Zofia Stopińska

Zofia Stopińska

email Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

III Wieczór kolęd i pastorałek „Hej kolęda, kolęda...”

Miejsce: transmisja w sieci

YouTube: Regionalne Centrum Kultur Pogranicza w Krośnie

Termin: 25 grudnia 2020, godzina 17.00

Szczegóły: www.rckp.krosno.pl

Zapraszamy do udziału w niecodziennym i przełamującym barierę odległości koncercie kolęd. III Wieczór kolęd i pastorałek „Hej kolęda, kolęda...” w wykonaniu Chóru „Echo” to pretekst, by odwiedzić Was w domach i zachęcić do rodzinnego i kulturalnego spędzenia czasu. Najpiękniejsze kolędy do usłyszenia i zobaczenia w sieci 25 grudnia o godzinie 17.00.

Występują:

Chór mieszany „Echo” ZNP i RCKP

Soliści: Agnieszka Socha, Agata Zych, Joanna Gancarz, Magdalena Kasprzyk, Mariola Rybczak

Dyrygent: Mariola Rybczak

Zespół: Rafał Kuźniar - piano, Łukasz Pęcak - saksofon, Dariusz Kasprzyk - instrumenty perkusyjne

Konferansjerzy: Agata Zych, Andrzej Bartosik

Chór Mieszany „Echo” działa przy Związku Nauczycielstwa Polskiego i Regionalnym Centrum Kultur Pogranicza w Krośnie. Występuje na krośnieńskich scenach od ponad 70 lat. Ma na swoim koncie liczne koncerty, udział w festiwalach, przeglądach w kraju i za granicą.

Chór „Echo” jest organizatorem Euroregionalnego Koncertu Kolęd „Soli Deo Gloria”, Wieczorów Poezji i Pieśni „Ave Maria”, Koncertów Papieskich i Patriotycznych. Prowadzi wymianę artystyczną z wieloma zespołami z Polski oraz ze Słowacji, Austrii, Belgii, Węgier i Ukrainy. Dwukrotnie koncertował w Europie Zachodniej, a także w Macedonii w ramach Międzynarodowego Festiwalu Chórów w Ohrid. W 2010 brał udział w Balkan Folk Fest w Bułgarii.

Za działalność artystyczną Chór został uhonorowany: Medalem Komisji Edukacji Narodowej, Dyplomem Ministra Kultury i Sztuki, Złotą Odznaką Związku Nauczycielstwa Polskiego, Złotą Odznaką Polskiego Związku Chórów i Orkiestr z Laurem, Odznaką Zasłużony dla Województwa Krośnieńskiego. W 2006 roku chór otrzymał nagrodę Marszałka Województwa Podkarpackiego za szczególne osiągnięcia w dziedzinie twórczości artystycznej i ochrony kultury.     

Filharmonia Podkarpacka zaprasza

Drodzy Melomani,

zapraszamy serdecznie do obejrzenia koncertu "Dziadek do orzechów" w wykonaniu grupy baletowej Art Dance oraz Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Podkarpackiej pod dyrekcją Wojciecha Rodka.

dziadek do orzechow 7 kopiowanie1

Emisja odbędzie się na antenie TVP3 Rzeszów w Wigilię - 24 grudnia 2020r. o godzinie 19:10. Powtórka koncertu dostępna będzie również 26 grudnia 2020r. między godz. 10:00 - 12:00.

dziadek do orzechow 12 kopiowanie1
Bądźcie Państwo z nami!

KRYSTIAN ZIMERMAN & SIR SIMON RATTLE/LSO - BEETHOVEN COMPLETE PIANO CONCERTOS

Krystian Zimerman i Sir Simon Rattle prezentują nagranie pięciu Koncertów fortepianowych Beethovena z London Symphony Orchestra,

które jest ukoronowaniem obchodów rocznicy 250-lecia urodzin kompozytora w 2020 roku!

Artyści wystąpia na trzech koncertach online, które będą transmitowane z kościoła LSO St Luke’s w Londynie za pośrednictwem DG Stage.

Krystian Zimerman zagra na specjalnie przygotowanym fortepianie wzorowanym na instrumentach z czasów Beethovena.

Bilety i informacje: http://www.dg-stage.com

9 kwietnia ukaże się nagranie kompletu Koncertów w postaci 3CD i 5 LP.

Będzie to czwarty wspólny album artystów dla wytwórni Deutsche Grammophon i jednocześnie drugie nagranie koncertów Beethovena dokonane przez Zimermana,

po pierwszym z 1989 roku zarejestrowanym pod dyrekcją Leonarda Bernsteina.

A już od dziś I Koncert fortepianowy dostępny jest w serwisach cyfrowych:

https://UmusicPL.lnk.to/ZimermanBeethovenConc1

Krystian Zimerman i Sir Simon Rattle łączą siły w nagraniu koncertów fortepianowych Beethovena z London Symphony Orchestra, które jest ukoronowaniem obchodów 250. rocznicy urodzin kompozytora w 2020 roku.

Od dawna planowany i zainicjowany przez pianistę projekt został zrealizowany na przekór wszelkim przeciwnościom w obliczu pełnych wyzwań okoliczności związanych z pandemią koronawirusa.

Pod szyldem Deutsche Grammophon album ukaże się w postaci 3CD oraz 5LP 9 kwietnia 2021 roku. I Koncert fortepianowy ukazał się dzisiaj 17 grudnia 2020 w formie cyfrowej.

Koncerty będą prezentowane przez trzy dni na platformie online Deutsche Grammophon DG Stage: Koncerty I i III – 17 grudnia, II i IV – 19 grudnia oraz V „Emperor” 21 grudnia. Podążając ścieżką od klasycyzmu do romantyzmu utwory te są arcydziełami gatunku zrewolucjonizowanego przez Beethovena. Zdobył on sławę właśnie jako pianista-wirtuoz i dokonał prawykonania wszystkich Koncertów, oprócz V – jego głuchota była wówczas tak poważna, że nie czuł się już pewnie występując przed publicznością.

Zimerman i Rattle, obaj uważani za autorytety w wykonywaniu muzyki Beethovena, nagrali wspólnie wcześniej trzy albumy dla Deutsche Grammophon: I Koncert fortepianowy Brahmsa, Koncert fortepianowy Lutosławskiego oraz II Symfonię „The Age of Anxiety” Bernsteina. Ich wyjątkowe relacje opierają są na wyznawaniu wspólnych wartości i wzajemnym szacunku. Magazyn Gramophone opisał je jako „nadzwyczajna więź”, wyrażając uznanie dla ich „porywającego poczucia artystycznej misji”.

Simon Rattle: „Kiedy zaczynaliśmy razem pracować, mieliśmy poczucie pełnej, naturalnej komunikacji. Zerkam na niego, ale tak naprawdę nie muszę: czujemy nawzajem, kiedy każdy z nas weźmie kolejny oddech. Jak między braćmi. Działa to organicznie”.

Mimo, że Krystian Zimerman jest dziś znany na całym świecie jako specjalista od Chopina, we wczesnych latach jego kariery było mu bliżej do muzyki Beethovena, szczególnie po wygraniu Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Ludwiga van Beethovena w Hradcu w 1973 roku. W 1989 roku dokonał pierwszego nagrania Koncertów fortepianowych Beethovena pod batutą Leonarda Bernsteina. Niestety Bernstein zmarł przed ukończeniem tego cyklu, a pozostałe nagrania (koncerty I i II) pianista poprowadził znad klawiatury w 1991 r.

Krystian Zimerman: „Leonard Bernstein dał mi odwagę i pewność siebie, abym odważnie prezentował swoje interpretacje, wprowadzając muzyczne idee, które były całkowicie nowatorskie. Niemal takie samo podejście odnalazłem również u innego dyrygenta: Simona Rattle’a”.

250. rocznica urodzin Beethovena dała pianiście doskonały powód do powrotu do dzieł, do których jest głęboko przywiązany. „Nie grałem tych utworów od kilku lat i tęskniłem za nimi”, mówi artysta. „Niektóre koncerty można grać przez całe życie i wciąż czuć ich głód. Należą do nich koncerty Beethovena.”

„Gdy byłem małym chłopcem, miałem małą figurkę Beethovena na moim fortepianie i pamiętam moje podświadome przeświadczenie, że to stary kompozytor, stary człowiek. Dziś jestem siedem lat starszy niż Beethoven był kiedykolwiek i mam wiele ciepłych uczuć do niego jako mojego młodszego kolegi. Kiedyś grałem I Koncert jako bardzo poważny utwór, ale dziś już tak o nim nie myślę. Nagle mogę się bawić grając go lżej, z większą radością.”

Po „zbadaniu” fortepianów Beethovena, Zimerman, który ma głęboką praktyczną wiedzę na temat mechaniki tego instrumentu, opracował różne ustawienia klawiatury dopasowane do różnych koncertów. Będąc przekonanym, że IV Koncert fortepianowy można było napisać tylko na Walterze, stworzył klawiaturę o odpowiednich właściwościach.

„Jedną z rzeczy, które uwielbiam w Krystianie, jest jego niekończąca się ciekawość”, mówi Rattle. „Tutaj chce mieć barwę wczesnego fortepianu, ale moc i możliwości nowoczesnego instrumentu, dającego mu to, co najlepsze z obu światów. Jego klawiatura stworzona do IV Koncertu sprawiła, że fortepian zabrzmiał zupełnie inaczej, bardziej lirycznie, a zarazem krystalicznie.”

Z uwagi na wytyczne odnośnie dystansu społecznego orkiestra została rozmieszczona w poprzek Jerwood Hall kościoła LSO St Luke’s. Korzystając z ekranów ochronnych muzycy grający na instrumentach smyczkowych znajdowali się w odległości półtora metra od siebie, a grający na instrumentach dętych drewnianych i blaszanych – dwóch metrów. „Czasami odnosiło się wrażenie, jakby się wysyłało sygnały dymne ponad górami”, komentuje Rattle. „A zarazem było w tym wysiłku coś, co niemal pasuje do Beethovena. Trud to część jego stylu.”

„Jeśli ktokolwiek z nas kiedykolwiek brał muzykę za pewnik, że jest i będzie zawsze i wszędzie, to ten czas minął”, dodaje dyrygent. „Przypomina nam to, jak ważna i czysta jest muzyka Beethovena. To niezwykły twórca do wchodzenia w dialog na koniec tak niezwykłego czasu.”

Muzyka klasyczna w Sanockim Domu Kultury

Słońce na czystym niebie

              Tak pisała o wielkim Mozarcie George Sand. Jakże słonecznym blaskiem zajaśniała nagrana w wersji online 12 grudnia 2020 r. o godz.18.00 w Sanockim Domu Kultury Symfonia koncertująca Es-dur KV 364 W.A. Mozarta napisana w 1779 roku, nieustannie zachwycająca. Świetni soliści, to Szymon Naściszewski – skrzypce i Robert Naściszewski – altówka, a towarzyszyła im Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Podkarpackiej pod dyrekcją Dawida Jarząba. Oddychałem żywym i pogodnym Allegro, zamyśliłem się nad śpiewnym, przeuroczym Andante, nabierając otuchy do życia przy końcowym Presto. Młody solista skrzypek grał prawdziwie dojrzale, wtapiając się idealnie w interpretacyjne szczegóły z grającym na altówce jego ojcem i orkiestrą, która starała się im nie przeszkadzać, wszelako dopełniając soczystym brzmieniem to prawdziwe arcydzieło koncertowe wielkiego Mozarta.
              Dopełnieniem koncertu w słonecznym nastroju była pełna humoru napisana w 1791 roku spośród symfonii londyńskich J. Haydna Symfonia G-dur nr 94 z uderzeniem w kocioł, który odzywa się w części II Andante. Stąd Anglicy nazywają tę Symfonię Surprise, czyli Niespodzianka.
              Na sanockim koncercie powiało młodością, iście wiosennymi nastrojami, choć za oknem zima straszy jesiennymi klimatami, wiatrem i deszczem...

                                                                                                                                                                                                                                                          Andrzej Szypuła

Maria Korecka-Soszkowska: "Jestem niepoprawną optymistką"

             Proponuję Państwu spotkanie z prof. Marią Korecką Soszkowską – znakomitą pianistką i pedagogiem. Żałuję, że tym razem rozmawiamy przez telefon, ale postanowiłam nie czekać na lepsze czasy, a zmobilizowała mnie świetna nowa Pani płyta z Mazurkami dwóch wielkich polskich kompozytorów – Fryderyka Chopina i Karola Szymanowskiego. Niedawno utwory te zostały nagrane przez specjalistów wytwórni DUX Recording Producers.

             - Wszystko zostało zrealizowane w tym roku, już w czasie pandemii. Nagrania zostały utrwalone w marcu tego roku. Zawsze, jak zaczyna się wokół dziać coś złego, to zaczynam namiętnie uprawiać muzykę. Taki już mam charakter.

             Zachwyciła mnie Pani bardzo osobistą interpretacją mazurków Szymanowskiego.

             - Kocham muzykę Karola Szymanowskiego i bardzo żałuję, że nie gram wszystkich jego utworów fortepianowych, chociaż sporo ich mam w programie. Kiedyś nagrałam już 9 Preludiów op. 1, które bardzo się podobały, mam w programie Wariacje b-moll op. 3, kilka etiud, z „Masek” najczęściej grałam Serenadę Don Juana.
Chcę także powiedzieć, że dość późno sięgnęłam po utwory Karola Szymanowskiego, bo moja generacja, nawet jak byłam studentką u prof. Henryka Sztompki utworów Szymanowskiego niewiele grała.
             Pierwszym utworem Karola Szymanowskiego, po który sięgnęłam był Mazurek nr 13, dedykowany Annie i Jarosławowi Iwaszkiewiczom. Bardzo mnie ten utwór zainteresował, ale przyznam się, że nie rozumiałam go w sposób właściwy będąc młodą dziewczyną (to było chyba na pierwszym roku studiów, a może nawet jeszcze w średniej szkole muzycznej).
Miłość do muzyki Karola Szymanowskiego przyszła z czasem. Kocham muzykę etniczną i to nie tylko polską, ale także innych krajów i czuję pierwotną wartość muzyki opartej na podłożu ludowym. Kiedy Szymanowski zwrócił się ku muzyce podhalańskiej, to odczułam te rytmy w jego mazurkach i nie przeszkadzały mi rozmaite zawiłości, które stały się dla mnie zrozumiałe.
Tak też staram się je grać, aby przekaz był czytelny dla słuchacza.
             Czasem słyszę wykonania, w których jest wielki hałas współbrzmień, natomiast umyka moim zdaniem najważniejsze. U Szymanowskiego, w każdym z jego utworów zawsze jest ukryta jakaś myśl melodyczna i należy ją wydobyć w różnych wariantach kolorystycznych. To jest bardzo interesujące.

              Z 20 Mazurków op. 50 wybrała Pani 12.

              - Tak. Bardzo żałuję, że mi się jeszcze jeden zeszyt nie zmieścił, ale chciałam pokazać różnicę pomiędzy mazurkami Chopina i Szymanowskiego i dlatego nie mogłam zamieścić całego cyklu. Na płycie znalazło się jedenaście mazurków Fryderyka Chopina z trzech opusów: 4 Mazurki op. 33, 4 Mazurki op. 47, 3 Mazurki op. 50 oraz 12 Mazurków op.50 Karola Szymanowskiego z trzech zeszytów (I,II,III).

              Mazurki Chopina, które Pani zamieściła na płycie, powstały w czasie pobytu kompozytora za granicą, na przestrzeni sześciu lat,ja bym je nazwała „mazurkami tęsknoty”. Nawet, jeśli mają one taneczną formę i durową tonację, to w każdym można znaleźć melancholijną nutę.

              - To prawda, chociaż może nie we wszystkich jest ona zauważalna, ale na przykład w m.in. Mazurku e-moll op.41 nr 1 ta tęsknota wprost rozrywa serce.
Z kolei Mazurek cis-moll op. 50 nr 3 nazywam „bachowskim”, bo Chopin użył w nim zabiegów polifonicznych. Od początku w różnych głosach pokazuje się główny motyw, który dopiero później przechodzi w rytm mazura. Dlatego część o tanecznym charakterze gram trochę szybciej niż sam wstęp.
Według mnie mazurki dają wykonawcy duże pole do popisu. Starałam się nagrać je w sposób prosty i nadać właściwą kolorystykę poszczególnym utworom.

              Z kolei ja uważam, że bardzo dobrym pomysłem było zestawienie późnych mazurków Chopina z mazurkami Szymanowskiego. W ten sposób widać najlepiej, że Szymanowski przejął od Chopina jedynie formę. Podkreśla to z pewnością bardzo osobista interpretacja Wykonawczyni.

              - Mazurki Szymanowskiego pobudzają mnie emocjonalnie, ale nie można stracić poczucia, że to jest mazurek i ten rytm musi być czytelny, natomiast bardzo różnią się od mazurków Chopina. Tę różnicę chciałam pokazać melomanom, zamieszczając na jednej płycie mazurki Chopina i Szymanowskiego.
              Chcę jeszcze powiedzieć, co łączy w mazurkach Chopina i Szymanowskiego – żaden z nich nie zacytował konkretnej melodii ludowej. Obaj na różne sposoby nawiązują do melodii ludowych, ale żaden z nich nie cytował. To są własne pomysły Chopina i Szymanowskiego.

              Zastanawiałam się, która to już Pani płyta została wydana, bo ja pamiętam jeszcze czarne krążki z utworami Fryderyka Chopina.

               - To były inne czasy. Wszyscy nagrywaliśmy w Polskich Nagraniach, a na pierwszej mojej płycie znalazły się utwory Juliusza Zarębskiego. Bardzo rzadko wykonawcy zamieszczali utwory tego kompozytora na płytach. Pamiętam, że wkrótce po ukazaniu się płyty, zgłosił się do mnie pewien dziennikarz ze Szwajcarii, który koniecznie chciał propagować utwory Zarębskiego i rozprowadzać tę płytę w Szwajcarii, ale wtedy wydawało się to niemożliwe. Jak już powiedziałam – to były inne czasy. Dla Polskich Nagrań nagrałam też płytę z utworami Fryderyka Chopina.
              Moja pierwsza płyta kompaktowa, która wydana została w DUX-ie, była bardzo interesująca i może dlatego nakład został już wyczerpany. Na drugiej były między innymi wspomniane Preludia op. 1 Karola Szymanowskiego oraz Tryptyk góralski Artura Malawskiego. Dla DUX-u nagrałam też kilka płyt w utworami Chopina.
              Jak byłam przez kilka lat kierownikiem Katedry Fortepianu w Akademii Muzycznej w Łodzi, to zorganizowałam nagranie trzech płyt, na których znalazło się kilka utworów w moim wykonaniu, ale przede wszystkim utwory w wykonaniu członków Katedry.

              Uważamy Panią za Artystkę bardzo związaną z Podkarpaciem, chociaż urodziła się Pani we Lwowie.

              - To prawda, ale w Rzeszowie spędziłam najbardziej istotne lata życia. Chociaż jak moi rodzice uciekli ze Lwowa do Polski, to zamieszkaliśmy u mojej babci (matki mojej mamy) w Strzyżowie.

              Jak opuszczaliście Lwów, była Pani chyba malutka dziewczynką. Czy zapamiętała Pani lwowskie mieszkanie albo najbliższe otoczenie domu we Lwowie?

              - Nie mogłam nic zapamiętać, bo miałam zaledwie trzy miesiące. Pierwsze urodziny obchodziłam już w Strzyżowie.

              Wiem, że to właśnie w Strzyżowie Pani mama zauważyła szczególne zainteresowanie swej córeczki muzyką klasyczną i postanowiła ten talent rozwijać.

               - Zaczęłam uczyć się grać jak miałam 5 lat i to była zasługa mojej mamy.
Najpierw uczyłam się u pani Władysławy Durskiej, która była świetną, chociaż wymagającą nauczycielką. Była bardzo piękną, elegancką i wytworną damą, która także pochodziła ze Lwowa.
               Później zostałam przeniesiona do pani profesor Janiny Stojałowskiej. Często o niej myślę i bardzo serdecznie ją wspominam. Była uczennicą znakomitego pianisty Ignacego Friedmana.
Także była wytworną damą pochodzącą ze Lwowa, gdzie była uznawana za świetną nauczycielkę gry na fortepianie. Wprawdzie nie mówiła lwowską gwara, ale pewne wschodnie naleciałości słyszało się w jej mowie. Zamiast „wiesz ty” – zawsze mówiła: „wisz ty”. Do dzisiaj to pamiętam i się wzruszam. Zaczęłam jeździć z mamą do szkoły muzycznej, jak miałam 6 lat, a wyjechałam niedługo po Ogólnopolskim Konkursie Mozartowskim w Katowicach, który odbył się w 1956 roku i na którym otrzymałam wyróżnienie.
               Jednak sporo lat spędziłam w Rzeszowie. Jeszcze się uczyłam grać na skrzypcach u pana Swobodziana. To była także wielka postać. Dzisiaj nie ma takich ludzi. Oni mieli inny stosunek do życia. Wszyscy byli uciekinierami, którzy musieli zostawić swoje domy i cały swój dotychczasowy dorobek. Dziękowali Bogu, że przeżyli, wszystkie trudy znosili z uśmiechem i kochali muzykę nad wyraz. Podczas lekcji dawali z siebie naprawdę wszystko. Wprawdzie po trzech latach przestałam uczyć się grać na skrzypcach i dzisiaj już nic nie pamiętam, ale z pewnością były te lekcje ważne dla mojego rozwoju muzycznego...

               Od początku fortepian był najważniejszym, wymarzonym instrumentem.

                - Od piątego roku życia. Pani prof. Stojałowska była bardzo niezadowolona, kiedy dowiedziała się, że wyjeżdżamy do Krakowa, bo ojciec otrzymał tam przydział na mieszkanie, ponieważ chciała mnie przygotowywać do Konkursu Chopinowskiego... Myślała o tym poważnie, kiedy byłam w pierwszej klasie Szkoły Muzycznej II stopnia w Rzeszowie. Już wtedy grałam I część Koncertu e-moll Chopina a także Etiudę gis-moll „tercjową”.

               Słyszałam, że zwrócił na Panią uwagę prof. Henryk Sztompka.

                - Tak, podczas ogólnopolskiego Konkursu Mozartowskiego dla Dzieci i Młodzieży w Katowicach. Już wtedy prof. Sztompka zaproponował, że będzie mnie uczył w średniej szkole. Wprawdzie wtedy mieliśmy już w planie przenosiny do Krakowa, ale ja uczyłam się jeszcze w Rzeszowie.
Jak zamieszkaliśmy w Krakowie i przeniosłam się do tamtejszej średniej szkoły muzycznej, to przez cały czas uczyłam się u prof. Sztompki .Studiowałam w jego klasie przez 8 lat
                Z perspektywy wielu lat, jak na to patrzę, to widzę, że wszyscy bez większych urazów psychicznych przeszliśmy przez całą powojenną transformację.
Gdyby nie było wojny, to pewnie mieszkałabym we Lwowie, bo to wspaniałe miasto, które później poznałam i nic takiego nie spotkałoby ani mnie, ani moich rodziców, którzy musieli od zera zaczynać po raz drugi i przez wiele lat żyć w biedzie.
                Dzisiaj młodzież nie ma pojęcie, jak wtedy było. Wiele rodzin znajdowało się w takiej sytuacji, jak moi rodzice, którzy zostali wypędzeni ze swoich ojczystych stron. To wszystko politycznie, społecznie, emocjonalnie jest tak skomplikowane, że ja chylę czoła przed każdym, kto zachował człowieczeństwo i empatię do innych ludzi. Ci wszyscy ludzie mimo tak wielu zranień mieli tak wiele dobrego do dania następnemu pokoleniu. To jest piękne.
Mimo tych ciężkich czasów, życie potrafiło okazywać także swoje piękne strony.
Może dlatego mam sentyment do Strzyżowa i Rzeszów jest w moim sercu.

                Po ukończeniu Akademii Muzycznej w Krakowie wyjechała Pani na studia do Wiednia.

                - Nie od razu, wcześniej przeniosłam się do Warszawy, bo poznałam swojego męża. Byłam już mężatką, jak pojechałam na studia do Wiednia. Niełatwo było sobie takie studia „wychodzić”, ale mąż mnie ciągle mobilizował, składałam podania i w końcu się udało.
Moje nazwisko było już wówczas znane, bo w 1965 roku startowałam w Konkursie Chopinowskim.

                Dowodzi to najlepiej, że zainteresowanie Konkursem Chopinowskim było ogromne.

                - To prawda. Jednak ja w tym konkursie nie miałam szczęścia. Nie dlatego, że ktoś mnie źle ocenił, tylko dlatego, że mój ukochany profesor Henryk Sztompka zmarł kiedy byłam na czwartym roku studiów. Trafiłam do klasy pani prof. Reginy Smendzianki, ale to była młoda, rozpoczynająca karierę pedagogiczną pianistka, a poza tym zajęta swoimi koncertami i nawet nie miała czasu być na moich konkursowych występach. Nie byłam przygotowana do tego konkursu i miałam szczęście, że znalazłam się w drugim etapie i otrzymałam dyplom honorowy. Prawdę mówiąc, nie miałam lekcji podczas choroby prof. Sztompki, później także lekcje odbywały się sporadycznie. To było straszne, przeżyłam ogromny stres i to też mnie wiele nauczyło.
                W pierwszej turze eliminacji do których przygotowywał mnie jeszcze prof. Sztompka miałam bardzo wysoki wynik. Kiedy prof. Sztompka zachorował, to proponowano mi przejście do innego pedagoga, ale ja nie wyobrażałam sobie takiego braku lojalności wobec swojego wspaniałego pedagoga i byłam bez lekcji. Niestety, za wszystko się płaci. Takie jest życie.

                 Dwa lata później pojechała Pani do Szwajcarii na międzynarodowy „ Meisterkurs fűr moderne Klaviertechnik”oparty na formule konkursowej w St. Moritz i otrzymała I nagrodę.

                 - Później odnosiłam sukcesy w różnych konkursach, ale żaden z nich nie był tak ważny, jak Konkurs Chopinowski w Warszawie.
Spoglądając na to wszystko z perspektywy lat, mogę powiedzieć, że nie ma co żałować takich czy innych wydarzeń. Najważniejsze jest trwać w swojej pasji i starać się rozwijać, niezależnie, czy świat to doceni bardziej lub mniej. Trzeba po prostu pracować zgodnie z tym, co mówi Joga (zajmuję się Jogą jako systemem filozoficznym). Joga mówi: „ ...Pracuj, nie licząc na uznanie tej pracy, ale pracuj”. To jest bardzo mądre. Nie należy być wyrachowanym w tym, co się robi.
Każdemu życie przynosi dobre i złe rzeczy. W dojrzałym wieku zrobiłam się nieprawdopodobną optymistką. Jestem wdzięczna za każdy dzień życia.

                 Ma Pani szczęście do koncertów, bo wykonała Pani kilkaset recitali i koncertów symfonicznych, a rozpoczęła Pani działalność koncertową w 1962 roku.

                 - Tak, ale wtedy nie miałem jeszcze nawet osiemnastu lat. Uważam, że trwanie w zawodzie jest moim powołaniem. Miałam zawsze bardzo dobrą pamięć, która do dzisiaj mnie nie zawodzi. Pamiętam, że kiedy ktoś mi zaproponował wykonanie Sonaty b-moll Chopina, to nauczyłam się jej w 10 dni i grałam. Dzisiaj pewnie nie zdecydowałabym się na takie wyzwanie, ale przez wiele lat szybko wszystko przyswajałam.
                 Tak jak pisał Artur Rubinstein, że posługuje się podczas grania nie tylko słuchem i dotykiem, ale także zapamiętuje tekst nutowy wzrokowo, to ja również doceniam aspekt wzrokowy przyswajania pamięciowego dzieła muzycznego .

                 Z pewnością miała Pani pamięć wyćwiczoną do granic możliwości, ucząc się od dziecka wielu utworów.

                 - Kiedyś miałam taki dar. Jak uczyłam się w gimnazjum, to zapamiętywałam całą stronę książki, którą czytałam. Dzięki temu miałam same piątki i byłam we wszystkim prymusem. Zdając maturę, byłam zwolniona z ustnych egzaminów zarówno z matematyki, jak i z polskiego.
Teraz już te umiejętności są trochę słabsze, ale ciągle jeszcze jestem pewna tekstu podczas grania.

                 Był taki czas w Pani działalności artystycznej, że dosyć często występowała Pani w Rzeszowie.

                 - Owszem, ta współpraca rozpoczęła się na początku lat 70-tych ubiegłego wieku, kiedy dyrygentem i dyrektorem artystycznym Orkiestry Filharmonii Rzeszowskiej został pan Stanisław Michalek. Poznaliśmy się w ciekawych okolicznościach. Na inaugurację sezonu do Rzeszowa zaproszona była zupełnie inna pianistka. Okazało się, że solistka źle się poczuła i poproszono mnie w ostatniej chwili, abym przyjechała zagrać w Przemyślu i Rzeszowie Koncert f- moll Fryderyka Chopina na inauguracji sezonu, który jeszcze do tego miał być nagrywany przez Polskie Radio.
                 Ja miałam ten Koncert w programie i w palcach, ale na przygotowanie się do koncertu nie było czasu.
Dyrektor Michalek zgodził się, abym już nie jechała do Przemyśla, tylko została w Rzeszowie i spokojnie przygotowała się do piątkowego koncertu. Tak też się stało, przez cały dzień siedziałam przy fortepianie i powtarzałam koncert. Podczas piątkowego koncertu zarówno Orkiestra, jak i ja zagraliśmy bardzo dobrze.
Dyrektor Stanisław Michalek był taki zadowolony, że zaproponował mi wykonanie kolejnych koncertów z orkiestrą Filharmonii Rzeszowskiej. Sporo koncertów symfonicznych zagrałam w Rzeszowie, a ostatni raz wystąpiłam pod batutą pana Józefa Radwana i uważam, że było to moje najlepsze wykonanie Koncertu a-moll Roberta Schumanna.
                 Później zmienił się dyrektor artystyczny w Rzeszowie i już mnie nie zapraszał, bo miał swoich ulubionych pianistów.
Natomiast wcześniej, szczególnie wówczas, kiedy dyrektorem był pan Stanisław Michalek, to w każdym sezonie grałam w Rzeszowie koncert symfoniczny. Uważam, że to był wspaniały dyrygent i człowiek dużego formatu. Chociaż już od wielu lat nie żyje, to ciągle go wspominam i uważam, że bardzo dużo Filharmonia Rzeszowska jemu zawdzięcza.

                 W tym czasie w programach koncertów pojawiało się sporo muzyki nowej, skomponowanej w XX wieku. Pani też grała sporo takiej muzyki.

                 - Był taki czas, że grałam dużo utworów współczesnych kompozytorów, polskich i zagranicznych. Na początku, nawet jak ta muzyka była dla mnie mało przystępna, to zawsze starałam się znaleźć w niej piękno jakiegoś współbrzmienia lub przebiegu. Na szczęście nie trwało to długo i później już zawsze potrafiłam w sposób właściwy dostrzec walory każdego utworu.

                 Aktualnie, w dobie panującej pandemii, nie możemy słuchać Pani gry w salach koncertowych, ale odbywają się koncerty w sieci oraz można sięgnąć po płyty i nawet kiedy brak nam żywego kontaktu, to te nagrania budzą nasze emocje i wzruszają.

                  - Zawsze muzyka trafia do mojego serca i staram się przekazywać również moje uczucia w grze. Wielką radość sprawia mi wzruszenie publiczności. Zazwyczaj po koncercie sporo osób podchodziło i dziękowało za te wzruszenia.
                  Ucieszyłam się, jak pani powiedziała, że tyle emocji wzbudziły mazurki Chopina. Większość ze znajdujących się na mojej najnowszej płycie nastraja melancholijnie, ale niektóre - tak jak Mazurek D-dur op. 33, czy Mazurek G-dur op.50 pobudzają do tańca i szalonej zabawy.

                  Przez całe życie związana jest Pani z muzyką, ze sztuką.

                  - Związek ze sztuką jest wielkim boskim błogosławieństwem, dlatego, że człowiek grając muzykę, nie czuje się samotny ani stary, a często kiedy grając przypominam sobie wykonania sprzed lat, to czuję się młoda.
                  Ponadto artystą się bywa, nie jest się zawsze, ale kiedy się bywa tym artystą, to jest ogromne szczęście. Do tego nie jest potrzebna słynna sala koncertowa, bo to może zdarzyć się w domu, w jakiejś świetlicy czy w innym miejscu, a grając człowiek się odrywa od ziemi i to daje dużo szczęścia.
                  Miałam także szczęście do bardzo dobrych pedagogów i dzięki temu nie mam żadnych problemów technicznych, moje ręce nigdy nie zostaną uszkodzone poprzez granie, nie boli mnie kręgosłup od tego, że siedzę przy fortepianie. To jest odpowiednia technologia gry, której ostatni szlif dał prof. Dieter Weber w Wiedniu. Dzięki temu nigdy moje emocje nie są przyćmione przez walkę z materią i towarzyszą każdemu wykonaniu.

                  Dosyć późno zaczęła Pani uczyć, ale dzieliła się Pani swoją wiedzą i doświadczeniem do niedawna.

                   - Wszystko zaczęło się od krótkich spotkań pedagogicznych, ale tak naprawdę poważnie zajęłam się uczeniem pod koniec lat 80-tych ubiegłego wieku, kiedy przez dwa lata prowadziłam klasę fortepianu na Uniwersytecie Bilkent w Ankarze.
Ucząc przez pewien czas w Turcji, zaczęłam się zastanawiać, dlaczego nie uczę Polaków? Trudno było wtedy o pracę w polskich uczelniach muzycznych, a ja nie chciałam uczyć małych dzieci, bo byłam już na tyle dojrzałą pianistką, że chciałam przekazać to, co umiem na trochę wyższym pułapie.
                  Pojawiła się szansa złożenia wniosku o zrobienie przewodu w Akademii Muzycznej w Łodzi i po zdaniu egzaminu na adiunkta, zostałam przyjęta najpierw na pół etatu, a później na cały etat. W tej uczelni przeszłam wszystkie szczeble kariery naukowej od asystenta I stopnia do profesora tytularnego (2000) i profesora zwyczajnego (2007). W latach 2007 – 2014 pełniłam funkcję kierownika Katedry Fortepianu.
                   Nie byłam pedagogiem, który swoje cele stawiał wyżej niż studentów. Zawsze byłam dla nich i do dzisiaj mam z nimi serdeczne kontakty. Jestem zadowolona, że się nie zmarnowali i działają w zawodzie.

                   Nawet jak się już przekaże pałeczkę następnemu pokoleniu, to artysta pozostaje nadal artystą.

                   - Powiem Pani, że to jest właśnie w sztuce wspaniałe, że artysta musi do końca życia pracować twórczo. Nie wiem, skąd się bierze u mnie tyle energii i chęci do działania. Nie poddaję się żadnym depresjom, bo to jest naturalne, że dzieją się wokół nas rzeczy dobre i złe. Cieszę się każdym dniem, codziennie ćwiczę i uczę się nowych utworów albo przypominam sobie te, które grałam przed laty.
                   Ostatnio sięgnęłam po utwory Emila Młynarskiego, Józefa Wieniawskiego, a podczas ostatniego koncertu online wykonałam trzy walce Stanisława Moniuszki.
Bardzo się dziwię, że tak dużo kompozycji z okresu Młodej Polski nie jest granych. Mam nadzieję, że znajdą się pasjonaci, którzy po nie sięgną.

                   Prowadząc przez tyle lat aktywną działalność koncertową miała Pani okazję zwiedzić kawał świata.

                    - Podróżowałam sporo po świecie, znam parę kontynentów, ale uważam, że szczęścia nigdzie nie można znaleźć, nawet w najpiękniejszym miejscu, jeżeli brakuje określonych emocji, które nas z tym miejscem wiążą.

                    Pani dom jest od wielu lat w Warszawie, a serce?

                    - Moje serce jest rozdarte. Pomimo, że nie pamiętałam Lwowa z dzieciństwa, to poznałam to miasto dzięki lwowskiemu dyrygentowi, z którym poznał mnie w Rzeszowie pan Stanisław Michalek. Dzięki tej znajomości zostałam zaproszona do Filharmonii Lwowskiej z Koncertem g-moll Mendelssohna. Później jeszcze chyba dwa albo trzy razy byłam we Lwowie dzięki koncertom organizowanym przez Krajowe Biuro Koncertowe. Poznałam trochę to miasto, ale czułam ogromne rozdarcie, że miasto, w którym się urodziłam, znajduje się w innym państwie. Nie dziwię się, że Wojciech Kilar, który spędził tam dzieciństwo, nie chciał tam jeździć.

                     Część mojego serca jest we Lwowie, bo tam się urodziłam, część pozostała w Rzeszowie, bo tam zaczęłam realizować moje muzyczne pasje i miałam wielu przyjaciół, a także w Strzyżowie, bo tam mieszkałam. Później był Kraków, a potem była Warszawa i na końcu Łódź, gdzie także kawałek serca zostawiłam. Kocham chyba całą Polskę. Cieszę się, jak rozwijają się duże i małe miasta.Cieszy mnie, że Rzeszów tak pięknie wygląda i zawsze jadę tam z wielką radością, bo przypomina mi się młodość. Jak po latach przyjechałam do Rzeszowa, to od pierwszej chwili poczułam, że to jest moje miejsce, to jest to powietrze. To było prawie 20 lat temu i może jeszcze klimat nie był tak skażony, ale dla mnie rzeszowskie powietrze było inne – lepsze.

                     Znamieniem mojego pokolenia jest to, że jesteśmy mimo wszystko wykorzenieni. Ja nie wiem nawet, gdzie jest pochowana matka mojego ojca, bo jak uciekaliśmy ze Lwowa, to ona była już bardzo leciwą kobietą i nie mogła udać się w taką podróż. Rodzice zostawili ją we Lwowie pod opieką sióstr zakonnych, które potem zawiadomiły ojca o jej śmierci. Ojciec jednak nie mógł tam nigdy pojechać.                                                                                                                                                                                                                                                                      Dlatego doceniam każdy dzień, w którym mogę normalnie żyć, działać, grać…

Z prof. Marią Korecką-Soszkowską, wyśmienitą pianistką i znakomitym pedagogiem rozmawiała Zofia Stopińska 17 grudnia 2020 roku.

                  

 

Marcello di Capua - "La forza del merito" - na kanale Filharmonii Podkarpackiej

Serdecznie zapraszamy na premierowe wykonanie koncertowe opery "La forza del merito" Marcello di Capua.
Streaming 20 grudnia 2020r.
o godzinie 18:00 na kanale Filharmonii Podkarpackiej na Youtube.

OBSADA:
Bonifazio: Dawid Biwo
Guglielmo: Anton Hrynevich
Galatea: Emilia Pływacz
Pigmalione: Jarosław Bielecki
Venus: Ewa Menaszek

Kierownictwo Muzyczne: Jacek Brzoznowski
Opieka Artystyczna: prof. Rafał Jacek Delekta @rafaldelekta
Grafika, stylizacja, trailer design: Anna Zwiefka @anna_zw / @smart.eatr
Video: Arkadiusz Krzyształowski: @alvein.official
specjalne podziękowania dla: Lallu Chic @lalluchic_hats & Luxbut Tarnobrzeg
produkcja: MEYER MANAGEMENT @meyer_management

Wielki Beethoven

           „Muzyka winna krzesać ogień z ducha ludzi. Jest ona objawieniem wyższym niż wszelka mądrość i filozofia. Kto wniknie w znaczenie mojej muzyki, będzie wolny od całej nędzy, w której wloką się inni ludzie” – pisał Beethoven do Bettiny von Arnim w 1810 roku.
             16 grudnia 2020 roku mija 250 lat od urodzin Wielkiego Beethovena. To Mistrz nad Mistrze, który sięgnął największej tejemnicy Sztuki, której rozumem pojąć nie sposób. Albowiem są w Sztuce takie kamienie, których nie sposób ruszyć, zburzyć, ominąć. Jednym z takich kamieni jest muzyka wielkiego Beethovena, który, tuż po Mozarcie, stał się symbolem ludzkiego losu, który, jak to pisał prof. Stefan Szuman „przegląda się w zwierciadle sztuki”.
             Sięgam po raz kolejny do małej książeczki Roman Rollanda pt. „Życie Beethovena”, wydanej przez Polskie Wydawnictwo Muzyczne w Krakowie, wydanie II z 1966 roku, w przekładzie Jerzego Popiela, z francuskiego wydania z 1956 roku „La vie de Beethoven”. Właśnie we Francji, po raz pierwszy, w 1903 roku ukazało się „Życie Beethovena” w „Cahiers de la Quinzaine”.
             Pisze Romain Rolland: „Drogi Beethoven! Wielu innych sławiło jego wielkość artystyczną. Ale jest on czymś o wiele więcej niż pierwszym z muzyków. Jest najbardziej bohaterską siłą nowoczesnej sztuki. Jest największym i najlepszym przyjacielem tych, którzy cierpią i którzy walczą. Kiedy jesteśmy zasmuceni nędzami świata, on jest tym, który przychodzi do nas, jak przychodził, by zasiąść do fortepianu matki w żałobie i, bez słowa, pieśnią swej zrezygnowanej skargi pocieszał płaczącą. A kiedy ogarnia nas zmęczenie wieczną walką toczoną nadaremno przeciw mierności występków i cnót, wtedy niewypowiedzianie dobrze jest zanurzyć się znowu w tym oceanie woli i wiary.”
             Wielki Goethe chciał kiedyś poznać wielkiego Beethovena. Doszło do ich spotkania u czeskich wód w 1812 roku w Toeplitz. Ale obaj nie mogli się porozumieć. Beethoven był zbyt niezależny i gwałtowny, by zgodzić się z charakterem Goethego. Sam Beethoven, dumny republikanin, opowiadał, jaką lekcję godności dał weimarskiemu wielkoksiążęcemu radcy dworu, czego mu ten nigdy nie wybaczył. Pisał Beethoven do Bettiny von Arnim: „Królowie i książęta mogą sobie robić profesorów i tajnych radców, mogą ich obsypywać tytułami i odznaczeniami, ale nie mogą robić wielkich ludzi, duchów, które wznoszą się ponad marność tego świata. I kiedy dwóch ludzi takich jak ja i Goethe jest razem, ci panowie muszą czuć naszą wielkość. Wczoraj, wracając, spotkaliśmy na drodze całą rodzinę cesarską. Zobaczyliśmy ją z daleka. Goethe oderwał się od mego ramienia, by stanąć na skraju drogi. Ja wcisnąłem kapelusz na głowę, zapiąłem surdut i rzuciłem się z założonymi do tyłu rękoma w środek najgęstszych grup. Książęta i dworzanie zrobili mi szpaler. Książę Rudolf zdjął przede mną kapelusz. Cesarzowa ukłoniła mi się pierwsza. Możni znają mnie. Ku mojemu ubawieniu ujrzałem, jak procesja przechodzi przed Goethem. Stał na skraju drogi, głęboko pochylony, z kapeluszem w ręce.”
             „Ars longa, vita brevis” – „Sztuka jest długa, życie krótkie” – tę sentencję umieścił Beethoven w Zeszytach Konwersacyjnych, których, spośród 400-tu, zachowało się mniej, niż połowa. O tych Zeszytach pisze Zygmunt Mycielski w „Postludiach” wydanych przez Polskie Wydawnictwo Muzyczne w Krakowie w 1977 roku. Na stronie ostatniej tej książeczki, będącej zbiorem artykułów, felietonów i esejów muzycznych autora z lat 70-tych ubiegłego stulecia, Zygmunt Mycielski cytuje notatkę Beethovena z 1820 roku, napisany „wściekłym” pismem i gryzmołami: „Świat jest królem i chce, żeby mu schlebiać. Ma się okazać przychylny. Ale prawdziwa sztuka jest uparta, nie daje się wtłoczyć w przypochlebne formy. Mówią, że sztuka jest długa, życie krótkie. Długie jest tylko życie, sztuka jest krótka. Jeżeli jej tchnienie ma nas zbliżyć do Bogów, to jest ono łaską chwili.”
             Wielki, biedny Beethoven! „Całe jego życie podobne jest do burzliwego dnia” – pisze Romain Rolland. „Na początku młody, przejrzysty poranek. Zaledwie kilka tchnień tęsknoty. Ale już w nieruchomym powietrzu tajemna groźba, ciężkie przeczucie. Nagle wielkie cienie przebiegają, tragiczne grzmienia, chwile szemrzącej i strasznej ciszy, wściekłe porywy wichru w „Eroice” i Symfonii c-moll. Czystości dnia to jednak nie narusza jeszcze. Radość pozostaje radością. Ale po 1810 roku równowaga duszy załamuje się. Światło staje się dziwne. Widzimy, jak z najjaśniejszych myśli unoszą się jakby obłoki; rozpraszają się, skupiają od nowa, mroczą serce melancholijnym i kapryśnym niepokojem; często myśl muzyczna, wynurzywszy się dwa czy trzy razy z mgły, znika całkiem, zatopiona; wyłania się dopiero pod uderzeniem wichru, pod koniec utworu. Nawet wesołość nabiera szorstkiego i dzikiego charakteru. Gorączka, trucizna miesza się do wszystkich uczuć. I oto ciężkie chmury wzdęte błyskawicami, czarne od nocy, brzemienne nawałnicą, na początku IX Symfonii. Nagle, w szczytowej chwili orkanu, ciemności rozdzierają się, noc pierzcha przegnana z nieba, i pogoda dnia zostaje nam wrócona aktem woli. Jakiż podbój może sprostać temu podbojowi, jaka bitwa Bonapartego, jakie słońce Austerlitz sięga chwały tego nadludzkiego wysiłku, tego zwycięstwa, najświetniejszego, jakie kiedykolwiek odniósł Duch; nieszczęśliwy, biedny, chory, samotny, uczłowieczona boleść, człowiek, któremu świat odmawia radości, stwarza sam Radość, by dać ją światu! Wykuwa ją swoją niedolą, jak powiedział to w dumnych słowach w liście do hrabiny Marii Erdody z 19 października 1815 roku, w których streszcza się jego życie i które są hasłem każdej bohaterskiej duszy: „Radość przez cierpienie”.
             Kiedy 26 marca 1827 roku umiera Beethoven, burza i pioruny rozdzierają niebo. Tak odchodził w zaświaty ten, który ośmielił się stawić czoło ludzkiemu przeznaczeniu, dając nadzieję zwycięstwa nad przeciwnościami losu.

                                                                                                                                                                                                                                             Andrzej Szypuła

Muzyka klasyczna w Sanockim Domu Kultury

12 grudnia 2020r. godz. 18.00

Koncert internetowy !
dostępny będzie na naszej stronie internetowej za pośrednictwem YouTube.

              Koncert wypełnią dzieła klasyków wiedeńskich, które stały się przykładem muzycznego kanonu piękna. Jako pierwsza zabrzmi Symfonia koncertująca Es – dur KV 364 (1779) W.A. Mozarta (1756 – 1791), której blasku nadają dwa instrumenty solowe – skrzypce i altówka. Partię skrzypiec wykona Szymon Naściszewski – absolwent Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie i Hochschule für Musik, Tanz und Medien Hannover. Artysta koncertuje w kraju i zagranicą jako solista, kameralista i muzyk orkiestrowy. W roli altowiolisty usłyszeć będzie można Roberta Naściszewskiego, muzyka, który na co dzień zasiada za pulpitem skrzypka - koncertmistrza Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Podkarpackiej, ale znany jest szerokiej publiczności także jako kameralista.Przypomniana zostanie również Symfonia G – dur nr 94 (1791) należącą do mistrzowskich „symfonii londyńskich” J. Haydna (1732 – 1809). Niemiecki tytułu tego lekkiego, pełnego finezji dzieła brzmi - „Mit dem Paukenschlag” - „Z uderzeniem w kocioł”, a to dlatego, że w drugiej części utworu - Andante - pojawia się nagle nieoczekiwane uderzenie w kocioł, któremu Symfonia zawdzięcza także swój angielski tytuł „The Surprise” „Niespodzianka”. Orkiestrę Symfoniczną Filharmonii Podkarpackiej poprowadzi młody kapelmistrz Dawid Jarząb, absolwent dyrygentury symfonicznej Akademii Muzycznej we Wrocławiu.

              Szymon Naściszewski – urodzony w Rzeszowie skrzypek i dyrygent. Absolwent Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie w klasie skrzypiec dr. Jakuba Jakowicza oraz Hochschule für Musik, Tanz und Medien Hannover w klasie skrzypiec prof. Adama Kosteckiego. Najmłodszy laureat drugiej edycji programu stypendialnego „Młoda Polska” (2005), zdobywca drugiej nagrody na Ogólnopolskim Konkursie Solfeżowym w Bielsku-Białej (2008), finalista pierwszego Międzynarodowego Konkursu Skrzypcowego im. Grażyny Bacewicz w Łodzi (2015). Swoje umiejętności doskonalił pod okiem znakomitych instrumentalistów, m.in. Bartłomieja Nizioła, Xiaomin Wanga, Williama van der Oostena, Aleny Baevy. Występuje w kraju i za granicą jako solista, kameralista i muzyk orkiestrowy (orkiestra Filharmonii Kaliskiej – koncertmistrz, NFM Orkiestra Leopoldinum, Polska Filharmonia Kameralna Sopot, Sinfonia Varsovia). Brał udział w festiwalach Warszawska Jesień, Festiwal International de Piano w Aix en Provence, Festiwal Ensemble im. Księżnej Daisy na Zamku Książ, La Folle Journée (Polska, Francja, Japonia). Absolwent drugiej edycji programu Akademia Sinfonia Varsovia (2014), współpracował także z członkami orkiestry Berliner Philharmoniker (Sharoun Ensemble) podczas Letniej Akademii Muzyki w Lusławicach (2017). Obecnie związany z orkiestrą Filharmonii Krakowskiej. W 2018 roku rozpoczął studia dyrygenckie na Akademii Muzycznej w Krakowie w klasie prof. Pawła Przytockiego.

              Robert Naściszewski - naukę gry na skrzypcach rozpoczął w wieku 6 lat pod kierunkiem Mieczysława Sokołowskiego, którą kontynuował w Państwowym Liceum Muzycznym w Krakowie w klasie prof. Antoniego Cofalika. Studia wyższe ukończył w Akademii Muzycznej w Katowicach w 1991 r. również pod kierunkiem prof. A. Cofalika. Jest laureatem II nagrody na Ogólnopolskim Konkursie Młodych Skrzypków im. Stanisława Serwaczyńskiego w Lublinie, III nagrody na Ogólnopolskich Przesłuchaniach w Elblągu. Został też zakwalifikowany do polskiej ekipy na Międzynarodowy Konkurs Młodych Skrzypków w Lublinie. W 1991 r. podjął pracę w Polskiej Filharmonii Kameralnej pod dyr. Wojciecha Rajskiego, gdzie pełnił również funkcję koncertmistrza. Miał okazję wystąpić jako solista tej orkiestry w wielu miastach w Polsce, Niemczech i Francji, oraz jako członek kwartetu smyczkowego. Od 1994 r. jest koncertmistrzem Filharmonii Rzeszowskiej i pedagogiem w Zespole Szkół Muzycznych w Rzeszowie. Prowadzi działalność koncertową jako skrzypek, altowiolista oraz 1-szy skrzypek kwartetu smyczkowego. W 2004 podczas tournee Filharmonii Rzeszowskiej w USA zadebiutował jako dyrygent. Jest też szefem artystycznym Rzeszowskiej Orkiestry Kameralnej. Obecnie wraz z szefami grup smyczkowych Filharmonii Podkarpackiej koncertuje w ramach zespołu kameralnego „Arso Ensemble” jako pierwszy skrzypek.

              Dawid Jastrząb - absolwent dyrygentury symfonicznej w klasie prof. Marka Pijarowskiego oraz dyrygentury chóralnej w klasie prof. Alana Urbanka w Akademii Muzycznej we Wrocławiu. W 2013 został korepetytorem w Polskim Narodowych Chórze Młodzieżowym, a rok później pełnił tam funkcję dyrygenta-asystenta. Na profesjonalnej scenie zadebiutował w styczniu 2014 roku. W roku 2015 został Kierownikiem Chóru Teatru Wielkiego w Łodzi, którą to funkcję pełnił do 2017 roku. Występował z Chórem i Orkiestrą Teatru Wielkiego w Łodzi, Chórem Filharmonii Wrocławskiej (NFM), Wrocławską Orkiestrą Kameralną Leopoldinum, Orkiestrą Filharmonii Szczecińskiej, Orkiestrą Filharmonii Świętokrzyskiej, Orkiestrą Filharmonii Lubelskiej, a także Akademicką Orkiestrą Symfoniczną oraz Kameralną Akademii Muzycznej we Wrocławiu. Był asystentem Wojciecha Rodka w Teatrze Wielkim w Łodzi przy produkcji opery Eugeniusz Oniegin Czajkowskiego (2016) oraz baletu Spartacus Chaczaturiana (2017).
Bierze udział w inicjatywach edukacyjnych, pracując z młodzieżą i dziećmi. W latach 2016-2018 był dyrygentem podczas Międzynarodowych Kursów Muzycznych w Łańcucie oraz Międzynarodowych Kursów Muzycznych w Bachotku. Współpracował również przy realizacji projektów „Śpiewającej Polski”. Jest laureatem I nagrody na I Ogólnopolskim Konkursie Studentów Dyrygentury im. Adama Kopycińskiego we Wrocławiu (2013), a także III nagrody oraz Nagrody Specjalnej za najlepszą interpretację utworu Claudia Monteverdiego na VI Międzynarodowym Turnieju Dyrygentury Chóralnej W stronę Polifonii (2014). Jest również finalistą VI Ogólnopolskiego Konkursu Młodych Dyrygentów w Białymstoku (2016) oraz uczestnikiem I Konkursu Dyrygenckiego Muzyki Nowoczesnej w Brescii (2018). Od 2018 jest doktorantem w klasie dyrygentury symfoniczno- operowej Akademii Muzycznej im. K. Szymanowskiego w Katowicach.

Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Podkarpackiej im. Artura Malawskiego w Rzeszowie rozpoczęła działalność w 1955 roku, a obecnie jest to jeden z najlepszych zespołów symfonicznych w kraju. W latach 2009 – 2019 Orkiestra koncertowała m.in. w: Austrii, Belgii, Chinach, Czechach, Gruzji, Hiszpanii, na Litwie, w Niemczech, na Słowacji, Ukrainie, Węgrzech, w Watykanie i we Włoszech. Współpracuje z wybitnymi dyrygentami, solistami i zespołami z kraju i Zagranicy. Co roku bierze udział w organizowanym przez Filharmonię Podkarpacką Muzycznym Festiwalu w Łańcucie, towarzysząc wybitnym solistom, m.in. Jose Carrerasowi (2014r.), Aleksandrze Kurzak i Robertowi Alagni (2018r.). W dorobku Orkiestry znajduje się szereg nagrań fonograficznych, m.in. płyty CD z utworami: Józefa Wieniawskiego, Raula Koczalskiego, Jana Kantego Pawluśkiewicza, a także Missa Solemnis Ignazego Rittera von Seyfrieda – nagrodzona „Złotym Orfeuszem” (Paryż, 2016). Orkiestra ma również na swoim koncie wiele prawykonań w tym: utwory Joanny Bruzdowicz, „Rapsodia 1939-1945” Leo Spellmana, Kantata „Tajemnice Fatimskie” Henrique Silveiry „Symfonia Światła” Stanisława Fiałkowskiego. W latach 2013-2019 Orkiestra Filharmonii Podkarpackiej siedmiokrotnie wystąpiła w wiedeńskim Musikverein, pod batutą A. Barnasa, T. Wojciechowskiego, J. Petrdlika, M. Caldiego i M. Oty. Orkiestra prowadzi także regularną działalność koncertową na terenie województwa podkarpackiego w ramach projektu „Przestrzeń otwarta dla muzyki”, a kilka razy w roku uczestniczy w realizacji spektakli operowych organizowanych w ramach programu pod nazwą „BOOM” (BALET, OPERA, OPERETKA, MUSICAL W FILHARMONII!). Wykonuje również koncerty dedykowane dzieciom i młodzieży. Repertuar Orkiestry zawiera dzieła symfoniczne należące do światowej literatury muzycznej oraz liczne utwory polskich kompozytorów, w tym twórców współczesnych. Od 2008 roku dyrektorem Filharmonii Podkarpackiej im. Artura Malawskiego w Rzeszowie jest prof. Marta Wierzbieniec, a funkcję pierwszego dyrygenta - pełni obecnie Massimiliano Caldi. Od 2017r. Filharmonia Podkarpacka jest instytucją kultury, współprowadzoną przez MKiDN.

Paweł Kowalski: "Uważam, że wybór drogi życiowej był właściwy"

           Nasz gość Paweł Kowalski jest jednym z najbardziej wszechstronnych polskich muzyków, wykonującym ponad czterdzieści utworów na fortepian i orkiestrę od Mozarta i Chopina do Panufnika, Kilara i Góreckiego, recitale, muzykę kameralną, filmową oraz jazz. Pianista był pierwszym po Krystianie Zimermanie wykonawcą Koncertu fortepianowego Witolda Lutosławskiego, który zagrał w Warszawie pod dyrekcją kompozytora.
            Wybitni kompozytorzy tak pisali o bohaterze naszego spotkania:

„... w p. Kowalskim znalazłem świetnego wykonawcę mego koncertu. Jest on wybitnie utalentowanym pianistą i wysoce inteligentnym muzykiem..." Witold Lutosławski

Panu Pawłowi Kowalskiemu z wdzięcznością za piękne i tak bardzo „moje" wykonanie tego Koncertu..." Wojciech Kilar

Jestem pod silnym wrażeniem jego gry, która charakteryzuje się wielką muzykalnością, wrażliwością i doskonałością techniczną". Andrzej Panufnik

           Ogromnie się cieszę, że możemy się spotkać jeszcze w 2020 roku w Rzeszowie, gdzie tym razem utrwalicie z Orkiestrą Filharmonii Podkarpackiej pod batutą Jiři Petrdlika I Koncert fortepianowy Ludwiga van Beethovena, który jest chyba największym przegranym w roku swoich 250. urodzin, a wszystko z powodu pandemii.
            - To jest dobre podsumowanie. Mój osobista „znajomość” z COVIDEM rozpoczęła się 5 marca. Grałem Fantazję c-moll op. 80 na fortepian, orkiestrę i chór Beethovena w Filharmonii w Gorzowie. Cała Polska jest jeszcze otwarta i przybywa pierwszy chory, który wrócił z Westfalii, zamyka się całe województwo lubuskie i godzinę po próbie w czwartek dowiadujemy się, że koncert jest odwołany. To był pierwszy odwołany koncert w Polsce.
Teraz sporo moich koncertów również zostało odwołanych. Cieszę się na Koncert C-dur Beethovena, który grałem niedawno w Filharmonii w Łodzi. Jesteśmy po omówieniu partytury z dyrygentem i moim zdaniem mamy szansę na dobre nagranie.

            Koncert C-dur, czyli I Koncert fortepianowy C-dur op. 15 Ludwiga van Beethovena.
             - Tak samo, jak u Chopina – nie napisany jako pierwszy, ale pierwszy w numeracji opusowej Nagrałem go na CD wraz z IV Koncertem G-dur op.58.

             Ma Pan w repertuarze dużo utworów Beethovena.
             - Koncerty fortepianowe – I, III, IV, V, Koncert potrójny C-dur op. 56, który po raz pierwszy wykonywałem z Sinfonią Varsovią pod dyrekcją Yehudi Menuhina, wspomnianą już Fantazję c-moll op. 80 oraz kilka sonat fortepianowych.

             Bardzo długo się nie widzieliśmy, ale starałam się z daleka obserwować Pana działalność artystyczną, która cały czas była bardzo intensywna. Często występował Pan w Polsce, ale także dużo Pan koncertował za granicą.
             - Z Filharmonią Podkarpacką mam długą tradycję współpracy. To była jedna z pierwszych filharmonii w Polsce, która po moim debiucie z Witoldem Lutosławskim zaprosiła mnie do wspólnego wykonania jego wspaniałego Koncertu fortepianowego. Ostatnio grałem tu Koncert G-dur Ravela w 2014 roku oraz Koncert a moll Paderewskiego z okazji Święta Niepodległości rok później. Potem jakoś straciliśmy się z oczu dlatego cieszę się z naszych dwóch tegorocznych spotkań - w lipcu z Koncertem f-moll Chopina a teraz z C-dur Beethovena. Byłem także dwukrotnie gościem na Muzycznym Festiwalu w Łańcucie, który uważam za jeden z najbardziej niezwykłych w Polsce.
             Od 2015 roku wydarzyło się sporo rzeczy. Po tym jak komentowałem Konkurs Chopinowski w TVP Kultura zacząłem grać koncerty, zazwyczaj recitale, połączone z sensownym, mam nadzieję, opowiadaniem o wykonywanej muzyce (nie tylko Chopina). Czterokrotnie wykonałem „Prometeusza – Poemat ognia” op. 60 Aleksandra Skriabina oraz dwukrotnie Koncert fortepianowy fis-moll op. 20.
             Lutosławski słusznie mówił o Skriabinie, że to najbardziej niedoceniony kompozytor XX wieku. Tegoroczne wykonania „Prometeusza” oraz Koncertu zostały storpedowane przez COVID. Jestem pierwszym pianistą, który gra partię fortepianu w „Prometeuszu” na pamięć. To jest fascynujący utwór, który wykonuje się wraz z pokazem świateł. Chodzi o synestezję czyli przyporządkowanie poszczególnych tonacji muzycznych konkretnym kolorom.
             W ostatnich latach miałem szczęście występować ze znakomitymi dyrygentami m.in. Koncert Kilara z Jerzym Maksymiukiem i NOSPR, Koncert Ravela z Orquesta Sinfonica de Tenerife i Michałem Nesterowiczem, Koncert C-dur KV 467 z Reinhardem Goebelem, Koncert Paderewskiego z Gabrielem Chmurą i Orkiestrą Teatru Wielkiego w Poznaniu. Chmura był znakomitym muzykiem. Jego odejście jest wielką stratą. Grałem Koncert e-moll Chopina z Filharmonią Katarską w Dausze, f-moll z Narodową Orkiestrą Radiową w Bukareszcie, Symfonię „Koncertującą” Karola Szymanowskiego na koncercie finałowym Festiwalu Pianistyki Polskiej, koncerty Addinsella i Paderewskiego na inauguracje Gdańskiej Jesieni Pianistycznej, recitale w Abu Zabi, Limie, Bogocie, Buenos Aires, w Palau de la Música Catalana w Barcelonie, Valldemossie, w Filharmonii w Luksemburgu, w Ottawie, na Festiwalach w Izmirze i Ankarze, na festiwalach chopinowskich w Genewie, Paryżu, Dusznikach, Antoninie, na przepięknym Festiwalu im. Jerzego Waldorffa w Radziejowicach. Jestem dumny ze współpracy z Polską Orkiestrą Sinfonia Iuventus, z którą zagraliśmy w ciągu ostatnich dwóch sezonów koncerty fortepianowe Gershwina, Lutosławskiego i A-dur KV 488 Mozarta – wszystkie w Studio im. Witolda Lutosławskiego w Warszawie. Przed nami w 2021 m.in. Beethoven oraz Koncert d-moll KV 466 Mozarta z maestro Maksymiukiem.
             Są takie miejsca gdzie czuję się jak w domu: wspomniana właśnie Sinfonia Iuventus – uwielbiam ich za fantastyczną mieszankę młodości, entuzjazmu i profesjonalizmu, Filharmonia Łódzka, Filharmonia Zielonogórska z moim przyjacielem maestro Czesławem Grabowskim, orkiestra Warsaw Camerata z moim przyjacielem Pawłem Kos-Nowickim.. Takie bliskie relacje międzyludzkie są, szczególnie w obecnej sytuacji, bezcenne!

             Podziwiam Pana zapał do grania i entuzjazm do poszerzania repertuaru o pozycje bardzo trudne, po które większość pianistów nie sięga.
              - Po zagraniu Koncertu fortepianowego Lutosławskiego filharmonie zadawały mi pytanie: co Pan jeszcze umie grać? Na stronie internetowej umieściłem długą listę utworów. Kiedy ktoś zainteresowany pytał mnie, czy gram konkretny utwór, zawsze odpowiadałem twierdząco. Niektórych utworów musiałem się uczyć dosłownie w ciągu kilku dni, ale radość z ich wykonywania zawsze rekompensowała zainwestowany czas i wykonaną pracę. Gram ok. 40 utworów na fortepian i orkiestrę.
              Z uczeniem się u mnie jest podobnie jak z komponowaniem o którym opowiadał mi mistrz Lutosławski. Zawsze najbardziej ciekawił go ostatni skomponowany przez siebie utwór. U mnie to jest również (duży) utwór, nad którym ostatnio pracowałem - Koncert fortepianowy fis-moll op. 20 Skriabina. Wykonałem go po raz pierwszy w listopadzie i grudniu 2019. Moja praca nad nim, grając oczywiście inne utwory w międzyczasie, trwała pół roku. Radość z jego wykonania trudno mi wyrazić słowami.

              Moim marzeniem jest, aby jak najszybciej zacząć chodzić na koncerty. Trudno narzekać na brak propozycji, bo w sieci znaleźć można naprawdę bardzo dużo znakomitej muzyki, ale nic mi nie zastąpi koncertu, podczas którego jestem na widowni.
              - Miałem szczęście, że od czerwca do października zagrałem sporo koncertów z udziałem publiczności. Nie sprawia mi różnicy, czy gram dla 50 czy dla 1000 osób, dlatego, że sposób przygotowania się do koncertu jest u mnie identyczny. Czy jest to koncert na pianinie, na dachu Promu Kultury Saska Kępa (to jest Centrum Kultury w jednej z najbardziej klimatycznych dzielnic Warszawy), gdzie czuję się jak kot domowy  czy w Sali NOSPR-u, czy z Qatar Philharmonic... odczuwam tę samą odpowiedzialność i radość jednocześnie. Teraz, kiedy gramy bez publiczności, przed nagraniem mówię do orkiestry – Państwo jesteście moją publicznością i vice versa. Dzięki takiemu podejściu nie gramy do pustej sali.

              Myślę, że większość muzyków przyzwyczaiła się już do mikrofonów i kamer podczas koncertów.
              - Zwyczaj nagrywania koncertów i ich prezentacji w multimediach prawdopodobnie pozostanie. Prezentacje online rozumiem dziś jako promocję. Jednocześnie mobilizuje mnie to do dążenia aby efekt był jak najlepszy. Mówiąc o takich dokumentach jestem dumny z nagrania Koncertu A-dur KV 488 z Sinfonią Iuventus pod dyrekcją Marka Wroniszewskiego. Nagraliśmy ten koncert na początku września w Studio Lutosławskiego i jest on dostępny na YouTube, Facebooku oraz na stronie Sinfonii Iuventus .

              Dodatkowa wartością jest, że te nagrania zostają na płytach czy w archiwach i po latach można po nie sięgnąć.
              - Kiedyś orkiestry nagrywały koncerty do archiwów ale nie odnosiłem wrażenia, że w muzykach wyzwalało to mobilizację. natomiast teraz to odczuwam. Powiem pani, dlaczego. Muzycy siedzą na estradzie dosyć daleko od siebie. W kwintecie smyczkowym każdy muzyk siedzi przy osobnym pulpicie (dawniej po dwie osoby). Ilość osób na estradzie nie może przekroczyć 40. Odpowiedzialność spadająca na poszczególnych muzyków jest o wiele większa, a za tym idzie odpowiedzialność za indywidualne przygotowanie się do koncertu.
              Na świecie powstają rewelacyjne nagrania koncertowe. Na przykład oglądałem Orkiestrę Concertgebouw w Amsterdamie w rewelacyjnym wykonaniu VII Symfonii Beethovena właśnie w takim ustawieniu o jakim wspominałem. Poza tym sale takie jak Concertgebouw czy u nas Studio Koncertowe im. Lutosławskiego mają znakomitą akustykę. Ona bez publiczności jest zazwyczaj jeszcze lepsza!
              Być może po epidemii dyrygenci zastanowią się na innym ustawieniem orkiestr na estradzie co może stworzyć szansę na nowe, bardzo ciekawe brzmienie tworzone przez mniejszą ilość muzyków. Myślę, że koronawirus może zmienić właśnie takie rzeczy, co do których wydawało się nam, że już nic nowego nie jesteśmy w stanie wymyśleć.
               Wracając do nas: kiedy byłem w październiku w Filharmonii Łódzkiej orkiestra została podzielona na dwa mniejsze składy, które wykonały dwa różne koncerty – jeden w piątek i drugi w sobotę. Na jednym i na drugim mimo ograniczeń było dużo publiczności.

               Pensje muzyków pracujących w orkiestrach czy chórach są niewielkie. Jeśli będą poświęcać cały swój czas na przygotowanie się do koncertu, powinni otrzymywać większe wynagrodzenie, bo będą musieli zrezygnować z dodatkowych zajęć w szkołach muzycznych i różnych zespołach.
               - Trudno się z tym nie zgodzić. Porównajmy to np. do medycyny. W Polsce lekarz zarabia być może niezłe pieniądze. Ale żeby tak było musi pracować w szpitalu, a przez wszystkie popołudnia w prywatnych przychodniach etc. W Niemczech lekarz pracuje w szpitalu i być może w jednej przychodni i to wystarcza, żeby miał poczucie, że jego dochody są dobre, a co z tego wynika prestiż zawodu, który wykonuje z punktu widzenia państwa, społeczeństwa, jest wysoki. Człowiek musi przyzwoicie zarabiać i mieć jednocześnie czas na odpoczynek oraz siły na pracę indywidualną i rozwój. Nie chciałaby Pani trafić do lekarza wykończonego pracą lub lekarza - chałturnika (tacy też są), który zasypia podczas Pani wizyty. Te porównania odnoszą się moim zdaniem również do wykonywania zawodu muzyka.

               Teraz muzykom także udziela się to, co się dzieje wokół.
               - Najważniejszym zadaniem jest utrzymanie motywacji do działania. Ja np. postanowiłem zrobić „przegląd” koncertów fortepianowych, które gram. Biorę nuty i sprawdzam w jakim stanie jest utwór, którego nie grałem od dłuższego czasu. W tej chwili np. mam na pulpicie cztery różne koncerty fortepianowe Mozarta. Od Bacha i Mozarta zaczyna się dla mnie współczesna technika pianistyczna. U Mozarta jest ona niezwykle przejrzysta i obnaża wszystkie potencjalne deficyty pianisty. Jeżeli człowiek radzi sobie z Mozartem to jest szansa, że poradzi sobie technicznie i muzycznie z utworami z kolejnych epok muzycznych.
               Z drugiej strony to jest czas żeby zastanowić się nad innymi sprawami. Postawiłem sobie cel główny – utrzymanie przy życiu moich rodziców, którzy są po osiemdziesiątce. Obiecałem im, że dotrwamy do końca pandemii. Zorganizowałem logistykę, dostawy zakupów, wszystko, co konieczne, aby nie narażać ich na niebezpieczeństwo. Jutro gram Beethovena a w poniedziałek jechałem rowerem po warzywa i owoce na stragan na Tamce (ulica na Powiślu w Warszawie). Sytuacja wymaga dyscypliny i wyrzeczenia się nie wiadomo na jak długo, wielu rzeczy oraz zmiany w zachowaniach, które uważaliśmy za normalne i dane raz na zawsze, do których byliśmy przyzwyczajeni i które dawały nam zadowolenie i sprawiały radość bo chodzenie na koncerty, do teatru, filharmonii, kina, spotykanie przyjaciół i interakcja z bliskimi ludźmi uskrzydla nas i sprawia, że życie jest coś warte.
               Drugą rzeczą jest „gotowość zawodowa”. Może się zdarzyć tak, że odwołają mi pięć koncertów w jednym miesiącu i nie mogę z tego powodu popaść w depresję, tylko być gotowym na propozycje zagrania kolejnego. Propozycje pojawiają się czasami na kilka dni przed realizacją nagrania i wtedy jak powiedział kiedyś prof. Tadeusz Żmudziński „albo pan próbujesz, albo pan grasz!”. Te słowa zapamiętałem na zawsze i są moim mottem zawodowym. Propozycje last minute zdarzały się zawsze i należą do profesji. Ale ten rok jest inny ponieważ większość zaplanowanych koncertów została odwołana, a większość tych, które zagrałem, na początku roku nie miałem w planach.

               Czy od początku działalności artystycznej był Pan wyłącznie pianistą koncertującym?
               - Tak, po 30 latach zawodowego grania jako freelancer, czyli człowiek, który nigdy nie miał etatu, uważam, że wybór drogi życiowej był właściwy. Być może byłbym dobrym pedagogiem, ale nie interesowało to wyższych uczelni. Z jednej strony szkoda – z drugiej zyskałem czas. Nie wiem, czy miałbym energię do nauczenia się „Prometeusza” czy Koncertu fis-moll Skriabina oraz wielu innych utworów na fortepian i orkiestrę, kameralnych i solowych będąc jednocześnie full time pedagogiem. Uczenie jest zadaniem ciekawym a jednocześnie bardzo trudnym, wymagającym zainwestowania ogromnej energii. Wiem to, ponieważ prowadziłem i prowadzę kursy. W tamtym roku np. w Konserwatorium w Palma de Mallorca, a w 2020 w Pałacu w Radziejowicach, czyli w tym samym miejscu o którym mówiłem a propos Festiwalu im. Jerzego Waldorffa. Liczę na to, że w przyszłym roku latem będę tam ponownie i wtedy zapraszam wszystkich zainteresowanych studentów, uczniów, którzy chcieliby ze mną pograć, porozmawiać o interpretacjach muzycznych, o technice, ćwiczeniu i wymienić poglądy.

Paweł Kowalski fot.Bartosz Szustakowski

Paweł Kowalski w Pałacu w Radziejowicach. fot. Bartosz Szustakowski

               Jak Pan sądzi, czy pandemia zmieni nasze zwyczaje i sposób myślenia?
               - Z pewnością możemy się zastanowić, czy musimy każdego człowieka ucałować na powitanie w policzek (to piękny zwyczaj, którego nauczyłem się w mojej ukochanej Argentynie). Możemy się zastanowić nad organizowaniem swojego czasu.
Mój przyjaciel jest szefem światowego koncernu i spędził ostatnie lata w ten sposób, że w poniedziałek był w Istambule, we wtorek w Singapurze, a w piątek w Los Angeles. Moim zdaniem nie będzie powrotu do takiego życia. Całe marnotrawstwo dotyczące środowiska, latanie biznesowe samolotami po całym świecie, tracenie energii i środków na rzeczy zbędne – nad tym wszystkim możemy się zastanowić i wyciągnąć wnioski.
               Wnioski dla naszej dziedziny powinny być takie, że musi ona podlegać ochronie, ponieważ nie ma cywilizowanego państwa bez kultury. Podpisywanie umów powinno następować z wyprzedzeniem, a nie „na miejscu”. Umowa w razie odwołania koncertu nie może być dla muzyka bezużytecznym świstkiem.
Model europejski (poza Wielką Brytanią) jest taki, że to państwo, a nie jakaś grupa mecenasów, dba o to, aby kultura była na możliwie wysokim albo bardzo wysokim poziomie, ponieważ ona tworzy zaplecze do dwóch dziedzin: przede wszystkim promocji kraju i turystyki oraz zapewnia nam coś, co możemy określić ogólnie jako bezpieczeństwo publiczne. Im większy dostęp do edukacji i kultury wysokiej nie tylko w dużych miastach, ale także w średnich i małych miejscowościach, tym mniejsze ryzyko polaryzacji społecznej czyli m.in. wzrostu przestępczości.

                Powiedział Pan przed chwilą, że branża artystyczna powinna być objęta szczególną ochroną państwa. Zastanawiam się tylko, czy ona przetrwa, zanim się to stanie.
                - Pyta Pani freelancera. Natomiast muzycy w filharmoniach czy w szkołach są chronieni etatami. Nie słyszałem o planach likwidacji filharmonii, orkiestr etc. Myślę instynktownie, że wiosną wrócimy do jakiejś formy normalności. Być może nie będzie identycznie jak przed pandemią ale jednak zaczniemy wracać do życia również w naszej dziedzinie.

                Jutro czeka Pana nagranie z towarzyszeniem naszej Orkiestry i mam nadzieję, że niedługo będziemy mogli zaprosić melomanów na koncert online.
                - Postaramy się zagrać jak najlepiej i liczę na to, że melomani zechcą obejrzeć i posłuchać efektów naszej pracy. Tym bardziej, że nie będzie to jednorazowa emisja, ponieważ nagranie zostanie w sieci. Ja staram się oglądać koncerty na dużym ekranie telewizyjnym połączonym ze wzmacniaczem, dobrymi kolumnami i wtedy czuję jak bym tam był. W marcu i kwietniu dostęp do koncertów z Filharmonii Berlinskiej, oglądanie mojej ulubionej Boston Symphony czy Concertgebouw bardzo mi pomogło uporać się psychicznie z nową sytuacją. Oglądanie polskich orkiestr sprawia mi radość również dlatego, że są to miejsca, które doskonale znam oraz koledzy wśród których mam dobrych znajomych i przyjaciół. Rejestracje koncertów są na coraz wyższym poziomie technicznym. Jeżeli mamy ludzi, którzy potrafią połączyć dobry dźwięk z dobrym obrazem i dobrą reżyserią to powstają bardzo wartościowe dokumenty. Dla instytucji, która zamawia takie produkcje, mogą być one świetną reklamą.

                Większość kanałów, emitujących również koncerty, jest dostępnych na całym świecie.
                - Tak, wybór jest ogromny a dostęp w większości przypadków darmowy. Instytucje i orkiestry mają własne kanały w mediach społecznościowych, a w polskiej przestrzeni telewizyjnej poza płatnym Mezzo są dostępne darmowe programy na satelitach z dużą ilością muzyki np. Arte. Niedawno, w pustej Filharmonii Berlińskiej, odbył się fantastyczny koncert Deutsches Symphonie-Orchester Berlin, którym dyrygował Robin Ticciati oraz gościnnie Sir Simon Rattle. Dla zachowania związanych z pandemią rygorów część muzyków była usytuowana na miejscach dla publiczności. Koncert był wstrząsający. Ogromne wrażenie zrobił na mnie Marsz żałobny Henry’ego Purcella, którego rytm wybijany był przez przybywających z za kulis sześciu doboszy. Dwóch z nich to byli Robin Ticciati, stały dyrygent orkiestry, oraz Sir Simon Rattle. Obejrzałem ten koncert najpierw na kanale orkiestry na facebooku  , a kilka dni później retransmisję w telewizji RBB. Od marca pokazywała ona regularnie zarówno koncerty Berliner Philharmoniker jak również wydarzenie z berlińskiego Konzerthausu.

                Polscy muzycy bardzo często reprezentują nasz kraj w różnych zakątkach świata.
                - To prawda. Moja mama była kiedyś wicedyrektorem Instytutu Polskiego w Wiedniu i często współorganizowała różne imprezy kulturalne. Jeżeli zapraszany był polski pisarz czy poeta, który nie mówił biegle po niemiecku lub nie miał wydawcy w Austrii, to na taki wieczór przychodziło kilka, góra kilkanaście osób.
                Dziś na koncert Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Podkarpackiej w wiedeńskim Musikverein jest pełna sala, ponieważ ludzie kochają muzykę, a ponadto zawsze wielu turystów chce być na koncercie w słynnej Złotej Sali. Muzyka jest jedną z najlepszych form promocji kultury.
Poziom orkiestr w Polsce moim zdaniem stale się poprawia. Zbudowano dziesiątki nowych sal koncertowych - niektóre z nich na światowym poziomie, nie tylko sale we Wrocławiu i Katowicach, ale np. w Kielcach i Gorzowie Wielkopolskim.

                Miejmy nadzieję, że sale koncertowe wypełnią się publicznością już w przyszłym roku, a na razie kameralnie spędzimy w domach Boże Narodzenie, wieczór sylwestrowy i Nowy Rok.
                - Zawsze spędzam święta kameralne, z moimi rodzicami.
Dziękuję Pani i pozdrawiam wszystkich, którzy zechcieli przeczytać naszą rozmowę.

Z wybitnym polskim pianistą Pawłem Kowalskim rozmawiała Zofia Stopińska 26 listopada 2020 roku.

Subskrybuj to źródło RSS