wywiady

Moim marzeniem jest jak najlepiej grać na akordeonie

           Przedstawiam Państwu Dawida Siwieckiego, 14-letniego wybitnie utalentowanego ucznia Państwowej Szkoły Muzycznej I i II stopnia im. Wandy Kossakowej w Sanoku, w klasie akordeonu prof. ośw. Andrzeja Smolika, jednego ze zwycięzców pierwszego międzynarodowego programu „Wirtuozi V4+”. W konkursie występowali utalentowani muzycy z pięciu krajów: Polski, Czech, Serbii, Słowacji i Węgier.

           Cieszę się, że mogę z Tobą rozmawiać i pogratulować Ci tego wielkiego sukcesu.
            - Dziękuję bardzo. Bardzo się cieszę z tej nagrody, tym bardziej, że nie spodziewałem się wygranej.

            Proszę Cię, abyś opowiedział o Przebiegu Międzynarodowego Talent Show Muzyki Klasycznej „Virtuosos V4+”, zorganizowanym w Budapeszcie przez Telewizję Węgierską. Skąd dowiedziałeś się o tym konkursie?
             - Mój nauczyciel prof. Andrzej Smolik powiedział mi, że są organizowane castingi do takiego programu i ustaliliśmy, że wezmę w nim udział.
Dla mnie już wyjazd na casting był wielkim wydarzeniem, bo po raz pierwszy brałem udział w takiej imprezie. Cieszę się, że zostałem zakwalifikowany do dalszej rywalizacji.

             Ciekawa jestem, ile osób uczestniczyło w tym castingu, który odbył się w Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie?
             - Tak, ale tak naprawdę nie potrafię pani powiedzieć wyczerpująco na to pytanie. Najpierw trzeba było wysłać nagrania i na podstawie tych nagrań wyłoniono kilkunastu uczestników do castingu, który odbywał się w Warszawie, gdzie wybrano czterech uczestników, którzy reprezentowali Polskę na Węgrzech. Byli to: trzynastoletni pianista Michał Korzeń, siedemnastoletni pianista Maciej Smolag dziewięcioletnia Zarina Zaradna, która uczy się grać na harfie i ja.

             Byłeś jedynym uczniem ze Szkoły Muzycznej w Sanoku, który uczestniczył w tych eliminacjach?
              - Nie, w przesłuchaniach w Warszawie uczestniczyło jeszcze dwóch akordeonistów z Sanoka – Filip Siwiecki i Kacper Kosztyła, którzy również otrzymali świetne oceny.

             Po castingu w Warszawie czekał Cię już wyjazd do Budapesztu i występy przed jurorami, i publicznością zgromadzoną przed telewizorami.
              - Oceniani byliśmy przez jury, a telewidzowie oglądali „Virtuosos V4+” w czterech odsłonach: dwa półfinały, finał i superfinał. W półfinałach brało udział po dwóch muzyków z danego kraju. Dalej przechodził tylko jeden z nich. Z Polski oprócz mnie do finału została zakwalifikowana jeszcze Zarina Zaradna.
Miałem szczęście i zostałem oceniony najwyżej z polskich uczestników.

              Wasze zmagania oceniało międzynarodowe jury złożone z wybitnych, sławnych muzyków.
              - Każdy etap naszych rywalizacji oceniało pięciu jurorów i był jeden superjuror, który dodatkowo sugerował, który zawodnik z danego państwa był jego zdaniem lepszy.
Byli to: polska mezzosopranistka Alicja Węgorzewska, Erika Miklósa – węgierska sopranistka koloraturowa, Gabriela Bohacova – czeska dyrektorka festiwalu muzycznego, Peter Valentovic – słowacki dyrygent oraz Nemanja Radulović – skrzypek reprezentujący Serbię na zmianę z Silvaną Grujic, pianistką i dyrektor muzyczną telewizji publicznej, oraz superjuror. W pierwszym półfinale był nim Gabriel Prokofiew – wnuk rosyjskiego kompozytora Siergieja Prokofiewa. W następnych etapach zastąpili go rosyjski skrzypek Maxim Vengerov, następnie Coco Koning – aktorka i Maestro Plácido Domingo.

              Miałeś możliwość kontaktu z jurorami?
              - Była możliwość porozmawiania z członkami jury podczas przerw w próbach. Najczęściej kontaktowałem się z polską jurorką panią Alicją Węgorzewską. Po Finale miałem przyjemność porozmawiać z Maestro Plácido Domingo i tę rozmowę będę pamiętał do końca życia.

              Najlepsi uczestnicy otrzymywali nagrody pieniężne. Na co przeznaczysz te pieniądze?
              - Tak jak wszyscy, którzy wygrali w superfinale, otrzymałem nagrodę w wysokości 15 tysięcy euro i przeznaczam ją na zakup nowego, profesjonalnego własnego instrumentu. To jest znaczna kwota, bo profesjonalny akordeon kosztuje około 30 tysięcy euro, a jak jest połowa tej sumy, to można już myśleć o zakupie.

              Cały czas rozmawiamy o jednym konkursie, ale zanim zapytam o inne, powiedz, dlaczego grasz na akordeonie?
              - Jak rozpoczynałem naukę w szkole muzycznej, to już wiedziałem, że chcę się uczyć grać na akordeonie. Ten instrument zafascynował mnie szczególnie dlatego, że ma on wielkie możliwości w zakresie dynamiki dźwięku i może naśladować wiele instrumentów – na przykład flet czy trąbkę.
Na akordeonie można bez trudu grać idealnie legato, co jest o wiele trudniejsze na innych instrumentach. Największą sztuką na akordeonie jest granie cicho, czyli pianissimo czy piano. Wystarczy rozciągnąć miech, aby uzyskać głośne dźwięki, ale o wiele trudniej operować tym miechem, aby grać cicho.

              Może nawet słuchacz nie zdaje sobie sprawy, ile działań trzeba połączyć, aby osiągnąć na akordeonie zamierzoną interpretację. Po pewnym czasie robi się to podświadomie, ale na początku wszystko trzeba wyćwiczyć. Powiedziałeś, że bardzo chciałeś grać na akordeonie. Kiedy zafascynował Cię ten instrument?
               - Jak byłem małym chłopcem, bo mój dziadek grał na akordeonie. Dziadek był samoukiem i grał na różnych imprezach rodzinnych, a ja zachwycałem się brzmieniem tego instrumentu. To on namówił mnie, abym zaczął się uczyć w szkole muzycznej.
               Szczęśliwie się złożyło, że jak miałem 6 lat, rodzice kupili mi pierwszy instrument i wtedy też powstała Szkoła Muzyczna w Dydni, bo chyba w tym wieku nie mógłbym jeździć do Sanoka.

               Mieszkasz w niewielkiej, przepięknie położonej wiosce Krzywe w powiecie brzozowskim, ale do Sanoka stamtąd dość daleko.
               - To jest ponad 30 kilometrów od Sanoka i rodzice nie mogliby kilka razy w tygodniu jeździć ze mną do Sanoka. Do Szkoły Muzycznej w Dydni mam około 2 kilometry i nie było żadnych problemów z dotarciem na lekcje. Uczyłem się pod kierunkiem pana Grzegorza Bednarczyka, który bardzo dużo mnie nauczył i mam wiele dobrych wspomnień z tych lat.

               Od początku grałeś na akordeonie guzikowym (z klawiaturą izomorficzną)?
               - Ucząc się w Szkole Muzycznej I stopnia w Dydni, przez cały czas grałem na akordeonie klawiszowym, a wraz z rozpoczęciem nauki w Szkole Muzycznej II stopnia w Sanoku u prof. ośw. Andrzeja Smolika zmieniłem instrument klawiszowy na guzikowy.
Na początku trochę się obawiałem tej zmiany, bo znam osoby, które grając po kilka lat na instrumencie guzikowym nie mogą się przyzwyczaić, ale u mnie ta zmiana nastąpiła bardzo szybko.
Już po trzech miesiącach byłem zapoznany z klawiaturą guzikową. Szybko przekonałem się, że na akordeonie guzikowym wszystko jest „pod palcami”.

               Powszechnie znane jest powiedzenie „bez pracy nie ma kołaczy”. Jak długo ćwiczysz?
               - Staram się ćwiczyć codziennie co najmniej dwie godziny, staram się grać więcej, ale te dwie godziny to jest moja norma. Ćwicząc zawsze skupiam się na tych elementach, które sprawiają mi problemy.

               W ostatnich miesiącach nauka w szkołach odbywa się zdalnie i nie masz bezpośredniego kontaktu również z nauczycielem instrumentu.
                - Niestety, nie ma takich możliwości. Lekcje akordeonu prowadzone są zdalnie. Ale chciałbym jednak już wrócić do szkoły, a raczej do dwóch szkół, ponieważ naukę w Szkole Muzycznej II stopnia łączę z nauką w I Liceum Ogólnokształcącym w Sanoku. Zazwyczaj wyjeżdżam z domu około 6 rano i wracam około godziny 20. Staram się w tym czasie uczestniczyć we wszystkich zajęciach, ćwiczyć i przygotować się do zajęć w liceum.

                Zanim powrócimy jeszcze do Twojego ostatniego sukcesu, to proszę, abyś powiedział o wcześniejszych, bo masz się czym pochwalić. Stawałeś w szranki konkursowe będąc uczniem Szkoły Muzycznej w Dydni.
                - Moim największym osiągnięciem w Szkole Muzycznej I stopnia było zwycięstwo w Ogólnopolskim Konkursie Akordeonowym w Kielcach.
Trzykrotnie uczestniczyłem w Lubelskim Przeglądzie Akordeonowym– dwa razy zdobyłem I miejsce i raz II miejsce.
Uczestniczyłem w przysłuchaniach organizowanych przez Centrum Edukacji Artystycznej w Sanoku i w Tarnobrzegu – otrzymałem tam wyróżnienia (w tych przesłuchaniach wyróżnienie jest równoznaczne z nagrodą).
Po kilku miesiącach nauki u prof. ośw. Andrzeja Smolika brałem udział w Międzynarodowym Konkursie Akordeonowym w Barcelonie i zdobyłem tam I nagrodę.
Jak jadę na konkurs, to nie myślę o wygraniu go. Po prostu wychodzę na scenę i chcę jak najlepiej „zrobić swoje”, a od jury zależy, jak moja gra zostanie oceniona.

                Starasz się słuchać gry swoich kolegów, czy skupiasz się wyłącznie na swoim występie?
                - Do mojego występu skupiam się wyłącznie na sobie, a jak już wykonam swój program, to staram się także słuchać innych uczestników konkursu.

                Powróćmy teraz jeszcze do konkursu w Budapeszcie. Z Jakim repertuarem wystąpiłeś podczas Międzynarodowego Talent Show Muzyki Klasycznej „Virtuosos V4+”?
                - Podczas półfinału wykonałem utwór "Rock - toccata" Jewgienija Derbeko. W finale zagrałem Władysława Zołotariewa – część III z Sonaty nr 2, a w superfinale wykonałem Rondo Capriccioso również Władysława Zołotariewa.

                Tymi utworami podbiłeś serca jurorów i publiczności.
                - To jest mój ulubiony styl muzyki. Oczywiście wykonuję wszystkie utwory, które są przewidziane w programie i rozwijają moje umiejętności. Gram Scarlattiego, Bacha i utwory kompozytorów bliższych naszych czasów, ale najbardziej odpowiadają mi takie utwory, które wykonywałem podczas „Virtuozi 4+”.

                Trzeba podkreślić, że to są bardzo trudne utwory, ale jestem przekonana, że taką muzyką można przekonać słuchaczy do muzyki klasycznej.
                - Szczególnie Rondo Capriccioso Władysława Zołotariewa. Profesor Andrzej Smolik wspominał, że ten utwór jest rzadko wykonywany nawet przez studentów i zamieszczany jest czasem w programach recitali dyplomowych albo wykonują go zawodowi muzycy. Mimo to postanowiłem go wykonać.

                Czy w tym roku zamierzasz jeszcze uczestniczyć w konkursach?
                - Owszem, aktualnie przygotowuję się do konkursu internetowego na Łotwie oraz konkursu internetowego w Belgradzie.

                Myślę także, że będziesz uczestniczył w Międzynarodowych Spotkaniach Akordeonowych w Sanoku. Słyszałam, że odbędą się one w tym roku trochę później i będzie to już w następnym roku szkolnym.
Życzę Ci, abyś tak jak do tej pory odnosząc sukcesy, dążył do osiągnięcia marzeń. Jak już powiedziałeś, chcesz być muzykiem, chcesz grać na akordeonie.
                - Moim marzeniem jest jak najlepiej grać na akordeonie. Dziękuję pani za rozmowę i mam nadzieję, że za kilka miesięcy będzie okazja do spotkania w Sanoku.

Z Dawidem Siwieckim, uczniem Państwowej Szkoły Muzycznej I i II stopnia im. Wandy Kossakowej w Sanoku, w klasie akordeonu prof. ośw. Andrzeja Smolika, jednym ze zwycięzców pierwszego międzynarodowego programu „Wirtuozi V4+” rozmawiała Zofia Stopińska 18 stycznia 2021 roku.

Muzyczne fascynacje Elizy Pawłowskiej

             Miło mi przedstawić Państwu panią Elizę Pawłowską, znakomitą młodą pianistkę, która zachwyciła mnie wspaniałą grą na fortepianie stołowym Broadwooda z 1842 roku. Koncert zatytułowany „Damy historii” odbył się 19 listopada 2020 roku w ramach Przemyskiej Jesieni Muzycznej, a program wypełniły bardzo ciekawe, nieznane szerszej publiczności utwory. Część z nich Eliza Pawłowska wykonała z Dymitrem Olszewskim, świetnym skrzypkiem, który specjalizuje się w wykonawstwie muzyki minionych epok.

            Jak rozpoczęła się Pani przygoda z muzyką?

            - Można powiedzieć, że muzyką interesuję się od dziecka. Jako dziewczynka oglądałam pewnego razu koncert z rodzicami i zapragnęłam wtedy grać na jakimś instrumencie. Powiedziałam o tym mamie i tak zaczęła się moja przygoda z muzyką. Trafiłam do klasy fortepianu pani mgr Moniki Kucy, a następnie mgr Danuty Gościńskiej w Szkole Muzycznej I i II stopnia im. Ignacego Jana Paderewskiego w Koninie. Kolejnym etapem były oczywiście studia. Zdecydowałam się na Akademię Muzyczną w Krakowie i klasę prof. dr. hab. Janusza Skowrona. Studiowałam u niego pięć lat z półroczną przerwą na stypendialny wyjazd na Universität für Musik und darstellende Kunst Wien, gdzie kształciłam się pod okiem prof. Johannesa Mariana.

            Rozumiem, że podczas studiów cały czas grała Pani na współczesnym fortepianie. Kiedy zainteresowała się Pani fortepianami historycznymi?

            - Moja przygoda z instrumentami historycznymi rozpoczęła się na dobre rok po zakończeniu studiów pianistycznych. Postanowiłam wtedy ponownie podjąć studia – na tej samej uczelni, czyli Akademii Muzycznej w Krakowie, lecz tym razem w Katedrze Muzyki Dawnej. Miałam szczęście, że klasę fortepianu historycznego prowadziły tam (i prowadzą nadal) dwie świetne pianistki: dr Katarzyna Drogosz i dr Petra Matějová. Okazało się, że gra na instrumencie historycznym bardzo różni się od gry na współczesnym. Zupełnie mnie to pochłonęło. Ostatecznym impulsem do szukania własnego fortepianu były przygotowania do konkursu. Chciałam zapewnić sobie jak najlepsze warunki ćwiczenia. Dzięki temu trafiłam na fortepian John Broadwood & Sons z roku 1842. Jest to instrument stołowy, nazwa nawiązuje do jego kształtu. Właśnie dzięki kształtowi i mniejszym niż fortepian skrzydłowy gabarytom, fortepiany stołowe stały się popularnymi instrumentami domowymi. Ale nie tylko; królowały także na dworze Stanisława Augusta, warto również pamiętać, że to właśnie na instrumencie stołowym sam Johann Christian Bach wykonał pierwszy w historii recital fortepianowy. Był rok 1768.

            Proszę opowiedzieć o Pani instrumencie i jego budowniczym.

            - John Broadwood był bardzo cenionym budowniczym fortepianów. W roku 1761 przybył do Londynu, by odbyć praktykę w warsztacie instrumentów klawiszowych Burkata Shudiego. Parę lat później panowie zostali wspólnikami. Pierwsza wzmianka o instrumencie stołowym Johna Broadwooda pochodzi z roku 1778; ich produkcję zakończono w 1866, ale firma przetrwała do lat 90. XX wieku.
            Mój XIX-wieczny instrument znacznie różni się od tych budowanych współcześnie: wyglądem, brzmieniem; nieco inna jest także technika gry na nim. Dzięki swoim niewielkim, oczywiście jak na fortepian, wymiarom (170 cm x 71 cm x 33 cm) udaje mi się go transportować, choć jest to dość wymagająca operacja. Możliwość usłyszenia go w kolejnej sali wynagradza jednak te trudy. Skala fortepianu obejmuje sześć oktaw: od FF do f4, posiada on jedną dźwignię pedałową, która odpowiada prawemu pedałowi w instrumentach współczesnych. Umożliwia ona podniesienie wszystkich tłumików, dzięki czemu zmienia się brzmienie instrumentu, staje się donośniejsze, a dźwięki lepiej się ze sobą łączą. Bez względu jednak na użycie pedału instrument ten charakteryzuje się długim wybrzmieniem. Co ciekawe, brzmienie tego fortepianu łączy w sobie precyzyjny, perlisty dźwięk z intensywnym pogłosem. Uwagę przykuwa także wygląd fortepianu: mahoniowe drewno, rzeźbione nogi, pulpit podtrzymujący jednocześnie klapę. Pomimo swojego wieku (a liczy już sobie 178 lat!), instrument jest w bardzo dobrym stanie. Nie przechodził większego remontu. Najwięcej emocji budził strój fortepianu; początkowo dźwięk a1 odpowiadał około 390 Hz. Udało się go jednak podnieść do 430 Hz, czyli do często wykorzystywanej niegdyś wysokości. Z powodzeniem można go więc wykorzystywać do wykonywania muzyki kameralnej.
            Wiek fortepianu skłania do myślenia o jego przeszłych losach. Nie udało mi się, jak na razie, ich odtworzyć. Odnalazłam jednak na nim niedawno inskrypcję L A S L E T T. Pobudza to oczywiście wyobraźnię, może więc wcale nie szkoda, że jego prawdziwa historia pozostaje mi nieznana.

            Może też jeszcze kiedyś pozna Pani prawdziwą historię swego instrumentu. Trzeba także podkreślić, że fortepiany historyczne w ostatnich dwóch, a może nawet trzech dekadach cieszą się sporym zainteresowaniem.                                                                    

            - Fortepiany historyczne możemy usłyszeć w Polsce coraz częściej. Budzą spore zainteresowanie, czego przykładem jest zaproszenie XIX-wiecznego Broadwooda, mnie i skrzypka, z którym współpracuję – Dymitra Olszewskiego – na XXXVII Przemyską Jesień Muzyczną. Jeśli jest się zainteresowanym instrumentami klawiszowymi zarówno historycznymi, jak i współczesnymi, warto odwiedzić zabrzańskie Fortepianarium, prowadzone z pasją przez prof. Marka Toporowskiego. Z Podkarpacia to dość długa droga, skrócić ją może wycieczka wirtualna, jak wiadomo, wydarzenia kulturalne przeniosły się teraz do sieci.

             Czy zdarza się Pani jeszcze czasem grać na fortepianach współczesnych?

              - Odkąd zaczęłam interesować się wykonawstwem historycznym, koncertowałam rzeczywiście tylko na instrumentach dawnych. Nie znaczy to jednak, że całkowicie odcinam się od współczesnych fortepianów. Nieraz sama na takim ćwiczę, czy to późniejszy repertuar, czy przygotowując się do koncertu na instrumencie historycznym, lecz już nieco późniejszym, o cięższej mechanice lub gdy potrzebuję instrumentu utrzymanego we współczesnym stroju.

              Proszę powiedzieć, jaki repertuar przeważa w Pani koncertach solowych i kameralnych?

              - Ostatnio w kręgu moich zainteresowań leży głównie muzyka kobiet-kompozytorek, przede wszystkim XVIII i XIX wieku. Ze względu na uwarunkowania społeczne kobietom trudno było przebić się ze swoją twórczością. Dlatego wydaje mi się, że warto poświęcić czas na poznawanie ich kompozycji – istnieje duża szansa na znalezienie wśród nich prawdziwych arcydzieł. Zresztą odkrywanie muzyki, nieznanych dzieł wydaje mi się szalenie ciekawe, niezależnie, czy mamy do czynienia z muzyką stworzoną przez kobiety, czy też nie. Myślę, że dla nas współczesnych, zmierzenie się z muzyką, której nie znamy, która nie została nagrana, jest nowym, inspirującym doświadczeniem. Swoimi zainteresowaniami udało mi się zarazić Dymitra Olszewskiego, czego wyrazem są nasze ostatnie koncerty poświęcone głównie muzyce kobiet. Na co dzień współpracuję także ze studentami Katedry Muzyki Dawnej Akademii Muzycznej w Krakowie. Wykonujemy razem dzieła od Carla Philippa Emanuela Bacha przez klasyków (nie tylko wiedeńskich) po wczesny romantyzm.

             Jak już nadmieniłam wystąpiła Pani wraz ze skrzypkiem Dymitrem Olszewskim w ramach XXXVI Przemyskiej Jesieni Muzycznej. Koncert zatytułowany został „Damy historii” i chyba był specjalnie na ten festiwal przygotowany.

              - Układając program na Przemyską Jesień Muzyczną zależało nam na ukazaniu bogactwa kobiecego repertuaru. Wybrane przez nas kompozycje reprezentują nie tylko różne epoki, style, ale także odmienne podejście do dzieła muzycznego. Chcieliśmy także zaprezentować publiczności mało znane kompozycje, choć nie był to nasz główny cel – przede wszystkim chcemy dzielić się muzyką dobrze napisaną, a jeśli dodatkowo jest to muzyka nieznana, stanowi to dla nas, i chyba także dla słuchaczy, dodatkową atrakcję. Z wybranych przez nas kompozytorek przedstawienia nie wymaga chyba jedynie Clara Schumann. Wybitna pianistka, kompozytorka, której sam Johannes Brahms wysyłał swoje dzieła, by uzyskać wskazówki. Margarethe Danzi, Francesca Lebrun, Marianna Auenbrugger to kompozytorki wcześniejsze, żyjące jeszcze w XVIII wieku.                                                                                                                                              Najstarsza z nich, Francesca Lebrun, znana była swoim współczesnym przede wszystkim jako znakomita śpiewaczka. Występowała na scenach niemieckich, francuskich, włoskich i angielskich. Śpiewała na otwarciu słynnego Teatro alla Scala. Wzbudzała sensację swoją umiejętnością dopasowania słów do instrumentalnych partii symfonii koncertujących i zaśpiewania ich. Zostawiła po sobie 12 kompozycji – Sonat na fortepian bądź klawesyn z towarzyszeniem skrzypiec. Dzieła te zostały wydane w latach 1779-1781 jako op. 1 i op. 2. Z tego, co mi wiadomo, jak dotąd jedynie Sonaty z opusu 1 doczekały się nagrania płytowego. Wybrana przez nas Sonata zamyka drugi zbiór (Sonata Es-dur op. 2 nr 6). Utwory zarówno z 1, jak i 2 opusu to dzieła dwuczęściowe, składające się w zasadzie z dwóch szybkich części Allegro i Rondo. Sonata Es-dur, to dzieło przepełnione wigorem, zostawiające wykonawcy dużą swobodę interpretacyjną.                                Co ciekawe, Francesca Lebrun była nauczycielką Margarethe Danzi, a później także jej szwagierką. Margarethe Danzi wybrała podobną ścieżkę kariery – wiele podróżowała jako ceniona wokalistka, była także pianistką i świetną kompozytorką. Jej nauczycielami byli także Leopold Mozart oraz Franz Danzi, który został później jej mężem.                                                          Leopold Mozart wraz ze swoim sławnym synem próbowali wydać Sonaty fortepianowe Margarethe Danzi, co świadczy o tym, jak wysoko cenili jej kompozycje, jednak bezskutecznie. Utwory te niestety zaginęły, a jako opus 1 wydano Sonaty na fortepian i skrzypce. To właśnie z tego zbioru pochodzi Sonata E-dur, którą zaprezentowaliśmy na Festiwalu Przemyska Jesień Muzyczna. Jest to kompozycja trzyczęściowa, wykorzystująca typowe dla tego gatunku formy: allegro sonatowe, wariacje, rondo; jednak kompozytorka traktuje je w zupełnie niebanalny sposób, tworząc tym samym własny rys stylistyczny. Pełny jest on nieoczekiwanych zwrotów harmonicznych zapowiadających romantyzm, a nawet muzykę XX wieku, subtelnych melodii, dramatyzmu, a także humoru.                                                                                                                                                                                                                                                                                                     W moim repertuarze znalazła się także Sonata Es-dur Marianny Auenbrugger. Jest to jedyne dzieło, jakie pozostało po tej kompozytorce. Być może też jedyne, jakie spisała. Po przedwczesnej śmierci kompozytorki Sonata została wydana własnym sumptem przez jej nauczyciela Antonia Salieriego. Sławny kompozytor do wydania dołączył także odę żałobną napisaną na cześć Marianny. Marianna i jej siostra Caterina były bardzo cenionymi pianistkami. Pochwalne opinie na ich temat wygłaszali muzyczni giganci, tacy jak Joseph Haydn czy Leopold Mozart. Haydn, a także Muzio Clementi zadedykowali siostrom Auenbrugger niektóre ze swoich kompozycji. Wykonana przeze mnie na Festiwalu Sonata Es-dur to dzieło trzyczęściowe, choć ze względu na ramy czasowe zdecydowałam się na zagranie jedynie lirycznego Largo. Poprzedza je pełna elegancji i energii część Moderato, a całą Sonatę wieńczy przepełnione humorem Rondo.

              Ten fascynujący program został w bardzo interesujący sposób przez Państwa przybliżony słuchaczom. Koncert jest jeszcze dostępny na stronach internetowych Towarzystwa Muzycznego w Przemyślu i YouTube TV Podkarpacka. Warto poszukać i posłuchać znakomitych Państwa kreacji i brzmienia instrumentów.
Dziękuję Pani za poświęcony mi czas i kończymy tę rozmowę z nadzieją, że czas pandemii niedługo minie i będzie okazja posłuchać brzmienia Pani instrumentu w sali koncertowej.
              - Ja również bardzo dziękuję i również liczę, że koncerty z udziałem publiczności rozpoczną się jeszcze na wiosnę.

Z panią Elizą Pawłowską, znakomitą pianistką grającą na fortepianie stołowym Broadwooda z 1842 roku rozmawiała Zofia Stopińska w styczniu 2021 roku.

Czas pandemii Orkiestra wykorzystuje w sposób twórczy, nie zaprzestając koncertowania,

           Przechodzący obok okazałego budynku Filharmonii Podkarpackiej im. Artura Malawskiego w Rzeszowie, w ciągu dnia widzą puste hole, które wieczorami są ciemne. Tymczasem w salach koncertowej i kameralnej prawie zawsze odbywają się próby i nagrania, których melomani mogą wysłuchać w sieci.

             Jak działa Filharmonia w czasie pandemii? Z tym pytaniem zwróciłam się do Dyrektora Naczelnego Filharmonii Podkarpackiej prof. Marty Wierzbieniec.
             - Ten trudny czas spędziliśmy bardzo pracowicie. Sytuacja związana z pandemią koronawirusa nałożyła na nas potrzebę stworzenia nowej oferty koncertowej. Potrzebę wyjścia naprzeciw oczekiwaniom publiczności i stworzenia zupełnie innych niż do tej pory kontaktów z naszymi odbiorcami.

             Ostatni koncert przed pandemią odbył się 6 marca ubiegłego roku.
             - Dlatego już od kwietnia realizujemy koncerty, które dostępne są w Internecie i na antenie Rzeszowskiego Oddziału Telewizji Polskiej, za co serdecznie dziękujemy.
Mam tu na myśli sześć koncertów w ramach 59. Muzycznego Festiwalu w Łańcucie, kilka koncertów w ramach projektu „Przestrzeń otwarta dla muzyki”, a także koncerty, które możemy określić jako „nadzwyczajne”.
             Wszystko to było możliwe dzięki otrzymanym dotacjom i w tym miejscu pragnę serdecznie podziękować Ministerstwu Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu, a także władzom Województwa Podkarpackiego: Panu Marszałkowi, Sejmikowi, Zarządowi.
             Ogromne gratulacje i podziękowania należą się Orkiestrze Symfonicznej Filharmonii Podkarpackiej, bo 77 artystów-muzyków, którzy ją tworzą, na początku działalności w sieci nagle stanęło przed koniecznością nagrywania w kilkuosobowych grupach, a następnie ten materiał był montowany.

              Taka praca była wielkim wyzwaniem dla grających muzyków i realizatorów nagrania.
              - Muzycy musieli zmienić swoje myślenie przy takich nagraniach, które wymagały ogromnej dyscypliny rytmicznej, brzmieniowej, artykulacyjnej...
Bowiem te kilkuosobowe nagrania były montowane tak, że było słychać i widać całą grającą orkiestrę.
             Nagraliśmy także audycję, z przeznaczeniem dla młodzieży szkolnej, która emitowana była na antenie Radia Rzeszów. Młodzież zgromadzona przy radioodbiornikach mogła posłuchać Uwertury „Bajka” Stanisława Moniuszki oraz V Symfonii Ludwiga van Beethovena.

             Zarówno dla solistów, jak i orkiestry szczególnie trudne są koncerty w obecności mikrofonów i kamer, a bez publiczności, która przesyła swoją energię wykonawcom.
              - Dla każdego artysty jest to trudne, często wykonawcy podkreślają, że ich interpretacje utworów często są uzależnione od reakcji publiczności. Tę dodatkową trudność trzeba było bardzo szybko pokonać, przyzwyczaić się do takiego sposobu koncertowania i wypracować te umiejętności.
              Są orkiestry radiowe, których podstawowym celem jest dokonywania nagrań radiowych, telewizyjnych, płytowych. Praca w takim zespole różni się od pracy orkiestry, która od czasu do czasu także nagrywa. My także mamy na swoim koncie płyty, nagrania radiowe i telewizyjne, ale nie było to dla nas codziennością, a w ostatnich miesiącach tak się stało.
              Na szczęście na przełomie sierpnia i września, a także w październiku mogliśmy wykonać kilka koncertów z udziałem publiczności. To był moment weryfikacji tego, co się działo przez kilka poprzednich miesięcy, w konfrontacji z żywym odbiorem tworzonej sztuki.

              Trzeba było także zmienić zaplanowany wcześniej repertuar.
              - To prawda. Staraliśmy się, aby repertuar był zróżnicowany, aby każdy ze słuchających i oglądających znalazł utwór, który zna, który mu się podoba, ale także, aby znalazł utwór, którego nigdy jeszcze nie słyszał. Wszystko to było niezwykle trudne, ale muszę powiedzieć, że jak zrobiłam podsumowanie 2020 roku, to liczba koncertów była nawet dla mnie zaskoczeniem.
              Jestem przekonana, że ten czas pandemii Orkiestra wykorzystała w sposób właściwy, twórczy, spełniając swoją misję, swoją strategię, a także nie zaprzestając koncertowania, co jest niezwykle istotne zarówno z punktu widzenia samego muzyka, który nie może mieć tak długiej przerwy w swojej pracy zawodowej, jak i z punktu widzenia publiczności, która nie mogła przyjść do nas, ale my czuliśmy się zaszczyceni, że możemy gościć w domach naszych odbiorców.
              Mamy nadzieję, że wkrótce będziemy mogli znowu gościć publiczność w murach Filharmonii, mamy nadzieję, że na wiosnę, w lecie będziemy mogli organizować koncerty plenerowe i mamy nadzieję, że kiedyś orkiestra będzie mogła znowu usiąść w pełnym składzie i zagrać dzieła, które nie są możliwe do wykonania przez 50-osobowy skład orkiestry, bo aktualnie ilość muzyków jest ograniczona ze względu na zachowanie odpowiednich odległości pomiędzy wykonawcami.

              Z pewnością muzycy grający na instrumentach smyczkowych nie byli przyzwyczajeni do siedzenia przy oddzielnych pulpitach z własnymi materiałami nutowymi. Niełatwo uzyskać piękne brzmienie, kiedy w sekcji pierwszych skrzypiec gra pięciu czy sześciu muzyków.
              - Tym bardziej jestem wdzięczna wszystkim członkom Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Podkarpackiej, którzy bardzo szybko potrafili się dostosować do nowych warunków, niecodziennych, nieznanych, do sytuacji, której się nikt nie spodziewał. Zrobili to bardzo szybko, bardzo elastycznie i wymagało to ich indywidualnej pracy i kreatywności.
              Twórcze inicjatywy, które wypływały z orkiestry, przyniosły kapitalne efekty i jesteśmy dumni z owoców naszej pracy w czasie pandemii.
Docenić należy trud osób, które tę pracę organizowały, bo nad wszelkimi szczegółami związanymi z nagrywaniem pracowało wiele osób. Myślę tu o materiałach nutowych, miejscach nagrań, ekipie, która dokonywała rejestracji, a przy tym trzeba było zachować wszystkie warunki związane z wymogami sanitarnymi. Chcę za to podziękować wszystkim pracownikom, którzy się do takiego funkcjonowanie Filharmonii w 2020 roku przyczynili.

              Pewnie także jesteście przygotowani zarówno na pracę w trybie online, jak i macie plany koncertów z udziałem publiczności.
              - W 2020 roku pewnie osiem albo dziesięć razy zmienialiśmy plany związane z repertuarem, jak i z wykonawcami, bo wielu zaplanowanych utworów nie można było wykonać w zmniejszonym składzie orkiestry.
              Mamy przygotowane plany na 2021 rok w trzech wariantach i w zależności od sytuacji będziemy te warianty stosować. Dotyczy to programów, składów orkiestry oraz wykonawców. Wszystko związane jest także ze środkami finansowymi, którymi dysponujemy i często są to prawdziwe „akrobacje”, żeby zmieścić się w budżecie, którym dysponujemy. Oczywiście liczymy na pozyskanie dodatkowych środków, bo działalność związana z rejestracją koncertów też kosztuje.
Traktujemy ten czas jako okres przejściowy, nie marnujemy tego czasu czekając, aż coś się zmieni, tylko podejmujemy nowe zadania i wyzwania, dostrzegając nowe możliwości.

              Dziękuję Pani za rozmowę i mam nadzieję, że niedługo będziemy mogły zaprosić melomanów na koncerty do Filharmonii Podkarpackiej
              - Czego serdecznie Państwu i sobie życzę.

Z Dyrektorem Filharmonii Podkarpackiej im. Artura Malawskiego w Rzeszowie prof. Martą Wierzbieniec rozmawiała Zofia Stopińska 31 grudnia 2020 roku

Filharmonia Podkarpacka 31

Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Podkarpackiej im. Artura Malawskiego w Rzeszowie, fot. z materiałów Filharmonii Podkarpackiej

Z Szymonem Naściszewskim nie tylko o skrzypcach

            W ramach cyklu „Muzyka klasyczna w Sanockim Domu Kultury” 12 grudnia transmitowany był online piękny koncert z utworami Józefa Haydna (Symfonia G – dur nr 94) i Wolfganga Amadeusa Mozarta (Symfonia koncertująca Es – dur KV 364).
            Wykonawcami byli: Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Podkarpackiej, którą dyrygował Dawid Jarząb, a w drugim z wymienionych utworów partie solowe wykonali dwaj znakomici muzycy: skrzypek Szymon Naściszewski - absolwent Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie i Hochschule für Musik, Tanz und Medien Hannover, zaś na altówce grał Robert Naściszewski, muzyk, który na co dzień zasiada za pulpitem skrzypka - koncertmistrza Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Podkarpackiej, ale także często występuje jako kameralista. Koncertu można posłuchać na stronie internetowej Sanockiego Domu Kultury za pośrednictwem YouTube.
Zapewniam, że warto, a nawet trzeba tego koncertu posłuchać i wszyscy, którzy to zrobią, będą z pewnością zachwyceni, tak jak ja.
            Już od dawna pragnęłam Państwu przedstawić pana Szymona Naściszewskiego, ale możliwe to było dopiero 12 grudnia tego roku, po wykonaniu Symfonii koncertującej Mozarta.

           Gratuluję serdecznie, jestem pod ogromnym wrażeniem gry zarówno Pana, jak i taty, bo pan Robert Naściszewski jest Pana ojcem. Kiedy obok siebie stają dwie tak bliskie sobie osoby, to wiadomo, że będzie to wspaniały popis.
Zwróciłam także uwagę na piękny, czysty i niezwykle szlachetny dźwięk Pana skrzypiec. Czy odziedziczył Pan po ojcu słuch absolutny?

            - Dziękuję! Tak, odziedziczyłem po ojcu słuch absolutny, który jest pomocny w wielu muzycznych sytuacjach. Nie jest to natomiast niezbędna cecha, większość muzyków doskonale radzi sobie posiadając wyłącznie dobry słuch relatywny. Zdarza się, że słuch absolutny przeszkadza, szczególnie gdy wkraczamy w obszary wykonawstwa historycznego. Wtedy mam trochę pod górkę, choć to kwestia treningu i przyzwyczajenia.

            Tato jest skrzypkiem, a mama wiolonczelistką. Czy wybór skrzypiec był dla Pana od początku oczywisty, czy zastanawiał się Pan także nad nauką gry na fortepianie, bo słyszałam, że interesował Pana ten instrument?

            - Moim pierwszym instrumentem był fortepian. Na domowym pianinie pierwszych lekcji udzielała mi mama, objaśniając przy okazji podstawy zasad muzyki. Na skrzypcach zacząłem uczyć się pod okiem ojca w wieku dziesięciu lat, jednak zapał do ćwiczenia pojawił się znacznie później, w zasadzie dopiero przed pójściem na studia. Przypominam sobie także fascynacje instrumentami perkusyjnymi, organami, w liceum grałem na gitarze basowej. Od samego początku byłem otoczony muzyką, co piątek chodziłem na koncerty do filharmonii, poznając repertuar i brzmienie orkiestry symfonicznej. „Dyrygowanie” do płyt i kaset z kolekcji taty było jednym z moich ulubionych zajęć wieku dziecięcego.

            Po raz pierwszy usłyszałam Pana, kiedy był Pan uczniem Zespołu Szkół Muzycznych nr 1 w Rzeszowie. Koncert odbywał się w Sali Instytutu Muzyki Uniwersytetu Rzeszowskiego. Cudownie Pan wykonał wtedy Szymanowskiego.

            - Dziękuję, miło mi to słyszeć. Pamiętam ten koncert, grałem wtedy Taniec z baletu "HARNASIE" w transkrypcji na skrzypce i fortepian.

            Wkrótce po tym koncercie wyjechał Pan z Rzeszowa na studia w Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie i myślę, że jest Pan z tej decyzji zadowolony.

            - Studiowałem grę na skrzypcach u Kuby Jakowicza i był to bardzo inspirujący czas. Przeskok pomiędzy poziomem szkolnym a akademickim był bardzo wyraźny. Lekcje z Kubą wymagały ode mnie większej samodzielności w przygotowaniu utworów, tempo pracy było szybsze, a na regularnie organizowanych audycjach często pojawiali się państwo Julia i Krzysztof Jakowiczowie.
            Kuba Jakowicz jest człowiekiem o wielkiej wrażliwości muzycznej i bardzo szerokich horyzontach. Zawsze zachęcał mnie do poszukiwania własnej ścieżki w przygotowywaniu i interpretacji kolejnych pozycji skrzypcowego repertuaru.

            W trakcie studiów z pewnością grał Pan także w orkiestrze akademickiej i w zespołach kameralnych.

            - Miałem szczęście grać z koleżankami i kolegami w wielu zespołach kameralnych prowadzonych przez znakomitych pedagogów, m.in. prof. Marka Szwarca, Izabelli Szałaj-Zimak, Krystyny Borucińskiej. Oprócz gry w orkiestrze akademickiej udzielałem się w mniejszych zespołach wykonujących muzykę najnowszą, często utwory studentów kompozycji. Nawiązałem współpracę z Chain Ensemble pod kierownictwem prof. Andrzeja Bauera, kilka razy uczestniczyłem w warsztatach kameralnych Festiwal Ensemble im. Księżnej Daisy na Zamku Książ, organizowanych przez Katarzynę i Marcina Markowiczów.
            Miałem szczęście bywać także w Europejskim Centrum Muzyki Krzysztofa Pendereckiego w Lusławicach. Podczas Letniej Akademii Muzyki w 2017 roku uczestniczyłem w kursach prowadzonych przez członków orkiestry Berliner Philharmoniker (Sharoun Ensemble). Uważam, że doświadczenie kameralne jest bardzo istotnym elementem w rozwoju muzyka instrumentalisty, umiejętność uważnego słuchania i współpracy na scenie jest niezbędna zarówno w orkiestrze, jak i w grze solowej.
            Ważnym momentem w czasie studiów było zakwalifikowanie się do programu „Akademia Sinfonia Varsovia”. To było na pierwszym roku studiów magisterskich, od tego czasu zacząłem regularną współpracę z Sinfonią Varsovią jako muzyk doangażowany. Dzięki temu miałem możliwość uczestniczenia w próbach i występowania na koncertach w kraju i za granicą ze światowej sławy solistami i dyrygentami. Było to bardzo intensywne i inspirujące doświadczenie. Chyba wtedy zacząłem też myśleć o urzeczywistnieniu moich planów związanych z dyrygenturą.
            Nigdy nie zapomnę koncertu w Filharmonii Narodowej z okazji 80. urodzin Krzysztofa Pendereckiego pod batutą Lorina Maazela, którego nagrań słuchałem od dziecka. Graliśmy IV Symfonię „Adagio” Pendereckiego. Orkiestrę przygotowywał dyrygent asystent, maestro przeprowadził tylko dwie próby. Jego autorytet dominował nad całym zespołem, a z taką precyzją słuchu i pamięci chyba jeszcze nigdy się nie spotkałem.

            Pewnie sporo Pan się nauczył także podczas studiów w Hannoverze.

             - Owszem, studia magisterskie ukończyłem w Hochschule für Musik, Tanz und Medien Hannover w klasie skrzypiec prof. Adama Kosteckiego. To były dwa lata wytężonej pracy i szlifowania skrzypcowego warsztatu. Istotne było także przebywanie w środowisku ludzi, którzy w pełni poświęcają się rozwijaniu muzycznej kariery. Poznałem wiele osób, które już w czasie studiów zostały laureatami międzynarodowych konkursów, zdawały egzaminy do świetnych orkiestr – to bardzo motywowało. Studia w Niemczech zaowocowały kolejnymi doświadczeniami w grze solowej i kameralnej, współpracą z wieloma orkiestrami. Dały mi także inną, szerszą perspektywę odnośnie mojej ścieżki rozwoju.

             Nie zakończył Pan jednak studiowania, ponieważ niedawno rozpoczął Pan wymarzone studia.

              - Zacząłem realizować swoje plany związane z dyrygenturą. Od października 2018 roku jestem studentem Katedry Dyrygentury Akademii Muzycznej w Krakowie w klasie prof. Pawła Przytockiego.

             Czy dyrygował Pan już koncertami publicznymi? Może to było w Rzeszowie, a my nic nie wiemy?

             - W Rzeszowie jeszcze nie dyrygowałem, ale pierwsze próby są już za mną. W ubiegłym roku dokonałem reinstrumentacji kilku arii, pieśni i fragmentów orkiestrowych z oper Stanisława Moniuszki na głosy solowe i orkiestrę smyczkową. Z tym programem występowaliśmy na Podkarpaciu, w Przemyślu, Stalowej Woli, Jarosławiu, Nowej Dębie. To był mój debiut w roli dyrygenta i od razu dość wymagający, bo akompaniowanie solistom należy do trudniejszej sztuki dyrygenckiej. Było to fantastyczne przeżycie, utwierdzające mnie w przekonaniu, że chcę się tym zajmować. Uświadomiło mi też, jak ważny dla początkującego dyrygenta jest każdy kontakt z orkiestrą.

             Moim zdaniem kontakt z orkiestrą jest dla studenta dyrygentury bardzo ważny, może nawet najważniejszy. Zajęcia z dyrygowania na uczelniach odbywają się przy dwóch fortepianach.

             - Dokładnie tak jest, a wiadomo, że jeśli nawet pianiści bardzo się starają, to dwa fortepiany niewiele mają wspólnego z reakcją orkiestry symfonicznej złożonej z kilkudziesięciu osób. Najważniejsza jest umiejętna praca z muzykami podczas prób. Ten aspekt często umyka uwadze publiczności, która ma możliwość oceny tylko końcowego efektu.
Dyrygent w czasie prób ma szanse „wyciągnąć” z muzyków to, co najlepsze i pokierować pracą nad dziełem w taki sposób, żeby osiągnąć ciekawy rezultat brzmieniowy.
Z każdym zespołem praca jest inna. Wiem to także jako skrzypek, który współpracował z wieloma orkiestrami w Polsce i za granicą.
             W zawodzie dyrygenta nie ma jednej metody, nie ma złotego środka na to, jak przeprowadzić próbę, żeby osiągnąć jak najlepszy rezultat. Każdy zespół ma inne problemy, inne wymagania, inne oczekiwania. Dlatego dyrygent musi być elastyczny i dostosować się do każdej sytuacji.

             Nie może Pan narzekać na nudę, działając w tylu nurtach. Jako solista, kameralista, muzyk orkiestrowy. Niedawno się dowiedziałam, że jest Pan muzykiem Filharmonii Krakowskiej, bo byłam przekonana, że jest Pan koncertmistrzem w Kaliszu.

             - Przez rok pracowałem w Filharmonii Kaliskiej jako koncertmistrz, ale ze względu na zbyt napięty harmonogram związany ze studiami dyrygenckimi podjąłem decyzję o przeprowadzce do Krakowa. Po zdanym egzaminie rozpocząłem współpracę z Filharmonią Krakowską. Czas spędzony w Kaliszu wspominam bardzo pozytywnie, orkiestra przyjęła mnie tam bardzo życzliwie.

             Aktualnie mieszka Pan w Krakowie, ale chyba trochę serca pozostało w Rzeszowie.

             - Nie da się ukryć. Mam do Rzeszowa sentyment, lubię tu przyjeżdżać.

             Symfonia Koncertująca Es-dur Mozarta jest wielkim wyzwaniem nie tylko dla solistów, ale także dla orkiestry i dyrygenta. Dla słuchacza online trzeba ją zagrać naprawdę interesująco.

             - Rzeczywistość sytuacji nagraniowej jest bardzo ciekawa, bo to jest inne wykonanie niż podczas koncertu z udziałem publiczności. W obecnej sytuacji wszystkie orkiestry na całym świecie mają ten sam problem. Staramy się zawsze, żeby zagrać tak jak podczas koncertu, wzbudzić emocje, które daje nam publiczność, pomimo, że publiczności nie ma w sali. Bardzo się cieszę, że mogliśmy dzisiaj zagrać dla Państwa i mam nadzieję, że te pozytywne emocje udało się między nutami przekazać.

             Cały czas rozmawiamy o muzyce, ale czasami trzeba od muzyki odpocząć. Jak Pan odpoczywa?

             - Im dłużej jestem muzykiem, tym bardziej zacząłem doceniać ciszę. Staram się utrzymywać równowagę pomiędzy pracą i odpoczynkiem, chociaż w tym zawodzie nie jest to łatwe. W wolnym czasie szukam kontaktu z przyrodą, uprawiam turystykę pieszą i rowerową. Moje rodzinne strony, Podkarpacie i Małopolska, są pełne pięknych miejsc o ciekawej historii, które warto poznać. Poza tym mam wiele innych zainteresowań, amatorsko pasjonuję się naukami ścisłymi, szczególnie astronomią.

                                                                                                                                                                                                                                               Zofia Stopińska

Maria Korecka-Soszkowska: "Jestem niepoprawną optymistką"

             Proponuję Państwu spotkanie z prof. Marią Korecką Soszkowską – znakomitą pianistką i pedagogiem. Żałuję, że tym razem rozmawiamy przez telefon, ale postanowiłam nie czekać na lepsze czasy, a zmobilizowała mnie świetna nowa Pani płyta z Mazurkami dwóch wielkich polskich kompozytorów – Fryderyka Chopina i Karola Szymanowskiego. Niedawno utwory te zostały nagrane przez specjalistów wytwórni DUX Recording Producers.

             - Wszystko zostało zrealizowane w tym roku, już w czasie pandemii. Nagrania zostały utrwalone w marcu tego roku. Zawsze, jak zaczyna się wokół dziać coś złego, to zaczynam namiętnie uprawiać muzykę. Taki już mam charakter.

             Zachwyciła mnie Pani bardzo osobistą interpretacją mazurków Szymanowskiego.

             - Kocham muzykę Karola Szymanowskiego i bardzo żałuję, że nie gram wszystkich jego utworów fortepianowych, chociaż sporo ich mam w programie. Kiedyś nagrałam już 9 Preludiów op. 1, które bardzo się podobały, mam w programie Wariacje b-moll op. 3, kilka etiud, z „Masek” najczęściej grałam Serenadę Don Juana.
Chcę także powiedzieć, że dość późno sięgnęłam po utwory Karola Szymanowskiego, bo moja generacja, nawet jak byłam studentką u prof. Henryka Sztompki utworów Szymanowskiego niewiele grała.
             Pierwszym utworem Karola Szymanowskiego, po który sięgnęłam był Mazurek nr 13, dedykowany Annie i Jarosławowi Iwaszkiewiczom. Bardzo mnie ten utwór zainteresował, ale przyznam się, że nie rozumiałam go w sposób właściwy będąc młodą dziewczyną (to było chyba na pierwszym roku studiów, a może nawet jeszcze w średniej szkole muzycznej).
Miłość do muzyki Karola Szymanowskiego przyszła z czasem. Kocham muzykę etniczną i to nie tylko polską, ale także innych krajów i czuję pierwotną wartość muzyki opartej na podłożu ludowym. Kiedy Szymanowski zwrócił się ku muzyce podhalańskiej, to odczułam te rytmy w jego mazurkach i nie przeszkadzały mi rozmaite zawiłości, które stały się dla mnie zrozumiałe.
Tak też staram się je grać, aby przekaz był czytelny dla słuchacza.
             Czasem słyszę wykonania, w których jest wielki hałas współbrzmień, natomiast umyka moim zdaniem najważniejsze. U Szymanowskiego, w każdym z jego utworów zawsze jest ukryta jakaś myśl melodyczna i należy ją wydobyć w różnych wariantach kolorystycznych. To jest bardzo interesujące.

              Z 20 Mazurków op. 50 wybrała Pani 12.

              - Tak. Bardzo żałuję, że mi się jeszcze jeden zeszyt nie zmieścił, ale chciałam pokazać różnicę pomiędzy mazurkami Chopina i Szymanowskiego i dlatego nie mogłam zamieścić całego cyklu. Na płycie znalazło się jedenaście mazurków Fryderyka Chopina z trzech opusów: 4 Mazurki op. 33, 4 Mazurki op. 47, 3 Mazurki op. 50 oraz 12 Mazurków op.50 Karola Szymanowskiego z trzech zeszytów (I,II,III).

              Mazurki Chopina, które Pani zamieściła na płycie, powstały w czasie pobytu kompozytora za granicą, na przestrzeni sześciu lat,ja bym je nazwała „mazurkami tęsknoty”. Nawet, jeśli mają one taneczną formę i durową tonację, to w każdym można znaleźć melancholijną nutę.

              - To prawda, chociaż może nie we wszystkich jest ona zauważalna, ale na przykład w m.in. Mazurku e-moll op.41 nr 1 ta tęsknota wprost rozrywa serce.
Z kolei Mazurek cis-moll op. 50 nr 3 nazywam „bachowskim”, bo Chopin użył w nim zabiegów polifonicznych. Od początku w różnych głosach pokazuje się główny motyw, który dopiero później przechodzi w rytm mazura. Dlatego część o tanecznym charakterze gram trochę szybciej niż sam wstęp.
Według mnie mazurki dają wykonawcy duże pole do popisu. Starałam się nagrać je w sposób prosty i nadać właściwą kolorystykę poszczególnym utworom.

              Z kolei ja uważam, że bardzo dobrym pomysłem było zestawienie późnych mazurków Chopina z mazurkami Szymanowskiego. W ten sposób widać najlepiej, że Szymanowski przejął od Chopina jedynie formę. Podkreśla to z pewnością bardzo osobista interpretacja Wykonawczyni.

              - Mazurki Szymanowskiego pobudzają mnie emocjonalnie, ale nie można stracić poczucia, że to jest mazurek i ten rytm musi być czytelny, natomiast bardzo różnią się od mazurków Chopina. Tę różnicę chciałam pokazać melomanom, zamieszczając na jednej płycie mazurki Chopina i Szymanowskiego.
              Chcę jeszcze powiedzieć, co łączy w mazurkach Chopina i Szymanowskiego – żaden z nich nie zacytował konkretnej melodii ludowej. Obaj na różne sposoby nawiązują do melodii ludowych, ale żaden z nich nie cytował. To są własne pomysły Chopina i Szymanowskiego.

              Zastanawiałam się, która to już Pani płyta została wydana, bo ja pamiętam jeszcze czarne krążki z utworami Fryderyka Chopina.

               - To były inne czasy. Wszyscy nagrywaliśmy w Polskich Nagraniach, a na pierwszej mojej płycie znalazły się utwory Juliusza Zarębskiego. Bardzo rzadko wykonawcy zamieszczali utwory tego kompozytora na płytach. Pamiętam, że wkrótce po ukazaniu się płyty, zgłosił się do mnie pewien dziennikarz ze Szwajcarii, który koniecznie chciał propagować utwory Zarębskiego i rozprowadzać tę płytę w Szwajcarii, ale wtedy wydawało się to niemożliwe. Jak już powiedziałam – to były inne czasy. Dla Polskich Nagrań nagrałam też płytę z utworami Fryderyka Chopina.
              Moja pierwsza płyta kompaktowa, która wydana została w DUX-ie, była bardzo interesująca i może dlatego nakład został już wyczerpany. Na drugiej były między innymi wspomniane Preludia op. 1 Karola Szymanowskiego oraz Tryptyk góralski Artura Malawskiego. Dla DUX-u nagrałam też kilka płyt w utworami Chopina.
              Jak byłam przez kilka lat kierownikiem Katedry Fortepianu w Akademii Muzycznej w Łodzi, to zorganizowałam nagranie trzech płyt, na których znalazło się kilka utworów w moim wykonaniu, ale przede wszystkim utwory w wykonaniu członków Katedry.

              Uważamy Panią za Artystkę bardzo związaną z Podkarpaciem, chociaż urodziła się Pani we Lwowie.

              - To prawda, ale w Rzeszowie spędziłam najbardziej istotne lata życia. Chociaż jak moi rodzice uciekli ze Lwowa do Polski, to zamieszkaliśmy u mojej babci (matki mojej mamy) w Strzyżowie.

              Jak opuszczaliście Lwów, była Pani chyba malutka dziewczynką. Czy zapamiętała Pani lwowskie mieszkanie albo najbliższe otoczenie domu we Lwowie?

              - Nie mogłam nic zapamiętać, bo miałam zaledwie trzy miesiące. Pierwsze urodziny obchodziłam już w Strzyżowie.

              Wiem, że to właśnie w Strzyżowie Pani mama zauważyła szczególne zainteresowanie swej córeczki muzyką klasyczną i postanowiła ten talent rozwijać.

               - Zaczęłam uczyć się grać jak miałam 5 lat i to była zasługa mojej mamy.
Najpierw uczyłam się u pani Władysławy Durskiej, która była świetną, chociaż wymagającą nauczycielką. Była bardzo piękną, elegancką i wytworną damą, która także pochodziła ze Lwowa.
               Później zostałam przeniesiona do pani profesor Janiny Stojałowskiej. Często o niej myślę i bardzo serdecznie ją wspominam. Była uczennicą znakomitego pianisty Ignacego Friedmana.
Także była wytworną damą pochodzącą ze Lwowa, gdzie była uznawana za świetną nauczycielkę gry na fortepianie. Wprawdzie nie mówiła lwowską gwara, ale pewne wschodnie naleciałości słyszało się w jej mowie. Zamiast „wiesz ty” – zawsze mówiła: „wisz ty”. Do dzisiaj to pamiętam i się wzruszam. Zaczęłam jeździć z mamą do szkoły muzycznej, jak miałam 6 lat, a wyjechałam niedługo po Ogólnopolskim Konkursie Mozartowskim w Katowicach, który odbył się w 1956 roku i na którym otrzymałam wyróżnienie.
               Jednak sporo lat spędziłam w Rzeszowie. Jeszcze się uczyłam grać na skrzypcach u pana Swobodziana. To była także wielka postać. Dzisiaj nie ma takich ludzi. Oni mieli inny stosunek do życia. Wszyscy byli uciekinierami, którzy musieli zostawić swoje domy i cały swój dotychczasowy dorobek. Dziękowali Bogu, że przeżyli, wszystkie trudy znosili z uśmiechem i kochali muzykę nad wyraz. Podczas lekcji dawali z siebie naprawdę wszystko. Wprawdzie po trzech latach przestałam uczyć się grać na skrzypcach i dzisiaj już nic nie pamiętam, ale z pewnością były te lekcje ważne dla mojego rozwoju muzycznego...

               Od początku fortepian był najważniejszym, wymarzonym instrumentem.

                - Od piątego roku życia. Pani prof. Stojałowska była bardzo niezadowolona, kiedy dowiedziała się, że wyjeżdżamy do Krakowa, bo ojciec otrzymał tam przydział na mieszkanie, ponieważ chciała mnie przygotowywać do Konkursu Chopinowskiego... Myślała o tym poważnie, kiedy byłam w pierwszej klasie Szkoły Muzycznej II stopnia w Rzeszowie. Już wtedy grałam I część Koncertu e-moll Chopina a także Etiudę gis-moll „tercjową”.

               Słyszałam, że zwrócił na Panią uwagę prof. Henryk Sztompka.

                - Tak, podczas ogólnopolskiego Konkursu Mozartowskiego dla Dzieci i Młodzieży w Katowicach. Już wtedy prof. Sztompka zaproponował, że będzie mnie uczył w średniej szkole. Wprawdzie wtedy mieliśmy już w planie przenosiny do Krakowa, ale ja uczyłam się jeszcze w Rzeszowie.
Jak zamieszkaliśmy w Krakowie i przeniosłam się do tamtejszej średniej szkoły muzycznej, to przez cały czas uczyłam się u prof. Sztompki .Studiowałam w jego klasie przez 8 lat
                Z perspektywy wielu lat, jak na to patrzę, to widzę, że wszyscy bez większych urazów psychicznych przeszliśmy przez całą powojenną transformację.
Gdyby nie było wojny, to pewnie mieszkałabym we Lwowie, bo to wspaniałe miasto, które później poznałam i nic takiego nie spotkałoby ani mnie, ani moich rodziców, którzy musieli od zera zaczynać po raz drugi i przez wiele lat żyć w biedzie.
                Dzisiaj młodzież nie ma pojęcie, jak wtedy było. Wiele rodzin znajdowało się w takiej sytuacji, jak moi rodzice, którzy zostali wypędzeni ze swoich ojczystych stron. To wszystko politycznie, społecznie, emocjonalnie jest tak skomplikowane, że ja chylę czoła przed każdym, kto zachował człowieczeństwo i empatię do innych ludzi. Ci wszyscy ludzie mimo tak wielu zranień mieli tak wiele dobrego do dania następnemu pokoleniu. To jest piękne.
Mimo tych ciężkich czasów, życie potrafiło okazywać także swoje piękne strony.
Może dlatego mam sentyment do Strzyżowa i Rzeszów jest w moim sercu.

                Po ukończeniu Akademii Muzycznej w Krakowie wyjechała Pani na studia do Wiednia.

                - Nie od razu, wcześniej przeniosłam się do Warszawy, bo poznałam swojego męża. Byłam już mężatką, jak pojechałam na studia do Wiednia. Niełatwo było sobie takie studia „wychodzić”, ale mąż mnie ciągle mobilizował, składałam podania i w końcu się udało.
Moje nazwisko było już wówczas znane, bo w 1965 roku startowałam w Konkursie Chopinowskim.

                Dowodzi to najlepiej, że zainteresowanie Konkursem Chopinowskim było ogromne.

                - To prawda. Jednak ja w tym konkursie nie miałam szczęścia. Nie dlatego, że ktoś mnie źle ocenił, tylko dlatego, że mój ukochany profesor Henryk Sztompka zmarł kiedy byłam na czwartym roku studiów. Trafiłam do klasy pani prof. Reginy Smendzianki, ale to była młoda, rozpoczynająca karierę pedagogiczną pianistka, a poza tym zajęta swoimi koncertami i nawet nie miała czasu być na moich konkursowych występach. Nie byłam przygotowana do tego konkursu i miałam szczęście, że znalazłam się w drugim etapie i otrzymałam dyplom honorowy. Prawdę mówiąc, nie miałam lekcji podczas choroby prof. Sztompki, później także lekcje odbywały się sporadycznie. To było straszne, przeżyłam ogromny stres i to też mnie wiele nauczyło.
                W pierwszej turze eliminacji do których przygotowywał mnie jeszcze prof. Sztompka miałam bardzo wysoki wynik. Kiedy prof. Sztompka zachorował, to proponowano mi przejście do innego pedagoga, ale ja nie wyobrażałam sobie takiego braku lojalności wobec swojego wspaniałego pedagoga i byłam bez lekcji. Niestety, za wszystko się płaci. Takie jest życie.

                 Dwa lata później pojechała Pani do Szwajcarii na międzynarodowy „ Meisterkurs fűr moderne Klaviertechnik”oparty na formule konkursowej w St. Moritz i otrzymała I nagrodę.

                 - Później odnosiłam sukcesy w różnych konkursach, ale żaden z nich nie był tak ważny, jak Konkurs Chopinowski w Warszawie.
Spoglądając na to wszystko z perspektywy lat, mogę powiedzieć, że nie ma co żałować takich czy innych wydarzeń. Najważniejsze jest trwać w swojej pasji i starać się rozwijać, niezależnie, czy świat to doceni bardziej lub mniej. Trzeba po prostu pracować zgodnie z tym, co mówi Joga (zajmuję się Jogą jako systemem filozoficznym). Joga mówi: „ ...Pracuj, nie licząc na uznanie tej pracy, ale pracuj”. To jest bardzo mądre. Nie należy być wyrachowanym w tym, co się robi.
Każdemu życie przynosi dobre i złe rzeczy. W dojrzałym wieku zrobiłam się nieprawdopodobną optymistką. Jestem wdzięczna za każdy dzień życia.

                 Ma Pani szczęście do koncertów, bo wykonała Pani kilkaset recitali i koncertów symfonicznych, a rozpoczęła Pani działalność koncertową w 1962 roku.

                 - Tak, ale wtedy nie miałem jeszcze nawet osiemnastu lat. Uważam, że trwanie w zawodzie jest moim powołaniem. Miałam zawsze bardzo dobrą pamięć, która do dzisiaj mnie nie zawodzi. Pamiętam, że kiedy ktoś mi zaproponował wykonanie Sonaty b-moll Chopina, to nauczyłam się jej w 10 dni i grałam. Dzisiaj pewnie nie zdecydowałabym się na takie wyzwanie, ale przez wiele lat szybko wszystko przyswajałam.
                 Tak jak pisał Artur Rubinstein, że posługuje się podczas grania nie tylko słuchem i dotykiem, ale także zapamiętuje tekst nutowy wzrokowo, to ja również doceniam aspekt wzrokowy przyswajania pamięciowego dzieła muzycznego .

                 Z pewnością miała Pani pamięć wyćwiczoną do granic możliwości, ucząc się od dziecka wielu utworów.

                 - Kiedyś miałam taki dar. Jak uczyłam się w gimnazjum, to zapamiętywałam całą stronę książki, którą czytałam. Dzięki temu miałam same piątki i byłam we wszystkim prymusem. Zdając maturę, byłam zwolniona z ustnych egzaminów zarówno z matematyki, jak i z polskiego.
Teraz już te umiejętności są trochę słabsze, ale ciągle jeszcze jestem pewna tekstu podczas grania.

                 Był taki czas w Pani działalności artystycznej, że dosyć często występowała Pani w Rzeszowie.

                 - Owszem, ta współpraca rozpoczęła się na początku lat 70-tych ubiegłego wieku, kiedy dyrygentem i dyrektorem artystycznym Orkiestry Filharmonii Rzeszowskiej został pan Stanisław Michalek. Poznaliśmy się w ciekawych okolicznościach. Na inaugurację sezonu do Rzeszowa zaproszona była zupełnie inna pianistka. Okazało się, że solistka źle się poczuła i poproszono mnie w ostatniej chwili, abym przyjechała zagrać w Przemyślu i Rzeszowie Koncert f- moll Fryderyka Chopina na inauguracji sezonu, który jeszcze do tego miał być nagrywany przez Polskie Radio.
                 Ja miałam ten Koncert w programie i w palcach, ale na przygotowanie się do koncertu nie było czasu.
Dyrektor Michalek zgodził się, abym już nie jechała do Przemyśla, tylko została w Rzeszowie i spokojnie przygotowała się do piątkowego koncertu. Tak też się stało, przez cały dzień siedziałam przy fortepianie i powtarzałam koncert. Podczas piątkowego koncertu zarówno Orkiestra, jak i ja zagraliśmy bardzo dobrze.
Dyrektor Stanisław Michalek był taki zadowolony, że zaproponował mi wykonanie kolejnych koncertów z orkiestrą Filharmonii Rzeszowskiej. Sporo koncertów symfonicznych zagrałam w Rzeszowie, a ostatni raz wystąpiłam pod batutą pana Józefa Radwana i uważam, że było to moje najlepsze wykonanie Koncertu a-moll Roberta Schumanna.
                 Później zmienił się dyrektor artystyczny w Rzeszowie i już mnie nie zapraszał, bo miał swoich ulubionych pianistów.
Natomiast wcześniej, szczególnie wówczas, kiedy dyrektorem był pan Stanisław Michalek, to w każdym sezonie grałam w Rzeszowie koncert symfoniczny. Uważam, że to był wspaniały dyrygent i człowiek dużego formatu. Chociaż już od wielu lat nie żyje, to ciągle go wspominam i uważam, że bardzo dużo Filharmonia Rzeszowska jemu zawdzięcza.

                 W tym czasie w programach koncertów pojawiało się sporo muzyki nowej, skomponowanej w XX wieku. Pani też grała sporo takiej muzyki.

                 - Był taki czas, że grałam dużo utworów współczesnych kompozytorów, polskich i zagranicznych. Na początku, nawet jak ta muzyka była dla mnie mało przystępna, to zawsze starałam się znaleźć w niej piękno jakiegoś współbrzmienia lub przebiegu. Na szczęście nie trwało to długo i później już zawsze potrafiłam w sposób właściwy dostrzec walory każdego utworu.

                 Aktualnie, w dobie panującej pandemii, nie możemy słuchać Pani gry w salach koncertowych, ale odbywają się koncerty w sieci oraz można sięgnąć po płyty i nawet kiedy brak nam żywego kontaktu, to te nagrania budzą nasze emocje i wzruszają.

                  - Zawsze muzyka trafia do mojego serca i staram się przekazywać również moje uczucia w grze. Wielką radość sprawia mi wzruszenie publiczności. Zazwyczaj po koncercie sporo osób podchodziło i dziękowało za te wzruszenia.
                  Ucieszyłam się, jak pani powiedziała, że tyle emocji wzbudziły mazurki Chopina. Większość ze znajdujących się na mojej najnowszej płycie nastraja melancholijnie, ale niektóre - tak jak Mazurek D-dur op. 33, czy Mazurek G-dur op.50 pobudzają do tańca i szalonej zabawy.

                  Przez całe życie związana jest Pani z muzyką, ze sztuką.

                  - Związek ze sztuką jest wielkim boskim błogosławieństwem, dlatego, że człowiek grając muzykę, nie czuje się samotny ani stary, a często kiedy grając przypominam sobie wykonania sprzed lat, to czuję się młoda.
                  Ponadto artystą się bywa, nie jest się zawsze, ale kiedy się bywa tym artystą, to jest ogromne szczęście. Do tego nie jest potrzebna słynna sala koncertowa, bo to może zdarzyć się w domu, w jakiejś świetlicy czy w innym miejscu, a grając człowiek się odrywa od ziemi i to daje dużo szczęścia.
                  Miałam także szczęście do bardzo dobrych pedagogów i dzięki temu nie mam żadnych problemów technicznych, moje ręce nigdy nie zostaną uszkodzone poprzez granie, nie boli mnie kręgosłup od tego, że siedzę przy fortepianie. To jest odpowiednia technologia gry, której ostatni szlif dał prof. Dieter Weber w Wiedniu. Dzięki temu nigdy moje emocje nie są przyćmione przez walkę z materią i towarzyszą każdemu wykonaniu.

                  Dosyć późno zaczęła Pani uczyć, ale dzieliła się Pani swoją wiedzą i doświadczeniem do niedawna.

                   - Wszystko zaczęło się od krótkich spotkań pedagogicznych, ale tak naprawdę poważnie zajęłam się uczeniem pod koniec lat 80-tych ubiegłego wieku, kiedy przez dwa lata prowadziłam klasę fortepianu na Uniwersytecie Bilkent w Ankarze.
Ucząc przez pewien czas w Turcji, zaczęłam się zastanawiać, dlaczego nie uczę Polaków? Trudno było wtedy o pracę w polskich uczelniach muzycznych, a ja nie chciałam uczyć małych dzieci, bo byłam już na tyle dojrzałą pianistką, że chciałam przekazać to, co umiem na trochę wyższym pułapie.
                  Pojawiła się szansa złożenia wniosku o zrobienie przewodu w Akademii Muzycznej w Łodzi i po zdaniu egzaminu na adiunkta, zostałam przyjęta najpierw na pół etatu, a później na cały etat. W tej uczelni przeszłam wszystkie szczeble kariery naukowej od asystenta I stopnia do profesora tytularnego (2000) i profesora zwyczajnego (2007). W latach 2007 – 2014 pełniłam funkcję kierownika Katedry Fortepianu.
                   Nie byłam pedagogiem, który swoje cele stawiał wyżej niż studentów. Zawsze byłam dla nich i do dzisiaj mam z nimi serdeczne kontakty. Jestem zadowolona, że się nie zmarnowali i działają w zawodzie.

                   Nawet jak się już przekaże pałeczkę następnemu pokoleniu, to artysta pozostaje nadal artystą.

                   - Powiem Pani, że to jest właśnie w sztuce wspaniałe, że artysta musi do końca życia pracować twórczo. Nie wiem, skąd się bierze u mnie tyle energii i chęci do działania. Nie poddaję się żadnym depresjom, bo to jest naturalne, że dzieją się wokół nas rzeczy dobre i złe. Cieszę się każdym dniem, codziennie ćwiczę i uczę się nowych utworów albo przypominam sobie te, które grałam przed laty.
                   Ostatnio sięgnęłam po utwory Emila Młynarskiego, Józefa Wieniawskiego, a podczas ostatniego koncertu online wykonałam trzy walce Stanisława Moniuszki.
Bardzo się dziwię, że tak dużo kompozycji z okresu Młodej Polski nie jest granych. Mam nadzieję, że znajdą się pasjonaci, którzy po nie sięgną.

                   Prowadząc przez tyle lat aktywną działalność koncertową miała Pani okazję zwiedzić kawał świata.

                    - Podróżowałam sporo po świecie, znam parę kontynentów, ale uważam, że szczęścia nigdzie nie można znaleźć, nawet w najpiękniejszym miejscu, jeżeli brakuje określonych emocji, które nas z tym miejscem wiążą.

                    Pani dom jest od wielu lat w Warszawie, a serce?

                    - Moje serce jest rozdarte. Pomimo, że nie pamiętałam Lwowa z dzieciństwa, to poznałam to miasto dzięki lwowskiemu dyrygentowi, z którym poznał mnie w Rzeszowie pan Stanisław Michalek. Dzięki tej znajomości zostałam zaproszona do Filharmonii Lwowskiej z Koncertem g-moll Mendelssohna. Później jeszcze chyba dwa albo trzy razy byłam we Lwowie dzięki koncertom organizowanym przez Krajowe Biuro Koncertowe. Poznałam trochę to miasto, ale czułam ogromne rozdarcie, że miasto, w którym się urodziłam, znajduje się w innym państwie. Nie dziwię się, że Wojciech Kilar, który spędził tam dzieciństwo, nie chciał tam jeździć.

                     Część mojego serca jest we Lwowie, bo tam się urodziłam, część pozostała w Rzeszowie, bo tam zaczęłam realizować moje muzyczne pasje i miałam wielu przyjaciół, a także w Strzyżowie, bo tam mieszkałam. Później był Kraków, a potem była Warszawa i na końcu Łódź, gdzie także kawałek serca zostawiłam. Kocham chyba całą Polskę. Cieszę się, jak rozwijają się duże i małe miasta.Cieszy mnie, że Rzeszów tak pięknie wygląda i zawsze jadę tam z wielką radością, bo przypomina mi się młodość. Jak po latach przyjechałam do Rzeszowa, to od pierwszej chwili poczułam, że to jest moje miejsce, to jest to powietrze. To było prawie 20 lat temu i może jeszcze klimat nie był tak skażony, ale dla mnie rzeszowskie powietrze było inne – lepsze.

                     Znamieniem mojego pokolenia jest to, że jesteśmy mimo wszystko wykorzenieni. Ja nie wiem nawet, gdzie jest pochowana matka mojego ojca, bo jak uciekaliśmy ze Lwowa, to ona była już bardzo leciwą kobietą i nie mogła udać się w taką podróż. Rodzice zostawili ją we Lwowie pod opieką sióstr zakonnych, które potem zawiadomiły ojca o jej śmierci. Ojciec jednak nie mógł tam nigdy pojechać.                                                                                                                                                                                                                                                                      Dlatego doceniam każdy dzień, w którym mogę normalnie żyć, działać, grać…

Z prof. Marią Korecką-Soszkowską, wyśmienitą pianistką i znakomitym pedagogiem rozmawiała Zofia Stopińska 17 grudnia 2020 roku.

                  

 

Paweł Kowalski: "Uważam, że wybór drogi życiowej był właściwy"

           Nasz gość Paweł Kowalski jest jednym z najbardziej wszechstronnych polskich muzyków, wykonującym ponad czterdzieści utworów na fortepian i orkiestrę od Mozarta i Chopina do Panufnika, Kilara i Góreckiego, recitale, muzykę kameralną, filmową oraz jazz. Pianista był pierwszym po Krystianie Zimermanie wykonawcą Koncertu fortepianowego Witolda Lutosławskiego, który zagrał w Warszawie pod dyrekcją kompozytora.
            Wybitni kompozytorzy tak pisali o bohaterze naszego spotkania:

„... w p. Kowalskim znalazłem świetnego wykonawcę mego koncertu. Jest on wybitnie utalentowanym pianistą i wysoce inteligentnym muzykiem..." Witold Lutosławski

Panu Pawłowi Kowalskiemu z wdzięcznością za piękne i tak bardzo „moje" wykonanie tego Koncertu..." Wojciech Kilar

Jestem pod silnym wrażeniem jego gry, która charakteryzuje się wielką muzykalnością, wrażliwością i doskonałością techniczną". Andrzej Panufnik

           Ogromnie się cieszę, że możemy się spotkać jeszcze w 2020 roku w Rzeszowie, gdzie tym razem utrwalicie z Orkiestrą Filharmonii Podkarpackiej pod batutą Jiři Petrdlika I Koncert fortepianowy Ludwiga van Beethovena, który jest chyba największym przegranym w roku swoich 250. urodzin, a wszystko z powodu pandemii.
            - To jest dobre podsumowanie. Mój osobista „znajomość” z COVIDEM rozpoczęła się 5 marca. Grałem Fantazję c-moll op. 80 na fortepian, orkiestrę i chór Beethovena w Filharmonii w Gorzowie. Cała Polska jest jeszcze otwarta i przybywa pierwszy chory, który wrócił z Westfalii, zamyka się całe województwo lubuskie i godzinę po próbie w czwartek dowiadujemy się, że koncert jest odwołany. To był pierwszy odwołany koncert w Polsce.
Teraz sporo moich koncertów również zostało odwołanych. Cieszę się na Koncert C-dur Beethovena, który grałem niedawno w Filharmonii w Łodzi. Jesteśmy po omówieniu partytury z dyrygentem i moim zdaniem mamy szansę na dobre nagranie.

            Koncert C-dur, czyli I Koncert fortepianowy C-dur op. 15 Ludwiga van Beethovena.
             - Tak samo, jak u Chopina – nie napisany jako pierwszy, ale pierwszy w numeracji opusowej Nagrałem go na CD wraz z IV Koncertem G-dur op.58.

             Ma Pan w repertuarze dużo utworów Beethovena.
             - Koncerty fortepianowe – I, III, IV, V, Koncert potrójny C-dur op. 56, który po raz pierwszy wykonywałem z Sinfonią Varsovią pod dyrekcją Yehudi Menuhina, wspomnianą już Fantazję c-moll op. 80 oraz kilka sonat fortepianowych.

             Bardzo długo się nie widzieliśmy, ale starałam się z daleka obserwować Pana działalność artystyczną, która cały czas była bardzo intensywna. Często występował Pan w Polsce, ale także dużo Pan koncertował za granicą.
             - Z Filharmonią Podkarpacką mam długą tradycję współpracy. To była jedna z pierwszych filharmonii w Polsce, która po moim debiucie z Witoldem Lutosławskim zaprosiła mnie do wspólnego wykonania jego wspaniałego Koncertu fortepianowego. Ostatnio grałem tu Koncert G-dur Ravela w 2014 roku oraz Koncert a moll Paderewskiego z okazji Święta Niepodległości rok później. Potem jakoś straciliśmy się z oczu dlatego cieszę się z naszych dwóch tegorocznych spotkań - w lipcu z Koncertem f-moll Chopina a teraz z C-dur Beethovena. Byłem także dwukrotnie gościem na Muzycznym Festiwalu w Łańcucie, który uważam za jeden z najbardziej niezwykłych w Polsce.
             Od 2015 roku wydarzyło się sporo rzeczy. Po tym jak komentowałem Konkurs Chopinowski w TVP Kultura zacząłem grać koncerty, zazwyczaj recitale, połączone z sensownym, mam nadzieję, opowiadaniem o wykonywanej muzyce (nie tylko Chopina). Czterokrotnie wykonałem „Prometeusza – Poemat ognia” op. 60 Aleksandra Skriabina oraz dwukrotnie Koncert fortepianowy fis-moll op. 20.
             Lutosławski słusznie mówił o Skriabinie, że to najbardziej niedoceniony kompozytor XX wieku. Tegoroczne wykonania „Prometeusza” oraz Koncertu zostały storpedowane przez COVID. Jestem pierwszym pianistą, który gra partię fortepianu w „Prometeuszu” na pamięć. To jest fascynujący utwór, który wykonuje się wraz z pokazem świateł. Chodzi o synestezję czyli przyporządkowanie poszczególnych tonacji muzycznych konkretnym kolorom.
             W ostatnich latach miałem szczęście występować ze znakomitymi dyrygentami m.in. Koncert Kilara z Jerzym Maksymiukiem i NOSPR, Koncert Ravela z Orquesta Sinfonica de Tenerife i Michałem Nesterowiczem, Koncert C-dur KV 467 z Reinhardem Goebelem, Koncert Paderewskiego z Gabrielem Chmurą i Orkiestrą Teatru Wielkiego w Poznaniu. Chmura był znakomitym muzykiem. Jego odejście jest wielką stratą. Grałem Koncert e-moll Chopina z Filharmonią Katarską w Dausze, f-moll z Narodową Orkiestrą Radiową w Bukareszcie, Symfonię „Koncertującą” Karola Szymanowskiego na koncercie finałowym Festiwalu Pianistyki Polskiej, koncerty Addinsella i Paderewskiego na inauguracje Gdańskiej Jesieni Pianistycznej, recitale w Abu Zabi, Limie, Bogocie, Buenos Aires, w Palau de la Música Catalana w Barcelonie, Valldemossie, w Filharmonii w Luksemburgu, w Ottawie, na Festiwalach w Izmirze i Ankarze, na festiwalach chopinowskich w Genewie, Paryżu, Dusznikach, Antoninie, na przepięknym Festiwalu im. Jerzego Waldorffa w Radziejowicach. Jestem dumny ze współpracy z Polską Orkiestrą Sinfonia Iuventus, z którą zagraliśmy w ciągu ostatnich dwóch sezonów koncerty fortepianowe Gershwina, Lutosławskiego i A-dur KV 488 Mozarta – wszystkie w Studio im. Witolda Lutosławskiego w Warszawie. Przed nami w 2021 m.in. Beethoven oraz Koncert d-moll KV 466 Mozarta z maestro Maksymiukiem.
             Są takie miejsca gdzie czuję się jak w domu: wspomniana właśnie Sinfonia Iuventus – uwielbiam ich za fantastyczną mieszankę młodości, entuzjazmu i profesjonalizmu, Filharmonia Łódzka, Filharmonia Zielonogórska z moim przyjacielem maestro Czesławem Grabowskim, orkiestra Warsaw Camerata z moim przyjacielem Pawłem Kos-Nowickim.. Takie bliskie relacje międzyludzkie są, szczególnie w obecnej sytuacji, bezcenne!

             Podziwiam Pana zapał do grania i entuzjazm do poszerzania repertuaru o pozycje bardzo trudne, po które większość pianistów nie sięga.
              - Po zagraniu Koncertu fortepianowego Lutosławskiego filharmonie zadawały mi pytanie: co Pan jeszcze umie grać? Na stronie internetowej umieściłem długą listę utworów. Kiedy ktoś zainteresowany pytał mnie, czy gram konkretny utwór, zawsze odpowiadałem twierdząco. Niektórych utworów musiałem się uczyć dosłownie w ciągu kilku dni, ale radość z ich wykonywania zawsze rekompensowała zainwestowany czas i wykonaną pracę. Gram ok. 40 utworów na fortepian i orkiestrę.
              Z uczeniem się u mnie jest podobnie jak z komponowaniem o którym opowiadał mi mistrz Lutosławski. Zawsze najbardziej ciekawił go ostatni skomponowany przez siebie utwór. U mnie to jest również (duży) utwór, nad którym ostatnio pracowałem - Koncert fortepianowy fis-moll op. 20 Skriabina. Wykonałem go po raz pierwszy w listopadzie i grudniu 2019. Moja praca nad nim, grając oczywiście inne utwory w międzyczasie, trwała pół roku. Radość z jego wykonania trudno mi wyrazić słowami.

              Moim marzeniem jest, aby jak najszybciej zacząć chodzić na koncerty. Trudno narzekać na brak propozycji, bo w sieci znaleźć można naprawdę bardzo dużo znakomitej muzyki, ale nic mi nie zastąpi koncertu, podczas którego jestem na widowni.
              - Miałem szczęście, że od czerwca do października zagrałem sporo koncertów z udziałem publiczności. Nie sprawia mi różnicy, czy gram dla 50 czy dla 1000 osób, dlatego, że sposób przygotowania się do koncertu jest u mnie identyczny. Czy jest to koncert na pianinie, na dachu Promu Kultury Saska Kępa (to jest Centrum Kultury w jednej z najbardziej klimatycznych dzielnic Warszawy), gdzie czuję się jak kot domowy  czy w Sali NOSPR-u, czy z Qatar Philharmonic... odczuwam tę samą odpowiedzialność i radość jednocześnie. Teraz, kiedy gramy bez publiczności, przed nagraniem mówię do orkiestry – Państwo jesteście moją publicznością i vice versa. Dzięki takiemu podejściu nie gramy do pustej sali.

              Myślę, że większość muzyków przyzwyczaiła się już do mikrofonów i kamer podczas koncertów.
              - Zwyczaj nagrywania koncertów i ich prezentacji w multimediach prawdopodobnie pozostanie. Prezentacje online rozumiem dziś jako promocję. Jednocześnie mobilizuje mnie to do dążenia aby efekt był jak najlepszy. Mówiąc o takich dokumentach jestem dumny z nagrania Koncertu A-dur KV 488 z Sinfonią Iuventus pod dyrekcją Marka Wroniszewskiego. Nagraliśmy ten koncert na początku września w Studio Lutosławskiego i jest on dostępny na YouTube, Facebooku oraz na stronie Sinfonii Iuventus .

              Dodatkowa wartością jest, że te nagrania zostają na płytach czy w archiwach i po latach można po nie sięgnąć.
              - Kiedyś orkiestry nagrywały koncerty do archiwów ale nie odnosiłem wrażenia, że w muzykach wyzwalało to mobilizację. natomiast teraz to odczuwam. Powiem pani, dlaczego. Muzycy siedzą na estradzie dosyć daleko od siebie. W kwintecie smyczkowym każdy muzyk siedzi przy osobnym pulpicie (dawniej po dwie osoby). Ilość osób na estradzie nie może przekroczyć 40. Odpowiedzialność spadająca na poszczególnych muzyków jest o wiele większa, a za tym idzie odpowiedzialność za indywidualne przygotowanie się do koncertu.
              Na świecie powstają rewelacyjne nagrania koncertowe. Na przykład oglądałem Orkiestrę Concertgebouw w Amsterdamie w rewelacyjnym wykonaniu VII Symfonii Beethovena właśnie w takim ustawieniu o jakim wspominałem. Poza tym sale takie jak Concertgebouw czy u nas Studio Koncertowe im. Lutosławskiego mają znakomitą akustykę. Ona bez publiczności jest zazwyczaj jeszcze lepsza!
              Być może po epidemii dyrygenci zastanowią się na innym ustawieniem orkiestr na estradzie co może stworzyć szansę na nowe, bardzo ciekawe brzmienie tworzone przez mniejszą ilość muzyków. Myślę, że koronawirus może zmienić właśnie takie rzeczy, co do których wydawało się nam, że już nic nowego nie jesteśmy w stanie wymyśleć.
               Wracając do nas: kiedy byłem w październiku w Filharmonii Łódzkiej orkiestra została podzielona na dwa mniejsze składy, które wykonały dwa różne koncerty – jeden w piątek i drugi w sobotę. Na jednym i na drugim mimo ograniczeń było dużo publiczności.

               Pensje muzyków pracujących w orkiestrach czy chórach są niewielkie. Jeśli będą poświęcać cały swój czas na przygotowanie się do koncertu, powinni otrzymywać większe wynagrodzenie, bo będą musieli zrezygnować z dodatkowych zajęć w szkołach muzycznych i różnych zespołach.
               - Trudno się z tym nie zgodzić. Porównajmy to np. do medycyny. W Polsce lekarz zarabia być może niezłe pieniądze. Ale żeby tak było musi pracować w szpitalu, a przez wszystkie popołudnia w prywatnych przychodniach etc. W Niemczech lekarz pracuje w szpitalu i być może w jednej przychodni i to wystarcza, żeby miał poczucie, że jego dochody są dobre, a co z tego wynika prestiż zawodu, który wykonuje z punktu widzenia państwa, społeczeństwa, jest wysoki. Człowiek musi przyzwoicie zarabiać i mieć jednocześnie czas na odpoczynek oraz siły na pracę indywidualną i rozwój. Nie chciałaby Pani trafić do lekarza wykończonego pracą lub lekarza - chałturnika (tacy też są), który zasypia podczas Pani wizyty. Te porównania odnoszą się moim zdaniem również do wykonywania zawodu muzyka.

               Teraz muzykom także udziela się to, co się dzieje wokół.
               - Najważniejszym zadaniem jest utrzymanie motywacji do działania. Ja np. postanowiłem zrobić „przegląd” koncertów fortepianowych, które gram. Biorę nuty i sprawdzam w jakim stanie jest utwór, którego nie grałem od dłuższego czasu. W tej chwili np. mam na pulpicie cztery różne koncerty fortepianowe Mozarta. Od Bacha i Mozarta zaczyna się dla mnie współczesna technika pianistyczna. U Mozarta jest ona niezwykle przejrzysta i obnaża wszystkie potencjalne deficyty pianisty. Jeżeli człowiek radzi sobie z Mozartem to jest szansa, że poradzi sobie technicznie i muzycznie z utworami z kolejnych epok muzycznych.
               Z drugiej strony to jest czas żeby zastanowić się nad innymi sprawami. Postawiłem sobie cel główny – utrzymanie przy życiu moich rodziców, którzy są po osiemdziesiątce. Obiecałem im, że dotrwamy do końca pandemii. Zorganizowałem logistykę, dostawy zakupów, wszystko, co konieczne, aby nie narażać ich na niebezpieczeństwo. Jutro gram Beethovena a w poniedziałek jechałem rowerem po warzywa i owoce na stragan na Tamce (ulica na Powiślu w Warszawie). Sytuacja wymaga dyscypliny i wyrzeczenia się nie wiadomo na jak długo, wielu rzeczy oraz zmiany w zachowaniach, które uważaliśmy za normalne i dane raz na zawsze, do których byliśmy przyzwyczajeni i które dawały nam zadowolenie i sprawiały radość bo chodzenie na koncerty, do teatru, filharmonii, kina, spotykanie przyjaciół i interakcja z bliskimi ludźmi uskrzydla nas i sprawia, że życie jest coś warte.
               Drugą rzeczą jest „gotowość zawodowa”. Może się zdarzyć tak, że odwołają mi pięć koncertów w jednym miesiącu i nie mogę z tego powodu popaść w depresję, tylko być gotowym na propozycje zagrania kolejnego. Propozycje pojawiają się czasami na kilka dni przed realizacją nagrania i wtedy jak powiedział kiedyś prof. Tadeusz Żmudziński „albo pan próbujesz, albo pan grasz!”. Te słowa zapamiętałem na zawsze i są moim mottem zawodowym. Propozycje last minute zdarzały się zawsze i należą do profesji. Ale ten rok jest inny ponieważ większość zaplanowanych koncertów została odwołana, a większość tych, które zagrałem, na początku roku nie miałem w planach.

               Czy od początku działalności artystycznej był Pan wyłącznie pianistą koncertującym?
               - Tak, po 30 latach zawodowego grania jako freelancer, czyli człowiek, który nigdy nie miał etatu, uważam, że wybór drogi życiowej był właściwy. Być może byłbym dobrym pedagogiem, ale nie interesowało to wyższych uczelni. Z jednej strony szkoda – z drugiej zyskałem czas. Nie wiem, czy miałbym energię do nauczenia się „Prometeusza” czy Koncertu fis-moll Skriabina oraz wielu innych utworów na fortepian i orkiestrę, kameralnych i solowych będąc jednocześnie full time pedagogiem. Uczenie jest zadaniem ciekawym a jednocześnie bardzo trudnym, wymagającym zainwestowania ogromnej energii. Wiem to, ponieważ prowadziłem i prowadzę kursy. W tamtym roku np. w Konserwatorium w Palma de Mallorca, a w 2020 w Pałacu w Radziejowicach, czyli w tym samym miejscu o którym mówiłem a propos Festiwalu im. Jerzego Waldorffa. Liczę na to, że w przyszłym roku latem będę tam ponownie i wtedy zapraszam wszystkich zainteresowanych studentów, uczniów, którzy chcieliby ze mną pograć, porozmawiać o interpretacjach muzycznych, o technice, ćwiczeniu i wymienić poglądy.

Paweł Kowalski fot.Bartosz Szustakowski

Paweł Kowalski w Pałacu w Radziejowicach. fot. Bartosz Szustakowski

               Jak Pan sądzi, czy pandemia zmieni nasze zwyczaje i sposób myślenia?
               - Z pewnością możemy się zastanowić, czy musimy każdego człowieka ucałować na powitanie w policzek (to piękny zwyczaj, którego nauczyłem się w mojej ukochanej Argentynie). Możemy się zastanowić nad organizowaniem swojego czasu.
Mój przyjaciel jest szefem światowego koncernu i spędził ostatnie lata w ten sposób, że w poniedziałek był w Istambule, we wtorek w Singapurze, a w piątek w Los Angeles. Moim zdaniem nie będzie powrotu do takiego życia. Całe marnotrawstwo dotyczące środowiska, latanie biznesowe samolotami po całym świecie, tracenie energii i środków na rzeczy zbędne – nad tym wszystkim możemy się zastanowić i wyciągnąć wnioski.
               Wnioski dla naszej dziedziny powinny być takie, że musi ona podlegać ochronie, ponieważ nie ma cywilizowanego państwa bez kultury. Podpisywanie umów powinno następować z wyprzedzeniem, a nie „na miejscu”. Umowa w razie odwołania koncertu nie może być dla muzyka bezużytecznym świstkiem.
Model europejski (poza Wielką Brytanią) jest taki, że to państwo, a nie jakaś grupa mecenasów, dba o to, aby kultura była na możliwie wysokim albo bardzo wysokim poziomie, ponieważ ona tworzy zaplecze do dwóch dziedzin: przede wszystkim promocji kraju i turystyki oraz zapewnia nam coś, co możemy określić ogólnie jako bezpieczeństwo publiczne. Im większy dostęp do edukacji i kultury wysokiej nie tylko w dużych miastach, ale także w średnich i małych miejscowościach, tym mniejsze ryzyko polaryzacji społecznej czyli m.in. wzrostu przestępczości.

                Powiedział Pan przed chwilą, że branża artystyczna powinna być objęta szczególną ochroną państwa. Zastanawiam się tylko, czy ona przetrwa, zanim się to stanie.
                - Pyta Pani freelancera. Natomiast muzycy w filharmoniach czy w szkołach są chronieni etatami. Nie słyszałem o planach likwidacji filharmonii, orkiestr etc. Myślę instynktownie, że wiosną wrócimy do jakiejś formy normalności. Być może nie będzie identycznie jak przed pandemią ale jednak zaczniemy wracać do życia również w naszej dziedzinie.

                Jutro czeka Pana nagranie z towarzyszeniem naszej Orkiestry i mam nadzieję, że niedługo będziemy mogli zaprosić melomanów na koncert online.
                - Postaramy się zagrać jak najlepiej i liczę na to, że melomani zechcą obejrzeć i posłuchać efektów naszej pracy. Tym bardziej, że nie będzie to jednorazowa emisja, ponieważ nagranie zostanie w sieci. Ja staram się oglądać koncerty na dużym ekranie telewizyjnym połączonym ze wzmacniaczem, dobrymi kolumnami i wtedy czuję jak bym tam był. W marcu i kwietniu dostęp do koncertów z Filharmonii Berlinskiej, oglądanie mojej ulubionej Boston Symphony czy Concertgebouw bardzo mi pomogło uporać się psychicznie z nową sytuacją. Oglądanie polskich orkiestr sprawia mi radość również dlatego, że są to miejsca, które doskonale znam oraz koledzy wśród których mam dobrych znajomych i przyjaciół. Rejestracje koncertów są na coraz wyższym poziomie technicznym. Jeżeli mamy ludzi, którzy potrafią połączyć dobry dźwięk z dobrym obrazem i dobrą reżyserią to powstają bardzo wartościowe dokumenty. Dla instytucji, która zamawia takie produkcje, mogą być one świetną reklamą.

                Większość kanałów, emitujących również koncerty, jest dostępnych na całym świecie.
                - Tak, wybór jest ogromny a dostęp w większości przypadków darmowy. Instytucje i orkiestry mają własne kanały w mediach społecznościowych, a w polskiej przestrzeni telewizyjnej poza płatnym Mezzo są dostępne darmowe programy na satelitach z dużą ilością muzyki np. Arte. Niedawno, w pustej Filharmonii Berlińskiej, odbył się fantastyczny koncert Deutsches Symphonie-Orchester Berlin, którym dyrygował Robin Ticciati oraz gościnnie Sir Simon Rattle. Dla zachowania związanych z pandemią rygorów część muzyków była usytuowana na miejscach dla publiczności. Koncert był wstrząsający. Ogromne wrażenie zrobił na mnie Marsz żałobny Henry’ego Purcella, którego rytm wybijany był przez przybywających z za kulis sześciu doboszy. Dwóch z nich to byli Robin Ticciati, stały dyrygent orkiestry, oraz Sir Simon Rattle. Obejrzałem ten koncert najpierw na kanale orkiestry na facebooku  , a kilka dni później retransmisję w telewizji RBB. Od marca pokazywała ona regularnie zarówno koncerty Berliner Philharmoniker jak również wydarzenie z berlińskiego Konzerthausu.

                Polscy muzycy bardzo często reprezentują nasz kraj w różnych zakątkach świata.
                - To prawda. Moja mama była kiedyś wicedyrektorem Instytutu Polskiego w Wiedniu i często współorganizowała różne imprezy kulturalne. Jeżeli zapraszany był polski pisarz czy poeta, który nie mówił biegle po niemiecku lub nie miał wydawcy w Austrii, to na taki wieczór przychodziło kilka, góra kilkanaście osób.
                Dziś na koncert Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Podkarpackiej w wiedeńskim Musikverein jest pełna sala, ponieważ ludzie kochają muzykę, a ponadto zawsze wielu turystów chce być na koncercie w słynnej Złotej Sali. Muzyka jest jedną z najlepszych form promocji kultury.
Poziom orkiestr w Polsce moim zdaniem stale się poprawia. Zbudowano dziesiątki nowych sal koncertowych - niektóre z nich na światowym poziomie, nie tylko sale we Wrocławiu i Katowicach, ale np. w Kielcach i Gorzowie Wielkopolskim.

                Miejmy nadzieję, że sale koncertowe wypełnią się publicznością już w przyszłym roku, a na razie kameralnie spędzimy w domach Boże Narodzenie, wieczór sylwestrowy i Nowy Rok.
                - Zawsze spędzam święta kameralne, z moimi rodzicami.
Dziękuję Pani i pozdrawiam wszystkich, którzy zechcieli przeczytać naszą rozmowę.

Z wybitnym polskim pianistą Pawłem Kowalskim rozmawiała Zofia Stopińska 26 listopada 2020 roku.

Michał Rot: "Nie jestem typem samotnika"

               Bardzo mnie ucieszył udział w jednym z koncertów XXXVII Przemyskiej Jesieni Muzycznej pana Michała Rota, znakomitego pianisty młodego pokolenia, którego najczęściej podziwiamy i oklaskujemy w roli kameralisty. Rozmowę rozpoczęłam od pytania o koncert w Przemyślu.

           Zofia Stopińska: Rozmawiamy po koncercie, który nagrany został 15 listopada w Sali Zamku Kazimierzowskiego. Należy podkreślić, że zabrzmiały bardzo ciekawe utwory podczas tego wieczoru.
             Michał Rot: Ponieważ podczas całego festiwalu wykonywane są kompozycje poświęcone kobietom albo kompozycje kobiet, dlatego zdecydowaliśmy się wykonać program złożony wyłącznie z dzieł wybitnych kompozytorek i jednocześnie staraliśmy się, aby była to muzyka rzadko wykonywana.
             Dlatego wybraliśmy wraz z Wojtkiem Fudalą Sonatę na wiolonczelę i fortepian, którą skomponowała Rebeca Clarke. W oryginale ten utwór napisany został na altówkę, ale sama kompozytorka wkrótce opracowała wersję na wiolonczelę. W Polsce bardzo rzadko wykonuje się to dzieło w wersji wiolonczelowej, a brzmi ono w tym układzie równie interesująco, o czym mogą się Państwo przekonać.
             Mój drugi partner - Piotr Tarcholik, wybrał Sonatę „Da Camera” Grażyny Bacewicz. Jest to pierwsza Sonata na skrzypce i fortepian, przez nią skomponowana w 1945 roku. Mamy w tym utworze bardzo ciekawy przykład stylizacji – w Menuecie oraz w finałowym Gigue wyraźnie słyszymy echa suity barokowej.
             Ostatnim punktem koncertu było Trio fortepianowe g-moll op. 17 Clary Schumann, jednej z największych pianistek swoich czasów, ale także kompozytorki.
W ostatnim dwudziestoleciu coraz częściej wykonawcy sięgają po jej kompozycje i to nie tylko lirykę wokalną, ale również formy kameralne, a Trio g-moll uważa się za najbardziej dojrzałe dzieło Clary Schumann.

             Clara Schumann była pierwszą kobietą, która pokazała światu, że kobiety tworzą bardzo piękne, wartościowe utwory. Wcześniej także kobiety komponowały, ale tworzyły w zaciszu domowych salonów i tylko czasami się zdarzało, że ich kompozycje przy pomocy mężczyzn ukazywały się drukiem.
             - Przyszło mi w tej chwili na myśl postać Fanny Mendelssohn – kompozytorki i pianistki niemieckiej, siostry Feliksa Mendelssohn-Bartholdy’ego, której twórczość jest coraz częściej wykonywana A niektórzy muzykolodzy nawet twierdzą, że niektóre utwory Feliksa być może skomponowała Fanny.
W tamtych czasach kobiety musiały bardzo zabiegać o to, żeby ich kompozycje ukazały się drukiem.
             Clara Schumann była uznaną, wybitną pianistką i zapewne dlatego łatwiej jej było przekonać wydawców do publikowania swoich dzieł. Nie można też pominąć faktu, że jej mąż Robert Schumann także był oczywiście wybitną postacią w muzyce niemieckiej. To z pewnością również miało znaczenie, ale Clara Schumann przetarła szlaki dla późniejszych kompozytorek, które startowały z zupełnie innego pułapu walcząc o swoje miejsce w świecie muzyki.

             Wasz koncert jest na kanale YouTube TV Podkarpacka i na stronie Towarzystwa Muzycznego w Przemyślu. Wysłuchałam go dwukrotnie i jeszcze nie raz do niego powrócę, bo program jest bardzo interesujący, a do tego świetnie wykonany. Podkreślam to w sposób szczególny, bo wiem, że granie koncertu w sali bez publiczności nie jest łatwe.
             - Dziękuję za ciepłe słowa w imieniu moich kolegów i swoim. Włożyliśmy w ten koncert bardzo dużo pracy i serca. Rejestrowała nas także wspaniała ekipa – mam tu na myśli Pana Mariusza Gibałę , który był operatorem kamer oraz znakomitego realizatora dźwięku Vadima Radziszewskiego, którego Dyrektor Festiwalu Magdalena Betleja zaprosiła do tego projektu. Pragnę im podziękować za wspaniałą pracę.
             Czas pandemii jest trudny dla muzyków. Przede wszystkim brakuje nam kontaktu z publicznością. Bardzo nam także doskwiera, że obecnie wiele festiwali odbywa się wyłącznie w sieci, ale cieszymy się, że w tej formie możemy się dzielić naszą muzyką. Ten sposób kontaktowanie się z publicznością stał się dla nas ważny.
             Nie ukrywam, że w moim zawodowym życiu zawsze bardzo istotne były nagrania płytowe, a rejestracje audio-video mają także ten dodatkowy walor, że można zobaczyć muzyków „w akcji” i jest to dla słuchaczy namiastka koncertu.

             Myślę, że nagrania z przemyskiego koncertu są bardzo dobre i mogą być kiedyś wykorzystane do wydania płyty.
             - Z Wojciechem Fudalą planujemy wydanie naszego drugiego albumu. Pierwszy poświęcony był wyłącznie twórczości Mieczysława Wajnberga i szczęśliwie otrzymał nominację do ubiegłorocznych Nagród Polskiego Przemysłu Fonograficznego Fryderyki.
             Teraz myślimy o utworach, które znajdą się na kolejnej płycie i Sonata na wiolonczelę i fortepian Rebeki Clarke z pewnością się na niej znajdzie. Po pandemii, gdy wrócimy do rzeczywistości, będziemy chcieli ten utwór jak najczęściej wykonywać na koncertach.

             Skoro już mówimy o płytach, to może się Pan pochwalić bardzo interesującymi płytami, które wydane zostały w ostatnich latach. Dwa lata temu jeden z koncertów Przemyskiej Jesieni Muzycznej zatytułowany był „OPOWIEŚĆ O ŻYCIU - VICTORIA YAGLING” i wspólnie z Pana żoną, śpiewaczką Joanną Rot, i wiolonczelistą Krzysztofem Karpetą polecaliście także uwadze publiczności płytę z utworami Victorii Yagling.
              - Ma pani na myśli płytę wydaną przez wytwórnię DUX, poświęconą twórczości Victorii Yagling, której promowaniem zajmujemy się od kilku lat. Tak się szczęśliwie złożyło, że jestem z tą wytwórnią bardzo blisko związany i nagrałem dla niej już cztery płyty.
              Niedawno miała premierę najnowsza płyta, którą nagrałem ze Stanisławem Kiernerem, wybitnym bass-barytonem. Na krążku są wyłącznie pieśni polskich kompozytorów: Raula Koczalskiego, Karola Szymanowskiego i Ignacego Jana Paderewskiego.
              Pragnęliśmy nagrać płytę z muzyką polskich kompozytorów do tekstów poetów europejskich. Stanisław śpiewa w rodzimym języku jedynie trzy pieśni Karola Szymanowskiego do słów Dymitra Davydova, ze względu na wspaniałe tłumaczenie Jarosława Iwaszkiewicza. Cykl „Von der Liebe” Raula Koczalskiego do słów Rainera Marii Rilkego wykonywany jest w języku niemieckim, natomiast cykl pieśni Ignacego Jana Paderewskie do słów Catulle Mendesa wykonywany jest w języku francuskim.
              Przyświecała nam idea, żeby podkreślić, iż muzyka polska zawsze mocno była osadzona w muzyce europejskiej. Pragniemy przyciągać zachodnich słuchaczy i mamy nadzieję, że ta płyta przyczyni się do promowania polskiej muzyki, która jest wspaniała.

              Słyszałam wiele ciepłych słów o tym krążku i sądzę, że zainteresuje on także melomanów i znawców muzyki za granicą. Nawiązał Pan także ciekawą i owocną pracę z Szymonem Komasą.
              - Faktycznie, ostatnio z Szymonem bardzo dużo koncertujemy. Występowaliśmy w ramach festiwalu „Muzyka na szczytach” w Zakopanem, koncertowaliśmy też w Darmstadt i niedawno w Narodowym Forum Muzyki we Wrocławiu, gdzie prezentowaliśmy nowy repertuar, przygotowany pod kątem tego wydarzenia i byliśmy bardzo wzruszeni, że mogliśmy wykonać jeden z ostatnich koncertów przed pandemicznym zamknięciem tej wspaniałej instytucji dla publiczności.
Z Szymonem Komasą mamy kolejne plany, ale czekamy na rozwój wydarzeń z nadzieją na poprawę sytuacji dla artystów. Znamy się od wielu lat, a od 2010 roku wspólnie występujemy i bardzo chcemy naszą współpracę kontynuować.

              Fascynuje Pana liryka wokalna, a najlepiej świadczą o tym koncerty i nagrania, podczas których potrafi Pan nawiązać szczególną relację ze śpiewakiem i dostosować się do jego głosu.
               - Cieszy mnie pani opinia. Na pewno praca ze śpiewakami jest dla każdego pianisty kształcąca, bo uczy nas wielkiej elastyczności, ale także prawdziwej empatii. Mamy do czynienia z żywym instrumentem i każdego dnia ten instrument troszkę inaczej działa. Musimy się starać „wejść w skórę” partnera, który stoi obok fortepianu i stworzyć mu komfortowe warunki do kreowania.
               Olaf Bär - jeden z największych niemieckich barytonów specjalizujących się w wykonywaniu liryki wokalnej, u którego miałem okazję się uczyć w Dreźnie, mówił mi o Geoffreyu Parsons, z którym przez wiele lat współpracował, że to był pianista, który potrafił wydobyć ze śpiewaka to, co najlepsze. Bardzo mi te słowa zapadły w pamięć. To wielkie zadanie dla pianisty, żeby stworzyć dla śpiewaka inspirujące warunki, aby jego talent mógł na scenie rozkwitać.
               Ważne jest także przygotowanie językowe, bo jeżeli pianista wie o czym gra, zna teksty pieśni, to wtedy inspiracja płynąca z fortepianu, aura dźwiękowa, którą kreujemy i nastrój pozwala śpiewakowi rozwinąć skrzydła.

               Myślę, że ważny udział w tych Pana zainteresowaniach liryką wokalną ma Pana żona Joanna Rot, która jest znakomitą mezzosopranistką i od lat gracie razem w duecie.
                - To prawda. Z moją żoną występuję od 2007 roku. Niedawno mieliśmy koncert na Podkarpaciu, bo występowaliśmy na Festiwalu im. Janiny Garści w Stalowej Woli, gdzie wykonywaliśmy bardzo zróżnicowany repertuar.
               Śpiew towarzyszy mi na co dzień, bo żona regularnie pracuje nad głosem i to mocno na mnie wpływa. Dzięki temu dobrze rozumiem, jak ciężki jest to zawód. Uważam, że ta profesja jest często niedoceniana. Nawet wykształceni muzycy często z pewnym pobłażaniem patrzą na śpiewaków, bo nie zdają sobie sprawy, jak dużo energii oraz wiedzy o językach i stylach wymaga ten zawód.
                Pracę śpiewaka można porównać do pracy sportowca, który musi przygotować formę, dbać o swoje ciało, musi być w bardzo dobrej kondycji. Żaden inny instrument nie wymaga takiej głębokiej wiedzy o własnym ciele i o używaniu tego ciała. Mam ogromny szacunek do śpiewaków, pracę z nimi traktuję bardzo poważnie i cieszę się, że spotkałem na swojej drodze wielu wybitnych wokalistów. Wiem, że sporo się od nich nauczyłem.

                Wiele czasu i energii poświęca Pan także muzyce kameralnej. Z wiolonczelistą Krzysztofem Karpetą od lat tworzycie „Reger Duo”. Nie znam nazwy duetu, który tworzycie również z wiolonczelistą Wojciechem Fudalą.
                - Ten zespół nie ma jeszcze nazwy, ciągle się zastanawiamy, jak go nazwać, a na razie występując i nagrywając razem podajemy tylko nasze nazwiska.
Te dwa zespoły istnieją stosunkowo długo, bo Reger Duo ma już dwanaście lat, a z Wojtkiem Fudalą gramy od 2016 roku. Cieszę się, że koncertujemy i działamy regularnie, bo wierzę, że taka długofalowa współpraca przynosi zupełnie inną estetykę gry. Są rzeczy, do których dochodzi się po latach współpracy i na podstawie naszych kilku i kilkunastoletnich doświadczeń jesteśmy w stanie powiedzieć, jak ten proces przemiany estetycznej w naszym graniu następował.
                Kolejną sprawą jest budowanie szerokiego repertuaru. Mamy wielką potrzebę, aby eksplorować dzieła rzadko wykonywane, nie pomijając pracy nad klasyką (sonatami Beethovena czy Brahmsa). Klasyka jest podstawą, ale chcemy pomagać muzyce, która jest niesłusznie zapomniana.

                Pomyślałam, że współpraca z wiolonczelistami ma związek z długoletnią Pana współpracą ze śpiewakami. Mówi się, że skrzypce są instrumentem najbliższym głosowi ludzkiemu, ale nie wiem, czy to właśnie wiolonczela nie jest tym instrumentem. Wiolonczela jest bardzo śpiewnym instrumentem, a ponadto wiolonczelista obejmuje swój instrument.
                - Jest ogromne pokrewieństwo. Świadczą o tym najlepiej bardzo udane transkrypcje pieśni wykonywane przez wiolonczelistów. Dla przykładu wymienię płytę Mischy Maisky’ego z Pawłem Giliłowem. Kilka cudownych transkrypcji wykonał na swojej płycie śp. Dominik Połoński. Jeśli dobrze pamiętam, to były pieśni Roberta Schumanna i Johannesa Brahmsa, które na wiolonczeli zawsze brzmią wyjątkowo pięknie.

                Kiedy uwiodło Pana piękno muzyki kameralnej?
                - Bardzo wcześnie zacząłem się zajmować kameralistyką. Myślę, że duży wpływ na mnie miała pani prof. Elżbieta Urbańska, która uczyła mnie w rodzinnej Częstochowie. Jako uczeń średniej szkoły muzycznej grałem już w trio fortepianowym, które działało na stałe i stąd od najmłodszych lat miałem kontakt z tą wspaniałą literaturą.
                Później, na studiach założyłem między innymi zespół Reger Duo i wkrótce wyjechałem do Niemiec na studia, gdzie w Hochschule für Musik und Darstellende Kunst w Mannheim miałem bardzo ciekawe zajęcia z kameralistyki w klasie prof. Michaela Flaksmana i Jeleny Očić, a w świat liryki wokalnej wprowadził mnie wybitny niemiecki pianista prof. Ulrich Eisenlohr.
                W czasie studiów rozpocząłem już także poważną działalność koncertową i te koncerty kameralne sprawiały mi od początku ogromną radość. Nie jestem też typem samotnika. Mam ogromny szacunek dla pianistów-solistów, którzy potrafią szukać w sobie inspiracji. Ja przyznam się szczerze, że potrzebuję tej inspiracji od innych ludzi. Bardzo dużo się nauczyłem od moich partnerów na scenie i to oni dużo wnieśli i nadal wnoszą do mojego grania. Dlatego chcę gorąco podziękować wszystkim muzykom, z którymi dzieliłem scenę, którzy mnie ukształtowali i wprowadzali mnie w świat wspaniałego repertuaru i pięknej muzyki.

MIchał Rot 1

                Prowadzi Pan także działalność pedagogiczną, która aktualnie zajmuje Panu z pewnością dużo czasu.
                 - Moja Alma Mater, czyli Akademia Muzyczna w Łodzi, z którą związałem się zawodowo w 2012 roku, na szczęście pracuje w trybie hybrydowym. Mam regularny kontakt ze studentami, co bardzo mnie cieszy i tylko posiłkujemy się zajęciami zdalnymi.
Dzięki mojej Akademii mogłem się rozwijać – od asystenta, umożliwiła mi zrobienie doktoratu, a obecnie otwarcie postępowania habilitacyjnego.
                 Praca ze studentami daje mi wiele satysfakcji. Staram się dzielić moimi doświadczeniami, traktować ich partnersko, bo to są dorośli ludzie, którzy bardzo dobrze wiedzą, czego chcą i staram się ich inspirować, a nie być pedagogiem, który wszystko im narzuca i chce z nich uczynić własną kopię.
Pracuję w Instytucie Muzyki Kameralnej i prowadzę zespoły kameralne.

                 Jak się Pan sam przekonał, studenckie zespoły często działają także po ukończeniu uczelni, czasami nawet przez całe zawodowe życie.
                 - To prawda. Przyjaźnie, które studenci zawierają, są często trwałe. Ważne jest, żeby na studiach trafić nie tylko na wspaniałego profesora, ale także na dobre środowisko, które kształtuje osobowość muzyka.
                 Muzyk bez kontaktu z drugim człowiekiem nie idzie do przodu. Myślę, że wielu osobom zespoły kameralne pomogły się rozwinąć na studiach, otworzyć się emocjonalnie.
Bardzo się cieszę, że Akademia Muzyczna w Łodzi tak dużą wagę przykłada do przedmiotów kameralnych i do gry zespołowej. Dodam jeszcze, że nasza Katedra jest najstarszą Katedrą Kameralistyki w Polsce.
                 W ubiegłym roku świętowaliśmy okrągły jubileusz 60-lecia istnienia Katedry. Staramy się kontynuować dziedzictwo w zakresie muzyki kameralnej, zapoczątkowane przez prof. Kiejstuta Bacewicza.

                 Podczas tegorocznej Przemyskiej Jesieni Muzycznej artyści nie mogli się spotykać z publicznością, a jedynie nagrywać koncerty. Myślę jednak, że ten pobyt był nie tylko owocny, ale także bardzo miły. Nie było ani czasu, ani atmosfery, żeby trochę odpocząć, coś zobaczyć.
                 - Tym razem pobyt był bardzo intensywny, ale zawsze z wielką radością powracam na Podkarpacie, bo mam tutaj wspaniałych przyjaciół. Podczas ostatnich wakacji razem z moją rodziną odwiedziłem przyjaciół w Jarosławiu. Podkarpacie to bardzo piękny region Polski i jest tu także wielu melomanów. Wielokrotnie występowałem w Przemyślu, Jarosławiu czy w Stalowej Woli i zawsze radował mnie kontakt ze słuchaczami. Uważam, że jest tu bardzo wrażliwa i zakochana w muzyce klasycznej publiczność.

                 Sądzę, że ten czas izolacji bardzo szybko minie i następne spotkanie odbędzie się już po koncercie z udziałem publiczności.
                 - Wszyscy na to czekamy z niecierpliwością. Środowisko muzyczne jest w bardzo trudnej sytuacji. Mamy taki lęk w sobie, że ludzie odzwyczają się od chodzenia do filharmonii, oper czy na koncerty i ciężko będzie namówić publiczność, żeby do nas wróciła.
                 Uważam, że atmosfera koncertu jest czymś wyjątkowym, nieporównywalnym. Kiedyś Stefan Kisielewski wieścił, że płyty zabiją rynek koncertowy. Bardzo się mylił, bo jednak ciągle ten żywy kontakt z muzykami, z muzyką jest podstawą i dla rozwoju artystów, i dla radości publiczności, która przychodzi na koncerty.

                 Jestem przekonana, że nawet najlepsze nagranie, na szczęście, nie zastąpi nam koncertu na żywo.
                 - To jest prawda, chociaż płyty mają wartość dokumentu i możemy posłuchać, jak grali czy śpiewali wielcy muzycy, którzy już odeszli z tego świata. Niestety, o wielu wspaniałych muzykach, którzy nie lubili nagrywać, pamięć się zatarła.
Koncert i nagranie to są dwie różne rzeczywistości – tak jak teatr i kino. To są dwa różne światy i to jest piękne, że oba istnieją i bardzo dobrze się mają.

                 Bardzo Panu dziękuję za rozmowę i poświęcony mi czas.
                 - Ja również bardzo dziękuję i obyśmy się jak najszybciej spotkali w sali koncertowej. Pozdrawiam serdecznie wszystkich melomanów.

Z dr Michałem Rotem, znakomitym pianistą, kameralistą i pedagogiem rozmawiała Zofia Stopińska

Krzysztof Polnik w gronie finalistów konkursu "Młody Muzyk Roku 2020"

            Zapraszam Państwa na spotkanie z Krzysztofem Polnikiem, utalentowanym i wielce utytułowanym akordeonistą Zespołu Państwowych Szkół Muzycznych im. Artura Malawskiego w Przemyślu, który na co dzień pracuje pod kierunkiem pana Dariusza Baszaka.
            8 listopada tego roku podziwialiśmy Krzysztofa Polnika w TVP Kultura podczas wielkiego finału konkursu Młody Muzyk Roku 2020, który odbył się w nowej Sali koncertowej Zespołu Państwowych Szkół Muzycznych Nr 1 w Warszawie.

             Rozmowę rozpocznę od gratulacji, bo udział w finale tego konkursu był wielkim osiągnięciem.
             - Bardzo dziękuje. Cieszę się, że znalazłem się w gronie finalistów.

             Z pewnością nie wszyscy śledzili zmagania konkursowe na wszystkich etapach, dlatego proszę, abyś opowiedział, jak przebiegał ten konkurs.
             - Pierwszy etap, czyli eliminacje do konkursu zostały przeprowadzone przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Ten etap odbywał się bez naszego udziału, bez prezentacji umiejętności.
             Wybranych zostało dziesięciu uczestników, którzy brali udział w półfinale, podczas którego mieliśmy już możliwość zaprezentowania naszych umiejętności.
Przesłuchania półfinałowe były nagrywane dla TVP Kultura i 18 oraz 25 października o godzinie 20 były emitowane, a w każdym występowało pięciu uczestników. Ja występowałem w pierwszym z wymienionych terminów. Wykonałem wtedy Sonatę c-moll Domenica Scarlattiego oraz Finał Rapsodii dońskiej Wiaczesława Siemionowa.
             Po zakończeniu przesłuchań drugiego półfinału zostały ogłoszone wyniki, a ostatnim etapem był finał, który odbył się 8 listopada również o 20:00 i transmitowany był na żywo przez telewizję. Ja zagrałem Finał Sonaty h-moll Mikołaja Czajkina.

             Myślę, że emocji było bardzo dużo, bo to występ konkursowy przed kamerami połączony z transmisją, a do tego każdy chciał zagrać jak najlepiej. Ciekawa też jestem, czy już uczestniczyłeś w konkursie, podczas którego każdy uczestnik gra na innym instrumencie.
             - Brałem już kiedyś udział w takich konkursach, podczas których uczestnicy grali na różnych instrumentach. Pamiętam międzynarodowy konkurs w Kownie, ale nie był on tak medialny, jak konkurs Młody Muzyk Roku.
             Udział w tym konkursie był dla mnie wielkim wyróżnieniem, ale towarzyszące nam już podczas półfinałów kamery, mikrofony i ekipa techniczna oraz jury, sprawiły, że na początku doznałem wprost małego szoku, bo było to moje pierwsze doświadczenie tego rodzaju.
             Wcześniej uczestniczyłem w programach telewizyjnych, ale nie na taką skalę i dlatego byłem trochę zestresowany. Po próbie do nagrań udało mi się już oswoić z tym wszystkim i opanować wielkie emocje, i w półfinale wystąpiłem już na dobrym poziomie, ale adrenaliny nie brakowało, bo miałem świadomość, że przed telewizorami oglądają mnie setki tysięcy widzów, a do tego nie można zapomnieć, że to wciąż konkurs.
To wszystko sprawiało, że była to niesamowita przygoda, ale zdecydowanie przeważały pozytywne emocje.

              Trzymaliśmy za Pana kciuki, ale oceniające Wasze występy jury w składzie: Klaudiusz Baran – akordeonista i bandoneonista, rektor Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina, Alina Mleczko – saksofonistka, solistka i pedagog oraz Emilia Karolina Sitarz – pianistka i pedagog, członkini zespołów Kwadrofonik i Lutosławski Piano Duo, zadecydowało, że Młodym Muzykiem Roku 2020 został perkusista Jan Pieniążek. Jednak udział w finale i doświadczenia są nie do przecenienia.
              - To prawda, ale muszę podkreślić, że występ przed tak znakomitym wykonawcą i pedagogiem gry na akordeonie, jak prof. Klaudiusz Baran, był dla mnie wielkim wyzwaniem, ponieważ każda najmniejsza pomyłka czy techniczna niedokładność została przez niego na pewno zauważona. Z drugiej strony znam prof. Klaudiusza Barana z wielu innych konkursów i wiem, że jest bardzo sprawiedliwy w ocenach i jednocześnie niezwykle życzliwy dla młodych muzyków. To mnie dopingowało.

              Konkurs Młody Muzyk Roku jest jednym z niewielu w Polsce, gdzie przed kamerami mogą się zaprezentować i rywalizować młodzi wykonawcy muzyki klasycznej.
              - Być może jest to nawet jedyny ogólnopolski konkurs, współorganizowany przez Telewizję Polską we współpracy z Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Instytutem Muzyki i Tańca.
              Oczywiście, jest dużo konkursów na konkretne instrumenty, w tym akordeon, i tu można wspomnieć nasz Przemyski Festiwal Akordeonowy, który odbywa się co dwa lata, a w tym roku z powodu pandemii został odwołany. Konkursów nie brakuje, natomiast jeśli chodzi o Telewizję Polską i połączenie wszystkich instrumentów w muzyce klasycznej, ten konkurs jest ewenementem.

              Przed rozmową wynotowałam dziesięć konkursów, w których otrzymałeś I nagrodę lub Grand Prix i są to:
- Grand Prix Ogólnopolskich Przesłuchań Centrum Edukacji Artystycznej;
- I miejsce w Ogólnopolskim Konkursie Akordeonowym Centrum Edukacji Artystycznej;
- I miejsce w 42. International Accordion Prize w Castelfidardo we Włoszech;
- I miejsce w 24. Międzynarodowym Festiwalu Muzyki Akordeonowej w Przemyślu;
- Grand Prix 20. Międzynarodowych Spotkań Akordeonowych w Sanoku;
- I miejsce w XI Międzynarodowym Konkursie Akordeonowym w Popradzie na Słowacji;
- I miejsce w VIII Międzynarodowym Festiwalu Akordeonowym „Harmonika Fest” w Tivat w Czarnogórze;
- I miejsce w Ogólnopolskim Konkursie Akordeonowym w Słupcy;
- I miejsce na Akkordeon wettbewerb w Klingenthal w Niemczech;
- I miejsce na Międzynarodowym Konkursie Akordeonowym w Wilnie na Litwie.
Nie pamiętam, czy doszedł do skutku planowany wyjazd na akordeonowe mistrzostwa świata w Chinach?
              - Byliśmy w Chinach, ponieważ to było w czasie wakacji 2019 roku. Podczas tego wyjazdu zdobyłem także wiele cennych doświadczeń, nie mówiąc już o wrażeniach. Ten konkurs różnił się od wszystkich dotychczasowych. Nie zapomnę nigdy tej długiej, męczącej podróży kilkoma różnymi samolotami, tamtejszego, bardzo różniącego się od naszego klimatu, różnic kulturowych oraz reakcji tamtejszej publiczności.
              To były 72. Mistrzostwa Świata w grze na Akordeonie w Shenzen. Jurorzy pracowali w kilku grupach, które w tym samym czasie przesłuchiwały uczestników w różnych kategoriach wiekowych. Otrzymałem tam wyróżnienie i było to V miejsce, czyli zaraz za podium. Konkurencja była ogromna i mogłem się przekonać, że tradycje gry na akordeonie w wielu krajach świata są równie silne jak u nas.

              Liczyłeś, w ilu konkursach brałeś udział?
              - Nie liczyłem, ale mogę powiedzieć, że „na oko” wystąpiłem do tej pory w około 35 konkursach i chyba w 25 z nich udało się zdobyć I miejsce. Konkursy są świetnym narzędziem dydaktycznym, służącym do porównania swoich umiejętności z innymi muzykami. Motywują do pracy nad nowym programem i do ćwiczenia. Uważam, że konkurs nie jest celem sam w sobie. Wygrany konkurs jest tylko znakiem, że idziemy w dobrym kierunku. Myślę, że takie zdrowe podejście sprawia, że konkursy są rozwijające.

              Niedługo pewnie wyfruniesz spod skrzydeł pana Dariusza Baszaka.
              - To prawda. Pan Dariusz Baszak jest moim nauczycielem, wychowawcą oraz mistrzem i na pewno takim pozostanie w moim sercu na zawsze.
W tym roku szkolnym będę już kończył szkołę, bo jestem w klasie maturalnej. Mam nadzieję, że zdam maturę oraz egzaminy wstępne na uczelnię, a marzy mi się Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina w Warszawie. Jestem pewien, że nawet po zakończeniu nauki w klasie pana Dariusza Baszaka, będziemy nadal w stałym kontakcie.

              W czasie pandemii i obowiązujących ograniczeń nie jest łatwo przygotowywać się do konkursów, do egzaminów.
              - Niestety, panujące warunki bardzo różnią się od tych, kiedy normalnie, regularnie uczęszczaliśmy do szkoły. Wtedy mogliśmy się spotykać z moim nauczycielem na lekcjach nawet codziennie, jeśli była taka potrzeba. Wielkim wyróżnieniem jest dla mnie, że Pan Baszak zawsze poświęca mi wiele czasu.
              Tak naprawdę praca zdalna na instrumencie nie ma większego sensu, ponieważ wiele szczegółów, nad którymi trzeba się pochylić, za pomocą sprzętu elektronicznego bywają nieuchwytne, a często nawet niesłyszalne.
Na szczęście będąc dyplomantem, mogę mieć lekcje instrumentu w szkole. To jest ogromnie ważne.
              Sytuacja zmienia się bardzo dynamicznie i nie jesteśmy w stanie nic przewidzieć, bo nie wiadomo, co wydarzy się za miesiąc, a już na pewno, co będzie za pół roku.
Może do tego czasu sytuacja epidemiczna pozwoli, aby matury, dyplomy i egzaminy wstępne na uczelnie odbyły się tradycyjnie.

              Gdyby nie fakt, że jesteśmy zamknięci w domach, miałbyś z pewnością dużo koncertów publicznych.
              - Kto wie? Konkurs Młody Muzyk Roku 2020 ma na celu wyłonić jednego, najlepszego muzyka w tym roku i pewnie większość oczu jest skupiona na zwycięzcy. Jednak udział w finale mógłby skutkować różnymi propozycjami koncertowymi albo innej współpracy. Niestety, w tej sytuacji jest to bardzo ograniczone.
              Staram się w mediach społecznościowych, które mam okazję prowadzić na Facebooku, Instagramie czy niedługo na stronie internetowej, nad którą pracujemy, staram się ten sukces promować, aby pamiętano o mnie, kiedy sytuacja wróci do normy.

              Mam nadzieję, że uda Ci się zostać studentem wymarzonej uczelni i rzucisz się w wir pracy. Życzę Ci, aby spełniły się wszystkie Twoje plany i marzenia. Jednocześnie mam nadzieję, że będziesz pamiętał o rodzinnych stronach, gdzie wielu melomanów czeka na Twoje występy.
              - Jak mógłbym zapomnieć. Jeśli tylko będę zapraszany, to zawsze będę się starał występować, zwłaszcza dla grona osób związanych z przemyską Szkołą Muzyczną i innymi instytucjami kulturalnymi.

Zofia Stopińska

Trzy dekady z muzyką Karola Szymanowskiego

            Ostatnio często sięgam po wydaną przez DUX Recording Producers płytę z utworami fortepianowymi Karola Szymanowskiego w wykonaniu Joanny Domańskiej. Znakomite kreacje tak mnie zainteresowały, że postanowiłam nawiązać kontakt z wykonawczynią, aby porozmawiać przede wszystkim o zawartości srebrnego krążka.

            Zofia Stopińska: Na płycie znajdują się młodzieńcze utwory Karola Szymanowskiego.
            Joanna Domańska: Tak, trzy pierwsze pozycje w kolejności to: 9 Preludiów op. 1, Wariacje b-moll op. 3 i 4 Etiudy op. 4 czyli pierwsze opusy fortepianowe Szymanowskiego. Jedynie Fantazja C-dur op. 14 wymyka się chronologii - powstała po I Sonacie i Wariacjach h-moll na polski temat ludowy. Mimo, że w momencie tworzenia Fantazji Szymanowski miał dopiero 23 lata - to utwór można określić jako przełomowy w rozwoju kompozytora. Szymanowski dotarł w nim do granic systemu dur-moll i zdał sobie sprawę z konieczności zmiany swojego myślenia kompozytorskiego. Ślad tych przemyśleń młodego kompozytora znajdujemy w korespondencji z kuzynem Henrykiem Neuhausem - pierwszym wykonawcą Fantazji.

             To są utwory skomponowane w rodzinnej Tymoszówce i podczas studiów w Warszawie.
             - Trudno określić, gdzie kolejne preludia czy etiudy powstawały. Lata studiów u Zygmunta Noskowskiego Szymanowski dzielił pomiędzy Warszawę i rodzinną Tymoszówkę, dokąd przyjeżdżał na wakacje. Najwcześniejsze preludia mogły być pisane także w Elizawetgradzie, gdzie Szymanowski ukończył szkołę realną i dokąd rodzina Szymanowskich przenosiła się na zimę. Natomiast nie ma wątpliwości co do miejsca powstania Fantazji - na rękopisie widnieje napis: Lipiec Sierpień 1905, Tymoszówka

Domańska Tymoszówka dom

fot Biblioteka Uniwersytecka w Warszawie

            Utwory fortepianowe Karola Szymanowskiego często wykonywane są w salach koncertowych, ale płyt z tą twórczością jest niewiele.
            - Nie mogę się zgodzić z tym stwierdzeniem. Pierwszą płytę z utworami Karola Szymanowskiego nagrałam w 1995 roku i wtedy faktycznie tych nagrań nie było dużo. Jednak przez ostatnie ćwierć wieku utwory Karola Szymanowskiego coraz częściej zaczęły się pojawiać na płytach. Można jedynie dyskutować, czy wszystkie z tych nagrań oddają wiernie ducha muzyki Szymanowskiego.

            To już jest czwarta Pani płyta z utworami fortepianowymi Karola Szymanowskiego.
            - To jest trzecia płyta solowa, bo na jednej z płyt zostały nagrane „Harnasie” w transkrypcji Grażyny Bacewicz na dwa fortepiany, partię drugiego fortepianu wykonywał Andrzej Tatarski.

            Znane są powszechnie opinie, że na wczesne utwory fortepianowe Karola Szymanowskiego wpływ miała przede wszystkim twórczość Fryderyka Chopina i Aleksandra Skriabina, a w Wariacjach op.3 kompozytor nawiązywał do kompozycji Johannesa Brahmsa i Franza Liszta.
             - Tak, takie podejście do utworów z wczesnego okresu twórczości Karola Szymanowskiego można spotkać w większości opisów muzykologicznych i pracach teoretycznych. Wszyscy doszukują się wpływów innych kompozytorów na Szymanowskiego co moim zdaniem sugeruje, że Szymanowskiemu brakowało inwencji i musiał podpierać się pomysłami innych. Rzeczywiście, takie dalekie wpływy pobrzmiewają w jego muzyce. Uważam jednak, że znakomite wzory poprzedników zostały tak twórczo przetworzone przez genialną wyobraźnię młodego kompozytora, że jest to jak najbardziej osobista i oryginalna wypowiedź Karola Szymanowskiego.

             Kiedy zafascynowała Panią muzyka Karola Szymanowskiego, bo to niełatwa dla wykonawców, szczególnie dla pianistów, muzyka?
             - Zgadzam się. Opanowanie utworu Karola Szymanowskiego wymaga więcej czasu niż przygotowanie np. sonaty Mozarta, przede wszystkim ze względu na opanowanie pamięciowe.
Na początku lat 90-tych ubiegłego stulecia rozpoczynałam pracę pedagogiczną w Akademii Muzycznej w Katowicach i jedna ze studentek przygotowywała się na konkurs, a w programie był utwór patrona naszej uczelni, Karola Szymanowskiego. Sama nigdy wcześniej nie grałam jego utworów. Przygotowując ze studentką część z „Masek”, stwierdziłam, że jest to tak ciekawa i tak fascynująca muzyka, że postanowiłam włączyć utwory Karola Szymanowskiego do swojego repertuaru. Od tego czasu nie rozstaję się z Szymanowskim.

             Polecając nową płytę, pragnę także przedstawić Panią czytelnikom portalu „Klasyka na Podkarpaciu”.
Z pewnością rozpoczynała Pani naukę gry na fortepianie w rodzinnych Gliwicach.
             - Tak, tam ukończyłam szkołę muzyczną I i II stopnia, później rozpoczęłam studia u prof. Jana Hoffmana w Akademii Muzycznej w Krakowie, a po dwóch latach przeniosłam się do Katowic i studia ukończyłam w klasie prof. Andrzeja Jasińskiego, otrzymując dyplom z wyróżnieniem. Do tej pory jestem związana z Akademią Muzyczną w Katowicach. Teraz już jako profesor.
Może jeszcze powinnam wspomnieć, że niedługo po ukończeniu nauki w Akademii, jako stypendystka rządu francuskiego studiowałam przez rok w Paryżu. Na przełomie 1986/1987 roku pracowałam pod kierunkiem Livii Rév, znakomitej pianistki węgierskiej. To był bardzo ważny dla mnie czas: w Paryżu - światowej stolicy kultury - mogłam obcować ze sztuką na najwyższym poziomie. Wykorzystałam ten czas, słuchając koncertów najznakomitszych artystów, odwiedzając muzea i galerie.

             Kiedyś z wielkim powodzeniem uczestniczyła Pani w międzynarodowych konkursach muzycznych?
             - To było jeszcze w czasie studiów. Zdobyłam nagrodę na jednym z najbardziej liczących się konkursów: Konkursie im. Marguerite Long – Jacques Thibaud’a w Paryżu w 1981 roku. Rok później w Konkursie Brahmsowskim im. Alessandro Casagrande w Terni we Włoszech otrzymałam I nagrodę. W tym samym roku zostałam laureatką Estrady Młodych Festiwalu Pianistyki Polskiej w Słupsku, a w 1985 roku brałam udział w Konkursie Chopinowskim.
             Udział w konkursach wpisuje się do notek artystycznych, ale teraz - z perspektywy czasu oceniam, że ważniejsze było prezesowanie i praca organizacyjna w Towarzystwie Muzycznym im. Karola Szymanowskiego, której poświęciłam ponad 10 lat. Ta praca zakończyła się wielkim sukcesem, bo udało mi się doprowadzić do powstania Międzynarodowego Konkursu Muzycznego im. Karola Szymanowskiego w Katowicach.
             Pierwsza edycja Konkursu odbyła się w 2018 roku i obejmowała aż 5 kategorii: fortepian, skrzypce, śpiew, kwartet smyczkowy i kompozycję. Rok wcześniej Towarzystwo obchodziło 40. rocznicę działalności, co udało się uczcić zorganizowaniem w Zakopanem Międzynarodowej Konferencji „Karol Szymanowski w kulturze XX i XXI wieku”, na którą przyjechały znakomitości z kraju i z zagranicy. Stwierdziłam, że moja kadencja prezesa kończy się w dobrym czasie, że udało się osiągnąć zamierzone cele i od 2019 roku Towarzystwo Muzyczne im. Karola Szymanowskiego prowadzi Arkadiusz Kubica.

Joanna Domańska koncert

Profesor Joanna Domańska podczas koncertu, fot.Karolina Sałajczyk

             Zapytałam o konkursy, bo przecież one miały wpływ na pracę artystyczną i z pewnością także na zaproszenia do wykonania koncertów w różnych ważnych ośrodkach muzycznych, nie tylko w Polsce, ale także za granicą.
             - Ma pani rację, że na początku mojej kariery, kiedy jeszcze nie zajmowałam się twórczością Karola Szymanowskiego, rozwijała się tak, jak to się dzieje zwykle u laureatów konkursów. Były zaproszenia na zagraniczne występy, było mnóstwo recitali i koncertów z orkiestrami.
             W miarę upływu czasu, szczególnie jak zaczęłam się zajmować działalnością w Towarzystwie Muzycznym im. Karola Szymanowskiego, ograniczyłam ilość podróży koncertowych.
Zaczęłam zajmować się muzyką kameralną. Wspólnie z Romanem Widaszkiem i Tadeuszem Tomaszewskim utworzyliśmy Trio Śląskie w bardzo ciekawym, niespotykanym składzie: fortepian, klarnet i waltornia. Udało nam się zrealizować dużo projektów, szczególnie dotyczących muzyki współczesnej.
             Cieszę się, że rozmawiamy o nowej płycie z utworami fortepianowymi Karola Szymanowskiego, ponieważ jest to moja pierwsza produkcja solistyczna od czasu, kiedy przestałam być prezesem Towarzystwa Muzycznego im. Karola Szymanowskiego. Prace organizacyjne zajmowały mi wiele czasu i energii, stąd brakowało mi go na ćwiczenie.

             Pewnie już trochę czasu upłynęło, ale ja ciągle pamiętam znakomitą płytę Tria Śląskiego z utworami Ignacego Feliksa Dobrzyńskiego, Wojciecha Kilara i Franciszka Lessla.
             - To miło, że pani pamięta tę płytę. Została nagrana w 2011 roku i od razu odniosła duży sukces, bo była nominowana do Fryderyków w dwóch kategoriach. Później jeszcze nagraliśmy płytę z utworami niemieckiego kompozytora Carla Reinecke. Trzecia nasza płyta jest płytą monograficzną z utworami Mikołaja Góreckiego (syna Henryka Mikołaja Góreckiego), które zostały skomponowane specjalnie dla nas. Ta płyta także była nominowana do nagrody Fryderyk w 2019 roku.

             Należy także podkreślić, że wszystkie płyty z utworami Karola Szymanowskiego, które Pani nagrała, były nominowane do Nagród Polskiego Przemysłu Fonograficznego Fryderyk. Mam nadzieję, że nowy, czwarty już krążek, także znajdzie się wśród nominowanych płyt.
             - Tak, dodam jeszcze, że płyta zawierająca dzieła z drugiego, impresjonistycznego okresu twórczości Szymanowskiego została doceniona nagrodą Pizzicato Supersonic Award 2008. Mam nadzieję, że moja najnowsza płyta również zyska uznanie krytyki... Wydaje mi się, że w utworach, które nagrałam na tej płycie, zbliżyłam się bardzo do ducha kompozycji Karola Szymanowskiego.

              Działa Pani intensywnie w dwóch nurtach – artystki koncertującej, i pedagogicznym. Rozmawiamy w czasie pandemii, kiedy działalność koncertowa jest mocno ograniczona.
              - Ale przy okazji tego niedobrego czasu, skoro nie można było grać, to zajęłam się pracą naukową i mam nadzieję, że jeszcze w tym roku ukaże się nakładem Centrum Edukacji Artystycznej moja książka poświęcona problemom wykonawczym we wczesnych utworach fortepianowych Karola Szymanowskiego.
              Książka zawiera przemyślenia, do których dochodziłam latami studiując tę muzykę i wielokrotnie wykonując. Wydały mi się ważne i warte zebrania w całość. Dobrze by było, gdyby młodzi pianiści częściej grywali piękne utwory Karola Szymanowskiego. Dlatego też wydawcą książki jest Centrum Edukacji Artystycznej, które ma pod opieką szkoły muzyczne I i II stopnia. Wprawdzie w szkołach I stopnia w procesie pedagogicznym można wykorzystać tylko dwie miniaturki Szymanowskiego, ale już w starszych klasach szkoły średniej można grać Preludia op.1 oraz niektóre z etiud, które znajdują się na mojej najnowszej płycie, a co zdolniejsi uczniowie porywają się nawet na Wariacje op. 3.

              Dlatego zarówno książka, jak i najnowsza płyta mają także ogromne wartości pedagogiczne.
              - Książka jest pomyślana jako swoisty poradnik, wskazujący sposoby rozwiązania problemów technicznych i wyrazowych w Preludiach i Etiudach. W różnych źródłach szukałam informacji, jak sam Szymanowski sobie wyobrażał wykonanie swojej muzyki, jak grać jego utwory. Okazuje się, że tych informacji jest niewiele i nie są ogólnie dostępne. Ten fakt był dodatkowym impulsem, do zebrania wszystkiego w jedną całość tak, by osoby zainteresowane (uczniowie czy pedagodzy) mogły wszystko znaleźć w jednym opracowaniu.

              Będąc w Zakopanem, Karol Szymanowski zatrzymywał się zawsze w willi Atma przy ulicy Kasprusie, która dzisiaj jest jedyną placówką muzealną, gromadzącą pamiątki po kompozytorze. Odbywają się tam także koncerty, a ostatnio, w dobie pandemii, publiczność miała okazję słuchać muzyki przez otwarte okna na wolnym powietrzu. Wiem, że Pani tam także występowała.
              - W tym roku nie grałam w Atmie, ale wielokrotnie tam występowałam w latach poprzednich. Atma jest miejscem magicznym, w którym ciągle duch kompozytora się unosi. Zarówno wykonawcy, jak i publiczność są zawsze pod wielkim wrażeniem tego miejsca.
              Chcę jednak podkreślić, że Karol Szymanowski spędził pierwszą połowę swojego życia, do roku 1919, na Ukrainie. Tam już melomani zapuszczają się bardzo rzadko. Po dworze Szymanowskich w Tymoszówce nie pozostało nic. Można zobaczyć jezioro i rozejrzeć się po okolicy, którą oglądał Szymanowski. Natomiast w Elizawetgradzie, pan Aleksander Polaczok – prezes Stowarzyszenia Polonia im. Karola Szymanowskiego, od wielu lat stara się doprowadzić do odbudowy dawnego domu rodziny Szymanowskich i stworzyć tam muzeum oraz salę koncertową. Kilka razy byłam w tamtych okolicach i chodziłam śladami Szymanowskiego. To było dla mnie wielkie przeżycie - szczególnie, jak stanęłam nad brzegiem tego jeziora.
              Na Ukrainie spotkałam ludzi, którzy kultywują pamięć Karola Szymanowskiego – wspomniany już pan Polaczok od ponad dwudziestu lat każdego roku organizuje festiwal poświęcony twórczości Szymanowskiego, o czym dowiedziałam się ze zdumieniem kilka lat temu. Z polskiej perspektywy zawsze wydawało się, że festiwal w Zakopanem jest jedynym poświęconym twórczości naszego wielkiego kompozytora. Okazuje się, że na Ukrainie, w małej ojczyźnie Karola Szymanowskiego, także każdego roku jesienią rozbrzmiewa jego muzyka (kompozytor urodził się 3 października).

Domańska Tymoszówka okolice

fot. Biblioteka Uniwersytecka w Warszawie

             Jak minie pandemia i będzie można swobodnie podróżować, to z pewnością będzie wiele okazji do współpracy z organizatorami festiwalu na Ukrainie.
              - Wykonawcy stamtąd często byli za mojej prezesury zapraszani do udziału w festiwalu w Zakopanem i można powiedzieć, że ta współpraca już jest kontynuowana. Muzykolodzy polscy są zapraszani na konferencje do Kropywnickiego (to kolejna nazwa Elizawetgradu, po zmianie z Kirowogradu). Konferencje te tematycznie poświęcone są niebywałemu wprost zjawisku, jakim było nagromadzenie talentów muzycznych w spokrewnionych ze sobą rodzinach Blumenfeldów, Neuhausów i Szymanowskich. Rodziny te mieszkały i działały w Elizawetgradzie i okolicach.

               Planów artystycznych na najbliższe lata ma Pani wiele.
               - Głównym planem jest dokończenie nagrania wszystkich utworów Karola Szymanowskiego. Płyta, która niedawno się ukazała, przybliżyła mnie do tego celu. Zostało mi jeszcze do nagrania około 90 minut muzyki. Muszę się tych utworów nauczyć, bo do tej pory ich nie wykonywałam i mam nadzieję, że uda mi się je nagrać, żeby powstał następny komplet nagrań utworów fortepianowych Karola Szymanowskiego.
               Z polskich wykonawców taki komplet w latach 90-tych ubiegłego wieku nagrał Jerzy Godziszewski, a wcześniej na czarnych płytach wydany był komplet nagrany przez Andrzeja Stefańskiego. Komplety dzieł fortepianowych Karola Szymanowskiego zostały nagrane także przez pianistów angielskich: Martina Roscoe i Martina Jonesa oraz pianistki Sinae Lee i Anu Vehvilainen. Jeśli mi się uda dokończyć ten projekt, to znajdę się w niewielkim gronie pianistów, którzy dokonali tego wyczynu - bo tak można określić nagranie wszystkich utworów fortepianowych Karola Szymanowskiego.

              Życzę Pani tego z całego serca, a na razie polecamy bardzo interesującą, najnowszą płytę z utworami fortepianowymi Karola Szymanowskiego. Zachęcamy do sięgnięcia po płytę nie tylko miłośników muzyki Karola Szymanowskiego, ale szerokie grono melomanów, bo to są piękne utwory przeznaczone dla wszystkich, którzy pragną posłuchać dobrej muzyki.
               - To prawda. W pierwszym okresie twórczości Karol Szymanowski tworzył muzykę „wpadającą w ucho” bardzo przyjazną dla publiczności. Późniejsze kompozycje, mimo że znacznie bardziej wymagające dla słuchacza, również zachwycają swoją pięknością - oczywiście pod warunkiem, że są dobrze wykonane.

               Zarówno ta płyta, jak i poprzednie zostały nagrane i wydane przez wytwórnię DUX.
               - Tak i planuję, że komplet utworów fortepianowych Karola Szymanowskiego zostanie także wydany przez DUX Recording Producers.

Joanna Domańska okładka

Domańska Okładka Teksty

Z prof. Joanną Domańską, wybitną interpretatorką dzieł Karola Szymanowskiego rozmawiała Zofia Stopińska w listopadzie 2020 roku.

Nie sztuka grać na nastrojonych skrzypcach

            Zofia Stopińska: Nasz gość, Pan Profesor Krzysztof Jakowicz, jest artystą kochanym przez publiczność. Gdziekolwiek się pojawi, koncerty gromadzą komplety publiczności, ale szczególną sympatią obdarza Pana publiczność na Podkarpaciu. Koncerty w Pana wykonaniu w Rzeszowie, Krośnie, Przemyślu, Leżajsku, a przede wszystkim na Muzycznym Festiwalu w Łańcucie zawsze gromadziły tłumy.
            Krzysztof Jakowicz: Jestem szczęśliwy, że tak wielu melomanów przychodzi na moje koncerty. To jest chyba największe szczęście dla artysty, jeśli może swoją sztuką dzielić się z innymi. Jest to największy sens tego, co robimy.

            Wystąpił Pan w tym roku w ramach 59. Muzycznego Festiwalu w Łańcucie.
            - W tym roku zaproszono mnie do Łańcuta, ale niestety, Festiwal odbywał się bez udziału publiczności, a ja jednak bardzo lubię grać dla publiczności, lubię mieć kontakt z publicznością, bo wtedy współtworzymy koncert wspólnie.
            Tym razem Muzyczny Festiwal w Łańcucie był nagrywany i dlatego powstał fantastyczny moim zdaniem pomysł, żeby pokazywać różne wnętrza Zamku. Z towarzyszeniem pana Roberta Morawskiego grałem w bardzo pięknym wnętrzu, ale akustyka była kiepska, bo po prostu brakowało w nim pogłosu takiego jak w sali balowej.
            Było to dla mnie trudne doświadczenie, bo zamiast publiczności postawiono kamery i trzeba było rozpocząć nagranie w momencie, w którym ekipa była gotowa do pracy.
Teraz myślę, że należało nagrać wcześniej dźwięk w sali balowej, a później użyć go jako playback i nagrać obraz w wybranej sali.
Nie jestem w pełni zadowolony ze swojego występu, ale oczywiście jestem bardzo rad i szczęśliwy, że mnie zaproszono na tegoroczny Festiwal.

            Pamięta Pan, ile razy występował Pan na łańcuckich festiwalach?
            - Nie liczyłem, ale na pewno kilka, a może nawet kilkanaście razy, bo zapraszano mnie do Łańcuta prawie od początku Festiwalu. Nie wiem, czy pani pamięta, ale występowałem w Łańcucie z zespołem Con Moto Ma Cantabile, którym kierował Tadeusz Ochlewski, a dyrektorem Festiwalu był Stanisław Michalek. Jest to z jednej strony powód do zachwytu, a jednocześnie do zadumy, jak życie szybko mija.
Jest to piękne, wspaniałe miejsce i obyśmy jak najszybciej wrócili do koncertów z udziałem publiczności, które są nierozłącznie związane z muzyką i ze sztuką.

            Festiwal jest świętem i to jest piękny czas, ale kontakt z muzyką i sztuką jest nam potrzebny na co dzień.
            - Kultura powinna nam towarzyszyć codziennie, bo to jest rzecz nieodzowna do tego, by być człowiekiem. Dlatego smucą mnie politycy wszystkich opcji, którzy o kulturze prawie nie mówią albo w swoich wystąpieniach traktują kulturę pobłażliwie.
            Kiedyś grałem dla kardiologów, a później w rozmowie powiedziałem: Przywracacie ludziom zdrowie i to jest wspaniałe, ale później ci ludzie nie bardzo wiedzą, co z tym zdrowiem robić. Ja na pewno wiem – ja mam grać.

            W ostatnich miesiącach uczestniczył Pan w kilku bardzo interesujących projektach.
            - Owszem, ale wcześniej chcę powiedzieć, że jestem zachwycony koncertem Jurka Maksymiuka w ramach Festiwalu Beethovenowskiego. Przyjaźnimy się od wielu lat i należę do jego wielbicieli. Ten występ można byłoby nazwać „Maksymiuk skondensowany”. Wszystko, co najlepsze w Jego talencie zabłysło. Dyrygował trochę inaczej niż przed laty, ale dynamika i rozumienie muzyki pozostało, a nawet zostało pogłębione. Wielki ukłon w Jego stronę.
            Pytała pani, co się u mnie dzieje. Grałem sporo różnych koncertów – recitali solowych i kameralnych z Robertem Morawskim. Zostałem zaproszony do wykonania Koncertu skrzypcowego nr 5 KV 219 Wolfganga Amadeusza Mozarta w Kielcach, który znalazł się w programie inauguracji sezonu Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Świętokrzyskiej.
Koncert odbył się pomiędzy pandemiami, bo po siedmiu miesiącach Filharmonia Świętokrzyska wznowiła działalność, ale następnego dnia ją przerwała. Miałem szczęście zagrać dla kilkudziesięciu osób w pięknej sali Filharmonii.
            Bardzo mnie wzruszyło spotkanie z młodym, może dziesięcioletnim człowiekiem, który z trudem mnie poznał w maseczce i zapytał: „To pan grał? Gratuluję pańskiej osobowości!”, a na moje pytanie, czy mama podpowiedziała mu, co ma powiedzieć, stanowczo stwierdził: „Nie, mówię to od siebie”.
            Ostatnio gramy z Władkiem Kłosiewiczem „Cztery pory roku” Vivaldiego. Koncerty odbywają się również w małych miejscowościach, jak Ojrzanów, Mikołajki czy Wejsuny.
Często przychodzą na nie ludzie, którzy po raz pierwszy uczestniczą w koncercie muzyki klasycznej i odkrywają tę muzykę.
Muzyka Vivaldiego jest bardzo dobra dla takiej publiczności. Bo jest to prosta, komunikatywna i zwięzła muzyka, bo każdy z koncertów trwa około 10 minut i składa się z trzech części: szybkiej, wolnej, szybkiej.
Prawdopodobnie Vivaldi napisał sonety do każdej części „Czterech pór roku”.

             Często te sonety zamieszczane są w programach koncertów lub czytane przed każdą częścią.
             - To prawda. Ja natomiast postanowiłem zrobić eksperyment i zacytowałem fragmenty sonetów nie Antonia Vivaldiego, tylko Jeremiego Przybory. Na przykład o wiośnie:

„Kto sprawił, że ptaszek zaśpiewał?
To wiosna! To wiosna!
Że krzewy zakwitły i drzewa?
To wiosna! To wiosna!
Kto tyle uczynił zieleni?
To wiosna! To wiosna!
Na ławkach rozrzucił tych leni?
To wiosna!
Kto smutki roztapia i śniegi?
Kto sypie fiołki? I piegi?
Kto wiatrem tak psoci sukienkom i każe się wstydzić panienkom?
Kto puścił gołąbka w zaloty?
To wiosna! To wiosna!
Kto tyle uczucia wlał w koty?
To wiosna! To wiosna!”

Bardzo się to ludziom podobało i mnie się także podoba. Piękne są także słowa piosenki Jeremiego Przybory o lecie: 

„Czas pachnieć lipowym alejom!
Już lato! Już lato!
Ogórki i jabłka stanieją!
Już lato! Już lato!
Przycichły ulice bez dzieci - już lato! Już lato!
Jak leci ten czas, jak on leci!
Już lato!
Z rzek słońce dobywa mielizny, wciąż piwa krtań wzywa mężczyzny.
Wciąż lodu się pragnie i chłodu, i lekkiej bielizny od spodu!”

Przy okazji jesieni zacytowałem fragment, który dopiero po przeczytaniu uzmysławiamy sobie, skąd my to znamy:

„Minął sierpień, minął wrzesień – znów październik i ta jesień rozpostarła melancholii mglisty woal...
Nie żałuję letnich dzionków – róż, poziomek i skowronków,
lecz jednego, jedynego jest mi żal...”
Zazwyczaj wtedy włącza się publiczność ze słowami:
„Addio, pomidory!”

            To jest najlepszy dowód, że artysta powinien być na bieżąco z różnymi gatunkami sztuki i potrafić harmonijnie je łączyć.
             - À propos „na bieżąco”, to przypomina mi się prof. Tadeusz Wroński, który jest moim mistrzem i przewodnikiem duchowym do dzisiaj. Zawsze powtarzał mi: „Krzysiu, musisz oczywiście grać na skrzypcach, ale także rozwijać swoje zainteresowania, bo wtedy twoja sztuka będzie pełniejsza”.
Stosowałem się do tych słów i z pewnością dlatego do dzisiaj interesuje mnie malarstwo, poezja, teatr, film...
Ostatnio sudoku zacząłem rozwiązywać, bo to bardzo rozwija moje szare komórki, które coraz bardziej rozumieją Bacha.

             Pod koniec września zasiadał Pan w jury VI Międzynarodowego Konkursu im. Tadeusza Wrońskiego na Skrzypce Solo.
              - Dzięki uporowi Sławka Tomasika mieliśmy cudowną edycję tego konkursu, który wymyślił profesor Tadeusz Wroński. W czasach pandemicznych jest to osiągnięcie niebywałe. Słowa podziękowania kieruję do wszystkich, dzięki którym Sławek uzyskał spore fundusze na ten konkurs i na wysokie nagrody. Nasze pieniądze (podatników) zostały dobrze wydane, ponieważ pojawiła się grupa fantastycznych, młodych, zdolnych ludzi, którzy grali utwory na skrzypce solo Johanna Sebastiana Bacha, Beli Bartoka, Niccolo Paganiniego, Henryka Wieniawskiego i innych kompozytorów, w sposób zachwycający.
              Udział w trzyetapowym konkursie na skrzypce solo można porównać jedynie z wyczynami alpinistów. W grupie laureatów i wyróżnionych znaleźli się Japończycy, Chińczycy i spora grupa Polaków.
              Zachwycające jest też to, że II nagrodę otrzymała Aleksandra Kuls, studentka, a obecnie już asystentka Kai Danczowskiej, znana już 29-letnia skrzypaczka, matka dwojga dzieci (trzecie w drodze), i ona została uznana największą osobowością Konkursu.
              Wśród laureatów znalazł się także bardzo młody, bo 13-letni Mateusz Izdebski, który jest bardzo utalentowany. Trzecią nagrodę otrzymała świetna Sara Dragan, którą pamiętam doskonale jako 9-letnią dziewczynkę z konkursu we Wrocławiu. Roksana Kwaśnikowska - laureatka IV nagrody na tym Konkursie otrzymała kiedyś I nagrodę w Konkursie Młodzieżowym im. Profesora Tadeusza Wrońskiego w Tomaszowie Mazowieckim. Z tego samego konkursu zapamiętałem Wiktora Dziedzica z Koszalina, bardzo zdolnego młodego skrzypka, który także bardzo dobrze zaprezentował się w tym roku podczas warszawskiego konkursu. Wyróżnionego na tym konkursie Jana Pietkiewicza pamiętam również z Tomaszowa jako laureata I nagrody, zaś wyróżniona Wiktoria Białostocka z Krakowa w ubiegłym roku zdobyła II nagrodę w Międzynarodowym Konkursie Skrzypcowym im. Georga Philippa Telemanna. Utalentowanych skrzypków było wielu i wymieniając z pamięci, na pewno kogoś pominąłem.

              Trzeba także podkreślić, że pomysłodawcą tego Konkursu i organizatorem pierwszej edycji był profesor Tadeusz Wroński, który do jury zaprosił światowej sławy skrzypków. Ich oceny tego wydarzenia były bardzo entuzjastyczne.
              - Starczy, jeśli zacytuję słowa, które wypowiedział sławny skrzypek Ruggieri Rici, który był w gronie jurorów podczas pierwszej międzynarodowej edycji: „Konkurs Tadeusza Wrońskiego jest jedynym prawdziwym konkursem skrzypcowym na świecie dlatego, że to jest konkurs na skrzypce solo”. Można dyskutować na ten temat, natomiast trudność polega na tym, że uczestnik jest przez cały czas na estradzie sam i jeszcze jest zaznaczone koło, które ogranicza występującemu możliwość poruszania się ze względu na nagrania.
              Grający nie tylko musi perfekcyjnie zagrać wszystkie nuty, ale o czymś opowiedzieć za pomocą muzyki. Obowiązkowo trzeba grać bardzo trudne technicznie kaprysy Paganiniego czy Wieniawskiego, uwzględniając ich walory artystyczne. Gra się utwory Telemanna, które tylko z pozoru są proste. Grając Bacha, trzeba rozumieć sens polifonii, a wiadomo, że na skrzypcach polifonię jest bardzo trudno uzyskać. Ponadto sonaty Ysaye’a są dla większości skrzypków pokusą, żeby sobie pohasać, a w muzyce musi być jednak porządek i dyscyplina, choćby dlatego, żeby słuchacz zrozumiał, co mamy mu do przekazania. Do tego dochodzi piekielnie trudna Sonata Bartoka, którą zazwyczaj odczytuje się przez kilka tygodni, bo zapis jest bardzo skomplikowany. Przez cały czas trzeba pracować, mając już obraz końcowy utworu.
              Ponadto trudne jest zestawienie różnych stylów, a wykonawca jest sam na estradzie nawet przez 40 minut. Już sam udział w konkursie świadczy o wielkich umiejętnościach i ambicjach uczestników.

              Panie Profesorze, proszę nam opowiedzieć o Profesorze Tadeuszu Wrońskim. Jakim był człowiekiem?
              - Profesor Wroński był człowiekiem wielkich talentów, niezwykłej dobroci i ogromnie sprawiedliwym. Był ojcem nas wszystkich, bo ogarniał swoim intelektem i wszechstronną myślą wszystkich skrzypków, niezależnie czy to byli jego uczniowie, czy wychowankowie innych pedagogów.
Był także współzałożycielem SPAM-u, wielkim, bezinteresownym społecznikiem i często się zdarzało, że uczył Polaków za darmo.
Był wielkim wizjonerem i naukowcem, bo będąc wybitnym skrzypkiem, zajmował się także astrologią, psychologią, pisał eseje.
Odnosiło się wrażenie, że robił wszystko bez wysiłku, z potrzeby serca. Był także inspiratorem i autorem wielu zdarzeń, które trwają do dzisiaj.
Profesor Tadeusz Wroński był także wielkim patriotą, bo mógł zostać na stałe w Stanach Zjednoczonych, gdzie został zaproszony na czas nieograniczony, a On jednak zrezygnował z tego i wrócił do Polski.
Ta postać bez przerwy inspiruje, jest świetlana, czysta, nieskazitelna.

              Pamięć o Profesorze Tadeuszu Wrońskim jest kultywowana przez jego uczniów na różne sposoby. Są trwałe pomniki – między innymi w Tomaszowie Mazowieckim działa Szkoła Muzyczna im. Tadeusza Wrońskiego oraz Młodzieżowy Konkurs Jego imienia, a w Warszawie odbywa się wspomniany już Międzynarodowy Konkurs im. Tadeusza Wrońskiego na Skrzypce Solo.
              - Ten Konkurs daje ogromne szanse młodym skrzypkom. Myślę, że w każdym zawodzie, a szczególnie w naszym, jeśli ktoś utalentowany zostanie zauważony, to tym samym dostanie impuls i jest w stanie rozwinąć się jak kwiat.
              Trzeba podkreślić, że młodzież grająca na skrzypcach, to są ludzie bardzo wrażliwi. Dlatego taki sam talent, który zostanie niezauważony, może zgasnąć.
Konkurs pozwala na to, żeby na przykład wyjątkowo utalentowany trzynastolatek „dostał wiatr w żagle”, który może go daleko ponieść.
              Ten konkurs przypomina mi pierwszy Międzynarodowy Konkurs Skrzypcowy im. Henryka Wieniawskiego, który odbył się przed wojną. Tam także uczestnikami byli niesłychanie zdolni ludzie w różnym wieku – Dawid Ojstrach miał chyba 29 lat, Bronisław Gimpel miał także już około 28 lat, zwyciężyła 16 letnia Ginette Neveu, Boris Goldstein miał 14 lat, w jego wieku był także Jozef Hasyd, a Ida Haendel miała może 11 lat.
              To była fantastyczna grupa ludzi i właściwie każdemu z nich należała się pierwsza nagroda. Tak uważam, bo ja cenię nade wszystko talent i osobowość, stąd w mojej ocenie w tym konkursie było co najmniej pięciu laureatów pierwszej nagrody.
Jurorzy muszą niestety wyłonić jednego zwycięzcę. Z moich obserwacji wynika, że niektórzy zdobywcy pierwszych nagród mają przez całe życie roszczeniową postawę. Uważają, że im się wszystko należy, bo wygrali wielki międzynarodowy konkurs, kiedy tymczasem to jest tylko sygnał, że w tym momencie ktoś został oceniony jako pierwszy, ale to nie jest patent na najlepszego skrzypka na świecie. Trzeba ciągle się rozwijać, ciągle pracować.
              W tym miejscu powrócę do wskazówek moich profesorów – Tadeusza Wrońskiego i Josefa Gingolda, którego także kocham i nazywam moim „muzycznym ojcem”.
Parę lat temu Mieczysław Szlezer z Krakowa powiedział mi, że: „Józio uważał ciebie za swojego najzdolniejszego studenta”. Z uśmiechem zapytałem, dlaczego dopiero teraz mi o tym mówi, bo gdybym o tym wiedział, to czułbym się zobowiązany ćwiczyć dłużej. Tak samo jak zobowiązaniem było to, że Profesor Wroński, który każdemu swojemu uczniowi stawiał horoskop, powiedział: „Krzysiu, ty naprawdę zaczniesz grać tak dobrze, jak sobie wyobrażasz, dopiero po sześćdziesiątce”. Dlatego ja nie „zawiesiłem skrzypiec na kołku”, tylko ciągle ćwiczę, ciągle gram i ciągle mam nadzieję, że jutro będę grał lepiej niż dzisiaj. Przepraszam, rozgadałem się (śmiech).

              Pomyślałam dzisiaj przed rozmową, że może najbardziej dotyczy to pianistów, ale także innych solistów, również skrzypków – wszyscy ćwicząc, przygotowując się do koncertów jesteście sami. Najczęściej tylko dzień przed koncertem jest próba z orkiestrą, druga próba w dniu koncertu, wieczorem występujecie przed publicznością.
              - Tak to wygląda. To jest bardzo podobne do pandemicznej kwarantanny. Jak się ćwiczy parę godzin, to nie wychodzi się z domu. Skrzypkowie mają jeszcze dodatkową pracę nad kształtowaniem dźwięku. Palce lewej ręki muszą być stawiane bardzo dokładnie, bo nawet ułamek milimetra jest ważny. Prawa ręka, która za pomocą smyczka tworzy dźwięk, także musi być ćwiczona. Smyczek musi być posłuszny naszej wyobraźni.
              Uważam, że najłatwiej mają artyści grający na akordeonie, bo mają gotowy dźwięk. Nie muszą go kształtować tak jak my. Dzięki klawiaturze basowej mają harmonię, a do tego mają (jak ja to nazywam) zmarszczki, czyli miech, dzięki któremu mają naturalne legato, które nawet na fortepianie nie jest osiągalne. Mają cały szereg elementów, które są już gotowe, natomiast my je najczęściej musimy znajdować, a czasami ich nie znajdujemy, bo tak jesteśmy zajęci techniką, że gubimy obraz wykonywanego utworu, natomiast oni są na bieżąco ze swoją wyobraźnią, ponieważ mają do dyspozycji taki warsztat, takie możliwości na akordeonie, że mogą wykonywany utwór właściwie tylko rzeźbić. Mając odpowiednią technikę, pozostają sam na sam z muzyką.
              Jak uczyłem, to chodziłem na egzaminy akordeonistów, bo moim zdaniem oni grali w pewnym sensie najlepiej z nas wszystkich, ponieważ od początku do końca mogli realizować swoją wizję utworu. Oczywiście, tutaj także talent decyduje o tym, że jeden miał tę wizję bogatszą, a drugi uboższą, ale mogą ją najwyżej ulepszać, bo ona nie ulega zapomnieniu czy deformacji z powodu kłopotów technicznych.
              My mamy tylko cztery struny, cztery palce lewej ręki i smyczek w prawej ręce. Mamy jeszcze dobry albo zły instrument i to jest też w przypadku skrzypiec bardzo istotne, dlatego, że jak już się dobrze gra, to wspaniały instrument jeszcze inspiruje do szukania coraz ciekawszych brzmień.

              Pan Profesor ostatnio gra na instrumencie swojego mistrza profesora Tadeusza Wrońskiego.
              - Tak, to są skrzypce, które mi podarował Profesor. Nie jest to ani stradivarius, guarnerius, guadagnini czy amati, one nawet nie mają kartki. Przez krótki czas grał na nich mój syn, ale teraz ja gram na tym instrumencie i jest on dla mnie wyjątkowy, bo łączy mnie z profesorem Wrońskim. Przez świadomość, że On miał je codziennie w ręku, przedłuża się więź z moim Mistrzem.
Myślę, że kiedyś w przyszłości będziemy rozmawiać o skrzypcach.

              Uważam, że największym przyjacielem skrzypka jest pianista, bo przecież to pianista towarzyszy skrzypkowi podczas większości recitali i koncertów kameralnych. Trzeba powiedzieć, że miał Pan i nadal ma szczęście grać ze znakomitymi pianistami. Starczy, jeśli wymienię: Krystynę Borucińską, Krzysztofa Jabłońskiego, długo towarzyszył Panu Waldemar Malicki, a ostatnio występuje Pan z Robertem Morawskim – znakomitym pianistą, który kocha muzykę kameralną i dlatego jedynie czasami występuje jako solista.
              - Powinienem wymienić jeszcze Joasię Bocheńską, z którą nagraliśmy m.in. bardzo piękną płytę z polskimi miniaturami, wydaną przez Polskie Nagrania. Joanna Bocheńska to świetna pianistka, która mieszka w Szwajcarii. W klasie profesora Wrońskiego towarzyszyła nam pani Maria Jurasz, z którą nagrałem także moją pierwszą płytę. Wspomniana Krysia Borucińska towarzyszyła mi przez lata, to nadzwyczaj wrażliwa pianistka, artystka i człowiek. Z Krzysiem Jabłońskim także trochę grałem, zwłaszcza w Kąśnej Dolnej. Teraz gram ze świetnym Robertem Morawskim. Grywam także czasem z Hadrianem Filipem Tabęckim, moim zięciem, ale na ogół są to tanga i muzyka filmowa.
              Już mówiłem, że ostatnio gram z Władkiem Kłosiewiczem, który jest jednym z najwspanialszych klawesynistów na świecie i szkoda, że nie docenionym należycie w Polsce. Może dlatego, że klawesyn nie jest u nas popularnym instrumentem, a może dlatego, że on jest niesłychanie wrażliwym człowiekiem, który nie zabiega o sławę i nie reklamuje się. Jestem szczęśliwy, że mogę z nim grać. Był moment, że grałem z Jurkiem Maksymiukiem w czasie studiów. Występowaliśmy na ogół w Polsce ale pamiętam, że graliśmy nawet w czeskiej Pradze „Mity” Karola Szymanowskiego.

              Trzeba podkreślić, że ma Pan szczęście, bo otaczają Pana wyjątkowi ludzie.
              - Mogę powiedzieć, że jestem szczęściarzem, bo spotykam wspaniałych ludzi, wspaniałych artystów, którzy mnie inspirują i dostarczają mi ciągle nowych materiałów do przemyśleń.
Niedawno zadzwonił Jurek Maksymiuk i w trakcie rozmowy poprosił, abym czegoś posłuchał – i zagrał mi na swoim rozstrojonym pianinie fragment środkowej części koncertu klawesynowego Bacha.
Teraz ten fragment gramy często z Władkiem Kłosiewiczem na bis. Dla mnie jest to komentarz do wszechświata. U Bacha są matematyczne zależności, a w świecie stworzonym przez Stwórcę także ona są.
              Ponieważ dane mi było poznać i spotykać się z profesorem Michałem Hellerem, jednym z najważniejszych żyjących Polaków, to wiem z wiarygodnego źródła, że we Wszechświecie istnieją zależności matematyczne. Ostatnio jak idę czasami na spacer do parku i jestem sam, to jak sobie zanucę ten fragment Bacha, to wszystko mi się zgadza – to, co widzę, co słyszę, co czuję. To jest totalny zachwyt nad światem, pomimo, że żyjemy w trudnych czasach, ale przecież nie ma życia bez kłopotów. Teraz te kłopoty są wyjątkowo uciążliwe. Świat nie potrafi sobie z nimi poradzić, ale może jakoś przetrwamy. Tyle pokoleń przetrwało, to i my pewnie przetrwamy. Musimy tylko bardziej doceniać sztukę i korzystać z tych wspaniałych rzeczy, które nam zostawiają geniusze, którzy de facto mają rację – czyli Einstein, genialni kompozytorzy, jak Mozart, Beethoven..., malarze - Modigliani, czy nasz Malczewski (można długo wymieniać), czy tacy geniusze, jak Kopernik czy ksiądz prof. Heller...
To jest ta mniejszość, która mnie wciąż zachwyca, która jest wciąż za mało doceniana przez nas wszystkich.

              Jestem przekonana, że powinniśmy znać i cenić geniuszy, powinniśmy dbać o swój rozwój, ale także dbać o siebie najlepiej jak potrafimy, bo przecież skrzypek musi dbać także o zdrowie i kondycję fizyczną.
               - Ja to również robię. Codziennie się gimnastykuję, jak jestem w Warszawie, to codziennie jestem na basenie i płynę co najmniej 400 lub 500 metrów, bo ze zdziwieniem stwierdziłem, że skończyłem już osiemdziesiąt lat, ale ponieważ od pewnego czasu codziennie obchodzę urodziny, to co za różnica czy to jest osiemdziesiąt, czy sześćdziesiąt. Cieszę się tym, że mogę się ciągle dzielić z ludźmi tym, co umiem. Cieszę się swoją rodziną, swoimi bardzo utalentowanymi wnukami, swoją wspaniałą Żoną, wymagającą, kompletnie różniącą się ode mnie, ale jednak rozumiejącą mnie, oraz moimi dziećmi, które są zachwycające. Moją córką, która ma trójkę cudownych dzieci i jest matką wszech czasów, ale także z wielkim zapałem uczy gry na skrzypcach dzieci i młodzież, a uczniowie ją uwielbiają. Dumny jestem także z mojego syna, który jest szalenie utalentowanym skrzypkiem (o czym chyba wszyscy Państwo wiecie).
               Dla mnie najważniejsze jest, że kiedy często rozmawiam o moich dzieciach, to wszyscy podkreślają, że zarówno córka, jak i syn są wspaniałymi ludźmi. To jest chyba największe szczęście, jakie człowieka może spotkać.

               Panie Profesorze, gratuluję serdecznie, życzę dużo zdrowia i zapału do pracy, aby jeszcze długo Pan dla nas grał na skrzypcach.
               - Żartobliwie skończę tę rozmowę. Profesor Tadeusz Wroński zawsze mówił: „Panie Krzysiu, niech Pan pamięta, że nie sztuka grać na nastrojonych skrzypcach”. Czasami się zdarza, że skrzypce się w czasie koncertu rozstroją i trzeba wtedy myśleć tak, jakby były nastrojone, wówczas intuicyjnie niektóre dźwięki podwyższamy lub obniżamy i publiczność nie odczuwa tego, że skrzypce są rozstrojone.
Życzę Państwu nastrojonych skrzypiec i dobrego nastroju w każdej sytuacji, bo nasze życie trwa teraz, w tym momencie. Cieszmy się chwilą. Wszelakiego dobra Państwu życzę.

Z Profesorem Krzysztofem Jakowiczem, jednym z najwybitniejszych polskich skrzypków wszechczasów, rozmawiała Zofia Stopińska w listopadzie 2020 roku.

Subskrybuj to źródło RSS