Wyświetlenie artykułów z etykietą: wywiady

Stanisław Moniuszko pochodził z rdzennie polskiej katolickiej rodziny.

          Zofia Stopińska: Jest mi niezwykle miło, że po koncercie, podczas którego królowała muzyka Stanisława Moniuszki, mogę rozmawiać z prapraprawnuczką tego wielkiego polskiego kompozytora, Panią Elżbietą Stanisławą Janowską-Moniuszko. Czytelnicy „Klasyki na Podkarpaciu” będą mogli Panią poznać i dowiedzieć się wiele o Stanisławie Moniuszce, który był obok Chopina najwybitniejszym polskim kompozytorem XIX wieku, a jego działalność miała i nadal ma olbrzymie znaczenie dla rozwoju polskiej kultury muzycznej.
           W Polsce, Kanadzie, na Węgrzech i we Włoszech żyją potomkowie trojga dzieci Stanisława Moniuszki: Elżbiety, Stanisława i Jadwigi. Z której linii Pani pochodzi?
          Elżbieta Janowska-Moniuszko: Ja jestem prapraprawnuczką – czyli piątym pokoleniem po kompozytorze, po synu Stanisławie. Nestorką tej linii rodu Moniuszków jest moja starsza siostra Dorota Janowska Moniuszko Spaccini, która ponad 30 lat temu wyszła za mąż za Francesca Spaccini i mieszkają w Torgiano pod Perugią.
          Wyliczając w kolejności wiekowej, potomkami linii męskiej jest moja siostra Dorota, ja, mój brat cioteczny Piotr Moniuszko, który ma córkę Ewę Moniuszko i jest to rówieśniczka mojej córki Adrianny Janowskiej-Moniuszko.
Adrianna jest aktorką Teatru Współczesnego w Szczecinie, ale będąc dzieckiem uczyła się grać na fortepianie.
           Po Piotrze Moniuszko następny wiekowo jest Artur Moniuszko, który jest moim bratankiem ciotecznym – syn zmarłego 6 lat temu Marcina Moniuszko. Artur Moniuszko ukończył Akademię Muzyczną w Warszawie na Wydziale Reżyserii Dźwięku, ale nie zajmuje się zawodowo muzyką.
          W Warszawie mieszkają także potomkowie po córce Elżbiecie. Praprawnuk kompozytora z tej linii - Maciej Dehnel, absolwent warszawskiej AWF, obecnie ma 84 lata i jest emerytowanym trenerem I klasy piłki siatkowej; w 1974 roku został ogłoszony najlepszym trenerem Polski we wszystkich dyscyplinach. Jego syn Marcin – moje pokolenie jeżeli chodzi o generację, ale dużo młodszy niż ja, bo ma 42 lata, ma dwóch synów – Stanisława i Antoniego, także jest absolwentem warszawskiej AWF.
Imię Stanisław ciągle się w naszej rodzinie powtarza. Ja mam na drugie imię Stanisława, mój brat śp. Marcin też miał Stanisław na drugie imię, syn kompozytora też miał na imię Stanisław. Prezes Fundacji im. S. Moniuszki, potomek kompozytora po córce Jadwidze, nazywa się Stanisław Wójcik.
          Z powtarzającym się imieniem wiąże się pewna zabawna historia. Kiedyś sprzątałam grób syna kompozytora na warszawskim Cmentarzu Stare Powązki (tam także pochowana jest moja mama), podeszła młoda mama z córką i pyta: „Proszę pani, to gdzie ten Moniuszek leży?”. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że Moniuszko leży i tu, i tam. Na co z kolei moja rozmówczyni stwierdziła: „Tu Stanisław Moniuszko i tam Stanisław Moniuszko – niech się zdecydują...”. Wyjaśniłam, że tam leży kompozytor, a tutaj leży jego syn i dalsza rodzina.
          Czasami bywa tak, że przy grobie kompozytora przewodnik mówi krótko: „... a tu leży organista Stanisław Moniuszko”. To prawda, że Stanisław Moniuszko był także organistą, ale pamiętajmy, że był przede wszystkim kompozytorem.

          Wiem, że pracuje Pani nad stworzeniem drzewa genealogicznego tego rodu.
          - Zajmuję się aktualizacją drzewa genealogicznego i staram się bardzo szczegółowo zapisywać wszelkie informacje. Najpierw zajmowała się tym moja mama Danuta Moniuszko Janowska. Niestety, ja wówczas zawsze uważałam, że jestem zajęta pracą i nie mam na to czasu. W 2005 roku mama zmarła i dopiero wtedy zorientowałam się, że powinnam kontynuować to dzieło, aby mojej córce zostawić wszystko maksymalnie uporządkowane.
          Dodatkową mobilizacją był fakt, że zaczęły pojawiać się różne osoby, które przypisywały sobie pokrewieństwo ze Stanisławem Moniuszką, nie będąc potomkami kompozytora.
           W Paryżu mieszkała pani (obecnie już nie żyje), która przedstawiała się, że jest jedynym żyjącym potomkiem Moniuszki, co było nieprawdą.
Kiedyś otrzymałam e-mail od pani ze Stanów Zjednoczonych następującej treści: „ Jestem potomkiem Stanisława Moniuszki po bracie kompozytora. Bardzo proszę mi pomóc odnaleźć korzenie...”. Zgodnie z prawdą musiałam tej pani uświadomić, że kompozytor nie miał rodzonego rodzeństwa, miał jedynie rodzeństwo stryjeczne i cioteczne. Autentycznych potomków Stanisława Moniuszki jest ponad 60.
           Długo trwał okres, kiedy o wielu rzeczach dzieciom się nie mówiło i dlatego trudne jest odnajdywanie faktów z przeszłości. Zawsze teraz powtarzam młodym: miejcie cierpliwość i chciejcie pytać babcie, dziadków, rodziców, bo potem nie będzie kogo zapytać.
           Przychodzi mi tutaj na myśl ciekawostka. Cioteczny brat kompozytora Konstanty Roman Jelski był zoologiem-ornitologiem i przez cztery lata pracował jako kustosz Muzeum Antonio Raimondiego w Limie w Peru. Był współautorem monografii na temat ptaków południowo-amerykańskich. Ta monografia została wydana w XIX wieku w Paryżu przez prof. Władysława Taczanowskiego.

          Znalazłam informację, że najmłodszy potomek Stanisława Moniuszki z linii córki Elżbiety – Aleksander Lenz urodził się w Kanadzie w 2014 roku.
          - To prawda, Aleksander Lenz urodził się w 2014 roku w Kanadzie, ale jest też młodszy "kanadyjski" potomek córki kompozytora Elżbiety, urodzony 1 sierpnia 2018 r. Aktualnie najmłodszym potomkiem jest panna Flora Kiss – Węgierka, która urodziła się 24 listopada 2018 roku w Veszprém i ona także jest potomkiem po córce Elżbiecie. Niedawno poznałam babcię Flory, która jest nauczycielką i w lutym br. przyjechała z mężem Węgrem do Tarnowa w ramach wymiany ze szkołą tarnowską. Specjalnie pojechałam do Tarnowa na jeden dzień, żeby poznać osobiście moją węgierską kuzynkę Martę Halmayne-Badacsonyi i jej męża.
           Staram się także odnowić kontakty z kuzynami, którzy mieszkają w Kanadzie, bo tam jest najliczniejsza rodzina. Są to potomkowie po Elżbiecie i będąc potomkami "po kądzieli", nie noszą nazwiska Moniuszko.
Najstarsza jest Ewa Piros z domu Dehnel.

          Czy potomkowie Stanisława Moniuszki znali jego działalność i twórczość?
          - Na ten temat mogę mówić tylko o linii męskiej (syna Stanisława), z której my pochodzimy: moja siostra Dorota, ja z córką Adrianną Janowską-Moniuszko, brat cioteczny Piotr Moniuszko z córką Ewą Moniuszko i Artur Moniuszko.
           Z mojej wiedzy wynika także, że w tej linii najbardziej dbano o kultywowanie tych tradycji, niezależnie od tego, kto jaki zawód wykonywał.
Adam Moniuszko, młodszy brat mojej mamy Danuty Moniuszko-Janowskiej, pracował w Instytucie Łączności w Miedzeszynie pod Warszawą, starszy brat Tadeusz był ekonomistą, jeżeli chodzi o komponowanie, tylko najstarszy brat mojej mamy – Wojciech Moniuszko, który zginął w czasie Powstania Warszawskiego, zaczął komponować, ale wiele osób w naszej rodzinie grało na instrumentach i śpiewało.
          Duże znaczenie przywiązywano do przechowywania wszelkich oryginalnych dokumentów. Mamy album z XIX-wiecznymi zdjęciami syna kompozytora – Stanisława i jego potomków. Tenże album był przechowany w kuferku, w piwnicy w willi na Żoliborzu, pod górą węgla. Ta willa została częściowo zniszczona przez bombę w czasie wojny, ale na szczęście bomba nie dotarła do piwnicy. Po wkroczeniu wojsk radzieckich nie znaleziono tego kuferka, ponieważ nikt nie przewidział, że coś może być schowane pod węglem. Dopiero po wojnie moja babcia, mama i wujek odkopali kuferek. Mamy też maleńki medalionik z kosmykiem włosów kompozytora, który nosiła jego córka Zofia.
          Są także dokumenty, które znajdują się w bibliotece i archiwum Muzeum Warszawskiego Towarzystwa Muzycznego, bo z tym Towarzystwem babcia – Czesława Moniuszkowa miała kontakt. Babcia Czesława przekazała do Teatru Wielkiego portret kompozytora.
Teraz staram się to wszystko odnaleźć i usystematyzować wiedzę na ten temat.
           W Polsce mieszka nestorka naszego całego rodu – 89-letnia pani Barbara Okoniewska z domu Gałązkówna (z linii córki kompozytora Elżbiety). Ona przez 42 lata prowadziła klasę fortepianu w Akademii Muzycznej w Gdańsku i uczyła w średniej szkole muzycznej.
Także Barbara chce, aby pamiątki po Stanisławie Moniuszce koniecznie pozostały w Polsce, a jej syn mieszka w Kanadzie. Mam wspólnie z jej siostrzeńcem zająć się tymi pamiątkami.
           Może to będzie kolejny asumpt, żeby stworzyć muzeum Stanisława Moniuszki w Polsce. Mam nadzieję, że stanie się kolejny „cud nad Wisłą” i zdobędziemy fundusze, aby je stworzyć.

           Stanisława Moniuszkę chcą mieć w gronie swoich kompozytorów zarówno Białorusini, jak i Litwini.
           - Nie neguję faktu, że o Stanisławie Moniuszce z wielkim szacunkiem mówią Białorusini czy Litwini, bo tam pojawiają się także publikacje na temat kompozytora. Każdy z tych krajów stara się sobie przypisać „posiadanie kompozytora jako swojego rodaka”, ale zawsze walczę o prawdę historyczną, ponieważ w niektórych tamtejszych publikacjach pisanych i wypowiedziach publicznych pojawiają się nieścisłości lub deformacje faktów na temat Stanisława Moniuszki i jego potomków.
          Owszem, Stanisław Moniuszko urodził się w Ubielu koło Mińska, na terenie obecnej Białorusi, ale wtedy to była ziemia polska, pomimo, że był to czas zaborów, kompozytor nie pochodził z rodziny białoruskiej czy innej narodowości. Pochodził z rdzennie polskiej katolickiej rodziny.
           W publikacji Białorusinki, która jest muzykologiem, pojawiło się stwierdzenie, że dowodem na białoruskie pochodzenie kompozytora jest opera „Flis”. Chyba ta pani nie wie, że Wisła, Sandomierz należą do Polski. Przecież chór flisaków śpiewa we „Flisie”: „Płyń stara Wisło, płyń...”, a płyną galarami z Sandomierza do Warszawy.
Takie informacje mobilizują mnie do poszukiwania autentycznych dokumentów.

           Zetknęłam się z opinią, że przodkowie kompozytora nie byli wykształceni, co jest nieprawdą. Tylko ojciec kompozytora nie ukończył wyższych studiów, ale był utalentowanym, światłym człowiekiem.
          Dominik Moniuszko – stryj kompozytora, nie był żonaty, nie miał dzieci, był filantropem i rozdzielił swój majątek między włościan, którzy mieszkali na jego terenie, a niektórym nadał nazwisko Moniuszko. Często zatem pojawia się nazwisko Moniuszko na Podlasiu.
Rozmawiałam z kilkoma osobami o nazwisku Moniuszko, które mówiły mi, że nie są potomkami kompozytora.

          W jaki sposób w Pani rodzinie przekazywano informacje o Stanisławie Moniuszce.
          - Po prostu rozmawiało się , te rozmowy odbywały się na różnych etapach życia. Wspomniany już Maciej Dehnel opowiedział mi niedawno historię, która mnie zszokowała. Jego siostra Ewa musiała uciekać do Kanady z mężem – powstańcem z AK, i tam się rozrosła ta linia rodziny. Natomiast matkę Ewy i Maćka zabiła bomba radziecka na moście Kierbedzia w Warszawie. Zaopiekowała się nimi ciotka, która powtarzała im ciągle, że mają ukrywać to, że są z rodziny Stanisława Moniuszki i mają herb „Krzywda”. Poleciła im, aby mówili, że są dziećmi parobka. W czasie studiów na AWF ktoś wykrył, że Maciek nie jest synem parobka i miał problemy.
           W naszej części rodziny było inaczej. Moją siostrę Dorotę i mnie od wczesnego dzieciństwa zabierano na wszystkie uroczystości moniuszkowskie, jakie się odbywały w Warszawie. Chodziła na nie moja babcia, mama, moi wujowie i to było normalne. O kompozytorze w naszym domu mówiło się dziadek-pradziadek, ale faktu, że jesteśmy potomkami kompozytora nie traktowało się jako czegoś wyjątkowego, natomiast wpajano nam, że mamy godnie żyć.
          Gdy moja córka zdała egzamin do szkoły aktorskiej, powiedziałam jej – pamiętaj, noblesse oblige i nazwisko też cię obliguje do wybierania ról. Nazwiska i rodziny się nie wybiera.
          W mojej rodzinie zapoznawano nas z twórczością naszego przodka. Grano na fortepianie, a ja w dzieciństwie grałam na skrzypcach. Muzyka towarzyszyła nam podczas rodzinnych spotkań, wspólnie śpiewaliśmy przy akompaniamencie fortepianu. Bardzo często śpiewaliśmy także a’cappella (babcia, mama, wujowie i my), pieśni i fragmenty oper Stanisława Moniuszki, to było coś naturalnego. Pamiętam, jak mama nawet zmywając naczynia śpiewała pieśni naszego przodka.
          Chodziliśmy na koncerty. Mam zdjęcie, kiedy jako czteroletnia dziewczynka byłam na koncercie w filharmonii. Siedziałyśmy na balkonie i obudowa balkonu sięgała mi pod brodę. Nie uważano, że dziecko jest za małe, żeby poszło z rodzicami do filharmonii czy opery. Nikt nas do tego nie zmuszał, mama i babcia starały się, abyśmy wszyscy mieli kontakt z muzyką. Jestem im za to ogromnie wdzięczna. Pilnowało się też tego, żeby żyć skromnie, ale godnie – „boso, ale w ostrogach”, i nie zapominać tego, że jesteśmy Polakami.

          Wspomniała Pani, że dzieciństwie uczyła się Pani grać na skrzypcach.
          - Tak, chodziłam do szkoły muzycznej, która znajdowała się na terenie dzisiejszej Trasy Łazienkowskiej, za domkami fińskimi, niedaleko Placu na Rozdrożu.
Bardzo się bałam mojego profesora, który był inwalidą i ostro karał uczniów, gdy źle grali. Ja raz dostałam po rękach, a skrzypce wylądowały wówczas na podłodze. Bałam się, że skrzypce się zniszczą, a był to instrument wypożyczony, bo nie stać nas było na kupno skrzypiec. Zdałam pozytywnie egzamin do następnej klasy skrzypiec, ale ze strachu przed nauczycielem przestałam grać i przez pewien czas trenowałam jazdę konną (skoki). Nadal uwielbiam skrzypce, i konie także.

          Jak to się stało, że została Pani tłumaczem języka hiszpańskiego? Marzyła Pani o tym jako dziecko?
          - Bardzo długo nawet nie myślałam o tym. Ukończyłam XXVII Liceum im. Tadeusza Czackiego w Warszawie i po maturze zdałam pozytywnie egzamin do warszawskiej Akademii Wychowania Fizycznego. Moja mama nie życzyła sobie, abym studiowała na tej uczelni i ja urażona jej decyzją, postanowiłam podjąć pracę w Zakładzie Psychologii Instytutu Nauk Humanistycznych AWF. Później zdałam na Wydział Rehabilitacji Ruchowej AWF. Jednak przerwałam te studia z powodu zbyt dużego dla mnie obciążenia psychicznego w codziennym kontakcie z osobami po ciężkich urazach fizycznych.
           Zdarzyło się jednak coś, co wiele w moim życiu zmieniło. Śp. prof. dr hab. Erazm Wasilewski, Kierownik Zakładu Psychologii, kiedy przyjechała ekipa sportowców kubańskich, przez pomyłkę powierzył mi opiekę nad ekipą, bo myślał, że znam język hiszpański, a ja uczyłam się włoskiego. Było odwrotnie, ale na szczęście nie musiałam poważnie tłumaczyć rozmów, a jedynie towarzyszyć tej ekipie w czasie treningów i zawodów. Przy kubańskich sportowcach poznałam sekretarza Ambasady Republiki Kuby w Warszawie, który zaproponował, abym pracowała w ambasadzie jako tłumacz. Byłam trochę zdziwiona, bo znałam już nieźle język hiszpański na poziomie konwersacji, ale jeszcze nie na tyle, aby być tłumaczem. Jednak postanowiłam zaryzykować i przeniosłam się z Akademii Wychowania Fizycznego do Ambasady Kuby. I tam pracowałam w latach 1978 – 1984, najpierw byłam zatrudniona w recepcji, a później byłam tłumaczem. Ucząc nowego ambasadora języka polskiego, szlifowałam język hiszpański. Często także uczestniczyłam jako tłumacz w różnych spotkaniach i z biegiem czasu były to bardzo ważne spotkania. W 1983 r. z wynikiem bardzo dobrym zdałam w polskim MSZ oficjalny egzamin resortowy.
           Każdy tłumacz z czasem poznaje pewną sferę działalności politycznej, ale obowiązuje nas tajemnica. To bywa dużym obciążeniem psychicznym. Byłam tym trochę zmęczona i chociaż dzięki pracy w Ambasadzie Kuby stałam się zawodowym tłumaczem, postanowiłam zmienić pracę. Zbiegło się to ze zmianą ambasadora i to tylko utwierdziło mnie w słuszności podjętej decyzji.
Mój poprzedni przełożony był wyjątkowym, bardzo kulturalnym człowiekiem i często podkreślał, że jest zakochany w Polsce. Pracował w bardzo trudnym okresie. Kuba przez cały czas jest państwem komunistycznym, a w Polsce rozpoczynała działalność Solidarność. Było wiele trudnych sytuacji.
          Jestem pewna, że Kubańczycy byli przekonani, że na pewno jestem członkiem PZPR, ale nikt wprost mnie o to nie pytał. Ja nigdy nie należałam do tej partii. Uważałam, że nie należy się wiązać politycznie – ja wolę nie mieć materialnych dóbr, a mieć kapitał wolności psychicznej.
          Dowiedziałam się, że w Kancelarii Sejmu był potrzebny pracownik i podjęłam tam pracę. Wtedy także ponownie postanowiłam podjąć studia. Chciałam studiować dziennikarstwo, ale wtedy trzeba było najpierw ukończyć jeszcze inny kierunek – idąc po linii najmniejszego oporu wybrałam Wydział Dziennikarstwa i Nauk Politycznych. To było jeszcze przed zmianą systemu u nas. Podczas egzaminu z historii zapytano mnie, co się zdarzyło 17 września 1939 roku i postanowiłam powiedzieć to, co wiedziałam z domu. Po tym egzaminie podziękowano mi za studia i przed ukończeniem drugiego roku odeszłam z uczelni.
          Przez cały czas pracowałam jako tłumacz hiszpańskiego. To chyba jest rodzinne, ponieważ kompozytor znał pięć języków, mój ojciec – Janusz Paweł Janowski, artysta malarz, ukończył gimnazjum filologiczne i znał sześć języków, mama znała trzy języki, siostra, która mieszka we Włoszech, zna biegle angielski, włoski i oczywiście polski.
          W 1984 roku zostałam członkiem rzeczywistym Stowarzyszenia Tłumaczy Polskich, później, z powodu zaległości w opłacaniu składek odeszłam z tego stowarzyszenia, ale tłumaczem pozostałam.
          Miałam nawet zaszczyt osiągnąć sukces, bo byłam tłumaczem dla króla Hiszpanii Juana Carlosa i królowej Zofii, kiedy w 1989 roku byli z wizytą oficjalną w Polsce. W 2008 r. tłumaczyłam także jedno ze spotkań księcia Filipa z grupami parlamentarnymi w Sejmie. Znajomość języka hiszpańskiego i włoskiego pozwoliła mi poznać wiele ciekawych osób nie tylko z Hiszpanii, ale również z Ameryki Łacińskiej i z Włoch.
           W Kancelarii Sejmu zatrudniona byłam jako specjalista do spraw kontaktów międzynarodowych, ale wykorzystywana była moja umiejętność tłumaczenia. Byłam tłumaczem dla gen. Wojciecha Jaruzelskiego, ale później byłam tłumaczem dla Prezydenta Lecha Wałęsy, miałam także okazję tłumaczyć Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Tłumacz musi być apolityczny i jego obowiązkiem jest zawsze bardzo dokładne tłumaczenie. Własne poglądy polityczne nie mogą mieć wpływu na wykonywaną pracę. Bardzo lubię tłumaczenie symultaniczne (tzw. kabinowe) i pisemne także. Aktualnie jestem na emeryturze i nadal zajmuję się tłumaczeniami. Zawód tłumacza stał się moją pasją.

           Wracając jednak do sylwetki bohatera spotkania, który był wielkim Polakiem i kompozytorem, a jego zasługi trudno przecenić, nie doceniano go za życia oraz po śmierci. Jak Pani myśli – dlaczego?
          - Stanisław Moniuszko znał swoją wartość, ale był człowiekiem skromnym.
Był znakomicie wykształconym muzykiem, bo po kilku latach nauki wyjechał na studia w berlińskiej Singakademie, a profesor Karol Fryderyk Rungenhagen uważał go za jednego z najwybitniejszych swoich studentów i dlatego powierzał mu nawet zastępstwo w prowadzeniu zajęć.
          Nie wiem, dlaczego na Dworcu Centralnym w Warszawie, któremu w styczniu b.r. nadano imię Stanisława Moniuszki, napisano słowa, że Moniuszko wyjechał na studia do Berlina, ale dzięki pieniądzom ojca brał prywatne lekcje z kilku przedmiotów u prof. Rungenhagena. To jest przecież nieprawda. „Kropla drąży skałę” i takie słowa zmieniają cały sens.
          Wynika to z braku wiedzy i z naszych kompleksów, że nie umiemy sami siebie docenić. To wcale nie oznacza, żeby być zarozumiałym, ale należy szanować siebie, żeby nas szanowano.

           Mamy Rok Stanisława Moniuszki z okazji 200. rocznicy urodzin kompozytora. Zaplanowano wiele specjalnych koncertów i spektakli operowych. Miejmy nadzieję, że dzięki temu Polacy poznają twórczość swego wielkiego rodaka, a wykonując jego dzieła za granicą cały świat zachwyci się pięknem muzyki Stanisława Moniuszki.
          - W tym miejscu wielkie chapeau bas wobec Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Teatru Wielkiego Opery Narodowej, bo dzięki nim wiele się dzieje. Podziwiam też takie inicjatywy jak ta w Rzeszowie, bo wiadomo, że są one organizowane dzięki lokalnym funduszom.
          Będąc potomkami kompozytora założyliśmy Fundację im. Stanisława Moniuszki, której Prezesem Zarządu jest praprapraprawnuk kompozytora Stanisław Wójcik. Fundacja także ma na celu promocję wiedzy o twórczości i osobie naszego przodka.
Wiele osób sądzi, że skoro tak dużo jest potomków, to powinniśmy mieć dużo pieniędzy, a my kontynuujemy tradycje naszego dziadka-pradziadka i często oddajemy nasze pieniądze tym, którzy, naszym zdaniem, bardziej ich potrzebują.
           Nie zgadzam się także do końca z opinią, że Stanisław Moniuszko nie jest kompozytorem znanym i lubianym.
Niedawno, może dwa lata temu, jadąc rowerem niedaleko Placu Teatralnego, postanowiłam wstąpić i dowiedzieć się, jakie spektakle są w Operze. Przypinając rower usłyszałam rozmowę stojących obok mnie dwóch małżeństw, które rozmawiały po hiszpańsku o kupnie biletów na operę Stanisława Moniuszki. Państwo obawiali się, czy w kasie ich zrozumieją. Zapytałam, w czym mogę im pomóc. Poszliśmy do kasy, ale okazało się, że w najbliższych dniach nie będzie wystawiana żadna z oper Moniuszki. Później zaprosiłam ich do operowego EMPiK-u na kawę i szybciutko podeszłam do stoiska z płytami. Znany mi pan poprosił, abym usiadła przy stoliku i po chwili przyniósł dwie płyty, informując moich gości w języku angielskim, że jest to prezent od potomka Moniuszki. Widząc zdziwione miny, poinformował, że tym potomkiem jestem ja.
           Moi goście pochodzili z małego hiszpańskiego miasta. Jedno małżeństwo, to właściciel sklepu spożywczego i gospodyni domowa, a drugie inżynier i pielęgniarka. Byłam zdziwiona, że znali muzykę Stanisława Moniuszki.
          O nuty pieśni prosiła mnie Meksykanka Alejandrina Vázquez, która jest znakomitą śpiewaczką, a młody meksykański pianista prosił mnie o wersje fortepianowe utworów Moniuszki.
           Chinka – studentka Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w klasie prof. Ryszarda Cieśli, przełożyła na język chiński, konsultując się z tłumaczem, dwie pieśni: „Zosia” i „Kwiatek”. Teraz wyjechała już do swojej ojczyzny i wiem, że śpiewa tam pieśni Moniuszki zarówno w języku polskim, jak i chińskim. Ta muzyka rozbrzmiewa pod różnymi szerokościami geograficznymi.

          Wieczór Moniuszkowski, który odbył się w Filharmonii Podkarpackiej dzięki staraniom Estrady Rzeszowskiej i Rzeszowskiego Teatru Muzycznego „Olimpia”, mógłby się odbyć wszędzie.
           - To prawda, z wielkim przejęciem słuchały i oglądały artystów na scenie malutkie dziewczynki siedzące w pierwszym rzędzie. Reakcja publiczności była wspaniała. Taka forma, to chyba jeden z lepszych sposobów popularyzowania muzyki wśród zwykłych mieszkańców Polski, których nie stać na chodzenie do opery czy filharmonii. Ten koncert był autentycznym śpiewnikiem domowym Stanisława Moniuszki, dzięki wykonawcom i atmosferze stworzonej przez nich, przez reżysera i przez prowadzącego koncert pana Dyrektora Andrzeja Szypułę. Jestem w Rzeszowie po raz pierwszy, ale dyrektor Filharmonii Podkarpackiej pani profesor Marta Wierzbieniec zaprosiła mnie na inne wydarzenia poświęcone Stanisławowi Moniuszce i z przyjemnością będę tutaj wracać.

Z panią Elżbietą Stanisławą Janowską-Moniuszko, tłumaczką języka hiszpańskiego, prapraprawnuczką Stanisława Moniuszki rozmawiała Zofia Stopińska 20 marca 2019 roku w Filharmonii Podkarpackiej im. Artura Malawskiego w Rzeszowie.

Mam szczęście wykonywać pracę, którą lubię i jest moim hobby.

           Pragnę przedstawić Państwu kolejnego wspaniałego muzyka, który wprawdzie nie urodził się na Podkarpaciu, ale w Rzeszowie spędził piękne lata młodości i tutaj jego talent zaczął na dobre rozkwitać.
          To Jakub Lubowicz, kompozytor, aranżer, dyrygent, pianista, producent muzyczny, właściciel firmy eLmusic oraz kierownik muzyczny Teatru Roma w Warszawie.
          Niedawno odwiedziłam ten Teatr, aby porozmawiać z panem Jakubem, a później posłuchać muzyki skomponowanej przez dwóch utalentowanych braci Jakuba i Dawida Lubowiczów oraz zobaczyć go w roli dyrygenta podczas spektaklu musicalu „Piloci”. O wrażeniach napiszę na zakończenie, a teraz rozmowa, która wyjaśni, dlaczego osoba Pana Jakuba Lubowicza jest mi szczególnie bliska i czuję się dumna, kiedy słyszę o jego sukcesach.

          Zofia Stopińska: Wyjaśnię teraz, dlaczego tak bardzo chciałam z Panem porozmawiać i poprosiłam o trudny do zdobycia bilet na spektakl „Pilotów”. Jestem koleżanką Pana taty – Stanisława Lubowicza, z którym uczęszczaliśmy do jednej klasy w Państwowej Szkole Muzycznej II stopnia w Rzeszowie.
          Jakub Lubowicz: Ja w trakcie nauki w Liceum Muzycznym w Rzeszowie spotykałem często na korytarzach szkolnych pani córkę.

          Myślę, że miło wspomina Pan czas nauki spędzony w Rzeszowie oraz opiekę dziadków, którzy w tym mieście mieszkali.
          - Tak, Rzeszów jest mi nadal bardzo bliski pomimo, że urodziłem się, podobnie jak brat i siostra, w Zakopanem. Nie jesteśmy jednak Góralami tylko naturalizowanymi Zakopiańczykami, bo jednak tato pochodzi z Rzeszowa. Tam jest nasza cała rodzina i spędziliśmy w Rzeszowie nasze dzieciństwo. Mam ogromny sentyment do tego miasta, w którym mam nadal wielu znajomych i przyjaciół, a przede wszystkim świetnego nauczyciela, u którego zaczynałem swoją edukację.

          Z nutką wzruszenia zawsze czytam i słucham, jak Pan podkreśla, że duży wpływ na Pana rozwój muzyczny miał pan Mikołaj Piatikow – nauczyciel fortepianu.
          - Bo to jest prawda, był moim nauczycielem – profesorem, który prowadził mnie przez całą średnią szkołę muzyczną i zawsze był ze mną zarówno wtedy, kiedy osiągałem sukcesy, jak i w chwilach niepowodzeń. Zawdzięczam mu bardzo dużo, bo nie tylko nauczył mnie bardzo dobrze grać, ale także namówił mnie na studia pianistyczne w Akademii Muzycznej w Warszawie. Dzięki niemu ukończyłem klasyczne studia pianistyczne, a dopiero potem studia jazzowe, także na fortepianie, w Akademii Muzycznej w Katowicach. Do zakończenia studiów, kiedy tylko potrzebowałem, mogłem pojechać na lekcje do Mikołaja. Bardzo sobie cenię, że zechciał obdarzyć mnie swoją przyjaźnią. Dlatego moje ścieżki teraz także często prowadzą do Rzeszowa, gdzie zawsze odwiedzam przede wszystkim Mikołaja.

          - Oprócz wielu różnych nurtów w Pana działalności pojawiła się niedawno pedagogika, bo jest Pan wykładowcą Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina.
          - Na uniwersytecie powstał nowy kierunek w ramach Wydziału Wokalnego o specjalności musical, ja tam zostałem zatrudniony i zajmuję się tam tym, co robię w Teatrze Roma, czyli wprowadzam młodych studentów w świat musicalu.

           Pana działalności nie da się kojarzyć z jednym gatunkiem muzyki, bo oprócz muzyki klasycznej bardzo szybko zaczął Pan grać jazz, komponuje Pan muzykę dla potrzeb teatrów muzycznych i z wielką swobodą porusza się Pan w różnych współczesnych gatunkach muzyki: pop, house, hip-hop czy rock.
          - Robię to wszystko dlatego, że interesuje mnie wyłącznie dobra muzyka i nie potrafię powiedzieć, która jest najważniejsza, a która mniej ważna, bo we wszystkich wymienionych gatunkach jest dobra i zła muzyka, i staram się brać to, co dobre z różnych gatunków. W dzisiejszych czasach możemy znaleźć w Internecie wszystko, co chcemy. Miałem w życiu zawodowym różne epizody: grałem pop, jeździłem na różne festiwale, był czas, że grałem więcej jazzu, a teraz mniej gram na fortepianie, bo skupiam się na komponowaniu. Niedawno mieliśmy premierę naszego nowego musicalu dla młodzieży „Przypadki Robinsona Cruzoe”. Aktualnie pochłaniają mnie najbardziej: dyrygowanie, komponowanie i aranżowanie.

          Lista Pana kompozycji jest coraz dłuższa.
          - To prawda, bo związałem się z musicalem i zanim się skończy komponować jeden, to już mam propozycję i przyjmuję ją, bo lubię to robić. Mam świetne możliwości w Teatrze Roma, mamy tutaj świetnych muzyków i aktorów, a to pozwala mi spełniać wszystkie pomysły i marzenia, bo wiem, że mam znakomitych wykonawców.

          Pewnie nawet większość muzyków nie wie, jak dobrze musi być przygotowany musical, żeby był interesujący.
           - Musical jest niezwykle trudnym, bardzo skomplikowanym gatunkiem, bo to jest połączenie sztuki wokalnej, aktorskiej, tanecznej i połączyć to wszystko razem nie jest łatwo.
          Przed każdą naszą kolejną produkcją mamy castingi, które trwają tygodniami. Zgłasza się na nie kilkaset osób i trzeba wybrać aktorów, którzy łączą te wszystkie umiejętności, to jest trudną sztuką, ale mamy coraz więcej młodych, zdolnych ludzi, którzy bardzo dobrze rokują.
W ostatnich latach w Polsce nastąpił niesamowity rozkwit musicalu i wszystko podąża w dobrym kierunku.

          Bardzo ważne jest też zaplecze techniczne, bo współczesne musicale są wprost „naszpikowane” techniką.
          - To prawda, ale nie we wszystkich, bo off-broadwayowskie musicale, mniejsze, nie są aż tak technologicznie zaawansowane. Na nowej scenie teatru gramy musical „Once”(jestem również szefem muzycznym tego musicalu), oparty na filmie Johna Carneya, z którego piosenka „Falling Slowly” zdobyła Oscara. Bierze w nim udział dwunastu aktorów-muzyków, a wszyscy grają, tańczą i śpiewają. To jest szalenie ciekawy spektakl, na który bilety sprzedają się prawie natychmiast po ogłoszeniu sprzedaży.
          Na naszej dużej scenie wystawiamy musicale nieprawdopodobnie zaawansowane technologicznie – „Piloci” są najlepszym przykładem i jest to teatr XXI wieku łączący m.in. elementy filmu, efektów specjalnych i dlatego gramy z orkiestrą na żywo do filmów, które publiczność widzi w elementach scenografii. Połączyć to wszystko technicznie było bardzo trudno, ale możemy sobie na to pozwolić.

          Umówiliśmy się na to spotkanie dzięki Pana żonie, bo Pan nagrywał albo komponował.
          - Ponad miesiąc rzadko mnie można było w domu zastać, bo musical „Robinson Cruzoe” mnie mocno pochłonął. Do ostatniej chwili nagrywałem muzykę na płytę. Tygodnie przed premierą spędzam głównie w tym pomieszczeniu, bo to jest nasze studio.

          Najczęściej przychodząc po bilety na musical, można już kupić płytę z muzyką do musicalu, na który się wybieramy. Wasze wydawnictwo działa niezawodnie.
           - Zwykle sprawnie produkujemy te płyty. Ja się zajmuję produkcją muzyczną, a wydawców mamy najczęściej zewnętrznych. Płyty ze ścieżką dźwiękową wydał Universal Music, natomiast Teatr Roma jest głównym producentem. Nasi widzowie często pytają o płyty i chcą je kupić. Zamierzamy teraz zarejestrować DVD z „Pilotów” , bo zapotrzebowanie jest ogromne, aby musicale pojawiały się także z tej formie.
          Można u nas kupić płyty ze wszystkich prawie poprzednich premier. Płyta z musicalu „Mamma Mia!” osiągnęła status potrójnej platyny i sprzedawała się jak przysłowiowe „świeże bułeczki” .
Przez cały czas staramy się podnosić poprzeczkę, robić nowe rzeczy.
           „Piloci” to jest nasz pierwszy w pełni autorski spektakl, nie na licencji zachodniej, bo nawet „Akademia Pana Kleksa” oparta była na książce, a „Piloci” są naszym pierwszym dziełem i sukces tego spektaklu przerósł nasze oczekiwania. Chyba w połowie lutego graliśmy 350 spektakl, a do końca sezonu z pewnością przekroczymy liczbę 400. Plasujemy się w czołówce tytułów, które grane były w historii Teatru Roma. „Upiór w operze”, „Mamma Mia” i „Piloci” okazały się największym sukcesem frekwencyjnym.

           Okazuje się, że można w Polsce tworzyć i realizować spektakle, które odnoszą wielkie sukcesy.
           - Sukces to jest słowo różnie rozumiane, ale dla mnie szczęściem jest to, że mogę wykonywać pracę, którą lubię, która jest moim hobby i daje mi nieprawdopodobną przyjemność.
          To jest najwspanialsza rzecz, która dodaje mi sił, jak jestem zmęczony i niewyspany, bo jak się robi to, co się lubi, a jeszcze jak się swoją muzykę pisze i nagrywa ze wspaniałymi muzykami, którzy ją wykonują, to jest ogromna radość i mogę powiedzieć, że jest to mój osobisty sukces. Bardzo się z tego cieszę i chciałbym to robić dalej.

           Wiem, że dość często występuje Pan na scenie w roli pianisty.
           - To prawda, ostatnio najczęściej dzięki bratu, bo prawie dwa lata temu nagrał świetną płytę jazzową, na której obok Krzysia Herdzina na fortepianie miałem również zagrać kilka utworów ale ja wówczas nie mogłem uczestniczyć w tych nagraniach, bo to było tuż przed premierą „Pilotów” i nie byłem w stanie pogodzić wszystkiego. Płyta z kompozycjami Dawida zatytułowana jest „Inside”. Często gram utwory, które są zamieszczone na tej płycie, podczas koncertów i mam okazję „biegle poruszać palcami na fortepianie”. To mobilizuje mnie do ćwiczenia, bo żeby biegle grać, to trzeba ćwiczyć. Te koncerty są doskonałą odskocznią od tego, co się na co dzień robi.

          Jest Pan także pianistą siostry, która świetnia śpiewa.
          - Owszem, dużo gram z siostrą i nagraliśmy wspólnie kilka płyt. Nika Lubowicz jest jedną z czołowych wokalistek jazzowych młodszego pokolenia w Polsce. Rodzinnie też się wszyscy bardzo wspieramy.

           Oprócz najnowszych musicali „Piloci” i „Robinson Cruzoe” Teatr Roma ma także wiele innych propozycji.
           - Przede wszystkim wspomniany już „Once” na nowej scenie, mamy także sporo propozycji dla młodych widzów, jak „Księga dżungli”, „Adonis ma gościa” (obydwa z moją muzyką), niedawno była premiera musicalu Kasi Zielińskiej „Nowy Jork. Prohibicja”. Oferta w naszym teatrze jest bogata.

            Pracuje i współpracuje z Teatrem Roma wielu artystów oraz osób, które biorą udział w realizacji każdego spektaklu.
           - Przy takim spektaklu, jak „Piloci”, potrzebny jest ogromny zespół techniczny, którego na scenie się nie widzi, a także: garderobiane, fryzjerki, makijażyści i wizażyści. Cały sztab ludzi pracuje na taki spektakl, a do tego cały zespół musi być bardzo zgrany i chętny do pracy. Muszą to być ludzie z pasją i dzięki temu nasze spektakle cieszą się tak wielkim powodzeniem.

           Będąc prawie zawsze w Romie albo na koncertach, nie ma Pana w domu.
           - Dom na szczęście jest bardzo blisko Romy (śmiech).
Powiem szczerze, że częściej jestem w pracy niż w domu, ale staram się wygospodarować także trochę wolnego czasu i spędzać go z rodziną. Nie jest to łatwe, bo pracujemy wieczorami, jak dzieci wracają ze szkoły, to my zazwyczaj wychodzimy do pracy. To dotyczy większości artystów zarówno muzyków, jak i aktorów. W czasie weekendu zawsze pracujemy.

           Dłuższe przerwy chyba się nie zdarzają.
           - Czasami są przerwy, są święta, są wakacje – nie pracujemy od rana do nocy przez 365 dni w roku. W wolnym zawodzie sami dysponujemy naszym wolnym czasem.

           Oprócz ciężkiej pracy, co jest potrzebne, aby odnosić sukcesy artystyczne?
           - Żeby coś osiągnąć potrzebnych jest kilka czynników: trzeba wierzyć, że się to zrobi, trzeba umieć to zrobić, mieć dobry pomysł, ale także trzeba mieć w życiu trochę szczęścia – spotkać odpowiednich ludzi, znaleźć się w odpowiednim miejscu i móc wykorzystać swoje umiejętności.
           Jak się kieruje kilkudziesięcioosobowym zespołem, to trzeba harmonijnie z nimi współpracować, bo od tego zależy także nasz wspólny sukces. Umiejętność kierowania zespołem artystycznym jest także sztuką. Staram się, aby zespół był profesjonalny i zgrany towarzysko. Jak wszyscy się lubią wzajemnie, to można naprawdę góry przenosić.

          Wasze musicale można oglądać chyba tylko w Teatrze Roma. Chyba trudno je wystawiać gdzie indziej.
          - My jednak co najmniej kilka razy w roku wyjeżdżamy, mamy taki program musicalowy zatytułowany „Ale Musicale” – przepiękny, dwugodzinny koncert z orkiestrą na żywo i kilkudziesięcioma artystami na scenie (tancerze, wokaliści) i jest to „składanka” z fragmentów wszystkich musicali, które już były grane w naszym Teatrze. Musimy mieć tylko zaproszenie od organizatora i po ustaleniu terminu przyjeżdżamy i występujemy. Bardzo te wyjazdy lubimy, bo wszędzie spotykamy się z gorącym przyjęciem publiczności. Nie ukrywam, że występ w naszych stronach rodzinnych, czyli w Rzeszowie lub innym mieście na Podkarpaciu, sprawiłby nam ogromną przyjemność. Czekamy tylko na zaproszenie.

            Sądzę, że zaproszenia się wkrótce pojawią i będzie okazja do kolejnego spotkania. Dzisiaj już musimy kończyć rozmowę, bo pan za kilkanaście minut pojawi się za pulpitem dyrygenta, a ja udam się na widownię, aby po raz pierwszy być na spektaklu „Piloci”.
           - Dziękuję za spotkanie i zapraszam na spektakl.

Z Jakubem Lubowiczem, kompozytorem, aranżerem, dyrygentem, pianistą, producentem muzycznym, właścicielem firmy eLmusic oraz kierownikiem muzycznym Teatru Roma w Warszawie rozmawiała Zofia Stopińska 13 marca 2019 roku w Warszawie.

           Szanowni Państwo!
           Pomimo, że z panem Jakubem Lubowiczem, kompozytorem, aranżerem, dyrygentem i kierownikiem muzycznym Teatru Roma rozmawiałam już prawie miesiąc temu i wtedy także byłam na spektaklu „Piloci”, do dzisiaj jestem pod wielkim wrażeniem tego wyjątkowego musicalu.
Jego głównymi twórcami są:
Wojciech Kępczyński – libretto, reżyseria i współpraca choreograficzna
Michał Wojnarowski – teksty piosenek
oraz Jakub Lubowicz i Dawid Lubowicz – muzyka i aranżacje.

Sebastian Gonciarz – II reżyser, scenariusze walk powietrznych
Jakub Lubowicz – dyrygent, kierownictwo muzyczne
Krzysztof Herdzin – wybrane orkiestracje, dyrygent gościnny
Jeremi Brodnicki – scenografia
Dorota Kołodyńska – kostiumy
Andrzej Szenajch – kostiumograf ds. mundurów i militariów
Agnieszka Brańska – choreografia
Wojciech Kępczyński – współpraca choreograficzna,
Marc Heinz – reżyseria światła
Kamil Pohl – reżyseria scenografii cyfrowej i animacji
Jaga Hupało – fryzury
Sergiusz Osmański – charakteryzacja
Paweł Kacprzycki, Jan Kluszewski, Piotr Skórka – reżyseria dźwięku
Anna Waś – kierownictwo techniczne
Sławomir Koper – konsultacja historyczna
Ewa Bana, Alina Różankiewicz – kierownictwo produkcji

           Jeszcze dłuższa jest lista wykonawców: solistów, członków zespołu wokalnego i zespołu tanecznego oraz orkiestra.
Wiele osób pracowało także nad stworzeniem i przygotowaniem cyfrowej scenografii, animacji i scen walk powietrznych. Wykorzystane zostały także fragmenty nagrań archiwalnych Polskiego Radia, Biblioteki Narodowej oraz ze zbiorów Muzeum – Pracowni Arkadego Fiedlera w Puszczykowie.
W spektaklu wykorzystywane są efekty pirotechniczne, akustyczne i świetlne.
           Od pierwszego do ostatniego dźwięku „Piloci” zachwycają piękną muzyką, świetnym wykonaniem, a przede wszystkim wartko toczącą się akcją, która bardzo absorbuje publiczność.
          W libretto osnute na wydarzeniach z czasów II wojny świtowej, wpleciona jest także piękna historia miłosna, która niestety, nie ma szczęśliwego zakończenia.

          W pięknie wydanym programie autor libretta i reżyser „Pilotów” pan Wojciech Kępczyński pisze, że długo marzył o stworzeniu i wystawieniu polskiego musicalu adresowanego przede wszystkim do widzów dorosłych: „ Szukałem historii i bohatera (lub bohaterów), którzy mogliby „udźwignąć” takie przedsięwzięcie. W pewnym momencie zrozumiałem, że taki temat miałem przecież od dawna na wyciągnięcie ręki – w mojej rodzinie. Otóż bracia mojej Babci – Maksymilian i Jan Lewandowscy – byli pilotami brytyjskiego lotnictwa wojskowego [RAF] i walczyli w polskich dywizjonach podczas Bitwy o Anglię i później, do końca II wojny światowej. Pomyślałem, że to doskonały materiał na epicką, musicalową opowieść: historia bohaterskich pilotów, których wkład w zwycięstwo nad hitlerowskimi Niemcami był nieoceniony (to przecież o nich Winston Churchill powiedział: „Jeszcze nigdy w historii ludzkich konfliktów tak wielu zawdzięczało tak wiele tak nielicznym”), a którym później i Alianci, i komuniści odmawiali zasług i nie dopuścili do wielkiej londyńskiej Parady Zwycięstwa w czerwcu 1946 roku. Wielu z tych wspaniałych ludzi po wojnie nigdy nie wróciło do Polski (bracia mojej Babci osiedlili się w Kanadzie), a tych, którzy powrócili, często wprost oskarżano o zdradę, torturowano i skazywano na śmierć. Ileż przy tym było dramatów osobistych, rozbitych rodzin i złamanych serc...”.
„Piloci” nie są jednak dokumentem i w programie widnieje odpowiednia informacja.
          „Musical jest inspirowany wydarzeniami historycznymi, nie stanowi jednak wiernej rekonstrukcji faktów. Niektóre postaci i zdarzenia są wytworem wyobraźni autorów i powstały ze względów dramaturgicznych jako całkowicie fikcyjne. Ich ewentualne podobieństwa do osób i zdarzeń historycznych są przypadkowe”.

          „Piloci” to spektakl muzyczny na światowym poziomie, który, jak się przekonałam, zachwyca zarówno młodzież, jak i dorosłych. Warto do domu wrócić z albumem zawierającym cudowną muzykę w znakomitym wykonaniu. Słuchając jej w domowym zaciszu, przed oczami widzi się sceny ze spektaklu.

Zofia Stopińska

Nie ma lepszej szkoły, jak udział w konkursie.

           Zofia Stopińska: We wrześniu odbędzie się wielkie święto polskiej muzyki w Rzeszowie, którego centrum będzie Filharmonia Podkarpacka im. Artura Malawskiego. Stąd o informacje poprosiłam panią prof. Martę Wierzbieniec, dyrektora tej placówki.
           Marta Wierzbieniec: To Międzynarodowy Konkurs Muzyki Polskiej im. Stanisława Moniuszki, którego organizatorem jest Instytut Muzyki i Tańca w Warszawie, działający w ramach Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Dyrektorem tego przedsięwzięcia jest dyrektor Instytutu Muzyki i Tańca Maxymilian Bylicki. Bardzo się cieszę, że ten Konkurs odbędzie się w Rzeszowie.
           Czekamy teraz na listę uczestników, ponieważ ciągle jeszcze wpływają do Instytutu Muzyki w Tańca zgłoszenia. Instytut Muzyki i Tańca ustalił także regulamin Konkursu i zajmuje się wszelkimi sprawami organizacyjnymi.
           Konkurs przebiegał będzie w dwóch kategoriach: gry na fortepianie i w kategorii muzyki kameralnej. Gościć będziemy nie tylko pianistów, ale także kameralistów. Przewidujemy, że będzie to kilkadziesiąt lub nawet ponad 100 osób, bo nie wiemy jeszcze, jak duże zespoły kameralne do nas przyjadą – mogą to być: duety, tria i kwartety oraz liczniejsze zespoły kameralne. Regulamin i propozycje utworów oraz kompozytorów, którzy powinni się znaleźć w repertuarze uczestników Konkursu, znajdą Państwo na stronie www.konkursmuzykipolskiej.pl Znajduje się tam wielu kompozytorów i bardzo duża ilość utworów, ale są to wyłącznie polscy twórcy i ich dzieła. Pewnie nie zawsze te dzieła są znane, doceniane, rozpowszechniane, ale ideą tego konkursu jest zachęcenie do sięgnięcia po te kompozycje. Z naszą rodzimą twórczością jest tak, jak mówi fraza z utworu Stanisława Jachowicza, „Cudze chwalicie, swego nie znacie” i można tutaj wymieniać szereg nazwisk wspaniałych twórców, którzy wcale nie byli gorsi, a ich dzieła w niczym nie ustępowały odpowiednim kompozycjom z danego okresu, które są popularne, bo są często wykonywane.

           Konkurs ma zasięg międzynarodowy i zagraniczni uczestnicy sięgając po utwory polskich kompozytorów, będą je później wykonywać na różnych estradach świata.
          - Marzeniem organizatorów jest, aby te utwory znalazły się nie tylko w repertuarze polskich wykonawców, ale aby muzyka polska wykonywana była przez artystów zagranicznych. Miejmy nadzieję, że ta pierwsza edycja Konkursu znacznie się przyczyni do osiągnięcia tego celu i będziemy mogli słuchać kompozycji wcześniej niegrywanych nie tylko w Polsce, ale także za granicą.

           W trzecim etapie pianiści grać będą z orkiestrą i dlatego będzie to wielkie wyzwanie dla Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Podkarpackiej.
          - Tak, to jest wielkie wyzwanie i właściwie w jakimś stopniu już się przygotowujemy do tego przedsięwzięcia, ponieważ, tak jak pani powiedziała, trzeci etap Konkursu w kategorii pianiści będzie przebiegał z towarzyszeniem orkiestry. Jest podanych aż kilkanaście koncertów fortepianowych, spośród których pianiści mogą wybierać. Zobaczymy, które z nich zostaną wykonane w finale, ale musimy mieć przygotowane wszystkie, bo dopiero okaże się, którzy pianiści zostaną zakwalifikowani do Konkursu, którzy z nich przejdą przez kolejne etapy i których koncertów będziemy słuchać.
           Myślę, że jak już zostanie zamknięta lista kandydatów – przewiduję, że to będzie w pierwszej połowie lipca – i wtedy będę mogła Państwu dokładnie ogłosić, w jakich godzinach będą próby i koncerty ostatniego etapu.
Wiemy, że Międzynarodowy Konkurs Muzyki Polskiej im. Stanisława Moniuszko odbywać się będzie od 20 do 27 września, a 25 i 26 września odbędzie się finałowy etap z towarzyszeniem Orkiestry, a 27 września Konkurs zakończy się Koncertem Laureatów.
          Dużo pracy czeka Orkiestrę Symfoniczną Filharmonii Podkarpackiej, ponieważ spośród kilkunastu koncertów, które znalazły się w propozycji, tylko niektóre są grywane – na przykład koncerty fortepianowe Wojciecha Kilara, IV Symfonia koncertująca Karola Szymanowskiego. Częściej można te utwory usłyszeć niż koncerty Ludomira Różyckiego czy Józefa Wieniawskiego.

           Bardzo intersująco zapowiada się Międzynarodowy Konkurs Muzyki Polskiej im. Stanisława Moniuszki w Rzeszowie.
           - Program na pewno będzie interesujący, z pewnością będą mogli znaleźć dla siebie ciekawe propozycje wytrawni melomani i stali bywalcy sal filharmonicznych, ale ja myślę, że będzie to ogromnie interesujące doświadczenie także dla młodych – nie tylko adeptów sztuki muzycznej, ale także dla młodych osób wkraczających w świat muzyki, ponieważ wszystkie konkursy mają jeszcze dodatkowy smaczek rywalizacji, a z moich obserwacji wynika, że jest on coraz bardziej powszechny, lubiany i nie chodzi w tym wypadku tylko o nagrody, ale także o własną satysfakcję, o chęć zmierzenia się i porównania z innymi. Nie ma lepszej szkoły, jak udział w konkursie. Mam tu na myśli przygotowanie się do innych estradowych prezentacji, do poznania szerszego repertuaru i przede wszystkim postawienia sobie wysoko poprzeczki, co z pewnością procentuje lepszą formą, dyspozycyjnością, szerszym repertuarem itd.

           Miejmy nadzieję, że dla wielu uczestników będzie ten Konkurs początkiem kariery artystycznej.
           - Konkursy, podobnie jak festiwale, a niektóre festiwale także odbywają się na prawach konkursu – tego typu przedsięwzięcia artystyczne rodzą gwiazdy. Na całym świecie jest ciągłe zapotrzebowanie na nowe gwiazdy.

Z prof. Martą Wierzbieniec, dyrektorem Filharmonii Podkarpackiej im. Artura Malawskiego rozmawiała Zofia Stopińska 27 marca 2019 roku.

Lubię uczyć, ale jestem przede wszystkim kompozytorem

           Na spotkanie z panem prof. Sławomirem Czarneckim umawialiśmy się jeszcze w listopadzie ubiegłego roku w Rzeszowie, po koncercie w Filharmonii Podkarpackiej, podczas którego byliśmy świadkami wspaniale wykonanego Pana utworu, zatytułowanego Concerto „Liliowe”, przez Krzysztofa i Jakuba Jakowiczów i Polskiej Orkiestry Sinfonia Iuventus pod batutą Jerzego Salwarowskiego. Chyba intuicja podpowiadała mi, że koniecznie musimy się spotkać w marcu, tuż po ogłoszeniu laureatów Fryderyków 2019, bowiem wydana przez DUX Recording Producers płyta zatytułowana „Polskie koncerty współczesne”, zawierająca obok Koncertu na gitarę i orkiestrę smyczkową Marcina Błażewicza oraz Trinity Concerto na saksofon sopranowy i orkiestrę smyczkową Pawła Łukaszewskiego, także Concerto Lendinum op. 44 na skrzypce, wiolonczelę i orkiestrę smyczkową Sławomira Czarneckiego, została nagrodzona statuetką „Fryderyk 2019” w kategorii „Album Roku Muzyka Symfoniczna i Koncertująca”.
          O płycie, utworze i wykonawcach powiemy więcej w czasie rozmowy zarejestrowanej w budynku Zespołu Państwowych Szkół Muzycznych w Warszawie przy ul. Miodowej.

          Zofia Stopińska: Na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego stulecia studiował Pan kompozycję w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej w Warszawie, bo taką nazwę nosił wówczas Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina w Warszawie. Ciekawa jestem, jak przygotowywał się Pan do tych studiów, bo przecież kompozytor, oprócz talentu, musi mieć dużą wiedzę na temat teorii muzyki, instrumentów oraz ich możliwości.
          Sławomir Czarnecki: Musiałem wcześniej ukończyć liceum i zdać egzamin maturalny. Jednocześnie uczęszczałem do średniej szkoły muzycznej w Częstochowie, bo tam mieszkaliśmy z rodzicami w latach 60-tych, ukończyłem tę szkołę w klasie fortepianu. Szczęśliwie się złożyło, że przydzielono mnie do klasy pana Romualda Twardowskiego – znanego i cenionego kompozytora, który po repatriacji z Wilna otrzymał razem z matką mieszkanie w Częstochowie, później wyjechał na stypendium do Paryża do Nadii Boulanger, a po powrocie z tego stypendium, jako młody wówczas człowiek, podjął pracę jako nauczyciel fortepianu.     Uważam go za znakomitego pedagoga. Ja naukę muzyki i gry na fortepianie rozpocząłem trochę później, ale Maestro Twardowski szybko zorientował się, jakie mam braki oraz predyspozycje i tak dobierał mi program, że mogłem robić duże postępy. Jednocześnie bardzo interesowała mnie muzyka współczesna, więc sam zacząłem pisać utwory, których na początku nikomu nie pokazywałem. Kiedyś przypadkowo kartka z moim utworem znalazła się w nutach z utworami, które miałem zaprezentować pedagogowi fortepianu podczas lekcji. Kartka go zainteresowała i zapytał: „Co to jest?”. W krótkiej rozmowie przyznałem się, że interesuje mnie komponowanie, pan Romuald Twardowski przeglądnął moją kompozycję i poprosił, abym mu pokazał nowy utwór za tydzień, po tygodniu znowu otrzymałem polecenie napisania nowego utworu i po pewnym czasie zapytał, czy chciałbym pobierać u niego lekcje kompozycji. Kiedy wyraziłem swój entuzjazm, otrzymałem warunki: dyscyplina, regularna praca, bo nie interesuje go zabawa. Mnie także bardzo zależało na rzetelnej pracy i tak się zaczęło. Po lekcjach fortepianu pokazywałem moje nowe kompozycje, a pan Twardowski mówił mi o różnych strukturach, skalach itd.
           Później musiałem zmienić pedagoga fortepianu, bo Maestro Twardowski przeniósł się do Katowic, a niedługo po tym do Warszawy. Wtedy, kończąc fortepian w średniej szkole muzycznej w Częstochowie, raz w miesiącu jeździłem do niego na kilkugodzinną lekcję.
          Po ukończeniu Państwowej Szkoły Muzycznej II stopnia w Częstochowie w klasie fortepianu, złożyłem papiery do Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Warszawie na Wydział Kompozycji.

          Czy nadal pracował Pan pod kierunkiem Romualda Twardowskiego?
          - Nie, przydzielono mnie do prof. Piotra Perkowskiego i prawie przez całe studia byłem pod jego kierunkiem. To był zupełnie inny rodzaj pracy, bo pan Romuald Twardowski był bardzo wymagający i konkretny, dyskutowaliśmy nad każdym dźwiękiem. Natomiast prof. Piotr Perkowski patrzył na moje prace inaczej, szerzej, nie wdawał się w szczegóły, ale wymagał od studentów ciągłego pisania nowych kompozycji. Uważał, że młody kompozytor powinien ciągle szukać inspiracji i ciągle przenosić je na papier nutowy. Wymagał kompozycji na różne instrumenty, na różne składy, bo uważał, że kompozytor musi mieć szeroki wachlarz możliwości, powinien mieć do zaoferowania utwory na instrumenty solowe, małe zespoły kameralne o różnych składach, orkiestry kameralne czy symfoniczne. Profesor Piotr Perkowski wymagał od nas kompozycji finezyjnych, o bardzo delikatnych strukturach, bo uważał, że każdy instrument ma swoją barwę i trzeba ją w kompozycji pokazać.

          Może w młodości ktoś tak ukierunkował prof. Piotra Perkowskiego?
          - Był między innymi uczniem Karola Szymanowskiego, który był wielkim lirykiem, jego partytury są bardzo finezyjne, bogate harmonicznie, wszystko jest logicznie ułożone i każdy instrument ma swoje miejsce. W związku z tym, uważam, że jestem bezpośrednim spadkobiercą idei Szymanowskiego.

          Dlatego można powiedzieć, że jest Pan muzycznym wnukiem Karola Szymanowskiego. Nie ukończył Pan jednak studiów u prof. Piotra Perkowskiego.
          - Nie, bo prof. Perkowski odszedł na emeryturę i na roku dyplomowym, decyzją rektora, powróciłem pod skrzydła Romualda Twardowskiego i pod jego kierunkiem pisałem pracę dyplomową.

          Później studiował Pan jeszcze w Paryżu.
          - Tak, bo wygrałem stypendium do Paryża w konkursie dla młodych kompozytorów, który w tej chwili nosi imię Tadeusza Bairda, ale wtedy mogli w tym konkursie uczestniczyć młodzi absolwenci wydziałów kompozycji akademii muzycznych. Pierwszą nagrodą było stypendium zagraniczne i laureat mógł wybrać miejsce studiów: Anglię, Austrię albo Francję. Ja oczywiście wybrałem Francję, bo prof. Piotr Perkowski także studiował kiedyś we Francji , u A.Roussela, zakładał też Związek Polskich Muzyków w Paryżu. Z tym miastem mieli kontakty także Karol Szymanowski i Aleksander Tansman, a u Nadii Boulanger studiowała większość młodych polskich kompozytorów.
          Ja otrzymałem to stypendium rok po śmierci Nadii Boulanger i dlatego napisałem list do Oliviera Messiaena, ponieważ tuż po studiach byłem na dwutygodniowym pobycie w Paryżu, ufundowanym dla młodych kompozytorów przez Ministerstwo Kultury, i tam dwukrotnie spotkałem się w Konserwatorium z prof. Messiaenem, któremu miałem zaszczyt pokazać swoje partytury. Ten wielki Mistrz otrzymuje ogromną ilość listów i podobno wszystkie czyta, ale nie jest w stanie na nie odpowiadać i dlatego nikt z moich znajomych nie rokował, że otrzymam odpowiedź. Niedługo wszystko się wyjaśniło, bo otrzymałem list od prof. Oliviera Messiaena, który pisał, że pamięta mnie, i zgadza się przyjąć mnie jako stypendystę rządu francuskiego, a zajęcia będą się odbywać u niego w domu przy ulicy Marcadet, ponieważ w tym czasie już przeszedł na emeryturę. W latach 1980 -1981 przychodziłem tam na lekcje, które trwały po około 3 godzin. To było dla mnie wielkie szczęście i wielkie wyróżnienie.

           Indywidualne lekcje i możliwość przebywania w domu Mistrza były w pewnością inspirujące.
           - Olivier Messiaen nie traktował mnie jako ucznia - twierdził, że po ukończeniu studiów jestem już kompozytorem. Czułem się tym określeniem nieco zażenowany.

          Miał Pan już na swoim koncie sporo kompozycji i nagrody otrzymane na konkursach.
          - To prawda, już miałem jakiś dorobek, ale z Mistrzem nie mogłem się porównywać.

           Proszę powiedzieć, jakie wartości preferował w twórczości Olivier Messiaen?
           - Dla Mistrza ważny był przekaz emocjonalny. Każdy utwór musi coś wyrażać. Pamiętam, że wtedy pisałem Magnificat na sopran, chór i orkiestrę. Myślałem o nowoczesnym utworze, próbowałem traktować chór niemal sonorystycznie - i to spotkało się z krytyką Messiaena. Twierdził, że łaciński tekst religijny o tak wielkim znaczeniu kulturowym i religijnym nie powinien być kanwą do eksperymentów brzmieniowych. Tekst musi być czytelny dla publiczności. Brzmienia muszą być klarowne .Duże znaczenie ma także umiejętne prowadzenie dźwięków w dolnych partiach, co daje podstawę do uzyskania dobrego brzmienia harmonicznego. Oczywiście, zastosowałem się do tych uwag wówczas i pamiętam o nich zawsze, komponując.

           Po powrocie do Polski zamieszkał Pan w Warszawie.
           - Tak, bo przed wyjazdem do Francji podjąłem etatową pracę w Państwowej Szkole Muzycznej II stopnia im. J. Elsnera w Warszawie, aby mieć stały dochód, powróciłem więc do pracy pedagogicznej. W Warszawie miałem także żonę i synka oraz mieszkanie. Zaczęły się interesujące kontakty ze środowiskiem muzycznym, komponowałem muzykę do sztuk teatralnych, szczególnie dla dzieci i młodzieży oraz słuchowisk radiowych. Napisałem około 20 piosenek dla dzieci na zamówienie pani Jadwigi Mackiewicz, która kierowała redakcją audycji muzycznych dla dzieci i młodzieży. Wiele zmieniło się w czasie stanu wojennego, to był bardzo zły czas zarówno pod względem artystycznym, finansowym, jak i emocjonalnym.

           Czas szybko biegnie i już pół wieku Pana działalności kompozytorskiej minęło.
           - W 2018 roku minęło 50 lat mojej twórczości kompozytorskiej, którą liczę od pierwszego utworu. To był czas zajęć z Maestro Romualdem Twardowskim, kiedy pisałem wiele drobnych utworów – ćwiczeń. Wtedy powstała też Canzona da chiesa op. 1 na skrzypce i organy. Poprosiłem Jadwigę Stolarczyk, koleżankę ze szkoły muzycznej, żeby wykonała go razem z panem Józefem Siedlikiem, nieżyjącym już organistą grającym w kaplicy Matki Bożej Jasnogórskiej. Pierwsze wykonanie odbyło się 26 maja 1968 roku. Obecni byli moi rodzice, brat, zaprosiłem kilku znajomych, w Kaplicy było także sporo osób - pielgrzymów. Pan Siedlik napisał na tej partyturze adnotację, że to było o 16.15, 26 maja 1968 roku i zapisał również nazwiska wykonawców.
Trzy, może cztery lata temu znalazłem tę partyturę i z nostalgią pomyślałem, że zbliża się 50-lecie mojej twórczości kompozytorskiej.

           Po zaanonsowaniu tego faktu, w roku jubileuszu odbyło się sporo koncertów.
           - Wielu dyrektorów filharmonii, organizatorów różnych koncertów odpowiedziało na to i już w 2017 roku rozpoczęła się seria koncertów, podczas których wykonywane były moje kompozycje.
          Właśnie w 2017 roku, na zamówienie pana Marka Mosia dla orkiestry kameralnej AUKSO, odbyło się prawykonanie mojego „Divertimento” w ramach Festiwalu Prawykonań Polskich w wielkiej sali NOSPR-u. To było preludium mojego jubileuszu. W październiku 2017 roku Zespół Szkół Muzycznych nr 1 przy ul. Miodowej w Warszawie rozpoczął oficjalnie mój jubileusz, wykonując „Mszę Jasnogórską” na sopran, bas, chór i orkiestrę. Wykonawcami byli soliści i Szkolna Orkiestra Symfoniczna, oraz Jasnogórski Chór Chłopięco-Męski Pueri Claromontani. Całością dyrygował Radosław Labahua. Najpierw odbył się koncert w Katedrze Warszawskiej, 8 października 2017 , a drugi odbył się 12 października w Bazylice Jasnogórskiej. Dwie potężne świątynie – Katedra Warszawska i Bazylika Jasnogórska wypełnione były po brzegi publicznością, która bardzo gorąco przyjęła mój utwór i wykonawców. Ojcowie z Jasnej Góry, także przywitali mnie serdecznie i gratulowali. Były to dwa piękne wieczory.
           Później zaczęły się inne koncerty kompozytorskie – zamówienie Filharmonii Lubelskiej na „Te Deum” z okazji 100-lecia KUL i 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości. Prawykonanie utworu odbyło się 6 maja 2018 roku w Lublinie, a 25 maja jeszcze odbyło się wykonanie „Concerto Lendinum”, zaś 18 maja odbył się wielki benefis w Częstochowie. Dyrekcja Filharmonii Częstochowskiej postanowiła uczcić mój jubileusz, organizując mój cały koncert kompozytorski, podczas którego wykonane zostały: „Wałaski” na orkiestrę smyczkową, „Concerto Liliowe”, w którym partie solowe wykonali Krzysztof i Jakub Jakowiczowie, zaś w drugiej części zabrzmiały utwory na większy skład orkiestry – Uwertura koncertowa „Cervus Elaphus” i prawykonanie nowej kompozycji specjalnie pisanej na tę okazję kantaty „Adoracja Grobu Bożego” na chór i orkiestrę. Koncert został entuzjastycznie przyjęty, o czym najlepiej świadczyły wypełniona sala i burzliwe oklaski. Muszę podkreślić, że organizatorzy mocno ten koncert reklamowali, zamieszczając w centralnych miejscach banery i afisze, były wywiady ze mną w lokalnych gazetach oraz w Informatorze kulturalnym.
          Kolejne prawykonanie mojego utworu „Nieszporów na Święto Podwyższenia Krzyża” na chór, tenor, bas i dziesięć instrumentów dętych odbyło się w Krakowie 15 sierpnia 2018 roku w kościele św. Marka w ramach 11. Nocy Cracovia Sacra. Kościół św. Marka był wypełniony po brzegi publicznością, nawet w konfesjonale widziałem siedzących ludzi, a sporo osób wysłuchało utworu stojąc, a jest to duża, trwająca godzinę kompozycja. Wykonanie było przepiękne, a wystąpili Chór Kantorei Sankt Barbara oraz orkiestra L’Estate Armonico pod dyrekcją Wiesława Delimata. Jako soliści wystąpili: Przemysław Borys – tenor i Dawid Biwo – bas.
          Kolejna uroczystość odbyła się w Warszawie na Ursynowie, gdzie mieszkam. Tam, w dolnym Kościele Wniebowstąpienia Pańskiego, odbył się uroczysty koncert polskiej muzyki z okazji rocznicy 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości. Nowopowstała Kameralna Orkiestra Ursynowska wykonała mój Koncert Jurajski na 4 skrzypiec i orkiestrę smyczkową. W programie były też utwory Karłowicza, Twardowskiego i Paderewskiego ze Suitą G-dur. Ignacy Jan Paderewski skomponował ten jeden utwór na orkiestrę smyczkową, której niestety nie dokończył. Czwarta część została rozpoczęta i nigdy Paderewski do tego utworu już nie wrócił, a ja postanowiłem dokończyć tę kompozycję. Na tym koncercie odbyło się więc pierwsze pełne wykonanie tego utworu. Musiałem wniknąć w estetykę, styl i dodać coś, żeby podsumować wszystkie części.
          9 listopada odbył się wspomniany już koncert w Rzeszowie, a 25 listopada odbył się koncert – benefis mojej muzyki chóralnej, organizowany przez Dzielnicę Ursynów, której jestem jednym z najstarszych mieszkańców. Chór działający w naszej Dzielnicy wykonał moje kompozycje chóralne, a aktor Jerzy Zelnik czytał poezje Jana Pawła II. Koncert miał miejsce w mojej parafii Wniebowstąpienia Pańskiego, której to dolny Kościół ze świetną akustyką pełni rolę sali koncertowej Ursynowa.
          12 stycznia 2019 roku w Sali Polskiego Wydawnictwa Muzycznego w Warszawie odbył się koncert kameralny złożony z moich kompozycji, zorganizowany przez Fundację Józefa Elsnera działającą w Zespole Szkół Muzycznych nr 1 w Warszawie przy współpracy Stowarzyszenia Autorów ZAiKS, ZKP i PWM. Przyjechali na ten koncert wszyscy moi muzycy- przyjaciele: skrzypaczka Paula Preuss z Gdańska, altowiolista Lech Bałaban z Poznania, Trio fletowe z Bydgoszczy, oraz z Warszawy skrzypkowie Krzysztof i Jakub Jakowiczowie, a także kontrabasista Andrzej Kaczanowski.
To był już chyba ostatni koncert związany z moim jubileuszem 50-lecia pracy twórczej, a teraz trzeba już myśleć o kolejnych kompozycjach i wyzwaniach.

          W Pana kompozycjach często słychać inspiracje folklorem, także skomponował Pan dużo utworów o tematyce religijnej.
          - Tak, w 1995 roku powstała pierwsza kompozycja mojego nowego stylu postmodernistycznego „Hombark Concerto”. Będąc młodym kompozytorem szukałem różnych inspiracji – najpierw powstało kilka utworów neoklasycznych, później próbowałem szukać różnych elementów współczesności: sonoryzmów i różnych kombinacji strukturalnych, aż przyszedł czas na odejście od eksperymentalnej muzyki i inspiracje tradycją, i to mi bardzo odpowiadało. Postanowiłem, że rozpocznę ten element poprzez penetracje muzyki ludowej. W tej chwili Europa się unifikuje i powiem wprost, że nie podobają mi się tendencje unifikacji kulturowej, bo uważam, że to byłoby ogromne zubożenie kultury europejskiej, gdyby wszyscy się podobnie ubierali, podobnie zachowywali, uprawiali podobną sztukę. Każdy region Europy ma swoją tradycję, swoje zwyczaje, swoje bogactwo kulturowe i uważam, że to należy zachować i promować. Europa jest bogata, bo tworzy ją wiele krajów, a w każdym z nich są charakterystyczne mikroregiony i trzeba je zachowywać.
Ciągle polscy kompozytorzy mogą na nowo sięgać do źródeł muzyki narodowej i ja tym torem poszedłem, komponując „Hombark Concerto”.

           Dlaczego akurat muzyka góralska tak Pana inspiruje?
           - Ponieważ zawsze lubiłem góry i w każde wakacje, od czasów licealnych, spędzałem 2 lub 3 tygodnie, a później nawet dłużej w Tatrach. Dzięki temu kultura góralska jest mi szczególnie bliska, a od 30 lat zakorzeniłem się najbardziej w regionie Spisza – na wschód od Podhala (Jurgowa, Czarna Góra, Trypsz, Łapsze, Nidzica). Tam sobie zbudowałem góralski domek, który traktuję jako moją siedzibę letnią i jednocześnie letnią pracownię. Sporo kompozycji tam powstało. Zapoznałem się oczywiście ze wszystkimi zespołami, muzykantami, zainicjowałem festiwal „Watra spiska”, który zawsze odbywa się w pierwszą niedzielę lipca.

          Zauważyłem, że ten mikroregion spiski nie został jeszcze dokładnie opracowany i postanowiłem zebrać wszystkie utwory, które słyszałem na różnych przeglądach, występach, podczas których czasami grałem na kontrabasie, jak basisty nie było. Zapisałem te wszystkie melodie i jednocześnie poprosiłem o dawne nagrania z lat 70-tych, 80-tych ubiegłego wieku, a także sięgnąłem do starych archiwalnych zapisków, które znajdują się w Muzeum Etnograficznym przy ulicy Długiej w Warszawie. Opracowałem to wszystko, prosząc panią prof. Marię Szurmiej-Bogucką z Krakowa, specjalizującą się w tym regionie, o pomoc w usystematyzowaniu zebranego materiału. Przy pomocy miejscowych działaczy wydaliśmy książkę „Zbiór Pieśni Ludowych Zamagórza Spiskiego”. Zostało tam zamieszczonych prawie 160 pieśni, a część z nich z wariantami, bo często zdarzało się, że kilka nut dawniej śpiewanych było inaczej, a teraz troszeczkę inaczej. Bywa również, że w jednej miejscowości śpiewają inaczej daną pieśń niż w innej. Te wszystkie warianty zostały ujęte.
Te piękne melodie inspirują mnie do komponowania utworów.

          Skąd wspomniany już tytuł „Hombark Concerto”?
           - Hombark to jest najwyższe wniesienie spośród wzgórz w paśmie pienińsko-spiskim. Jak się wejdzie na szczyt Hombarku, to widać piękną panoramę Tatr. W tym utworze są zakodowane motywy pieśni tego regionu. Jak napisałem tę kompozycję, to w rozmowie z panem Krzysztofem Jakowiczem zapytałem, który instrument poza skrzypcami jest najpiękniejszy i otrzymałem odpowiedź, że poza skrzypcami najpiękniejsze jest dwoje skrzypiec. Jego syn Jakub rozpoczynał już karierę koncertową i napisałem dla nich kompozycję „Concerto Liliowe” na dwoje skrzypiec, a nazwa Liliowe pochodzi od przełęczy Liliowe. Są w tym utworze elementy tańca krzesanego w trzeciej części, ale także szereg motywów z regionu Spisza. Skomponowałem też Kwartet smyczkowy „Spiski” – dwuczęściowy, na wzór czardasza, w którym zawsze jest część wolna i szybka.

           A skąd nazwa „Concerto Lendinum”?
           - Moje kompozycje są związane z moim życiorysem, z regionami, gdzie przebywam, z różnymi sytuacjami, które mnie bezpośrednio dotyczą, lub dotykały.   Tytuł Lendinum czyli lendziański – to odniesienie do regionu mojego pochodzenia po mieczu, jakim jest Lubelszczyzna, a zwłaszcza jej południowe regiony, gdzie moi przodkowie zamieszkiwali od wielu pokoleń (domniemam, że co najmniej od XIII wieku).Tam są groby moich dziadów i praprapradziadów, stąd w tym utworze zastosowałem elementy pieśni ludowej tego regionu.

           „Concerto Lendinum” to utwór niedawno utrwalony. Wkrótce po naszym spotkaniu w Rzeszowie otrzymałam w wytwórni DUX płytę, na której znajduje się ten utwór, a partie solowe wykonują wspaniali polscy soliści, bo aktualnie jednym z najlepszych polskich skrzypków jest Jakub Jakowicz, a z wiolonczelistów Tomasz Strahl.
          - Zamówienie na tę kompozycję złożył pan Tomasz Strahl, który po wysłuchaniu „Hombark Concerto” i „Concerto Liliowe”, powiedział: „...ja też chciałbym mieć taką ładną kompozycję” i dodał później, aby oprócz solowej partii dla wiolonczeli i orkiestry dodać jeszcze solowe skrzypce.
           Niedawno zgłosił się pan Jan Miłosz Zarzycki, znakomity dyrygent, który poprosił o zgodę na nagranie tego utworu na płycie „Polskie Koncerty Współczesne”, którą chce wydać ze swoją Filharmonią Kameralną w Łomży. Ucieszyłem się z tej propozycji i wypożyczyłem cały materiał orkiestrowy. Jestem pod wrażeniem, bo to wykonanie jest cudowne. Różni się nieco od poprzednich. Ja zresztą dopuszczam różne interpretacje, moje kompozycje nie są bardzo ściśle określone, jeśli chodzi o tempo, dynamikę czy artykulację. Pozostawiam dużo swobody wykonawcom. Cieszę się z wielkiego sukcesu, bo płyta otrzymała nagrodę „Fryderyk 2019” w kategorii „Album Roku Muzyka Symfoniczna i Koncertująca”. Wielka Gala rozdania „Fryderyków” muzyki poważnej odbyła się 12 marca tego roku w wielkiej sali NOSPRu w Katowicach.

           Proszę jeszcze powiedzieć o inspiracjach w nurcie muzyki religijnej.
           - W muzyce religijnej inspiruje mnie chorał gregoriański i słychać to już w „Mszy Jasnogórskiej”. Moje „Nieszpory na Święto Podwyższenia Krzyża” zawierają kompendium tego, co działo się w muzyce wokalnej, od chorału gregoriańskiego, poprzez organum, elementy Ars Nova, polichóralność renesansową, a w dramatycznych momentach ostre brzmienia współczesne – sekundowe, trytonowe, nonowe.

          Inspiracje są dla kompozytora bardzo ważne, ale najbardziej dyscyplinuje kompozytora w procesie tworzenia utworu zamówienie, które określa dokładny termin.
           - Tak, to jest straszna inspiracja (śmiech).
To jest wielka mobilizacja. Muszę przyznać, że nigdy nie przeżywałem czegoś takiego, jak w drugiej połowie 2017 roku i pierwszej połowie 2018 roku. Komponowałem dwie wielkie formy: „Te Deum” na sopran, tenor, bas, chór i orkiestrę – dzieło, które ma około 20 minut oraz jednocześnie „Adorację Grobu Bożego” – 25 minut na chór i wielką orkiestrę. Musiałem te dwa utwory skomponować w ciągu 7 miesięcy. Oprócz moich zajęć pedagogicznych, nie myślałem o niczym innym tylko o tych kompozycjach i cały czas poświęcałem pracy twórczej. Na szczęście zdążyłem.

           Rozmawiamy w jednym z dwóch Pana miejsc pracy – w Szkole Muzycznej w Warszawie, gdzie uczy Pan obecnie kompozycji.
           - Obecnie Zespół Państwowych Szkół Muzycznych w Warszawie. To można powiedzieć najstarsza szkoła muzyczna w Polsce. Jej początki sięgają czasów Józefa Elsnera, który założył ją na początku XIX wieku. Jednym z jej absolwentów był nie kto inny jak Fryderyk Chopin. Po II wojnie światowej, szkoła, która miała status Konserwatorium podzielana została na etap wyższy (obecnie Uniwersytet F. Chopina) oraz etap niższy, czyli PSM II stopnia im. J.Elsnera, która to szkoła obecnie wchodzi w skład kilku szkół muzycznych. Uczę w niej już 44 lata. Obecnie już tylko prowadzę zajęcia z „Propedeutyki kompozycji”, pomagając młodym uczniom, którzy są zainteresowani kompozycją, przypominając sobie moje zmagania twórcze w młodzieńczym wieku, gdzie miałem szczęście spotkać znakomitego nauczyciela i kompozytora, jakim był wspomniany wcześniej Romuald Twardowski. Najwięcej zajęć z młodzieżą mam w tym pokoju, gdzie obecnie rozmawiamy, przy pianinie marki Blüthner. Na początku uczyłem przedmiotów teoretycznych: harmonii i kształcenia słuchu, improwizacji. Jednocześnie zaczęła się do mnie zgłaszać młodzież, która ma potrzeby i zacięcie kompozytorskie. Stworzyłem więc przedmiot „Propedeutyka kompozycji”. Napisałem odpowiedni projekt, który został zaakceptowany przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Po zakończeniu przewodu na stopień naukowy doktora habilitowanego, podjąłem także pracę na Wydziale Edukacji Muzycznej Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy, gdzie mnie zaproszono. W 2012 roku otrzymałem tytuł profesora sztuk muzycznych.

          Lubi Pan uczyć?
           - Lubię, chociaż zaraz po studiach uważałem, że nie jestem do tego stworzony. Wolałem komponować, ale będąc młodym człowiekiem nie miałem zbyt wielu zamówień, a środki do życia są potrzebne i zacząłem uczyć. Początkowo musiałem się przygotowywać do prowadzenia lekcji harmonii czy kształcenia słuchu. Po niedługim czasie okazało się, że dobrze uczę, otrzymywałem pochwały, nagrody dyrektora i polubiłem tę pracę.
           Jestem jednak przede wszystkim kompozytorem, a pedagogikę traktuję jako spłatę moich długów, bo wielokrotnie na swojej drodze spotkałem pedagogów, którzy zafascynowali mnie sztuką muzyczną.

          Czy teraz może Pan trochę odpocząć, czy są zamówienia i terminy na kolejne nowe kompozycje?
          - Skomponowałem niedawno utwór na chór a’capella, który po raz pierwszy zostanie wykonany w maju. W tej chwili komponuję utwór na skrzypce i altówkę, który zamówił u mnie świetny altowiolista pan Lech Bałaban dla siebie i swojego syna – skrzypka. Prawykonanie także planowane jest w maju w Bydgoszczy. Pan Jan Miłosz Zarzycki także zamówił u mnie kompozycję dla swojej Łomżyńskiej orkiestry. Myślą wyprzedzam jeszcze dalej, aby zdrowia i życia starczyło.

           Polecamy uwadze czytelników „Klasyki na Podkarpaciu” płytę zatytułowana „Polskie Koncerty Współczesne” zdobywcy „Fryderyka” za 2019 rok, z trzema bardzo interesującymi kompozycjami: Koncertem na gitarę i orkiestrę smyczkową Marcina Błażewicza, Trinity Concerto na saksofon sopranowy i orkiestrę smyczkową Pawła Łukaszewskiego oraz Concerto Lendinum op. 44 na skrzypce, wiolonczelę i orkiestrę smyczkową naszego znakomitego gościa – Sławomira Czarneckiego.
          - Jeszcze raz podkreślę, że mój utwór jest świetnie wykonany, bowiem Jakub Jakowicz i Tomasz Strahl należą do najwyższej klasy nie tylko polskich wykonawców, a Orkiestra Łomżyńska jest bardzo czujna, a maestro Jan Miłosz Zarzycki jest świetnym muzykiem, który znakomicie rozumie muzykę współczesną. Nie byłem na sesjach nagraniowych, nie chciałem muzyków krępować swoją obecnością. Miałem do nich pełne zaufanie. Zanim otrzymałem egzemplarze autorskie, zobaczyłem w sklepie płytę i natychmiast ją kupiłem, włożyłem do odtwarzacza i zachwycony byłem wykonaniem, bo jest wyjątkowe. Nagroda jest więc w pełni zasłużona.

           Spotkaliśmy się już na Podkarpaciu podczas Międzynarodowych Kursów Muzycznych w Łańcucie i ostatnio w Rzeszowie po wykonaniu wspomnianego już urzekającego dzieła „Concerto Liliowe”. Może niedługo będzie okazja do następnego spotkania?
           - Mam taką nadzieję. Zawsze po wykonaniu tego utworu jest owacja i przynajmniej jeden bis, a w Rzeszowie było coś takiego, co zdarza się bardzo rzadko, że publiczność natychmiast poderwała się z miejsc i na stojąco długo oklaskiwała wykonawców. Trzeba podkreślić, że wykonanie utworu przez Krzysztofa i Jakuba Jakowiczów było wprost porywające. Polska Orkiestra Sinfonia Iuventus pod batutą Jerzego Salwarowskiego była także doskonała. Myślę, że pani prof. Marta Wierzbieniec zechce kiedyś zamieścić w programie kolejny mój utwór. Może właśnie wyróżnione „Fryderykiem” Concerto Lendinum?... A co łączy mnie z Rzeszowem – coś pewnie w genach pozostało, moja pra,pra,prababcia pochodziła z okolic Rzeszowa.

Z prof. Sławomirem Czarneckim rozmawiała Zofia Stopińska 14 marca 2019 roku w Warszawie

Z Tomaszem Ritterem nie tylko o fortepianach historycznych

           Zofia Stopińska: Z panem Tomaszem Ritterem spotykamy się 21 lutego 2019r. po recitalu w Filharmonii Podkarpackiej. Bardzo Panu dziękuję za wspaniały romantyczny chopinowski wieczór, przypominający nam jednocześnie, że niedługo będzie kolejna rocznica urodzin Fryderyka Chopina. Recital był także bardzo interesującą kompozycją, prezentującą większość form solowych utworów fortepianowych pisanych przez Chopina.
          Tomasz Ritter: Jest mi bardzo miło, że spodobała się pani moja gra. Z utworów Fryderyka Chopina, które mam teraz w repertuarze, ułożyłem i zaprezentowałem program, w którym znalazły się kolejno: Etiuda cis-moll op.25 nr 7, dwa polonezy cis-moll i es-moll op.26, cztery mazurki – gis-moll, C-dur, D-dur i h-moll op. 33, Scherzo h-moll op. 20, a po krótkiej przerwie wykonałem: Nokturn, Etiudę e-moll op. 25 i Balladę f-moll op. 52. Za gorące przyjęcie podziękowałem publiczności wykonując dwa bisy – najpierw Polonez d-moll Karola Kurpińskiego, a później Scherzo z Sonaty czeskiego kompozytora Jana Hugo Vacláva Vořiška, który często nazywany jest czeskim Beethovenem, chociaż miał swój własny styl i uznaje się go także za twórcę formy Impromptu, którą później rozwinęli Chopin i Schubert.

           W ten sposób organizatorzy i Pan podkreślili kolejną rocznicę urodzin Fryderyka Chopina.
           - Z pewnością tak. 1 marca gram urodzinowy koncert w Filharmonii Narodowej i będę jeszcze występował z tej okazji 3 marca.

           Dzisiaj publiczność słuchała Pana w wielkim skupieniu, nagradzając oklaskami tylko po pierwszej części i na zakończenie.
           - Bywa różnie – często publiczność nie może wytrzymać i klaszcze po każdym utworze, w Rzeszowie było inaczej i to też miało swój urok. Nie przeszkadza mi oklaskiwanie każdego utworu, chyba, że chcę zagrać razem całą formę, to wtedy staram się nie dać możliwości oklaskiwania.

          Od kilkunastu lat zgłębia Pan pilnie tajniki gry na fortepianie, czy sam Pan wybrał ten instrument?
          - Jak byłem małym chłopcem, koniecznie chciałem grać na organach. Dźwięki organów bardzo mnie fascynowały, ale musiałem przyjąć do wiadomości, że muszę zacząć od nauki gry na fortepianie i pozostałem przy tym instrumencie, ale z organów jeszcze nie zrezygnowałem i ciągle myślę, że kiedyś będę grał na tym instrumencie. Oprócz fortepianu studiuję także grę na innych instrumentach klawiszowych i mam świadomość, że nie da się wszystkiego robić jednocześnie. Fortepian współczesny, klawesyn i szeroka gama fortepianów historycznych są bardzo absorbujące, a w dodatku bardzo mnie interesują, ale organy są ciągle z sferze moich marzeń.

           Nie wiem, czy mam rację, ale wydaje mi się, że historyczne fortepiany bardzo się różnią i każdy ma swoją duszę.
           - Nie ma dwóch identycznych instrumentów, każdy fortepian jest inny, ale instrumenty historyczne różnią się bardzo, bo powstawały w różnych epokach – od pierwszych fortepianów czasów Bacha aż do początków XX wieku.
            Fortepiany współczesne, mimo indywidualnych cech poszczególnych egzemplarzy, posiadają taką samą konstrukcję, mechanizm i wszystkie podstawowe elementy są takie same, natomiast w fortepianach historycznych w XIX wieku równocześnie funkcjonowały instrumenty o zupełnie innych mechanizmach – to wszystko rozwijało się szybko i bardzo się zmieniało.

            Jest Pan zwycięzcą I Międzynarodowego Konkursu Chopinowskiego na Instrumentach Historycznych. Każdy z uczestników mógł wybierać spośród wielu instrumentów. Przez cały czas grał Pan na jednym fortepianie?
           - Na scenie było 5 instrumentów koncertowych i każdy z nich innej marki, ale ja grałem na różnych instrumentach i dopasowywałem je do poszczególnych utworów oraz do osobistego komfortu. Starałem się wybierać najlepszy instrument do danego utworu, akustyki sali i dla mnie, ale to wcale nie oznacza, że nie mógłbym tych utworów zagrać na innych instrumentach.
Bardzo rzadko się zdarza taka możliwość wyboru, jak podczas konkursu i było to bardzo ciekawe doświadczenie.

           Rzadko się też zdarza, aby instrumenty były pod tak pieczołowitą opieką fachowców najwyższej klasy.
           - Instrumenty znajdujące się na scenie zostały wybrane spośród kilkunastu instrumentów, które były dostarczone na Konkurs i pochodziły z najlepszych kolekcji z Polski i zagranicy. Mieliśmy do dyspozycji fortepiany najlepszej jakości.
           Ja grałem na kopii fortepianu Buchholtza, który został wykonany przez mistrza Paula McNulty – Amerykanina, który osiedlił się w Europie i ma swoją pracownię niedaleko czeskiej Pragi. Był to instrument specjalnie zrobiony na zamówienie Instytutu Fryderyka Chopina, bo na takim instrumencie Chopin grał w młodości, w czasach warszawskich. Jest to instrument z mechaniką wiedeńską, bardzo lekki, i z czterema pedałami. Grałem też na fortepianie Pleyela – taki instrument Chopin miał w Paryżu i były to jego ulubione fortepiany. Do wykonania Sonaty wybrałem fortepian Erarda, który w porównaniu z innymi fortepianami ma nieco mocniejsze brzmienie, zbliżone do współczesnego instrumentu. Erard w porównaniu z Pleyelem był instrumentem nowoczesnym, o większym zakresie dynamiki w forte i chętnie na tych fortepianach grali tacy wirtuozi, jak Liszt. Natomiast Chopin był specyficznym wirtuozem, który preferował przede wszystkim intymność, która najlepiej brzmiała na fortepianach Pleyela.

           Słyszałam, że te instrumenty nie są zbyt wygodne i każdy z historycznych fortepianów ma swoje tajemnice.
           - Zgadza się, każdy ma swoje ograniczenia, ale fortepian współczesny ma także swoje ograniczenia. Wszystko zależy od podejścia – kto gra na danym instrumencie i jakie ma doświadczenia.
            Ktoś rozpoczynający muzyczną edukację na fortepianie powie nam, że też nie jest to wygodny instrument, bo grać na współczesnym fortepianie lekko, szybko i pianissimo jest bardzo trudno.
           O wiele łatwiej to osiągnąć na fortepianie Buchholtza, który jest tak leciutki, że wystarczy tylko dotknąć i już mamy dźwięk.
Każdy fortepian ma jakieś ograniczenia, ale do każdego można się przyzwyczaić. To wszystko wymaga czasu, umiejętności i „dobrego ucha”, aby z instrumentu wydobyć wszystkie jego walory.

           Dzisiaj zachwycił mnie Pan pięknymi, nasyconymi i dźwięcznymi pianami. Nie wszyscy pianiści to potrafią.
           - Chcę powiedzieć, że to wymaga to dużo sił i koncentracji. Jeśli udało mi się to osiągnąć chociaż częściowo, to bardzo się cieszę, bo to nie jest naturalne środowisko tego fortepianu, bo on ma szerokie możliwości, ale gra pianissimo nie przychodzi najłatwiej.
           Najłatwiej jest grać pełnym dźwiękiem i w dużej sali, gdzie dźwięk się pięknie rozchodzi, a w sali kameralnej z dużym fortepianem jest zupełnie inaczej i trzeba być zawsze ostrożnym.

           Chcę jeszcze powrócić do początków Pana edukacji w zakresie gry na fortepianie. Myślę, że został Pan pianistą dzięki mistrzom, do których Pan trafił – od pierwszej nauczycielki w rodzinnym Lublinie poczynając.
           - Miałem i do tej pory mam duże szczęście do pedagogów. W Lublinie, w Ogólnokształcącej Szkole Muzycznej im. Karola Lipińskiego była to pani Bożena Bechta-Krzemińska, a później pani prof. Irina Rumiancewa w Zespole Szkół Muzycznych nr 4 im. Karola Szymanowskiego w Warszawie. Kontynuuję naukę pod kierunkiem prof. Alexieia Lubimova w Konserwatorium Moskiewskim, a przy okazji uczę się także u innych wybitnych pedagogów. Uczyłem się u prof. Mihaila Woskirisienskiego, studiuję również klawesyn u prof. Marii Uspienskiej. Miałem szczęście, że w sposób naturalny przechodziłem z rąk do rąk, bo to jest także bardzo ważne.
          Aktualnie jestem na piątym roku studiów w Konserwatorium Moskiewskim i niedługo ukończę studia.

          Ma Pan na swoim koncie wiele osiągnięć konkursowych i myślę, że najważniejszymi oprócz nagrody w I Międzynarodowym Konkursie Chopinowskim na Instrumentach Historycznych, było zwycięstwo w IX Międzynarodowym Konkursie Młodych Pianistów „Artur Rubinstein im memoriam” w Bydgoszczy oraz nagroda specjalna im. Anieli Młynarskiej-Rubinstein i Rubinowa Szpila Artura Rubinsteina dla osobowości artystycznej konkursu i inne nagrody pozaregulaminowe, które dały Panu wiele możliwości – w tym występy z orkiestrą symfoniczną.
           - To prawda, doceniono mnie tam w sposób szczególny i miałem możliwość występu z Orkiestrą Symfoniczną Filharmonii Pomorskiej. Ten konkurs był bardzo owocny, to konkurs, dzięki któremu zrobiłem ważny krok naprzód.

            Ważnym następstwem był 46 Festiwal Pianistyki Polskiej w Słupsku, gdzie został Pan laureatem Estrady Młodych oraz nagrody specjalnej Festiwalu – zaproszenia do zagrania z orkiestrą symfoniczną podczas kolejnej edycji.
           - Tak, do Słupska będę miał okazję powrócić także w tym roku, bo zostałem zaproszony przez pana Jana Popisa, z którym mam kontakt od wielu lat, wielokrotnie mi doradzał i pomagał. W tym roku będę grał w Słupsku na fortepianie historycznym, co bardzo mnie cieszy.

           Długo można by było wymieniać konkursy w Polsce i za granicą, w których Pan uczestniczył i każde zwycięstwo było ważne.
           - To prawda, każdy był ważnym krokiem w moim rozwoju, bo każdy mobilizował mnie do pracy. Miałem też możliwość sprawdzenia się „pod napięciem”, bo konkurs jest już czymś innym niż zwykła praca w szkole, każdy stawiał wyżej poprzeczkę, a często po konkursach otrzymywałem zaproszenia do wykonania koncertów, nagrań i zdobywałem nowe doświadczenia.

           Kilkakrotnie spotykaliśmy się w Sanoku podczas Międzynarodowego Forum Pianistycznego „Bieszczady bez granic”.
           - Dzisiejszy recital w Filharmonii Podkarpackiej jest nagrodą, którą otrzymałem podczas ubiegłorocznego Forum.

           Miałam kiedyś w Sanoku okazję przysłuchiwać się Pana pracy z nieodżałowaną prof. Tatianą Shebanovą.
           - To prawda, chociaż po raz pierwszy spotkałem panią prof. Tatianę Shebanovą w Dusznikach-Zdroju podczas kursów, ale wtedy miałem lekcje z prof. Wiktorem Mierżanowem. Wkrótce spotkaliśmy się na lekcjach w Sanoku i dzięki temu trafiłem do klasy prof. Rumiancewej. Bardzo sobie cenię te spotkania z prof. Tatianą Shebanovą w Sanoku. W moim odczuciu była to bardzo dobra lekcja, bo Pani Profesor miała mnóstwo uwag i mówiąc prawdę, „wywróciła mi wszystko do góry nogami”. Ktoś mniej odporny mógłby się tym załamać, bo to była lekcja otwarta, przy publiczności. Ja uważam, że po to te lekcje są i im więcej uwag oraz nowych pomysłów przekazuje mi prowadzący profesor, tym lekcja jest lepsza. Była pani świadkiem lekcji, którą pamiętam do dzisiaj. Bardzo sobie cenię to doświadczenie, wiele zawdzięczam pani prof. Tatianie Shebanovej i wielka szkoda, że tak wcześnie odeszła.
           Chcę jeszcze podkreślić, że na różne kursy zacząłem wyjeżdżać już w wieku 11 lat i pracowałem pod kierunkiem wielu wybitnych mistrzów. Gdybym zaczął wyliczać, to lista kursów byłaby chyba o wiele dłuższa niż lista konkursów. Takie spotkania wiele dają, bo uczymy się, kiedy czynnie uczestniczymy w lekcji, ale także obserwując lekcje z innymi uczestnikami. Często się zdarza, że kilka osób gra ten sam utwór i jest okazja do porównania i dyskusji.

           Otrzymał Pan także niedawno podczas Forum w Sanoku Nagrodę Artystyczną Elżbiety i Krzysztofa Pendereckich.
           - Owszem, bardzo sobie ją cenię, bo to była bardzo istotna dla mnie pomoc finansowa.

           Wielu ludziom może się wydawać, że młodzi pianiści nie potrzebują takiego wsparcia finansowego niż inni instrumentaliści, bo zasiadają do fortepianu i grają, a jeżeli mają talent i ćwiczą, to sukcesy są prawie pewne. To nie jest prawda.
           - Ma pani rację. Ja doświadczyłem tego i nadal doświadczam. Powinna Pani jeszcze spytać moich Rodziców, ile to wszystko kosztowało. Rozmawiamy o konkursach i kursach, o tym, jak dużo one dają młodym muzykom, ale na każdy wyjazd na kurs czy konkurs potrzebne są pieniądze na podróż, pobyt, zapłacić wpisowe, itd.
           Największym wyzwaniem finansowym dla moich Rodziców były studia w Konserwatorium Moskiewskim, które są płatne, a do tego jeszcze muszę mieć pieniądze, aby tam mieszkać i żyć. Pomogło mi wiele osób z rodziny i zaprzyjaźnionych, a także pomagali mi pedagodzy i melomani, którzy nie są muzykami.            Otrzymywałem także różne stypendia artystyczne, ale są one różnej wielkości. W tym roku udało mi się uzyskać stypendium „Młoda Polska” i po wygranym konkursie jestem spokojniejszy o stronę finansową, ale nadal potrzebuję wsparcia rodziny i innych osób.

           Pianista, który stawia na karierę solową, musi być człowiekiem bardzo zdyscyplinowanym, bo pracuje w samotności.
           - To prawda, z tą samotnością trzeba się zmierzyć, bo dotyczy to zarówno pracy, jak i faktu, że będąc na scenie solo, sam sobie muszę poradzić ze stresem i zazwyczaj podróżuję sam. Występując z orkiestrami gra się o wiele lepiej niż samemu, ale jest tak tylko wówczas, kiedy wszyscy muzycy uczestniczący w koncercie pilnie słuchają się nawzajem, są zaangażowani i są gotowi pracować. Myślę, że najtrudniejszą formą grania razem jest kameralistyka. Trzeba czuwać nad wszystkim, bo często fortepian jest instrumentem łączącym wszystko w jedną całość, nadaje rytm, musi kontrolować balans. Swoją partię pianista musi mieć tak dobrze opanowaną, bo nie ma czasu o niej myśleć, bo trzeba bardzo dobrze słuchać pozostałych muzyków. Jest to bardzo wymagająca, ale także inspirująca forma muzykowania.

            Cały czas trzeba także pracować nad nowym repertuarem.
            - Trzeba przez cały czas budować szeroki repertuar. Fakt, że wygrałem Konkurs Chopinowski wcale nie oznacza, że gram tylko Chopina. Owszem, zdarzają się takie koncerty jak dzisiaj, ale staram się grać szeroki repertuar. Dotyczy to także klawesynu i historycznych fortepianów.
            Mam w repertuarze wiele bardzo ciekawych utworów – od epoki renesansu do współczesności. Ogromną przyjemność sprawia mi wykonywanie utworów kompozytorów zapomnianych, a jest ich wiele.

           Gra Pan dużo muzyki polskiej?
           - Staram się, od dość dawna wykonuję sporo utworów Szymanowskiego, staram się grać dużo utworów kompozytorów, którzy żyli i działali w czasach Chopina, a także muzyki nowszej – utwory Wojciecha Kilara, Pawła Szymańskiego i wielu innych twórców. Nie powiem, że muzyka polska stanowi przytłaczającą większość mojego repertuaru, ale ciągle się ta ilość powiększa.

           Wspominał Pan o szerokich zainteresowaniach dotyczących instrumentów klawiszowych i repertuaru. Które z nich są najbliższe Pana sercu?
           - To zależy od dnia (śmiech). W tej chwili najpewniej mogę się poczuć, grając na fortepianie XIX-wiecznym i współczesnym. Z dużą pokorą podchodzę zarówno do klawesynu, jak i fortepianów młoteczkowych. Mam już pewne doświadczenie i trochę studiów za sobą z tej dziedziny, ale mam także świadomość, że jeszcze wiele pracy przede mną. Często zasiadając przy klawesynie jestem tak zafascynowany tym instrumentem, że nie chce mi się nawet myśleć o innych. Mam także wielką przyjemność z grania dla siebie, bo niewielkie klawesyny, klawikordy czy szpinety mają to do siebie, że to są instrumenty stworzone tak naprawdę do grania dla siebie. Najlepiej brzmią w niewielkich pomieszczeniach. Granie dla siebie albo kilku osób daje zupełnie inna satysfakcję niż granie w salach koncertowych. To bardzo intymna i osobista rozmowa. Ten rodzaj muzykowania bardzo mi się podoba.

           Czy ma Pan czas na odpoczynek, a jeżeli tak, to jak Pan odpoczywa?
           - Czasami trzeba odpocząć i robię to, co wiele ludzi na świecie. Czasami lubię coś obejrzeć, poczytać literaturę o tematyce popularnonaukowej, interesuje mnie kosmonautyka, lotnictwo. Bardzo też lubię chodzić, jeśli mogę to przemieszczam się i spaceruję, bo zawsze mogę sobie w tym czasie coś przemyśleć, czegoś posłuchać.

          Mam nadzieję, że będzie okazja do kolejnych spotkań i jeszcze raz dziękuję za wspaniały recital oraz za czas, który mi Pan poświęcił.
          - Ja również bardzo dziękuję za miłe słowa i za spotkanie.

Z panem Tomaszem Ritterem – młodym polskim pianistą, zwycięzcą I Międzynarodowego Konkursu Chopinowskiego na Instrumentach Historycznych rozmawiała Zofia Stopińska 21 lutego 2019 roku w Rzeszowie

Z Piotrem Pławnerem nie tylko o koncercie w Filharmonii Podkarpackiej

           8 marca 2019 roku Filharmonia Podkarpacka zaprasza na koncert abonamentowy, który wypełnią dwa utwory: II Koncert skrzypcowy „The American Four Seasons” Philipa Glassa i VI Symfonia C-dur Franza Schuberta. W roli solisty i dyrygenta zobaczymy i usłyszymy Piotra Pławnera, jednego z najwybitniejszych i najbardziej kreatywnych skrzypków swojej generacji.
Rozmowa z Panem Piotrem Pławnerem zarejestrowana została w czwartek po próbie.

           Zofia Stopińska: Przyznam się, że z wielką niecierpliwością oczekuję szczególnie utwór Philipa Glassa, który możemy z pewnością polecić także szerokiemu gronu melomanów.
          Piotr Pławner: Jak najbardziej możemy polecić. Utwory tego kompozytora mam w programie od kilku lat, a są to obydwa koncerty skrzypcowe oraz Sonata skrzypcowa. Ostatnia płyta, którą nagrałem dla wytwórni Naxos, a ukaże się w grudniu, to są właśnie kompozycje Philipa Glassa – II Koncert skrzypcowy z orkiestrą oraz Sonata z towarzyszeniem fortepianu.
Mam nadzieję, że ten Koncert skrzypcowy zainteresuje publiczność. Z doświadczenia wiem, że na koncerty z utworami Glassa przychodzi dużo ludzi młodych, bo jest to kompozytor modny. Jest to muzyka minimalistyczna, w której powtarzane są często pewne krótkie motywy muzyczne i dzięki tym powtórzeniom słuchacz wpada w pewien stan medytacji. Mówię o tej medytacji celowo, ponieważ Philip Glass skomponował I Koncert skrzypcowy pod wpływem swojej podróży do Tybetu.
Philip Glass jest buddystą i medytacyjną muzykę łatwo jest usłyszeć we wszystkich wolnych częściach jego utworów. Warto wówczas oddać się tej narracji, wyłączyć całkowicie swoje myślenie i znaleźć się na innej planecie.
II Koncert skrzypcowy jest bardzo rozbudowany, bo właściwie składa się z ośmiu części – cztery z nich są krótsze, przeznaczone dla solisty i napisane zostały przez Glassa jako pieśni oraz cztery części dłuższe, z towarzyszeniem orkiestry. Dla wszystkich będzie to nowe doświadczenie, bo z tego co wiem, utwór po raz pierwszy będzie wykonywany w Rzeszowie.

          Nie po raz pierwszy występuje Pan w Rzeszowie w roli dyrygenta, czyżby powoli zmieniał Pan smyczek na batutę?
          - Nie mam takich zamiarów. Ta batuta pojawia się, kiedy jestem skrzypkiem-solistą w pierwszej części i najczęściej wykonujemy utwory, które można wykonać bez dyrygenta, a w drugiej części pojawia się zazwyczaj symfonia. Staram się koncentrować na utworach, które są troszeczkę rzadziej grywane przez orkiestry symfoniczne. U nas praktykuje się wykonawstwo symfonii Czajkowskiego, Rachmaninowa, Dvořaka, a zapominamy troszeczkę o Schubercie i Mozarcie. To są kompozytorzy od których orkiestra symfoniczna powinna zacząć pracę, bo jestem przekonany, że powinno się budować fundamenty na klasyce i powinno być jej w programach trochę więcej, a później dopiero sięgać po Symfonię „Z Nowego Świata” Dvořaka czy V Symfonię Czajkowskiego. Nie chcę przez to powiedzieć, że V Symfonię Czajkowskiego jest łatwiej zagrać, ale jest to muzyka, w której możemy czuć się bardziej swobodni. Zdobywamy publiczność grając te wielkie symfonie, natomiast zapominamy o Schubercie czy o innych symfoniach, podczas przygotowania których zaczynamy pracę nad artykulacją i wieloma innymi podstawowymi umiejętnościami orkiestr. Jako smyczkowiec mam wystarczający bagaż doświadczeń, aby pomóc orkiestrom w tym zakresie.
Gram także dużo muzyki kameralnej, a symfonie Schuberta są muzyką kameralną w formie symfonicznej, bo jak się patrzy na relacje pomiędzy poszczególnymi instrumentami, również dętymi, a smyczkami, to widzimy, że jest to rodzaj muzyki kameralnej.
Nie chcę zostać tylko dyrygentem, natomiast pociąga mnie praca nad koncertami, w których najpierw występuję jako solista, a w drugiej połowie jestem dyrygentem.

           Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Podkarpackiej występuje najczęściej z dyrygentem. Praca z solistą, który równocześnie kieruje orkiestrą, wymaga od muzyków innego skupienia i uwagi.
          - Owszem, jest to trochę inna praca, zresztą wiele razy spotkałem się z opiniami muzyków, że ja pracuję w zupełnie inny sposób. Staram się zawsze pracować w sposób, który uważam za właściwy, może koncentruję się trochę na innych zagadnieniach. Wydaje mi się, że od czasu do czasu każdej orkiestrze taka współpraca z muzykiem-smyczkowcem na pewno nie zaszkodzi, a często pomoże.

          Pana działalność zazwyczaj toczyła się w kilku nurtach i ciekawa jestem, czy nadal tak jest, czy jest Pan aktualnie także solistą, kameralistą, od czasu do czasu dyrygentem oraz pedagogiem. Był czas, że prowadził Pan intensywną działalność pedagogiczną.
          - Owszem, działalność pedagogiczna była intensywna, ale od kilku lat już nie uczę i podjąłem tę decyzję w sposób świadomy. Kolidowało to z moimi podróżami i nie miałem w ogóle czasu dla mojej rodziny. Nie byłem w stanie udźwignąć tego wszystkiego od strony fizycznej. Dlatego koncentruję się teraz wyłącznie na działalności artystycznej, która także jest bardzo różnorodna, bo występuję jako solista, od czasu do czasu dyryguję, gram dużo muzyki kameralnej i cały czas jestem prymariuszem zespołu „I Salonisti”, z którym wykonujemy również projekty z inną muzyką, m.in. filmową.
Niedawno po raz pierwszy wykonałem z orkiestrą fragmenty muzyki z „Listy Schindlera” Johna Williamsa.
Z gatunku muzyki kameralnej w tym roku ukaże się płyta z dwoma kwartetami Stanisława Moniuszki oraz z Kwintetem fortepianowym Juliusza Zarębskiego. Ukaże się, wspomniana już, płyta z utworami Philipa Glassa. W ubiegłym roku w sierpniu wyszła płyta (również wydana w Niemczech) „Miniatura skrzypcowa” z utworami Paderewskiego, Statkowskiego, Zarębskiego, Zarzyckiego, Młynarskiego. Są to utwory mniej znane, bo przykładowo często w szkołach gra się „Krakowiaka” Romana Statkowskiego, ale nikt nie gra pozostałych jego utworów, a skomponował on pięć albo nawet sześć innych miniatur, które na tej płycie zostały uwzględnione. W przerwie koncertu płyta ta będzie dostępna, bo przywiozłem ze sobą troszkę więcej egzemplarzy.

          Trzy, a może już nawet cztery lata temu został Pan odznaczony za promowanie muzyki polskiej i to zmotywowało Pana do wielu działań w tym zakresie.
          - To prawda, mam w domu Medal Gloria Artis za promowanie polskiej muzyki, a chcę powiedzieć, że ostatnio bardzo aktywną stroną w promowaniu polskiej muzyki okazała się strona niemiecka. Próbowałem wydać wspomnianą przed chwilą płytę w Polsce i zawsze były jakieś trudności – albo nie było wystarczających finansów, albo nie było zainteresowania, a współpracuję dosyć blisko z Radiem Niemieckim w Berlinie. Przed laty nagrałem dla nich wszystkie utwory Grażyny Bacewicz na skrzypce i fortepian oraz wszystkie utwory solowe, a teraz utrwaliłem wspomniane miniatury w Radiu Niemieckim, wydane przez wytwórnię płytową Hänssler, a kwartety Moniuszki i Kwintet Zarębskiego zostaną wydane również przez niemiecką firmę Classic Production Osnabrück. Bardzo się cieszę, że udało się to zrealizować w Roku Moniuszkowskim.
Dyrektor firmy zapytał mnie już, jakie następne nagranie muzyki polskiej będziemy realizować, co oznacza, że są bardzo zainteresowani kontynuacją tej współpracy.
Chcę także powiedzieć, że w listopadzie grałem w pięknej Elbphilharmonie w Hamburgu, gdzie z tamtejszą orkiestrą wykonaliśmy Koncert skrzypcowy Panufnika i został on wspaniale przyjęty przez publiczność.

          Koncertuje Pan także w Polsce. Ciekawa jestem, jaka to jest część Pana działalności koncertowej.
           - Jest to dosyć istotna część mojej działalności. Staram się jak najczęściej występować w Polsce i zdarza się to pięć albo sześć razy w roku, ale nie wiem, jak to będzie wyglądało w następnych latach. Nie zamierzam być rzadziej, ale związałem się z agencją, która zajmuje się promowaniem mnie i planowaniem wszystkich koncertów poza Polską. Plany są imponujące, ale będę chciał jak najczęściej występować w Polsce. Nie zapomnę także o Rzeszowie, ponieważ bardzo lubię pracować z Orkiestrą Filharmonii Podkarpackiej i mogę zdradzić, że mamy już jakieś wspólne plany dotyczące przyszłości.

          Czekamy na realizację tych planów, a przede wszystkim czekamy na jutrzejszy koncert. Jest Pan w Rzeszowie artystą zawsze oczekiwanym.
          - Mam nadzieję, że Philip Glass przyciągnie dużo publiczności. Serdecznie Państwa zapraszam, bo naprawdę warto posłuchać tej muzyki – Glass tworzy muzykę tonalną, bardzo przyjemną i pozytywnie nastawiającą.

Z Panem Piotrem Pławnerem - jednym z najwybitniejszych i najbardziej kreatywnych skrzypków swojej generacji rozmawiała Zofia St6opińska 7 marca 2019 roku w Rzeszowie.

Piotr Paleczny zachwycił jarosławską publiczność

           Drugi koncert, który odbył się 5 marca 2019 roku w sali Zespołu Szkół Muzycznych w Jarosławiu w ramach VIII Dni Muzyki Fortepianowej im. Marii Turzańskiej, z pewnością na długo pozostanie w pamięci wszystkich, którzy go wysłuchali. Piotr Paleczny, jeden z najlepszych pianistów naszych czasów, wystąpił z recitalem i zachwycił publiczność wspaniałymi kreacjami utworów Fryderyka Chopina.          Program koncertu stanowił także bardzo interesującą, przemyślaną kompozycję. Bo rozpoczął go znany wszystkim Polonez A-dur op. 40 nr 1, a później zabrzmiały kolejno: Scherzo h-moll op. 20 (z cytatem kolędy „Lulajże Jezuniu”), Scherzo b-moll op. 31, Preludium h-moll op.28 nr 6, Preludium Des-dur op.28 nr 15 („Deszczowe”), Fantazja f-moll op. 49, a na finał planowanej części koncertu zabrzmiał Polonez As-dur op. 53. Po tym utworze publiczność natychmiast powstała z miejsc, długo i gorąco oklaskując Mistrza, który na bis wykonał Nokturn cis-moll op.posth., po którym znowu była długa i gorąca owacja na stojąco.
Bardzo interesujące, przybliżające publiczności utwory oraz sylwetkę wykonawcy, były komentarze pana Bogusława Pawlaka.
Po koncercie trochę czasu zajęły Mistrzowi Palecznemu spotkania z publicznością, a później mógł kilkanaście minut poświęcić czytelnikom „Klasyki na Podkarpaciu” i sądzę, że z zainteresowaniem przeczytają Państwo tę rozmowę.

           Zofia Stopińska: Ciekawa jestem, jak udało się organizatorom zaprosić Pana do niewielkiego Jarosławia, w którym jest Pan po raz pierwszy, w niedogodnym dla Pana terminie.
          Piotr Paleczny: Termin był dramatycznie niedogodny i nigdy w życiu nie zdarzyło mi się coś takiego zrobić. Byłem we Włoszech, później wstąpiłem na jedną noc do Warszawy i następnego dnia rano leciałem do Stanów Zjednoczonych i po przylocie, następnego dnia, miałem koncert. Ostatnie dwa tygodnie, a szczególnie ostatnie dni będę długo pamiętał nie tylko dlatego, że wystąpiłem po raz pierwszy w tym mieście i w tej sali. To, co zobaczyłem w czasie ostatnich godzin, zrobiło na mnie bardzo mocne, bardzo pozytywne wrażenie. Budynek Szkoły Muzycznej w Jarosławiu i sala koncertowa – absolutnie się nie spodziewałem takich dobrych warunków, które tutaj są. Nie sądziłem, że będę grał na znakomitym, koncertowym i stosunkowo nowym Steinway’u . Widzę, że Szkoła jest niezwykle zadbana, jest sporo sal dydaktycznych i można byłoby jeszcze sporo zalet tego miejsca wymienić. Podkreślę jeszcze, iż to, że jestem tutaj, zawdzięczam temu miłemu Panu, który siedzi obok nas, bo miałem bardzo dużo wątpliwości, czy fizycznie dam radę, czy mogę się podjąć takiego zadania, a przyczyną tego była bardzo prozaiczna historia, bo mimo, że bardzo dużo podróżuję, szczerze mówiąc, „wyleciało mi z głowy”, że lecąc ze Stanów Zjednoczonych do Europy tracę dzień i byłem przekonany, że będę miał jeden dzień między przylotem a dzisiejszym koncertem. Okazało się, że tego dnia nie mam i dziękuję przyjacielowi, który podjął się kierowania samochodem, żeby mnie tu przywieźć, bo byłem bardzo zmęczony lotem i nie wyobrażałem sobie, że mógłbym prawie czterysta kilometrów prowadzić samochód i chwilę później dać recital. Ten Pan jest współautorem mojego koncertu w Jarosławiu (śmiech).

           Podczas koncertu, przybliżający nam utwory i Pana sylwetkę, pan Bogusław Pawlak podkreślał, że duży wpływ na kształtowanie Pana osobowości artystycznej miał Pana pedagog, prof. Jan Ekier, ale ważne były także możliwości kontaktu z innymi wielkimi mistrzami – Arturem Rubinsteinem i Witoldem Lutosławskim.
           - Jeśli chodzi o artystyczną osobowość, to ukształtował mnie niewątpliwie prof. Jan Ekier, ale ja nie jestem pianistycznym tworem takim, jak dzisiaj są młodzi pianiści, którzy mają swojego pedagoga, ale w „międzyczasie” mają zajęcia u różnych profesorów z całego świata. Mają te możliwości, których ja nie miałem w czasach, kiedy byłem studentem. Oni mając paszporty, mogą pojechać na kursy mistrzowskie do Paryża, Londynu lub innego miasta. Starczy, że rodzice wpłacą pewną kwotę i młody pianista może mieć kontakt z wybitnym pedagogiem, którego na co dzień nie ma szans poznać.
          Ja miałem tylko troje pedagogów. To była pani Maria Kowalska w Rybniku, która spełniła bardzo ważna rolę, bo dzięki niej pokochałem muzykę i piękny instrument, jakim jest fortepian. Później uczył mnie prof. Karol Szafranek, który doprowadził mnie do matury i bardzo dużo mnie nauczył. W jego klasie uczyła się wcześniej pani Lidia Grychtołówna, uczył się również pan Adam Makowicz, z którym wspólnie występowaliśmy, będąc uczniami tej samej szkoły muzycznej, a on był wówczas pianistą klasycznym. To była szkoła, która bardzo wiele mi dała i jej absolwentami było wielu wybitnych muzyków, z Henrykiem Mikołajem Góreckim na czele.
Trzecim moim pedagogiem był prof. Jan Ekier i innych stałych nie było.
           Pytała pani o Artura Rubinsteina – miałem okazję grać dla niego i być wokół niego, a tydzień spędzony w jego willi był ogromnym przeżyciem, które będę pamiętał do końca życia. Na przykład jego uwagi na temat mojego Brahmsa, którego on pokochał, a skrytykował mnie za poloneza Chopina, mówiąc, że gram go za szybko. Ja byłem wtedy jeszcze młodzieńcem, któremu imponowało tempo, że może grać bardzo szybko. Dostało mi się wówczas trochę od Mistrza Rubinsteina.
           Natomiast Witolda Lutosławskiego poznałem znacznie później i był to zbieg okoliczności. Dzięki usilnym prośbom Krystiana Zimermana, który napisał do mnie list i dołączył partyturę Koncertu fortepianowego Witolda Lutosławskiego, twierdząc, że koniecznie muszę włączyć do repertuaru ten utwór. Zabrałem się do pracy nad utworem, a ponieważ pan Witold Lutosławski był wtedy moim sąsiadem i dlatego miałem na tyle odwagi, że zapukałem do jego drzwi i powiedziałem, że usiłuję się nauczyć jego koncertu i bardzo chciałbym, aby udzielił mi paru wskazówek. Tak się zaczęły moje wizyty u sąsiada Lutosławskiego i przy jego pomocy urodziła się moja interpretacja tego koncertu. Później wielokrotnie mieliśmy okazję wykonywać ten koncert za granicą.
            Niewątpliwie obcowanie z tego typu osobowościami, które są ikonami w historii muzyki, nie mogło przejść obojętnie i miało oraz ma na pewno wielki wpływ na dalszą moją działalność.

            Pomimo wielu trudności związanych z wyjazdami zagranicznymi, jest Pan laureatem bardzo ważnych międzynarodowych konkursów pianistycznych, które odbyły się w Sofii (1968), Monachium (1969), Warszawie (1970), Pleven (1971) i Bordeaux (1972).
           Obserwując Pana działalność artystyczną, pedagogiczną i organizatorską, zauważyłam, że bardzo się Pan angażuje w pomoc młodym utalentowanym pianistom. Wspomina Pan o nich po konkursach, zaprasza ich Pan na koncerty – trudno przecenić taką pomoc, bo dzisiaj wcale nie jest łatwiej zrobić karierę niż czterdzieści lat temu.
            - Ja mam pełną świadomość tego, co robię i dlaczego to robię. W czasach mojej młodości, żeby wyjechać na konkurs do Monachium (zostałem laureatem tego konkursu), to już nie pamiętam, ile podań musiałem napisać, specjalna komisja wysłuchała całego mojego programu, Ministerstwo Kultury musiało przystawić swoją pieczęć i wyrazić zgodę na mój udział w zagranicznym konkursie. Dopiero na podstawie tej zgody mogłem pójść do biura paszportowego i otrzymując paszport, pojechać na konkurs. Bardzo wielu młodych pianistów nie wyobraża sobie nawet, o ile to było trudniej i nie doceniają faktu, że im łatwiej jest zabłysnąć dzięki wyjazdom i różnym zagranicznym kontaktom.

           Udział w Konkursie Chopinowskim chyba znacznie ułatwił Panu zagraniczne podróże.
           - Oczywiście, że po Konkursie Chopinowskim wszystko uległo zmianie. To jest ewenementem, że laureaci tego konkursu – nawet nie zwycięzcy, stają się z dnia na dzień niezwykle popularni i są jakby znacznie lepszymi pianistami, niż byli dzień przed otrzymaniem tej nagrody. Publiczność nagle widzi, że pianista, który wczoraj jeszcze nie był laureatem, dzisiaj, kiedy nim zostaje, jest już dziesięciokrotnie lepszym pianistą. Prawdę mówiąc, jest to nieporozumienie, ale na szczęście profesjonaliści podchodzą do tego w nieco inny sposób i rozróżniają, co jest autentyczną wartością, a co jest chwilowym zwycięstwem na konkursie, gdzie konkuruje się z 50 czy 80 innymi pianistami.
           Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny im. Fryderyka Chopina w Warszawie jest według mnie najważniejszym konkursem, który kreuje kariery pianistów, którzy mają co najmniej na dwa lata zapewnioną popularność i sukcesy artystyczne, a dopiero później okazuje się, kto z nich jest nadal zapraszany i występuje na światowych estradach.
            Po konkursie nie ma już tak dużo czasu na ćwiczenie, bo laureat ma bardzo dużo propozycji, występuje prawie w każdym tygodniu i podczas każdego koncertu musi się na 100% sprawdzić. Jeśli po jakimś czasie ten procent zacznie się obniżać, to jego popularność także maleje, bo czekają następni laureaci. Takie jest życie.
Ja mam pełną świadomość, że moim obowiązkiem jest pomagać tym młodym na tyle, na ile jest to możliwe i na tyle, na ile mogę.
            Ja czuję się już artystycznie spełniony i mam pełną świadomość, że moim głównym zadaniem, oprócz sfery pedagogicznej, kursów mistrzowskich i wielu koncertów, jest pomoc młodym pianistom. Mam takie możliwości będąc dyrektorem artystycznym najstarszego na świecie festiwali pianistycznego – Międzynarodowego Festiwalu Chopinowskiego w Dusznikach-Zdroju. Mniej więcej połowa zaproszonych do Dusznik artystów, to są młodzi, wybitnie utalentowani pianiści, którzy niejednokrotnie grają podczas tego Festiwalu znacznie lepiej niż utytułowani artyści, którzy często „odcinają kolejne kupony” od swojej dawnej wielkiej sławy.
           Kiedyś Beethoven powiedział, że „granie bez pasji jest zbrodnią”, a u młodych bardzo zdolnych ja widzę tę pasję. Widzę, jak wiele chcą koniecznie przekazać, a jednocześnie zdają sobie sprawę z tego, że są na początku i walczą o swoje życie artystyczne.

           Jest już późno i najwyższa pora na odpoczynek po tych podróżach i koncercie. Kończymy tę rozmowę z nadzieją, że Pana liczne podróże artystyczne we wszystkich kierunkach będą planowane tak, że znajdzie się także czas na odpoczynek. Sądzę, że jutro wyjedzie Pan z bardzo dobrymi wrażeniami z pięknego Jarosławia i nie będziemy na Pana czekać tak długo, jak tym razem, bo na Podkarpaciu nie występował Pan chyba ponad 10 lat.
            - O tym, jak często będę tutaj grał, decydują organizatorzy życia muzycznego, którzy mnie zapraszają albo nie. Może taka przerwa była potrzebna, bo dzisiaj sala była pełna i zostałem wspaniale przyjęty przez gospodarzy i publiczność. Myślę, że jak nie ma mnie w jakimś regionie kilka lat, to bardzo dobrze. Muszę tylko solidnie pracować, aby za kilka lat równie dobrze się zaprezentować, a w międzyczasie będąc wśród publiczności, chętnie bym poznał tych młodych, którzy chcą i bardzo do tego dążą, żeby się pokazać z jak najlepszej strony.

Z prof. Piotrem Palecznym, jednym z najwybitniejszych polskich pianistów rozmawiała Zofia Stopińska 5 marca 2019 roku w Jarosławiu.

Śpiewanie jest moją pasją

           Raz na kilka tygodni udaje mi się realizować wywiad z cyklu „Z Podkarpacia w świat...”, w którym przybliżam Państwu sylwetki muzyków, którzy pochodzą z tego pięknego regionu i tutaj rozpoczynali swoją przygodę z muzyką. Później wyjechali na studia, a po ich ukończeniu związali się z różnymi ośrodkami muzycznymi w kraju lub za granicą.
Tym razem zapraszam Państwa na spotkanie z panią Iwoną Leśniowską-Lubowicz, świetną śpiewaczką, solistką Polskiej Opery Królewskiej w Warszawie.

          Zofia Stopińska: Trochę czasu upłynęło, zanim znalazłyśmy dogodny czas na to spotkanie, bo umawiałyśmy się kilka miesięcy temu w Rzeszowie, po spektaklu „Wesele Figara” Wolfganga Amadeusza Mozarta w wykonaniu artystów Polskiej Opery Królewskiej w Filharmonii Podkarpackiej.
Idąc na to spotkanie zastanawiałam się, kiedy i gdzie rozpoczynała Pani muzyczną edukację.
          Iwona Leśniowska Lubowicz: Urodziłam się i dorastałam w Kolbuszowej niedaleko Rzeszowa i tam też zaczynałam swoją przygodę z muzyką od nauki gry na fortepianie. Przez pierwsze lata uczęszczałam do Ogniska Muzycznego w Kolbuszowej, bo nie było jeszcze tam szkoły muzycznej.
           Później zapadła decyzja, że będę kontynuować naukę gry na fortepianie i wybrałam Liceum Muzyczne w Rzeszowie. Najpierw rozpoczęłam naukę na wydziale rytmiki, ale po dwóch latach chciałam, oprócz rytmiki, równolegle uczyć się na wydziale instrumentalnym w klasie fortepianu.
Nie wiem, z jakich powodów musiałam wybrać jeden kierunek i wybrałam fortepian, kończąc go w klasie pana Mikołaja Piatikowa. Równocześnie ukończyłam Państwową Szkołę Muzyczną II stopnia w klasie śpiewu pani Anny Budzińskiej.

           Postawiła Pani na swoim kończąc dwa kierunki, ale w jaki sposób trafiła Pani do klasy śpiewu?
           - Z naszą wychowawczynią panią Martą Tyczyńską wyjeżdżaliśmy często na różne wycieczki, które połączone były z różnymi koncertami, podczas których śpiewałam. Pani Marta Tyczyńska stwierdziła, że pięknie śpiewam i obiecała, że postara się, abym mogła rozwijać się także w tym kierunku. Najpierw uczęszczałam wyłącznie na lekcje śpiewu u pani Anny Budzińskiej, która mną się zaopiekowała i wkrótce stwierdziłyśmy, że będę eksternistycznie uczyć się w klasie śpiewu. Regularnie uczęszczałam na lekcje śpiewu, a pozostałych przedmiotów uczyłam się sama i zaliczałam je w wyznaczonych terminach.
Chcę podkreślić, że miałam i mam szczęście do dobrych ludzi w moim życiu muzycznym.

           Plany się zmieniły, nie została Pani rytmiczką, nie kontynuowała Pani studiów w klasie fortepianu, natomiast rozpoczęła Pani studia na Wydziale Wokalno-Aktorskim Akademii Muzycznej we Wrocławiu w klasie prof. Christiana Elβnera.
           - Tak się stało i nawet żartowano ze mnie, że wybrałam śpiew z lenistwa. Może było w tym ziarenko prawdy, ponieważ pianiści, podobnie jak inni instrumentaliści, muszą bardzo dużo ćwiczyć, natomiast śpiewak musi być wypoczęty i wyspany, bo głos zawsze musi brzmieć świeżo. Prawda jest taka, że już wcześniej zafascynował mnie śpiew, chciałam się w tym kierunku rozwijać i ukończyłam studia w klasie prof. Christiana Elβnera.

           Po ukończeniu studiów w Akademii Muzycznej we Wrocławiu, postanowiła Pani kontynuować naukę w Niemczech.
           - Wyjechałam na studia podyplomowe i najpierw uczyłam się w Hochschule für Musik Köln. Tam jako zespół złożony z trzech osób studiowaliśmy w klasie muzyki dawnej – Kammermusik für Alte Musik w klasie prof. Konrada Junghänela, a później równolegle zaczęłam jeszcze studia podyplomowe w klasie śpiewu solowego – Aufbaustudium zakończony Konzertexammen u pani prof. Barbary Schlick, która jest nie tylko wybitną śpiewaczką, ale także wspaniałym pedagogiem i człowiekiem.

           W Niemczech pozostała Pani jeszcze dość długo.
           - Później zaśpiewałam przesłuchanie do Deutsche Oper am Rhein w Düsseldorfie, gdzie zostałam solistką i być może śpiewałabym tam do tej pory, gdyby nie olbrzymia chęć powrotu do Polski. Nie stało się to z dnia na dzień, bo chciałam mieć pewność, że będę miała do czego wracać.
           Przyjechałam do Warszawy na przesłuchania do Warszawskiej Opery Kameralnej, którą kierował wówczas pan Stefan Sutkowski. Było to bardzo trudne przesłuchanie, bo miałam przygotowanych siedem arii i sądziłam, że pan Dyrektor wybierze dwie, może trzy z nich. Kiedy zapytałam, które arie mam zaśpiewać, otrzymałam odpowiedź – wszystkie.
Zaśpiewałam wszystkie, po czym usłyszałam historyczne słowa pana Stefana Sutkowskiego: „Witamy w rodzinie”, co oznaczało, że przyjmuje mnie do grona solistów Warszawskiej Opery Kameralnej. Zapytał także, kiedy mogę rozpocząć pracę.
           To przesłuchanie odbywało się w październiku, a ja do końca sezonu związana byłam umową w Düsseldorfie i mogłam podjąć pracę w Warszawie dopiero w przyszłym sezonie. Pan Dyrektor powiedział, żebym się nie martwiła, bo będzie czekał na mnie i mam zapewnioną pracę od przyszłego sezonu. I tak też było.

           Chyba wiele pięknych lat przeżyła Pani w Warszawskiej Operze Kameralnej.
            - Tak, to były piękne lata, bo Warszawska Opera Kameralna to był wyjątkowy teatr. Trochę smutno mówić o nim w czasie przeszłym, tak naprawdę ten teatr istnieje dalej, ale już bez tych wspaniałych, wyjątkowych osób. Taki teatr tworzą bowiem ludzie, a nie miejsce.
Będąc solistką Warszawskiej Opery Kameralnej, zaśpiewałam tam wiele ciekawych ról, które musiałabym długo wymieniać. Wiele także zmieniło się w moim życiu osobistym i wszystko potoczyło się w dobrym kierunku.

           Na szczęście z wieloma wspaniałymi osobami znalazła się Pani w Zespole Polskiej Opery Królewskiej.
           - To prawda, teraz jestem solistką Polskiej Opery Królewskiej.

           Kilka lat temu spotkałyśmy się podczas Muzycznego Festiwalu w Łańcucie i wówczas śpiewała Pani w zespole Opery i Filharmonii Podlaskiej.
           - Będąc śpiewaczką, staram się nie ograniczać swojej działalności do jednej instytucji, chociaż to wszystko muszę dokładnie planować, bo trzeba dużo czasu poświęcić także dzieciom, ale staram się również wyjeżdżać i współpracować z innymi instytucjami muzycznymi. Są to zarówno teatry operowe, jak i filharmonie.

           Wiem, że jest Pani mistrzynią w zakresie planowania czasu, bo obowiązków jest bardzo dużo. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że jest Pani głową Rodziny Lubowiczów (śmiech).
           - Trochę tak jest, bo mąż jest bardzo zajęty, ma wiele obowiązków i ciągle się rozwija, a ja staram się go wspierać, jak mogę i mam nadzieję, że mi się to udaje. Muszę panować nad wszystkim, co wiąże się z domowymi obowiązkami i moją pracą zawodową.

           Pani mąż jest kierownikiem muzycznym Teatru Muzycznego „Roma”, czy chociaż czasami występuje Pani w tym Teatrze?
           - Nie, bo postanowiliśmy, że będziemy to rozgraniczać. Jesteśmy rodziną i mamy wspólny dom, w którym bardzo dobrze się czujemy, natomiast każde z nas ma swoją pracę. Zdarzyło mi się jedynie, że do spektaklu „Piloci”, do którego mąż Kuba razem z bratem Dawidem skomponowali muzykę, nagrałam ścieżkę muzyczną – jest to wokaliza, która za każdym razem (6-7 razy w tygodniu!) jest odtwarzana.

           W czasie tego sezonu ma Pani także wiele zobowiązań zawodowych.
           - Owszem, mam sporo pracy. Teraz, w sezonie chorobowym, żyję odo spektaklu do spektaklu czy koncertu, bo krążą różne wirusy, ale na razie dzieci nie chorują i mnie także nic nie dolega. Zdarza mi się nawet, że zastępuję chore koleżanki.

           Mają Państwo dwójkę wspaniałych dzieci. Czy one interesują się muzyką?
           - Niestety, interesują się (śmiech). Mają to w genach i trudno, żeby nie miały predyspozycji w kierunku muzyki. Nie chcę na razie mówić, że są utalentowane, prawdopodobnie są, ale talent do tylko część sukcesu. Starsza córka gra na skrzypcach i czwarty rok uczy się w szkole muzycznej I stopnia. Muszę przyznać, że robi postępy. Młodsza córka jest także muzycznie uzdolniona, ale nie jesteśmy rodzicami, którzy wymagają, żeby 3 czy 4 - letnie dziecko rozpoczynało naukę gry na instrumencie. Z pewnością przyjdzie na to czas.

           Czas szybko mija, spędziła Pani już na scenie sporo lat, ma Pani na swoim koncie wiele sukcesów i na pewno śpiewanie jest Pani pasją.
          - To prawda, za każdym razem, jak staję na scenie, to zawsze myślę, że to jest to, co chcę robić. Na pewno przed laty wybrałam bardzo dobrze.

           Nie wyobrażam sobie, aby muzyk, a przede wszystkim śpiewak, mógł dobrze wykonywać swój zawód bez pasji. Będąc na spektaklu recitalu czy koncercie, podziwiamy piękne głosy, urodę, grę aktorską i prezencję, ale nikt się nie zastanawia, ile czasu trzeba poświęcić na przygotowanie się do spektaklu czy koncertu. Nawet przed spektaklem trzeba przyjść do teatru dużo wcześniej.
           - To wszystko prawda. Do wspomnianego spektaklu „Wesele Figara” muszę być w teatrze co najmniej półtorej godziny przed rozpoczęciem, bo panie muszą mnie „zrobić” na panią młodą.
           Próby przed premierą trwają mniej więcej sześć tygodni, bo są to próby muzyczne, sceniczne, z orkiestrą i w kostiumach. Podczas spektaklu na scenie oglądają państwo końcowy efekt naszej pracy.

            W dzisiejszych czasach od śpiewaków wiele się wymaga. Oprócz tego, że trzeba pięknie śpiewać, trzeba zachwycać wyglądem. Czasy, kiedy spektakle operowe wystawiane były dość statycznie i wystarczyło, że soliści tylko pięknie śpiewali, już chyba bezpowrotnie minęły. Dzisiaj solista czy solistka musi być także dobrym aktorem.
           - Przed nami stawiane są trudne zadania aktorskie, do których musimy się bardzo dobrze przygotowywać. Trzeba wejść w postać i wiele się o niej dowiedzieć, dostosować się do koncepcji reżysera, to wymaga ogromu pracy.

            Czy często zdarza się Pani brać udział w różnych innowacyjnych pomysłach reżyserów, kiedy akcja przenoszona jest do innej epoki, zmieniane są kostiumy, a czasem nawet libretto.
            - Do tej pory nie brałam w takich spektaklach udziału. Zawsze miałam szczęście do reżyserów klasycznych i nie wiem, jak bym się odnalazła w nowoczesnej i zupełnie zmienionej reżyserii czy inscenizacji. Miałam taką przygodę, biorąc udział w wystawieniu opery komicznej „Pimpinone” Georga Philippa Telemanna. Opowiem tę historię, bo była dość zabawna. W środowisku wiejskim działa stowarzyszenie „Z muzyką do ludzi”, prowadzone przez panią, która jest muzykiem i postanowiła, że wystawi tę operę przy współudziale osób mieszkających w tej miejscowości, a dość istotny był udział straży pożarnej. Reżyser musiał dokonać pewnych zmian i zrobił to w bardzo zabawny sposób. Stroje szyły panie w miejscowym domu kultury, a moje zostały uszyte z gazet. Były przepiękne, ja miałam przepiękną z „plisowanych” gazet, a ponieważ pierwsza nie bardzo podobała się, to na uszycie drugiej poświęciły całą noc, ale efekt był wspaniały.

            Jak Pani dba o swój głos, aby brzmiał zawsze pięknie i świeżo? Na spotkanie przyszła Pani bez ciepłego szalika, czapki i solidnej kurtki (śmiech).
           - Może ma pani trochę racji, bo przyznam się, że chyba za mało dbam o swój głos, ale do tej pory mnie nie zawodzi. Staram się jednak robić to, co jest najważniejsze – wysypiać się. Dopóki nie miałam rodziny, to starałam się w dniu spektaklu wyspać się, nic albo niewiele mówić, zjeść porządny obiad i pójść do teatru. Teraz życie mnie sprowadziło na ziemię. Rano trzeba wstać i wysłać dzieci do przedszkola i do szkoły, później przygotować obiad, odrobić z córką lekcje, zawieźć ją do szkoły muzycznej, a dopiero po tym wszystkim udać się do teatru i stać się artystką.
To jest także piękny okres z życiu i nie zamieniłabym go za żadne skarby. Rola mamy jest cudowna.

            W najbliższym czasie możemy Panią oklaskiwać w Warszawie.
            - Tak, głównie w Polskiej Operze Królewskiej, najczęściej w roli Zuzanny w „Weselu Figara”, Dziewczyna – Zosia w „Widmach”, a także w koncertach oratoryjnych. Zapraszam serdecznie do Warszawy. Dosyć często także wyjeżdżamy i występujemy ze spektaklami, tak jak to było w Rzeszowie. Zawsze bardzo chętnie występuję na Podkarpaciu. W ubiegłym roku zdarzyło mi się wystąpić z koncertem w Przemyślu w ramach festiwalu „Salezjańskie Lato Muzyczne”, może niedługo znowu wystąpię w tamtych okolicach.

Z panią Iwoną Leśniowską-Lubowicz, znakomitą sopranistką, solistką Polskiej Opery Królewskiej rozmawiała Zofia Stopińska 27 lutego 2019 roku w Warszawie. 

 

         

Spotkanie w salonie muzycznym w Stalowej Woli

          Zofia Stopińska: Z Panem Arturem Jaroniem, świetnym pianistą, pedagogiem i organizatorem życia muzycznego, planowałam się spotkać kilka tygodni temu w Mielcu, ale nie mogłam wówczas pojechać na koncert, nie spotkaliśmy się także podczas XIV Międzynarodowego Forum Pianistycznego „Bieszczady bez granic” w Sanoku. Trzecie spotkanie doszło do skutku i w sobotni wieczór jesteśmy w Stalowej Woli w salonie muzycznym w domu pani Magdaleny Pamuły.
          Artur Jaroń: Cieszę się, że możemy się po raz kolejny spotkać. Ostatnio rozmawialiśmy w Rzeszowie, kiedy w Filharmonii Podkarpackiej grałem utwory George’a Gershwina z orkiestrą.
          Dzisiejszy wieczór i Stalowa Wola to czas i miejsce łączące kilka światów w jednym, bo tutaj w 1992 roku poznałem panią dyrektor Magdalenę Pamułę, kiedy przyjechałem z Orkiestrą Filharmonii Świętokrzyskiej i zmieściliśmy się z dużą orkiestrą w sali Państwowej Szkoły Muzycznej przed jej remontem. Pamiętam, że to było duże wyzwanie, zakończone sukcesem, natomiast od 1996 roku, ulegając czarowi Dyrekcji Szkoły Muzycznej, miałem przyjemność przez dziewięć lat pracować pod wspaniałymi skrzydłami mentorki i opiekunki – czyli pani Magdaleny Pamuły.
          Można śmiało powiedzieć, że nasza współpraca zaczęła się już w 1992 roku, bo kilkakrotnie gościłem w Stalowej Woli z koncertami, a później zaprosiłem swojego guru, mentora prof. Anatolija Kardaszewa, którego poznałem w Odessie w 1992 roku z rekomendacji wybitnego pianisty Aleksieja Botwinowa, który później również wielokrotnie gościł w Stalowej Woli. Byłem wówczas jeszcze dość młody i cały czas szukałem inspiracji, aby doskonalić swój warsztat pianistyczny, swoje horyzonty. Po koncercie, który miałem w Filharmonii w Odessie w listopadzie 1991 roku, Aleksiej Botwinow powiedział mi, że jego profesorem był Anatolij Kardaszew i doradził mi, żeby się z nim spotkać, bo z pewnością dostanę wszystko, czego oczekuję.
          Miałem już wówczas kontakty z prof. Wierą Gronostajewą, która reprezentuje typowo rosyjską szkołę pianistyczną, a studiowałem w Krakowie u prof. Ireny Sijałowej-Vogel, która była aspirantką Harry’ego Neuhausa i cały czas wokół tej szkoły pianistycznej się obracałem.
          W osobie prof. Anatolija Kardaszewa znalazłem nie tylko doskonałego pedagoga, ale również fantastycznego przyjaciela, można nawet powiedzieć, że był dla mnie drugim ojcem.

          Dzisiejszy wieczór poświęcony jest pamięci prof. Anatolija Kardaszewa.
          - Często nam się wydaje, że ludzie nam bliscy zawsze są. Profesor zawsze był, chociaż miał dużo kłopotów ze zdrowiem, nawet 10 lat temu wszyscy myśleli, że już nas opuści, a on walczył dzielnie, nie poddawał się i przez ostatnie lata rzeczywiście bardzo dbał o siebie i wszystko wskazywało na to, że jest w doskonałej formie. Rozmawiałem z Profesorem 5 grudnia 2018 roku, w dniu Jego 85. urodzin i byłem przekonany, że jeszcze długo będzie z nami. W tym wieku zdarza się jednak, że Pan Bóg gasi świeczkę jednym pociągnięciem. Profesor położył się spać i już się nie obudził. Zostawił po sobie całe pokolenia pianistów.
Dzięki temu, że miałem szczęście go poznać i wielokrotnie gościł w Stalowej Woli jako konsultant, jako członek jury Międzynarodowego Konkursu im. Janiny Garści, i tutaj „ogrywaliśmy” razem koncerty na dwa fortepiany, które przygotowywałem pod Jego kierunkiem, a tych koncertów było, jak policzyłem, około 20.
          Mogę powiedzieć, że w moim dorosłym pianistycznym życiu Profesor pełnił bardzo ważną rolę, ponieważ od strony czysto warsztatowej postawił moją pianistykę na światowym poziomie i dzięki niemu zrozumiałem, jak uczyć. Teraz to wszystko przekłada się na moich uczniów. Zawsze jak rozwiązujemy z uczniami jakieś problemy, czy jak słucham ich gry, albo sam jestem tuż po koncercie, myślę, co by powiedział Profesor, na co by zwrócił uwagę.
          Był człowiekiem, który nie lubił kompromisów, mówił to, co myśli od razu, a kiedy nic nie mówił, to wiedziałem, że nie jest dobrze i muszę się starać. Kiedy wydawało mi się, że jest dobrze, to on mówił zazwyczaj – „jak zagrasz to 20 razy pod rząd i nie pomylisz się, wszystko będzie tak jak trzeba, to możesz wtedy powiedzieć, że umiesz ten utwór”. Jakby nigdy nie było dość tej pracy.
          Profesor Anatolij Kardaszew należał do osób niezwykle skromnych. Można powiedzieć, że jego działalność koncertowa jako pianisty była w pewnym sensie na marginesie jego działalności pedagogicznej. Był niezwykle cenionym pedagogiem Konserwatorium Odesskiego i często spędzał tam całe dnie siedem dni w tygodniu. Żył tą pracą i gdyby mu ktoś nie pozwolił uczyć, to byłoby to największe dla niego nieszczęście.
Swoją pasja zarażał swoich uczniów. Pewnie dlatego również ja nie traktuję zawodu muzyka jako pracy, a jako pasję.
          Cieszę się, że mamy, jak ja to mówię, pełne koło kwintowe, bo jednym z moich wychowanków w Stalowej Woli jest Jacek Ciołczyk, który tutaj poznał Profesora podczas warsztatów i skończył w jego klasie Akademię Muzyczną w Odessie, a dzisiaj razem pracujemy w Kielcach.
Udało mi się namówić mojego wychowanka, żeby podjął pracę w szkole, którą od 15-tu lat kieruję i jest niezwykle lubianym, cenionym pedagogiem i akompaniatorem.
          Życie nie pozwoliło mi być na pogrzebie prof. Anatolija Kordaszewa, ale pojechał Jacek i reprezentował całe środowisko.
Dzisiaj wspominamy Profesora z wielkim wzruszeniem.

          Jest z nami wyśmienita pianistka Tatiana Szewczenko, także bardzo blisko z Profesorem związana.
           - Kiedy dzisiaj jechaliśmy do Stalowej Woli, Tatiana wyznała mi, że z Profesorem znali się bardzo dobrze 50 lat. To był związek bardzo uczuciowo, merytorycznie, duchowy, bo oprócz tego, że pani prof. Tatiana Szewczenko jest doskonałym pedagogiem i pianistka koncertującą – to Profesor zawsze był dla niej guru – tak samo jak dla nas wszystkich. Zawsze dla nas liczyło się ostatnie zdanie prof. Kardaszewa.

          Przyznam się, że ulegałam panującej w środowisku muzycznym opinii, że jest Pan wybitnym specjalistą w kreacjach utworów fortepianowych George’a Gershwina. Po dzisiejszym koncercie uważam, że byłam w błędzie.
          - Debussy to jest moja miłość. Zadecydował o tym przypadek, bo lubiłem jego muzykę już będąc uczniem szkoły muzycznej II stopnia, dzięki wycieczkom do Warszawy i Krakowa. Już wtedy moim ulubionym miejscem była księgarnia nutowa przy ulicy Nowy Świat albo na krakowskim Rynku. Kiedy dotykałem nut z utworami Debussy’ego czy Brahmsa, bardzo to przeżywałem. Podobnie było podczas studiów i to mi pozostało, bo później często zamawiałam nuty wartości nawet tysiąca złotych i później wielkie paczki przesyłano mi do domu. Dzisiaj mam poważną bibliotekę nutową i książkową również. Ja po prostu tym żyłem, to była moja pasja i do dzisiaj mi to pozostało.
           Jedną z takich ciekawostek była Fantazja na fortepian i orkiestrę Claude Debussy’ego, którą kupiłem w wydaniu Petersa. Było to bodajże w 1986 roku i kiedy w 1988 roku kończyłem studia w Krakowie, zastanawialiśmy się nad repertuarem na dyplom. Postanowiłem sięgnąć po coś, o czym w Krakowie nikt jeszcze nie pisał. Byłem już po lekturze książki „Światło księżyca” – troszkę z pogranicza beletrystyki i muzyki oraz fachowej książki o Debussym. Zacząłem słuchać jego muzyki, która mnie zafascynowała i napisałem pracę, jak ja widzę tę Fantazję, chociaż nie miałem jej jeszcze w repertuarze i nie znałem jej z nagrań, ale dokonałem dokładnej analizy utworu, posługując się jedynie wyobraźnią. Okazuje się, że taka kolejność – najpierw usłyszenie utworu w wyobraźni, sprawdza się. W obecnych czasach trudno to robić, bo prawie wszystko zostało już nagrane, często wiele razy.
          Pierwszym wykonawcą partii solowej Fantazji Debussy’ego, którego nagranie usłyszałem, był Aldo Chiccolini i okazało się, że intuicja mnie nie zawiodła. Do dzisiaj uważam, że to jest najlepszy odtwórca tego utworu. Mam inne nagrania, ale one do mnie nie przemawiają tak, jak to z Aldo Chiccolinim – niezwykle świeże i pełne radości.
          Pracowałem później nad tą Fantazją wspólnie z prof. Kardeszewem i wiele się jeszcze o tym utworze dowiedziałem. To jest miara jego geniuszu. Taki był system pracy z Profesorem, że nie wychodzi się na scenę, jeśli się nie zna swoich możliwości.
Jeśli tylko mam taką szansę, to korzystam z wieloletniej przyjaźni z panią Tatianą Szewczenko i gramy wspólnie sporo koncertów, m.in. „Karnawał zwierząt” czy Koncerty Bacha.
          Pracując z uczniami także staram się ich tak przygotować, aby jak najwięcej grali. Nieważne jest gdzie, nieważne jest, na jakim instrumencie i nieważne dla jakiej publiczności. Zawsze mamy ten sam cel – zmierzyć się z ideałem dzieła. Występy przed publicznością sprawiają, że kolejna interpretacja jest zawsze bogatsza, pełniejsza.

           Wiem, że wkrótce wykona Pan tę Fantazję z Orkiestrą Filharmonii w Koszycach, ale nie wiem, czy będę się mogła wybrać na ten koncert, chociaż chętnie bym posłuchała tego utworu z orkiestrą.
          - Może kiedyś się uda mi się wykonać ją z orkiestrą Filharmonii Podkarpackiej. Dzisiaj ta fantazja pojawiła się nie tylko dlatego, że mam ją wykonać w Koszycach, ale także ze względu na wspomnienie o prof. Kardeszewie, którego niezwykle cenię i wiele mu zawdzięczam. Pamiętam, jak pracowaliśmy nad III i później V Koncertem fortepianowym Beethovena, Rapsodią i Koncertem fortepianowym Gershwina, Wariacjami symfonicznymi Cesara Francka, Koncertem g-moll Saint Saënsa, Koncertem f-moll Chopina, Koncertem a-moll Griega, I Koncertem Szostakowicza – bardzo dużo było tych utworów.
          Kiedy byłem młodszy i nie pełniłem obowiązków dyrektora Państwowej Szkoły Muzycznej I i II stopnia w Kielcach, to mogłem sobie pozwolić na wyjazdy do Odessy i czasami siedziałem tam nawet po trzy tygodnie pracując nad repertuarem. Wszystko, nad czym pracowałem z Profesorem, wykonywałem na scenie wielokrotnie i w różnych krajach.
          Profesor nigdy nie mówił mi tego wprost, ale pani Tatiana wielokrotnie słyszała pochwały pod moim adresem, i często powtarzał, że wysoko ceni moją osobę. Ubolewał, że podejmuję się wielu różnych działań, bo gdybym ćwiczył po kilka godzin dziennie więcej, byłbym w zupełnie innym miejscu.

           Odbywało się to z pewnością kosztem rodziny.
          - To prawda, żona zostawała wtedy sama z dziećmi, ale moja żona jest bardzo wyrozumiała i wiedziała, że gdyby mi zabroniła mojej wielkiej pasji, jaką jest muzyka, byłbym bardzo nieszczęśliwym człowiekiem. Dzięki temu, że miałem takie domowe zaplecze, mogłem zrealizować wiele ciekawych pomysłów

          Powróćmy jeszcze do dzisiejszego wieczoru, który nie zakończył się na wykonaniu Fantazji Debussy’ego.
          - W Fantazji pani Tatiana Szewczenko wykonywała partie całej orkiestry na stojącym obok fortepianu pianinie. Później graliśmy utwory na fortepian solo. Pani Tatiana Szewczenko wykonała jeszcze „Sztuczne ognie” Claude Debussy’ego i „Melodię” Myroslawa Skoryka, a ja zakończyłem Sarabandą Paderewskiego, którą Profesor Kardaszew bardzo lubił i ten utwór był bardzo stosownym finałem części muzycznej.

          Kiedy można się wybrać na Pana koncert do Koszyc?
          - Gram tam 14 marca 2019 roku, z bardzo dobrą orkiestrą z Koszyc pod batutą dyrygenta z Pragi. W Koszycach jest cudowna sala i doskonały fortepian. Trochę podobna do rzeszowskiej, bo ja bardzo lubię Filharmonię Podkarpacką. Są miejsca, w których nie czuję się tak dobrze, jak w Rzeszowie i Koszycach. Moim marzeniem jest zagrać tę Fantazję z Filharmonią Podkarpacką, a wcześniej, bo na początku czerwca może wykonam ją w Białymstoku. Spróbuję namówić dyrektora Błaszczyka, aby zamienić Koncert Saint-Saënsa na Fantazję Claude Debussy’ego, bo myślę, że dla publiczności będzie to dużo ciekawsze.

           Wspomnieliśmy już, że jest Pan dyrektorem Państwowej Szkoły Muzycznej I i II stopnia w Kielcach, ale w tych miesiącach kończy Pan już przygotowania związane z kolejną edycją Międzynarodowego Festiwalu Muzycznego im. Krystyny Jamroz w Busku-Zdroju.
           - Tak, to już będzie 25-ta edycja – można powiedzieć: dzieło życia. Wracając do sylwetki prof. Anatolija Kordaszewa, którego wspominamy, chcę powiedzieć, że również występował w duecie z Tatianą Szewczenko podczas jednej z edycji, ale też wielokrotnie był gościem i wiem, że spędził w Busku-Zdroju bardzo szczęśliwe chwile swojego życia.
           Mam nadzieję, że w tym roku wszystko się uda „dopiąć” tak, jak sobie zaplanowałem. Pragnę, aby wystąpili: Mischa Maisky, Aleksandra Kurzak, Małgorzata Walewska, Tomasz Konieczny, Arnold Rutkowski, Wiesław Ochman, Konstanty Andrzej Kulka, Tomasz Strahl i kilka dobrych orkiestr, jak Sinfonia Iuventus, Sinfonietta Cracovia i liczę, że Finał odbędzie się z udziałem Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Podkarpackiej.
          Specjalnym gościem Festiwalu i Szkoły Muzycznej w Busku Zdroju będzie Maestro Krzysztof Penderecki, który będzie miał swój wieczór jubileuszowy.
Mam nadzieję, że uda się to wszystko zrealizować.
Czeka mnie jeszcze, tak jak każdego menedżera festiwalu, trochę „żebractwa” u sponsorów, ale mam nadzieję, że z okazji jubileuszu będą trochę hojniejsi.
          Festiwal trwać będzie od 28 czerwca do 7 lipca. Będzie dużo pięknych wydarzeń i koncertów nie tylko z gatunku muzyki klasycznej, ale też troszkę jazzu oraz zawsze wzruszający szerokie grono publiczności Zespół Pieśni i Tańca „Mazowsze”, a dla wielbicieli rozrywki planujemy koncert Edyty Górniak.
          Busko-Zdrój jest coraz piękniejsze, bardzo pięknie się rozwija, rozwija się także sąsiedni Solec-Zdrój, luksusowych hoteli przybywa, poprawia się standard usług, a nasza oferta kulturalna jest także na wysokim poziomie.

          Spotkamy się na przełomie czerwca i lipca w Busku-Zdroju. Bardzo Panu i Pani Tatianie Szewczenko dziękuję za ten przepiękny, pełen niepowtarzalnych wzruszeń wieczór w kameralnym gronie w gościnnych progach salonu muzycznego pani Magdaleny Pamuły.
           - Ja także bardzo dziękuję. Cieszę się, że zostanie ślad tego pięknego wieczoru i również postaci, która może nie wszystkim jest bliska, ale jest kilka miejsc w Polsce, gdzie osoba prof. Anatolija Kordaszewa odcisnęła swoje piętno. Są to przede wszystkim Kielce i Stalowa Wola. Po tych, którzy odeszli, pozostają wspomnienia, ale pozostają też uczniowie. Profesor nie odszedł całkiem, bo pozostało wielu jego wychowanków, między innymi ja i moi uczniowie.

          Oby takich salonów, jak ten, było więcej, bo w dzisiejszych czasach prawie ich nie ma. Ja innego na Podkarpaciu nie znam.
           - To bardzo rzadkie zjawisko, ale okazuje się, że warto w dzisiejszych czasach wrócić do takiej formy kameralnego wykonywania muzyki.

Z Panem Arturem Jaroniem, znakomitym pianistą, pedagogiem i organizatorem życia muzycznego rozmawiała Zofia Stopińska 23 lutego 2019 roku w Stalowej Woli.

Zakochałem się w operze, ale lubię także operetkę

          Filharmonia Podkarpacka organizuje cykl przedsięwzięć artystycznych o nazwie BOOM w Filharmonii (Balet, Opera, Operetka, Musical). W znacznej mierze odbywają się one z udziałem Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Podkarpackiej, a ich realizacja jest możliwa dzięki dotacji, jaką Filharmonia otrzymała z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach współprowadzenia instytucji. Cykl ten cieszy się ogromnym zainteresowaniem, o czym najlepiej świadczy wypełniona po brzegi sala i gorące przyjęcie przez publiczność widowiska muzycznego „Zakochani w operetce”, którego wykonawcami, oprócz Orkiestry Filharmonii Podkarpackiej pod batutą Rubena Silvy i dwóch par tancerzy oraz Łukasza Lecha, który ten wieczór prowadził, byli także przede wszystkim świetni polscy śpiewacy: Katarzyna Laskowska – sopran, Bogumiła Dziel-Wawrowska – sopran, Piotr Rafałko – tenor i Adam Sobierajski – tenor.
          Z tego znakomitego grona udało mi się zaprosić do rozmowy Pana Adama Sobierajskiego – wyśmienitego tenora, którego bardzo cenię i lubię, a najczęściej możemy go ostatnio usłyszeć na scenach Opery Krakowskiej i Opery Śląskiej. Rozmowę rozpoczęłam od pytania o prezentowane w Rzeszowie widowisko „Zakochani w operetce”.

          Adam Sobierajski: Jest to widowisko, którego premiera odbyła się podczas Festiwalu im. Jana Kiepury w Krynicy, w sierpniu 2017 roku. Reżyserem prowadzącym zarazem spektakle jest red. Łukasz Lech, który pomyślał o pokazaniu publiczności pięknych fragmentów z operetek, ale jednocześnie pominąć wykonywane na wszystkich koncertach: „Co się dzieje, oszaleję”, „Usta milczą dusza śpiewa” i „Wielka sława to żart”, a zastąpić je wcale nie gorszymi, może nawet piękniejszymi ariami i duetami z takich operetek jak m.in.: „Gasparone”, „Bajadera”, „Błękitny zamek”. Te operetki bardzo rzadko są wystawiane, a są równie piękne, dlatego to widowisko jest zupełnie inne i bardzo interesujące.

          Zofia Stopińska: Cieszę się, że mamy przyjemność słuchać i oglądać Pana w Rzeszowie, bo nie gości Pan w naszym pięknym miejscu zbyt często – raz, może dwa razy w roku.
          - Raz czy dwa razy w sezonie to jak na tę samą Filharmonię, to i tak nie najgorzej, więc cieszę się bardzo, że kolejny raz mogę tu zaśpiewać.

           Warto podkreślić, że od operetki zaczęła się Pana zawodowa kariera.
          - Można tak powiedzieć, bo będąc na czwartym roku studiów otrzymałem z Teatru Muzycznego w Gliwicach propozycję zaśpiewania partii księcia Orlovsky’ego w premierze „Zemsty nietoperza” Johanna Straussa w reżyserii Jacka Chmielnika (nieżyjącego już, niestety). Tak się złożyło, że byłem sam w obsadzie tej roli i dlatego przez całe dwa i pół miesiąca intensywnie pracowałem na próbach.
          Powiem szczerze, że jak mnie Jacek Chmielnik usłyszał podczas pierwszej próby, nawet nie śpiewającego, tylko mówiącego teksty (bo książę Orlovsky więcej ma tekstu mówionego niż śpiewanego), był przerażony. Byłem jeszcze studentem i przyszło mi stanąć u boku takich gwiazd, jak: Gabriela Silva, Adam Zdunikowski czy Janusz Ratajczak, którzy w głównych rolach tego spektaklu byli mistrzami i dla mnie – studenta odezwanie się na próbie w tym towarzystwie było wyczynem. Po pierwszej próbie reżyser wypowiedział zdanie, które muszę ocenzurować: „Niech się pan k**** w tym roku Oscara nie spodziewa”. Od tego czasu Jacek Chmielnik rozpoczął ze mną pracę indywidualną, głównie nad tekstem. Byłem nawet u niego prywatnie w restauracji „Grube ryby” w Zabierzowie pod Krakowem i spędziliśmy tam też kilka godzin nad tym tekstem. Na każdej próbie było coraz lepiej. Na bankiecie po premierze znalazłem się gronie wymienionych już solistów, dyrekcji, realizatorów spektaklu i innych zaproszonych gości, Jacek Chmielnik powiedział mi publicznie największy komplement: „Panie Adamie, 30 lat pracuję w telewizji, dramacie, operze, ale takiego skoku i postępu od zera do tej premiery jeszcze nie widziałem”. Po debiutanckim spektaklu i tych słowach byłem w siódmym niebie.
          Dzisiaj mogę tylko ubolewać, że po 12-tu latach od mojego debiutu, Gliwicki Teatr został wygaszony, została zmieniona formuła, bo teoretycznie on funkcjonuje pod nazwą Teatr Miejski w Gliwicach, ale już nie można się tam udać na operetkę czy musical. Wszyscy artyści zostali zwolnieni. Ubolewam, bo od mojej premiery do zamknięcia śpiewałem tam Orlovsky’ego w „Zemście nietoperza”.
Dużo na tej scenie nauczyłem się, szczególnie jeśli chodzi o stronę aktorską, bo prawdziwa nauka zawodu zaczyna się dopiero na scenie podczas pracy z reżyserami i dyrygentami.

          Aktualnie w swoim repertuarze ma Pan sporo partii operetkowych, ale chyba przeważają jednak partie operowe.
          - Tak naprawdę od początku chciałem śpiewać w operze, bo zakochałem się w operze. Nasz scenariusz tak naprawdę pisze życie, bo jeśli otrzymałem propozycję debiutu w operetce, a później kontraktu na cały sezon i na kolejne sezony oraz propozycje kolejnych ról operetkowych, to uczyłem się i śpiewałem w operetce, co wcale nie zmieniło moich uczuć do opery.
          W 2005 roku ukończyłem Akademię Muzyczną śpiewając w spektaklu „Cyganeria” Giacomo Pucciniego. Można powiedzieć, że zacząłem przygodę z ukochaną operą od wysokiego C, bo w arii Che gelida manin (Ta rączka taka zimna) jest to słynne la speranza!
Tak naprawdę ta „Cyganeria” realizowana była w koprodukcji z Operą Bytomską, bo było to studenckie przedstawienie, ale grała orkiestra opery, a dyrygował Tadeusz Serafin, ówczesny dyrektor, i spektakl odbył się na deskach Opery Bytomskiej. Wkrótce Opera zrobiła to na swój sposób i ja zostałem zaangażowany już zawodowo. Do dzisiaj ta „Cyganeria” jest w repertuarze Opery Śląskiej i śpiewałem w niej dokładnie w sobotę 19 stycznia (tuż po zakończeniu żałoby narodowej).
          Podkreślę jeszcze, że premiera tej „Cyganerii” odbyła się w 1980 roku, a ja w tym roku się urodziłem. Ćwierć wieku później, jako dyplomant Akademii Muzycznej, zaśpiewałem w dwóch spektaklach studenckich, a potem płynnie wszedłem do „Cyganerii” w tej samej scenografii, towarzyszy mi ona do dzisiaj.
           Po drodze były także propozycje występów w innych operach i bardzo się cieszyłem z każdej nowej produkcji operowej i mój repertuar się powiększał, ale to wcale nie oznacza, że nie lubię śpiewać operetki. Niedawno zrobiłem sobie małe podsumowanie i okazało się, że połowę z 40 pierwszoplanowych ról mojego repertuaru stanowią role operowe i prawie tyle samo operetkowe.

          Etatowo związany jest Pan z dwiema operami – Śląską i Krakowską.
          - Po kilku latach współpracy, od 2010 roku, jestem na stałe w Operze Śląskiej, a z Operą Krakowską związałem się w 2006 roku, bo w czerwcu dostałem propozycję zaśpiewania partii Adama w „Ptaszniku z Tyrolu”, a w następnym sezonie zostałem już zatrudniony.
          Może wspomnę jeszcze, że wcześniej przez 2 lata (2005-2007) byłem na etacie Teatru Muzycznego w Lublinie. W tym czasie ożeniłem się , a ponieważ moja małżonka studiowała w Krakowie, postanowiliśmy zamieszkać w tym mieście i dlatego bardzo ucieszyła nas propozycja dyrekcji Opery Krakowskiej po premierze „Ptasznika z Tyrolu”, bo mogliśmy mieszkać i pracować w jednym mieście.
Podziękowałem za współpracę w Lublinie i nowy sezon w Krakowie rozpocząłem od udziału w światowej prapremierze operetki Karola Szymanowskiego „Loteria na mężów”. Ten spektakl został nagrany na DVD i chyba jest jeszcze dostępny w niektórych księgarniach.

          Miałam szczęście oklaskiwać Pana w kilku miejscach oprócz Rzeszowa, bo w Bytomiu, Krakowie i Kąśnej Dolnej. Na każdej scenie czuł się Pan bardzo swobodnie – zawsze odnosiłam takie wrażenie.
          - Wiele osób mówi mi teraz, że powinienem założyć kabaret (śmiech).

          Naprawdę?
          - Jest pani zdziwiona i zaciekawiona, a ja nie lubię mówić o swoich walorach, ale wmawia mi się, że aktorstwo komiczne mam we krwi i należy to wykorzystywać. Muszę się przyznać, że pewnie dlatego na próbach jestem trochę niesfornym pracownikiem, ponieważ często żartuję, robię gagi sceniczne, a szczególnie kusi mnie w operetkach. Często reżyser albo dyrygent mnie temperują i przywołują do porządku, ale ta chęć włożenia swoich trzech groszy jest tak wielka, że nie potrafię nad nią zapanować. Dlatego często sceniczni przyjaciele mówią, że powinienem grać w komediach albo założyć kabaret. To nie zmienia faktu, że bezgranicznie kocham operę.

          Nie tak dawno, bo 50, a może jeszcze nawet 30 lat temu, artyści wykonujący w operze główne partie mieli jedynie dobre głosy. Teraz to nie wystarcza i trzeba mieć wiele innych talentów.
          - Świat szybko się zmienia, obecnie jest bardzo wielka konkurencja i reżyser ma wielkie możliwości doboru obsady do danej produkcji. Dobierając wykonawców, kieruje się nie tylko umiejętnościami wokalnymi artysty, ale także jego innymi umiejętnościami, przede wszystkim aktorskimi. Panuje teraz moda na wszelkie formy teatry muzycznego i na widowni jest sporo młodych ludzi (nie tylko 60+), a młodzi chcą oglądać na scenie ciekawe widowisko z dobrymi, pięknie wyglądającymi śpiewakami. To już nie te czasy, że starczyło pokazać się na scenie, pięknie zaśpiewać, zrobić dwa kroki w lewo i dwa w prawo.

          Wielu reżyserów realizując premiery oper, wprowadza różne zmiany, przenosi się akcje do innej epoki, a nawet zmienia się libretto.
          - Przyznam szczerze, że nie jestem fanem zmian. Jeśli zmienia się libretto, miejsce akcji czy przenosi się akcję do innej epoki, a wiadomo, że to wymaga także zmiany scenografii i kostiumów, to trudno mi to zaakceptować. Jestem artystą i nieraz biorę udział również w takich spektaklach, ale mnie odpowiadają produkcje realizowane zgodnie z tym, czego chcieli autor libretta i kompozytor. Często się słyszy, że nie można bazować jedynie na tym i do każdej nowej produkcji trzeba wnieść coś nowego. Ja jednak upieram się, że każda produkcja powinna być realizowana zgodnie z librettem i tym, co napisał kompozytor, w scenografii i kostiumach z danej epoki, to nic więcej nie trzeba dodawać i publiczności będą się podobać takie spektakle. Nie bardzo rozumiem, dlaczego w XXI wieku mamy pokazywać ludziom na scenie to, co ich otacza – nie kostiumy z epoki, tylko ubiera się nas w garnitury, smokingi, a nasze sceniczne koleżanki występują w różnych modnych aktualnie spodniach, bluzkach, tunikach czy wieczorowych sukienkach, które widzimy na współczesnych balach i różnych innych imprezach. Przychodząc do opery, publiczność z pewnością chce zobaczyć coś innego. Pokażmy im epokowe kostiumy i scenografię. Nie zmieniajmy tego, co jest genialne.

          Zauważyłam, że jeśli Pan nie ma koncertu czy spektaklu w tym samym miejscu, to porozmawia Pan chwilę z kolegami, wsiada Pan do samochodu i jedzie do domu.
          - To prawda, ale dla mnie najważniejsza jest rodzina – żona, dziecko i dlatego staram się jak najszybciej wracać do domu. Nawet późnym wieczorem po spektaklu czy po koncercie – z Rzeszowa, a nawet z Bydgoszczy wracam do domu, bo chcę oderwać się troszkę od życia w teatrze i być tatą, i mężem. Jest tego bardzo dużo i muszę każdą chwilę wykorzystać.

          Ten rok będzie wypełniony pracą, podobnie jak poprzedni.
           - Zaczęło się tuż po świętach od pięciu koncertów sylwestrowo-noworocznych Trzech Tenorów w Filharmonii Śląskiej w ciągu czterech dni, a śpiewaliśmy w składzie: Adam Zdunikowski, Tadeusz Szlenkier i ja. Później pojechałem na koncert Trzech Tenorów do Torunia, gdzie śpiewałem z Dariuszem Stachurą i Łukaszem Gajem. Do końca stycznia jeszcze kilka dni, a ja już mam za sobą 16 występów – w „Księżniczce Czardasza” w Bydgoszczy, „Zemście nietoperza” we Wrocławiu, w Bytomiu we wspomnianej „Cyganerii”, dzisiaj jesteśmy w Rzeszowie, a jutro śpiewam w „Baronie cygańskim” w Bytomiu, a od wtorku rozpoczynamy próby „Cyrulika sewilskiego” w Krakowie, w reżyserii Jerzego Stuhra. Premiera ma się odbyć 15 marca w Operze Krakowskiej.
          Na ten spektakl już dzisiaj zapraszam, bo Jerzy Stuhr zadebiutował jako reżyser operowy w „Don Pasquale” w 2016 roku. Spektakl zrealizował zgodnie z partyturą i wymogami epoki, sam także zagrał znakomicie rolę notariusza, a jego doświadczenia aktorskie bardzo pomogły w realizacji i recenzje były świetne. Dlatego z niecierpliwością czekamy na kolejną produkcję.

          Jak Pan znajduje czas na inną wielką pasję, którą jest sport?
          - Tak, sport jest moją pasją, a może wręcz nawet chorobą. Muszę się przyznać, że mam specjalną aplikację w telefonie i w laptopie. Nawet jadąc samochodem, sprawdzam, w czasie prób, na ile czas mi pozwala, oglądam na żywo. Sport, a w szczególności piłka nożna, to moja druga miłość, a może nawet pierwsza, bo od dziecka marzyłem, aby zostać piłkarzem i byłem dość mocno związany z piłką nożną. Wyszło inaczej, ale pasja została. Jak tylko w poniedziałki jestem w domu, bo jest to teoretycznie wolny dzień w teatrach operowych, to staram się z kolegami pójść na salę i pograć co najmniej dwie godziny w piłkę nożną.

           Kondycja fizyczna często przydaje się także na scenie. Proszę powiedzieć, jak naprawdę jest u Pana z miłością? Mówił Pan kilkanaście minut temu o wielkiej miłości do opery.
           - Moja miłość do opery jest wielka i nie wyobrażam sobie w tej chwili, abym robił coś innego. Mam nadzieję, że to się już nie zmieni.

Subskrybuj to źródło RSS