Wyświetlenie artykułów z etykietą: wywiady

Muzyka jest moją miłością, ale także moją drogą

           Dwa koncerty w ramach Podkarpackiego Festiwalu Organowego odbywają się w przepięknej późnobarokowej bazylice Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Starej Wsi, którą od połowy XIX wieku opiekują się jezuici. Bazylika i jej otoczenie zwane są „Małą Częstochową” i nie ma w tym żadnej przesady, bo to wyjątkowe miejsce na Podkarpaciu ze względu na architekturę, wystrój wnętrza i kult, jakim otaczany jest cudowny Obraz Zaśnięcia i Wniebowzięcia NMP. W ostatnich latach, dzięki funduszom unijnym, nie tylko świątynia i dom zakonny zyskały dawny blask. Powiększono muzeum i zagospodarowano otoczenie kompleksu, powstały miejsca parkingowe i punkt informacyjno-turystyczny dla pielgrzymów oraz ogród biblijny. Wszystko to zachwyca osoby odwiedzające to miejsce. Ojcowie Jezuici pomyśleli także o renowacji organów, dzięki której wnętrze wspaniałej świątyni może rozbrzmiewać muzyką.

          Pierwszy koncert w Bazylice Jezuitów w Starej Wsi odbył się 9 lipca 2017 roku, a jego wykonawcami byli wyśmienici polscy artyści: organista Marek Stefański i puzonista Tomasz Stolarczyk.
          Pan Marek Stefański, dyrektor artystyczny Podkarpackiego Festiwalu Organowego, zasiadł przy organach starowiejskiej Bazyliki także 14 sierpnia tego roku, aby wykonać kilka utworów organowych, a w pozostałych towarzyszył znakomitemu tenorowi O. Rafałowi Kobylińskiemu SJ.
          Pojechałam na ten koncert trochę wcześniej, bo dzięki pośrednictwu pana Marka Stefańskiego mogłam przed koncertem porozmawiać z O. Rafałem Kobylińskim.

          Gospodarzami tej cudownej Bazyliki i jej otoczenia są jezuici, a Ojciec także do tej rodziny zakonnej należy i sądzę, że to miejsce jest Ojcu bardzo dobrze znane.
          - Tak, bo w Starej Wsi już byłem wiele razy, aczkolwiek mamy w Polsce dwie Prowincje – Północną i Południową, a ja należę do Północnej Prowincji i jestem tutaj gościnnie u moich współbraci z Prowincji Południowej. Bywałem tu wielokrotnie na rekolekcjach, ale także sam dając rekolekcje. W tym roku także już dawałem rekolekcje koncertowe, śpiewając w tej przepięknej Bazylice starowiejskiej i już wtedy urzekła mnie akustyka i piękno miejsca. Dlatego bardzo ucieszyło mnie zaproszenie pana Marka Stefańskiego na koncerty w Starej Wsi i jutro w Krośnie.
Przyjechałem tu ze swoim bratem Szymonem, który również jest śpiewakiem operowym i jutro wystąpimy w Krośnie, ale dzisiaj też „popełnimy” mały bis razem.

          Dwóch braci zostało śpiewakami. Czy rodzice albo dziadkowie też mieli piękne głosy, albo byli muzykami?
          - Nasza Mamusia śpiewa w chórze parafialnym, ale tradycji w naszej rodzinie nie było. Myślę, że ja je zapoczątkowałem, kierując swoje kroki do Akademii Muzycznej w rodzinnej Bydgoszczy. Moje drogi muzyczne były bardzo kręte, gdyż po trzech latach podjąłem decyzję o przerwaniu studiów i wstąpieniu do zakonu, ale już w latach formacji miłość do muzyki nie dawała mi spokoju. Poprosiłem o możliwość ukończenia studiów i po ukończeniu studiów filozoficznych w Krakowie, wróciłem na Akademię Muzyczną w Gdańsku i tam ukończyłem studia na Wydziale Wokalnym w klasie prof. Ryszarda Minkiewicza.
          Przyznam, że jak poszedłem do zakonu, to pożegnanie się z muzyką profesjonalną było pewną ofiarą. Jednak Pan Bóg nie pozwolił mi na całkowite pożegnanie się z muzyką. Wprost przeciwnie, jestem w zakonie i koncertów mam bardzo dużo.
          Poznałem także innych księży śpiewających, m.in.: ks. Pawła Sobierajskiego, ks. Zdzisława Madeja, ks. Roberta Kaczorowskiego i ks. Tomasza Jarosza. Niektórzy z nich są księżmi diecezjalnymi, ks. Tomasz Jarosz jest redemptorystą. Tworzymy zespół Servi Domini Cantores i występujemy. Bardzo dużo koncertów wspólnych wykonywaliśmy, zdarza się nam także występować w mniejszych składach i śpiewamy solowo.

          Jestem przekonana, że gdyby dokładnie policzyć wszystkie występy w Polsce i za granicą, bo przecież były występy wspólne oraz solowe między innymi w Stanach Zjednoczonych, Francji, Austrii, Izraelu, Włoszech, na Litwie, to liczba byłaby imponująca.
           - To prawda, to już jest kilkaset koncertów, licząc od lat studiów.
Udało mi się jeszcze raz wrócić na studia do Akademii Muzycznej, tym razem do Katowic, gdzie pod kierunkiem pani prof. Urszuli Kryger napisałem doktorat z wokalistyki i obroniłem go. Mój kontakt z muzyką był cały czas żywy.

          Było sporo pracy związanej z tym doktoratem, bo trzeba napisać pracę, nagrać płytę, wykonać te utwory podczas koncertu w obecności specjalnej komisji i później pozostaje już chyba tylko obrona. Ciekawa jestem, co było tematem pracy?
          - Moja miłość do Karola Szymanowskiego. Nagrałem płytę z cyklami pieśni Karola Szymanowskiego, m.in. Hymny do tekstów poematów Jana Kasprowicza, czy pieśni do słów Tadeusza Micińskiego.

          Kontakty z muzyką zawsze były, a ostatnio jest ich coraz więcej.
          - Faktycznie tak jest, ale chcę podkreślić coś bardzo dla mnie istotnego – że muzyka stała się dla mnie przede wszystkim „narzędziem” ewangelizacyjnym. Poza tym, że jest moją miłością, to jest także moją drogą, bo także w zakonie moja służba dzięki muzyce jest bardzo intensywna. Aktualnie prowadzę zajęcia ze śpiewu liturgicznego, dykcji i emisji głosu na Papieskim Wydziale Teologicznym Collegium Bobolanum w Warszawie.
          Ten dar od Pana Boga mogę także wykorzystywać, pracując z moimi współbraćmi, bo przecież ksiądz powinien umieć także śpiewać i bardzo cieszy mnie fakt, że moi współbracia poprosili, żeby mieć więcej zajęć ze mną, co było ewenementem na uczelni (śmiech).

           Uważam, że rola kościoła w umuzykalnianiu społeczeństwa jest ogromna. Rodzice zabierają małe dzieci na różne nabożeństwa do kościoła i często tam dzieci słyszą muzykę klasyczną. Jeśli jest ona dobrze wykonana, to miłość do muzyki może się rozwinąć.
          - Ma pani rację. Młody człowiek może zostać zainspirowany. Mój pierwszy kontakt z muzyką miał miejsce w kościele, gdzie jako lektor zaczynałem śpiewać psalmy. W Bydgoszczy, w Parafii Świętych Polskich Braci Męczenników – znanej parafii, bo ostatnią mszę tam odprawiał ks. Jerzy Popiełuszko, śpiewałem w chórze i tam zaczęły się moje wszystkie solowe śpiewy. Również śpiewałem jeszcze w Bydgoszczy na Placu Kościeleckich, gdzie obecnie też pracuję i posługuję w zespole, który oprawiał liturgie i wykonywaliśmy muzykę jako młodzi ludzie. Te pierwsze kroki i rozwój wrażliwości najczęściej odbywa się w ten sposób. Ucząc swoich współbraci, staram się kłaść na to nacisk. Nawet jeśli ktoś nie ma talentu muzycznego do śpiewania, to przynajmniej powinien mieć wyrobiony gust, pewien smak i powinien czuć to, co jest dopuszczalne w świątyni. Młody człowiek często nie ma innej możliwości spotykania się z kulturą wysoką. Uważam, że słuchanie muzyki klasycznej z płyt, czy innych nośników, możemy porównać do oglądania galerii sztuki przez dziurkę od klucza. Bez kontaktu z żywą muzyką nie ma możliwości, żeby się „zarazić” muzyką klasyczną.
          Pamiętam, że jako młody człowiek słuchałem muzyki bigbitowej, heavymetalowej, jeździłem nawet na koncerty zespołu Metalica do Katowic i tak naprawdę dopiero kiedy miałem okazję pójść do opery, usłyszeć na żywo to piękno, tę harmonię, to dopiero wtedy mnie to zachwyciło i od tamtej pory już tak zostało.

           Niektórzy z księży tworzących zespół Servi Domini Cantores śpiewają również partie operowe w spektaklach. Wczoraj słyszałam ks. Zdzisława Madeja śpiewającego znakomicie arię Jontka z opery „Halka” Stanisława Moniuszki.
          - Tak, bo ks. Zdzisław współpracował z Operą Wrocławską i innymi teatrami operowymi, gdzie występował jako solista. Obecnie jest kierownikiem Katedry Wokalistyki w Akademii Muzycznej w Krakowie, bo jest nie tylko wybitnym śpiewakiem, ale także świetnym pedagogiem.
          Wielu ludzi jak usłyszy, że ksiądz będzie śpiewał, spodziewa się usłyszeć piosenkę „Panience na dobranoc”, albo że inne tego typu utwory będzie wykonywał grając na gitarze w prezbiterium.
          Nic bardziej mylnego. Wykonujemy profesjonalnie muzykę klasyczną. W tym roku nawet z racji 200. rocznicy urodzin Stanisława Moniuszki, staramy się jego muzykę propagować i są to między innymi arie operowe: Jontka z „Halki”, Stefana ze „Strasznego dworu”, również śpiewamy pieśni Moniuszki. Utwory Stanisława Moniuszki zabrzmią dzisiaj w Starej Wsi i jutro w Krośnie.

           Zawodowo w teatrach operowych Ojciec nie śpiewa.
          - Nie, nie miałem takich możliwości, bo powiem szczerze, że ta moja posługa w Towarzystwie i wiele innych zajęć nie pozwalają mi na taką współpracę. Nie wzbraniam się, może kiedyś przyjdzie czas, że i to się stanie.
Występowałem w spektaklach operowych podczas studiów wokalnych, a później też zdarzało mi się śpiewać na operowych scenach, ale nie w spektaklach, tylko w koncertach.
           Podczas koncertów wykonuję często także arie operowe, ale w przestrzeni sakralnej śpiewamy stosowne utwory. Jest ich całe morze i można by było wymieniać długo.
           Tym razem bardzo się cieszę, że występuję też razem z moim bratem Szymonem, który ma piękny bas i jest znakomitym śpiewakiem operowym, współpracującym z wieloma operami w Polsce. Dzisiaj razem wykonamy przepiękny utwór „Ave Maria” Donizettiego, jutro w Krośnie śpiewamy cały koncert, a w sobotę w Krościenku nad Dunajcem będziemy śpiewać również wspólnie z ks. Pawłem Sobierajskim.

          To wyjątkowo piękne miejsca.
          - To prawda i bardzo się cieszę, że mogę w takich miejscach występować. W niedzielę śpiewałem w Świętej Lipce, również w przepięknym Sanktuarium Maryjnym na Warmii i Mazurach. Słyszałem, że w rankingu jest to najpiękniejszy kościół w Polsce i są tam wyśmienite organy. Współpracuję także z panem prof. Andrzejem Chorosińskim. W tym roku wydaliśmy płytę, którą nagraliśmy w Sanktuarium Maryjnym w Licheniu. Mamy kolejne projekty, mam nadzieję, że udam nam się je zrealizować.

          Niedługo rozpocznie się koncert i wiem, że już nie możemy dłużej rozmawiać. Mam nadzieję, że będzie okazja do kolejnych spotkań przy okazji koncertów zarówno w tej Bazylice, jak i w innych miejscach na Podkarpaciu.
          - To prawda, już pora na chwilę wyciszenia i przygotowanie się do koncertu. Bardzo dziękuję za rozmowę.

          Pozwolą Państwo, że przybliżę teraz przebieg i atmosferę koncertu, który odbył się 14 sierpnia 2019 roku w Bazylice Jezuitów w Starej Wsi, a jego wykonawcami byli: Marek Stefański – organy, Rafał Kobyliński – tenor i gościnnie Szymon Kobyliński – bas.

           Kościół wypełniony był po brzegi publicznością, która z wielką życzliwością słuchała i gorąco oklaskiwała wykonawców.
Koncert rozpoczął się polifonicznym opracowaniem Kantyku Maryjnego w XVII wieku, po którym zabrzmiała znana aria Pieta Signore przypisywana Alessandro Stradelli’emu.
          Później znowu zachwycaliśmy się brzmieniem starowiejskich organów, słuchając utworów Johanna Sebastiana Bacha – najpierw jednego z tzw. chorałów Schüblerowskich Meine Seele erhebt den Herren BWV 648, a później w opracowaniu na organy Marka Stefańskiego zabrzmiały chorał i fuga z Kantaty BWV 10 Meine Seele erhebt den Herren.
          Kolejne ogniwo wypełniły utwory wokalne: Ave verum Louis’a Viernea, Tantum ergo Cesara Francka i Vater unser z cyklu Religiose Lieder op. 157 Josefa Gabriela Rheinbergera. Z tego samego cyklu wysłuchaliśmy jeszcze pieśni Abendlied, ale opracowanej na organy przez Marka Stefańskiego.
          Po tym krótkim utworze instrumentalnym znowu zabrzmiała muzyka wokalna i wysłuchaliśmy w wykonaniu Rafała Kobylińskiego: Ave Maria Michała Lorenca, Nie opuszczaj nas i Ojcze z niebios Stanisława Moniuszki, Preludium c-moll op. 28 nr 4 Fryderyka Chopina z tekstem Stabat Mater na tenor i bas, a partię basową wykonał Szymon Kobyliński, prywatnie brat Rafała Kobylińskiego, oraz Ave Maria Stanisława Kwiatkowskiego.
          Ostatnim akcentem, opracowanym na organy przez Marka Stefańskiego, były fragmenty Litanii Ostrobramskiej Stanisława Moniuszki.
Do wykonania ostatniego utworu śpiewacy stanęli przed ołtarzem i usłyszeliśmy w towarzyszeniem organów Ave Maria – Gaetano Donizettiego.
Ten utwór zawsze podbija serca publiczności, a w przestrzeni Bazyliki w Starej Wsi zabrzmiał zachwycająco.
          Publiczność zgotowała wykonawcom gorącą owację, która trwała bardzo długo i pomimo, że pan Marek Stefański także pojawił się obok Rafała Kobylińskiego i Szymona Kobylińskiego, aby wspólnie podziękować za gorące przyjęcie, brawa nie milkły i wiadomo było, że Ave Maria Donizettiego musi być zostać wykonane także na bis. Artystów pożegnały znowu długie rzęsiste brawa.
          Przepięknie śpiewał O. Rafał Kobyliński SJ, wspaniałą niespodziankę zrobił nam znakomity bas Szymon Kobyliński, a Marek Stefański potwierdził, że należy do ścisłej czołówki najlepszych polskich organistów i jest także wytrawnym kameralistą, świetnie współpracującym ze śpiewakami.
To był cudowny, wzruszający wieczór.

          W najbliższą niedzielę – 18 sierpnia 2019 roku o godz. 18:00 w Bazylice Jezuitów w Starej Wsi wystąpią znakomici instrumentaliści z Gdańska – skrzypaczka i kameralistka Maria Perucka oraz organista Roman Perucki.

          W tym samym dniu o 20:00 w Katedrze Rzeszowskiej rozpocznie się ostatni koncert tegorocznej edycji Podkarpackiego Festiwalu Organowego, podczas którego wystąpią: niemiecki organista Martin Bernreuther oraz Chór i Orkiestra Nicolaus pod batutą Zdzisława Magonia. Partie solowe wykonają: Izabela Łukasik – sopran, Aleksandra Kalicka – mezzosopran, Artur Nycz – tenor i Dawid Krzysztoń – bas.

Zapraszam na te koncerty w imieniu gospodarzy, organizatorów oraz dyrektora artystycznego PFO dr hab. Marka Stefańskiego.

Słuchanie wspaniale śpiewającej młodzieży, to jest po prostu „miód na serce”.

          Jeśli Państwo chcą trochę odpocząć, a przy okazji posłuchać muzyki wokalnej w wykonaniu młodych artystów, gorąco polecam, aby wybrać się do pięknego Buska-Zdroju. W upalne dni można tam znaleźć cień i spokój, a wieczorem wybrać się na koncert i posłuchać pięknych arii z oper i operetek, pieśni oraz znanych fragmentów z musicali.
          Do 15 sierpnia odbywają się w Busku Zdroju V Świętokrzyskie Warsztaty Wokalistyki, a od 17 do 19 sierpnia odbędzie się tam Międzynarodowy Konkurs Wokalny „Bella Voce”. Warsztaty i konkurs organizuje Stowarzyszenie „Voce” przy współpracy Buskiego Samorządowego Centrum Kultury pod patronatem Polskiego Stowarzyszenia Pedagogów Śpiewu.
           Pomysłodawczynią i organizatorką Warsztatów i Konkursu jest pani dr Roma Owsińska, wybitna polska śpiewaczka operowa o światowej renomie, która od lat dzieli się swoją wiedzą i doświadczeniem z młodymi osobami, które są utalentowane i marzą o karierze wokalnej.
          12 sierpnia w cudownej sali Sanatorium Marconi odbył się pierwszy koncert w ramach Warsztatów, a po jego zakończeniu Maestra Roma Owsińska znalazła czas na rozmowę.

          Zofia Stopińska: Wystąpili podczas tego koncertu chyba wszyscy uczestnicy tegorocznej edycji Świętokrzyskich Warsztatów Wokalistyki i pokazali, czego do tej pory się nauczyli. Pani była gospodynią tego koncertu, ale zapowiadając młodych wykonawców, prosiła Pani każdego z nich, aby się przedstawili i wymienili chociaż kompozytora i tytuł utworu, który wykonają.
          Roma Owsińska: Tak, na scenie sali koncertowej Sanatorium Marconi zaprezentowali się wszyscy uczestnicy oraz wykładowcy Kursu. Postanowiłam poprosić każdego uczestnika, aby przed koncertem powiedział kilka słów, bo doszłam do wniosku, że w ten sposób nawiążą kontakt z publicznością. Wszyscy mieli wielką tremę, a poprzez taki bardzo krótki wywiad zapominali o zdenerwowaniu i zauważyłam, że te rozmowy przed śpiewaniem były bardzo pomocne, bo ośmielały ich.

          To był również bardzo przemyślany element edukacyjny, bo w przyszłości może się zdarzyć, że będą musieli się przedstawić i poprowadzić cały swój koncert.
          - Jeśli rozpoczynającym karierę śpiewakom zdarzy się to bez uprzedzenia podczas recitalu czy koncertu, to wówczas trema może ich zniszczyć. Trzeba, aby jak najwcześniej nauczyli się, jak radzić sobie w różnych sytuacjach.

          Młodzi śpiewacy mają podczas tych warsztatów szanse doskonalić swoje umiejętności pod kierunkiem znakomitych śpiewaków i jednocześnie doświadczonych pedagogów.
         Zawsze staram się pozyskać wspaniałych pedagogów, których cenię i szanuję, a jednocześnie wiem, że podczas pracy oddają serce młodzieży. Zarówno dr Agnes Zwierko, jak i dr hab. Zdzisław Madej przez cały dzień prowadzili zajęcia tak samo jak ja, a w czasie koncertu również wystąpili. Wspaniale zaśpiewał arię Jontka z opery „Halka” Stanisława Moniuszki ks. Zdzisław Madej, a Agnes Zwierko słuchaliśmy w arii z operetki „Bal w Savoyu” Paula Abrahama. Gorące oklaski publiczności najlepiej świadczyły o mistrzowskim wykonaniu.

          W środku koncertu pojawiło się ogniwo, które wypełniła muzyka lżejsza, bo pojawiły się nawet piosenki. Niektórzy starają się uczyć nie tylko śpiewu operowego.
          - Sądzę, że młodzi ludzie starają się zaistnieć na estradach na różne sposoby, ale kochają przede wszystkim muzykę klasyczną i poświęcają wiele czasu na naukę śpiewu klasycznego. Dobra emisja pomaga śpiewać także inną muzykę, chociaż bardzo się różniącą, ale zdobywa się również technikę, która pozwala śpiewać w każdym stylu.
          Wielu wielkich, światowej sławy śpiewaków występuje w najsłynniejszych teatrach operowych, a z wielką lekkością, kulturą i elegancją śpiewają w musicalach. To także sprawia im ogromną przyjemność, a publiczność jest zachwycona.

          Podczas Warsztatów koncerty odbywają się codziennie.
          - Młodzież bardzo się cieszy z tych koncertów i starannie się do nich przygotowuje. Pracuje przede wszystkim nad repertuarem, ale wielką wagę przywiązuje także do wyglądu, bo stara się także o odpowiednie kreacje. Każdy koncert jest dla nich wielkim świętem.
          Zauważyłam także, że starannie obserwują nasze zachowanie na estradzie i także się uczą. Każdy z wykładowców wiele lat już śpiewał na różnych scenach i z wielką radością oraz serdecznością podchodzimy do tych młodych ludzi, bo wiemy, że trzeba nauczyć ich wszystkiego.
Czasy są ciężkie, mimo że można podróżować po całym świecie i studiować w zagranicznych uczelniach, ale to nie jest wcale takie proste.

          Czy to było impulsem do założenia Stowarzyszenia „Voce”.
          - Zakładając Stowarzyszenie, mieliśmy zupełnie inne plany, ale ciągle studenci pytali mnie, dlaczego nie mają możliwości ze mną pracować, dlaczego nie mogą posłuchać moich nagrań na Youtube. Spróbowałam odpowiedzieć na ich prośby i najpierw zorganizowałam warsztaty, a później konkurs. Mam jeszcze sporo nagrań zarejestrowanych podczas koncertów, które zamieszczę, jak znajdę trochę wolnego czasu.

          W tych dniach artyści pokazują, że są bardzo wrażliwi, mają wielkie serca i potrafią się dzielić swoimi talentami.
          - Organizujemy akcję połączoną ze zbiórką pieniędzy na serduszko dla Sebastiana – chłopczyka, który będzie miał operację w Stanach Zjednoczonych, brakuje mu jeszcze mnóstwo pieniędzy.
          Buscy malarze podarowali swoje obrazy na ten cel, my je polecaliśmy i nawet było spore zainteresowanie. Cieszymy się z tego, ale trzeba będzie jeszcze pomyśleć chociaż o kilku obrazach na koncert finałowy.

          Świętokrzyskie Warsztaty Wokalistyki odbywają się dopiero po raz piąty, a już jest o nich głośno także poza granicami Polski, bo w tym roku przyjechała także młodzież z zagranicy.
          - Mamy uczestników Warsztatów, którzy śpiewają już nawet w teatrach operowych i coraz częściej zaglądają do nas młodzi ludzie z zagranicy. W ubiegłym roku mieliśmy zagranicznych uczestników, którzy również startowali do Konkursu i w tym roku jest tak samo.

          Po Warsztatach rozpoczyna się Międzynarodowy Konkurs Wokalny „Bella Voce”.
          - Świętokrzyskie Warsztaty Wokalne kończą się 15 sierpnia, jeden dzień przeznaczony jest na spotkania z pianistami, a 17, 18 i 19 sierpnia odbędzie się Konkurs. W ostatnim dniu do południa będą trwały jeszcze przesłuchania, a wieczorem odbędzie się Koncert Laureatów Konkursu „Bella Voce”.
Do udziału w Konkursie zgłosiło się w sumie 55 osób. Są wśród nich śpiewacy, którzy występują już w teatrach operowych. Jeśli wszyscy przyjadą i będą mieli „dobry dzień”, to konkurencja będzie mocna.
          Występy młodych śpiewaków oceniać będzie Jury pod przewodnictwem prof. Piotra Kusiewicza. W jury zasiadają także dr hab. Zdzisław Madej, dr Agnes Zwierko i ja. Muszę się pochwalić, że mamy kontakt z laureatami poprzednich edycji i większość z nich zatrudniona jest w zagranicznych teatrach operowych. Cieszymy się, że nasze oceny były tak trafne.

          Bardzo dobrze, że pracują w zagranicznych teatrach operowych, ale jestem przekonana, że nie taka powinna być kolejność, bo najpierw powinna ich poznać i docenić polska publiczność, a dopiero później zagraniczna.
          - Ma pani rację, że tak powinno być. Od dawna u nas tak jest, że nie potrafimy docenić swoich talentów i młodzi ludzie muszą wyjeżdżać za granicę, tam zdobywać sławę i podziw publiczności, a dopiero później proponują im pracę polskie teatry operowe.
           Jest jeszcze inny problem. Mamy naprawdę wielu wspaniałych, utalentowanych śpiewaków, zlikwidowana została większość operetek, a teatrów operowych jest tylko kilka i dlatego młodzi wyjeżdżają za granicę, gdzie znajdują nie tylko pracę, ale także lepsze wynagrodzenie.

          Uważam Busko-Zdrój za wyjątkowe, magiczne miejsce, sprzyjające muzykom i muzyce. Chyba Pani potwierdzi moje słowa, bo Pani to miejsce wybrała i zamieszkała tutaj.
          - Mój mąż pochodzi z tych stron i powrócił do swoich korzeni. Najpierw przyjeżdżaliśmy tu tylko na wakacje, albo w wolnych dniach odwiedzaliśmy rodziców męża. Z czasem było nam tu coraz przyjemniej, bo jak się dużo pracuje, to trzeba mieć także czas na „napełnianie akumulatorów”. Tak posmakowaliśmy życia w pięknym otoczeniu, że postanowiliśmy po przejściu na emerytury z teatrów operowych, że to tutaj zamieszkamy. Przenieśliśmy się i rozpoczęliśmy pracę pedagogiczną. Jestem szczęśliwa z tego powodu, bo ta praca jest moją drugą pasją. Mam wspaniałych uczniów, którzy wytrwale pracują i osiągają bardzo dobre wyniki na różnego rodzaju konkursach i przesłuchaniach, kontynuują później naukę na Wydziałach Wokalno-Aktorskich w Akademiach Muzycznych.

          Zauważyłam, że wszyscy występujący znakomicie współpracowali z pianistami i wiem, że to także była zasługa pianistów.
          - Oczywiście, że pianiści są znakomici. Pan Rafał Hołub po prostu „maluje dźwiękiem”, pan Mateusz Lasatowicz jest także bardzo doświadczonym pianistą kameralistą, podobnie pan Jarosław Mrożek wszystkie utwory ma „w jednym palcu”. Niewielu jest pianistów, którzy czują oddech wokalisty, bo pianista musi grać tak, jakby śpiewał z wokalistą. Mamy pewne dowolności dotyczące rubata, oddechu, prowadzenia frazy, ponieważ do śpiewu dochodzi jeszcze ruch, uśmiech i to może trwać odrobinę dłużej i inaczej niż w muzyce instrumentalnej.

          Kto oprócz męża pomaga Pani w planowaniu i organizowaniu tych dwóch dużych przedsięwzięć?
          - Prawdę mówiąc, nikt więcej, robimy wszystko obydwoje. Można powiedzieć, że zabiegam przez cały rok, żeby starczyło pieniędzy i wszystko się odbyło zgodnie z planem. Potrzebni są sponsorzy, którzy pomogą, a trudno ich pozyskać, bo większym powodzeniem cieszą się różne zgromadzenia o charakterze „ludycznym”, gdzie króluje zupełnie inna muzyka.
          Instytucje, które powinny się interesować i pomagać w organizacji konkursu o randze międzynarodowej, nie są, niestety, zainteresowane. Większość bardziej przejęta jest zbliżającymi się wyborami niż kulturą wysoką. Dlatego w tym roku tak dużo czasu i zdrowia kosztuje mnie organizacja Konkursu i pieniędzy na nagrody godne imprezy międzynarodowej. Może w przyszłym roku będzie lepiej.
Nagradza wszystkie trudy słuchanie wspaniale śpiewającej młodzieży, to jest po prostu „miód na serce”.

          Pierwszy koncert odbył się w przepięknej Sali Sanatorium „Marconi”, drugi w „Malinowym Zdroju” w Solcu Zdroju. Trzeci koncert, wieńczący Warsztaty, odbędzie się w Sali Buskiego Centrum Kultury, ale ich Finał odbędzie się w Kościele św. Brata Alberta w Busku Zdroju.
          - 17 i 18 sierpnia zapraszamy do Buskiego Samorządowego Centrum Kultury na przesłuchania Międzynarodowego Konkursu Wokalnego „Bella Voce”. Najwięcej uczestników zgłosiło się z Polski, ale mamy także młodych śpiewaków z Indii, Chin, Japonii i z innych krajów.
          19 sierpnia o 19:00 zapraszam na Koncert Laureatów Konkursu. Postanowiłam, że ten koncert odbędzie się również w Sali Buskiego Centrum Kultury, bo jest tam bardzo dobra akustyka, ponadto są garderoby, a w mieszczącej się w tym samym budynku Szkole Muzycznej mamy do dyspozycji sale z fortepianami.
          Zapraszam Państwa serdecznie na przesłuchania konkursowe i koncerty do Buska Zdroju.

Z Panią dr Romą Owsińską, wybitną polską śpiewaczką, organizatorką Świętokrzyskich Warsztatów Wokalistyki i Dyrektorem Artystycznym Międzynarodowego Konkursu Wokalnego "Bella Voce" rozmawiała Zofia Stopińska 12 sierpnia 2019 roku w Busku Zdroju

Najważniejsze jest to, że publiczność przychodzi na nasze koncerty

           Wielu mieszkańców Krosna i okolic oczekuje latem na koncert muzyki operowej i operetkowej. Te koncerty odbywają się zazwyczaj w niedzielne wieczory na Krośnieńskim Rynku i przychodzą na nie tłumy, a organizuje je Krośnieńskie Towarzystwo Muzyczne we współpracy z Regionalnym Centrum Kultur Pogranicza w Krośnie. W tym roku „Wieczór z operą i operetką” zaplanowany został na 4 sierpnia , a o szczegółach rozmawiam z prowadzącą ten koncert panią Małgorzatą Busz-Perkins, prezesem Krośnieńskiego Towarzystwa Muzycznego.

          Małgorzata Busz-Perkins: Już od 13-tu lat na Krośnieńskim Rynku organizujemy „Wieczór z operą i operetką”, a jak sama nazwa wskazuje jest to koncert muzyki lekkiej, łatwej i przyjemnej ale ambitnej. Zaszczycili nas w tym roku swoją obecnością wspaniali śpiewacy, którzy pięknie zaśpiewali, ale martwi nas fakt, że w ostatnich latach pogoda nie dopisuje, bo już od trzech lat musieliśmy koncerty przenosić do Sali Regionalnego Centrum Kultur Pogranicza, ponieważ niespodziewanie zjawiała się burza i koncerty nie mogły się odbywać w plenerze. Lato w Polsce jest coraz bardziej kapryśne

          Zofia Stopińska: W tym roku, pomimo opóźnienia związanego z przeprowadzką do sali w ostatniej chwili, trzynastka nie była pechowa, bo koncert okazał się znakomity, a duża sala RCKP wypełniona była po brzegi publicznością.
           - To prawda, usłyszałam wiele podobnych opinii od melomanów z Krosna, a także od osób, które mają profesjonalne przygotowanie i duże doświadczenie w tym kierunku, bo były na koncercie znane nie tylko na Podkarpaciu śpiewaczki – pani dr Anna Szałyga-Kuźma i pani dr Stanisława Mikołajczyk – Madej oraz kilka innych osobistości znanych w świecie muzyki, które zgodnie orzekły, że poziom był w tym roku znakomity. To zasługa przede wszystkim młodych solistów, w wieku od 25 do 30 lat, którzy dopiero rozpoczynają kariery, a byli to: Beata Kraska – sopran, Katarzyna Liszcz–Starzec – sopran, Jakub Kołodziej – tenor i Łukasz Kostka – baryton. Wszyscy śpiewali z wielką pasją i temperamentem.
          Znakomicie towarzyszył im Podkarpacki Kwartet Fortepianowy „Team For Voices”, który wystąpił w składzie : Anna Stępień – skrzypce, Izabela Tobiasz – altówka, Halina Hajdaś – wiolonczela i Janusz Tomecki – fortepian. To są muzycy związani z Filharmonią Podkarpacką i towarzyszą nam niestrudzenie już od kilku lat.
Repertuar złożony z arii i duetów z oper, operetek i musicali oraz wykonanie bardzo podobały się publiczności, bo nie obyło się bez bisów. Bardzo jestem zadowolona z tego koncertu i mam nadzieję, że w nadchodzących latach uda nam się podobne koncerty zorganizować.

           Zarząd Krośnieńskiego Towarzystwa Muzycznego musi myśleć o zebraniu odpowiednich środków finansowych na te koncerty.
          - Bez odpowiedniego zabezpieczenia finansowego niewiele się da zrobić i zawsze trzeba starać się o środki. Naszym najważniejszym oparciem finansowym jest Gmina Krosno, ale zawsze trzeba także zabiegać o sponsorów i mamy na szczęście takich, którzy już od lat nas wspierają. Bardzo im za to dziękuję.

          Na uwagę zasługuje także fakt, że często zapraszacie wykonawców, którzy na różne sposoby związani są z Podkarpaciem.
          - Krośnieńskie Towarzystwo Muzyczne powstało 24 lata temu. Aż się wierzyć nie chce, że czas tak szybko biegnie i w przyszłym roku będziemy mieć ćwierć wieku działalności.
           Na początku założyliśmy sobie, że będziemy promować młodych muzyków związanych z Krosnem i okolicami.
Nie mamy możliwości regularnie wspierać ich finansowo, ale organizujemy im koncerty. Zapraszamy także muzyków w średnim wieku, którzy są związani z naszym regionem. Wielu z nich zrobiło kariery nie tylko w Polsce, ale chętnie przyjmują nasze propozycje, bo chcą się przypomnieć w rodzinnych stronach. Na Podkarpaciu jest wielu utalentowanych ludzi w różnych dziedzinach artystycznych, a ponieważ mnie najbliższa jest muzyką, to mogę stwierdzić, że mamy wspaniały potencjał ludzki, chociaż nie jest nam łatwo, bo jesteśmy biednym regionem.

          Na kolejne koncerty organizowane przez Krośnieńskie Towarzystwo Muzyczne możemy zaprosić chyba dopiero jesienią.
          - Owszem, 6 października będzie mieć koncert w Piwnicy PodCieniami w Rynku, autentycznej piwnicy z czasów renesansu, którą zagospodarowuje Muzeum Rzemiosła. Tam jest estrada z fortepianem i tam organizujemy koncerty kameralne. W ubiegłym roku był to koncert piosenek Wojciecha Młynarskiego, a w tym roku zaplanowaliśmy koncert romansów Aleksandra Wertyńskiego. Wystąpi Jacek Buczyński, krakowski aktor związany a Krosnem, a towarzyszyć mu będzie Maciej Janas - wspaniały pianista z Krosna, który z wielkim powodzeniem występował w różnych krajach na świecie jako znakomity akompaniator.
           Na 20 października zaplanowaliśmy koncert w Muzeum Podkarpacki. Solistom towarzyszył będzie bardzo oryginalny instrument, bo fortepian marki Pleyel, który pochodzi z czasów Chopina, z połowy XIX wieku. Koncert poświęcony będzie pani Zofii Jabłońskiej, która zaszczyci nas swoją obecnością.
Pani Zofia Jabłońska przez wiele lat była primadonną Opery Krakowskiej i zasłynęła między innymi jako znakomita: Carmen w operze Georges’a Bizeta czy Eboli w operze Don Carlos Giuseppe Verdiego. W tej chwili Artystka już wycofała się z działalności estradowej.
Pani Zofia Jabłońska pochodzi z miejscowości Krościenko Wyżne położonej kilka kilometrów od Krosna i często odwiedza rodzinne strony.
Cieszymy się bardzo na ten koncert z udziałem pani Zofii, będą też zaproszone śpiewaczki, które posiadają głos mezzosopranowy, żeby nawiązać do głosu głównej bohaterki. Potwierdziła już udział wspaniała mezzosopranistka Katarzyna Plewniak pochodząca z Tarnowa, zaprosiliśmy też Marlenę Rygiel – studentka drugiego roku Akademii Muzycznej w Łodzi, w klasie śpiewu pani prof. Urszuli Kryger.
          Już dzisiaj zapraszam także 24 listopada na koncert andrzejkowy, który zatytułowany będzie „Bella Italia”, a wypełnią go piosenki włoskie z kilku dziesięcioleci – poczynając od lat od lat czterdziestych poprzez lata sześćdziesiąte ubiegłego stulecia, aż po piosenki współczesne.
Na wiosnę organizujemy zawsze dwa koncerty, które odbywają się w zabytkowych krośnieńskich świątyniach gdzie jest genialna akustyka i z wielką przyjemnością tam się muzykuje.
          Na wiosnę, w okresie wielkiego postu organizujemy koncert „Tristia”, poświęcony muzyce pasyjnej, zaś w maju zapraszamy na koncert z cyklu „Musica Sacra”.
Pomimo, że proponujemy dość poważny i niełatwy repertuar, to publiczność chętnie na te koncerty przychodzi.

          Pomysłów na różnorodne koncerty Wam nie brakuje. Ważne jest także, że macie swoją wierną publiczność, bo sale, czy świątynie w których odbywają się koncerty zawsze są wypełnione.
          - Dla nas najważniejsze jest to, że zawsze publiczność przychodzi na organizowane przez nas koncerty. My organizujemy te koncerty dla ludzi i ich obecność nadaje naszej działalności sens.

            Czekam na szczegółowe informacje dotyczące terminów, programów i wykonawców planowanych przez Krośnieńskie Towarzystwo Muzyczne koncertów i obiecuję , że będę je publikować na blogu „Klasyka na Podkarpaciu”
           - Informowanie szerokiego grona miłośników muzyki o naszej działalności jest bardzo ważne i bardzo za to dziękuje. Dziękuję też za miłą rozmowę.

Z Pania Małgorzatą Busz-Perkins - mezzosopranistką , prezesem Krośnieńskiego Towarzystwa Muzycznego rozmawiała Zofia Stopińska 8 sierpnia 2019 w Krośnie.

Zawsze z wielką przyjemnością przyjeżdżam na Podkarpacie

          Zapraszam Państwa na spotkanie z wybitnym polskim organistą średniego pokolenia prof. Dariuszem Bąkowskim-Koisem, który trzykrotnie tego lata gościł na Podkarpaciu.
          6 lipca wystąpił z waltornistą Wojciechem Kamionką w krośnieńskiej Farze w ramach cyklu „Letnie Koncerty w Świątyniach”, 18 lipca w przemyskiej Archikatedrze zainaugurował XIX Międzynarodowy Przemyski Festiwal Salezjańskie Lato, a my spotkaliśmy się 20 lipca w Krośnie, przed bardzo interesującym koncertem kameralnym w kościele OO. Kapucynów, w wykonaniu studentów krakowskiej Akademii Muzycznej, podczas którego prof. Dariusz Bąkowski-Kois przybliżał publiczności program i wykonawców.

          Zofia Stopińska: Bardzo żałuję, że nie mogłam być 6 lipca w krośnieńskiej Farze, ale ciągle jestem pod ogromnym wrażeniem po wysłuchaniu recitalu w Przemyślu. Zachwycił mnie zarówno program, jak i jego kompozycja oraz ukazanie publiczności wielkich możliwości brzmieniowych i kolorystycznych instrumentu przemyskiej Archikatedry.
          Dariusz Bąkowski-Kois: Wybrałem program, dzięki któremu mogłem wykorzystywać walory tego instrumentu w pierwszym jego kształcie, zaprojektowanym przez pierwszego budowniczego. Jest to instrument jeszcze przedwojenny, w którym niestety po wojnie dokonano wielu zmian. Organy zostały przeintonowane, głosy przerobione, w oryginalnym stanie pozostały tylko nieliczne – do tej grupy należą najprawdopodobniej pryncypały zarówno w głównym, jak i w drugim manuale. Starałem się je wykorzystywać na przykład w chorale O Mensch, bewein’ dein’ Sϋnde gross Johanna Sebastiana Bacha, grając cantus na Pryncypale 8’.
          Planując program recitalu, który wykonałem w Przemyślu, pomyślałem, że dobrze będzie rozpocząć utworami Ferenca Liszta. Sięgnęłem po jego muzykę religijną - Tu es Petrus, Ave Maria oraz po transkrypcję bachowskiej kantaty Ich hatte viel Bekϋmmernis. Następnie zabrzmiały utwory Johanna Sebastiana Bacha – wspomniany już chorał O Mensch, bewein’ dein’ Sϋnde gross oraz Preludium a-moll BWV 569, które jest rzadziej grywanym dziełem.
Pierwszą część recitalu zakończyłem ostatnim chorałem Johannesa Brahmsa. Tym dziełem, które wieńczy opus 122, Brahms żegnał się z tym światem – O Welt, ich muss dich lassenŚwiecie, muszę cię opuścić.
          Później wykonałem dwa chorały Sigfrida Karg-Elerta: hymn pochwalny Nun danket alle GottDziękujmy wszyscy Bogu i chorał pasyjny Herzliebster Jesu, was hast du verbrochenNajsłodszy Jezu, cóżeś ty uczynił.
          Po raz pierwszy wykonałem Passacaglię z opery Katarzyna Izmajłowa op. 29 Dymitra Szostakowicza, chociaż oczywiście nie była to polska premiera, gdyż koledzy zajmujący się rosyjską literaturą grywają już ten utwór. Został on nawet nagrany przez pana Jana Bokszczanina i zamieszczony na jego płycie habilitacyjnej.
Przez wiele lat myślałem o włączeniu tej Passacaglii do repertuaru i udało mi się znaleźć czas, żeby się nauczyć tego wyjątkowego utworu.

           Słyszałam ten utwór po raz pierwszy i jestem pod ogromnym wrażeniem, muszę się także przyznać, że wiedziałam tylko o orkiestrowej wersji tej Passacaglii.
          - Są dwie wersje tego utworu autorstwa Dymitra Szostakowicza. Ponieważ nie wszystkie teatry operowe czy sale, w których dałoby się wystawiać operę, są wyposażone w organy, stąd napisał także wersję orkiestrową.

          Trudno powiedzieć, która wersja robi większe wrażenie.
          - Moim zdaniem obydwie są znakomite. Organowa pokazuje, że kompozytor bardzo dobrze znał możliwości organów, pomimo, że nie był organistą i na co dzień nie miał z tym instrumentem do czynienia. Utwór został przez kompozytora pomyślany jako ciągłe crescendo, ukazujące szaleństwo, jakie ogarnia tytułową bohaterkę i które się pogłębia w każdej z kilkunastu wariacji aż wreszcie w zakończeniu wszystko się wycisza, bohaterka popada w otępienie, następuje konsekwentne diminuendo. Niemal w całej Passacaglii towarzyszą nam rytmy punktowane (z łukami legującymi od nuty słabej do mocnej), co wprowadza konsekwentny element niepokoju do tkanki muzycznej.

          Bardzo piękny okazał się ostatni z zaplanowanych przez Pana utworów.
          - Jego twórca Gabriël Verschraegen był przez szereg lat organistą katedry św. Bawona w Gandawie, jednym z najpiękniejszych miast we Flandrii.
Preludium, interludium et postludium Puer natus est jest utworem z wczesnego okresu twórczości Verschraegena. W swym zamyśle pierwsze dwie części są jakby neorenesansowe natomiast ostatnia część nawiązuje do stylistyki – z jednej strony Charlesa-Marii Widora, z drugiej do Marcela Duprégo. Można tam znaleźć reminiscencje fakturalne z Finału IX Symfonii Gotyckiej Widora, czy z ostatniego Chorału z op. 38 Duprégo.
           Preludium, interludium et postludium Puer natus est Gabriëla Verschraegena będę miał niedługo zaszczyt wykonywać na tych organach, na które dzieło to zostało napisane, czyli w katedrze św. Bawona w Gandawie, na 92-głosowym instrumencie, który jest największym w całym Beneluksie. Nieczęsto zdarza się grać utwór dokładnie na tych na organach, przy których został on skomponowany. Instrument ten jest zasadniczo połączeniem kilku instrumentów, które powstawały w katedrze na przestrzeni wieków. W tej chwili użytkowany jest pięciomanuałowy kontuar, który znajduje się na dole – z boku transeptu, a instrument rozłożony jest właściwie po całym prezbiterium.

           Powróćmy jeszcze na chwilę do przemyskiego recitalu. Główna nawa Archikatedry wypełniona była w całości, a w bocznych także było dużo ludzi. Wszyscy słuchali w skupieniu i jak Pan pojawił się na zakończenie przed ołtarzem, aby podziękować publiczności, chyba czuł Pan wyraźnie, że domagamy się bisu.
          - Nie wiedziałem, czy bisowanie jest zwyczajem koncertowym w przemyskiej Archikatedrze. Zazwyczaj jeśli artysta schodzi na dół ukłonić się, to już nie wraca na chór, żeby bisować, ale przyjęcie było tak ciepłe i serdeczne, a publiczność tak zaangażowana, że nie sposób było czegoś nie zagrać, więc pozwolilem sobie wykonać jeden z wczesnych chorałów Bacha Aus tiefer Not schrei ich zu dir BWV 1099 – Z ciężkiego strapienia wołam do Ciebie, Panie. Chcę podkreślić, że jestem niezmiernie zbudowany i bardzo przejęty tak gorącym przyjęciem ze strony przemyskiej Publiczności.

           Podczas dzisiejszego koncertu w Krośnie nie usłyszymy ani jednego taktu w Pana wykonaniu, bo wykonawcami będą studenci Akademii Muzycznej w Krakowie, a Pan przybliży nam program i wykonawców jako szef artystyczny cyklu Letnie Koncerty w Świątyniach.
          - Kierownictwo artystyczne to zdecydowanie za dużo powiedziane. Trzeci rok mam przyjemność współpracować z Regionalnym Centrum Kultur Pogranicza i nieco doradzać w kwestiach artystycznych, natomiast funkcję kierownika artystycznego pełni wspaniale Pani Małgorzata Baranowska-Mika. Cieszy nas to, że mamy możliwość zapraszać gości zagranicznych, ale staramy się również organizować koncerty promujące młodych, w tym wypadku studentów Akademii Muzycznej w Krakowie.
          W tym roku w czerwcu wystąpiła Mariko Takei, japońska organistka zamieszkała na stałe w Norwegii, również w czerwcu występował Stephan van de Wjgert z Holandii, artysta związany na co dzień z Utrechtem i Amsterdamem. Ja miałem zaszczyt wystąpić 6 lipca razem z waltornistą Wojciechem Kamionką.W programie znalazły się zarówno neoromantyczne utwory solowe, jak i dzieła z epoki baroku na trąbkę i organy w transkrypcjach na waltornię. Te trzy koncerty odbyły się w Farze. Natomiast dzisiaj mamy koncert kameralny studentów krakowskiej Akademii Muzycznej. Wystąpią: Katarzyna Korzeniowska – skrzypaczka i skrzypaczka barokowa zarazem, która dziś grać będzie właśnie na skrzypcach barokowych, Maciej Karaś – puzonista oraz Paweł Szkotak – organista z mojej klasy. Tworzą oni zespół kameralny, a opiekował się nim w zakończonym niedawno roku akademickim pan dr Daniel Prajzner, który jest dzisiaj z nami i czuwa nad przebiegiem próby. W programie dzisiejszego koncertu znajdą się dzieła muzyki dawnej. Ciekawostkami będą dwa utwory: II Sonata biblijna Johanna Kuhnau’a skomponowana na klawesyn, ale równie dobrze brzmiąca na organach, oraz Fugenfantasie in C Johanna Gottlieba Mϋthela, ostatniego ucznia Johanna Sebastiana Bacha. Mϋthel uczył się u Bacha tylko kilka miesięcy, a po śmierci mistrza wyjechał do Rygi i tam był jednym z animatorów życia muzycznego i kościelnego w protestanckiej Rydze.
W części kameralnej usłyszymy skrzypce barokowe z towarzyszeniem klawesynu w Sonacie Dario Castello, kompozytora z Wenecji oraz Sonatę Johanna Heinricha Schmelzera, austriackigo kompozytora z Wiednia, który cieszył się przyjaźnią cesarza Leopolda I. Na puzon z towarzyszeniem organów usłyszymy Sonatę Antonia Vivaldiego. Na zakończenie zabrzmi Sonata triowa Dietricha Buxtehudego.

          W tym roku wykorzystujecie do celów koncertowych trzy świątynie: Farę, kościół OO. Kapucynów i kościół OO. Franciszkanów.
           - Koncerty w Farze poświęcone są w największej mierze muzyce organowej, kościół Kapucynów jest wprost idealny do muzyki kameralnej, ma znakomitą akustykę i wszystkie instrumenty świetnie brzmią w każdym zestawieniu. Są tam także dobre organy firmy Riegera z okresu międzywojennego.
U OO. Franciszkanów jesteśmy zawsze niezwykle serdecznie przyjmowani, więc nie mogliśmy pominąć i tego wspaniałego kościoła. Tam zaplanowany jest Koncert Maryjny na 15 sierpnia i wystąpią: mój znakomity kolega z Katedry Organów dr hab. Marek Stefański wraz z tenorem Rafałem Kobylińskim i barytonem Szymonem Kobylińskim, którzy wykonają program poświęcony Najświętszej Marii Pannie.

          Przeglądałam Pana kalendarz koncertowy na ten rok i przekonałam się, że jest on zapełniony.
          - Rzeczywiście, koncertów mam obecnie sporo i niezależnie od dość licznych recitali w naszym kraju, wystąpię w ważnych dla organistyki międzynarodowej miejscach. Wymienię tylko, że 16 sierpnia będę miał zaszczyt grać w Katedrze św. Salwatora w Brugii w zachodniej Flandrii, dwa dni później gram w Amsterdamie, w De Duif Kerk na przepięknym instrumencie Smitsa z drugiej połowy XIX wieku, gdzie wraz z moim studentem, panem Marcinem Kucharczykiem, występujemy wspólnie, obaj gramy po pół recitalu i dwa koncerty Georga Friedricha Händla w opracowaniu na 4 ręce na organy.
           Jak już wspomniałem, 22 sierpnia wystąpię w Katedrze św. Bawona w Gandawie, w ramach 69. edycji Festiwalu, na którym grały wielkie legendy organistyki, począwszy od samego Marcela Dupré. Dwa dni później gram w Katedrze św. Piotra w Trewirze. Czuję się bardzo zaszczycony tym zaproszeniem, bo jest to także niezwykle prestiżowe miejsce. Następnego dnia wystąpię w Stuttgarcie w Bad Cannstatt, gdzie tematem festiwalu jest passacaglia i w związku z powyższym pozwolę sobie zaprezentować m. in. wspomnianą już Passacaglię Szostakowicza.

          Koncertował Pan także w Chinach. Interesuje mnie bardzo, jak przyjmowana jest muzyka organowa w kraju, gdzie organy są instrumentem mało znanym.
          - Muzyka organowa nie ma w Chinach wieloletniej tradycji, bo jest to instrument nieznany w dawnej chińskiej kulturze, niemniej obecnie w coraz większej ilości miast organy zaczynają się pojawiać. Chińczycy pomału budują kadrę pedagogiczną i pierwsze klasy organów w tamtejszych uczlniach i szkołach już są otwierane.
           Moje trzy koncerty odbyły się w Pekinie. Jestem szczęśliwy, że dwa z nich mialy miejsce w NCPA czyli Narodowym Centrum Sztuki w Pekinie, przepięknym architektonicznie obiekcie, który wygląda jak łza na jeziorze, gdzie mieszczą się trzy wspaniałe sale koncertowe. W sali filharmonicznej został zbudowany duży, ponad 100-głosowy instrument firmy organmistrzowskiej Klaisa. Przekonałem się, że ten egzotyczny dla Chińczyków instrument cieszy się tam dużym zainteresowaniem, bo sala filharmoniczna, mieszcząca ponad 1800 osób, była szczelnie wypełniona.

          Ciekawa jestem, dlaczego ukończył Pan najpierw studia historyczne, a dopiero później studia w zakresie gry na organach i został Pan organistą-wirtuozem? Może chciał Pan spełnić marzenia rodziców, którzy pragnęli, aby syn zdobył porządny zawód?
          - Zastanawiam się, czy zawód historyka w oczach moich rodziców - absolwentów Politechniki Krakowskiej jest zawodem porządnym... Ale to oczywiście żart. Edukację w szkole muzycznej rozpocząłem nieco później niż w szkole ogólnokształcącej. Zawsze łączyłem dwie szkoły i uczęszczałem do ogólnej przed południem, a do szkół muzycznych I i II stopnia po południu. Podobnie było ze studiami. Po maturze rozpocząłem studia historyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim, a jak ukończyłem szkołę muzyczną II stopnia, to rozpocząłem studia w Akademii Muzycznej. Zawsze dzieliłem swój czas pomiędzy te dwa nurty, z których muzyka zabierała mi gros czasu, na egzamin historyczny można było próbować pójść nawet nieprzygotowanym, ale w zakresie muzyki nie jest to możliwe. W średniej szkole muzycznej uczyłem się w ramach dwóch głównych instrumentów – organów i klawesynu, więc ilość czasu, którą musiałem poświęcić na ćwiczenie, była spora. Jednocześnie byłem uczniem bardzo wymagającego VI Liceum Ogólnokształcącego w Krakowie przy ul. Skałecznej i tam też nie można było się obijać, stąd wolnego czasu miałem wtedy wyjątkowo mało.

           Studia podyplomowe kontynuował Pan w Konserwatorium w Wiedniu na Wydziale Muzyki Dawnej.
           - Tak, bo muzyka dawna zawsze mnie pasjonowała, a w krakowskiej Akademii nie mieliśmy wtedy jeszcze klawikordu czy pianoforte i skorzystałem z tej możliwości w Wiedniu, ale moje tamtejsze studia organowe poświęcone były głównie twórczości Ferenca Liszta. Rok wcześniej studiowałem w Warszawie arkana wykonawstwa francuskiej neoromantycznej muzyki organowej pod kierunkiem pani prof. Magdaleny Czajki, nieżyjącej już, niestety, wspaniałej nauczycielki i organistki, której bardzo dużo zawdzięczam. Niemniej w największej mierze moje ukształtowanie artystyczne zawdzięczam Pani mgr Agnieszce Walczy, która była moim pedagogiem w szkole muzycznej II stopnia i której w tym miejscu pragnę złożyć szczególnie serdeczne podziękowania.

           W Akademii Muzycznej w Krakowie studiował Pan pod kierunkiem pana prof. Józefa Serafina. Czy miał Pan wtedy możliwość wybrać sobie pedagoga, u którego chciał się Pan uczyć?
          - Tak, i byłem wówczas pierwszym krakowskim studentem, którego prof. Józef Serafin uczył przez cały tok studiów: pod koniec października 1995 roku zmarł prof. Jan Jargoń i jego klasę prowadził przez pewien czas pan Wojciech Widłak (były asystent prof. Jargonia), a od marca 1996 roku zaczął tę klasę prowadzić prof. Józef Serafin, który został zaproszony do Krakowa przez prof. Marka Stachowskiego, ówczesnego rektora krakowskiej Akademii Muzycznej. W ten sposób prof. Serafin „odziedziczył” wszystkich studentów po prof. Jargoniu, a ja w czerwcu 1996 roku zdawałem egzamin wstępny już bezpośrednio do jego klasy.

           Nie słyszałam Pana dawno w repertuarze kameralnym.
           - Muszę ze wstydem przyznać, że muzyka kameralna w tym momencie mojego życia została ograniczona. Przez siedem lat ściśle współpracowałem z Capellą Cracoviensis, było to jeszcze za czasów dyrektorowania pana Stanisława Gałońskiego, występowałem też w rozmaitych innych składach. W ostatnich latach przeważa w moim życiu muzyka solowa, ale chcę podkreślić, że muzykowanie kameralne daje niezwykle wiele. W sumie solowo jest chyba nawet łatwiej grać, bo artysta spełnia tylko swoje zamiary, natomiast w muzyce kameralnej jest nie tylko twórcą, ale także współtwórcą i musi znajdować umiejętność dialogu – wspólnego twórczego kreowania jakości narracji muzycznej i emocji. To jest bardzo ważne i okres, kiedy intensywnie grałem kameralnie, uważam za bardzo dobrą muzyczną szkołę życia.
           Później przez osiemnaście lat uczyłem kameralistyki w Akademii Muzycznej w Krakowie. Uważam, że na tę formę muzykowania organiści powinni zwracać szczególną uwagę. Od dwóch lat już nie prowadzę tego przedmiotu, gdyż moja klasa organów ostatnio się rozrasta, a limit godzin zajęć które mogę prowadzić nie jest nieograniczony.

          Zdarzało się Panu pełnić różne ważne funkcje.
          - Przez jedenaście lat administrowałem różnymi działami w krakowskiej Akademii Muzycznej. Przez trzy lata byłem sekretarzem Rady Wydziału Instrumentalnego, później przez cztery lata byłem prodziekanem Wydziału Instrumentalnego i także przez cztery lata pełniłem funkcję Prorektora ds. dydaktyki i rozwoju kadry. Te lata także bardzo dużo mnie nauczyły i były czasem pełnym wyrzeczeń.
          Funkcja Kierownika Katedry Organów, którą mam zaszczyt pełnić obecnie, jest zupełnie inna z natury. Współpracuję z dużo mniejszą grupą osób, mam merytoryczny wpływ na proces kształcenia studentów i czuję się współodpowiedzialny za promocję organistyki na terenie Małopolski. Poprzednie funkcje związane były także z dużą ilością prac biurokratycznych i bardzo ograniczały czas, który mogłem poświęcić na własną działalność koncertową, czy też na animowanie życia muzycznego. Tym bardziej doceniam fakt, że mogę się tym zajmować obecnie. Uważam bowiem, że taka jest rola uczelni jako autorytetu artystycznego, jak i nas, pedagogów. Powinniśmy propagować kulturę wysoką i jednocześnie prowadzić szeroką działalność umuzykalniającą społeczeństwo.
           Dzisiaj w wywiadzie dla Radia Fara w Krośnie miałem przyjemność podkreślić, jak ważna jest rola takich festiwali, ale za umuzykalnienie społeczeństwa odpowiada zarówno szkolnictwo wszystkich stopni (nie tylko muzyczne), jak i kościół, w którym człowiek spotyka się z muzyką na co dzień. Śpiew, intonację, harmonię, melodie poznajemy, kiedy będąc małymi dziećmi prowadzeni jesteśmy przez rodziców do kościoła. Tam słuchamy tak naprawdę muzyki klasycznej, w innej, prostszej, czystej formie i jeśli jest ona dobrze przygotowana, to ma ogromny wpływ na umuzykalnienie społeczeństwa.

          Słuchając Pana recitalu w Przemyślu, próbowałam odgadnąć, jaka muzyka jest Panu najbliższa i muszę się przyznać, że nic z tego nie wyszło (śmiech).
          - Niezmiernie mi miło, bo jeśli miałbym na coś ulubionego wskazać, to byłbym w kłopocie: walory dyspozycyjne tego instrumentu, nie sprzyjają dawnej muzyce hiszpańskiej, której poświęcam bardzo dużo czasu. Fascynuje mnie też neoromantyczna muzyka francuska. W obydwu tych gatunkach potrzebne są głosy językowe i sprawnie działająca szafa ekspresyjna. Dlatego zdecydowałem się wystąpić w Przemyślu z programem niemieckim z drobnymi „wycieczkami” w kierunku Rosji czy Belgii.

          W tym roku mamy wiele okazji do zamieszczania w programach koncertów muzyki polskiej. Należy stwierdzić, że w zakresie muzyki organowej trudno nam się porównywać do Niemców, ale...
          - Ale mamy parę przykładów, którymi możemy zainteresować. Trzy lata temu gościł u nas organista katedry św. Bawona w Haarlem w Holandii dr Ton van Eck, który jest zafascynowany muzyką Feliksa Nowowiejskiego. Nowowiejski był chyba naszym najsłynniejszym kompozytorem organowym, który znalazł swoje miejsce poczesne na arenie międzynarodowej: wszak jego I Symfonia wykonywana była w 1934 roku na koncercie w kościele Saint-Sulpice w Paryżu przez samego Marcela Dupré i to w obecności kompozytora.

          Nie wyczerpiemy dzisiaj wszystkich zaplanowanych tematów, bo zbliża się czas koncertu. Mam nadzieję, że niedługo będzie okazja do spotkań na Podkarpaciu, może w Krośnie, bo już chyba Pan myśli o kolejnej edycji „Letnich Koncertów w Świątyniach”.
          - Z wielką przyjemnością, tym bardziej, że będziemy kontynuować działalność festiwalową w Krośnie, jako, że mamy coraz więcej melomanów i myślę, że ta cenna inicjatywa będzie dalej trwała, bo jest niezwykle potrzebna.
Chcę podkreślić, że zawsze z wielką przyjemnością przyjeżdżam na Podkarpacie, tak w celach koncertowych, jak i turystycznych.

Z prof. Dariuszem Bąkowskim-Koisem, wybitnym polskim organistą średniego pokolenia rozmawiała Zofia Stopińska w Krośnie 20 lipca 2019 roku.

Sercem i duszą zawsze jestem w Polsce. Tak już zostanie.

           45. Międzynarodowe Kursy Muzyczne w Łańcucie przeszły już do historii, ale pozostały wspomnienia wspaniałych koncertów, które w lipcu odbywały się prawie codziennie w Sali balowej Muzeum-Zamku w Łańcucie oraz spotkań ze wspaniałymi muzykami i pedagogami.
          W ostatnim dniu Kursów zarejestrowałam rozmowę z panią prof. Moniką Urbaniak Lisik – wybitną skrzypaczką prowadzącą ożywioną działalność jako solistka, kameralistka oraz pedagog.
Artystka od lat mieszka w Szwajcarii, gdzie jest profesorem skrzypiec i kameralistyki w Hochschule der Künste w Bernie.

          Zofia Stopińska: Od kilkunastu lat jest Pani Profesor w drugiej połowie lipca w Łańcucie i prowadzi pani klasę skrzypiec podczas II turnusu Kursów, ale jestem prawie pewna, że bywała tu Pani także wcześniej jako studentka.
          Monika Urbaniak-Lisik: Oczywiście, w czasie studiów u prof. Zenona Płoszaja w Akademii Muzycznej w Łodzi, przyjeżdżałam na pierwsze edycje Kursów w Łańcucie. Pracowałam wówczas z prof. Mariną Jaszwili, prof. Ireną Dubiską i z prof. Zenonem Płoszajem. Występowałam już jako uczestniczka na tej estradzie i jeszcze dotąd pamiętam, że mogłam zagrać cały Koncert Wieniawskiego na scenie sali balowej, bo mieliśmy tutaj znakomity kurs przygotowawczy do VIII Międzynarodowego Konkursu im. Henryka Wieniawskiego w Poznaniu.

          Podczas tego Konkursu znalazła się Pani w gronie laureatów i otrzymała Pani nagrodę specjalną, a dwa lata wcześniej otrzymała Pani I nagrodę na Ogólnopolskim Konkursie im. Zdzisława Jahnkego. Jakie znaczenie miały te konkursy w Pani dalszej działalności artystycznej?
          - Te konkursy były bardzo ważne, bo zanim wyjechałam do Szwajcarii, dzięki sukcesom na nich prowadziłam ożywioną działalność koncertową w Polsce. Wtedy prężnie działało Krajowe Biuro Koncertowe, które bardzo często proponowało mi recitale i koncerty z orkiestrami symfonicznymi. Pamiętam, że grałam m.in. w Krakowie, Łodzi, Koszalinie, Kielcach i wielu innych miastach.
          Niestety, wkrótce wprowadzony został w Polsce stan wojenny i rozpoczął się trudny okres, bo życie koncertowe zamarło i trzeba było sobie jakoś radzić przez te lata, żeby przede wszystkim nie stracić nadziei.

          Na szczęście pojawiła się możliwość wyjazdu na stypendium do Szwajcarii i Pani z niej skorzystała, bo miała Pani szanse studiować u znakomitego pedagoga.
          - To była szansa dana mi przez Ministerstwo Kultury i Sztuki. Otrzymałam stypendium rządu szwajcarskiego i w latach 1985-1988 studiowałam w Wyższej Szkole Muzycznej w Bernie w klasie mistrzowskiej światowej sławy pedagoga prof. Igora Ozima. Uczestniczyłam także w kursach mistrzowskich u założyciela berneńskiej szkoły skrzypcowej prof. Maxa Rostala, który urodził się w Cieszynie i mówił trochę po polsku. Muszę podkreślić, że prof. Igor Ozim, który pochodzi ze Słowenii, traktował mnie jako Polkę bardzo przyjaźnie. Szczególnie na początku studiów, kiedy nie rozumiałam jeszcze wszystkich określeń w języku niemieckim,  mówił czasami do mnie po słoweńsku i wówczas łatwiej mi było zrozumieć jego uwagi.  do dziś wspominam te pierwsze, bardzo intesywne miesiące studiów w Szwajcarii.
          W 1988 roku z wyróżnieniem ukończyłam solistyczne studia bardzo wymagającym egzaminem trzyetapowym, polegającym na egzaminie wewnętrznym, recitalu i koncercie solowym z Orkiestrą Berneńską, podczas którego podobno prawykonałam w Szwajcarii I Koncert skrzypcowy Karola Szymanowskiego. Po latach zagrałam ten koncert w bardzo odległym zakątku świata - w Kairze z tamtejszą orkiestrą symfoniczną.

          Po studiach postanowiła Pani pozostać w Szwajcarii.
          - Pozostałam, bo jeszcze podczas studiów zapaliło się dla mnie „zielone światło”, ponieważ w 1986 roku zdałam egzamin do znanej na całym świecie orkiestry kameralnej Camerata Bern i byłam jedyną Polką, która się do tej orkiestry dostała. Grałam przez 16 lat w Cameracie, a później jeszcze z tą orkiestrą współpracowałam. W wyniku wygranego konkursu dostałam też część etatu w Berner Symphonie Orchester. Po ukończeniu studiów otrzymałam posadę asystentki u prof. Ozima, a w roku 1997 objęłam profesurę w klasie skrzypiec i kameralistyki w Hochschule der Künste w Bernie. Ponieważ moje życie zawodowe tak dobrze się ułożyło, trudno było z tego wszystkiego rezygnować i wracać do Polski. W Szwajcarii „zapuściłam korzenie” zawodowe i prywatne.

          Pracy Pani nadal nie brakuje, bo prowadzi Pani ożywioną działalność solistyczną, kameralną i pedagogiczną.
          - To prawda, ta działalność jest bardzo szeroka. W moim życiorysie nie wymieniam tylko koncertów z orkiestrą i recitali, ale także  prawie na czołowym wręcz miejscu współpracę z rozmaitymi zespołami kameralnymi, w których gram – formacje od duetu do oktetu. Jestem też współrealizatorką rozmaitych projektów, festiwali. Interesuje mnie bardzo szeroka paleta stylistyczna. Gram bardzo dużo muzyki dawnej na skrzypcach barokowych współgrając z zespołami specjalizującymi się w tym gatunku muzyki. Propaguję nieustannie muzykę Karola Szymanowskiego, nagrałam jego sonaty dla Radia Szwajcarskiego, grałam koncerty monograficzne poświęcone wyłącznie muzyce Szymanowskiego, nagrałam jego Sonatę  dla Szwajcarskiego Radia, grałam koncerty monograficzne poświęcine wyłącznie muzyce Szymanowskiego. Uważam, że twórczość tego znakomitego kompozytora jest za mało doceniana poza granicami naszego kraju.
          Propaguję również twórczość Grażyny Bacewicz, której imię nosi moja uczelnia - Akademia Muzyczna w Łodzi. Zaplanowany jest im.in. koncert pod koniec listopada w ramach sympozjum o Grażynie Bacewicz, na którym będą  wykonane jej utwory skrzypcowe i foprtepianowe. Co dwa lata odbywa się w Szwajcarii  Festiwal Culturescapes, którego tematyka poświęcona jest kulturze różnych krajów i w tym roku poświęcony będzie on Polsce. W ramach tego Festiwalu odbędzie się nasz koncert, podczas którego poprowadzę na naszej uczelni orkiestrę kameralną od pulpitu, a program wypełni wyłącznie muzyka polska. Wykonamy utwory: Grażyny Bacewicz, Witolda Lutosławskiego, Wojciecha Kilara i Fryderyka Chopina. Bardzo się na ten koncert cieszymy. Myślę, że w ten sposób przybliżymy muzykę polską szwajcarskiej publiczności.
          Staram się także odkrywać utwory kompozytorów szwajcarskich, bo Szwajcaria jest moją drugą ojczyzną i moja kolejna płyta CD poświęcona była wyłącznie utworom kompozytorów berneńskich – tych, którzy żyli i pracowali w Bernie. Część utworów zamieszczonych na płycie nigdy do tej pory nie została nagrana.

          Czasami jest Pani także zapraszana przez polskie uczelnie do poprowadzenia krótkich kursów połączonych z wykładami.
          - W listopadzie uczestniczyłam w sympozjum poświęconym Polskiej Sonacie skrzypcowej, organizowanym przez Katedrę Instrumentów Smyczkowych Wydziału Instrumentalnego Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie. Wcześniej w imieniu organizatorów zwróciła się do mnie z tą propozycją pani prof. Agnieszka Marucha (moja absolwentka), aby ustalić utwór, o którym opowiem i zaprezentuję go. Przypomniałam sobie wtedy o istnieniu kompozytora, który nazywa się Czesław Marek, urodził się we Lwowie i skomponował swoją jedyną Sonatę na skrzypce i fortepian w roku 1914, kiedy był jeszcze na studiach w Strassburgu. Ta Sonata została wydana w roku 1929, a nuty tego utworu znajdują się w Centralnej Bibliotece w Zurychu.
          Czesław Marek podczas I wojny światowej wyemigrował do Szwajcarii i był niezwykle cenionym kompozytorem, pedagogiem i koncertującym pianistą.
Poświęciłam jego Sonacie cały wykład i wykonałam ją podczas koncertu. Ostatnio grałam tę Sonatę w ramach koncertu w Bibliotece Polskiej w Paryżu wspólnie z pianistą Mishą Kozłowskim. Mam nawet w planie nagranie tego utworu.
           Czesław Marek wygrał Konkurs im. F. Schuberta w Wiedniu, podczas którego za swoją Sinfonię Brevis, spośród ponad 500 nadesłanych prac, dostał II nagrodę z wyróżnieniem. Zrobił wówczas ogromną karierę, którą w wieku 40 lat przerwał i zajął się wyłącznie pedagogiką. Wychował około 300 uczniów. To jest bardzo ciekawa postać i mam nadzieję, że wkrótce jego utwory będą ponownie wykonywane na estradach, bo w pełni na to zasługują.
           Polecam Państwu książkę Chrisa Waltona o Czesławie Marku, wydaną w języku niemieckim, a mój wykład, w którym wykorzystałam wiele cennych informacji z tej książki, ukaże się w Zeszytach Naukowych Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie.

          Przeglądałam listę Pani wychowanków i jest ona bardzo długa.
          - Mam już ponad stu absolwentów i są to wyłącznie moi wychowankowie. Nie ma na tej liście studentów, z którymi pracowałam będąc studentką prof. Igora Ozima. Są to skrzypkowie z pięciu kontynentów, czyli z całego świata – nawet z Nowej Zelandii, Australii, Indonezji, obu Ameryk, Azji. W mojej klasie kształci się też wielu młodych, zdolnych szwajcarskiech skrzypków, co jest moją wielką radością. Mam wspaniałych absolwentów, którzy wiele osiągnęli w swoim zawodzie, zrobili kariery i są im.in.  koncertmistrzami różnych orkiestr, a dwójka moich absolwentów ma już profesury. Są to: Bartosz Woroch – w Guildhall School of Music and Drama w Londynie i Agnieszka Marucha w Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie.

          Na liście Pani studentów jest więcej polskich skrzypków.
          - Faktycznie jest ich około 20-tu, którzy, podobnie jak ja, otrzymywali stypendia rozmaitych fundacji, które pomagały im sfinansować studia w Szwajcarii.        Pan Krzysztof Szczepaniak tak pięknie mówi: „...drogi na estrady świata prowadzą przez salę balową Zamku w Łańcucie”. Część z nich przyjeżdżała na Kursy do Łańcuta, trafiali do mojej klasy, poznawali mnie, nabierali ochoty i odwagi, a później przyjeżdżali do mnie na studia. W Łańcucie spotkałam większość moich polskich studentów.

          Kiedy została Pani zaproszona do grona profesorów Międzynarodowych Kursów Muzycznych w Łańcucie?
          - W 2003 roku, czyli 17-cie lat temu byłam po raz pierwszy. Zaprosił mnie pan prof. Mirosław Ławrynowicz. Natomiast nasza współpraca z panią prof. Krystyną Makowską-Ławrynowicz rozpoczęła się wcześniej, bo organizowałam w Konserwatorium w Bernie piękny wymienny koncert, na który pani Krystyna Makowska-Ławrynowicz przyjechała jako pianistka z wychowankami prof. Mirosława Ławrynowicza.
           Wtedy pani prof. Makowska - Ławrynowicz powiedziała, że warto by było, abym przyjechała do Łańcuta  i przypomniała o sobie, bo od wyjazdu w 1985 roku przestałam  uczyć i występować w Polsce. Trzeba było lat, aby to zaistnienie odrestaurować. Zaczęłam przyjeżdżać regularnie dzięki zaproszeniu prof. Ławrynowicza na łańcuckie Kursy, gdzie prowadziłam klasyę skrzypiec oraz prawie zawsze występowałam z koncertem w sali balowej, czy też w Bazylice w Leżajsku lub w Farze Łańcuckiej. Ważny był też jeden rok, podczas którego miałam profesurę gościnną w łódzkiej Akademii Muzycznej. Byłam tam kilka razy w każdym semestrze, prowadziłam zajęcia i wykłady. Dawałam też koncerty podczas sesji naukowych. Również rozwinęłam współpracę w ramach programu Erasmus z prof. Marcinem Baranowskim z poznańskiej Akademii Muzycznej, prowadziłam kurs i wykład połączony z koncertem w filii UMFC w Białymstoku. Pani dr Ewa Kowar-Mikołajczyk zaprasza mnie do prowadzenia kursów w Szkole Muzycznej II stopnia im. Elsnera w Warszawie. Myslę, że dzięki tej działalności zaistniałam w Polsce jako skrzypaczka i pedagog.
          Ogromnie się z tego cieszę, bo bardzo dobrze mi się wiedzie w mojej drugiej ojczyźnie, ale sercem i duszą zawsze jestem w Polsce. Tak to już zostanie.

          Cudownie brzmi Pani instrument.
          - Jest to bardzo cenny instrument, który zbudował Jean-Baptiste Vuillaume w 1840 roku. Był on wykonany według modelu Stradivariusa, czyli na wzór  instrumentów włoskich – w kolorze miodowym, a nie tak jak skrzypce Vuillaume, które najczęściej mają lakier wiśniowy.
          Zakochałam się w tym kolorze i w dźwięku. Jest to bowiem instrument, który łączy w sobie elementy francuskie i włoskie.  Skrzypce  mają bardzo miękki, ale jednocześnie donośny ton. Szukałam instrumentu w całej Europie, a znalazłam te skrzypce przez przypadek w Bernie i bardzo je kocham.

          Zauważyłam, że podczas tegorocznych Kursów prowadziła Pani bardzo zróżnicowaną pod względem wieku klasę.
          - Owszem, uczyłam uczniów szkół muzycznych I i II stopnia oraz studentów. Najlepiej było te różnice wiekowe widać podczas koncertu klasowego. Muszę przyznać, że wszyscy  uczestnicy prezentowali się świetnie na estradzie, grając niezależnie od wieku z ogromnym zaangażowaniem. Nie wszyscy uczestnicy pochodzili z Polski. Bardzo ciekawą studentkę miałam w tym roku z Londynu. Zawsze mam w klasie także zagranicznych uczestników. W poprzednich latach miałam uczniów nawet z Meksyku oraz tradycyjnie ze Szwajcarii. Również moi studenci interesują się tymi Kursami i chętnie przyjeżdżają do Łańcuta.
          Urok tego miejsca i fakt, że przez dwa tygodnie żyje się muzyką i dla muzyki, są niepowtarzalne. To bardzo inspirujące miejsce dla wszystkich, którzy na te Kursy przyjechali – od najmłodszego do najstarszego.

           Jak Pani jest przez dwa tygodnie w Łańcucie i spotyka większość polskiej młodzieży, to chyba nasuwa się wiele wspomnień z dzieciństwa i czasów młodości.
           - Bardzo często wraca się myślami do czasów młodości. Pracując na Kursach z uczniami ze Szkoły Muzycznej I i II stopnia im. H. Wieniawskiego, widzę widzę ten budynek mojej dawnej szkoły i siebie jako uczennicę. Przypominają mi się koncerty i konkursy. To jest także wspomnienie mojej drogi, jaką odbyłam i jestem pewna, że nic nie chciałabym zmienić.

Z panią prof. Moniką Urabniak-Lisik, znakomitą skrzypaczką, solistką, kameralistką i pedagogiem rozmawiała Zofia Stopińska 26 lipca 2019 roku w Łańcucie.

Jarosławskie Opactwo to wspaniałe miejsce


           Zofia Stopińska: Z prof. Sławomirem Kamińskim, znakomitym polskim organistą i pedagogiem spotykamy się przed koncertem w Jarosławiu.  Wiem, że po raz pierwszy zasiądzie Pan przy organach Jarosławskiego Opactwa, ale chyba był Pan już w Jarosławiu.
           Sławomir Kamiński: W Opactwie mam przyjemność być po raz pierwszy i grać koncert, natomiast kilkanaście lat temu grałem recital w kościele Dominikanów. Jest tam niewielki dwumanuałowy instrument i pamiętam, że w kolejnym dniu miałem recital w ramach Festiwalu Muzyki Organowej i Kameralnej w Leżajsku.
          Obecny pobyt w Jarosławiu jest dla mnie z kilku względów szczególny. Jarosławskie Opactwo to wspaniałe miejsce, mam do dyspozycji dobry, koncertowy instrument i te parę dni spędzam rodzinnie, bo przyjechałem z małżonką i synem. Rozpoczęliśmy nasza trasę od Wadowic, a skończymy na Częstochowie, a w tej chwili jesteśmy w centralnym punkcie naszej podróży.

          Rozmawiamy w godzinach porannych w dniu koncertu. Spotkałam Państwa na spacerze z rodziną, miał Pan już czas usiąść przy organach?
          - Tak, miałem próbę wczoraj wieczorem. To są imponujące, koncertowe organy, posiadają trzy manuały i klawiaturę pedałową oraz bardzo bogatą kolorystyczną szatę, z której można czerpać, wykonując muzykę w wszystkich epok.

          Jakie utwory wykona Pan na tym instrumencie wieczorem?
          - Wybrałem program przekrojowy, a rozpocznę go od muzyki dawnej – będzie to Toccata decima Georga Muffata, kompozytora okresu baroku, który w swojej twórczości łączył cechy stylistyczne wielu ośrodków: włoskiego, francuskiego, austriackiego.
          Drugi utwór to Partita chorałowa Was Gott tut, das ist wohlgestan Johanna Pachelbela. Kolejnym utworem będzie, zawsze dobrze przyjmowana przez publiczność, transkrypcja jednego z koncertów słynnego cyklu Cztery Pory Roku Antonio Vivaldiego. Wykonam ostatni koncert tego cyklu zatytułowany Zima i chcę podkreślić, że bardzo pięknie brzmi ten koncert w tutejszym kościele.
           Później zabrzmi muzyka wielkiego romantyka niemieckiego Felixa Mendelssohna-Bartholdy’ego – wykonam jego II Sonatę c-moll, a na zakończenie wykonam utwór kompozytora włoskiego o charakterze wręcz operowym, a będzie to Sinfonia Francesco Moroniego.

           Ten instrument jest bardzo wygodny dla wykonawców koncertów, bo wyposażony jest w zecera.
           - Tak, instrument ma zecera, czyli system elektronicznych kombinacji i wykorzystując ten system, jestem w stanie zagrać recital samodzielnie. Jest to sytuacja komfortowa dla każdego koncertującego organisty, dlatego, że jest odpowiedzialny praktycznie za wszystko i nie musi umawiać się z asystentem na próby.

           Akustyka tej świątyni pozwala koncertującemu organiście na samodzielny dobór rejestrów, bo często się zdarza, że grający siedzi wysoko na chórze organowym i słyszy zupełnie coś innego niż publiczność.
          - Faktycznie, tutaj umiejscowienie kontuaru, czyli stołu gry, jest na tyle komfortowe, że przygotowując program, jestem w stanie tak zaprojektować brzmienie, żeby było ono adekwatne do charakteru faktury utworów, które są w programie.

          Kiedy podjął Pan decyzję, że zostanie Pan organistą, bo najlepiej jest, kiedy naukę gry na organach rozpoczyna osoba posiadająca wykształcenie pianistyczne.
          - Dosyć wcześnie wybrałem ten kierunek. Po ukończeniu szkoły podstawowej rozpocząłem naukę w liceum ogólnokształcącym i równocześnie w szkole muzycznej II stopnia. Wybrałem wtedy organy, bo ten instrument wydawał mi się bardzo inspirujący. Wcześniej, jako dziecko, słuchałem płyt wielkich polskich organistów: Joachima Grubicha, Józefa Serafina. Po dwóch latach nauki wstępne,j podczas których przeszedłem tradycyjny tok nauczania, mozolnego ćwiczenia także z udziałem nóg, bo organiści grają nie tylko rękoma, ale na klawiaturze nożnej, zapałałem miłością do tego instrumentu i muzyki, która była tworzona na organy w poprzednich stuleciach.
          Później ukończyłem studia w Akademii Muzycznej w Poznaniu, w klasie prof. Romualda Sroczyńskiego, kolejnym etapem były studia w Konserwatorium Królewskim w Brukseli i gra na organach stała się moim powołaniem.
          Obecnie prowadzę klasę organów w Akademii Muzycznej w Poznaniu i mam nadzieję, że zarażam pasją muzykowania na organach młode pokolenia. Koncerty i praca pedagogiczna wypełniają moje życie.

          Nie wspomniał Pan o ważnym nurcie pedagogicznym, bo często także wykłada Pan na uczelniach zagranicznych w ramach programu Erasmus.
          - Mamy bardzo dobre kontakty z ośrodkami europejskimi, wielokrotnie miałem przyjemność wykładać w Wyższej Szkole Muzyki Kościelnej w Lubece i w Akademii Muzycznej w Wilnie, a obecnie przygotowuję się do wyjazdu do Akademii Muzycznej w Zagrzebiu, gdzie będę prowadził wykłady na temat polskiej muzyki organowej.
          Są to wyjazdy niezwykle inspirujące i ważne, dlatego, że pracując ze studentami w innych ośrodkach, muszę niejako na nowo zdefiniować istotę pracy z młodymi artystami i szukać nowych rozwiązań, bo trzeba dotrzeć do każdego z nich. Często też mówię o muzyce polskiej i staram się zainteresować nią organistów niemieckich, litewskich i muszę to tak zrobić, żeby nikogo nie zniechęcić. Muzyka kanonu repertuarowego jest określona i wspólna dla wszystkich nacji. Wiadomo, że to są wielkie dzieła Bacha, Mendelssohna, Francka, Vierna itd. – natomiast ze skarbca muzyki polskiej, która dla nas jest bardzo ważna i wartościowa, trzeba wydobywać te utwory, które mogą być atrakcyjne dla innych artystów-organistów.
          Twórczość organowa związana z działalnością polskich kompozytorów często jest oparta na polskich pieśniach kościelnych, które dla innych nacji mogą być mało zrozumiałe. Dlatego trzeba wybrać takie utwory, które mogą być uniwersalne w swoim przekazie i starać się nimi zainteresować innych.

           Osiadł Pan na stałe w Poznaniu, tam założył Pan rodzinę, związał się Pan z Akademią Muzyczną i pewnie doskonale zna ciekawe Pan instrumenty w swoim mieście.
           - Mamy kilka znaczących, wartościowych, historycznych instrumentów, a najważniejszym jest instrument Friedricha Ladegasta w kościele farnym w Poznaniu – trzymanuałowe organy zbudowane pod koniec XIX wieku. Jest to niezwykły zabytek w skali europejskiej, gruntownie odrestaurowany i tam odbywa się też międzynarodowy cykl koncertowy w okresie lata. Mamy też instrumenty wybudowane współcześnie, m.in. w Katedrze poznańskiej, a teraz oczekujemy na wspaniały instrument w Akademii Muzycznej. Będzie to kopia organów barokowych, która zostanie zainstalowana do końca czerwca przyszłego roku.

          Jakie instrumenty Pan preferuje, o jakiej trakturze?
          - Wiadomo, że traktura mechaniczna jest najbardziej optymalna, dlatego, że gwarantuje największa kontrolę dźwięku i precyzję gry. Często jest tak, że festiwale organowe odbywają się w różnych miejscach, wykorzystywane są różne instrumenty, nie zawsze te najbardziej wartościowe, ale z uwagi na miejsce czy aktywność lokalnych instytucji, nie zawsze ma się do dyspozycji instrument optymalny do wykonywania utworów, które artysta ma w repertuarze. To jest też ciekawe wyzwanie dla koncertującej osoby, która musi szukać również różnych kompromisów, żeby pokazać muzykę różnych epok i stylów. Mając do dyspozycji instrument, który nie zawsze odpowiada naszym wymaganiom, musimy pokazać ten program na tyle ciekawie, żeby oddać jego wartość i piękno.

           Sądzę, że wykonawca musi znać dyspozycję instrumentu, żeby wiedzieć, co można zagrać, chociaż zdarza się, że podczas próby trzeba weryfikować program.
          - To prawda, nie ma dwóch takich samych instrumentów organowych. Pianiści mają łatwiej dlatego, że w salach koncertowych spotyka się instrumenty konkretnej firmy i można budować program, pomijając kwestie nieznajomości instrumentu. Organy w każdym z kościołów brzmią inaczej i to nie tylko z uwagi na swój charakter brzmieniowy, ale też akustykę. Podchodząc do każdego instrumentu indywidualnie, mamy szansę budować repertuar i prezentować go za każdym razem w odmienny sposób.

          Wiem, że ma Pan bardzo dużo doświadczeń z licznych wyjazdów na koncerty za zachód od Polski przede wszystkim, ale także wyjeżdżał Pan na wschód.
          - Tak, spotyka się różne instrumenty. Miałem okazję grać w Filharmonii w Charkowie, gdzie znajdują się współczesne organy firmy Rieger-Kloss z Krnova. Dwa tygodnie temu grałem recital w ramach festiwalu muzycznego w kościele św. Kazimierza w Wilnie. Tam z kolei znajdują się organy firmy Oberlinger, sprowadzone z Niemiec. Zostały one na nowo zintonowane, z drobnymi korektami. Często na wschodzie spotykamy instrumenty zaniedbane, dopiero teraz jest szansa, żeby te organy przywracać do życia koncertowego. Wykorzystywane są do tego środki europejskie, ale ważna też jest aktywność lokalnych społeczności, żeby organy jako instrument funkcjonowały w aspekcie koncertowym.

           Słyszałam, że w krajach położonych na wschód od Polski jest ogromne zainteresowanie muzyką organową, sale są wypełnione, a po bilety ustawiają się bardzo długie kolejki.
           - Potwierdzam to, bo zaraz po przyjeździe do Charkowa, dowiedziałem się, że bilety na mój koncert zostały wyprzedane bardzo szybko i na prośbę organizatorów, podczas próby, zagrałem mini-koncert dla wycieczki dziecięcej, która przyjechała z daleka i niestety nie było już możliwości kupienia biletów.

           Wyjeżdżając na zachód, miał Pan możliwości grać na bardzo interesujących instrumentach.
           - Bardzo ciekawy jest fakt, że w różnych ośrodkach europejskich instrumenty organowe są różne zarówno jeśli chodzi o brzmienie, jak i wielkość. Grając na wielkich instrumentach niemieckich, możemy pokazywać twórczość sławnych kompozytorów, którzy sami mieli do dyspozycji wielkie organy, natomiast we Włoszech mamy często do czynienia z instrumentami niewielkich rozmiarów. Tam często spotykamy organy jednomanuałowe, czasami bez klawiatury nożnej, specyficznie brzmiące – pięknie, jasno, ale tam możemy grać ograniczony repertuar i wtedy pokazujemy muzykę dawną europejską i jest okazja do pokazania także muzyki polskiej, bo mamy liczne, piękne utwory z polskich tabulatur organowych z okresu renesansu.
           Z kolei we Francji organy Aristide'a Cavaillé-Colla są instrumentami symfonicznymi, na które tworzyli wybitni kompozytorzy muzykę, która w swym charakterze i w brzmieniu miała nawiązywać do orkiestry symfonicznej. Miałem przyjemność grać na takich organach w Vitré w Bretanii podczas Festiwalu Kultury Polskiej i wykonałem wówczas osiem recitali na organach symfonicznych, a także na organach pochodzących z okresu baroku. Cechą charakterystyczną organów francuskich jest fakt, że występuje w nich wiele ciekawych registrów głosów imitujących brzmienie instrumentów dętych: trąbki, puzony, oboje... Muzyka francuska w spuściźnie europejskiej jest bardzo oryginalna

           Wiadomo, że koncertujący organista musi grać wszystko, ale chyba zawsze mocniej serce bije, jak się sięga po nuty ulubionego kompozytora.
           - Ostatnio staram się grać jak najwięcej muzyki polskiej. Dobieram starannie repertuar, wykorzystuję twórczość polskich kompozytorów działających w XIX i XX wieku – Feliksa Nowowiejskiego i Mieczysława Surzyńskiego. Zawsze jak jestem za granicą, staram się przynajmniej jeden lub dwa utwory polskie zaprezentować i zawsze są one bardzo dobrze odbierane.
          Utwory, które w swym wyrazie często są przepełnione nostalgią, smutkiem, ekspresją wynikającą z często tragicznych losów kompozytora czy naszego kraju, działają niezwykle silnie na emocje i wykonane na odpowiednich organach potrafią wzruszać słuchaczy. Na tym mi najbardziej zależy.

          Nie orientuję się dokładnie we współczesnej polskiej literaturze organowej, ale sądzę, że najlepsze utwory na ten instrument piszą kompozytorzy, którzy grają na organach, albo znają ich możliwości.
          - W pełni się z tym zgadzam. W Polsce jest kilku kompozytorów, którzy są organistami i dla nich organy są instrumentem, na którym mogą pokazać wszystkie swoje możliwości i pomysły. Oni także często wykonują swoje utwory. Na przykład Władysław Szymański działający w ośrodki katowickim, w Poznaniu mamy pana Zbigniewa Kozuba, który pisze sporo na organy i sam wykonuje, a nawet improwizuje często podczas koncertów.

           Za chwilę powinien Pan rozpocząć próbę i musimy kończyć naszą rozmowę. Mam nadzieję, że wyjedzie Pan z Jarosławia zainspirowany i zadowolony z przyjęcia publiczności, i zechce Pan tu powrócić.
          - To prawdziwa radość być tutaj, mam nadzieję, że wieczorny koncert zostanie dobrze przyjęty przez publiczność i chętnie tu powrócę.

Z prof. Sławomirem Kamińskim, wybitnym organistą-wirtuozem i pedagogiem rozmawiała Zofia Stopińska 27 lipca 2019 roku w Jarosławskim Opactwie.

Spotkanie z Krzysztofem Jabłońskim

          Wspaniałym wydarzeniem 50. Muzycznego Festiwalu w Łańcucie był koncert, który odbył się 18 maja 2019 roku. W sali balowej łańcuckiego Zamku wystąpił Krzysztof Jabłoński – znakomity, światowej sławy polski pianista, który od ponad 30 lat występuje na estradach Europy, obu Ameryk i Azji.
          Krzysztof Jabłoński przyjechał do Łańcuta z młodą, utalentowaną pianistką Hsiao-Hsien Shen, która występuje jako Rita Shen i od niedawna często pojawiają się na estradach razem, grając utwory na cztery ręce.
          Ramy planowanej części koncertu stanowiły utwory na cztery ręce: Taniec słowiański Antonina Dvořaka i Tańce węgierskie (nr: 1, 2, 3, 4, 5) Johannesa Brahmsa, a część środkową wypełniły utwory Fryderyka Chopina.
Krzysztof Jabłoński wspaniale wykonał cztery utwory, a były to kolejno: Walc As-dur op. 64 nr 3, Scherzo h-moll op. 20 , Etiuda c-moll op. 10 nr 12 „Rewolucyjna” i Polonez As-dur op. 53, a przed przerwą usłyszeliśmy jeszcze Grand duo Concertant E-Dur na fortepian i wiolonczelę na temat z opery „Robert Diabeł” Mayerbeera w wersji na cztery ręce.
          Po przerwie przy fortepianie zasiadł Krzysztof Jabłoński i wykonał rewelacyjnie dwa arcydzieła Fryderyka Chopina: Balladę g-moll op. 23 oraz Andante spianato i Wielki Polonez Es-dur op. 22.
Planowaną część wieczoru zakończyły Tańce węgierskie Johannesa Brahmsa, które zawsze w dobrym wykonaniu podbijają serca publiczności. Oczywiście Artyści musieli dokonać wyboru i postanowili, że wykonają pięć pierwszych utworów z tego cyklu. Później były długie gorące brawa i owacja na stojąco, a podziękowaniem Artystów były bisy – pierwszy w wykonaniu duetu, a wieczór zakończył Krzysztof Jabłoński skrzącą się perlistymi kaskadami dźwięków Etiudą Ges-dur op. 10 nr 5, skomponowaną przez Fryderyka Chopina tak, że wykonawca gra jedynie na czarnych klawiszach.
          Opuściłam salę balową łańcuckiego Zamku zachwycona i na długo w mojej pamięci pozostaną wspaniałe kreacje Krzysztofa Jabłońskiego, a szczególnie: Scherza h-moll, Etiudy c-moll „Rewolucyjnej”, Poloneza As-dur oraz Andante spianato i Wielkiego Poloneza Es-Dur.
          Podczas krótkiego pobytu w Łańcucie pan Krzysztof Jabłoński znalazł czas na wywiad dla czytelników „Klasyki na Podkarpaciu” i zapraszam teraz do lektury.

          Zofia Stopińska: Rozmawiamy przed koncertem, ponieważ później nie będzie czasu na dłuższe spotkanie, bo jeszcze dzisiaj wyjeżdżacie do Warszawy, gdzie jutro inaugurujecie 60. sezon Koncertów Chopinowskich w Łazienkach Królewskich.
W sali balowej Zamku w Łańcucie występował Pan już kilka razy zarówno jako solista, jak i kameralista i zawsze był Pan entuzjastycznie przyjmowany przez publiczność. Myślę, że pamięta Pan te koncerty i dobre wspomnienia towarzyszą Panu dzisiaj.
          Krzysztof Jabłoński: Zawsze powroty w miejsca, które już znam, w których grywałem i z których wywiozłem bardzo miłe wspomnienia, są dla mnie  sentymentalne, bo też pokazują, jak szybko płynie czas. Bardzo sobie cenię fakt, że mogę tu być, bo wyjeżdżając nigdy nie wiem, czy jeszcze kiedyś w te strony powrócę.

          Tego koncertu nie możemy nazwać recitalem, bo tylko część programu wykona Pan sam. Będą też utwory na cztery ręce, a wystąpi z Panem młoda, utalentowana i piękna pianistka Rita Shen.
           - Zauważyła pani, słuchając próby, że to faktycznie utalentowana pianistka. Szukam w muzyce partnerstwa, które daje mi wielką radość i to jest rozmowa bez słów. Wszystko w muzyce jest zapisane i jak mówimy tym samym językiem, to nie trzeba wcześniej prawie niczego ustalać. Między dwojgiem ludzi jest nić porozumienia. Jeśli jej nie ma, to można pracować w nieskończoność i nigdy nie będzie oczekiwanego efektu tej pracy. Potem siadamy z kimś innym przy instrumencie i okazuje się, że wszystko działa, nic nie trzeba ustalać, o niczym nie trzeba mówić, wystarczy tylko czuć i rozumieć muzykę podobnie, a wszystko staje się jasne. Oprócz talentu jest jeszcze kwestia osobowości, która albo przylega do kogoś, albo nie. Wspólne granie z Ritą Shen sprawia mi dużo radości.

          Jako laureat Konkursu Chopinowskiego ciągle jest Pan proszony o granie utworów Fryderyka Chopina. Nie ma Pan dosyć?
          - Nie mam dosyć, powiem więcej, dostałem bardzo zaszczytną propozycję z Narodowego Instytutu Fryderyka Chopina zarejestrowania kompletu dzieł kompozytora na płytach i ciągle jestem w tym projekcie blisko początku, bo nagrałem dopiero materiał na 7 płyt, a całość zmieści się na 22 krążkach. Trwa to również dlatego tak długo, że nagrywamy wszystko podwójnie, ponieważ gram także na instrumentach historycznych i to będzie około 44 płyt. To jest praca na kilka następnych lat, ale to potwierdza najlepiej, że nie mam Fryderyka Chopina dosyć, wręcz przeciwnie.
           Zaangażowałem się w tę wielką pracę, bo to jest moje marzenie sprzed lat, które mam szansę zrealizować. Chcę to zrobić, bo poświęciłem temu kompozytorowi tak dużo miejsca w swoim życiu, że wydaje mi się, iż zbliżam się do swojego wymarzonego ideału wykonywania jego dzieł.

           Zainteresowała mnie Pana decyzja o nagraniach na instrumentach historycznych, które zupełnie inaczej współpracują z grającym.
           - Tak, a powiem nawet, że często nie współpracują i trzeba sprawić, żeby współpracowały. To jest duże wyzwanie, bo te instrumenty są już zmęczone życiem i często już nie grają tak, jakby mogły grać, tak jak grały w czasach swojej młodości.
Jest to do tego stopnia trudne zadanie dla mnie, że przed nagraniami na instrumencie historycznym nie mogę nawet dotykać fortepianu współczesnego, ponieważ różnica jest ogromna. Teraz już się trochę przyzwyczaiłem do tych zmian.
           Przez wiele lat nie chciałem się zgodzić na granie na instrumentach historycznych, ale w końcu dojrzałem do tego momentu, w którym powiedziałem: „tak” i w sumie bardzo się z tego cieszę.
Bardzo dużo dowiedziałem się o dziełach Fryderyka Chopina, grając je na instrumentach z epoki.
Mam szanse wypróbowania różnych elementów brzmieniowych, pedalizacyjnych, frazowania, dynamicznej skali na instrumentach, na których dzieła te były pierwotnie wykonywane.
           Najczęściej zapominamy, że współczesne fortepiany mają dużą skalę dynamiczną i o wiele dłuższy dźwięk, że wiele elementów tej muzyki ulega, w pewnym sensie, zniekształceniu, bo możliwości mamy dużo większe.
Ten projekt obejmujący nagrania wszystkich utworów Fryderyka Chopina na fortepianach współczesnych i historycznych, jest dla mnie „kopalnią wiedzy” i bardzo się cieszę, że mogę go realizować.

           Myślę, że bardzo ważne w Pana karierze artystycznej były lata 1985-1992. To czas ważnych konkursów. W 1985 roku otrzymał Pan III nagrodę w XI Międzynarodowym Konkursie im. Fryderyka Chopina w Warszawie, w 1988 roku wygrał Pan w międzynarodowych konkursach pianistycznych w Palm Beach, Monzy i Dublinie, a rok później w Nowym Jorku i Tel Aviwie, gdzie otrzymał Pan Złoty Medal w Konkursie im. Artura Rubinsteina.
Czy konkursy otworzyły panu drogę na estrady świata?
           - Z pewnością tak, ale najważniejszy dla rozwoju mojej kariery był Konkurs Chopinowski, bo od tego momentu wszystko potoczyło się inaczej. Pozostałe nagrody to zdobywałem raczej „z głodu”, bo było mi mało i ciągle marzyłem o I nagrodzie. Dlatego chciałem pojechać na inne liczące się konkursy, a przygotowując się do nich poznawałem muzykę innych kompozytorów. Dzięki tym konkursom otrzymałem także bardzo dużo propozycji koncertowych z różnych ośrodków muzycznych na świecie.

           Konkursów ciągle przybywa, można powiedzieć, że jest ich już całe morze i chyba trochę maleje ich znaczenie.
           - Można zdobyć wiele nagród w konkursach i to wcale nie oznacza, że dzięki temu kariera będzie się rozwijać. Można także zrobić karierę bez konkursu, ale wtedy oprócz talentu i pracy, potrzebna jest ogromna pomoc sponsorska i agencyjna. Konkursy nie są jedyną drogą na zaistnienie na światowych scenach i pozostanie na nich, ale wówczas młody artysta musi wykazać się wielkimi, wszechstronnymi umiejętnościami.
          Tak jak pani wspomniała, konkursów jest tak dużo, że rocznie produkujemy setki, a nawet tysiące laureatów w skali globu i powstaje pytanie, czy wszyscy laureaci zdobywający czołowe miejsca, są aż tak genialni. Czasem wynika to tylko z faktu, że są to najlepsze osoby, które na dany konkurs przyjechały i niekoniecznie wszyscy są znakomici. Przez tę ilość nagrody zdobywane na konkursach zdewaluowały się. Dzisiaj nikogo już nie dziwi, że zaczynający karierę muzyk ma w życiorysie całą listę nagród i wyróżnień zdobytych w różnych miejscach.

           Nie wiem, kiedy rozpoczął się Pana mariaż z muzyką kameralną, a na żywo słyszałam Pana tylko z wybitnymi polskimi wykonawcami – Tomaszem Strahlem i Konstantym Andrzejem Kulką, a wiem, że grał Pan muzykę kameralną na całym świecie ze sławnymi muzykami.
          - Wszystko się zaczęło w tych stronach, bo na festiwalu „Bravo Maestro” w Kąśnej Dolnej. Przed laty dostałem miłe zaproszenie na ten Festiwal i pełniłem tam rolę „dyżurnego pianisty”, grywając z wieloma wybitnymi instrumentalistami. Wcześniej moje kontakty z muzyką kameralną powstawały bardziej z konieczności, bo często grałem utwór obowiązkowy w konkursie, w którym brałem udział, albo grałem obowiązkowo w zespole kameralnym w ramach nauki w szkole, a potem w czasie studiów. Później dość długo grałem wyłącznie solo albo z orkiestrami i nie miałem okazji ani zaproszeń do stworzenia zespołu kameralnego.
           Dopiero podczas wspomnianego pobytu w Kąśnej Dolnej nawiązałem bardzo dużo kontaktów i spodobało mi się granie muzyki kameralnej. Powstało wtedy „Chopin Duo” z Tomaszem Strahlem, a potem dołączył do nas jeszcze Konstanty Andrzej Kulka i powstało „Kulka Trio”. W tych składach graliśmy dość często i nagraliśmy też wspólną płytę z kompletem dzieł kameralnych Fryderyka Chopina, które zmieściły się na jednym krążku, bo Chopin skomponował niewiele utworów kameralnych. Z Tomaszem Strahlem grywałem jeszcze podczas baletu „Fortepianissimo” w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej. Później otrzymywałem wiele innych, bardzo interesujących propozycji i spodobało mi się to na tyle, że rozsmakowałem się w kameralistyce. Jeśli mam okazję z kimś współpracować, to robię to z wielką radością, bo samotności już się „najadłem” w życiu, będąc sam na scenie. W pewnym momencie człowiek chce się podzielić radością grania, tworzenia czegoś wspólnie.

           Pianista wirtuoz pracuje zawsze sam, nawet jeśli gra recital, także sam jest na scenie, wyjątkiem są próby i koncerty z orkiestrami.
           - To prawda, ale to jest także taki instrument – samowystarczalny. Inni instrumentaliści z konieczności tworzą zespoły albo grają z fortepianem i są w pewnym sensie skazani na współpracę z innymi osobami, natomiast my możemy ćwiczyć sami i także sami zagrać koncert. Nie stwarza to bezpośredniej konieczności związania się z kimś, ale jeśli udaje się to zrobić, to jest wspaniale, bo fortepian może być instrumentem kameralnym i można na nim grać dwudziestoma, a nie dziesięcioma palcami, co sprawia, że fortepian brzmi zupełnie inaczej niż pod ręką jednego pianisty. Grając na cztery ręce wykorzystujemy całą skalę instrumentu i sprawia to wielką przyjemność.

           Nigdy nie pytałam Pana, czy jako mały chłopiec sam Pan wybrał fortepian, czy został Pan zachęcony przez rodziców.
           - Przyznaję się, że zostałem zachęcony, ale nawet nie przez rodziców, którzy zaprowadzili mnie do przedszkola muzycznego, gdzie grałem przez rok na akordeonie. Na akordeonie także zagrałem swój pierwszy w życiu koncert w dużym studio Polskiego Radia we Wrocławiu. Miałem wtedy 5 lat, zagrałem dwa krótkie utworki i bardzo mi się to spodobało (śmiech).
           Po tym koncercie pani, która uczyła mnie grać na akordeonie, zasugerowała, żebym spróbował grać na fortepianie i tak też się stało. Zacząłem naukę w szkole muzycznej we Wrocławiu i przez długich 12 lat pracowałem z panią Janiną Butor, a później kontynuowałem studia pod kierunkiem prof. Andrzeja Jasińskiego. Spotykałem się jeszcze przy klawiaturze z innymi pedagogami, jak Rudolf Kehrer czy Nikita Magaloff , ale pani Janina Butor i prof. Andrzej Jasiński to osoby, które odegrały w moim życiu ogromną rolę.
Wracając do pani pytania – wybór fortepianu to nie była moja decyzja, ktoś inny postanowił, a mnie się to bardzo spodobało.

          W jakim wieku można rozpocząć naukę gry na fortepianie? Niedawno zobaczyłam zdjęcie malutkiego dziecka, które stało z miniaturowymi skrzypeczkami i smyczkiem w ręku. Pewnie to była forma zabawy, ale nie ma małych fortepianów, a krążą w Internecie różne nagrania małych „cudownych” wirtuozów fortepianu.
          - Tak, to jest w pewnym sensie „choroba naszego czasu” i nie boję się tego tak nazwać, dlatego, że zbyt wczesne granie na instrumencie, a tym bardziej sięganie po bardzo skomplikowany, trudny repertuar fortepianowy w bardzo młodym wieku, kończy się, niestety, bardzo złymi nawykami. Dzieci nie mają dostatecznie dużych i silnych rąk, nie mają na tyle długich nóg, żeby sięgnąć do pedału i powstaje wtedy bardzo dużo złych nawyków. Zamiast grać swobodnie, dzieci się spinają, usztywniają, powstają zniekształcenia rąk, itd.
           Rozpoczynające naukę gry na fortepianie dzieci powinny rosnąć razem z repertuarem. Jest bardzo dużo pięknych utworów, które można grać w zależności od wieku i umiejętności. Nie trzeba od razu grać III Koncertu Rachmaninowa i wiele innych nonsensownych przykładów mógłbym przytoczyć.
           W czasie moich podróży także intensywnie zajmuję się pedagogiką i bez przerwy mam doświadczenia z pracy nad aparatem gry, który jest przesilony, ręce zniekształcone i wiele innych złych nawyków. Wszystko dlatego, że dzieci próbują grać trudne utwory na instrumencie, który jest dla nich jak wielki potwór, bo nie ma, tak jak w przypadku skrzypiec, malutkich fortepianików, które by rosły razem z dziećmi. Fortepian jest instrumentem dla dorosłych dużych rąk i powinno się na nim uczyć zgodnie z możliwościami dzieci, tak jak to było przez całe dziesięciolecia. Teraz najczęściej zamiast rozwijać technikę, umiejętność gry legato, ogólnomuzyczną wiedzę i sięgać po trudniejszy repertuar wtedy, kiedy uczeń jest fizycznie przygotowany do tego, ma dostatecznie duże, silne ręce i rozwiniętą technikę do danego utworu, to ambicje są tak duże, że mamy rodzaj wyścigów olimpijskich, kto szybciej dotrze do celu i zagra wspomniany III Koncert Rachmaninowa w wieku trzynastu lat.
Owszem, udaje się młodym ludziom nawet wygrywać wszystkie nuty, tylko nie ma w tym graniu muzyki, bo nie rozumieją, o czym grają.
           Nie chodzi o to, żeby wszystkie nuty były zagrane, bo komputery też to potrafią, tylko żeby w tym była muzyka, wrażliwość, serce i ogólnomuzyczna wiedza, której często brak.

           Pracę pedagogiczną rozpoczął Pan zaraz po studiach w Akademii Muzycznej we Wrocławiu, później uczył Pan dosyć długo w Akademii Muzycznej w Warszawie i chyba nadal uczy Pan w Calgary.
           - W Warszawie rozpoczynałem pracę w Akademii Muzycznej, która później zmieniła nazwę na Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina, bo przez 14 lat latałem z Calgary do Warszawy. Aktualnie już nie pracuję w Warszawie i uczę na dwóch uniwersytetach w Calgary. Jestem także zapraszany do prowadzenia klas fortepianu przez organizatorów kursów mistrzowskich, a także uczę prywatnie, jeśli jest taka potrzeba. Od lat zajmuję się pedagogiką i sprawia mi to dużo radości.

           Dlaczego zamieszkał Pan w Calgary? Tam jest podobno przepięknie, ale do Polski bardzo daleko.
           - Zawsze gdzieś jest daleko. Jak jesteśmy w Łańcucie, to Calgary jest daleko (śmiech).
Zakochałem się tam przede wszystkim w przepięknej przyrodzie. To jest mało zatruty i mało zniszczony kawałek świata. Ciężko jest znaleźć takie miejsce na Ziemi. Kraj, który jest 32 razy większy od Polski, a ma mniej mieszkańców niż Polska. Sama prowincja Alberta jest terytorialnie ponad dwa razy większa niż Polska, a liczy tylu mieszkańców, co Warszawa.
Dla każdego jest dużo miejsca, jest bardzo dużo zwierzyny, przepiękne góry, jeszcze ciągle bardzo czyste powietrze i zdrowe środowisko. Dlatego tam zamieszkałem, pomimo, że Calgary położone jest na uboczu i nie możemy go nazwać wielkim centrum kulturalnym czy muzycznym.

           Ma Pan czas korzystać z tych dobrodziejstw?
           - Owszem, korzystałem, ale w ostatnich latach może trochę mniej, bo jestem „okropnie zajęty”, ale nawet zacząłem jeździć na nartach, bo ciągle mnie pytano, dlaczego mieszkam w Calgary i nie jeżdżę na nartach, nie chodzę po górach.
Nauczyłem się jeździć na nartach, zakochałem się w tym sporcie i nawet zaliczyłem parę wypadków, ale na szczęście zawsze wszystko dobrze się kończyło (śmiech).

           Narciarstwo to dla pianisty trochę ryzykowny sport.
           - Pewnie tak, ale na prostej drodze też można sobie zrobić krzywdę. Kiedyś spadłem ze schodów we własnym garażu, okropnie się potłukłem i nie mogłem ruszać ręką przez dwa tygodnie.
           Może narciarstwo jest nie najlepszym sportem dla pianistów, ale jest to piękny sport. Kiedyś wjechałem na bardzo wysoką górę i po zejściu z wyciągu stanąłem na szczycie, panorama 360 stopni i bielutki śnieg wokół. Wtedy pomyślałem, że warto było pocierpieć i nauczyć się wszystkiego, żeby się znaleźć się w tym miejscu, bo tam nie można się znaleźć bez nart (śmiech).

           Występuje Pan już na estradach świata ponad 30 lat i ma Pan w repertuarze ogromną ilość utworów. Czy są dzieła, które chciałby Pan jeszcze dodać do tej listy?
           - Ta lista jest bardzo długa i mam świadomość, że za jednego życia nie dam rady wszystkiego zagrać, co bym chciał zagrać, dlatego, że w dużej mierze muszę realizować zamówienia organizatorów koncertów, szczególnie dotyczy to koncertów z orkiestrami, bo w recitalach mam zwykle więcej swobody i mogę zaproponować utwory, które chciałbym przedstawić. To sprawia, że na fortepianie mam przygotowane nuty tych projektów, które są zaplanowane na najbliższe miesiące czy lata. Przy tym bardzo zwariowanym życiu, połączonym jeszcze z działalnością pedagogiczną, zwykle nie ma już czasu, żeby nauczyć się czegoś dla przyjemności, o czym marzę. Tylko czasami się zdarza, że przychodzi zamówienie na repertuar, o którym od dawna marzyłem i wtedy jest wspaniale.
U schyłku życia na pewno będzie mi brakowało wielu utworów, które chciałbym mieć w repertuarze.

          Słowo praca przewija się bardzo często w naszej rozmowie. Dzisiaj i jutro gracie koncerty, do których pilnie przygotowujecie się. Nie ma czasu na przyjemności.
           - Sami wybraliśmy sobie taki zawód, nie narzekamy. Najczęściej tak jest, że znajdujemy się w odległym miejscu na ziemi i trzeba iść do pracy, bo do koncertu nie ma przyjemności, a po koncercie zazwyczaj trzeba wyjeżdżać na następny koncert. Bardzo rzadko można sobie pozwolić na pozostanie przez jeden dzień, aby odpocząć i zwiedzić miejsce, w którym gramy. Jak się chce coś zobaczyć, to trzeba się tam wybrać prywatnie, bo jak jedziemy do pracy, to koncentrujemy się na tym, żeby być w najlepszej formie w czasie koncertu, a potem wyjeżdżamy.

           Szkoda, że zaraz po koncercie Państwo wyjeżdżacie.
           - Takie jest życie. Jutro w południe gramy w Warszawie i nie ma możliwości, żeby jechać rano, bo to jest zbyt stresujące. Wolę przespać noc w miejscu, w którym będę grał.

           Wystąpicie jeszcze w Polsce w najbliższych dniach?
           - Nie, tym razem przyjechaliśmy tylko na te dwa koncerty. Będziemy w Polsce jeszcze w sierpniu i w listopadzie tego roku.

           Bardzo Panu dziękuję za poświęcony czas dla czytelników „Klasyki na Podkarpaciu”.
           - Ja również bardzo dziękuję za spotkanie i pozdrawiam Państwa serdecznie.

Z Krzysztofem Jabłońskim, jednym z najwybitniejszych pianistów naszych czasów rozmawiała Zofia Stopińska 18 maja 2019 roku w Rzeszowie, przed koncertem w ramach 58 Muzycznego Festiwalu w Łańcucie

Międzynarodowy Konkurs Muzyki Polskiej im. Stanisława Moniuszki w Rzeszowie.

          Pod koniec września odbędzie się Międzynarodowy Konkurs Muzyki Polskiej im. Stanisława Moniuszki w Rzeszowie. Jest to nowa inicjatywa kulturalna, organizowana przez Instytut Muzyki i Tańca. Aby dowiedzieć się więcej na temat tego wydarzenia, poprosiłam o rozmowę pana Maxymiliana Bylickiego – dyrektora Instytutu Muzyki i Tańca w Warszawie, który jest także dyrektorem Konkursu.

           Maxymilian Bylicki: Wspólnie z Filharmonią Podkarpacką im. Artura Malawskiego w Rzeszowie organizujemy Międzynarodowy Konkurs Muzyki Polskiej im. Stanisława Moniuszki, który odbędzie się od 20 do 27 września tego roku w Rzeszowie. Jest to Konkurs nietypowy, inny niż wszystkie, bo jego celem jest przypomnienie wspaniałej, bogatej i bardzo ciekawej twórczości polskich kompozytorów.
Konkurs odbędzie się w dwóch kategoriach: fortepian i zespoły kameralne.
          Jest to Konkurs międzynarodowy, w którym uczestniczyć mogą soliści i zespoły z całego świata. Nie ma ograniczenia ze względu na wiek i obywatelstwo uczestników. Ważne jest, żeby tylko wykonali utwory 50-ciu polskich kompozytorów, głównie z XIX i XX wieku, którzy są objęci listą Konkursu.
Każdy może dowolnie wybrać sobie utwory i ułożyć program w ramach podanych limitów czasowych.

          Zofia Stopińska: Przygotowanie są już bardzo zaawansowane, bo odbyły się już eliminacje, a do rozpoczęcia Konkursu pozostały niecałe dwa miesiące.
          - Do Konkursu zostało zakwalifikowanych 45 uczestników w obydwu kategoriach. Mamy kilku stypendystów – polskich uczestników, którzy wcześniej zostali zakwalifikowani do stypendium, dzięki któremu nie muszą płacić kosztów wpisowego i pobytu na konkursie.
           Została już także wylosowana litera – pierwsi grać będą uczestnicy, których nazwiska rozpoczynają się literą S. Dotyczy to także zespołów kameralnych.
Wszyscy uczestnicy przesłali nam swoje programy i mogę powiedzieć, że są one bardzo ciekawe. Chcę podkreślić, że wielu polskich kompozytorów, szczególnie tworzących w XIX wieku, było znakomitymi wirtuozami, którzy grali swoje utwory. Ignacy Jan Paderewski był znakomitym pianistą, który podbił cały świat, ale czuł niedosyt jako kompozytor, bo uważał, że to kompozycja jest jego powołaniem. Do takich kompozytorów możemy zaliczyć także Władysława Żeleńskiego, Zygmunta Stojowskiego czy skrzypków Karola Lipińskiego i Henryka Wieniawskiego. Ci kompozytorzy tworzyli i wykonywali własne utwory, stąd nie są one łatwe.
Podczas Konkursu będą wykonywane fantastyczne, piękne Parafrazy znakomitego pianisty-wirtuoza, ale też kompozytora Leopolda Godowskiego. Będą także wykonywane w Rzeszowie utwory patrona Filharmonii Podkarpackiej Artura Malawskiego.
Polscy kompozytorzy często sięgali po motywy muzyki ludowej i przykładem może być Album Tatrzańskie Ignacego Jana Paderewskiego.
           Większość wymienionych utworów zniknęło z codziennego obiegu. Pomijając Fryderyka Chopina, który jest najjaśniejszą polską gwiazdą, na naszych estradach wykonywane są głównie dzieła zagranicznych kompozytorów, a szkoda, bo utwory polskich kompozytorów są znakomite.

          Uważam, że jest to wyłącznie nasza wina.
           - Zgadzam się z Panią, bo w muzyce jest tak, że jeżeli znamy jakiś utwór i nam się podoba, to chętnie do niego wracamy. Dotyczy to zarówno muzyki klasycznej, jak i rozrywkowej – lubimy słuchać melodyjnych piosenek, znanych wykonawców.
Musimy gdzieś te utwory poznać, żeby nam się spodobały. Jeżeli one nie będą wykonywane na estradach, to nie będziemy mieli szansy ich poznać i polubić.

          Wracając do Międzynarodowego Konkursu Muzyki Polskiej w Rzeszowie. Dla solistów będzie on trzyetapowy, a dla zespołów kameralnych dwuetapowy.
          - Pianiści w trzecim etapie wykonują koncert fortepianowy z orkiestrą i liczymy, że do finału przejdzie najwyżej ośmiu solistów, natomiast zespoły kameralne przygotowują się do dwóch etapów i do drugiego etapu zostanie zakwalifikowanych około piętnaście zespołów.

           Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Podkarpackiej musi po powrocie z urlopów zabrać się do przygotowania kilkunastu koncertów fortepianowych.
           - Nie jest tak źle, bo na liście konkursowej było czternaście koncertów, ale w praktyce wielu uczestników wybiera te same utwory i dlatego Orkiestra Filharmonii Podkarpackiej będzie musiała przygotować siedem koncertów, a część z nich już wykonywała. Orkiestra grała już zarówno Koncert fortepianowy a-moll, jak i Fantazję polską Ignacego Jana Paderewskiego, Symfonię koncertującą Karola Szymanowskiego, Koncert fortepianowy Ludomira Różyckiego, Koncert Franciszka Lessla.
Myślę, że także z przyjemnością wysłucha tych utworów publiczność.

          Najliczniejszą grupę stanowią Polacy.
          - To prawda, ale przyjadą także uczestnicy z Rosji, Ukrainy, z Chin czy Rumunii – z różnych stron świata.

          Wszystkie etapy przesłuchań będą otwarte dla publiczności?
          - Oczywiście, wkrótce będzie gotowy grafik przesłuchań. Od soboty (20 września) przesłuchania konkursowe będą się odbywały zarówno przed południem, jak i po południu, oddzielnie dla solistów oraz dla zespołów.

          Występy oceniać będą oceniać dwa zespoły jurorów.
           - Występy pianistów oceniać będzie jury pod przewodnictwem prof. Jarosława Drzewieckiego (pianisty, pedagoga i organizatora życia muzycznego), a członkami będą: Matti Asikainen (pianista, muzykolog i kompozytor), Philippe Giusiano (pianista, zwycięzca XIII Międzynarodowego Konkursu im. Fryderyka Chopina w Warszawie w 1995 roku), Andrzej Jasiński (pianista, jeden z najwybitniejszych pedagogów fortepianu), Kevin Kenner (pianista, zwycięzca XII Międzynarodowego Konkursu im. F. Chopina w 1990 roku), Wiera Nosina (pianistka i wybitny pedagog) oraz Koji Shimoda (krytyk muzyczny, pianista i pedagog).
          Jury kameralne pracować będzie pod przewodnictwem prof. Andrzeja Tatarskiego (wybitnego polskiego pianisty i kameralisty), a członkami będą: Gary Guthman (trębacz, kompozytor aranżer i dyrygent), Józef Kolinek (skrzypek, kameralista i pedagog), Krzysztof Meyer (kompozytor, pianista i pedagog), Irena Poniatowska (muzykolog, prof. dr hab. nauk humanistycznych) i Lew Zakopetz (wybitny oboista i pedagog).

           Nagrody regulaminowe w obydwu kategoriach są także zachęcające do współzawodnictwa.
           - Owszem, bo I nagroda to 20 000 EUR, II nagroda – 10 000 EUR, III nagroda – 5 000 EUR oraz trzy równorzędne wyróżnienia pod 1500 EUR. Ponadto przyznane zostaną nagrody specjalne, indywidualne i inne nagrody pozaregulaminowe.
           Nagrody muszą być na poziomie innych konkursów międzynarodowych. Zobaczymy, co będzie po konkursie. Planujemy, że kolejne edycje odbywać się będą co dwa lata z przeznaczeniem dla różnych obsad wykonawczych. Mamy nadzieję, że ten Konkurs zainspiruje uczestników z całego świata, żeby sięgać po utwory polskich kompozytorów i grać je później na estradach.
           Nagrody zdobywa kilku wykonawców i kilku zostanie wyróżnionych, ale w Konkursie uczestniczyć będzie ich kilkudziesięciu. Jeżeli przygotują programy na Konkurs, to będą je później wykonywać, koncertując na całym świecie.
           Mówi się, że konkursy są szansą dla ludzi młodych, bo na prawie wszystkich obowiązuje limit wieku dla wykonawców, a my mówimy, że ten Konkurs jest szansą dla polskich kompozytorów, żeby zostali odkryci. Zapominamy o tym, że ci kompozytorzy w XIX i XX wieku byli cenieni – ich dzieła były wydawane i często wykonywane. Polscy kompozytorzy świetnie odnajdywali się w towarzystwie międzynarodowych sławnych twórców i zyskiwali uznanie.
Patron tego konkursu – Stanisław Moniuszko pokazywał swoje dzieła Gioacchino Rossiniemu, który był zachwycony i traktował go jako równorzędnego kompozytora.

           Czy podczas Międzynarodowego Konkursu Muzyki Polskiej w Rzeszowie usłyszymy dzieła Stanisława Moniuszki?
           - Owszem, będą kwartety i również inne utwory Stanisława Moniuszki, ale pragnę podkreślić, że w czasie trwania konkursu słuchać będziemy wielu wspaniałych dzieł polskich kompozytorów.
            Międzynarodowy Konkurs Muzyki Polskiej im. Stanisława Moniuszki w Rzeszowie zakończy się 27 września uroczystym wręczeniem nagród i wyróżnień oraz koncertem laureatów w Filharmonii Podkarpackiej, a 29 września ten koncert zostanie powtórzony w Filharmonii Narodowej w Warszawie.

Z panem Maxymilianem Bylickim, dyrektorem Instytutu Muzyki i Tańca oraz dyrektorem Międzynarodowego Konkursu Muzyki Polskiej im. Stanisława Moniuszki w Rzeszowie rozmawiała Zofia Stopińska 3 lipca 2019 roku.

Mamy wspaniałą publiczność, która z entuzjazmem i gorąco wyraża wdzięczność artystom

           Po raz 28 latem w świątyniach Rzeszowa rozbrzmiewa muzyka. Pierwsze edycje Festiwalu o nazwie „Wieczory Muzyki Organowej i Kameralnej” odbywały się od roku 1991, z inicjatywy ówczesnego proboszcza rzeszowskiej Katedry księdza infułata Stanisława Maca, a jego dyrektorem artystycznym był pan Marek Stefański, Rzeszowianin, wówczas student Akademii Muzycznej w Krakowie w klasie organów prof. Joachima Grubicha. Ponieważ od początku wykonawcami koncertów byli znakomici polscy i zagraniczni artyści, Festiwal cieszył się dużym zainteresowaniem mieszkańców Rzeszowa i Podkarpacia.

          O tegorocznej edycji rozmawiam dr hab. Markiem Stefańskim, który należy do grona najbardziej aktywnych artystycznie polskich organistów, również na arenie międzynarodowej, pracuje w Katedrze Organów Akademii Muzycznej w Krakowie, a Festiwal pod Jego kierownictwem artystycznym ciągle się rozwija, nie tylko na terenie Rzeszowa.

           Zofia Stopińska: W stolicy Podkarpacia większość koncertów festiwalowych odbywa się w Katedrze Rzeszowskiej, ale koncerty odbywają się także w pięknych wnętrzach innych kościołów. Prawie w każdej edycji publiczność ma okazję podziwiać inne piękne wnętrza. Jak jest w tym roku?
          Marek Stefański:W bieżącym roku koncerty festiwalowe odbywają się w Rzeszowie, Jarosławiu, Starej Wsi i po raz pierwszy w Lutczy. W Rzeszowie muzyka wypełnia wnętrza zarówno kościołów o kilkusetletniej historii, zawsze pięknych i różnorodnych pod względem wyposażenia i dekoracji, a są to bazylika Bernardynów, kościoły św. Krzyża, Wniebowzięcia NMP w Zalesiu, św. Rocha w Słocinie, jak też przestrzenie nowoczesne, na czele ze wspaniałą rzeszowską katedrą.

          Jakich artystów będziemy jeszcze gościć w tym roku podczas festiwalu?
          - Staram się, aby w każdej edycji festiwalu wystąpili wykonawcy, których nie gościliśmy dotychczas w Rzeszowie, jak też artyści, na których publiczność zawsze z radością oczekuje. Do grona tych pierwszych należą w bieżącym roku np. prof. Władysław Szymański z Katowic czy Andreas Cavelius i Martin Bernreuther z Niemiec, których koncertów wysłuchamy w sierpniu. Naszymi stałymi gośćmi są natomiast uznani organiści prof. Roman Perucki i prof. Bogdan Narloch, znakomity trębacz prof. Roman Gryń czy świetny tenor, do tego jezuita Rafał Kobyliński, których koncerty także jeszcze przed nami.

          Po raz pierwszy pojawiła się także nowa nazwa – Podkarpacki Festiwal Organowy. Rozumiem, że jest ona związana z rozwojem tego wydarzenia, z miejscowościami i świątyniami, w których odbywają się koncerty.
          - Festiwal rozszerza systematycznie swój zasięg geograficzny na coraz to nowe świątynie Rzeszowa. W tym roku do kalendarza koncertowego dołączył kościół św. Rocha w Słocinie, gdzie przed pół rokiem oddano do użytku nowe, wysokiej klasy organy, zbudowane według najlepszych wzorców budownictwa organowego minionych wieków. Ponadto po raz pierwszy jeden z festiwalowych koncertów odbywa się w przepięknej, położonej wśród podkarpackich gór i lasów Lutczy, gdzie znajdują się dwa kościoły: zabytkowy i nowy, a ich wnętrza stanowią znakomitą przestrzeń dla muzyki organowej i kameralnej. Mam nadzieję, że w przyszłym roku zaprosimy naszych słuchaczy do wysłuchania muzyki w kolejnych miejscowościach Podkarpacia, a tych, gdzie znajdują się piękne świątynie i interesujące organy w nich pomieszczone, na szczęście nie brakuje...

           Organizatorem festiwalu jest Fundacja Promocji i Rozwoju Kultury ARS PRO ARTE. Z kim Fundacja współpracuje i skąd pochodzą środki finansowe na organizację koncertów?
           - Fundacja Promocji Kultury i Sztuki ARS PRO ARTE powstała przed dwoma laty w celu kompleksowej i sprawnej organizacji festiwali muzyki organowej w Małopolsce i na Podkarpaciu. Jej prezesem jest moja małżonka Agnieszka Radwan-Stefańska, która jest nadzwyczaj sprawnym menadżerem w dziedzinie animacji i organizacji wydarzeń kulturalnych z zakresu muzyki klasycznej. Realizacja Podkarpackiego Festiwalu Organowego jest możliwa dzięki dotacjom finansowym, udzielonym w ramach mecenatu kulturalnego przez Gminę Miejską Rzeszów, Województwo Podkarpackie oraz Powiat Strzyżowski. Niezmiennie od kilku lat możemy także liczyć na pomoc rzeszowskiej firmy paliwowej Watkem.

            Na wszystkie koncerty wstęp jest wolny – czy publiczność docenia ten fakt i świątynie są wypełnione?
            - Z wielką satysfakcją przyjmuję fakt, iż podczas wszystkich koncertów świątynie w komplecie wypełniają się słuchaczami. To jest zresztą chwalebna osobliwość festiwalu od początku jego istnienia, czyli od 28 lat, najpierw jako „Wieczory Muzyki Organowej i Kameralnej w Katedrze i Kościołach Rzeszowa”, jak też w tym roku podczas Podkarpackiego Festiwalu Organowego.  Mamy wspaniałą publiczność, która z wielkim skupieniem wsłuchuje się w dźwięki muzyki i kontempluje piękne wnętrza rzeszowskich i podkarpackich świątyń, jak też z entuzjazmem i gorąco wyraża wdzięczność artystom.

           Jest Pan znanym i cenionym organistą-wirtuozem, stąd ma Pan z pewnością wiele propozycji koncertowych w Polsce i za granicą. Udaje się je łączyć z planowaniem i kierowaniem Podkarpackim Festiwalem Organowym oraz innymi cyklicznymi imprezami, a także z pracą pedagogiczną w AM w Krakowie?
           - Jak już wspomniałem, znaczącą część obowiązków wynikających z przygotowania i koordynacji koncertów, nad którymi sprawuję opiekę artystyczną, przejęła moja małżonka Agnieszka Radwan-Stefańska i założona przez nią fundacja. W czasach, kiedy zdobycze współczesnej techniki pozwalają na szybką komunikację w całym świecie, ta praca jest o wiele łatwiejsza i skuteczniejsza niż dawniej. Możemy także liczyć na aktywną i konstruktywną pomoc gospodarzy świątyń, w których odbywają się koncerty.
           Jeśli chodzi o pracę w Akademii Muzycznej w Krakowie, to akurat latem, gdy w Europie odbywa się najwięcej festiwali muzyki organowej, w uczelni trwają wakacje. Należy też pamiętać, iż praca w uczelni artystycznej polega w większości przedmiotów instrumentalnych na zajęciach indywidualnych ze studentami, stąd „mobilność” realizacji lekcji jest znacznie większa, aniżeli w szkołach stopnia niższego lub w uniwersytetach, czy w politechnikach, gdzie mamy do czynienia z wykładami prowadzonymi dla całych grup lub nawet roczników studentów.

           Czy będzie w tym roku czas na letni odpoczynek?
           - Oczywiście. Choć będzie go niewiele, to jednak jak zawsze z rodziną i z niezawodnymi przyjaciółmi. Na szczęście koncerty nie stanowią dla mnie, przynajmniej jak na razie, „utrapienia”, stąd także każda podróż koncertowa jest wspaniałym, nowym, inspirującym i twórczym doświadczeniem.

Z dr hab. Markiem Stefańskim, dyrektorem artystycznym 28. Podkarpackiego Festiwalu Organowego rozmawiała Zofia Stopińska 23 lipca 2019 roku.

Kalendarz koncertów, które jeszcze się odbędą w ramach Podkarpackiego Festiwalu Organowego

RZESZÓW

4 sierpnia / Katedra / 20:00
Andreas Cavelius – organy

11 sierpnia / bazylika Bernardynów / 19:30
Władysław Szymański – organy

15 sierpnia / kościół Wniebowzięcia NMP w Zalesiu/ 18:00
Patryk Podwojski – organy
Barbara Skora – mezzosopran

18 sierpnia / Katedra / 20:00
Martin Bernreuther – organy
Chór i Orkiestra Nicolaus
Izabela Łukasik – sopran
Aleksandra Kalicka – mezzosopran
Artur Nycz – tenor
Dawid Krzysztoń – bas
Andrzej Nurcek – akompaniament

JAROSŁAWSKIE OPACTWO

03 sierpnia / 18:00
Andreas Cavelius (Niemcy) – organy

10 sierpnia / 18:00
Hanna Dys – organy
Jacek Ścibor – tenor

BAZYLIKA JEZUITÓW W STAREJ WSI

14 sierpnia / 19:00
Marek Stefański – organy
Rafał Kobyliński – tenor

18 sierpnia / 18:00
Roman Perucki – organy
Maria Perucka – skrzypce

KOŚCIÓŁ Wniebowzięcia NMP W LUTCZY

11 sierpnia / 12:00
Bogdan Narloch – organy
Roman Gryń – trąbka

Kultura jest naszym wyróżnikiem

           W czwartkowy wieczór 18 lipca 2019 r. w Bazylice Archikatedralnej zainaugurowany został XIX Międzynarodowy Przemyski Festiwal SALEZJAŃSKIE LATO. Jest to jedna z najważniejszych imprez muzycznych na Podkarpaciu, ciesząca się od początku dużym zainteresowaniem nie tylko przemyskich melomanów. SALEZJAŃSKIE LATO nawiązuje do tradycji Salezjańskiej Szkoły Organistowskiej i jest kontynuacją trwającej od wieków działalności muzycznej w tym mieście.
          Oficjalnego otwarcia tegorocznej edycji dokonali: ks. Piotr Obłaski (Bazylika Archikatedralna), ks. Wojciech Strzelecki (Kościół Salezjanów) oraz dr Tomasz Ślusarczyk (dyrektor artystyczny Festiwalu), a później z recitalem organowym wystąpił wybitny polski organista średniego pokolenia Dariusz Bąkowski-Kois.
          Program koncertu wypełniły dzieła organowe mistrzów różnych epok: Johanna Sebastiana Bacha, Ferenca Liszta, Johannesa Brahmsa, Sigfrida Karg-Elerta, Dymitra Szostakowicza i Gabriëla Verschraegena.
          Już samo zestawienie kolejności utworów było bardzo interesujące. Artysta oczarował licznie zgromadzoną publiczność wspaniałym wirtuozostwem oraz umiejętnością wydobycia z instrumentu niezwykle ciekawych i różnorodnych brzmień. Zafascynowana byłam kreacjami utworów Liszta, Bacha i Brahmsa, które wypełniły pierwszą część recitalu, ale zachwyciły mnie bardzo rzadko wykonywane fragmenty Improwizacji chorałowych op. 65 ( nr 59 i nr 17) Sigfrida Karg-Elerta, Preludium, interludium et postludium Puer Natus est Gabriëla Verschraegena, a przede wszystkim fenomenalna Passacaglia z opery Katarzyna Izmajłowa op. 29 Dymitra Szostakowicza.
          Na spotkanie z panem Dariuszem Bąkowskim-Koisem zaproszę Państwa już niedługo, natomiast po koncercie inauguracyjnym rozmawiałam z panem dr Tomaszem Ślusarczykiem, pomysłodawcą i dyrektorem artystycznym wszystkich edycji Festiwali SALEZJAŃSKIE LATO w Przemyślu.

Zofia Stopińska: Chcemy Państwu przybliżyć program tegorocznej edycji, ale także przypomnieć wspaniałe wydarzenia z poprzednich lat. Praca nad przygotowaniem Festiwalu to niełatwe zadanie dla organizatorów, a szczególnie dla dyrektora artystycznego. Mnie kojarzą się te przygotowania z malowaniem obrazu przez artystę.
          Tomasz Ślusarczyk: To chyba trafne porównanie. Te obrazy malujemy już od 19-tu lat. Zawsze jest wiele pomysłów, wiele z nich czeka ciągle na zrealizowanie, chciałoby się ukazywać cały wachlarz muzyki. Od lat wiele czasu poświęcam na odkrywanie zaginionych dzieł.
          Niestety, marzenia należy dostosować do finansów, a także oczekiwań publiczności.
Cieszę się, że w tym roku udało się pozyskać środki na zorganizowanie bardzo różnorodnych i interesujących koncertów. Od 18 lipca do 3 sierpnia odbędzie się w sumie 8 koncertów.
          Do 2011 roku nasz Festiwal miał trochę inną formułę. W programach było sporo muzyki odnalezionej i staraliśmy się pokazać publiczności wiele dzieł polskich kompozytorów. Do ciekawych projektów, które udało się nam zrealizować, należały Missa Tridentina czy Requiem Sarmackie. Wtedy także moją ideą było zamieszczanie w programach koncertów muzyki pochodzącej ze źródeł Polski wschodniej – między innymi odbyła się światowa prapremiera Irmołogionu przemyskiego z XV wieku w wykonaniu Chóru Kijów. Odbyły się polskie prawykonania Te Deum – Georga Schmelzera, Missa Sancti Henrici – Heinricha Ignaza Bibera oraz wiele kompozycji pochodzących z Opactwa SS. Benedyktynek i muzyki organowej ze zbiorów Salezjanów. W sumie było kilkadziesiąt prawykonań.
          Przez kolejne dwa lata mieliśmy trochę trudności z finansowaniem, ale w 2007 roku wsparło nas znacznie Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Urząd Marszałkowski Województwa Podkarpackiego i do wspomnianego 2011 roku nasz Festiwal nabrał dużego rozpędu.
          Później coraz częściej brakowało zrozumienia ze strony Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Dotacje otrzymywaliśmy bardzo nieregularnie, podobnie jak inne festiwale na tym terenie. Odbierałem to jako brak wizji rozwoju kultury Polski południowo-wschodniej, która ciągle jest niedofinansowana, a przecież kultura jest naszym mocnym wyróżnikiem.                                                                                                                                                                                               Dlatego od 2011 roku zaczęliśmy pokazywać inne, może trochę skromniejsze formy, ale cały czas staramy się iść do przodu. Oczywiście brakuje nam środków na prace związane z przygotowaniami i wykonaniami utworów odnalezionych.

          Często spotykałam wśród wykonawców koncertów SALEZJAŃSKIEGO LATA młodych muzyków pochodzących z Przemyśla.
          - Tak, to jest nasz drugi wyróżnik. Promujemy młodych muzyków, którzy wywodzą się z Przemyśla lub z Podkarpacia.

          Pan także urodził się w Przemyślu i tutaj rozpoczynał Pan naukę muzyki. Stąd wielka miłość do tego miasta.
          - Oczywiście, że tak. Wszędzie to podkreślam i staram się utrzymywać kontakty z Przemyślanami, którzy są muzykami, a jest ich w różnych miejscach na świecie sporo. Tylko w Akademii Muzycznej w Krakowie na Wydziale Instrumentalnym pracuje chyba dziewięć albo dziesięć osób.

          Druga wielka miłość to instrument – trąbka, a raczej trąbki.
          - Taki zawód wybrałem. Zajmuję się uczeniem i grą na trąbkach. Fascynuje mnie gra na instrumentach historycznych. Gra na trąbkach dominuje w mojej działalności artystycznej, ale nie zapominam o naszych kulturowych korzeniach, stąd w dalszym ciągu kontynuuję badania nad muzyką cerkiewną, pisaną w naszych stronach albo pisaną przez naszych kompozytorów.
Pracuję nad tym, szukam informacji w każdej wolnej chwili i często mam szczęście natrafiać na prawdziwe perełki.
            Niedawno jedna z moich znajomych odkryła w Szwecji muzykę polskiego kompozytora, który nazywał się Jan Kalenda, a pochodził z Wilna. Działał w połowie XVII wieku, był kompozytorem i kapelmistrzem Radziwiłłów, a ponieważ był wyznawcą obrządku wschodniego, komponował znakomitą muzykę liturgiczną dla tego kościoła i również na potrzeby kościoła zachodniego. Zachowało się kilkadziesiąt jego kompozycji.
           Ostatnio odnaleziono też nowe kompozycje Tomasza Szewarowskiego, który w XVII wieku był znanym polskim kompozytorem w całej Europie.
Moim pragnieniem jest, aby w przyszłym roku wykonać w Przemyślu kompozycje odnalezione w ubiegłym roku przez prof. Jasinowskiego z Uniwersytetu Lwowskiego, a są to Partesy przemyskie, czyli utwory wielogłosowe odnalezione w okolicach Przemyśla. W sumie jest to sześć kompozycji czterogłosowych i ośmiogłosowych.
            W dalszym ciągu na usystematyzowanie oczekuje biblioteka SS. Benedyktynek w Przemyślu. Jest tam część zbiorów jarosławskich i część przemyskich, a część w dalszym ciągu znajduje się w Sandomierzu i trzeba do sandomierskich źródeł dotrzeć.

          Na szczęście w Krakowie jest wielu świetnych muzyków, specjalizujących się w wykonawstwie muzyki dawnej, prowadzi Pan Polską Orkiestrę XVIII wieku, która także może się podjąć wykonania większych form muzycznych.
           - To prawda, mamy także znakomitych studentów, którzy mogą współpracować z zawodowymi muzykami. Dla nich to jest zarówno nauka, jak i promocja.
W tym roku nasi studenci będą także występować podczas dwóch koncertów w Przemyślu.

           Życzę, aby udało się Panu zrealizować te plany w najbliższych latach, ale tegoroczna edycja także będzie interesująca, wszystkie koncerty rozpoczynają się o 19.30 w przemyskich świątyniach i na Zamku Kazimierzowskim. Dokładne informacje znajdą Państwo na stronach internetowych Parafii pw. św. Józefa – Salezjanie oraz Przemyskiego Centrum Kultury i Nauki ZAMEK, które od początku ten Festiwal współorganizuje.
           - W tym roku znacząco wspomaga nas też Parafia Archikatedralna, użyczając kościoła i organów na potrzeby festiwalowe, bo niestety instrument znajdujący się w Kościele Salezjanów zepsuł się i jego naprawienie będzie bardzo kosztowne. W dodatku zabrakło osoby, która od początku Festiwalu dbała o wszystkie instrumenty klawiszowe: organy, klawesyny, fortepiany. Myślę o panu Adamie Erdzie, który miesiąc temu odszedł od nas i pozostawił po sobie olbrzymią pustkę, bo nie ma kto stroić instrumentów.
           Mamy świadomość, że organy u Salezjanów powinny wrócić do dawnej świetności w kształcie, jaki nadał im pomysłodawca ks. Antoni Śródka. Był on znakomitym muzykiem i pedagogiem. Wiadomo, że po zaborach w tej części Polski panowała bieda i ks. Śródka wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie zbierał finanse na budowę organów. Powrócił do Przemyśla w 1924 roku i wybudował organy w nowej salezjańskiej świątyni, zlecając wszystkie prace firmie Riegera. Był to znakomity, duży instrument, który do niedawna służył do liturgii i można było na nim koncertować.
          Wracając do tegorocznego SALEZJAŃSKIEGO LATA – 24 lipca gościć będziemy znakomity zespół z Wielkiej Brytanii, a będzie to Northamptonshire Wind Band & Brass Band.
Wystąpią wybitny polski organista prof. Józef Serafin i pochodzący z Przemyśla świetny wiolonczelista Marcin Misiak. Odbędzie się koncert jazzowy, a wcześniej wystąpią nasi studenci, którzy wykonają utwory z epoki baroku. 31 lipca odbędzie się bardzo interesujący koncert na historycznych trąbkach i historycznych kotłach z udziałem jednego z najwybitniejszych polskich organistów – Karola Gołębiowskiego i zespołu Starck Compagnay.
            Podczas koncertu finałowego – 3 sierpnia odbędą się dwa prawykonania utworów polskich kompozytorów: Marcina Siewińskiego – Motet pochodzący z archiwum w Sandomierzu i nigdy do tej pory nie wykonywany oraz Completorium – Stanisława Sylwestra Szarzyńskiego. Ten utwór także nie był wykonywany, a materiały przygotował niedawno prof. dr hab. Marcin Szelest.
Zapraszam Państwa serdecznie na wszystkie koncerty XIX Międzynarodowego Przemyskiego Festiwalu SALEZJAŃSKIE LATO.

Z dr Tomaszem Ślusarczykiem pomysłodawcą i dyrektorem artystycznym Festiwalu SALEZJAŃSKIE LATO w Przemyślu rozmawiała Zofia Stopińska 18 lipca 2019 roku.

Subskrybuj to źródło RSS