycji festiwalu.

        Pierwszymi osobami, które spotkałam przed koncertem finałowym 30. Festiwalu Bravo Maestro byli panowie Łukasz Gaj, dyrektor Centrum Paderewskiego W Kąśnej Dolnej i prof. dr hab. Tomasz Strahl, jeden z najwybitniejszych współczesnych polskich wiolonczelistów, ceniony solista i kameralista. Od 2024 roku piastuje prestiżowe stanowisko rektora Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie.
Znany jest jako entuzjasta muzyki dawnej, który równie chętnie i z wielkim powodzeniem wykonuje oraz propaguje dzieła kompozytorów współczesnych. Styl jego gry definiuje synteza doskonałości technicznej oraz wrażliwości i śpiewności brzmienia. Krytycy muzyczni i słuchacze cenią go przede wszystkim za wyjątkową kulturę dźwięku i niezwykłą świadomość wykonawczą.
Ponieważ próba już się zakończyła, a było jeszcze sporo czasu do rozpoczęcie koncertu prof. Tomasz Strahl zgodził się na krótką rozmowę.

Mam nadzieję, że pamięta Pan swój pobyt sprzed 30. lat w Kąśnej Dolnej na pierwszej edycji Bravo Maestro.

        Doskonale pamiętam pierwszy festiwal. Zanim się rozpoczął, to już jego legenda ruszyła w Polskę, ponieważ festiwal wyprzedził swoją epokę i wprowadził kameralistykę polską w XXI wiek.
Nikomu wcześniej, ani później nie udało się stworzyć takiej formuły, żeby do jednego tak przepięknego miejsca przyjechała plejada najwybitniejszych polskich skrzypków, altowiolistów, wiolonczelistów i pianistów. Wedy to miejsce wyglądało znacznie gorzej, bo po powojennych zaniedbaniach dworek i jego otoczenie, powoli zaczynały dzięki staraniom gospodarzy, ukazywać swoje piękno.
          Wszyscy ci wybitni soliści, których na co dzień można było spotkać w salach koncertowych, a byli to: Vadim Brodski, Wanda Wiłkomirska, Konstanty Andrzej Kulka, Stefan Kamasa, Krzysztof Jabłoński, Waldemar Malicki, Ewa Pobłocka… Ja wówczas jako młody debiutant dołączyłem do tego grona i byłem po prostu oszołomiony, ale zaszczycony i uradowany. Ten festiwal odegrał też bardzo ważna rolę promocyjną, bo tutaj przyjeżdżała TVP Program II i bywało tak, że godzinę po koncercie oglądaliśmy już relację i krótki fragment tego wydarzenia. Głośno było o Kąśnej w całej Polsce.
         Graliśmy w składach, które nigdy się później nie powtórzyły. Zaistniały tylko tu – na przykład : Waldemar Malicki – fortepian, Wanda Wiłkomirska – skrzypce i Tomasz Strahl wiolonczela, albo Vadim Brodski – skrzypce, Konstanty Andrzej Kulka – skrzypce, Stefan Kamasa – altówka, Andrzej Ratusiński – fortepian.
Ta nowa formuła tego festiwalu była czymś bardzo oryginalnym oraz wielkim i przetrwała aż po dzień dzisiejszy.

Stojąca obok dworu oficyna, w której obecnie podczas festiwalu mieszkają artyści, nie była jeszcze zamieniona na hotel i wszyscy mieszkali dosyć daleko od dworu.

        Pamiętam, że mieszkałem w Ciężkowicach, w domu, w którym wynajmowane były pokoje. Dzisiaj, po tej generalnej odnowie całego kompleksu, nie tylko dworu i hotelu, ale także otaczającego parku, sali koncertowej, parkingu i mostu, wszystko wygląda inaczej. To jest już inny świat.
        Pamiętam, stojącą powyżej dworku starą, opuszczoną szklarnię, w której wystąpili Michał Urbaniak i Janusz Olejniczak. Wtedy zauważyliśmy położoną trochę wyżej niszczejącą stodołę i mówiliśmy: jak by to było fajnie gdyby na miejscu tej stodoły wybudowano salę koncertową. Ale uważaliśmy, że to tylko marzenia, bo przecież to nie może się udać. Po latach okazało się to możliwe i dzisiaj koncerty odbywają się w pięknej, klimatyzowanej Sali Koncertowej Stodoła o bardzo dobrej akustyce.
         Wracając do pierwszych edycji. Pamiętam jak samochody, parkowały tuż za bramą wejściową do parku na trawie. W dworku było bardzo ciasno. Artyści siedzieli tuż przy głównym wejściu do dworku, a dla publiczności przygotowano miejsca na wprost, w salach po bokach i jeszcze na korytarzu. Było tak gorąco, że „można było się ugotować”, W tych warunkach nie można było przestrzegać przepisów przeciwpożarowych. Dzisiaj nikt by na to nie pozwolił.
          Jak tylko przebywali w swoim dworze położonym w pobliskich Lusławicach państwo Pendereccy, to przyjeżdżali do Kąśnej na koncerty. Obecni byli przedstawiciele władz samorządowych. Od początku ranga festiwalu Bravo Maestro była bardzo wysoka.

Początkowo w jedynej zachowanej na świecie posiadłości Ignacego Jana Paderewskiego nie było dobrego fortepianu koncertowego.

         To prawda, ale i ten problem został niedługo rozwiązany, bo obecny na jednej z pierwszych edycji szwajcarski pianista Urus |Ruchti , tak był urzeczony tym miejscem, że natychmiast po przez wyjeździe z Kąśnej, postanowił koncertować w największych miastach Francji, Szwajcarii i Niemiec, a honoraria i wolne datki przeznaczył na zakup fortepianu koncertowego Fazioli dla dworku Paderewskiego w Kąśnej.
          Pamiętam jak pierwsza dyrektor festiwalu pani Anna Knapik uroczyście go otwierała 23 sierpnia, bo wtedy festiwal Bravo Maestro odbywał się od 23 do 31 sierpnia, a Maraton Muzyczny odbył się 31 sierpnia.
Marzeniem każdego młodego muzyka był występ na tym festiwalu u boku najlepszych sławnych artystów. Wielu moich znakomitych kolegów tutaj grało – m.in. Rafał Kwiatkowski, Marcin Zdunik,. Podobnie było z altowiolistami i skrzypkami – grali to \Kuba Jakowicz, Janusz Wawrowski Katarzyna Duda…W ciągu lat rozszerzał się repertuar, pojawiły się koncerty z muzyką jazzową, dawną, były recitale wokalne, koncerty kwartetów smyczkowych. Występowali tutaj wszyscy polscy muzycy, którzy dzisiaj są rozpoznawalni wizerunkowo z imienia i nazwiska. Natomiast pierwsza edycja w 1996 roku była niezwykle elitarna, bo zaproszeni zostali najlepsi muzycy średniego i starszego pokolenia, natomiast z młodych muzyków byłem tylko ja i Lech Bałaban.
           Dla publiczności te koncerty były nie lada gratką, bo z pewnością po raz pierwsze mogła spotkać i posłuchać podczas jednego wieczoru wszystkich sławnych nie tylko w Polsce artystów, a byli to: Wanda Wiłkomirska, Vadim Brodski, Konstanty Andrzej Kulka, Stefan Kamasa, Andrzej Ratusiński, Janusz Olejniczak, Krzysztof Jabłoński, Ewa Pobłocka, i Waldemar Malicki.
           To się organizacyjnie udało w czasach, kiedy jeszcze nie było systemów bankowych, e-maili, telefonów komórkowych.

Ciekawa jestem w jaki sposób organizatorzy zdobywali i kopiowali materiał nutowy.

           Niektórzy coś tam przywieźli, bo pierwsze ustalenia programowe odbyły się wiosną 1996 roku. Niektóre nuty były przysłane z Centralnej Biblioteki Muzycznej i z biblioteki Akademii Muzycznej w Krakowie.
           To było bardzo trudne logistyczne, ponieważ dla kilkunastu muzyków trzeba było przygotować materiały na 5 lub 6 koncertów. Do tego jeszcze na finał czyli \Maraton Muzyczny, gdzie były potrzebne również potrzebne były materiały pisane, bo na przykład Waldemar Malicki miał wtedy swoje pomysły aranżacyjne i też musiał wszystko wcześniej wszystko przygotować.
           Pamiętam jak chyba w 2000 roku dołączył do nas Krzysztof Jakowicz razem z Kubą. Pamiętam, że graliśmy wtedy muzykę węgierską na pograniczu lżejszej muzy.. Ze zdobyciem nut były ogromne kłopoty.

Ja z kolei pamiętam okolicznościowe koszulki z nadrukami Bravo Maestro i szczególnie młodzi melomani zabiegali o zdobycie odpisów wszystkich artystów. Mam nawet zdjęcie, jak maestra Wanda Wiłkomirska, Waldemar \Malicki i Pan występowaliście w tych koszulkach.

           Od pierwszego koncertu w 1996 roku panowała podczas Festiwalu Bravo Maestro nadzwyczajna atmosfera. Publiczność była od początku bardzo zainteresowana i przyjmowała nas gorąco. O tym wydarzeniu było głośno nie tylko w Polsce.

Wiele się zmieniło wokół nas w czasie ostatnich 30 lat.

          To jest zupełnie inny świat, Wypiękniał dworek, mieszkamy w wygodnym hotelu Domu Pracy Twórczej i kawiarnia Maestro, a na miejscu walącej się stodoły stoi piękna Sala Koncertowa Stodoła.
          Jestem zachwycony i składam wyrazy szczerego uznania panu dyrektorowi, władzom samorządowym oraz Ministerstwu Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które wydało sporo pieniędzy, żeby jedyna zachowana na świecie posiadłość Ignacego |Jana Paderewskiego, pierwszego premiera niepodległej Polski wróciła do świetności.

Każdego roku pod koniec sierpnia, w czasie festiwalu Bravo Maestro można posłuchać Pana gry w Kąśnej Dolnej

          Zawsze jak był telefon z Kąśnej to rezerwowałem sobie czas na przyjazd, choćby tylko na jeden dzień. |To jest szczególne miejsce. Ten festiwal odegrał ogromną rolę w mojej osobistej karierze (kontakty, koncerty, rozpoznawalność). Także jako muzyk wzbogaciłem się grając z wielkimi mistrzami, a przede wszystkim wystąpiłem w maestrą Wandą Wiłkomirską.
Poznałem tę artystkę jako 5-letnie dziecko, kiedy wystąpiła w Jeleniej Górze na zaproszenie mojego ojca, który był wówczas dyrektorem tamtejszej Orkiestry Symfonicznej.
          Kiedy miałem około 10 lat pani Wanda Wiłkomirska była u nas w domu i musiałem zagrać na wiolonczeli. Nie był to najlepszy występ, bo ja nie byłem cudownym dzieckiem i maestra od razu odkryła, że nie lubię ćwiczyć.
Przypomniałem jej o tym w podczas następnego spotkania w Kąśnej Dolnej i wtedy usłyszałem: „Ja tak do ciebie powiedziałam? To niemożliwe”.
          Puenta była następująca. Maestro Antoni Wit, ówczesny dyrektor Filharmonii Narodowej, zorganizował 11 stycznia 2009 roku uroczyste 80-lecie urodzin Wandy Wiłkomirskiej, bo przecież przez 22 lata wielka artystka była solistką Filharmonii Narodowej. Graliśmy wtedy z Waldemarem Malickim i Kają Danczowską Trio d-moll op. 49 Feliksa Mendelssohna-Barthody’ego w dużej Sali Filharmonii Narodowej. To było moje ostatnie spotkanie z Wandą Wiłkomirską.

Bardzo się cieszę, z dzisiejszego spotkania podczas 30. Festiwalu Bravo Maestro i mam nadzieję na następne. Dziękuję bardzo za wspomnienia i poświęcony mi czas.

           Ja także dziękuję za rozmowę. Do zobaczenia.

Zofia Stopińska

Waldemar Malicki: Granie kameralne jest dla mnie fascynujące.

        Od 21 do 23 sierpnia 2026 roku odbył się 30 Festiwal Muzyki Kameralnej Bravo Maestro organizowany przez Centrum Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. Organizatorzy zaprosili trzech znakomitych artystów, którzy występowali podczas pierwszych edycji festiwalu: Vadima Brodskiego – wirtuoza skrzypiec i dyrektora artystycznego Bravo Maestro, pianistę Waldemara Malickiego, wiolonczelistę Tomasza Strahla.

        Festiwal zainaugurował Vadim Brodski i Orkiestra Arte Symfoniko pod dyrekcją Mieczysława Smydy koncertem zatytułowanym „BRODSKI THE BEATLES”. Drugi koncert zatytułowany „MALICKI PIANO” wykonali Waldemar Malicki i Kwintet Śląskich Kameralistów. Tegoroczną edycję zakończył , podobnie jak poprzednie, „MARATON MYZYCZNY – Dźwięki, które wracają”, a wykonawcami byli: Vadim Brodski – skrzypce, Waldemar Malicki – fortepian, Tomasz Strahl – wiolonczela, zaś gośćmi specjalnymi byli: Margherita Brodski – flet, Julian Brodski – saksofon i Bartłomiej Wezner – fortepian. Koncerty znakomicie prowadziła Regina Gowarzewska.

        Każdego wieczoru sala wypełniona była publicznością, która gorąco oklaskiwała znakomite kreacje i dziękowała wykonawcom owacjami na stojąco.

        Zapraszam Państwa na spotkanie z panem Waldemarem Malickim, jednym z najpopularniejszych pianistów polskich, solistów kameralistów i improwizatorów, artystą, którego wkrótce będziemy oklaskiwać w Rzeszowie.

Rozmawiamy na tarasie kawiarni Maestro mieszczącej się w oficynie dworku Ignacego Jana Paderewskiego w Kąśnej Dolnej, przed finałowym koncertem 30 Festiwalu Bravo Maestro. Był Pan jednym z artystów, którzy występowali tutaj w 1996 roku, podczas pierwszego festiwalu. Proszę podzielić się z nami wspomnieniami z tamtych koncertów.

        Prawdę mówiąc nie pamiętałem już nic, bo to było bardzo dawno. Raczej żyję dniem dzisiejszym, a nie wspomnieniami. Dopiero jak przyjechałem tutaj, to zacząłem sobie przypominać te koncerty, które odbywały się w warunkach można by powiedzieć wojennych, bo tylko niewielka część publiczności widziała wykonawców. My siedzieliśmy w dosyć małej sieni, a publiczność wypełniała wszystkie przylegające do niej pomieszczenia.
Jednocześnie panował niezwykły nastrój, bo występowali najlepsi polscy muzycy kameraliści i ja także się „załapałem” do tego grona.
Każdy z koncertów był wielkim wydarzeniem, które już nigdy się nie powtórzyło. Nie wiem czy dzisiaj można by było coś takiego zorganizować.

Później już nie występował Pan w Kąśnej Dolnej.

         Zająłem się innymi rzeczami, stworzyłem zespół, z którym występuję. Poszedłem w kierunku tego, co mi w duszy gra, czyli bawię ludzi. Bardzo lubię być blisko publiczności.

W roli solisty i kameralisty miałam szczęście oklaskiwać Pana dość często w Filharmonii Rzeszowskiej (obecnie Podkarpackiej) oraz podczas koncertów Muzycznego Festiwalu w Łańcucie. Występował Pan jako solista oraz towarzyszył Pan prawie wszystkim wybitnym śpiewaczkom i śpiewakom, a także wirtuozom gry na różnych instrumentach.

         Grałem w Rzeszowie i Łańcucie mnóstwo koncertów jako kameralista, bo zawsze uważałem, że urodziłem się kameralistą. Teraz więcej gram samodzielnie, albo uprawiam różne inne około muzyczne formy słowno-muzyczne, czyli różne humorystyczne specjalności, które jak się okazało też mi „leżą”.

Początkiem tych pomysłów były improwizacje. Potrafił Pan wypełnić improwizacjami całe koncerty.

         Tak, nawet często prosiłem publiczność o tematy, a teraz już mi to przeszło i realizuję inne pomysły. Jestem zwolennikiem stałego rozwoju, ciągłej nauki i dlatego przez cały czas coś mnie interesuje i robię coś nowego.

Znany jest Pan szerokiemu gronu publiczności jako członek i wodzirej Filharmonii Dowcipu. Kilka razy słyszałam opinie, że ten program ma również walory edukacyjne, ponieważ można w nim poznać przepiękne melodie napisane przez największych kompozytorów m.in.: Mozata, Beethovena, Chopina… Czy tworząc je myśleli panowie o edukacji?

        Ja nawet spotkałem osoby, które dzięki tym programom rozpoczęły naukę w szkołach muzycznych i je ukończyły. Dla nas edukacja jest czymś nieoficjalnym, bo tak naprawdę edukacja służy nam do zabawy.
         Natomiast jeśli chodzi o popularność, to zauważyłem, że najbardziej jestem popularny wśród pracowników parkingów, bo w wolnym czasie oglądają nasze programy na małych telewizorkach.

Ciekawa jestem jak powstała Filharmonia Dowcipu.

         Najpierw zacząłem współpracować z Bernardem Chmielarzem, który jest najinteligentniejszym człowiekiem jakiego spotkałem w życiu. Robiliśmy takie muzyczne łamigłówki – krzyżówki, zabawne kombinacje itd. Bardzo nam się to podobało.
Na jeden z moich koncertów przyszedł reżyser Jacek Kęcik, który po koncercie podszedł do mnie i powiedział, że proponuje mi zmienić życie. Dołączyliśmy Bernarda i we trzech zaczęliśmy tworzyć treść naszych występów. Najpierw w malutkim składzie, a potem w coraz większym, aż powstała 19-osobowa orkiestra, kilkoro solistów i w tym składzie wyruszamy za chwilę w trasę po Polsce.

          Może to zabrzmi nietypowo, ale jest wielu inteligentnych muzyków, którzy robią różne ciekawe przeróbki, łamigłówki, krzyżówki, aranżacje, parodie… To w zasadzie pozostaje w środowisku muzycznym, ponieważ to jest nie zrozumiałe dla innych warstw środowiska, jak dla mnie niezrozumiałe byłyby zabawy geologów albo internistów.

          Mieliśmy szczęście, że spotkaliśmy Jacka Kęcika, który znał tylko trzy utwory z muzyki klasycznej. Po piętnastu latach pracy, nadal zna tylko te trzy utwory. Jacek był i jest genialnym filtrem. Jeżeli on coś rozumiał, to znaczyło, że to było dobre i można było iść w tym kierunku. Dzięki temu Filharmonia Dowcipu nie ugrzęzła w środowiskowych zabawach, tylko wręcz przeciwnie wypracowała coś, co jest zrozumiałe dla publiczności i daje jej przyjemność, prawdziwą zabawę i dwugodzinną dawkę energii, która wystarcza na długo.

Oglądając Wasze programy publiczność jest przekonana, że to wszystko co dzieje się na scenie, powstaje spontanicznie w czasie spektaklu. Jestem pewna, że tak naprawdę, wszystko jest dokładnie przygotowane.

          Oczywiście, my to przygotowujemy bardzo precyzyjnie. Dużo pracujemy nad tym, żeby to wyglądało jakbyśmy na ten pomysł wpadli podczas spektaklu.
Programy, które znają Państwo z nagrań to już jest klasyka, powiedziałbym nawet zaprzeszłość, ponieważ ostatni program nagraliśmy szesnaście lat temu. To była trwające niecałe dwa lata przygoda, która połączyła nasz zespół z „kabareciarnią” Zenona Laskowika.
Zabawiliśmy się wspólnie i takie piętno to odcisnęło, że wszyscy nas z tym kojarzą.

          Jest to dla nas teraz „kamieniem u nogi”, bo od tego czasu bardzo zmieniliśmy nasz styl. W naszych programach brak telewizyjnego garniru, a znacznie więcej zabawy muzyką.
Przez to dysponujący niektórymi salami, którzy nie zadają sobie trudu, żeby się zorientować co teraz robimy i na wszelki wypadek odmawiają nam możliwości koncertowania. Tak się dzieje we Wrocławiu, czy Szczecinie i dlatego tam nie możemy zagrać w pięknych salach.

Czy Filharmonia Dowcipu jest stałym zespołem?

          W znacznym stopniu tak, chociaż są także stałe zastępstwa. Wszyscy się bardzo lubimy i nie ma w naszym zespole żadnych konfliktów. Staramy się, aby zawsze panował uśmiech i dobry nastrój, który przekłada się na sukces podczas koncertu.
Mamy szczęście grać ze znakomitymi muzykami. W składzie naszego zespołu grają muzycy, którzy występowali w orkiestrze Krystiana Zimermana. Nasi muzycy wywodzą się z najlepszych polskich orkiestr i staramy się, aby przez cały czas się u nas bardzo dobrze czuli, bo w tym tkwi jądro sukcesu.

Do niedawna byłam przekonana, że Pan już zrezygnował z wykonawstwa klasycznej muzyki kameralnej. Zmieniłam zdanie po koncercie w ramach tego cyklu w Mielcu, gdzie wystąpił Pan z maestro Krzysztofem Jakowiczem. To był rewelacyjny koncert jak za dawnych lat, kiedy panowie często występowali razem.

           Nie da się ukryć, że Krzysztof robi jeszcze lepsze show od mojego. Wprowadza niesamowity humor i energię. Jest ciągle młodym człowiekiem, bo nie ma jeszcze nawet 90-ciu lat, a ma duszę dwudziestolatka.
           Staram się przestawiać mózg kiedy chcę zagrać normalnie i ciągle udaje mi się występować solo i kameralnie, jeżeli jakaś instytucja jest zainteresowana.

Po długiej przerwie, 9 października tego roku będzie Pan solistą koncertu inaugurującego 72, sezon artystyczny w Filharmonii Podkarpackiej. W Pana wykonaniu z towarzyszeniem Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Podkarpackiej pod batutą Adama Klocka usłyszymy Błękitną Rapsodię George’a. Gershwina i New York Picture Teresy Procaccini .
Melomani doskonale pamiętają koncerty z Pana udziałem i z pewnością sala będzie wypełniona.

         Chcę powiedzieć, że po wielu, wielu latach planuję wystąpić w Rzeszowie dwa razy w tym sezonie. Pierwszy raz w październiku podczas otwarcia sezonu artystycznego Filharmonii Podkarpackiej i później w kwietniu przyjedziemy z Filharmonią Dowcipu i zagramy w sali Filharmonii dwa koncerty . Wystąpimy z programem „Filmowy świat”, w którym żartujemy sobie z różnych nietypowych spotkań : na przykład Jamesa Bonda z Hansem Klosem…

          Po raz ostatni wystąpimy z tym programem, bo już wykonywaliśmy go raz w wielu miastach Polski, a ponieważ były pełne sale, postanowiliśmy wystąpić jeszcze raz w jedenastu polskich miastach – miedzy innymi w Rzeszowie. Później odłożymy go na półkę i skupimy się nad nowym programem.

Wczoraj wystąpił Pan w Sali Koncertowej Stodoła w Kąśnej Dolnej z Kwintetem Śląskich Kameralistów, a przed nami jeszcze Maraton Muzyczny. Będzie Pan powracał tutaj w następnych edycjach festiwalu Bravo Maestro?

            Tutaj jest niesamowicie. Jedyna pewna rzecz w życiu to jest zmiana i na szczęście tutaj zmiana jest na lepsze. Można tu zaprosić kogokolwiek z tzw. wielkiego świata i będzie zachwycony pięknem tego miejsca, duchem, który tu panuje i koncertami w wykonaniu wspaniałych muzyków. Publiczność jest także niezwykła. Sala Koncertowa Stodoła jest nie tylko piękna, ale posiada świetną akustykę, a na estradzie stoi dobry Steinway.

Bardzo dziękuję za spotkanie.

          Ja również dziękuję.

Zofia Stopińska


.

Z prof. Marcinem Baranowskim nie tylko o Kursach w Łańcucie

Kończą się już 52. Międzynarodowe Kursy Muzyczne im. prof. Zenona Brzewskiego w Łańcucie.
Dla prawie 400 uczestników obydwu turnusów to był czas wytężonej pracy pod okiem znakomitych mistrzów. Jednym z nich był prof. dr hab. Marcin Baranowski, skrzypek, kameralista, laureat konkursów muzycznych, zaliczany do grona najwybitniejszych polskich profesorów gry na skrzypcach. Miałam szczęście, że pomimo braku czasu prof. Marcin Baranowski zgodził się na utrwalenie prawie pół godzinnej rozmowy i mogę Państwa zaprosić na spotkanie.

Panie Profesorze, był Pan na kursach w Łańcucie w ubiegłym roku, ale także przyjeżdżał Pan tu wcześniej.

          Miałem długą przerwę, bo 20 lat mnie tu nie było. Wcześniej byłem zapraszany przez pięć lat, a potem była ta przerwa. Jeździłem także na kursy do Buska-Zdroju. Tam było także było mnóstwo uczestników i po pewnym czasie okazało się, że w czasie wakacji muszę mieć przerwę na urlop. Nie można przez całe wakacje pracować.

Od lat podczas Międzynarodowych Kursów Muzycznych w Łańcucie realizowany jest program nakreślony przez prof. Zenona Brzewskiego, który był pomysłodawcą oraz kierownikiem artystycznym i naukowym tych kursów. Czy zaobserwował Pan dużo zmian po latach?

         Generalnie nic się nie zmieniło i wszystko toczy się swoim rytmem. Jednak wcześniej więcej było uczestników starszych, którzy byli już na studiach i przygotowywali się do konkursów muzycznych, a w tej chwili w mojej klasie jest jeden student, trójka licealistów, którzy zamierzają startować w konkursach, a reszta to młodsze osoby. Poziom wieku się obniżył.
          Pierwsze kursy w Łańcucie odbyły się 52 lata temu. Dosyć długo były to jedyne kursy w Polsce, nie miały żadnej konkurencji i dopiero jak się ustój zmienił zaczęto organizować ich więcej. W tej chwili jest taka ilość, że często zastanawiam się skąd bierze się tylu uczestników, bo jest to spory wydatek, a zainteresowanie ciągle jest.


Podobnie jest z konkursami muzycznymi, których w Polsce organizowana jest zawrotna ilość. Coraz to więcej organizowanych jest konkursów dla dzieci, które uczą się gry na instrumencie dopiero kilka miesięcy. Czy powinno być aż tyle konkursów?

         Ja obserwuję konkursy, w których mam wpływ na uczestników. Tych, w których uczestniczą dzieci rozpoczynające naukę (klasy 1 i 2) nie oceniam, bo przecież dziecko uczące się w pierwszej klasie nie ma szans ze starszymi kolegami. Dla nich udział w konkursie jest sprawdzianem i mogą zaprezentować się na scenie. W tych najmłodszych grupach nie ma osób przegranych i wszyscy otrzymują wyróżnienia, żeby im nie podcinać skrzydeł na samym początku nauki. Moim zdaniem konkursów jest dużo i mają one różną rangę, natomiast ciągłe sprawdzanie się jest dobre.                     Czasem nauczyciele przesadzają, bo dzieci grają długo ten sam program uczestnicząc w różnych konkursach i nie robią postępów. Trzeba także pracować z dziećmi nad nowym repertuarem i nad rozwojem.
Często także rodzice nalegają, żeby ich dziecko uczestniczyło w konkursach, argumentując, że córka przyjaciół bierze udział w konkursach, a nasza córka nie. Jeżeli rodzice nalegają, żeby dziecko koniecznie zostało wysłane na konkurs, to jest droga do nikąd.

Coraz to częściej podczas różnych występów solowych, zarówno dzieci jak i ukształtowanych już muzyków, na pulpitach są nuty, co oznacza, że wykonawca nie umie go na pamięć.

         Tendencja grania z nut przyszła do nas z Zachodu i mnie to nie przeszkadza. Podam przykład – wybitny skrzypek Gidon Kremer całe życie gra koncerty z nut i jak ktoś gra tak wspaniale, to tego pulpitu się nie widzi, tym bardziej, że w tej chwili ekrany tabletów są nieduże. Natomiast niechęć grania z pamięci bierze się z tego, że młodzież ma coraz to większe problemy żeby nauczyć się czegoś na pamięć. Jak sięgam pamięcią wstecz, na lekcjach języka polskiego mnóstwo rzeczy uczyliśmy się na pamięć. Pamięć trzeba ćwiczyć i wtedy ona jest.
Nigdy nie uczyłem się utworu na pamięć celowo, tylko ćwicząc wszystko wchodziło mi w głowę i ręce. Jestem pewien, że czasu spędzonego z instrumentem jest u młodych ludzi po prostu za mało. To jest powód trudności w opanowaniu utworu na pamięć.

Od lat prowadzi Pan klasę skrzypiec w Akademii Muzycznej w Poznaniu. Czy ilość godzin przeznaczonych na lekcje ze studentami jest wystarczająca? Chodzi mi o wyróżniających się studentów biorących udział w konkursach.

         To jest absolutnie za mało. Jeżeli trzeba kogoś przygotować na poziomie konkursowym z czternastoma pozycjami. Przegranie całego programu zajmuje trzy godziny. Chcąc przygotować studentów do konkursu poświęcam mnóstwo prywatnego czasu. Tak samo pianiści, którzy ze mną współpracują, też nie liczą przydzielonych godzin, bo nie da się tego zrobić.
Jeżeli jest cel, człowiek, który daje mi największą przyjemność tego, że przychodzę do pracy, uczę i wiem, że każde moje słowo, które jest ważne i zostaje zrealizowane, przybliża nas do celu. Takie jest życie nauczyciela.

W Pana klasie ukończyło studia bardzo dużo świetnych skrzypków, którzy występują jako soliści, kameraliści, grają w orkiestrach…

         To jest cała armia ludzi. Jestem dumny, ze ostatnio mój absolwent wygrał konkurs na koncertmistrza Orkiestry Filharmonii Narodowej, w Orkiestrze Sinfonia Varsovia mam dwóch pierwszych koncertmistrzów oraz w Teatrze Wielkim w Warszawie też koncertmistrzami są moi wychowankowie. Także u mnie studiował koncertmistrz w Staatskapelle Dresden, który obecnie piastuje to stanowisko w Dresden Philharmonie, jest tych ludzi bardzo dużo.
        Pewnie to samo z siebie się nie bierze, ja także poświęciłem im bardzo dużo czasu i wszyscy przyjeżdżali do mnie na kursy latem, żeby nie mieć tej „dziury pedagogicznej” przez prawie trzy miesiące. Wtedy się robiło najwięcej. Taki pobyt na kursie, czasami nawet tylko przez tydzień solidnej pracy z własnym pedagogiem, daje tyle, co miesiąc pracy w ciągu roku.
Mają zapewnione jedzenie i noclegi, skupiają się wyłącznie na grze i wtedy postępy są bardzo duże.
Są tacy, którzy twierdzą, że praca na kursach pod kierunkiem swego profesora jest czymś nieetycznym. Ja nikogo nigdy nie zmuszam, ale jeśli ktoś z moich studentów ma ochotę przyjechać, to z chęcią z nim pracuję.

Niedługo w Poznaniu rozpocznie się jeden z najważniejszych konkursów skrzypcowych – Konkurs im. Henryka Wieniawskiego. Zakwalifikowana do udziału w tym konkursie została Pana studentka.

         Tak, to Zosia Olesik, którą traktuję jak „przyszywaną córkę”, bo nasza współpraca rozpoczęła się od jej czwartej klasy szkoły muzycznej I stopnia, a ponieważ teraz jest na drugim roku studiów, to łatwo policzyć, że to jest mnóstwo czasu spędzonego wspólnie. Pracujemy bardzo dużo także poza czasem lekcji, również w czasie wakacji.
          Do konkursu o tej randze trzeba przygotowywać się latami. Wszystko musi być przygotowane.
Dla mnie również bardzo cenne jest to, ci ludzie są ze mną długo i właściwie mogliby szukać szczęścia gdzieś za granicą, ale oni nie chcą. Widocznie jestem im potrzebny, a to wcale nie jest prosta sprawa, żeby być atrakcyjnym dla tak zdolnego człowieka. Trzeba naprawdę mieć mu do zaproponowania coś, czego on jeszcze nie wie.

Czy na konkursy jedzie się po nagrodę?

         Na pewnym etapie powinno się jechać po nagrodę. Doświadczenia zbiera się w szkołach muzycznych I i II stopnia, kiedy jeszcze nie do końca wiadomo czy młody człowiek wiąże swoją przyszłość z zawodem muzyka. Utalentowani studenci, którzy dużo pracowali i mają poczucie, że są dobrze przygotowani zasługują na nagrodę. Ale nie mogą być przekonani, że koniecznie muszą ją dostać, jednak w tej sytuacji trudno mówić, że jadą na konkurs żeby się sprawdzić.
          Fakt, że Anne - Sophie Mutter przyjęła w poczet swoich stypendystów Zofię Olesik był olbrzymim wyróżnieniem. Na masterclassy Zosia przygotowała Koncert skrzypcowy Sibeliusa i sądziła, że zagra jedną część. Maestra poprosiła o drugą, a później o trzecią część. Po wykonaniu całości publicznie ją pochwaliła i powiedziała, że bierze Zosię pod skrzydła swojej fundacji (Anne - Sophie Foundation).
          Jesienią 1997 roku skrzypaczka powołała do życia Stowarzyszenie Przyjaciół Fundacji Anne –Sophie Mutter, a w 2008 roku została powołana fundacja, która wspiera wybitnie utalentowanych młodych muzykujących na instrumentach smyczkowych. Do tej pory było 25 stypendystów. Zosia jest pierwszą Polką, która to stypendium otrzymała. To jest bardzo ważne wyróżnienie, chociaż nie jest to duża pomoc finansowa, ale jest możliwość umówienia się na lekcje z Anne – Sophie Mutter oraz korzystając z jej kontaktów osobistych, otrzymać polecenia do wykonania koncertu, czy możliwość innych studiów.
          Bardzo się także bardzo ucieszyłem z tego wyróżnienia, bo okazało się, iż można w Polsce kogoś tak nauczyć grać, że mistrzyni tej klasy się zachwyciła. Większa przyjemność nie mogła mnie spotkać.

Laureatów ważnych konkursów skrzypcowych, którzy uczyli się w Pana klasie jest sporo.

          To prawda, ale proszę zwrócić uwagę w jakim tempie zmienia się świat jeżeli chodzi o grających na instrumentach. Poziom, który jest w Korei i Chinach rośnie w zawrotnym wprost tempie. Ta piramida osób, która się uczy ciągle rośnie.
W Korei każda dziewczyna, która gra na instrumencie na rynku zwanym matrymonialnym jest wyżej.
Tam dużo kobiet uczy się grać i jest z czego wybierać.
         Chińczycy także przygotowali sobie już kadrę, zapraszają różnych pedagogów. Sam byłem w Chinach 16 razy i wiem jak to bywa. Uczą się i mają już część swoich profesorów, którzy uczą już bardzo dobrze. Często także Chińczycy studiują w Europie. Jak się wybiera z 1,400 milionów ludzi, to się zawsze znajdzie dużo wybitnie utalentowanych.
Proszę sobie sprawdzić narodowości, które zakwalifikowały się do tegorocznego Konkursu im. Henryka Wieniawskiego, ile jest osób z Azji.

Podobnie było w Konkursie Pianistycznym im. Fryderyka Chopina.

         Tak, ale myślę, że zrozumienie muzyki Wieniawskiego nie jest wielkim problemem, zaś zrozumienie specyfiki muzyki Chopina jest o wiele trudniejsze. Okazuje się, że oni już wszystko potrafią zrozumieć, są chętni i wytrwali, kupują instrumenty, poziom ich gry ciągle rośnie.
Cały czas się uczą i są na to środki.

Ostatnio Pana działalność skupia się wyłącznie na pedagogice.

          Przez całe lata grałem w Orkiestrze Kameralnej „Amadeus”. Dużo mam doświadczeń z tej pracy, bo mielimy kontakty z solistami na światowym poziomie. W pewnym momencie była już taka ilość różnych rzeczy, która na mnie czekała w pedagogice i stwierdziłem, że tego się nie da dalej łączyć. Nie mogłem regularnie prowadzić lekcji ze studentami. Miałem mnóstwo propozycji letnich kursów, a w czasie wakacji odbywały się festiwale, w których orkiestra Amadeus występowała. Nigdy nie wiedziałam, czy mogę poprowadzić kurs w wakacje.
Rozstaliśmy się po przyjacielsku, bo maestra Agnieszka Duczmal zrozumiała, że mam plany na życie związane z pedagogiką. Już 24 lata temu poświęciłem się pedagogice.
          Bardzo lubię uczyć, ale mam coraz mniej czasu, bo od 22 lat oprócz Akademii Muzycznej w Poznaniu, długo także pracuję w Akademii Muzycznej w Bydgoszczy i uczę w Ogólnokształcącej Szkole Muzycznej im. Jadwigi Kaliszewskiej w Poznaniu. Z tej szkoły pochodzą wszyscy moi wychowankowie, którzy byli laureatami konkursów międzynarodowych.
          Uważam, że wiele trzeba z młodymi skrzypkami pracować jeszcze przed studiami. Tego nie można osiągnąć w czasie studiów – mam tu na myśli nagrody na konkursach światowych, czy stanowiska koncertmistrzów w orkiestrach o światowej renomie. Taką wizję miała prof., Jadwiga Kaliszewska, która powołała słynną „Poznańską Szkołę Talentów”. Pierwszym sławnym absolwentem tej szkoły był Bartek Nizioł. W tej szkole każdy uczeń ma 3 godziny instrumentu tygodniowo i piątki są wolne, ale w pozostałe dni jest więcej lekcji.

Jak długo trzeba codziennie ćwiczyć na instrumencie, aby bardzo dobrze grać.

         To jest dobre pytanie. To zależy od tego ile dana osoba ma do przygotowania, do czego się przygotowuje i każdy ma swój limit. Uważam,, że głowa uczy się grać, a nie ręce. Ten czas poświęcony instrumentowi jest różny. Moim zdaniem minimum to cztery godziny dziennie. Jednak sądzę, że wystarczy pięć godzin solidnie poćwiczyć, ale warto podzielić ten czas na dwie części. Profesor Jadwiga Kaliszewska, który była także moją nauczycielką, nigdy nie interesowała się jak długo ktoś ćwiczy, interesował ją skutek.
        Ja też nie pytam, ile ktoś ćwiczy. Jeśli trzeba zwracam uwagę, że za mało ćwiczy. Też interesuje mnie skutek i każdy musi wiedzieć, ile czasu potrzebuje, żeby to uzyskać.
Jestem pewien, że wszyscy, którzy są zakwalifikowani do Międzynarodowego Konkursu Skrzypcowego im. Henryka Wieniawskiego ćwiczą codziennie minimum po pięć godzin.

Słyszałam, ze trudno dostać się do Pana klasy.

        Nie jest łatwo, ale duży wpływ na to mają ograniczenia godzin, które pedagog może mieć w każdym tygodniu. Z kolei jak kogoś przyjmuję do klasy, to później nie wyrzucam. Każdemu uczniowi muszę poświęcić trzy godziny tygodniowo.
Mam czterdzieści pięć godzin lekcji w tygodniu i uważam, że to dużo, bo jak już wspominałem zwykle lekcja u mnie trwa dłużej.

Uważam, że uczniowie szkół drugiego stopnia i studenci powinni także obowiązkowo grać muzykę kameralną.

         Wiem, że młodzież uwielbia grać muzykę kameralną. W szkołach średnich często jest z tym kłopot, bo czasami jest trudno zebrać skład. Montowanie kwartetu smyczkowego bez wiolonczeli, czy altówki jest niemożliwe, a granie kameralne niezwykle rozwija.
Wiem, że Europejskie Centrum Muzyki Krzysztofa Pendereckiego w Lusławicach organizuje takie spotkania dla młodych kameralistów w ramach funduszu Zdolni. Młodzież uwielbia tam jeździć, bo tam się spotykają najlepsze osoby z całej Polski i w przeciągu dwóch tygodni przygotowują utwory na bardzo wysokim poziomie. To bardzo rozwija i mam okazję obserwować, jak po takich kursach kameralnych wzrasta u młodzieży świadomość słuchania muzyki.
         Możliwość doskonalenia gry w zespołach kameralnych jest także podczas trwania Międzynarodowych Kursów Muzycznych w Łańcucie. To jest bardzo cenne.

Myślę, że przyjedzie Pan za rok na kursy do Łańcuta.

         Muszę to jeszcze skonsultować z rodziną, która w tej chwili jest na wczasach. W tym roku jestem tutaj z uwagi na Konkurs im. Henryka Wieniawskiego. Tegoroczne wakacje mam wypełnione czterema kursami. Jeśli organizatorzy łańcuckich kursów mnie zaproszą, to przyjadę do Łańcuta na pewno jak nie w 2027, to z pewnością w 2028 roku. W czasie kolejnych wakacji muszę mieć czas na odpoczynek.

Ciekawe koncerty odbywają się codziennie w trakcie trwania kursów w Miejskim Domu Kultury w Łańcucie.

         Oczywiście, że tak. Mam jednak codziennie bardzo dużo lekcji. Taką ilość dźwięków, którą mój mózg przyjmuje mam podczas lekcji. Niczym się te kursy nie różnią od mojej codziennej pracy. Nie można być przez cały czas bombardowanym dźwiękami. Potrzebny jest odpoczynek w ciszy.
Najlepiej odpoczywam jak siedzę na łódce na środku jeziora, słyszę tylko ptaki, pachnie woda. Nie ma znaczenia czy ryba bierze, czy nie. Ja po prostu odpoczywam.

Mam nadzieję, że niedługo będzie okazja do ponownego spotkania podczas kolejnych Międzynarodowych Kursów Muzycznych w Łańcucie.
Bardzo dziękuję za rozmowę.

          Ja również mam taką nadzieję i bardzo dziękuję.

Zofia Stopińska

Ponad pół wieku muzycznej tradycji w Łańcucie

Podczas drugiego turnus 52. Międzynarodowych Kursów Muzycznych im. Zenona Brzewskiego w Łańcucie spotykamy się z panem Krzysztofem Szczepaniakiem, prezesem Stowarzyszenia Międzynarodowe Kursy Muzyczne w Łańcucie i przewodniczącym Komitetu Organizacyjnego tych kursów. Od 1 lipca trwa 52. edycja tego wydarzenia. Kursy odbywają się podobnie jak zawsze, ale sporo jest w tym roku zmian personalnych.

        Ten rok jest dla nas pełen niepowetowanych strat. W ciągu paru miesięcy z naszej grupy odeszło kilka osób, które były dla nas ważne, cenne, szanowane i potrzebne.
Największą stratą była śmierć pani prof. Krystyny Makowskiej - Ławrynowicz. Po 21 latach kierowania kursami jako dyrektor artystyczny i naukowy, po ponad 50-ciu latach związków z kursami, bo przecież musimy pamiętać, że wraz z mężem Mirosławem byli uczestnikami pierwszej edycji. Przygotowywali się wówczas do Konkursu ARD w Monachium.
To jest ogromna wyrwa w naszych kursach. Ona była dla nas wszystkim: była koleżanką, przyjaciółką, była zwierzchnikiem, była osobą szanowaną przez wszystkich. O jej względy, o kontakt z nią zabiegali, o jej dobre słowo nawet zabiegali nie tylko koleżanki i koledzy pedagodzy, ale także rodzice i uczniowie. Wszystkich otaczała opieką, promowała utalentowaną młodzież. Jest to ogromna niepowetowana strata. Odeszła 26 maja tego roku, a 2 czerwca pożegnaliśmy ją na Cmentarzu Bródnowskim w Warszawie.
         Niedawno odszedł Stefan Kamasa, wybitny polski altowiolista związany z naszymi kursami przez wiele, wiele lat.
Odszedł Dariusz Smolarski, uczeń prof. Mirosława Ławrynowicza, a na naszych kursach prowadził zespoły kameralne. Odeszła pani Urszula Mazurek, wybitna polska harfistka, która prowadziła tutaj klasy harfy. Ona wręcz wymusiła na mnie, aby ta harfa pojawiła się podczas łańcuckich kursów. Pamiętam, jak pisała do mnie płomienne listy, że Zamek łańcucki, sala Balowa to jest miejsce przynależne harfie od wielu wieków.
         Ostatnio dowiedzieliśmy się, że zmarł Georg Michel, znakomity niemiecki pedagog, który przyjeżdżał do Łańcuta między innymi po to, żeby podpatrzeć jak my organizujemy kursy i analogiczne kursy stworzył później w Niemczech. To były kursy dedykowana dzieciom polskim, niemieckim i holenderskim. Zawsze podkreślał, że jego kurs to jest „dziecko Łańcuta”.
Kilka dni temu doszła do nas niezwykle smutna wiadomość, że w Stanach Zjednoczonych zmarła Ewa Brzewska, żona prof. Zenona Brzewskiego.
Ogromna czarna seria.

Czy to wymusiło zmiany personalne?

         Wbrew pozorom wcale nie. Niepotrzebne były radykalne zmiany, gdyż wszystko jeszcze prof. Brzewski dobrze ustawił. Później kontynuował to prof. Mirosław Ławrynowicz, a później jego zona prof. Krystyna Makowska – Ławrynowicz. Wszystko toczy się sprawnie. Moi współpracownicy: pani Barbara Kotwica, pani Maryla Kotwica, pan Eugeniusz Szal. Wszyscy wiedzą, co mają robić. Natomiast w zakresie kierownictwa, za radą prof. Romana Lasockiego i córki pani prof. Krystyny Makowskiej – Ławrynowicz – Joanny Ławrynowicz – Just, powołałam jako prezes Stowarzyszenia , Radę Programowo Artystyczną w składzie: Konstanty Andrzej Kulka, Roman Lasocki, Tomasz Strahl, Joanna Ławrynowicz – Just i Ewa Kowar – Mikołajczyk.
         Ta Rada Programowa w sprawach merytorycznych wspiera nas, doradza, wspomaga, inspiruje. Postawiłem przed tą radą zadanie, aby kontynuowała wszystkie świetne działania, które w przeszłości były autorstwa: prof. Zenon Brzewskiego, prof. Mirosława Ławrynowicza czy prof. Krystyny Makowskiej – Ławrynowicz, a my będziemy się starali zabezpieczać sprawy organizacyjne.

Pierwszy turnus cieszył się wielkim zainteresowaniem, na drugim jest podobnie.

         O popularności łańcuckich kursów nikogo nie trzeba przekonywać. Podam parę liczb. W pierwszym turnusie uczestniczyło 190 grających młodych ludzi – od początkujących aż po studentów wyższych uczelni, a nawet i absolwentów uczelni muzycznych. Zatrudniliśmy 20 pedagogów, którzy prowadzili klasy indywidualne, 10 pianistów, W kursie pedagogicznym wzięło udział 14 nauczycieli polskich szkół muzycznych, którzy wysłuchali 13 niezwykle cennych , ważnych i inspirujących referatów. Zorganizowaliśmy 32 koncerty, licząc koncerty pedagogów i koncerty klasowe.           Zaproponowaliśmy także miastu ofertę kulturalną. Sala widowiskowa Miejskiego Domu Kultury, gdzie odbywają się koncerty, była zawsze wypełniona i to mnie cieszy, bo jest satysfakcją fakt, że nie tylko dla siebie je organizujemy, ale dajemy też możliwość obcowania ze sztuką wysoką na najwyższym poziomie wykonawczym także mieszkańcom Łańcuta.

Kolejne dwa tygodnie są podobne.

          Dokładnie tak. Zgłosiło się także około 190 uczestników, zaplanowaliśmy także ponad 30 koncertów. Chce podkreślić, że traktujemy nasze koncerty jako działalność edukacyjną. To nie jest festiwal, o czym najlepiej świadczy fakt, że na wszystkie nasze koncerty jest wstęp wolny i są ogólnie dostępne. Uważamy, że młodzi ludzie, którzy przyjeżdżają tutaj aby doskonalić swój warsztat artystyczny, aby niekiedy nawet uczyć się pewnych rzeczy, uczyli się także, jak odbierać dzieło muzyczne, jak się zachować w sali koncertowej, jak reagować na to, co przykazuje artysta, jak interpretować utwór. Chcemy, aby mieli najlepsze wzorce.
          Pamięć prof. Krystyny Makowskiej – Ławrynowicz uczciliśmy nie tylko minutą ciszy, ale także specjalnym koncertem, który w pierwszym turnusie odbył się w Kościele Farnym w Łańcucie, po mszy świętej w jej intencji i zmarłych pedagogów, których wymieniłem wcześniej. Program wypełniły Wariacje Goldbergowskie (aria i 30 wariacji) Jana Sebastiana Bacha w wykonaniu skrzypaczki Karoliny Mikołajczyk i jej męża, akordeonisty Ivo Jedyneckiego. Skrzypce i akordeon to rzadko spotykany skład instrumentalny, ale w kościelnych wnętrzach zabrzmiały świetnie. Odbiór był znakomity.
          W drugim turnusie postanowiliśmy zrobić coś innego. W sobotę, 18 lipca, odbył się w Miejskim Domu Kultury koncert In Mamoriam – prof. Krystyna Makowska – Ławrynowicz. Wystąpili w nim wyłącznie pedagodzy, a grali: Konstanty Andrzej Kulka, Tomasz Strahl, Janusz Wawrowski, Agnieszka Marucha, Monika Urbaniak - Lisik, Anna Gutowska, Izabela Ceglińska, Natan Dondalski i Jan Kotula.
Był to niezwykle wzruszający wieczór, podczas którego wspomniano osobę, która przez wiele lat współtworzyła rangę i wyjątkowy charakter tego prestiżowego wydarzenia. Chcieliśmy, aby Panią Profesor – Honorową Obywatelkę Miasta Łańcuta, mieli także możliwość uczcić mieszkańcy tego pięknego miasta.
          Był to niespotykany koncert, jakiego jeszcze nie było, bo trudno jest zebrać w jednym dniu tylu znakomitych wiolinistów, a oni w tym czasie są w Łańcucie i wszyscy zadeklarowali swój udział. Było to duże wydarzenie, absolutnie należne prof. Krystynie Makowskiej – Ławrynowicz.

Wśród profesorów łańcuckich kursów sporo jest młodych pedagogów, którzy kiedyś byli uczestnikami.

         Ciągle też podkreślam i uważam, że to jest dorobek pomysłodawcy i twórcy naszych kursów prof. Zenona Brzewskiego, że co najmniej połowa naszych pedagogów to są nasi byli uczestnicy. Wyrastali tu jako dzieci, młodzi instrumentaliści, a teraz powracają jako ukształtowani artyści i wybitni pedagodzy. Na przykład w tamtym roku pojawiła się Anna Wandtke – Wypych z Akademii Muzycznej w Gdańsku, która wielokrotnie bywała uczestniczką naszych kursów w klasie pani prof. Krystyny Jureckiej.Jest także wielu innych znakomitych i wybitnych instrumentalistów na przykład: Wojciech Koprowski, Ewa Kowar, Karolina Mikołajczyk, Katarzyna Budnik, Ewa Groblewska, Mateusz Kowalski - znakomity polski gitarzysta, Marcin Baranowski, izabela Ceglińska, Natan Dondalski, Anna Gutowska, Agnieszka Marucha, Gabriela Opacka – Boccadoro, Agata Szymczewska, Janusz Wawrowski, Tomasz Strahl (pamiętam jak przyjechał pierwszy raz i zafascynowany prof. Brzewski powiedział do mnie po jego występie w sali balowej – to jest największe tegoroczne odkrycie naszych kursów), czy Jan Kotula i Zuzanna Budzyńska.                                                                    Wiem, że nie wymieniłam jeszcze wszystkich, którzy uczestniczyli kiedyś w naszych kursach, a dziś są pedagogami. Po raz pierwszy pojawiła się u nas w tym roku pani Katarzyna Duda, znakomita skrzypaczka, która pracuje w Uniwersytecie Muzycznym w Warszawie, a także uczy w Szkole Muzycznej im. prof. Zenona Brzewskiego. Została u nas entuzjastycznie przyjęta przez uczestników, o czym świadczy obleganie jej klasy, a także bardzo wysoko ocenili ją uczestniczący w kursie nauczyciele, który gremialnie przybyli na jej wykład, bo dzieliła się swoim doświadczeniem i wiedzą na temat edukacji artystycznej.
Co roku pojawia się coś nowego, odmładzamy kadrę. Czasem jest to podyktowane siłą wyższą (naturalnym odejściem wielu pedagogów), a czasem koniecznością poszukiwania czegoś nowego.

Model łańcuckich kursów jest doskonały, a organizacją zajmują się doświadczone osoby. Na przykład Pana spotykam w czasie trwania kursów od kilkudziesięciu lat. Czy to prawda, że coraz więcej trudności mają organizatorzy?

         Powiem tak. Gdyby nie wielkie doświadczenie pani Barbary Kotwicy, którą wspomaga jej córka Maryla, gdyby nie całoroczne zaangażowanie, bo prace organizacyjne trwają przez cały rok, nie tylko w lipcu. Już w sierpniu roku poprzedzającego rozpoczynają się prace przygotowawcze, inaczej byłoby nam bardzo trudno opanować kolejne edycje. Przyczyna jest prozaiczna – brak środków finansowych.
          Proszę sobie wyobrazić, że każdego roku staramy się o wsparcie ministra kultury, który jest patronem naszych kursów i na przykład w tym roku otrzymaliśmy połowę oczekiwanej kwoty dofinansowania, a drugą połowę musieliśmy „znaleźć”. Niestety, czasem odbywa się to kosztem uczestników poprzez podnoszenie opłat za udział. Jest to dla mnie trudna decyzja, nawet wręcz bolesna, bo mam świadomość, z e polskie rodziny nie są dzisiaj na tyle dobrze sytuowane, aby mogły na lewo i prawo szastać pieniędzmi, ale w tym roku uczestnik musi zapłacić 1800 zł za udział w kursie .Jeżeli do tego dodamy koszty mieszkania i wyżywienia, to jest ogromny wydatek dla budżetu każdej polskiej rodziny. Nie dało się tego inaczej wycenić, mimo pomocy jakiej udziela nam Urząd Marszałkowski Województwa Podkarpackiego. Jesteśmy za tę pomoc bardzo wdzięczni. Wsparły nad także władze samorządowe miasta Łańcuta i powiatu łańcuckiego, które nas wspomagają w różnej formie. Jestem im za to bardzo wdzięczny wszystkim, którzy nas doceniają, widzą wartość tego przedsięwzięcia, cieszą si e z tego, że ona się odbywa na ziemi łańcuckiej.

Czekają nas jeszcze bardzo interesujące koncerty w wykonaniu profesorów i uczestników.

         Codziennie spotykamy się o 19.00 w Miejskim Domu Kultury na koncertach w wykonaniu pedagogów, którzy mają też możliwość promowania wyróżniającego się uczestnika ze swojej klasy i wtedy go zapraszają do koncertu. Uczestnik może wykonać jeden, góra dwa krótkie utwory, ale potem może napisać, że wystąpił u boku wielkiego, wybitnego artysty u którego się na kursach uczył.

Są jeszcze występy w sali balowej.

         Z tą salą balową nie jest tak prosto, ponieważ Muzeum Zamek już kilka lat temu zaczęło mówić o kosztach związanych z wynajmem, a przede wszystkim o opłacenie pracowników, którzy muszą pracować w godzinach ponad wymiarowych. Są to duże koszty, zawarliśmy umowę z Muzeum Zamkiem, że w sali balowej robimy tylko inaugurację i tylko dwa koncerty uczestników na zakończenie turnusu., czyli w sumie trzy koncerty, czyli w sumie sześć koncertów. W koncertach uczestników występuje przedstawiciel z klasy każdego profesora. Występ w sali balowej jest dla uczestnika wielką nobilitacją.

Bardzo ważnym nurtem dydaktycznym jest zespołowe granie.- orkiestry kursowe i zespoły kameralne.

         Bardzo to doceniamy i organizujemy także na zakończenie każdego turnusu koncerty dla orkiestr i zespołów kameralnych. Dla uczestników grających w zespołach kameralnych udział w kursach jest nie lada wyzwaniem, bo czasu na opracowanie utworu jest bardzo mało, a najczęściej osoby tworzące zespół spotykają się po raz pierwszy.
          Praca orkiestr jest niezwykle cenna i ważna. Zachowany jest rytuał profesjonalnej orkiestry smyczkowej. Jest koncertmistrz, są sekcje, są soliści, jest dyrygent, który te orkiestry prowadzi.
Obecnie pan Maksym Dondalski, który ukończył studia na dwóch kierunkach dyrygentury i w klasie skrzypiec. Pan Maksym pracuje jako koncertmistrz Orkiestry Opery Narodowej w Warszawie, a u nas prowadzi orkiestry kursowe, bardzo dba o wszelkie detale i młodzi ludzie uczą się zachowań w profesjonalnej orkiestrze.
         Koncert orkiestr i zespołów kameralnych, który zamykał pierwszy turnus cieszył się ogromną popularnością. Sala widowiskowa Miejskiego Domu Kultury wypełniona była po brzegi. Orkiestry bisowały.
Przez cały czas w zapowiedziach podkreślałem, że tworzący orkiestrę młodzi ludzie postanowili dla publiczności przygotować wykonywany utwór. Po wykonaniu przygotowanych utworów, orkiestra przestanie istnieć, bo po zakończeniu turnusu, ponieważ po tym koncercie młodzież wróci do swoich domów i nigdy już się w takim składzie się nie spotkają. Zostało to przez publiczność docenione.
         Ja także jestem pełen uznania i szacunku dla tych młodych ludzi, którzy zamiast odpoczywać, pojechać na morze lub w góry, albo zwiedzać zabytki w różnych miastach Polski i Europy, wybierają ciężką pracę, aby doskonalić się w swojej profesji. Ich wysiłek będzie procentował w przyszłości, kiedy zasiądą przy pulpitach w swoich szkołach, kiedyś w orkiestrach studenckich i zawodowych.

Informacje o koncertach, które odbywają się podczas 52. Międzynarodowych Kursów Muzycznych im. Zenona Brzewskiego w Łańcucie można znaleźć w Internecie.

         Na naszej stronie internetowej jest pełny rozkład koncertów. Jestem pewien, że pani takze na swojej stronie zamieści taką informację.
Zapraszam wszystkich, nie tylko melomanów, ale nie tylko, również osoby, które chcą posłuchać muzyki klasycznej po raz pierwszy.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

          Ja także bardzo dziękuję.

Zofia Stopińska

Batuty czar to tysiące koncertów i podróży artystycznych

Moim gościem jest pan Sławomir Chrzanowski, znakomity polski dyrygent, który po 36 latach pracy na stanowisku dyrektora naczelnego i artystycznego, tysiącach koncertów i spotkań z publicznością pożegnał się z Filharmonią Zabrzańską dwoma uroczystymi koncertami, które zakończyły ten .rozdział jego kariery artystycznej. Będziemy go nadal oklaskiwać w roli dyrygenta. 4 lipca 2026 roku maestro Sławomir Chrzanowski dyrygował Orkiestrą Symfoniczną Filharmonii Podkarpackiej im. Artura Malawskiego w Rzeszowie, podczas koncertu plenerowego „Opery i operetki czar…”, który odbył się w ramach projektu „Przestrzeń otwarta dla muzyki”. Wtedy także została zarejestrowana rozmowa. Zapraszam do lektury.

Ciekawa jestem, kiedy Pan zaczął marzyć o dyrygowaniu, bo dosyć długo uczył się Pan grać na fortepianie.

        Podstawową i średnią szkołę muzyczną kończyłem w rodzinnym Rybniku w słynnej Rybnickiej Szkole Antoniego i Karola Szafranków. Do dzisiaj wdzięczny jestem pani profesor Irenie Szyszkowskiej, która uczyła mnie fortepianu po dyplomie powiedziała mi, że gram bardzo dobrze, ale nie polecała mi studiów pianistycznych, Powiedziała, że powinienem wybrać inny kierunek. Dlatego zdawałem na teorię muzyki i podjąłem studia na tym kierunku w Akademii Muzycznej w Katowicach.
         Mieszkałem w jednym pokoju z Jerzym Koskiem, który studiował dyrygenturę. Jurek od zawsze marzył, żeby być dyrygentem, ale w tamtych czasach (to był rok 1983), na katowickiej uczelni nie było wydziału dyrygentury, który został zamknięty i nie reaktywowano go. Po kilku latach starań rektor zgodził się na ponowne otwarcie i kolega Jerzy Kosek zdawał egzamin wstępny jako pierwszy do klasy prof. Karola Stryji. Zdał i został przyjęty. Chodziliśmy na te same przedmioty teoretyczne, a on jeszcze dodatkowo uczęszczał na lekcje dyrygowania. Popołudniami uczyliśmy się i widziałem jak stał przed lustrem i ćwiczył polecone przez profesora gesty.
         Po pewnym czasie postanowiłem także spróbować swoich sił i także rok później zostałem przyjęty na dyrygenturę.
Teorię ukończyłem w 1986 roku, a dyrygenturę w 1989. Rok później wygrałem konkurs na dyrektora Filharmonii w Zabrzu.

Miał Pan już pewne doświadczenie, bo w czasie studiów już Pan dyrygował zespołem.

         Miałem ogromne szczęście, bo bardzo trudno jest młodym studentom dyrygentury dostać się do orkiestry i przeważnie lekcje odbywają się przy fortepianie. Niestety, to nie jest to samo co lekcje dyrygowania zespołem. Ponieważ ja od 1983 roku pracowałem jako nauczyciel przedmiotów ogólno-muzycznych, czyli solfeż , harmonia, literatura, historia muzyki i również prowadzenie orkiestry w Liceum Muzycznym w Katowicach, to miałem dostęp do orkiestry kameralnej, a później symfonicznej. To co się nauczyłem podczas lekcji dyrygowania z prof. Stryją, mogłem ćwiczyć prowadząc orkiestrę szkolną. Do dziś dziękuję opatrzności, że miałem taką możliwość.
         Tych kontaktów było bardzo dużo, do dzisiaj wspominam jak wyjeżdżaliśmy z tą orkiestrą także na różne koncerty zagraniczne. Byliśmy nawet w Kanadzie w Calgary. Koncertowaliśmy w Zachodniej Kanadzie., skąd mamy wspaniałe wspomnienia. W Liceum Muzycznym w Katowicach przestałem pracować jak zostałem dyrektorem Filharmonii Zabrzańskiej, ponieważ nie mogłem pogodzić pracy na dwóch etatach.

Od początku repertuar rozrastał się we wszystkich nurtach muzyki klasycznej.

        Przekonałem się o tym tuż przed udaniem się na emeryturę zrobiłem życiowe resume, bo na szczęście wszystko od początku notowałem.
Pierwszym koncertem symfonicznym dyrygowałem w 1988 roku, gdzie nasze katowickie liceum miało swój koncert doroczny, którym dyrygował pan dyrektor, ale ja byłem jego asystentem. Poprosiłem go czy mógłbym coś zadyrygować i pan dyrektor zgodził się na jeden utwór, a była to suita z West Side Story Leonarda Bernsteina
        Kiedy powstawało życie muzyczne, wzorcem tworzenia koncertu były: uwertura, koncert i symfonia. Tak też jest do dzisiaj, ale wiemy, że świat się zmienił, jesteśmy w innej rzeczywistości i muzyka od tamtego czasu rozwinęła się w różnych kierunkach. W czasach Mozarta, Mendelssohna, Chopina odbywały się raczej na dworach. Potem, w drugiej połowie XIX stulecia przyszła operetka, później pojawił się jazz, swing, blues. Te wszystkie nurty zaczęły się z sobą przeplatać. Na początku XX wieku pojawił się kolejny nurt - muzyka filmowa. Kiedy na taśmę filmową udało się wprowadzić dźwięk, zapraszano do współpracy wielu znakomitych kompozytorów i powstawały ścieżki, które do dzisiaj grywamy. Kiedy operetka się ugruntowała, w Ameryce powstał musical. Od końca XX wieku orkiestry bardzo chętnie grywają muzykę ze ścieżek filmowych, a niedawno doszedł kolejny dział – muzyka z gier komputerowych. Tych obszarów jest coraz to więcej.

Nie wspomnieliśmy o muzyce oratoryjno-kantatowej, która była i jest wykonywana.

         Jeśli ma się w swoim mieście takie możliwości (również finansowe), bo takie koncerty są fantastyczne, ale są kosztowne, bo potrzebny jest rozbudowany zespół wykonawczy: kilkoro solistów, chór, orkiestrę symfoniczną. Ale takie koncerty dane mi było w życiu prowadzić. Moim ukochanym Requiem Mozarta dyrygowałem 56 razy.
         Tak też moje obszary działalności się rozszerzały. Jestem dumny, że we wszystkich obszarach miałem okazję zaistnieć, lubię je i w dalszym ciągu się rozwijam.

Policzył Pan iloma koncertami do tej pory Pan dyrygował?

         Kończąc swoją pracę jako dyrektor, zrobiłem takie podsumowanie. Zamierzam dalej być dyrygentem i mam już na kolejny sezon 16 zaproszeń.
Jak kończyłem pracę w roli dyrektora Filharmonii Zabrzańskiej, osoba zajmująca się u nas publicity poprosiła mnie na początku czerwca, abym podsumował swoje 36 lat dyrektorowania.
         Ponieważ, jak już wspomniałem, wszystko od pierwszego koncertu pisałem. 36 lat to sporo i trochę tych koncertów było.
Z moją Orkiestrą Filharmonii Zabrzańskiej w mieście wykonaliśmy 3004 koncerty oraz 674 koncerty wyjazdowe w różnych ośrodkach naszego kraju i za granicą.
         Koncert z Orkiestrą Filharmonii Podkarpackiej był moim 730-tym koncertem gościnny z innymi orkiestrami niż moja macierzysta.

W dotychczasowej karierze dyrygował Pan ponad 70. orkiestrami na świecie.

         Tak się zdarzyło. Bywałem w różnych miejscach. Kilkakrotnie, a dokładnie siedem razy byłem zapraszany do Stanów Zjednoczonych i dyrygowałem w różnych miejscach, z których dwa zawsze będą powodować żywsze bicie mego serca: koncert w Carnegie Hall w Nowym Jorku oraz Orchestra Hall w Chicago. Jak się pani domyśla, kiedy człowiek staje przed jedną z najsłynniejszych orkiestr świata, to kolana robią się miękkie, a serce bardzo mocno bije. W 2005 roku zadebiutowałem w Chinach prowadząc Wuhan Symphony Orchestra.

Dyrygował Pan wszystkimi polskimi orkiestrami filharmonicznymi i kameralnymi, z wieloma prowadzi Pan stałą współpracę. Do nich należy Rzeszów. Często Filharmonia Podkarpacka zaprasza Pana do poprowadzenia koncertu w ramach projektu „Przestrzeń otwarta dla muzyki”.

         Wszystko dokładnie policzyłem. Rzeszów jest na pierwszym miejscu w koncertach gościnnych. Na drugim miejscu jest moje rodzinne miasto, czyli Rybnik, a na trzecim Filharmonia Pomorsk w Bydgoszczy. Orkiestrą Filharmonii Podkarpackiej dyrygowałem 73 razy.
Koncerty „Przestrzeń otwarta dla muzyki” to fantastyczny pomysł. Zawsze podkreślam, że zawód muzyka i dyrygenta pozwala mi zobaczyć różne ciekawe miejsca.
         Mój profesor Karol Stryja, kiedy podpisywał mi dyplom, powiedział tak: „Będziesz dyrygował w różnych miejscach, różny będzie stopień trudności i ważności koncertów, nigdy nie wolno ci dyrygować inaczej w ogromnym prestiżowym ośrodku jak w małym ośrodku. Wrażliwość ludzka na muzykę jest dokładnie taka sama, tylko wielkość miejsca, albo jego popularność powoduje, że jest ono bardziej prestiżowe. Nie wolno nigdy lekceważyć miejsca, które ma mniejsze znaczenie. Poza tym nigdy nie wiesz kto jest na widowni. Na widowni może być ktoś, kto sensie zawodowym może zmienić twoje życie”.
Wziąłem to sobie do serca i do dziś hołubię tej zasadzie i dobrze na tym wychodzę.

Kilka razy byłam na koncercie którym Pan dyrygował i jednocześnie przybliżał publiczności wykonywane utwory i ich twórców. Publiczności się to bardzo podobało.

         Zaczęło się to od pewnej konieczności. Wiele lat temu, kiedy rozpoczynałem swoją pracę w Zabrzu, byliśmy na koncercie wyjazdowym i organizatorzy zatrudnili prelegenta. Przed koncertem, kiedy już orkiestra stroiła instrumenty, okazało się, że prelegenta nie ma. Nie było komórek i nie można było z nim nawiązać kontaktu, bo to były czasy, kiedy telefonów komórkowych jeszcze nie było. Inspektor orkiestry podsunął pomysł, abym zapowiedział koncert, bo przecież ukończyłem także teorię muzyki. Tak się zaczęło.
          Ostatnio często także zapowiadam koncerty, którymi dyryguję, bo jestem o to proszony.
Nie sprawia mi to żadnego kłopotu, bo wiem dokładnie, co będziemy grać.
Wiem, że opowiadanie życiorysów kompozytorów czy solistów nie ma sensu, bo w dobie Iinternetu wszystko łatwo można znaleźć. Raczej łączę nasze codzienne życie z muzyką, którą za chwileczkę wykonamy, próbuję znaleźć jakieś paralele, jakieś porównania i punkty styczne, bo nasze życie, tak jak wszystkich ludzi , spotykają radości, problemy, dramaty i różne sytuacje. Jeśli to się da przełożyć na muzykę, to staram się to łączyć, pokazując jedność wykonawców z publicznością, która nas słucha i burząc tę niewidzialną szybę, która mogła by się stworzyć pomiędzy wykonawcą, a odbiorcą.

Dyrygując często różnymi orkiestrami trzeba od pierwszej próby nawiązać z zespołem dobry kontakt, bo od tego zależy jaki będzie koncert.

          Ja nawet uważam, że podczas pierwszych pięciu minut ten kontakt trzeba nawiązać. W orkiestrach grają doskonale wykształceni ludzie.
Kiedy zaczynałem swoją pracę w latach 90-tych ubiegłego wieku, cały świat i również nasz kraj był w okresie wielkich przemian społeczno-gospodarczo-politycznych. W tamtych czasach w orkiestrach nie wszyscy mieli jeszcze wyższe wykształcenie. Dziś, doskonale wszyscy wiemy, na jedno miejsce zgłasza się kilkanaście znakomicie wykształconych osób i wybierani są najlepsi z nich.
          W tamtych czasach zwykle ćwiczyło się z orkiestrą od poniedziałku. Dzisiaj do wtorku to jest rzadkość, najczęściej próby zaczynamy od środy.    Orkiestry zupełnie inaczej pracują.
           Podczas tych kilku tysięcy koncertów także wypracowałem sobie swój model pracy. Jestem człowiekiem pragmatycznym, zawsze staram się być perfekcyjnie przygotowany, bo nie mógłbym wymagać od człowieka, który przede mną siedzi, czegoś, czego sam wiem.
Przekonałem się, że taki styl pracy wszystkim pasuje, czyli konkretnie, na temat i bardzo profesjonalnie, wszystkim pasuje.
Orkiestry zawodowe pracują bardzo skutecznie i taki 3-dniwy cykl wystarcza, chyba, że program jest wybitnie trudny , to wtedy trzeba więcej czasu.

Mając tak ogromne doświadczenie w dyrygenckim fachu, może powinien się Pan dzielić z młodymi osobami, które marzą o tym, żeby zostać dyrygentem.

         Proszono mnie o to już kilkakrotnie, ale ja nigdy nie pracowałem na uczelni i chociaż dorobek artystyczny mam ogromny, nie mam poszczególnych stopni rozwoju zawodowego. Musiałbym rozpoczynać jako asystent profesora.
Kilka razy proszono mnie o konsultację, przygotowywałem wiele razy kandydatów do egzaminu wstępnego na dyrygenturę i zwykle z sukcesem.

Życie dyrygenta związane jest z podróżami. W ostatnich latach bardzo często towarzyszy Panu w tych podróżach żona.

        Żona jest moim najlepszym: menedżerem, przyjacielem, doradcą, powiernikiem. Bez żony nie wyobrażam sobie, jak mógłbym w tym zawodzie sensownie istnieć, a jesteśmy 41 lat razem.
Moja żona bardzo lubi ze mną jeździć, bo wyjazdy są wspaniałą rzeczą, ale także męczącą. Dobrze wtedy mieć najbliższą osobę obok siebie. Jest się z kim podzielić radością, czasami smutkiem, co ś przedyskutować. Zona bardzo pomaga mi w sprawach organizacyjnych, dba o wiele spraw.      Krótko mówiąc – gdyby nie ona, to moje życie artystyczne nie było tak bogate. Ten spokój „z tyłu głowy”, albo inaczej mówiąc sukces, w 99 procentach jej zawdzięczam.

Koncerty w niewielkich miastach i miasteczkach pozwalają Państwu zobaczyć jaki nasz kraj jest piękny.

         Oczywiście, że tak. Kiedy rozmawiamy ze znajomymi, często pokazują nam fotografie z różnych atrakcyjnych wyjazdów zagranicznych. My także pokazujemy zdjęcia z cudownych miejsc i zawsze padają pytania: gdzie jest tak pięknie? Odpowiadamy, że niedaleko, w Polsce.
          Ostatnio dyrygowałem z Orkiestrą Filharmonii Podkarpackiej w Przecławiu. Nie wiedziałem nawet, że taka miejscowość istnieje. Już podczas pierwszej próby muzycy pokazali mi piękny pałac i powiedzielii, że przed nim odbędzie się koncert. Zachwyciło mnie to miejsce. Czy to nie jest piękna wartość dodana mojej pracy? Uważam, że najpiękniejsza.

Życzę, aby nigdy nie brakowało Panu entuzjazmu, energii i zapału do dalszej pracy w zawodzie dyrygenta i bardzo dziękuję za rozmowę.

         Ja także bardzo dziękuję.

Zofia Stopińska

To nie był łatwy sezon

Z panią Martą Wierzbieniec, dyrektorką Filharmonii Podkarpackiej im. Artura Malawskiego w Rzeszowie i Muzycznego Festiwalu w Łańcucie spotykamy się już po zakończeniu sezonu artystycznego 2025/2026, tuż przed urlopami, na które wybierają się muzycy i chyba większość pracowników Filharmonii Podkarpackiej.

Miniony sezon obfitował w bardzo różnorodne koncerty i był to chyba trudny czas dla organizatorów.

         To był 71 sezon koncertowy Filharmonii Podkarpackiej. To nie był łatwy sezon i bardzo dużo się działo. Za nami bardzo wymagające tournée koncertowe w Chinach na przełomie 2025 i 2026 roku. W drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia orkiestra wyjechała, a wróciła dopiero po 10. stycznia, więc to był długi wyjazd wymagający odpowiedniego przygotowania, ale także kondycji, bo sporo jeździliśmy po Chinach, zmiana klimatu, występowaliśmy w odległych miastach i na różnych scenach. Jestem wdzięczna wszystkim muzykom, którzy się zdecydowali pojechać i dodam, że znakomicie to tournée się udało i zakończyło się wielkim sukcesem.
Orkiestra występowała także w kameralnym składzie w Pradze, Zespół towarzyszył czeskiemu mieszanemu chórowi z Pragi, z którym już od wielu lat nasza filharmonia współpracuje.

Niedawno zakończyła się także tegoroczna edycja Muzycznego Festiwalu w Łańcucie.

        Odbył się także jubileuszowy, bo 65 Muzyczny Festiwal w Łańcucie. Organizatorem tego wydarzenia jest od samego początku Filharmonia w Rzeszowie. Mam zaszczyt dyrektorować temu festiwalowi od 2009 roku.
Wtedy też, jak Państwo doskonale pamiętają, zaproponowaliśmy koncerty plenerowe. Pierwszy odbył się w 2009 roku, w głębi parku blisko budynku, w którym mieści się Szkoła Muzyczna.
         Później, w czasie festiwalowych edycji, odbyły się koncerty już przed zamkiem. Planowaliśmy czasem nawet po dwa koncerty o zróżnicowanym repertuarze. Przed głównym wejściem do Zamku budowana była zadaszona scena, z nagłośnieniem, odpowiednim oświetleniem, pracownicy filharmonii ustawiali krzesła i dbali o wszystko, co było potrzebne. Te koncerty cieszyły się ogromną popularnością, ale centrum zawsze stanowi sala balowa. Tam odbyło się podczas tegorocznej edycji aż osiem koncertów, a było ich w sumie czternaście. To, jak na obecne czasy rekordowa liczba koncertów. Oczywiście były one bardzo zróżnicowane pod względem gatunków dzieł muzycznych. Były koncerty kameralne, recitale solowe, a także symfoniczne z udziałem dużego składu orkiestry. Taki był koncert finałowy, z udziałem wielkiej gwiazdy – Jonasa Kaufmanna, który po raz pierwszy koncertował w Polsce, właśnie w Filharmonii w Rzeszowie w ramach Muzycznego Festiwalu w Łańcucie.
         Koncerty w sali Filharmonii w ramach festiwalu wprowadzili już moi poprzednicy i stało się to już tradycją. Dzięki temu na widowni może zasiąść dużo więcej osób, nie bez znaczenia są także odpowiednie warunki akustyczne i fakt, że na filharmonicznej scenie zmieści się duża orkiestra, a w na estradzie sali balowej może się zmieścić góra 36 osób.

Wielkie gwiazdy występowały też w sali balowej.

         Wśród nich Jakub Józef Orliński, który wzbudził ogromne zainteresowanie słuchaczy i gdyby ten koncert można było powtórzyć następnego dnia, na pewno sala byłaby również pełna. Znakomita młodziuteńka pianistka z Chin Tianyao Lyu, którą pamiętamy z ostatniej edycji wystąpiła z recitalem Chopinowskim i wszystkich zachwyciła.
Wspaniały był koncert Atom String Quartet. Ten zespół ma swoje charakterystyczne brzmienie, sięga po różnego rodzaju utwory, które opracowuje na swój skład, ale członkowie tego kwartetu są też kompozytorami. Z ogromnym zainteresowaniem słuchałam wypowiedzi muzycznych tegoż kwartetu. Gorąco przyjęty zostały przez publiczność mistrzowskie interpretacje Krzysztofa Jakowicza.
Znakomity był wieczór w wykonaniu Katarzyny Oleś-Blachy i Marioli Cieniawy. Artystki od wielu lat związane są ze środowiskiem krakowskim, obie panie są profesorami i pracują w Akademii Muzycznej w Krakowie i również od wielu lat współpracują. To były naprawdę mistrzowskie wykonania zarówno wokalne, jak i pianistyczne.
Wspaniały koncert muzyki hiszpańskiej odbył się w sali filharmonii, z udziałem hiszpańskich solistów i Orkiestry Filharmonii Podkarpackiej pod batutą Davida Giméneza.
Produkcje festiwalowe, które zaproponowaliśmy w tym roku, dostarczały nam różnych refleksji o muzyce, o muzykach, o przyszłości muzyki.

Odbyły się także koncerty i wydarzenia towarzyszące festiwalowi.

          W Filharmonii zawisła wystawa obrazująca symbolicznie 65 lat Festiwalu. Znalazły się fotografie z różnych festiwalowych edycji, przypominające, co się w czasie minionych edycji działo. Chcę powiedzieć, że jeżeli na bieżąco przygotowuje się festiwal i myśli się co jeszcze przed nami, co jeszcze trzeba zrobić, to nie ma czasu na to, żeby spoglądać wstecz. Ten jubileusz był okazją do tego, żeby przypomnieć sobie kto na tym festiwalu występował. Byli u nas światowej sławy artyści tacy jak: Placido Domingo, Angela Gheorghiu, Piotr Beczała, Aleksandra Kurzak, Roberto Alagna, Kate Liu, Ingolf Wunder, Mischa Maisky, Shlomo MinzJulian Rachlin i wielu, wielu innych znakomitych artystów wystąpiło na scenie w Sali balowej i Filharmonii w Rzeszowie.
            65. edycja wpisze się także już do historii i wpisze się dużymi zgłoskami, chociażby przez pierwszy raz koncertującego w Polsce Jonasa Kaufmanna.
           Jest to też okazja do podziękowań, które kieruję do wszystkich, którzy ten festiwal organizują, do całej ekipy pracowników Filharmonii Podkarpackiej, do Orkiestry i do wszystkich nam życzliwych, którzy nas wspierają i towarzyszą. Nieustająco dziękuję za przekazywane nam finanse, ponieważ festiwal już nie po raz pierwszy odbywał się pod patronatem Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, ale szczególnie gorąco chcę podziękować władzom samorządowym Województwa Podkarpackiego: panu marszałkowi, zarządowi, sejmikowi, którzy także przekazali nam spore środki na organizację i realizację festiwalu.

Powróćmy jeszcze do minionego sezonu koncertowego. Publiczność kojarzy Waszą działalność najczęściej z koncertami symfonicznymi, a przecież wiele się działo zarówno w budynku oraz orkiestra i zespoły kameralne złożone z muzyków orkiestry koncertowały w innych ośrodkach organizujących życie muzyczne.

           Rzeczywiście, najbardziej jesteśmy postrzegani dzięki koncertom symfonicznym dobywającym się w piątkowe wieczory. Ich schemat nie jest jednak stały, bo od czasu do czasu staramy się, aby było nieci inaczej. Tak było na zakończenie sezonu, bo był to spektakl baletowy. 26 czerwca orkiestra zeszła do orkiestronu, a na scenie mogliśmy podziwiać Balet Opery Lwowskiej i „Don Kichota” balet komiczny w IV aktach. Tancerze, piękne kostiumy i dekoracje przyjechały ze Lwowa. Należy się szacunek i uznanie tym wszystkim, którzy w tych trudnych czasach na Ukrainie ćwiczą i nie tracą zapału do tego, żeby występować, są w doskonałej formie. Artystom baletu towarzyszyła Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Podkarpackiej, a dyrygował Jurij Berwetzki, dyrygent Lwowskiego Narodowego Teatru Opery i Baletu im. Salomei Kruszelnickiej oraz główny dyrygent i dyrektor artystyczny Orkiestry Symfonicznej Studium Operowego Lwowskiej Narodowej Akademii Muzycznej im. Mykoły Łysenki.
To było inne, niecodzienne zakończenie sezonu pokazujące, że nasza orkiestra potrafi też tak znakomicie grać towarzysząc baletowi, pomimo, że gra głównie muzykę symfoniczną.
            Poza koncertami ujętymi w abonamencie odbyło się wiele dodatkowych działań. Od ponad 15-tu lat Filharmonia prowadzi cykl koncertów zatytułowanych „Przestrzeń otwarta dla muzyki” . Otrzymujemy na te koncerty dotację celową przyznawaną nam przez Urząd Marszałkowski w Rzeszowie. Jesteśmy za to bardzo wdzięczni. Te koncerty są realizowane w małych miastach i miejscowościach naszego województwa.
Organizatorzy lokalni zapewniają najczęściej poza salą koncertową, nagłośnienie, oświetlenie, reklamę koncertu, organizację widowni. Natomiast my przyjeżdżamy z gotowym produktem muzycznym. Takich koncertów było bodajże osiem, a do końca roku jeszcze zostało ich kilka. Cieszą się one ogromną popularnością i mamy więcej zamówień niż możemy zrealizować, ale zawsze, w uzgodnieniu z organizatorami przenosimy te koncerty na dogodne terminy późniejsze.
            Są też koncerty okazjonalne w sali kameralnej. Organizujemy je zawsze z okazji Dnia Seniora, staramy się, aby zaprosić melomanów w okresie karnawału. Sala kameralna stwarza możliwość lepszego kontaktu odbiorów z wykonawcami i cenią to sobie zarówno ci, którzy tu występują, jak i publiczność.
Odbył się prolog Muzycznego Festiwalu w Łańcucie, były koncerty dla dzieci.

Staracie się przybliżać muzykę najmłodszym odwiedzając szkoły i przedszkola.

           Taką akcję Filharmonia prowadzi, można powiedzieć „od zawsze”. Codziennie rano w dni nauki szkolnej, spod filharmonii wyjeżdża bus z wykonawcami audycji umuzykalniających po całym województwie. Kilka razy w sezonie zapraszamy dzieci i młodzież do Filharmonii , głównie w okolicach Świętego Mikołaja i Dnia Dziecka, ale nie tylko. Wtedy nasi najmłodsi nas słuchacze mogą nie tylko posłuchać muzyki symfonicznej i zobaczyć orkiestrę.
          Taki piękny koncert dla dzieci i młodzieży odbył się w maju, podczas którego wykonano utwór Macieja Zielińskiego, zatytułowany „Kapsuła czasu”. Utwór ten pokazuje różnorodne stylistyki muzyczne od średniowiecza po współczesność. Słuchając możemy przez chwilę poczuć się jak w renesansie, potem poczuć się jak w baroku, klasycyzmie romantyzmie, aż do czasów współczesnych. Takich programów będziemy proponować jeszcze więcej.

Od dawna Filharmonia Podkarpacka współpracuje z Wydziałem Muzyki UR (wcześniej Instytutem Muzyki) , ale w tym sezonie odbył się ciekawy koncert, który zapoczątkował cykl zatytułowany AWF – „Akademicy w Filharmonii”.

         Ta współpraca trwa już wiele lat. Jeszcze zanim zostałam dyrektorem Filharmonii Podkarpackiej, to prowadziłam w ówczesnym Instytucie Muzyki Uniwersytetu Rzeszowskiego, a wcześniej Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Rzeszowie chór, z którym współpracowałam z Filharmonią przygotowując ten chór kilka razy w roku do udziału w wielkich formach oratoryjno-kantatowych. Mogłabym wymienić co najmniej kilkanaście, albo nawet więcej różnego rodzaju dzieł , które wykonane zostały we współpracy z orkiestrą i dyrektorem artystycznym Tadeuszem Wojciechowskim.
Ta współpraca jest na różnych płaszczyznach kontynuowana i mam nadzieję, że będzie się ona rozwijać także w przyszłości.
          Jakiś czas temu zrodził się też pomysł koncertów zatytułowanych, tak jak pani powiedziała AWF czyli „Akademicy w Filharmonii”. W tym projekcie połączony jest wykład z muzyką . Wykład w jakiś sposób ma nawiązywać do muzyki, do kultury, do sztuki.
Taki wykład zaprezentował prof. dr hab. Artur Mazur, prorektor ds. Kolegium Nauk Medycznych Uniwersytetu Rzeszowskiego, który mówił o związkach pomiędzy muzyką, a medycyną. Wystąpił wtedy Podkarpacki Kwintet Akordeonowy „Ambitus V” prezentując różne utwory. Ten pomysł koncertów powinien, moim zdaniem, być kontynuowany, a w gronie wykładowców mogą znaleźć się profesorowie innych uczelni.

Sezon koncertowy zakończył się 26 czerwca 2026 roku, ale koncerty odbywają się nadal.

          Tak, 26 czerwca zakończył się cykl koncertów objętych abonamentem, odbywających się w piątkowe wieczory, ale już 27 czerwca Orkiestra Filharmonii Podkarpackiej wystąpiła w Boguchwale w ramach projektu „Przestrzeń otwarta dla muzyki”. W czasie projektu plenerowego w nieprawdopodobnym upale, bo o godzinie 17,00 temperatura była bardzo wysoka i wdzięczna jestem, że wszyscy dali radę wytrwać i nie uszkodziły się instrumenty wskutek wysokiej temperatury.
           28 czerwca o 16.00 odbył się koncert w Filharmonii z muzyką filmową zatytułowany „Na powitanie lata”.
           1 lipca Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Podkarpackiej wystąpiła w Busku Zdroju na zaproszenie organizatorów Międzynarodowego Festiwalu Muzycznego im. Krystyny Jamroz.
            4 lipca odbył się koncert plenerowy w Przecławiu. W programie znalazła się muzyka z oper i operetek. Wystąpiła piątka solistów – młodych, utalentowanych laureatów konkursów. Dyrygował Sławomir Chrzanowski. Koncert odbył się na plenerowej scenie przed Zamkiem w Przecławiu. Bardzo się cieszymy, że dopisała publiczność, a długie oklaski świadczyły najlepiej, że koncert się podobał.
            Zapraszamy jeszcze 12 lipca do Filharmonii . Program wypełnią piosenki z repertuaru Jerzego Połomskiego w aranżacjach Pawła Steczka, który także poprowadzi Orkiestrę Filharmonii Podkarpackiej, a śpiewać będą Olga Szomańska i Marcin Jajkiewicz.
Potem będzie czas na urlopy, ale nie będą one długie, bo już 20 sierpnia już spotykamy się w Filharmonii , żeby wykona kolejne koncerty. Na pierwszy z nich – kameralny zapraszamy już 26 sierpnia, kolejny 5 września w Krośnie i tym razem orkiestra wystąpi w dużym składzie.
Po urlopach czeka nas pracowity czas. Będzie to 72. sezon artystyczny Filharmonii Podkarpackiej.

Niebawem poinformujemy Państwa o szczegółach dotyczących pierwszej połowy tego sezonu.
Bardzo dziękuję za rozmowę.

Ja również bardzo dziękuję.

Zofia Stopińska

W polskim domu Ignacego Jana Paderewskiego

28 czerwca 2026 roku, w Sali koncertowej „Stodoła” wystąpiła Tianyao Lyu, 17-letnia chińska pianistka, zdobywczyni IV miejsca w XIX Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym im. Fryderyka Chopina! w Warszawie. oraz nagrody za najlepsze wykonanie koncertu. Przed recitalem poprosiłam o rozmowę pana Łukasza Gaja, dyrektora Centrum Paderewskiego.

Koncert odbywa się okazji 85. rocznicy śmierci Ignacego Jana Paderewskiego.

          Uczcimy dwie daty, bo jutro (29 czerwca), przypada 85.rocznica śmierci, a dzisiaj (28 czerwca), mija 107 rocznica podpisania przez Ignacego Jana Paderewskiego Traktatu Wersalskiego. Zawsze staramy się, aby te daty były u nas w Kąśnej obchodzone godnie i w tym roku będzie bardzo godnie. To jest ogromny zaszczyt dla naszej instytucji, że artystka u progu swej międzynarodowej kariery uświetni dwie rocznice związane z Ignacym Janem Paderewskim.
        W programie anonsowanym przez artystkę usłyszymy utwory Fryderyka Chopina : mazurki, walce, nokturny, preludia… Twórczość Chopina promował Ignacy Jan Paderewskie przez całe swe życie.

W sierpniu odbędzie się jeden z najstarszych festiwali organizowanych przez Centrum Paderewskiego – Festiwal „Bravo Maestro”. W tym roku będzie to jubileuszowa 30-ta edycja i będziecie ją podkreślać w sposób szczególny.

         Każdy jubileusz, każda rocznica jest pretekstem do tego, żeby ci, którzy tworzyli historię Festiwalu „Bravo maestro” przybyli do Kąśnej i przypomnieli, jak to było możliwe, że w 1996 roku w małej miejscowości jaką jest Kąśna Dolna w powiecie tarnowskim, wtedy w województwie tarnowskim, na dwa tygodnie zjeżdżali się najlepsi kameraliści z Polski i dawali koncerty, których nie powstydziłyby się sale koncertowe świata. Ten fenomen zainicjowany w 1996 roku trwa do dziś. Czasy się zmieniły i ewoluował, ale cieszę się, że nestorzy tego festiwalu na wszystkie rocznice z wielką radością przyjmują nasze zaproszenie, ponieważ utożsamiają się z tym festiwalem.

Zawsze wspominam, że kiedy na zaproszenie ówczesnej pani dyrektor Anny Knapik przyjechałam na pierwszą edycję, na tablicy informującej o granicy Ciężkowic i Kąśnej Dolnej, ktoś napisał obok nazwy Kąśna Dolna czerwonymi literami „Koniec świata”, a z drugiej strony , obok nazwy Ciężkowice „Powrót do teraźniejszości". Wszyscy z uśmiechem to komentowali, ale dwór i oficyna nie były tak zadbane jak teraz, a tuż powyżej dworu stała opuszczona szklarnia, w której nawet próbowano robić koncerty.

         Ale może właśnie ten „koniec świata”, to był magnesem dla artystów, którzy już wtedy szukali czegoś innego, szukali odskoczni od dużych sal koncertowych, szukali kontaktu z publicznością, bo do tej pory walorem Kąśnej jest to, że artyści, którzy przyjeżdżają tutaj i koncertują, mają  kontakt z publicznością. Wydaje mi się, że ci wielcy artyści, którzy przyjeżdżali tutaj z Vadimem Brodskim, Waldemarem Malickim Wandą Wiłkomirską na czele, właśnie szukali tego, czego nie mogli znaleźć gdzie indziej – magnesu, który do dzisiaj przyciąga tu znakomitych artystów.

Mało tego, za nimi przyjeżdżali znakomici młodzi muzycy, którzy wyróżniani byli występem.

        Może z ciekawości, infrastrukturalnie to było bardzo trudne, żeby oni tutaj przez dwa tygodnie mogli mieszkać, tworzyć i koncertować, chociaż nawet dobrego miejsca na koncerty nie było. Zawsze mnie fascynuje kiedy rozmawiam z nimi podczas spotkań jubileuszowych, jak to jest możliwe. Dzisiaj nie wyobrażamy sobie, żeby tak znakomitych artystów zamknąć na dwa tygodnie w niewielkiej miejscowości i oni mieli czas, żeby cieszyć się sobą, cieszyć się muzyką, tworzyć koncerty, które wpisały się na stałe w pamięci melomanów.

Jest tutaj fortepian Fazioli, który został zakupiony specjalnie do Kąśnej. Podarował go Centrum Paderewskiego prof. Urus Ruchti, szwajcarski pianista, który podczas pobytu w Kąśnej tak się zachwycił tym miejscem, że postanowił zbierać pieniądze na nowy instrument. Artysta wykonał kilkadziesiąt recitali fortepianowych w największych miastach Francji, Szwajcarii i Niemiec, z których dochód (honoraria i wolne datki) przeznaczył na zakup fortepianu do Centrum Paderewskiego.

       Dzisiaj ta historia sprzed 30.lat jest wręcz filmowa. Często opowiadam, jak w Kąśnej pojawił się pierwszy fortepian koncertowy klasy mistrzowskiej – Fazioli 212, mało kto wierzy, że tak było, że pianista szwajcarski zakochał się w tym miejscu i jeździł po Europie, żeby zebrać pieniądze na fortepian dla instytucji w Polsce. Niewiarygodna historia z perspektywy dzisiejszego świata.
Ale to prawda, że ten fortepian przez 25 lat (do 2021 roku) pełnił funkcję naszego pierwszego fortepianu koncertowego.
       Udało się w 2021 roku zakupić większy fortepian marki Steinway, z którą Paderewski był związany przez wiele lat, ale to jednak do Fazioli mają sentyment artyści, którzy przez te 30 lat tu przyjeżdżają.
Dzisiejsza solistka Tianyao Lyu, kiedy po próbach na Steinway’u w Sali koncertowej, dowiedziała się, że w dworze stoi Fazioli, nie widząc go nawet, zapytała: „Czy nie można by było tych fortepianów zamienić?”.

Dziesięć lat temu rozmawialiśmy po raz pierwszy. Miał Pan wiele planów związanych z tym miejscem. Mówił Pan o remontach, Sali koncertowej „Stodoła”, pracach związanych z utrzymaniem oficyny i parku. Myślę, że prawie wszystko udało się wykonać, ale może jeszcze coś zostało do zrobienia.

        Niedługo minie 11 lat jak pełnię funkcję dyrektora Centrum Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. Udało nam się w tym czasie zrobić bardzo dużo. Wszystko dzięki ciężkiej pracy, staraniach i wieloma działaniami, bez których nic się samo nie udaje. Sam fakt, że dzisiaj w upalny dzień możemy uczestniczyć w koncercie, który odbędzie się w klimatyzowanej sali koncertowej. kiedy na zewnątrz mamy temperaturę przekraczającą 35 stopni bez klimatyzacji byłoby trudno. Został wybudowany most ułatwiający dojazd do dworu, odrestaurowaliśmy Dom Pracy Twórczej znajdujący się w oficynie, wiele pracy wymagał park. Przed nami duże, poważne zadanie, które będziemy próbować zrealizować - elewacja dworu Ignacego Jana Paderewskiego. Ostatnie prace odbyły się 20 lat temu. Czas, żeby ten dwór nabrał takiego samego blasku jak wszystko, co go otacza.

Ciągle powiększają się zbiory.

        Tak, zbiorów ciągle przybywa. W tej chwili realizujemy projekt z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego mający na celu uatrakcyjnienie zwiedzania dworu, ponieważ jego historia jest magiczna. Dotyczy to nie tylko zbiorów i pamiątek, ale sam fakt obecności tutaj Ignacego Jana Paderewskiego.
Chcemy podkreślić, że wybrał sobie to miejsce, jak sam pisał na polski dom. Darzył je sentymentem i miłością. Możemy się tym szczycić. Obecnie jest to jedyna zachowana posiadłość na świecie, która była własnością Paderewskiego

Kolejny koncert odbędzie się w lipcu.

         26 lipca odbędzie się koncert wakacyjny wypełniony piosenkami Jamesa Bonda w wykonaniu Marty Król.
         W sierpniu od 21 do 23 sierpnia zapraszam na 30. Festiwal „Bravo Maestro”, w wykonaniu znakomitych artystów, którzy wypełnią trzy wieczory: koncert „Vadim Brodski The Beatles” „ z towarzyszeniem Orkiestry Arte Symfoniko pod dyrekcją Mieczysława Smydy, „Malicki Piano”- Waldemar Malicki wystąpi z Kwintetem Śląskich Kameralistów, oraz „Maraton muzyczny. Dźwięki, które wracają” , a wystąpią: Waldemar Malicki, Vadim Brodski, Tomasz Strahl, Margherita i Julian (dzieci V. Brodskiego), a towarzyszył będzie solistom pianista Grzegorz Biegas.
         4 października zapraszam na koncert MŁYNARSKI. BYNAJMNIEJ – Myrczek & Schmidt Quintet ft. Herdzin.
         Kończymy sezon w listopadzie festiwalem „Viva Polonia” . Proponujemy dwa koncerty: 8 listopada zapraszamy na Koncert Orkiestry Reprezentacyjnej Straży Granicznej z Nowego Sącza pod dyrekcją Leszka Mieczkowskiego, a 11 listopada koncert „Divy polskiej estrady” w wykonaniu Ani Rusowicz i Rafała Stępnia.

Przyjechałam na ten koncert ze znajomymi, którzy są zachwyceni dworem i wszystkim co go otacza oraz uprzejmością osób pracujących w Centrum Paderewskiego. Myślę, że wszyscy kochają to miejsce.

         Instytucja to nie są mury. Dotyczy to zarówno filharmonii, oper, teatrów dramatycznych i wszystkich instytucji artystycznych. To nie są mury, to nie jest sala, estrada czy widownia. To są ludzie, którzy w tej instytucji pracują i ją tworzą. Bez ludzi to jest tylko budynek. Instytucję tworzą pracownicy, którzy pracują na jej rzecz i artyści, którzy w niej występują. Bez nich to są tylko mury. Wszyscy pracownicy Centrum Paderewskiego w Kąśnej Dolnej sumiennie pracują i tworzą dobrą atmosferę, a to sprawia, że artyści którzy u nas występują, melomani i turyści bardzo chętnie tu wracają.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

       Ja także bardzo dziękuję i zapraszam Kąśnej.

Szanowni Państwo,
Po tej rozmowie udałam się na koncert do Sali „STODOŁA”, który rozpoczął się bardzo miłą niespodzianką, zarówno dla dyrektora Łukasza Gaja jak i dla publiczności.
Na wniosek Wojewody Małopolskiego, za zasługi na rzecz rozwoju i upowszechniania kultury, Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej nadał panu Łukaszowi Gajowi Srebrny Krzyż Zasługi. Odznaczenie wręczyła 28 czerwca przed koncertem pani Elżbieta Achinger, Wicewojewoda Małopolska. Serdecznie Panu dyrektorowi gratuluję i życzę wielu sukcesów we wszystkich nurtach działalności kultiralnej.

Później pan dyrektor Łukasz Gaj przybliżył publiczności wykonawczynię koncertu i jej dotychczasowe osiągnięcia.
Dowiedzieliśmy się m.in., że bolesne rodzinne doświadczenie ukształtowało u Tianyao Lyu niezwykłą dojrzałą wrażliwość: „Jako ośmiolatka, patrząc na odchodzącą babcię, zobaczyła, że muzyka Chopina, Beethovena i Rachmaninowa była dla niej największym ukojeniem w cierpieniach. Wtedy mała Tianyao .zrozumiała, że fortepian to nie tylko technika, to potężna siła, która leczy ludzką duszę.
Pasja i niezwykły talent doprowadziły ją do momentu, który zmienił wszystko. Wybitna polska pedagog prof. Katarzyna Popowa-Zydroń, ta sama, która doprowadziła do zwycięstwa Rafała Blechacza dostrzegła w Chinach ten niezwykły diament i namówiła nastolatkę na wielki krok.
Mając zaledwie 15 lat Tianyao spakowała całe swoje życie i razem z mamą, która do dziś wspiera ją na każdym kroku, przeprowadziły się na drugi koniec świata – do Poznania. Ponieważ była zbyt młoda, żeby studiować na Akademii Muzycznej, ta akademia stworzyła dla niej specjalny tok przygotowawczy.
Ta skromna dziewczyna błyskawicznie skradła serca całej społeczności akademickiej, która z ogromną czułością nazwała ją Marysią.
Między morderczymi treningami Marysia zdążyła pokochać spacery po poznańskich parkach, polskie pierogi, oraz tradycyjny żurek.
Kilka miesięcy później przyszedł czas na wielką międzynarodową próbę – XIX Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny im. Fryderyka Chopina w Warszawie.
Jako szesnastolatka, grając z nieskazitelną, kosmiczną wręcz precyzją, wywołała takie poruszenie, że krytycy w kuluarach żartowali iż musi być przybyszem z innej planety. Jednak publiczność i jury nie mieli wątpliwości, że za tą techniką i perfekcją kryje się gigantyczna, czysta emocja.
Marysia wróciła z Warszawy jako laureatka IV nagrody oraz wyróżnienia za najlepsze wykonanie koncertu, które w świecie krytyków uważane jest za nieformalne zwycięstwo Konkursu Chopinowskiego.
Dziś, zaledwie dwa tygodnie po tym, jak legendarne londyńska wytwórnia DECCA CLASIC podpisała z nią prestiżowy kontrakt na wyłączność i wydała pierwszy, bijący rekordy singiel jest w Kąśnej. Przed tą młodą artystką rysuje się fenomenalna przyszłość. Już wkrótce czekają ją wielkie międzynarodowe trasy. W tym prestiżowy koncert w Lucerne Symphony Orchestra u boku samej Marthy Argerich.
Ale zanim to nastąpi witamy ją w Kąśnej Dolnej, w naszej Sali koncertowej STODOŁA.”

Tianyao Lyu zachwycająco wykonała następujące utwory Fryderyka Chopina:

- Nokturny op. 37 nr 1 i 2
- Mazurki op. 59 nr 1, 2, 3
- Walce op. 64 nr 1, 2, 3
- Barkarola op. 60
- Scherzo op. 54

Od pierwszych dźwięków Tianyao Lyu oczarowała kąśnieńską publiczność niebywałą kobieco-dziewczęcą czułością, delikatnością i wyrazistością poszczególnych dźwięków. Jej gra z jednej strony jest pełna lekkości, a z drugiej jej interpretacje utworów Fryderyka Chopina są dojrzałe.
Nic też dziwnego, że po zakończeniu wymienionych utworów owacja publiczności, która powstała z miejsc trwała długo. Artystka obdarowała nas dwoma bisami.
Ten recital pozostanie na długo w pamięci wszystkich, którzy mieli okazję go wysłuchać.

Zofia Stopińska

Zawsze mówię, że to akordeon mnie wybrał

Zapraszam Państwa na spotkanie z Panem Michałem Stochelem, zwycięzcą w XXII Konkursie Eurowizji dla Młodych Muzyków, który odbył się 6 czerwca 2026 roku w Erywaniu.

To czwarty triumf Polski w historii tego prestiżowego konkursu oraz pierwszy przypadek, gdy najwyższe laury zdobył akordeonista. Wcześniej zwycięzcami byli: w 2000 roku pianista Stanisław Drzewiecki,  w Bergen, w 1992 roku zwyciężył skrzypek Bartłomiej Nizioł w Brukseli i w 2016 roku Kolonii pierwsze miejsce zdobył saksofonista Łukasz Dyczko.

W tegorocznej edycji Konkursu Eurowizji dla Młodych Muzyków uczestniczyli reprezentanci 11 państw. Drugie miejsce zajęła reprezentantka Łotwy, perkusistka Sonja Misiņa, a trzecie reprezentantka Armenii, flecistka Elen Virabyan. Uczestnikom towarzyszyła Narodowa Orkiestra Filharmonii Armeńskiej pod batutą Eduarda Topchjana.

Michał Stochel jest tegorocznym maturzystą Zespołu Państwowych Szkół Muzycznych im. Artura Malawskiego w Przemyślu. Jego nauczycielem akordeonu był pan Dariusz Baszak.

Gratuluję serdecznie tego wielkiego sukcesu. Zdobyłeś Nagrodę Główną w tak ważnym konkursie.

        Bardzo dziękuję. Już znalezienie się w gronie finalistów tego konkursu oraz zwycięstwo jest dla mnie ogromnym wyróżnieniem. Jestem szczęśliwy, że kilkuletnia praca pod kierunkiem mojego wspaniałego nauczyciela pana Dariusza Baszaka zakończyła się takim osiągnięciem.

Dodajmy, że Twój sukces w Erywaniu poprzedziło zwycięstwo w ogólnopolskim konkursie Młody Muzyk Roku. Pewnie wiele godzin spędziłeś codziennie na ćwiczeniu. Jak długo trwały przygotowania?

        Każdy sukces wiąże się z pracą i dzięki tej pracy oceniono mnie tak wysoko. Zawsze starałem się solidnie ćwiczyć, ale przygotowania do tych konkursów były dość stresujące i trwały kilka miesięcy. Denerwowałem się, bo grałem pierwszy raz z towarzyszeniem orkiestry. Trochę się bałem, że sobie nie poradzę, ale ostatecznie wszystko poszło dobrze. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz będę miał okazję grać z towarzyszeniem orkiestry.

Bardzo trudny utwór wybraliście na ten konkurs.

         Grałem Concerto Classico, cz. III: Presto con fuoco Mikołaja Majkusiaka. Utwór dość trudny zarówno dla solisty jak i orkiestry, bardzo energetyczny i rytmiczny, ale za to bardzo efektowny. Uważam, że jest to wspaniała kompozycja na poziomie światowym.

Jak wyglądał pobyt Erywaniu?

        W podróży towarzyszył mi mój profesor pan Dariusz Baszak. Zawsze pomagał mi w rozwiązaniu wszystkich problemów i wątpliwości. Byliśmy w Erywaniu tydzień, ponieważ załatwienie wszystkich spraw związanych z konkursem, próby z orkiestrą i ćwiczenie zajęło trochę czasu.
Po raz pierwszy byłem w tamtych stronach świata izobaczyłem jak różnią się od Polski. Mieliśmy trochę czasu na zwiedzanie. Bardzo mi się podobało.

Wiadomo, że pojechałeś po to, aby stanąć w szranki konkursowe, ale czy spodziewałeś się, że wygrasz?

        Oczywiście, każdy z nas chciał się zaprezentować jak najlepiej, ale byłem, jak na wszystkich dotychczasowych konkursach nie byłem nastawiony na wygranie. Konkurs jest przede wszystkim po to, żeby się czegoś nauczyć, poznać nową literaturę i nowych ludzi. Nagrody zdobywa się przy okazji. Prawdę mówiąc nie spodziewałem się zwycięstwa. Kiedy padło moje nazwisko byłem w szoku.

Zarówno podczas krajowych eliminacji, jak i międzynarodowych oceniali was świetni muzycy.

        Tak, podczas krajowych eliminacji (Młody Muzyk Roku 2026), polskiego reprezentanta wybierało jury, w którym zasiedli znakomici polscy muzycy: dyrygent Adam Sztaba (przewodniczący), skrzypaczka Agata Szymczewska oraz oboista Arkadiusz Krupa.

W międzynarodowym finale w Erywaniu występy oceniało wybitne jury w składzie: Roman Simović - skrzypek (Ukraina) i dyrygent, który przewodniczył jury, Julian-Sadi Salemkour – dyrygent (Niemcy/Algeria), Narek Hakhnazaryan – wiolonczela (Armenia) i Eduardo Belmar Jorda- flet (Majorka). Z pewnością jurorzy mieli problemy w wyłonieniem trzech pierwszych miejsc, ponieważ uważam, że wszyscy uczestnicy świetnie zagrali.
Bardzo się cieszę, że mogłem przebywać z tak świetnymi muzykami.

Rozmawiamy po Twoim spotkaniu w przemyskiej szkole po zwycięstwie w Erywaniu, które było bardzo miłe i wzruszające.

        Nie spodziewałem się, tak miłego spotkania. Byłem bardzo wzruszony kiedy zobaczyłem profesora Dariusza Baszaka i moich wszystkich kolegów, którzy przyszli mi pogratulować. Obejrzeliśmy jeszcze raz nagranie z mojego występu w konkursie i rozmawialiśmy. Był tort i kwiaty. To było bardzo miłe.

Z wielkim sentymentem żegnam już szkołę, ale zawsze będę pamiętał o Przemyślu, w którym uczyłem się przez sześć lat. Zawsze z sentymentem będę wracał do tego pięknego miasta.

Pewnie też z wielkim sentymentem będziesz wspominał Państwową Szkołę Muzyczną I stopnia w Kolbuszowej, gdzie rozpoczynałeś naukę gry na akordeonie.

         To prawda. Do czasu spędzonego w Szkole Muzycznej w Kolbuszowej powracam ze wspaniałymi wspomnieniami. Zacząłem swoją przygodę z muzyką w tej szkole, gdzie uczył mnie gry na akordeonie pan Tomasz Blicharz. Miałem osiem lat kiedy zacząłem się kształcić.

Dlaczego wybrałeś akordeon?

         Zawsze mówię, że to akordeon mnie wybrał. Kiedy miałem siedem lat byłem na wycieczce w Sandomierzu. Zobaczyłem tam pana, który grał na ulicy na akordeonie. Od pierwszego spojrzenia zafascynowałem się tym instrumentem, nie mogłem oderwać wzroku.
Wkrótce rodzice zapisali mnie do szkoły muzycznej na akordeon i wszystko się dalej potoczyło.

Mój dom rodzinny znajduje się w Zarębkach niedaleko Kolbuszowej, gdzie chodziłem do szkoły podstawowej. Byłem małym chłopcem i rodzice musieli mnie wozić kilka razy w tygodniu do szkoły muzycznej. To było dosyć trudne logistyczne, bo pracowali, ale zawsze sterali się godzić wszystkie obowiązki.

Jeszcze większy problem rozpoczął się, kiedy ukończyłem naukę w szkole I stopnia. Bardzo chciałem kontynuować naukę w Przemyślu, gdzie poziom nauczanie gry na akordeonie jest bardzo wysoki. Nie mogłem dojeżdżać na zajęcia do Przemyśla z Zarębek. Przeprowadził się ze mną tata, ponieważ mama musiała zostać w domu, bo starszy brat uczył się w liceum i także nie mógł zostać sam.
Na każdy weekend staraliśmy się z tatą wracać do domu. Nie zawsze się udawało z powodu różnych zobowiązań, ale jak tylko mogliśmy to jechaliśmy do domu.

Niedawno wróciliście do domu w Zarębkach, ale po wakacjach znowu będziesz musiał wyjechać na dłużej, bo rozpoczniesz studia.

         Studia też się wiążą z opuszczeniem domu rodzinnego, ale taka jest kolej rzeczy. Chcę studiować w Polsce i wybrałem Akademię Muzyczną w Katowicach.

Czy w rodzinie są tradycje muzyczne?

         Jest w rodzinie kilku grających na instrumentach kuzynów, ale nikt nie zajmuje się muzyką profesjonalnie. W tym sensie będę pierwszy.

Będąc uczniem szkół muzycznych w Kolbuszowej i Przemyślu często brałeś udział w konkursach i wiele z nich wygrałeś.

         Tych konkursów było bardzo dużo zarówno w Polsce, jak i za granicą. Ciężko to policzyć. Tak jak już powiedziałam na konkursy jedzie się po to, żeby się czegoś nauczyć.
Wyniki to jest osobna kwestia, do której po prostu nie należy przykładać zbyt dużej wagi, bo muzyka jest subiektywną sztuką i każdy może ją inaczej odbierać.

Każdy sukces to nie była tylko i wyłącznie moja praca ale także praca moich nauczycieli, zarówno z Kolbuszowej jak i z Przemyśla. Bez ich pomocy, zaangażowania i wytrwałości na pewno nie odniósł bym takiego sukcesu. Jestem im za to bardzo wdzięczny.

Obserwując i słuchając Twoich nagrań koncertowych, zauważyłam, że potrafisz znakomicie współpracować z publicznością, ująć ją swoimi interpretacjami.

         Staram się jak najbardziej przemówić do publiczności muzyką i myślę, że moje wykonania trafiają do ludzi. To jest bardzo ważne i jestem z tego bardzo zadowolony.

Sukces w Konkursie Eurowizji dla Młodych Muzyków sprawił, że różne media bardzo interesują się Tobą i jestem przekonana, że masz sporo propozycji koncertów.

         Faktycznie zainteresowanie mediów jest duże. Nie jestem przyzwyczajony do tego . Otrzymałem także sporo zaproszeń na koncerty w różnych terminach. Myślę, że Konkurs Eurowizji otworzył mi wiele drzwi.

Życzę kolejnych sukcesów oraz wiele wytrwałości, cierpliwości i radości z wykonywanej muzyki.
Bardzo dziękuję za rozmowę.

         Ja również dziękuję bardzo.

Zofia Stopińska

Subskrybuj to źródło RSS