Wyświetlenie artykułów z etykietą: wywiady

Z Bartoszem Głowackim przed premierą płyty "Genesis"

           Już wkrótce, bo 22 listopada tego roku, ukaże się pierwsza solowa płyta Bartosza Głowackiego, znakomitego akordeonisty, który urodził się i rozpoczął swoją muzyczną drogę na Podkarpaciu. W ostatnich latach Bartosz Głowacki z sukcesami występuje w różnych ośrodkach muzycznych na świecie, ale w Polsce bywa rzadko. Płyta, która niedługo ukaże się nakładem wytwórni DUX, jest okazją do przedstawienia Artysty, który opowie o swojej działalności, sukcesach, planach i oczywiście zachęcimy Państwa do sięgnięcia po tę wyjątkową płytę.

          Zawsze podkreśla Pan, że pochodzi Pan z Zagórza, niewielkiego miasta malowniczo położonego w pobliżu ujścia Osławy do Sanu, nieopodal Sanoka. Co wpłynęło na Pana zainteresowania muzyczne w dzieciństwie – tradycje rodzinne, krajobraz i historyczne budowle, które zachowały się w Zagórzu?
           - Zagórz to piękna miejscowość, często nazywana bramą Bieszczad, obfita w niezwykłe krajobrazy. Jest bogata historycznie oraz posiada ruiny Klasztoru Karmelitów Bosych, które z roku na rok stają się coraz lepiej zagospodarowaną atrakcją turystyczną. Z ogromnym zainteresowaniem śledzę plany budowy Centrum Kultury przy tym obiekcie i mam nadzieję, że Zagórz doczeka się sali koncertowej i miejsca spotkań artystów, których jest w Zagórzu sporo. Na moje zainteresowania wpłynęła moja rodzina, która zapoczątkowała moją edukację muzyczną oraz fakt, że Państwowa Szkoła Muzyczna w Sanoku jest tak doskonałą instytucją muzyczną i jedną z najlepszych w całym regionie.

           Kto i kiedy stwierdził, że jest Pan muzycznie utalentowany i powinien się Pan kształcić?
           - Mój tato. Kiedyś miał krótką przygodę z akordeonem i, co ciekawe, uczył go prof. Andrzej Smolik, lecz akordeon nie był instrumentem, na którym grałem od początku. Aby mnie czymś zająć, kupił mi pianino elektryczne (popularny w tamtych czasach keyboard) i tak rozpocząłem przygodę z ogniskiem muzycznym w Zagórzu. Moim pierwszym nauczycielem był Pan Grzegorz Bednarczyk, który przekonał mnie do egzaminów wstępnych do klasy akordeonu.

           Kiedy Pan trafił do Państwowej Szkoły Muzycznej I i II stopnia w Sanoku, gdzie najpierw uczył się Pan u pana Grzegorza Bednarczyka, a później u prof. Andrzeja Smolika?
           - W 2000 roku rozpocząłem naukę na akordeonie w PSM w Sanoku u Pana Grzegorza Bednarczyka. Naszą współpracę wspominam świetnie, jest to pedagog z zamiłowaniem do muzyki, który potrafi inspirować młodego muzyka. W 2006 roku rozpocząłem II stopień Szkoły Muzycznej, zmianę akordeonu klawiszowego na ten z klawiaturą izomorficzną (akordeon guzikowy) oraz naukę u prof. Andrzeja Smolika, który jest ikoną sanockiego środowiska muzycznego i akordeonistyki. Świetny czas, który bardzo dobrze wspominam.

            Pogodzenie nauki w szkołach ogólnokształcących i w Szkole Muzycznej I i II stopnia z pewnością nie było łatwe – jak Pan godził wszystkie obowiązki związane z nauką oraz z udziałem w licznych konkursach akordeonowych?
           - Miałem dużo szczęścia, że zawsze trafiałem do szkół i pedagogów bardzo wyrozumiałych. Bardzo wcześnie wiedziałem, że chciałbym związać swoją karierę z muzyką i starałem się tak prowadzić swoją edukację, aby muzyka była na pierwszym miejscu. Najtrudniejszy okres był w liceum, gdzie materiał był już bardziej wymagający, a moje ciągłe wyjazdy na konkursy i koncerty nie pomagały. Na szczęście I Liceum Ogólnokształcące w Sanoku było pełne wyrozumiałych pedagogów, którzy dopilnowali, żebym zdał maturę, a zarazem poświęcał się muzyce.

            Jest Pan laureatem ponad 40 konkursów i festiwali w Polsce i wielu innych krajach. Słyszałam kiedyś stwierdzenie, że nie ma lepszej szkoły jak udział w konkursie – czy Pan się z nim zgadza?
            - I tak, i nie... Uważam, że najważniejsze jest odpowiednie podejście do konkursów zarówno ucznia, jak i osób w najbliższym otoczeniu, bez zbędnie wygórowanych oczekiwań. Ważne, aby podejść do konkursu ambitnie i jak najlepiej się do niego przygotować, ale również aby ewentualny zły występ nie był demonizowany, lecz traktowany jako lekcja na przyszłość. Rozumiem osoby negujące udziały w konkursach, argumentując opinie tym, że muzyka to nie sport. Zgadzam się z tym w 100 procentach, natomiast zdrowe podejście i świadomość własnej wartości pozwalają wyciągnąć jak najwięcej pozytywnego wpływu w karierze młodego muzyka.

            Które konkursy okazały się ważne w Pana Karierze artystycznej?
            - W mojej karierze najważniejsze były konkursy multi-instrumentalne, gdzie akordeon jest mniejszością i jury konkursu ocenia walory czysto muzyczne i brzmieniowe. Najważniejszymi takimi konkursami w mojej karierze były konkursy Młodego Muzyka Roku, Eurowizji Dla Młodych Muzyków, Bromsgroove Interational Music Competition oraz Royal Academy of Music Patrons Award w Wigmore Hall w Londynie.

           Pamiętam, jak cieszyliśmy się, kiedy Pan zdobył tytuł Młodego Muzyka Roku 2009 oraz jak kibicowaliśmy Panu podczas konkursu Eurowizja dla Młodych Muzyków w Wiedniu, gdzie reprezentował Pan Polskę. Czy z perspektywy czasu ocenia Pan, że były to ważne wydarzenia?
           - Były to jedne z najważniejszych wydarzeń w mojej wczesnej karierze. Do dziś pamiętam moją rozmowę z Panem Robertem Kamykiem, dyrektorem konkursu Młody Muzyk Roku, podczas naszej podróży powrotnej z Wiednia. Zasugerował rozważenie studiów za granicą i, jak widać, posłuchałem.
Samo doświadczenie podczas konkursów było niezwykle ważne. Możliwość wykonania świetnej kompozycji z orkiestrą przed tak dużą publicznością daje o wiele więcej w rozwoju niż godziny ćwiczeń.

           Po ukończeniu nauki w Sanoku, wyjechał Pan do Londynu na studia w Royal Academy of Music, które ukończył Pan w 2016 roku z wyróżnieniem w klasie Owena Murraya. To był chyba bardzo pracowity i niełatwy okres w Pana życiu – nowe miejsce, potrzebne były odpowiednie środki finansowe, ale znalazł Pan w Londynie przyjaciół, z którymi do dzisiaj Pan współpracuje.
           - Rozpoczęcie studiów w Royal Academy of Music w Londynie było niezwykle trudnym okresem. To dziwne, co powiem, ale w wieku 19 lat nie miałem żadnych obaw i nie zdawałem sobie sprawy z trudów, jakie mnie czekają. Nowe miejsce, inna kultura, język oraz uczelnia tak znana i wymagająca były wielkim wyzwaniem. Do tego dochodził najważniejszy czynnik, jakim są finanse. Koszty studiów w Londynie są ogromne i moje studia oraz pozyskanie środków były możliwe dzięki pomocy wielu osób i instytucji, tj. Joanna i Jakub Górski, MKiDN „Młoda Polska”, Camilla Jessel Panufnik, Fundacja Zygmunta Zaleskiego. Od 2015 roku jestem jednym z artystów w City Music Foundation, która wspiera muzyków w warsztatach z prawa, podatków, marketingu, promocji. Jest to również wsparcie, które jest bardzo ważne, a niestety bardzo często pominięte w edukacji muzycznej.

           Kiedy rozpoczął Pan działalność artystyczną w Londynie i jak ona się toczy?
           - W 2011 roku, gdy rozpocząłem studia, zacząłem powoli wdrażać się w londyńskim rynku muzycznym. Już w drugim miesiącu studiów miałem okazję zagrać z Philharmonia Orchestra podczas brytyjskich premier utworów współczesnych. Akordeon jest tu dużo mniej popularnym instrumentem niż w Polsce, więc nie jest to łatwy rynek i trudniej jest przekonać do siebie konserwatywnych promotorów. W ciągu tych 8 lat zagrałem w wielu ciekawych miejscach, współpracując ze świetnymi muzykami, więc uważam, że ciągle się rozwijam.

           Ważne miejsce w Pana działalności artystycznej zajmuje muzyka kameralna. Z kim Pan współpracuje? Czy gra Pan z polskimi muzykami i koncertuje Pan czasami w Polsce?
          - Akordeon z natury jest instrumentem bardzo dobrze odnajdującym się w muzyce kameralnej, często wykorzystywanym przez kompozytorów w muzyce współczesnej. Bardzo dobrze odnajduję się we współpracy z innymi muzykami i mam duże szczęście, że są to współprace w różnych stylach muzycznych. Tango, brazylijskie Choro, free jazz, muzyka baroku, współczesne opery. Od 2013 roku mam swój zespół Deco Ensemble. Poza tym współpracowałem z Nigelem Kennedy podczas nagrań jego płyty z autorskimi kompozycjami, brytyjską mezzosopranistką Lore Lixenberg, z którą tworzymy projekt łączący utwory Bacha, Purcella z muzyką współczesną Johnego Cage i Frédérica Acquaviva.
            Kolejne współprace to trasy koncertowe i materiały płytowe z wokalistką muzyki pop Tanitą Tikaram, koncerty z gitarzystą jazzowym Robertem Luftem oraz grupą Apartment House podczas wystawienia opery Henninga Christiansena w Nowym Jorku. W Polsce jestem dość rzadko, natomiast gdy wracam na Sanockie Spotkania Akordeonowe, często współpracuję z dr Elżbietą Przystasz, która niezwykle aktywnie działa w regionie. Zawsze jest to świetnie spędzony czas!

            Jakie plany artystyczne ma Pan na najbliższe kilka miesięcy?
            - Do końca roku kalendarz mam wypełniony koncertami jako członek orkiestry oraz produkcją opery. Natomiast na początku nowego roku skupię się na dość świeżym dla mnie jeszcze instrumencie, jakim jest bandoneon. Od 2016 roku jestem członkiem The London Tango Orchestra i właśnie kończymy nagrywanie drugiej płyty. Poza tym jadę do Paryża na warsztaty bandoneonu, przygotowując ciekawy projekt, który chcę nagrać na kolejnej płycie. Na razie nie chcę zdradzać szczegółów, gdyż nie mam jeszcze środków finansowych na ten projekt i nie chcę zapeszać.

           Czy mieszkanie w Londynie jest już miejscem, do którego wracając z koncertów myśli Pan – wracam do domu?
           - Nazywam go domem, gdyż mam do kogo wracać. Mieszkam z narzeczoną i dlatego zawsze w takich kategoriach myślę, ale nie jestem przywiązany na stałe do tego miasta. Londyn jest świetnym miejscem umożliwiającym stały rozwój i coraz to nowe doświadczenia. Jest to również miasto niezwykle uciążliwe i wymagające – mentalnie i finansowo. Rodziny dom w Zagórzu zawsze będę traktować jako dom przez duże „D”. Często myślę o Polsce i jak fascynującą mamy muzykę i kulturę. Coraz częściej myślimy nad przyszłością i ciągle nie jesteśmy jeszcze zdecydowani, gdzie zamieszkamy na stałe.

             W połowie ubiegłego roku nagrał Pan utwory na pierwszą solową płytę, która ukaże się nakładem wytwórni DUX 22-ego listopada tego roku. Gdzie i jak powstawały nagrania zamieszczone na krążku?
            - Nagrania powstały w pięknej kaplicy szpitala St Bartholomew's Hospital w Londynie w ciagu trzech dni. Wcześniej zagrałem tam kilka solowych koncertów i akustyka tego miejsca bardzo mi odpowiadała. Producentem i realizatorem nagrania jest Matthew Bennett, w duecie z reżyserem dźwięku Oscarem Torresem. Współpraca z nimi to istna przyjemność, w pełni rozumieliśmy się podczas nagrań.

            Jaki jest udział Fundacji im. Zygmunta Zaleskiego w wydaniu płyty?
            - Fundacja im. Zygmunta Zaleskiego jest sponsorem płyty. Jest to niezwykła instytucja z fascynującą historią, która wspiera wielu artystów oraz wiele instytucji na całym świecie, tj. Uniwersytet Warszawski czy Bibliotekę Polską w Paryżu. Polecam film o Zygmuncie Lubicz-Zaleskim „Z dala od orkiestry” w reżyserii Rafaela Lewandowskiego, opisujący Jego życie i twórczość.

             Płyta zatytułowana jest „Genesis” – słowo to można różnie przetłumaczyć. Dlaczego tak Pan zatytułował swoją debiutancką płytę?
             - Tytuł płyty „Genesis” w tym wypadku nie ma charakteru religijnego, raczej jest początkiem mojej dyskografii solowej, natomiast utwory zawarte na tej płycie obrazują kształtowanie się mojej osobowości w muzyce. Niektóre z tych utworów (De profundis Soffi Gubaiduliny czy Archipelago Gulag Victora Vlasova) towarzyszą mi od początku mojej kariery lub pracy z prof. Owenem Murrayem podczas studiów i zawsze chciałem je nagrać. Chciałem, aby ta płyta była spójna brzmieniowo, a zarazem zróżnicowana w stylach, od baroku i oryginalnej literatury akordeonowej po muzykę Astora Piazzolli.

           Uważam, że wybór utworów jest bardzo przemyślany: cudowne brzmienia w transkrypcjach utworów Scarlattiego i Rameau, przejmujące interpretacje utworów V. Trojana, S. Gubaiduliny, A. Pärta i V. Vlasova, i na zakończenia A. Piazzolla w duecie z przyjacielem R. Luft’em i orkiestrą kameralną pod dyrekcją E. P. Browna. Czuję, że to są utwory ważne dla Pana.
           - Bardzo dziękuje za miłe słowa! Ma Pani rację, album tworzą utwory, które są dla mnie ważne, a zarazem, pomimo różnorodności epok oraz kompozytorów, chciałem, aby tworzył on brzmieniową spójność. Starałem się w każdym z tych utworów wprowadzić moją osobistą interpretację i dźwięk. Utwory na tej płycie są dla mnie ważne, jak wspominałem, z racji tego, że często wykonywałem je na różnych estradach, ale decydując się na nagranie ich miałem przeczucie, że coś nowego i osobistego mogę w nich zawrzeć.
           W transkrypcjach barokowych brzmienie i charakter akordeonu dodają czegoś nowego. Tryle w L’egyptienne Rameau na akordeonie dodają pewnej świeżości, odmiennej do oryginalnej wersji w wykonaniu klawesynu. Pari Intervallo to kolejna transkrypcja grana na akordeonie, która po raz pierwszy będzie wydana na płycie. Estoński kompozytor Arvo Part jest niezwykłą postacią i jego muzyka mnie osobiście bardzo uspokaja. De Profundis towarzyszy mi od pierwszego roku studiów i jest to utwór, do którego uwielbiam wracać, gdyż za każdym razem w twórczości Sofii Gubaiduliny możemy doszukać się nowych interpretacji i cieszę się, że mogę dodać swoją do kanonu innych nagrań tego utworu. Archipelago Gulag jest utworem z bardzo trudnym przesłaniem emocjonalnym. Kompozytor maluje dźwiękiem historię sowieckich Łagrów. Do tego utworu zamówiłem animację, będzie ona dostępna na mojej stronie internetowej, wykonaną przez Panią Magdalene Suszek-Bąk, która pomoże publiczności w zobrazowaniu owych muzycznych obrazów. Album zamyka Koncert Podwójny Astora Piazzolli w wykonaniu świetnego gitarzysty, Roberta Lufta. Uważam, że gitara elektryczna, w odróżnieniu do gitary klasycznej, dodaje bardziej charakterystyczne dla muzyki tanga połączenie brzmień.

          Pierwsza solowa płyta Bartosza Głowackiego zatytułowana „Genesis” już wkrótce będzie dostępna w dobrych sklepach z płytami. Miałam szczęście wysłuchać wszystkich utworów, które znajdą się na tym krążku i z wielką niecierpliwością czekam na płytę. Nie mogę się doczekać momentu, kiedy zdejmę z płyty szeleszczącą folię, krążek włożę do odtwarzacza i z okładką w ręku skupię się wyłącznie na słuchaniu cudownej muzyki. Zachęcam, aby Państwo zrobili tak samo i zaręczam, że nikt nie pożałuje.

Z Bartoszem Głowackim, wybitnym polskim akordeonistą, rozmawiała Zofia Stopińska 12 listopada 2019 roku.

Z Łańcutem jestem związany emocjonalnie - mówi prof. Tomasz Strahl

          4 listopada 2019 roku w sali balowej łańcuckiego Zamku odbyła się uroczysta inauguracja obchodów 75 rocznicy powołania Muzeum-Zamku w Łańcucie. Po części oficjalnej odbył się krótki koncert, którego wykonawcami byli: Roman Lasocki - skrzypce i słowo, Tomasz Strahl - wiolonczela, Marta Gębska - skrzypce. Solistom towarzyszyli pianiści: Agnieszka Przemyk-Bryła oraz Grzegorz Skrobiński. Wybitny polski skrzypek Roman Lasocki wykonał Witolda Rudzińskiego - Ricercar sopra "Roman Lasocki" na skrzypce solo. W wykonaniu niezwykle utalentowanej młodej skrzypaczki Marty Gębskiej i pianisty Grzegorza Skrobińskiego wysłuchaliśmy Henryka Wieniawskiego - Fantazji na temat z opery Faust Charlesa Gounoda, zaś wspaniały wiolonczelista Tomasz Strahl i pianistka Agnieszka Przemyk-Bryła zachwycili nas świetnym wykonaniem Poloneza C-dur na fortepian i wiolonczelę Fryderyka Chopina.
Zapraszam do przeczytania krótkiej rozmowy, którą zarejestrowałam po zakończeniu uroczystości z prof. dr hab. Tomaszem Strahlem.         

          W czasie tak wielkiego święta Muzeum-Zamku w Łańcucie nie mogło zabraknąć muzyki, która rozbrzmiewa tutaj często oraz artystów, którzy z Łańcutem są związani od lat, a jednym z nich jest Pan.
          - Jestem niezwykle zaszczycony, że mogę uczestniczyć w tym wielkim wydarzeniu, ponieważ z Łańcutem jestem związany emocjonalnie od roku 1991, kiedy na zaproszenie prof. Zenona Brzewskiego, założyciela Międzynarodowych Kursów Muzycznych w Łańcucie, przyjechałem tu po raz pierwszy jako wykładowca i zawsze w lipcu prowadzę tutaj klasę wiolonczeli od 28 lat. Ponadto byłem na kilku, chyba pięciu edycjach Muzycznego Festiwalu w Łańcucie i na zaproszenie pani Dyrektor Marty Wierzbieniec jestem artystą obecnym w kalendarzu koncertowym Filharmonii Podkarpackiej w Rzeszowie. Jestem tutaj częstym gościem i niezwykle się cieszę, że mogłem brać udział w oprawie muzycznej dzisiejszej uroczystości, która jest ważnym wydarzeniem w historii tego miejsca.

           Mamy już listopad i pozostało niewiele czasu do końca roku kalendarzowego, który był dla Pana bardzo dobry, chociaż pracowity. Miałam szczęście kilka razy słuchać Pana koncertów.
           - Owszem, dobrze pamiętam, że graliśmy Koncert potrójny Bohuslava Martinu, z Maria Machowską i Agnieszką Przemyk, później 1 lipca podczas inauguracji Międzynarodowych Kursów Muzycznych w Łańcucie grałem Koncert na wiolonczelę Stanisława Moryto i prowadziłem w II turnusie Kursów klasę wiolonczeli i 17 lipca wystąpiłem w sali balowej Zamku razem ze swoimi wychowankami w ramach cyklu koncertów „Mistrz i uczeń”. Pamiętam, że spotkaliśmy się jeszcze w sierpniu w Kąśnej Dolnej podczas Festiwalu „Bravo Maestro”, gdzie także występowałem w czasie finałowego Maratonu wirtuozowskiego.
           Nie liczyłem dokładnie, ale w 2019 roku wykonałem już grubo ponad 40 koncertów, a przecież do zakończenia roku mamy jeszcze ponad półtora miesiąca i przede mną następne koncerty. W najbliższym czasie wystąpię w Filharmonii Łódzkiej z Konstantym Andrzejem Kulką i Krzysztofem Jabłońskim. Zaplanowane mam koncerty w ramach projektu „Z Klasyką przez Polskę”, jest to nowa inicjatywa zorganizowana przez Polski Impresariat Muzyczny w ramach Instytutu Muzyki i Tańca, dzięki wsparciu Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Prof. Piotra Glińskiego i pod jego patronatem.
           Jest to nawiązanie do wspaniałych tradycji Krajowego Biura Koncertowego, aby grać muzykę klasyczną również w mniejszych ośrodkach muzycznych i liczba tych koncertów jest imponująca i jest to moim zdaniem ważny krok we właściwym kierunku.
Czeka mnie jeszcze także zorganizowane sesji naukowej. Rok 2019 jest niezwykle intensywny, a 2020 zapowiada się również bardzo dobrze.

           Kompozytorzy często powierzają Panu prawykonania swoich utworów i w tym roku także takie wydarzenie się odbyło.
           - Prawykonałem utwór Mikołaja Góreckiego „Zaćmienie czasu” podczas Festiwalu Prawykonań 2019 w Narodowej Orkiestrze Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach. Autorką tego projektu jest pani dyrektor Joanna Wnuk-Nazarowa. Festiwal nadal trwa, rozwija się i jest fantastyczną platformą dla wszystkich nurtów polskiej muzyki współczesnej. Zespoły, na czele z Narodową Orkiestrą Polskiego Radia i Telewizji oraz wspaniała siedziba NOSPR, to miejsce szczególne i cieszę się, że w tym roku miałem zaszczyt uczestniczyć w tym Festiwalu.

           Często wykonuje Pan także muzykę kameralną.
           - Trudno mi nawet wymienić wszystkie koncerty, stąd może powiem o tych, które przede mną - wspomniałem już o koncercie z Konstantym Andrzejem Kulką i Krzysztofem Jabłońskim, jak również z Kwartetem Śląskim już niedługo, bo 14 listopada, zagramy Kwintet Władysława Maliszewskiego.

           Nie może Pan narzekać na nudę, bo podczas każdego występu gra Pan inny repertuar, od dzieł znanych utworów minionych epok po muzykę nową.
           - Owszem, ale chcę podkreślić, że szczególnie dużo gram muzyki nowej i bardzo się z tego cieszę, bo czas płynie i muzyka się też rozwija. Powstają nowe kompozycje i utwory napisane 20 czy 30 lat temu stają się klasyką. Jeszcze raz podkreślę, że bardzo mnie to cieszy.

           Od dawna podziwiam brzmienie wiolonczeli, na której Pan gra, aż trudno uwierzyć, że na instrumencie zbudowanym w Norymberdze w 1778 roku przez Leopolda Widhalma równie pięknie brzmią dzieła zupełnie nowe, jak utwory epok minionych.
           - Z tym instrumentem jestem już długo związany, bo gram na nim ponad 25 lat i był czas, aby go dobrze poznać i zaprzyjaźnić się z nim. Muszę jednak podkreślić, że sama wiolonczela nie gra. To rzeczywiście musi być połączenie ciała i duszy, bo ten sam instrument w rękach innego instrumentalisty zabrzmi inaczej. Nie tylko wiolonczela, ale musi być z nią zespolone ciało wykonawcy, dusza i umysł, aby osiągnąć najlepszy efekt. To nie da się zmierzyć i wyrazić. Myślę, że nauka ma duże pole do popisu, aby zbadać ten fenomen.
           Na pewno każdy instrument, a w tym przypadku wiolonczela, jest też dziełem pewnego artysty, pewnego modelu. Mamy na przykład instrumenty francuskie, niemieckie, włoskie, które mają swoją specyfikę. Ważny jest budowniczy i z pewnością rodzaj i wiek drewna, ale kropką nad „i” jest osoba grającego. Można instrument otworzyć, aby ten dźwięk był wolny, nieskrępowany i wtedy można go kształtować. Można także dźwięk stłamsić, zadusić i wówczas instrument protestuje – nie gra coraz lepiej, tylko coraz gorzej. To zależy, w czyich rękach się znajdzie.

          Od nowego roku akademickiego przybyło Panu także wiele obowiązków, bo jest Pan Dziekanem Wydziału Instrumentalnego Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie.
           - To prawda, bo w związku z nową organizacją przybyły mi fortepiany, klawesyn i organy. Połowa Uniwersytetu Muzycznego podlega pod Wydział Instrumentalny. Musiałem przytulić do swojego serca studentów z tych wymienionych dyscyplin. Przybyły nowe zadania, nowe wyzwania i nowe problemy. Świat coraz bardziej przyśpiesza, a w ślad za tym świat muzyki i edukacji artystycznej również bardzo poszedł do przodu. Musimy zawsze być w awangardzie i szybko podążać do przodu.

           Mam nadzieję, że to wszystko uda się harmonijnie pogodzić i w 2020 roku będziemy się także często spotykać podczas koncertów z Pana udziałem.
           - Ja także mam taką nadzieję i bardzo dziękuję za rozmowę.

Z prof. dr hab. Tomaszem Strahlem, jednym z najwybitniejszych wiolonczelistów, rozmawiała Zofia Stopińska 4 listopada w 2019 r. w Łańcucie.

Z Agatą Szymczewską nie tylko o Koncercie Mendelssohna

Wspaniałym koncertem zainaugurowała sezon artystyczny Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Podkarpackiej pod batutą Massimiliano Caldiego. Porywająco zabrzmiała Uwertura „Polonia” R. Wagnera. Z wielkim wyczuciem Orkiestra towarzyszyła rewelacyjnie grającej partie solowe Agacie Szymczewskiej w Koncercie skrzypcowym e-moll op. 64 F. Mendelssohna, stąd owacja po wykonaniu tego utworu była długa i gorąca, a Solistka obdarowała nas jeszcze cudownym wykonaniem Sarabandy z II Partity d-moll J. S. Bacha. W drugiej części koncertu słuchaliśmy bardzo interesującej kreacji Symfonii D-dur nr 104, ostatniej z cyklu dwunastu „symfonii londyńskich” J. Haydna. Zapraszam Państwa do przeczytania obszernego wywiady z panią Agatą Szymczewską, jedną z najwybitniejszych skrzypaczek naszych czasów.

          Rozmawiamy w Rzeszowie, przed inauguracją 65. Sezonu koncertowego Filh. Podkarpackiej – w pani wykonaniu usłyszymy Koncert skrzypcowy e-moll op. 64 – Feliksa Mendelssohna. Z pewnością ten utwór ma Pani w repertuarze od dawna, bo wykonanie tego dzieła jest zwykle marzeniem uczniów klas skrzypiec szkół muzycznych II stopnia.
          - Można powiedzieć, że moja historia z Koncertem e-moll Mendelssohna jest dość dziwna, gdyż był to jeden z najmniej lubianych przeze mnie koncertów skrzypcowych. Wiadomo, że w którymś momencie edukacji trzeba ten koncert „zaliczyć”. W szkołach muzycznych, na korytarzach, dzieci w przerwach między sobą się przechwalają: „...a ja już gram Mendelssohna, a ty jeszcze nie”. W mojej klasie już wszyscy grali ten koncert, a ja jeszcze grałam inne koncerty, bo jeszcze Pani nie zadała mi Mendelssohna. Byłam zrozpaczona, że będę grała ten koncert na szarym końcu. Dlatego byłam bardzo rozżalona i z wielką złością zaczęłam ćwiczyć ten koncert. Postanowiłam, że nauczę się go, zagram na egzaminie i nigdy więcej nie będę go grała. Tak rzeczywiście było, zaraz po wykonaniu Koncertu e-moll na egzaminie, zabrałam się za inny koncert.
          Po Konkursie Wieniawskiego, czyli mniej więcej po piętnastu latach mojej edukacji, okazało się, że ten znienawidzony przeze mnie Koncert e-moll Mendelssohna jest jednym z najczęściej zamawianych koncertów. Po raz pierwszy po długiej przerwie wykonałam go w Lahti w Finlandii, z towarzyszeniem świetnej Lahti Symphony Orchestra, którą dyrygował znakomity Mosche Atzmon. Po otrzymaniu zaproszenia, próbowałam zamienić Koncert e-moll na wszystkie możliwe koncerty, ale nie dało się i trzeba było zagrać Mendelssohna. Pamiętam, że jeszcze dwa dni przed koncertem w ogóle nie byłam pewna, jak to wszystko wyjdzie, ale mam z tamtego wydarzenia wspaniałe wspomnienia i chyba ten sukces spowodował przełom. Poczułam, że mogę się z Koncertem Mendelssohna zaprzyjaźnić i z uśmiechem na twarzy go wykonywać, i ten uśmiech nie znika mi do dzisiaj.

           To jest cudowny, pozornie tylko łatwy utwór, ale niewiele osób zdaje sobie sprawę, że aby wzbudzić zachwyt publiczności, solista, orkiestra i dyrygent muszą być w najlepszej formie i zadbać o najmniejsze detale. To jest w sumie bardzo trudny utwór.
           - Trudny, wymagający, jego wykonanie musi być spójne. W przypadku Koncertu e-moll Mendelssohna bez świetnego dyrygenta i bardzo dobrze grającej orkiestry, dla solisty granie nie sprawia przyjemności.
           Chcę powiedzieć, że po próbie jestem zachwycona, ponieważ maestro Caldi, z którym znam się od wielu lat, wspaniale prowadzi orkiestrę i bardzo podobnie wyczuwamy wiele fraz. Podkreślę, że Orkiestra Filharmonii Podkarpackiej w sposób wręcz wybitny poddaje się wszystkim sugestiom dyrygenta i moim. Starają się, słuchają, są bardzo czujni i od razu reagują. Praca z takim zespołem jest ogromną przyjemnością.

           Kilka dni temu była Pani w Rzeszowie i w sąsiednim budynku, gdzie mieści się ZSM nr 1, prowadziła Pani seminarium, w którym uczestniczyli nauczyciele i uczniowie klas skrzypiec ze szkół muzycznych naszego regionu – jak zobaczyłam harmonogram zajęć to pomyślałam, że trudno będzie umówić się na rozmowę – lekcje po śniadaniu – lekcje po przerwie na obiad...
Ktoś przysłał mi post z rozpoczęcia tego seminarium. Sala wypełniona była młodzieżą oraz dorosłymi – domyślam się, że byli to nauczyciele skrzypiec podkarpackich szkół muzycznych. Dotarły do mnie także komentarze młodych ludzi, którzy byli zachwyceni.
          - Bardzo się cieszę, że udało mi się znaleźć z nimi wspólny język, który jest kluczem do sukcesu. Umiejętność nawiązania nici porozumienia, tych samych priorytetów i celów, jest bardzo ważna. Czasami nasza droga do celu się różni, ale po to idziemy, żeby wymieniać się z innymi naszymi spostrzeżeniami. Jeśli to się udało, to jestem bardzo szczęśliwa.
           Takie seminaria są trudne, bo podzielenie się jak największą wiedzą i doświadczeniem w czasie dwóch dni jest praktycznie niemożliwe. Dlatego zawsze jestem zmuszona wybierać tematy, o których chcę mówić, czy problemy, z którymi wszyscy grający na instrumentach się borykamy i jak różne rozwiązania każdy z nas znajduje. Na poruszenie wielu kwestii zabrakło czasu, ale cieszę się, że to co się udało, zostało przyjęte z entuzjazmem.

           Przez cały czas trwania seminarium, aula Zespołu Szkół Muzycznych nr 1 w Rzeszowie była wypełniona?
           - Tak, przez cały czas było co najmniej 30-40 osób w sali. Byli nauczyciele, którzy uczą i mają już dziesiątki lat doświadczeń. To jest bardzo ciężka, mozolna i trudna praca, która wymaga ogromnej cierpliwości i wielkich umiejętności. Ci nauczyciele tak naprawdę mogliby ze mną podzielić się swoim doświadczeniem, a ja mogłabym się sporo nauczyć i dowiedzieć. Ale z drugiej strony moja działalność sceniczna oraz ogromne ilości repertuaru, które przerobiłam i fakt, że na co dzień mam styczność z występowaniem na scenie – dają mi ogromną siłę i pewność w tym, co robię. Kiedy dzielę się tym z ludźmi, którzy na co dzień tego nie doświadczają, to czuję równowagę.

           Udzielała Pani różnych rad młodym skrzypkom – nie tylko dotyczących samej gry, ale także na przykład tremy, jak sobie radzić z niepowodzeniami. Potrafiła Pani w krótkim czasie przekonać dziewczynkę, której coś się nie udało, mówiąc, że słuchali jej ludzie życzliwi i w pewnym momencie trema, i całe jej zdenerwowanie znikło, być może na zawsze.
           - Podzieliłam się swoim podejściem do występów. Kiedy wychodzę na scenę i widzę setki, a czasami tysiące ludzi, którzy źle mi życzą, którym zależy na tym, żebym się pomyliła i oni poczuli się lepsi ode mnie, to z takim przekonaniem nie byłabym w stanie zagrać nawet jednej nuty, strach tak by mnie sparaliżował, że chyba bym uciekła.
           Kiedy uczymy się, błędy są wkalkulowane w naszą naukę. Jeśli stojąc na scenie myślimy, że publiczność będzie te błędy, jak wędkarze, łowić, bardzo łatwo zniekształcić rzeczywistość. Myśleć, że ci ludzie źle nam życzą, że cieszą się naszymi porażkami.
           Ja jednak wierzę, że wszyscy ludzie z natury są dobrzy, bardzo życzliwi i bardzo ciepli, nawet jeśli sami o tym nie wiedzą. Zawsze w to wierzę, jak występuję publicznie.
           Jeśli widzę, że ktoś jest zestresowany taką sytuacją, to na bazie mojego doświadczenia staram się to wszystko „odkręcić” i uzmysłowić tej osobie, że nie ma się w sumie czego bać.

          Drugą połowę lipca spędziła Pani także w Łańcucie w roli profesora 45. Międzynarodowych Kursów Muzycznych w Łańcucie. Miałam przyjemność być na Pani koncercie w Sali Balowej z cyklu Mistrz i uczniowie – byłam zachwycona nie tylko Pani grą, ale także fantastyczną współpracą z zaproszonymi przez Panią bardzo młodymi uczestnikami. Ujęła mnie Pani szczególnie grając z małą dziewczynką, która, tak jak ja, ma na imię Zosia.
          - Uważam, że tak trzeba, bo gdzie ci najmłodsi mają zdobywać doświadczenia, jeśli nie w takich momentach, kiedy występują na scenie z kimś, przy kim mogą czuć się bezpiecznie, mogą czuć się dowartościowani i docenieni. Mają przed sobą wypełnioną do ostatniego miejsca salę, a wśród publiczności mnóstwo przyjaciół i znajomych, którzy im kibicują, bo tak jest na kursach.
           To są jedne z najpiękniejszych wspomnień, jakie można sobie wyobrazić jako dziecko, jako początkujący, młody artysta. Ja także wielokrotnie byłam zapraszana, może nie jako bardzo małe dziecko, ale jako studentka miałam możliwość występowania na scenie z Krystianem Zimermanem, Marthą Argerich, Mischą Maisky’im, Yurijem Bashnetem, Anne-Sophie Mutter, Maximem Vengerovem, Gidonem Kremerem i wieloma innymi świetnymi artystami. Byłam też brana pod skrzydła tych wielkich mistrzów i jeżeli nadarza się okazja, że mogę w jakikolwiek sposób oddać ten kredyt, który kiedyś został mi udzielony, to tylko w taki sposób, że teraz ten kredyt udostępniam dalej.
           Przecież Krystianowi Zimermanowi nie jestem w stanie w żaden sposób podziękować za wszystkie piękne chwile na estradzie, na próbach i podczas nagrań.
Trudno o tym wszystkim powiedzieć w dwóch zdaniach. Ja mogę Krystianowi Zimermanowi codziennie, do końca życia, wysyłać sms-y i e-maile z podziękowaniami za te doświadczenia, ale i tak w żaden sposób nie odda to tego, co czuję. Natomiast dla małej „Zosi”, która ze mną zagra np. w sali balowej Zamku w Łańcucie, ten występ będzie miał tak wielką siłę rażenia, jak dla mnie współpraca z Krystianem.

           Myślę, że nie przeszkadza Pani, kiedy od lat mówi się: Agata Szymczewska – zwyciężczyni Międzynarodowego Konkursu Skrzypcowego im. Henryka Wieniawskiego.(Śmiech).
           - Kiedyś bardzo mnie to denerwowało i myślałam, że rozszarpię na strzępy każdego, kto coś takiego powiedział. Każdy plakat z moim nazwiskiem i napisanymi małym druczkiem słowami: zwyciężczyni Konkursu Wieniawskiego, po prostu rwałam na malusieńkie strzępy ze złości. Chciałam w ten sposób udowodnić nie tylko sobie, ale także i całemu światu, że ja nie tylko wygrałam Konkurs Wieniawskiego, ale coś więcej jeszcze w życiu osiągnęłam.
           Natomiast teraz, po tylu latach, napawa mnie tak ogromna duma, jak widzę na plakacie: „Agata Szymczewska – zwyciężczyni Międzynarodowego Konkursu Skrzypcowego im. Henryka Wieniawskiego”, że staję przy tym plakacie i mówię – tak, to ja.

           Trzeba także podkreślić, że ten Konkurs miał i nadal ma duże znaczenie w Pani działalności artystycznej, bo otworzyły się przed Panią drzwi najsłynniejszych sal koncertowych.
            - To prawda. Już dawno stwierdziłam, że moje życie dzielę na: przed Konkursem i po Konkursie. Wszystko, co robiłam do października 2006 roku, miało zupełnie inny wymiar, a życie zmieniło się o 180 stopni, nabrało zupełnie innego tempa, odpowiedzialności i możliwości, które rzeczywiście ten Konkurs otworzył.

           Niedawno grała Pani II Koncert skrzypcowy Henryka Wieniawskiego podczas inauguracji sezonu artystycznego w Filharmonii Lubelskiej. Zauważyłam, że z radością Pani gra także inne popisowe utwory tego kompozytora. Trzeba także dodać, że Henryk Wieniawski był przede wszystkim wirtuozem i pewnie jego dorobek kompozytorski jest dość skromny.
          - Jeżeli porównamy dorobek Wieniawskiego i na przykład Chopina, to nie ma tych utworów zbyt dużo, aczkolwiek te, które skomponował, są wspaniałe.
Znowu muszę powiedzieć, że czas robi swoje. Im dalej od Konkursu, od października 2006 roku, to dystans do utworów Wieniawskiego, który wtedy był bardzo duży – zmniejszył się. Początkowo nie chciałam grać utworów Wieniawskiego, bo nie chciałam być kojarzona wyłącznie z Konkursem. Teraz przyszedł taki moment, że gram te utwory, nie dlatego, że muszę, tylko dlatego, że chcę, że są piękne. Bardzo lubi je także publiczność, bo zawsze widzę uśmiechnięte twarze.
Koncert d-moll Wieniawskiego jest bardzo trudny, ale piękny i ciekawy. Mam go prawie ćwierć wieku w repertuarze, a ciągle mnie czymś zaskakuje.

           Bardzo ważnym nurtem w Pani działalności jest muzyka kameralna. Jest Pani nadal prymariuszką renomowanego zespołu Szymanowski Quartet (od 2014 r.). Nie wszyscy o tej działalności wiedzą.
           - Nie wiedzą, aczkolwiek też nietrudno się domyślić, dlatego, że repertuar solistyczny skrzypcowy (choć może dziwnie to zabrzmi), jest „ubogi”, bo ile koncertów można mieć w repertuarze – 50 może 60, a to jest „kropla w morzu” w kontekście literatury kameralnej. Jeżeli ktoś jako artysta zatrzymuje się na eksplorowaniu literatury z perspektywy wyłącznie repertuaru skrzypcowego, to prędzej czy później muzycznie „zginie marnie”. Nie da się tym wyżywić duszy artystycznej, nie da się być ciągle zaskakiwanym, ciągle nurtowanym przez muzykę, która jest bardzo znana, ograna, nawet momentami „wyświechtana” przez przeróżne interpretacje, które nas zalewają na wszystkich You Tube’ach, Facebookach i innych mediach społecznościowych.
          Tutaj z wielką pomocą przyszedł kwartet smyczkowy: kwartety Beethovena, Mozarta, Brahmsa, Bartoka... Mamy jeden Koncert skrzypcowy Beethovena, a kwartetów smyczkowych jest szesnaście. Życzę każdemu skrzypkowi, żeby zagrał chociaż pięć i wtedy będziemy mogli porozmawiać o Beethovenie: o jego języku muzycznym, o jego strukturze, o jego liniach melodycznych, strukturach harmonicznych, itd... Co to jest akcent muzyczny, sforzato, subito, forte... Nie da się tego zrobić, jeżeli mamy do dyspozycji wyciąg partii skrzypcowej koncertu, czy nawet dziesięciu sonat skrzypcowych, które są sonatami genialnymi, ale to i tak w kontekście pianistów, którzy mają ich trzydzieści dwie, znowu jesteśmy objętościowo „stratni”.

          „Szymanowski Quartet” to jest stała formacja, która osiągnęła bardzo wysoki poziom i należy do najlepszych kwartetów smyczkowych na świecie, ale ja ciekawa jestem spotkań ze sławnymi artystami, którzy są solistami, jak wymienieni już na początku rozmowy: Martha Argerich, Anne Sophie Mutter, Krystian Zimerman, Gidon Kremer, Maxim Vengerov, Mischa Maisky i Yuri Bashmet. Z pewnością pracujecie inaczej, przygotowując się do koncertów.
           - Różnie to bywa. Dzisiejsze czasy są trudne dla muzyków, pomimo że możemy wszędzie szybciej dotrzeć, szybciej wszystko zrobić i zapoznać się z danym utworem. Często się zdarza, że występując na różnych festiwalach, zlatują się wszyscy samolotami rano w dniu koncertu, bo w poprzednim dniu wieczorem grali w innym miejscu. Gdybyśmy żyli w czasach XIX-wiecznych, kiedy ta muzyka powstawała, nie byłoby możliwości, że można jednego dnia zagrać koncert w Madrycie, a drugiego dnia wystąpić w Atenach. Dzisiaj jest wszystko możliwe i rzeczywiście często się zdarza, że na potrzeby organizatorów spotykamy się w dniu koncertu na dwie godziny na próbie. Jak głęboko, jak daleko można zajść w przygotowaniach do takiego koncertu, kiedy czasu na znalezienie cyklu wspólnego oddychania, wspólnej wizji utworu, jest tak naprawdę „tyle, co kot napłakał”. Wielcy artyści mają to do siebie, że grają z jednej strony jak soliści, z drugiej strony jak kameleony. Potrafią się wpasować we wszystko, mają uszy dookoła głowy, wszystko słyszą i nie jest to żadnym problemem. Mam w pamięci sporo takich wspaniałych koncertów z ostatnich lat.
           Stały kwartet smyczkowy nie jest w stanie zagrać Kwartetu Beethovena, nawet jednej części, bez dwóch, trzech prób, długich prób. O każdej frazie, o każdej nucie, o wszystkim się dyskutuje, próbuje, wspólnie sprawdza różne opcje. Można tak wypracować każdą frazę, że będzie dokładnie taka, jak chcemy. Czasami też jest tak, że jest jeden, nazwijmy go, muzyczny przywódca i za nim wszyscy podążamy, bo nie mamy innej opcji. Gramy zawsze w jednej drużynie, bo inaczej się nie da grać muzyki kameralnej.

           Myślę, że praca nad utworami kameralnymi podczas prób jest także fascynującą, ale czasami bywa tak, że lepiej, jeśli coś rodzi się dopiero podczas koncertu.
           - To jest pewna podstawa, ale jak grać bez pewnej bez dozy spontaniczności czy kreacji pod wpływem chwili, czy nawet przypadku? Jest mnóstwo fraz, w które wkrada się przypadek, który jest jedną z lepszych rzeczy, bo to jest trochę tak jak w życiu. Gdybyśmy mieli zawsze podążać tymi samymi drogami, to prawdopodobnie byśmy nigdy nie zobaczyli, że na sąsiedniej ulicy rośnie przepiękne drzewo. Dopiero jak zamkną nam ulicę, którą zawsze chodzimy, to trzeba będzie obejść i dopiero wtedy możemy natrafić naprawdę na coś wyjątkowego.
           W muzyce jest bardzo podobnie. W momencie jeżeli zostanie nam odcięta droga do czegoś, co chcemy wykonać, to bardzo możliwe, że tak nas fraza pokieruje, że doświadczymy zupełnie czegoś innego, równie pięknego, a nawet jeszcze ciekawszego od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni.

           Byłam na próbie przed tą rozmową i przez cały czas zachwycałam się brzmieniem Pani skrzypiec, które wyróżnia się od brzmienia orkiestry.
Zdaję sobie sprawę, jak ważny jest dla solisty instrument, wiem, że kilka razy zmieniała Pani skrzypce. Czy aktualnie gra Pani na wymarzonym instrumencie?
           - To są wymarzone skrzypce. Co ciekawe, podczas dziewięciu lat grania na Stradivariusie myślałam, że w życiu już nic lepszego nie jest w stanie mnie spotkać. I właśnie mnie spotkało coś niesamowitego, bo Stradivarius był pięknym instrumentem i miał prawie nieograniczone możliwości, ale nigdy nie był moim głosem – to nie były skrzypce, które grały moim głosem, miały moją duszę. Były momenty, że musiałam szukać kompromisu i poddawać się temu, co skrzypce mają do zaoferowania. To był instrument kapryśny, trudny w obyciu, nieco rozpieszczony – trudno to określić.
           Natomiast Nicolo Gagliano, który obok nas leży, to skrzypce, które są „moim” instrumentem, bo to jest mój głos, to jest moja dusza, to jest rodzaj dźwięku, który ja uwielbiam. Bardzo lubię także sposób gry, do której te skrzypce są predysponowane i mam tego świadomość, że na tym instrumencie sporo rzeczy bardzo dobrze mi wychodzi. Dzięki wielkiemu wsparciu Anne-Sophie Mutter (obecnej właścicielki Nicolo Gagliano) mogę na tym instrumencie grać. Co ciekawe, Koncert e-moll Mendelssohna, który zabrzmi w Filharmonii Podkarpackiej, Anne-Sophie Mutter właśnie na tych skrzypcach nagrywała z Herbertem von Karajanem, z Orkiestrą Filharmonii Berlińskiej w latach 80-tych ubiegłego stulecia, na jedną ze swoich debiutanckich płyt dla Deutsche Grammophon. Wszystkie utwory, które Anne-Sophie Mutter na tym instrumencie grała, czyli koncerty Mendelssohna, Brucha, Beethovena, Brahmsa... Ja mam poczucie, grając te utwory, że te skrzypce mają „kartę pamięci”, w której zapisane są wszystkie nuty i wystarczy tylko przyłożyć ręce i wszystko jest.
           Natomiast jak gram Koncert Karłowicza albo Koncert Szymanowskiego, który na tym instrumencie przez dziesiątki lat nie był grany (może to jest też kwestia podświadomości), to są gwarantowane długie, mozolne godziny, zanim ja na tym instrumencie wypracuję to, co bym chciała. W przypadku Mendelssohna biorę te skrzypce i wszystko jest tak, jak ma być. Drewno także żyje swoim życiem i domyślam się, że Anne-Sophie jako dziecko spędzała setki godzin ćwicząc te koncerty. Wierzę w to, że gdzieś w tych wszystkich „zakamarkach” drewnianych nuty te głęboko siedzą i tylko wystarczy je na wierzch wyprowadzić.

           Wiem, że gra Pani dużo muzyki współczesnej, wielu kompozytorów z całego świata prosi Panią o prawykonania swoich utworów. Czy przygotowując się do prawykonania współpracuje Pani z kompozytorem? Przed laty, przed prawykonaniem jednego z utworów, zapytałam Mistrza Wojciecha Kilara, czy miał dużo uwag podczas prób, odpowiedział: „...jak powierzyłem komuś prawykonanie, to już staram się nie ingerować...”.
           - Jest trochę inaczej, niż pani powiedziała w pierwszym zdaniu, bo w wielu przypadkach, może nawet w większości, to ja proszę kompozytorów o utwory. Bywa, że proszę, aby napisali dla mnie utwór, lub jest on już gotowy, chcę go zagrać i potrzebuję nut.
           Uważam, że jako artystka nie mogę żyć w czasach XIX i XX wieku, kiedy nastąpił największy rozkwit muzyki. Natomiast prawdziwe zrozumienie tego, co było wtedy, nadchodzi dopiero w zrozumieniu tego, co jest dziś. Mówiąc inaczej, żebym dobrze poznała i zrozumiała muzykę Mendelssohna, to muszę w pierwszej kolejności wiedzieć, co dzisiaj kompozytorzy piszą w czasach, kiedy ja żyję. Jak daleko wszystko zaszło albo jak blisko nam do tych dawnych czasów i dopiero wtedy, z tej perspektywy, XIX wiek nabiera określonego kształtu.

           Gdyby miała Pani możliwość spotkać się i porozmawiać z kompozytorem, który żył w minionych wiekach, to kogo by Pani wybrała: Mozart, Beethoven. Schubert, a może wymieniany dzisiaj często Mendelssohn?
           - Chyba najchętniej spotkałabym się z Karolem Szymanowskim. Chętnie spędziłabym z nim jedno popołudnie w Warszawie. Poszlibyśmy sobie na kawkę, gdzieś na Nowym Świecie posiedzieli. Poprosiłabym, żeby mi pokazał kilka miejsc, w których lubił bywać, poopowiadał o muzyce. Dla mnie byłoby to piękne doświadczenie. Prawdopodobnie nigdy to marzenie się nie spełni, ale byłoby to coś fascynującego.
           Teraz wracając do poprzedniego pytania. Nie mam możliwości porozmawiania z Karolem Szymanowskim, ale mogę porozmawiać z kompozytorami, którzy dzisiaj tworzą. Dla mnie ważne jest poznanie wcześniej tego człowieka i rozmowa na tematy nie związane z muzyką. To może być rozmowa o ostatnim meczu FC Barcelona albo dwóch medalach: Paweł Fajdek wygrał wczoraj w rzucie młotem, a dzisiaj rano okazało się, że Wojciech Nowicki też otrzyma brązowy medal na Mistrzostwach Świata w lekkiej atletyce w Doha.
          Podałam tylko przykład, bo rozmowa musi dotyczyć wspólnych zainteresowań i dopiero kiedy wiem, czym ten człowiek się pasjonuje, jakie ma spojrzenie na świat, co jest dla niego ważne, na tej bazie możemy przejść do rozmowy o muzyce.
           Współpraca z kompozytorami wygląda różnie. W większości przypadków jest tak, jak pani powiedziała: dostaję nuty do ręki i mogę z nimi robić, „co chcę”, trzymając się oczywiście tekstu, który jest zapisany. Są momenty, kiedy staram się ten tekst zmieniać, albo modyfikować, ale wtedy wszelkie propozycje tych zmian uzgadniam z kompozytorem i uzasadniam je.
           W początkowej fazie pracuję nad utworem sama i dopiero jak zarysuje się już pewna wizja, to wtedy proszę kompozytora, aby mogła mu ją przedstawić i zapytać o zgodę na zmiany. Zazwyczaj dostaję „zielone światło”, ale czasami zdarza się, że kompozytor ma jakiś pomysł, którego nie zapisał w nutach, bo uważał, że nie da się tego w inny sposób zagrać, a ja uważam inaczej. Wtedy proszę go, aby zapisał wszelkie szczegóły w nutach.

           Współczesna muzyka powinna być wykonywana na estradach i trzeba publiczność przekonać, że równie wartościowy i piękny jak Koncert Mendelssohna może być utwór skomponowany pół roku temu.
           - Tak, ale wówczas, oprócz kompozytora duża odpowiedzialność spoczywa na wykonawcach i nawet najwspanialsze dzieło można zagrać w taki sposób, że nikt po raz drugi nie będzie chciał go słuchać. Wieść się rozniesie po całym kraju, żeby żadna filharmonia nie wpadła na pomysł, aby ten koncert umieścić w repertuarze.
           W momencie, kiedy wykonawca jest przekonany do dzieła, podpisuje się pod nim, oddaje obie ręce do dyspozycji publiczności i stara się być bardzo przekonywujący, jest duża szansa na powodzenie.
           Ja sama równie często wzbraniam się przed muzyką współczesną. Lecz czasem warto pójść do filharmonii z nadzieją, że może będzie ciekawie i zaryzykować. Wtedy ta nasza otwartość na to, co nas spotka, zdejmuje z grających ciężar zadowolenia wszystkich za wszelką cenę. To nie jest nic złego, jeśli ktoś wychodzi z koncertu niezadowolony. Najgorzej jest, jak wychodzimy z koncertu i natychmiast zapominamy, że byliśmy na nim. Jeśli nasze emocje są negatywne, ale silne, to uważam, że jest to coś wartościowego, co jasno nam pokazuje, że to mi się nie podoba, tego nie lubię. Porównać to można z wyjściem do restauracji. W tej restauracji mi nie smakowało i pewnie do niej już nie wrócę, ale chętnie pójdę spróbować gdzie indziej.

           Coraz rzadziej ukazują się recenzje po koncertach, szczególnie w Polsce. Ale są recenzje, które mają dla młodych wykonawców wielkie znaczenie. Chyba napisane w londyńskim „The Times” i ciągle cytowane słowa, że gra Pani „z powagą, opanowaniem i mądrością muzyczną ponad swój wiek, brzmiąc momentami jak płomienna młoda Ida Haendel”, sprawiły Pani przyjemność.
          - Owszem, bardzo dużą przyjemność, tym bardziej, że miałam przyjemność poznać wspaniałą Idę Haendel podczas Konkursu Wieniawskiego. Pomyślałam wtedy, że wszystkie polskie damy wiolinistyki: Ida Haendel, Wanda Wiłkomirska i Kaja Danczowska łączy jedna cecha: są mniej więcej mojej postury. To są drobne kobiety, ale z niesamowitymi charakterami i siłą wewnętrzną, z niesamowitą dobrocią i otwartością na świat. Ida Haendel jest najstarsza z nich wszystkich i najdłużej odnosiła ogromne sukcesy na największych estradach świata. Pragnęłabym, aby radość z tego, co robię, zdrowie i wewnętrzna moc nigdy mnie nie opuściła.

           Wszystkie jesteście drobne, niezwykle utalentowane, pracowite i uparte, ale to wszystko są zalety naszych wielkich skrzypaczek. Czy zastanawiała się Pani, co by Pani robiła, gdyby nie została Pani skrzypaczką?
            -Tych pomysłów było co niemiara, ale moim wielkim marzeniem byłby sport. Wprawdzie nie wiem, jaki rodzaj sportu mogłabym uprawiać z moją budową ciała. Nordic walking jeszcze nie jest dyscypliną olimpijską, ale jak zostanie, to na pewno wezmę udział w zawodach. Na razie kibicuję aktywnie wielu dyscyplinom sportowym „na kanapie”. W sporcie wygrywa rzeczywiście najlepszy i zwycięzca może być tylko jeden.
            W muzyce nie mamy takich konkursów, że na przykład wybieramy najlepszego skrzypka na świecie, ale potrzeba rywalizacji w każdym z nas drzemie. Uważam, że taka rywalizacja szkodzi muzyce. Mówię to z perspektywy wygrania Konkursu Wieniawskiego, który otwiera zwycięzcy wiele drzwi, ale nie wiem, czy 25 września 2006 roku byłam gorszym artystą niż dokładnie miesiąc później, po ogłoszeniu werdyktu. Według mnie nic się nie zmieniło, a byłam traktowana jak inny człowiek. To nie jest zdrowe, bo stwarza sztuczną sytuację, że z dnia na dzień stajemy się kimś innym.
            Sportowcy trenując, dokładnie znają swoje wyniki oraz możliwości. To jest tylko kwestia predyspozycji w dniu zawodów, że muszę pokazać najlepsze swoje oblicze i na tle innych wypaść najlepiej. Cenię i szanuję wysiłek oraz poświęcenie sportowców: dieta, treningi, czas wolny, zdrowie – wszystko jest pod zawody. Jest to piękne. Cieszę się i płaczę, jak polscy sportowcy na arenach międzynarodowych zdobywają medale.
            Piękne jest także to, że w wywiadach po zawodach dziękują wszystkim kibicom, którzy ich wspierali. Odbieram to bardzo personalnie, że oni mi dziękują za siedzenie na kanapie, za trzymanie kciuków i okrzyki radości, kiedy zdobędą medal.
           Często też myślę, że jak stoję na scenie, to publiczność też mi kibicuje, też jest ze mną i ostatnim ukłonem po koncercie dziękuję im za to, że byli na koncercie, kibicowali mi, wspierali mnie i że dla nich mogłam w danym dniu jak najlepiej zagrać.

           Jestem przekonana, że koncert będzie wspaniały, wyjedzie Pani z najlepszymi wrażeniami i zechce Pani wracać na Podkarpacie.
            - Do Łańcuta na pewno, w Rzeszowie jest to mój długo wyczekiwany debiut, tym bardziej radosny, i miejmy nadzieję, że pierwszy, ale nie ostatni występ.

Z Agatą Szymczewską, jedną z najwybitniejszych skrzypaczek naszych czasów rozmawiała Zofia Stopińska 3 października 2019 roku w Filharmonii Podkarpackiej w Rzeszowie.

Po Konkursie w Rzeszowie mogę już myśleć o tym, że zostanę pianistą.

           Miło mi przedstawić Państwu młodego pianistę Eryka Parchańskiego. Spotykaliśmy się prawie codziennie w Filharmonii Podkarpackiej w czasie trwania I Międzynarodowego Konkursu Muzyki Polskiej im. Stanisława Moniuszki w Rzeszowie (20-27.09.2019 r.). Brał udział w Konkursie w Kategorii I – pianiści. Ponieważ regulamin nie przewidywał ograniczeń ze względu na wiek uczestników, a wszyscy pianiści zaprezentowali się podczas I etapu świetnie, Jury postanowiło, że zostają zakwalifikowani do II etapu. W II etapie Eryk Parchański świetnie zagrał Kołysankę i Walc es-moll Stanisława Moniuszki, Mazurki op. 50 Karola Szymanowskiego oraz Wariacje i fugę es-moll op. 23 Ignacego Jana Paderewskiego. W prezentacji finałowej, jako jedyny uczestnik, bardzo interesująco zaprezentował Fantazję polską gis-moll op.19 Ignacego Jana Paderewskiego.

           Dopiero podczas prezentacji finałowej pomyślałam, że jesteś chyba najmłodszym z uczestniczących w Konkursie pianistów i po sprawdzeniu okazało się, że to prawda. Bardzo się cieszę, że znalazłeś się w finale konkursu, bo to duże osiągnięcie.
           - Dla mnie ten Konkurs był ogromnym doświadczeniem. Udało mi się uczestniczyć we wszystkich etapach i wykonać cały program, który przygotowałem. Usłyszałem bardzo dużo miłych słów, które motywują mnie do dalszej pracy. Upewniłem się także, że zrobiłem duże postępy, wiem, że przede mną jeszcze wiele, ale mogę już myśleć o tym, że zostanę pianistą.

          Jak długo grasz na fortepianie?
          - W porównaniu do innych biorących udział w konkursie pianistów, gram bardzo krótko, bo uczę się grać dopiero dziesięć lat, teraz rozpocząłem jedenasty rok nauki.

          Gra na fortepianie jest z pewnością Twoją pasją, nawet jeśli sam nie wybrałeś tego instrumentu, to pokochałeś go i ta miłość jest trwała.
          - To prawda, że jak byłem dzieckiem, nie miałem wielkiego wpływu na wybór instrumentu, na którym chcę grać, ale rozpoczynając naukę w szkole muzycznej II stopnia byłem świadomy, że chcę zostać pianistą. Wykonywanie muzyki sprawia mi ogromną przyjemność.

          Pomyślałam, że Twoje osiągnięcia są z pewnością także zasługą dobrych nauczycieli, którzy pracowali z Tobą nad aparatem gry, wybierali odpowiednie programy, itd.
          - To wszystko prawda, chociaż w trakcie nauki zmieniłem miejsce zamieszkania, szkołę i profesora. Różnie bywa także z wyborem programu. Dla właściwego rozwoju trzeba grać odpowiednie utwory, ale często można sięgać po te, o zagraniu których się marzy i wtedy przyjemność jest jeszcze większa.

          Aktualnie jesteś uczniem Zespołu Szkół Muzycznych w Kielcach w klasie fortepianu pana Artura Jaronia.
          - Tak, mam wielkie szczęście, bo mój Profesor pracuje ze mną wytrwale i poświęca mi wiele czasu. Nie dotyczy to tylko przygotowań do konkursów, ale także codziennej pracy. Zacząłem trzeci rok jestem w klasie Profesora Artura Jaronia i trudno byłoby nawet policzyć godziny, które mi poświęcił. Profesor poświęca wiele czasu wszystkim uczniom, ale oczywistym jest, że w większym stopniu tym, w których widzi potencjał i tymi którzy wykazują wytrwałość do ciężkiej pracy.
Jestem bardzo wdzięczny Profesorowi, że otacza mnie tak wielką opieką.

           To nie jest Twój pierwszy konkurs i pewnie uczestnicząc w konkursach wiele można się nauczyć. Miło jest zdobywać nagrody, ale to chyba nie jest najważniejsze.
           - Brałem udział w wielu konkursach i udawało mi się często być laureatem. Jestem laureatem I nagród w XXIII Ogólnopolskim Turnieju Pianistycznym im. Haliny Czerny-Stefańskiej w Żaganiu, XIV Ogólnopolskim Konkursie pianistycznym w Koninie, a także w Międzynarodowych Konkursie Pianistycznym im Petera Toperczera w Koszycach i VIII Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym im. Maurycego Moszkowskiego „Per Aspera ad Astra”. Ponadto zdobyłem II nagrodę w Międzynarodowym Konkursie „Kaunas Sonorum” w Kownie, XV Ogólnopolskim Festiwalu Pianistycznym „Chopinowskie Interpretacje Młodych” w Koninie-Żychlinie i w XV Konkursie Pianistycznym im. Haliny Czerny-Stefańskiej i Ludwika Stefańskiego w Płocku. Z kolei na I Międzynarodowym Konkursie Chopinowskim „Gloria Artis” w Wiedniu otrzymałem Grand Prix.
Wszystkie te konkursy są organizowane z myślą o uczniach szkół muzycznych.
           Międzynarodowy Konkurs Muzyki Polskiej im. Stanisława Moniuszki w Rzeszowie to pierwszy konkurs z otwartą kategorią i rywalizowałem również z pianistami, którzy ukończyli już studia i prowadzą ożywioną działalność artystyczną.
          Wracając do pani pytania, to chcę powiedzieć, że dla mnie najważniejsza jest praca przed konkursem. Cieszę się, że udało mi się przygotować tak duży i wymagający program w dość krótkim czasie. Bardzo się rozwinąłem, moje pojęcie o muzyce i o występach także się zmieniło.
Nagrody bardzo się przydają, bo pomagają młodym pianistom zaistnieć, ale najpierw trzeba nauczyć się grać.

           Stając w szranki konkursowe każdy uczestnik powinien być przygotowany, że może być różnie. Czasem nasza kondycja zależy od pory dnia, jurorzy mają także różne upodobania, ten Konkurs dla pianistów był trzyetapowy i w finale grałeś z orkiestrą, z którą musiałeś współpracować. Takich konkursów, podczas których gra się z towarzyszeniem orkiestry, jest niewiele.
            - To prawda, ale w konkursach, które mają rangę największych, najczęściej w finałach gra się koncerty z towarzyszeniem orkiestry, bo to jest ważna część działalności artystycznej. Występ z tak wielkim „organizmem”, jak orkiestra, bardzo się różni od występu solowego.

           Na co dzień pilnie uczysz się w szkole i dużo ćwiczysz, ale bardzo często także występujesz.
           - Występuję wszędzie, gdzie mnie o to poproszą i mam możliwość , gram na wielu koncertach i „koncercikach”, ale dzięki temu zawsze mam szanse „ograć” program.

           Jak będziesz wspominał Konkurs w Rzeszowie?
            - Jak już powiedziałem, to był pierwszy tak duży konkurs, po raz pierwszy podczas konkursu grałem z towarzyszeniem orkiestry. Na szczęście poradziłem sobie zarówno z ogromnym programem, jak i z występem z orkiestrą w finale. Będę ten Konkurs wspominał bardzo dobrze, bo występy dostarczyły mi wiele radości, a o to przecież także chodzi.

          Gratuluje Ci udziału w I Międzynarodowym Konkursie Muzyki Polskiej im. Stanisława Moniuszki w Rzeszowie, masz szanse przyjechać za dwa lub cztery lata, już jako bardziej doświadczony pianista.
           - Z taką nadzieją opuszczam piękne miasto, bo mój Profesor zachęca mnie do udziału w różnych warsztatach, festiwalach w Polsce i za granicą, do pracy z różnymi znakomitymi, sławnymi profesorami i te spotkania korzystnie wpływają na mój rozwój.
Mam także nadzieję, że jeszcze nie raz będę miał okazję występować na Podkarpaciu.

Zofia Stopińska

Oratorium „Kazimierz Pułaski” w 250-tą rocznicę konfederacji barskiej

           Najpierw 28 września w Strzyżowie, a dzień później w Przemyślu, wykonane zostało Oratorium „Kazimierz Pułaski”. Teksty to dzieło Moniki Partyk, a muzykę skomponował Włodzimierz Korcz. Pomysłodawcą tych wydarzeń jest prof. dr hab. Grzegorz Oliwa, który w ten sposób postanowił przypomnieć, co działo się na tych ziemiach 250 lat temu. Jak powstał ten pomysł?

           - Już dość dawno, przeglądając różne historyczne dokumenty, znalazłem informację, że w 2019 roku będzie 250-ta rocznica konfederacji barskiej. Były Starosta Strzyżowski, pan Robert Godek, miał pomysł, żeby powstał pomnik Kazimierza Pułaskiego w Strzyżowie. Wprawdzie ten pomysł został odsunięty w czasie, ale informacje na temat wydarzeń na tych ziemiach funkcjonowały w przestrzeni publicznej. Z konfederacją barską był związany Kazimierz Pułaski i prawdopodobnie był obecny w Strzyżowie, gdzie zebrały się ponownie, rozbite siły konfederackie. Na niektórych sztandarach konfederacji barskiej był umieszczany wizerunek Matki Bożej Strzyżowskiej.
          Na podstawie tych faktów i hipotez zrodził się pomysł, żeby powiązać wszystkie te wydarzenia (prawdziwe oraz legendy). Pomyślałem wtedy o powstaniu dzieła słowno-muzycznego, które by te wydarzenia opisywało. Oratorium, które o nich mówi, a jednocześnie w pierwszym numerze tego oratorium pojawia się w tekście modlitwa do Matki Bożej Strzyżowskiej, jest nie tylko znakomitym prezentem, ale też dziełem historycznym, które wiąże te ważne wydarzenia ze Strzyżowem.

           Pewnie także wiedział Pan doskonale, do kogo zwrócić się o stworzenie tego dzieła.
           - Współpracując z Włodzimierzem Korczem już od ponad 15-tu lat i wystawiając wcześniejszej oratoria do słów Ernesta Brylla, później także Moniki Partyk, zawsze marzyłem, żeby takie wydarzenie mogło mieć swą premierę w Strzyżowie, ale wcześniej z powodów finansowych i organizacyjnych nie było to możliwe, a teraz stało się faktem.

           Państwowa Szkoła Muzyczna I stopnia im. Zygmunta Mycielskiego w Strzyżowie była głównym organizatorem tego wydarzenia, ale odpowiednie środki finansowe trzeba było zgromadzić.
           - Tak, Szkoła była wnioskodawcą projektu, który złożyłem do Instytutu Muzyki i Tańca w Warszawie, do programu Zamówienia kompozytorskie 2019. Otrzymaliśmy dofinansowanie i koszty powstania utworu zostały pokryte oraz niewielka część została na organizację i na wykonanie tego dzieła. Pozostałą kwotę związaną z honorariami i organizacją dzieła trzeba było zdobyć. Dzięki życzliwości, zrozumieniu i dużemu wkładowi pracy Burmistrza Strzyżowa Waldemara Góry, ks. Jana Wolaka, proboszcza parafii Farnej w Strzyżowie, Starosty Strzyżowskiego Bogdana Żybury oraz wielu lokalnym firmom, te środki udało się zdobyć i doszło do wykonania tego Oratorium – myślę, że z pożytkiem dla wszystkich słuchaczy.

           Już w sferze planów trzeba było myśleć o wykonawcach. Na szczęście miał Pan bazę na terenie Podkarpacia w postaci chóru i orkiestry.
           - W momencie pisania wniosku musiałem mieć wstępną zgodę kompozytora – Włodzimierza Korcza i wtedy już rozmawialiśmy o wykonawcach.
Decyzję Instytutu Muzyki i Tańca otrzymaliśmy dość późno, bo dopiero pod koniec marca i na napisanie dzieła czasu było niewiele, ale wiedziałem na pewno, że Monika Partyk napisze tekst Oratorium i wezmą w nim udział znakomici artyści, z którymi Włodzimierz Korcz już współpracuje od wielu lat: Alicja Majewska, Olga Bończyk, Łukasz Zagrobelny, Grzegorz Wilk. Ci świetni artyści dodają blasku temu Oratorium. Każdy z nich ma swoje partie solowe, są także duety i kwartety. Wiadomo było, że jeszcze będzie potrzebna orkiestra i chóry, bo w tej formie wielkie partie zbiorowe są niezbędne. Włodzimierz wiedział, że mam do dyspozycji chóry, które już od dłuższego lub krótszego czasu prowadzę: Strzyżowski Chór Kameralny, Podkarpacki Chór Męski, który prowadzę od sześciu lat i od roku prowadzę także Chór „Akord” Związku Nauczycielstwa Polskiego i Samorządowego Centrum Kultury w Mielcu. Z połączenia tych trzech chórów powstał prawie 60-osobowy, bardzo dobry zespół chóralny mieszany, który umożliwia mi realizację takich wielkich dzieł wokalno-instrumentalnych, a do współpracy zaprosiłem też Przemyską Orkiestrę Kameralną.

          Czasu na przygotowanie dzieła było niewiele, stąd praca musiała być bardzo efektywna.
          - Owszem, najpierw próby odbywały się z każdym z chórów oddzielnie, bo każdy z nich ma swój terminarz, miejsce i czas prób, ale później, dzięki pomocy organizacyjnej naszego kolegi chórzysty Grzesia Darłaka z Sędziszowa, mogliśmy odbyć kilka wspólnych prób w połowie drogi między Strzyżowem a Mielcem – czyli w Centrum Kultury w Sędziszowie. To także był znakomity i bardzo potrzebny dla nas wszystkich czas. Kilka dni przed wykonaniem mieliśmy wspólne próby chórów i orkiestry w Powiatowym Centrum Kultury i Turystyki w Wiśniowej. To także bardzo miłe i przyjazne miejsce, dodam, że w tym miejscu urodził się i mieszkał przez pewien czas Zygmunt Mycielski.

           Oratorium to duża, uroczysta forma instrumentalno-wokalna. Pan Włodzimierz Korcz jest wielkim mistrzem w tym gatunku, ale nie są to dzieła łatwe, o czym mieliście się okazję przekonać.
          - Przede wszystkim Włodzimierz dostał znakomite teksty, co podkreślał już w czerwcu, jak tylko pierwsze fragmenty otrzymał od Moniki Partyk.
Temat nie był łatwy, bo z historycznego punktu widzenia jest on bardzo kontrowersyjny. Przedstawienie go nie było proste, bo trzeba było zachować równowagę pomiędzy polityką, religią, przedstawić wszystko obiektywnie i ciekawie. Trzeba podkreślić, że Monice się to znakomicie udało, co dało też Włodzimierzowi asumpt do napisania wyjątkowej muzyki, podkreślającej charakter każdej z części. Te części są obrazami poszczególnych sytuacji, które mogły się wydarzyć podczas konfederacji barskiej.
           Są pokazane pewnie postaci: księdza Marka, Józefa Sawy-Calińskiego, Kazimierza Pułaskiego, jest pokazany Iwan Drewicz – żołnierz, który był dezerterem i potem katował konfederatów barskich, są pokazane matki, które traciły swoich synów podczas walki. To Oratorium mieni się różnymi barwami, różnymi obrazami.
           Monika napisała także narracje, które wprowadzają słuchacza w daną scenę, w daną sytuację, która mogła się wydarzyć 250 lat temu. Te teksty przedstawiał znakomicie pan Andrzej Ferenc, aktor z Warszawy.
Tworzą one znakomitą opowieść o tamtych czasach, jednocześnie zostawiając słuchacza (zwłaszcza w ostatnim numerze z pytaniem – co to było ten wasz Bar?), z retorycznymi pytaniami – po co to wszystko było, czy to coś przyniosło Polsce?
           Wiele rozmawialiśmy na ten temat z solistami, z chórzystami, instrumentalistami i kompozytorem. Okazuje się, że te pytania, postawione tyle lat temu, pozostają ciągle aktualne. Ciągle nie jesteśmy w stanie na nie odpowiedzieć.

          Wykonanie Oratorium „Kazimierz Pułaski” dostarczyło wszystkim wielu wspaniałych przeżyć artystycznych, ale pewnie dla wielu obecnych miało także wielkie wartości poznawcze, bo nie wiem, czy w szkole, podczas lekcji historii, poznali wydarzenia i osoby związane z konfederacją barską.
           - Z pewnością tak, nawet podczas pierwszych prób wiele osób przyznawało się, że coś słyszało o konfederacji barskiej, postać Kazimierza Pułaskiego jest bardziej znana, choć trudna do przyporządkowania do konkretnych sytuacji w Polsce. O tym, że uratował życie Jerzemu Waszyngtonowi i dlatego jest nazywany bohaterem walk o wolność dwóch narodów, polskiego i amerykańskiego, także nie wszyscy pamiętali. Amerykanie z atencją odnoszą się do tej postaci i pomników Kazimierza Pułaskiego oraz szkół jego imienia w Stanach Zjednoczonych jest bardzo dużo.
To Oratorium z pewnością rozbudziło ciekawość u wielu osób, które postanowiły o tych czasach poczytać, czegoś więcej się dowiedzieć.

          Kolegiata Niepokalanego Poczęcia NMP i Bożego Ciała w Strzyżowie okazała się pod każdym względem znakomitym miejscem do wykonania dzieła. Wszystko, co otaczało wykonawców i słuchaczy, dodawało blasku temu Oratorium i wrażenia się potęgowały.
          - Chcieliśmy podczas wykonania Oratorium pokazać również bardzo piękne, odnowione już kilka lat temu mury świątyni, polichromie, ołtarze, wszystkie elementy wystroju wnętrza, które są także naszym dziedzictwem. Nie chcieliśmy, aby wrażenia wzrokowe odrywały uwagę od słów i od muzyki, ale żeby je w jakiś dyskretny sposób dopełniały. Myślę, że udało nam się wszystko połączyć.

           Mam nadzieję, że jeszcze nie raz wystąpicie w tym Oratorium, bo jest to dzieło o wielkich wartościach estetycznych, kulturotwórczych i edukacyjnych.
           - Oczywiście, że naszym marzeniem jest, aby Oratorium „Kazimierz Pułaski” mogło być jeszcze wykonane w innych miejscach na Podkarpaciu – w Krośnie, Mielcu i w Rzeszowie, bo jeden z numerów Oratorium zatytułowany jest: „Tam, gdzie Pobitno” i mówi o miejscowości, teraz już dzielnicy Rzeszowa, gdzie odbyła się jedna z walk konfederatów. Podczas strzyżowskiej premiery była też obecna pani dyrektor Muzeum Kazimierza Pułaskiego w Warce i rozmawialiśmy, że może w przyszłości także w miejscu urodzenia Kazimierza Pułaskiego przedstawimy to Oratorium.

           W sali Zamku Kazimierzowskiego w Przemyślu były zupełnie inne warunki niż w strzyżowskiej kolegiacie.
           - Wiadomo, że przestrzeń akustyczna starego kościoła jest bardziej przyjazna. Na wrażenia publiczności wpływało również oświetlenie, podkreślające piękno wnętrza strzyżowskiej świątyni. Dla nas, wykonawców, występ w Przemyślu było bardzo ważny, bo pozwolił nam jeszcze głębiej wejść w utwór, pewne rzeczy trzeba było wykonać trochę inaczej, może nawet lepiej. Premiera niesie ze sobą dodatkowy ładunek emocji, ale też wiadomo, że kolejne wykonania dają nam, artystom, pewien dystans do tego, co robimy, pozwala wykonać utwór lepiej, trochę inaczej go zinterpretować. Jestem także bardzo zadowolony z wykonania Oratorium 28 września w sali Zamku Kazimierzowskiego w Przemyślu, gdzie również zostaliśmy bardzo dobrze przyjęci przez publiczność.

           Jest już może pomysł utrwalenia Oratorium „Kazimierz Pułaski”?
           - Mamy odzew od słuchaczy, bo nie tylko mnie kilka osób pytało: „Kiedy będzie płyta?”. Dla wielu osób może się to wydawać całkiem proste – był koncert, można go było nagrać i wydać na płycie czy na DVD. My wiemy, że nie jest to takie proste i oczywiste, ale myślimy o nagraniu.

           Myślicie o nagraniu w studiu, które można później udoskonalić na różne sposoby, czy może jednak nagranie z dwóch, trzech koncertów?
           - Dobre pytanie, czy „dopieszczone”, wycyzelowane nagranie studyjne, czy być może kompilacja kilku nagrań koncertowych, które niosą ze sobą być może ryzyko pewnych niedoskonałości wykonawczych, ale z drugiej strony koncert ma swoją niepowtarzalną atmosferę, ładunek emocjonalny i to po prostu słychać na nagraniach.
           Na razie próbujemy wszystko przygotować organizacyjnie, bo to jest także duże wyzwanie finansowe, ale może uda nam się zainteresować odpowiednie organizacje, fundacje, które zajmują się promocją kultury w Polsce i za granicą.
           Dwa etapy zostały zrealizowane – powstanie dzieła i wykonanie, teraz czas na utrwalenie tych wyjątkowych momentów, które już za nami, na trochę dłużej, aby można było sięgnąć po nagranie i cieszyć się wrażeniami słuchowymi w dogodnym dla każdego czasie.

Z prof. dr hab. Grzegorzem Oliwą - dyrygentem i pomysłodawcą  Oratorium "Kazimierz Pułaski" rozmawiała Zofia Stopińska  w październiku 2019 roku.

Z Magdaleną Betleją przed Finałem XXXVI Przemyskiej Jesieni Muzycznej

           O zorganizowanym ruchu muzycznym w Przemyślu można mówić począwszy od lat 60. XIX wieku. W listopadzie 1865 roku odbyło się pierwsze posiedzenie Tymczasowego Wydziału, czyli zarządu Towarzystwa Muzycznego, a w roku następnym rozpoczęło ono działalność. Niektórzy badacze dziejów miasta podają za „Monografią” Hausera, rok 1862, jako początek owej działalności. Tak czy inaczej, jest to na pewno najstarsze z przemyskich stowarzyszeń kulturalnych i jedno z najstarszych Towarzystw Muzycznych w Polsce.
          W przyszłym roku minie 155 lat od pierwszego posiedzenia Towarzystwa Muzycznego w Przemyślu i pewnie będzie to okazja do wspomnień o świetności i latach, w których działalność była znikoma. Na szczęście w Przemyślu nigdy nie brakowało ludzi z pasją, kochających muzykę, i tak jest do dzisiaj.
          To samo można mówić o jednej z najważniejszych imprez muzycznych na Podkarpaciu, organizowanych przez Towarzystwo Muzyczne w Przemyślu, czyli Przemyskiej Jesieni Muzycznej, która jako impreza cykliczna kontynuowana jest od 1984 roku.
          Od kilkunastu lat każda edycja przygotowywana jest z niezwykłą starannością, a towarzyszy jej temat wiodący, wokół którego budowany jest cały program.
          Tegoroczna jest najlepszym tego przykładem, a rozmawiam na ten temat z panią Magdaleną Betleją, dyrektorem Festiwalu i Prezesem Towarzystwa Muzycznego w Przemyślu.

          Kończy się już trwająca od 29 września XXXVI Przemyska Jesień Muzyczne, która w tym roku odbywa się pod niezwykle inspirującym tytułem „Dźwięki baśni”.
          - Każdego roku staramy się pomyśleć o wspólnym temacie, który po pierwsze – przyciągnie publiczność, a po drugie skłoni do refleksji, do poszukiwań muzyki, która wiąże się z tematem. Bywa też tak, że zgłaszają się do nas różne osoby z gotowymi tekstami czy z gotowymi pracami literackimi, albo obrazami. Przemyska Jesień Muzyczna inspiruje nie tylko muzyków, ale także artystów uprawiających inne gatunki sztuki.

          Program tegorocznej edycji Jesieni był bardzo różnorodny. Rozpoczęła bardzo ambitna, uroczysta forma, bo Oratorium „Ballada o bohaterach”. Z różnych względów na inauguracje przyszły tłumy melomanów.
           - Tak faktycznie było. Wcześniej chcę zaznaczyć, że zaplanowaliśmy w tym roku sześć koncertów, a zazwyczaj było ich trochę więcej, ale w tym roku te koncerty mają większą siłę oddziaływania. Każdy z nich jest inny, przeznaczony dla innej grupy odbiorców.
Inauguracja była faktycznie bardzo mocnym akcentem. Oratorium „Ballada o bohaterach” skomponował Włodzimierz Korcz do libretta Moniki Partyk.
          Wystąpiły trzy połączone chóry: Strzyżowski Chór Kameralny, Podkarpacki Chór Męski i Chór „Akord” z Mielca. Wystąpiła też Przemyska Orkiestra Kameralna. Całością dyrygował Grzegorz Oliwa, a solistami byli znakomici artyści polskiej sceny: Alicja Majewska, Olga Bończyk, Łukasz Zagrobelny i Grzegorz Wilk. Oratorium utrzymane było w tonie patriotyczno-sakralnym, ale momentami pojawiały się elementy wręcz humorystyczne. Włodzimierz Korcz stworzył nie tylko piękną, wartościową muzykę, ale w sposób genialny połączoną z tekstem opowiadającym o działaniach Kazimierza Pułaskiego i Konfederacji Barskiej, z historią, która wydarzyła się na podkarpackiej ziemi.

           Po wielkim koncercie, który odbył się na Zamku Kazimierzowskim, kolejne wieczory miały charakter kameralny i odbywały się w Sali Towarzystwa Muzycznego. Były one równie piękne i ciekawe. Koncert, który odbył się w Międzynarodowym Dniu Muzyki, zatytułowany został „Śmierć i dziewczyna”.
          - Wykonawcą drugiego koncertu był Kwartet Amelior w składzie: Gabriela Opacka – skrzypce I, Ada Kwaśniewicz – skrzypce II, Wojciech Witek – altówka i Jacek Francuz – wiolonczela.
           Zespół wspaniale się zaprezentował. Głównym punktem był tytułowy Kwartet smyczkowy d-moll „Śmierć i dziewczyna” D 810 Franza Schuberta, ale także przepięknie wykonany został I Kwartet smyczkowy op. 37 Karola Szymanowskiego i pewnie długo będę pod ogromnym wrażeniem tego wykonania.
Życzę tym znakomitym, młodym muzykom, aby współpracowali ze sobą na stałe, bo wiem, że różnie toczą się losy młodych muzyków i nie zawsze mogą grać razem z powodów organizacyjnych.

           Kolejny koncert odbył się 4 października i został zatytułowany „Barka na oceanie – scena młodych”. – Przyjechał do nas ze swoimi studentami Michał Dziad, pochodzący z Przemyśla pianista, absolwent Akademii Muzycznej w Krakowie w klasie prof. Andrzeja Pikula. Michał Dziad prowadzi obecnie klasę kameralistyki w macierzystej uczelni i przyjechali z nim dwaj jego studenci: Olech Malovichko i Radosław Goździkowski, którzy tworzą duet. W ich wykonaniu usłyszeliśmy kilka utworów z różnych gatunków muzyki: 3 preludia na klarnet i fortepian, Preludia taneczne Witolda Lutosławskiego Tema con variazioni oraz Introdukcję i Rondo op. 72 Charlesa-Marii Widora. Natomiast Michał Dziad wystąpił ze skrzypaczką Martyną Kaszkowiak, studentką pierwszego roku AM w Krakowie. W ich wykonaniu usłyszeliśmy kompozycję Karola Szymanowskiego Narcyz z cyklu Mity op. 30 oraz Sonatę na skrzypce i fortepian Claude Debussy’ego.

           Promująca młodych utalentowanych wykonawców Scena młodych wpisana jest w kalendarz każdej Przemyskiej Jesieni Muzycznej.
           - Owszem, bo młodzi wykonawcy bardzo tego potrzebują. Dzięki takim koncertom mogą zaprezentować się na scenie. Potrzebne są im także takie koncerty przed konkursami, bo mogą wykonać program, z którym później wystąpią na prestiżowych konkursach. Scena młodych jest bardzo ważnym koncertem w programie Festiwalu i nigdy z niej nie zrezygnujemy, bo stanowi ona pomost pomiędzy tym, co my aktualnie robimy, a tym, co będzie się kiedyś działo w naszej muzyce.

           W niedzielę, 6 listopada, odbył się koncert zatytułowany „Zaczarowany ogród” i był to niezwykły wieczór, w którym znane dzieła wielkich mistrzów przeplatały się ze słowem.
           - Głównymi bohaterami byli wykładowcy Akademii Muzycznej w Krakowie: Monika Wilińska-Tarcholik i Sławomir Cierpik, świetni pianiści, którzy od wielu lat tworzą wspaniały duet fortepianowy i grają najczęściej na cztery ręce. Zaproponowany przez nich program był baśniowy do głębi, bo usłyszeliśmy I i II Suitę Peer Gynt Griega, Suitę z baletu Dziadek do orzechów Czajkowskiego, Moja matka gęś Ravela i Dance Macabre Saint-Saënsa. Swoje utwory literackie, stworzone do wybranych utworów muzycznych, zaprezentowały dwie młode debiutantki: Anna Betleja i Anna Tarcholik. Publiczności bardzo się ten mariaż muzyki z literaturą podobał.

            Do tego koncertu można by także było dodać podtytuł: Scena młodych.
            - Oczywiście, tym bardziej, że młodzi ludzie zajmujący się twórczością literacką nie mają możliwości przedstawienia swoich utworów. Moja córka pisze wspaniałe opowiadania, zdobywa nagrody literackie, ale nie ma ich gdzie zaprezentować. Zarówno Anna Betleja, jak i Anna Tarcholik kształcą się w szkołach muzycznych i często muzyka inspiruje je do pisania utworów literackich. Uważam, że połączenie literatury i muzyki było dobrym pomysłem.
Trzeba się także zastanowić nad połączeniem muzyki z innymi nurtami sztuki – z poezją i malarstwem.
           Na plakacie tegorocznej Jesieni Muzycznej widnieje dzieło pana Henryka Lasko, które autor zatytułował „Przed baśniowym koncertem”. Ten obraz zdobi zarówno foldery, plakaty i jest baśniowym elementem przyciągającym publiczność. Pan Henryk Lasko podarował swoje bardzo oryginalne dzieło naszemu Festiwalowi.

           Na obrazach pana Henryka Lasko najczęściej widzimy przedstawiony na różne sposoby rodzinny, piękny Przemyśl, ale często także jego twórczość dotyka muzyki.
           - Zdradzę, że nie ma w tym nic dziwnego, bo jego córki są muzykami i z pewnością w domu muzyka rozbrzmiewała, a także nadal rozbrzmiewa bardzo często. Trudno, aby wrażliwa dusza malarza była obojętna na uroki muzyki. Synkretyzm sztuk nie jest żadną nowością i jestem przekonana, że powinniśmy do tego jak najczęściej wracać.

           Ciekawym połączeniem słowa i muzyki były koncerty zorganizowane 12 i 13 października z myślą o dzieciach. Trudno będzie opowiedzieć, co się działo w sali Towarzystwa Muzycznego w sobotę wieczorem i w niedzielne popołudnie. Sala była wypełniona po brzegi przede wszystkim dziećmi, chociaż byli także rodzice, babcie i opiekunowie (śmiech).
           - Wszyscy jesteśmy dziećmi, kto ma duszę dziecka, ten się zawsze będzie czuł dzieckiem. To także świadczy o wrażliwości i cieszę się bardzo, że także dorosłe osoby były naszymi gośćmi.
           Jak się pani przekonała, atmosfera była wspaniała, brakowało miejsc i trzeba było dostawić wszystkie krzesła, które znajdowały się w innych naszych pomieszczeniach. To jest niezwykła radość dla organizatorów, jeżeli brakuje miejsc i jest zainteresowanie, a dzieci słuchają i wspaniale odbierają.

            Jestem zachwycona reakcją dzieci, które chętnie włączały się i współpracowały z wykonawcami, a kiedy trzeba było, słuchały z wielką uwagą. Warto podkreślić, że wykonawcy mieli świetny pomysł na pokazanie bajki muzycznej „Piotruś i wilk” Sergiusza Prokofiewa. Dzieci wiele skorzystały podczas prezentacji instrumentów, a świetnym urozmaiceniem były efekty wizualne oraz fakt, że część dzieci mogła uczestniczyć w wykonaniu krótkiego utworku, grając na instrumentach perkusyjnych.
           - Jestem przekonana, że taki odbiór muzyki pamięta się bardzo długo. Zdarza się często, że po takim koncercie zachwycone dzieci kontynuują swoje zainteresowania. Jestem tego przykładem, bo pamiętam koncerty z dzieciństwa i pamiętam, że kiedy mnie coś urzekło, to zawsze próbowałam dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat. Chciałam poznać instrument, który mnie zafascynował, opowieść literacką i różne zagadnienia związane z tym, co usłyszałam i zobaczyłam na scenie.
           Rafał Paśko wszystko świetnie wyreżyserował i poprowadził. Wykonanie Kwintetu Dętego Filharmonii Podkarpackiej było wspaniałe, ale musi być do tej muzyki także bardzo dobry narrator, ktoś, kto wszystko dzieciom opowie krótko i zwięźle. Niezbędne jest także nawiązanie dobrego kontaktu z dziećmi, a Rafał Paśko nawiązał go już w pierwszych słowach.
Nie miał łatwego zadania, bo były dzieci w wieku przedszkolnym, szkolnym, a część dzieci uczy się w szkołach muzycznych i ich reakcja była poparta wiedzą o muzyce.

           Jestem przekonana, że o tych koncertach jeszcze długo będzie głośno, a później trzeba będzie się zastanowić nad koncertami związanymi z edukacją muzyczną.
            - Ja już wiem, że takie koncerty powinny się odbywać w ramach tego Festiwalu. Także w tym roku zamierzamy robić „Poranki muzyczne”. Bardzo bym chciała, aby one zagościły na stałe w sali Towarzystwa Muzycznego. Mamy bardzo dogodną lokalizację, bo mieścimy się w centrum miasta, w pobliżu kościołów, do których w niedziele uczęszczają całe rodziny. Później udają się do cukierni, na lody, na spacery i jestem przekonana, że w niedziele, w przedobiedniej porze, byłoby duże zainteresowanie koncertami dla dzieci.

            Teraz trwają ostatnie przygotowania do zakończenia XXXVI Przemyskiej Jesieni Muzycznej i ponownie wystąpi Przemyska Orkiestra Kameralna, która znakomicie się spisała podczas inauguracji, a teraz czeka Was może nawet trudniejsze wyzwanie, bo spektakl opery „Halka” Stanisława Moniuszki.
            - Tych dwóch wydarzeń nie da się porównać, bo to innego rodzaju muzyka. Nad „Halką” pracujemy już od dłuższego czasu, bo jest to duże dzieło i trudno je przygotować w czasie kilku prób. Nasza „Halka” została znakomicie zaaranżowana przez Mikołaja Majkusiaka na orkiestrę smyczkową, solistów i chór.
Reżyseruje pani Sabina Zapiór z wiedeńskiego stowarzyszenia Passion Artists.
Partie solowe wykonają:
Sabina Zapiór – Halka;
Tomasz Tracz – Jontek;
Łukasz Skrobek – Janusz;
Leszek Solarski – Stolnik;
Katarzyna Guran – Zosia;
Rafał Paśko – narrator;
Anna Sienkiewicz – słowo.
Wystąpią także: Przemyski Chór Kameralny i Przemyska Orkiestra Kameralna pod dyrekcją Grzegorza Cholewińskiego.
Godnie uczcimy Rok Stanisława Moniuszki, bo dwukrotnie wykonamy „Halkę”, bo już w sobotę (19 października) o 18:00 wystąpimy w Miejskim Ośrodku Kultury w Przeworsku na zakończenie XXXVI Przemyskiej Jesieni Muzycznej, a 20 października o 18:00 w Centrum Kulturalnym w Przemyślu.

            Na tak wielkie przedsięwzięcie, jak XXXVI Przemyska Jesień Muzyczna, trzeba było zgromadzić spore środki finansowe.
            - Owszem, ale w tym roku Festiwal został dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, pochodzących z Funduszu Promocji Kultury w ramach programu „Muzyka”, realizowanego przez Instytut Muzyki i Tańca. Otrzymaliśmy także dofinansowanie z Urzędu Marszałkowskiego Województwa Podkarpackiego i z Urzędu Miejskiego w Przemyślu.
          Mamy już także pewne pomysły na przyszły rok, bo listopad już za pasem i trzeba pisać wnioski o dofinansowanie na rok przyszły.
Mam nadzieję, że za niecały rok będziemy się cieszyć kolejną edycją Przemyskiej Jesieni Muzycznej.

Studia wiele uczą, ale najważniejsza jest praktyka.

           Byłam pod wielkim wrażeniem spektaklu opery „Straszy dwór” Stanisława Moniuszki, w reżyserii i inscenizacji Wiesława Ochmana, przygotowanym dziesięć lat temu z okazji 65-lecia Opery Śląskiej w Bytomiu. Okazuje się, że dobrze przygotowane dzieło po latach może zachwycić tak samo, jak na premierze. Nie pytałam, kto z wykonawców partii solowych brał udział w premierze bytomskiej, ale z pewnością nie wystąpiły wówczas panie: Gabriela Gołaszewska, która debiutowała w Sanoku w partii Hanny, ani Anna Borucka, kreująca partie Jadwigi.
           Twórcy i wykonawcy bardzo dobrze odnaleźli się na trochę mniejszej od bytomskiej scenie Sanockiego Domu Kultury. Słowa uznania należą się także chórowi i orkiestrze Opery Śląskiej oraz baletowi za ognistego mazura. Słuchając i obserwując to, co się dzieje na scenie, miałam także możliwość obserwować pracę dyrygenta Macieja Tomasiewicza, który od niedawna współpracuje z Operą Śląską. Artysta przez cały czas panował nad wszystkim, co się działo zarówno na scenie, jak i w kanale orkiestrowym. Wszystkie gesty były pewne i czytelne, co z pewnością miało wpływ na bardzo dobry efekt końcowy.

          Dlatego po zakończeniu spektaklu pobiegłam za kulisy z gratulacjami i poprosiłam pana Macieja Tomasiewicza o rozmowę.

           - Bardzo się cieszę, że spektakl się podobał i dziękuję za miłe słowa. Powiem szczerze, że dyrygowanie dziełem scenicznym jest pewnym wyzwaniem, bo na scenie są soliści, chór, balet, a towarzyszy im orkiestra. Całość musi dobrze zabrzmieć i dyrygent musi dbać o to, aby wszyscy czuli się komfortowo. Dlatego staram się zawsze tak opanować całą partyturę, żeby rzadko się nią posługiwać i być na bieżąco ze wszystkim, co się dzieje i jeśli sytuacja tego wymaga, wspomóc solistów, chór lub orkiestrę.

          W Sanoku są inne warunki niż w Operze Śląskiej i spektakl musiał zostać do nich dostosowany.
           -Tutaj jest dużo mniejsza scena i dlatego pewne rozwiązania musiały być zastosowane i trzeba było niektóre sceny zrealizować inaczej. Jak pani sama widziała, nie było żadnych problemów w czasie spektaklu, wszyscy artyści znakomicie wykonali swoje role, a co najważniejsze, „Straszny dwór” bardzo spodobał się publiczności. Z wielką radością wyszedłem na scenę i kłaniałem się razem z solistami i chórem, dziękując za długą, gorącą owację.

          Jest Pan młodym człowiekiem i chyba niedawno kończył Pan studia dyrygenckie. Czy wówczas już Pan wiedział, co będzie przeważało w Pana działalności – muzyka symfoniczna czy operowa?
          - Absolutnie nie. Od tamtego czasu niewiele się zmieniło, bo nie chcę się w żadnym wypadku zamykać na jeden rodzaj muzyki, na muzykę sceniczną albo orkiestrową, tylko chciałem działać w każdym gatunku muzyki i tak do dzisiaj pozostało. Uprawiam także muzykę kameralną, bo prowadzę Orkiestrę Kameralną „Archetti” Miasta Jaworzna, jestem dyrygentem Polskiej Młodzieżowej Orkiestry Symfonicznej w Bytomiu i Młodzieżowej Orkiestry Symfonicznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach. Mam szczęście pracować z zespołami operowymi w Polsce i mam nadzieję, że tak pozostanie.

          Przez cały czas miał Pan szczęście do mistrzów – dyrygentów, z którymi mógł Pan współpracować, asystując im.
          - To prawda, bo studia wiele uczą, ale najważniejsza jest praktyka. Ja miałem szczęście, bo mogłem obserwować, jak pracują nad spektaklami operowymi Michał Klauza, Bassem Akiki, Tadeusz Kozłowski, asystowałem Jackowi Kasprzykowi, który dyrygował koncertowymi wykonaniami oper. Obserwowałem pracę Gabriela Chmury, Mirosława Jacka Kasprzyka i Szymona Bywalca. Jako asystent dyrygenta współpracowałem z Narodową Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia w Katowicach i z Teatrem Wielkim w Łodzi. Dyrygowałem koncertami Orkiestry Akademii Beethovenowskiej, Orkiestry Opery i Filharmonii Podlaskiej oraz orkiestrami Filharmonii: Kaliskiej, Śląskiej, Świętokrzyskiej, Zielonogórskiej oraz Śląskiej Orkiestry Kameralnej.
To wszystko było bardzo ciekawe i dużo się nauczyłem.

          Pan Łukasz Goik, dyrektor Opery Śląskiej, ze smutkiem mówił, że teraz będzie Pan rzadziej bywał na Śląsku.
          - Tak chyba będzie. Mogę się pochwalić, że wygrałem konkurs na asystenta dyrektora artystycznego Filharmonii Narodowej, którym jest Andrzej Boreyko. To dla mnie wielka nobilitacja i bardzo się cieszę, że mogłem stanąć w szranki ze znakomitymi młodymi polskimi dyrygentami, a Maestro zwrócił na mnie uwagę i stwierdził, że chce ze mną współpracować. To jest dla mnie wielkie, może nawet największe wyróżnienie.

           Pewnie czeka Pana dużo ciężkiej pracy, ale także wiele się Pan nauczy, pozna Pan znakomitych mistrzów batuty pracując w Filharmonii Narodowej, ale myślę, że nie zerwie Pan kontaktów z zespołami, z którymi do tej pory Pan pracował.
           - Mam nadzieję, bo ogromnym sentymentem darzę wszystkie zespoły, z którymi współpracowałem. Mam takie szczęście, że wszędzie ta praca przebiegała harmonijnie, a jestem związany ze Śląskiem dość mocno sentymentem i jeśli tylko będzie taka możliwość, to bardzo chętnie będę tam wracał.

           Miałam nadzieję, że porozmawiamy dłużej, ale musimy już kończyć rozmowę, bo już większość wykonawców przebrała się i czeka na Pana w autokarze, ponieważ wracacie jeszcze dzisiaj do domu. Życzę powodzenia w realizacji wszystkich planów i mam nadzieję, że będzie okazja do następnych spotkań na Podkarpaciu, bo chyba chętnie będzie Pan do nas wracał.
           - Wyjeżdżam z najlepszymi wrażeniami i jak tylko będzie taka możliwość, to bardzo chętnie powrócę w te strony.

Z panem Maciejem Tomasiewiczem, świetnym dyrygentem młodego pokolenia, który dyrygował spektaklem opery „Straszny dwór” Stanisława Moniuszki w czasie XXIX Festiwalu im. Adama Didura rozmawiała Zofia Stopińska 22 września 2019 roku w Sanoku.

Zaproszenie na III Rzeszowską Jesień Muzyczną

           Czas, który dzieli nas od rozpoczęcia III Rzeszowskiej Jesieni Muzycznej, można policzyć już w godzinach, bo impreza rozpoczyna się 5 października 2019r.
           Pomysłodawcą tego wydarzenia jest pan Grzegorz Mania, absolwent Akademii Muzycznej w Krakowie w klasie fortepianu prof. Stefana Wojtasa (dyplom z wyróżnieniem) i Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie (studia prawnicze). Doskonalił swoje umiejętności w zakresie gry na fortepianie w Guildhall School of Music and Drama w Londynie, a na Uniwersytecie Jagiellońskim uzyskał tytuł doktora nauk prawnych za pracę poświęconą muzyce w prawie autorskim.
          Grzegorz Mania występuje jako solista i kameralista w kraju i za granicą. Jest doświadczonym i wszechstronnym muzykiem-kameralistą. Współpracuje z wieloma znakomitymi solistami, wspólnie z pianistą Piotrem Różańskim współtworzy duet Zarębski Piano Duo. Pan Grzegorz Mania jest Prezesem Zarządu Stowarzyszenia Polskich Muzyków Kameralistów.

          Zofia Stopińska: Organizatorem wszystkich edycji Rzeszowskiej Jesieni Muzycznej jest reprezentowane przez Pana Stowarzyszenie Polskich Muzyków Kameralistów.
          Grzegorz Mania: Organizatorami są także: Wydział Muzyki Uniwersytetu Rzeszowskiego oraz rzeszowscy Dominikanie, którzy dołączyli do nas w tym roku. Bardzo się z tego cieszymy, bo fundusze nam pozwoliły na to, żeby zaprosić również orkiestrę kameralną i rozpoczynamy nasz Festiwal koncertem w świątyni. Możemy pokazać, że muzyka kameralna może pięknie brzmieć także w innych wnętrzach, bo tak naprawdę ona nie wywodzi się z sal koncertowych.
          Cieszę się, że dwa koncerty tegorocznego Festiwalu odbędą się w Kościele oo. Dominikanów.
Tam w sobotę, 5 października o 20:00, inaugurujemy III Rzeszowską Jesień Muzyczną, a wystąpi orkiestra kameralna Extra Sounds Ensemble. Ten zespół kiedyś grał bardzo często z Nigelem Kenndy’m , a solistkami będą skrzypaczki Alicja Śmietana i Maria Sławek. Podczas tego wieczoru zabrzmią dzieła kompozytorów różnych epok, od baroku poczynając, aż po wiek dwudziesty.

           Drugi koncert odbędzie się w następnym dniu i tak będzie w sumie przez trzy październikowe weekendy.
           - Bardzo się cieszę, że ten Festiwal wzrastał z każdym rokiem. Zaczynaliśmy od trzech koncertów, podczas drugiej edycji w ubiegłym roku udało się zorganizować pięć koncertów, a w tym roku będzie ich w sumie sześć.
Postanowiliśmy, że w niedziele koncerty rozpoczynać się będą o 16:00, tak, aby po obiedzie był czas na popołudniową kawę, spacer i na koncert.

           Już 6 października o 16:00, w sali koncertowej Wydziału Muzyki Uniwersytetu Rzeszowskiego rozpocznie się recital wokalny.
           - Bardzo się cieszę, że mamy w ofercie recital wokalny, bo moją ambicją jest, aby te recitale pojawiały się w każdej edycji Festiwalu. Uważam, że za mało jest recitali pieśniowych w Polsce. W tym roku zachęcam podwójnie dlatego, że wykonawczyni jest fantastyczna i nie odmówiłem sobie przyjemności grania z nią. Pani Hanna Hipp jest wspaniałą mezzosopranistką, która podbija światowe sceny operowe. Śpiewała w mediolańskiej La Scali, regularnie wraca do Covent Garden Theatre i zawsze gorąco jest oklaskiwana na tych scenach za cudowny śpiew i genialne aktorstwo.
          W Rzeszowie Hanna Hipp wystąpi z bardzo ciekawym repertuarem. Koncert rozpoczniemy od pieśni Stanisława Moniuszki, ale później pojawią się pieśni Francois’a Poulenca, który skomponował cykl „8 polskich pieśni”, ale właściwie są to jego autorskie aranżacje bardzo popularnych pieśni – m.in. „Płynie Wisła, płynie”, „Jezioro”, „Polska młodzież”. Są to patriotyczne „hity” przefiltrowane przez język muzyczny Poulenca. Bardzo rzadko można usłyszeć na estradach te pieśni do polskich tekstów, napisane przez francuskiego kompozytora. W programie znajdą się także nieznane, cudowne pieśni ludowe Benjamina Brittena, oraz bardzo popularne cykle pieśni Maurycego Ravela i Manuela de Falli.

          Udało się Panu zaprosić do Rzeszowa znakomitych wykonawców, bo oprócz świetnych artystów zajmujących się wyłącznie wykonywaniem muzyki kameralnej, wystąpią także wspaniali soliści, którzy grać będą wspólnie.
          - To prawda, bo 19 października o 20:00 rozpocznie się drugi koncert w Kościele oo. Dominikanów w Rzeszowie, gdzie odbędzie się klasyczny recital kameralny, a wystąpi znany ze świetnych kreacji muzyki polskiej „Messages Quartet” w składzie : Małgorzata Wasiucionek – skrzypce, Oriana Masternak – skrzypce, Maria Shetty – altówka i Beata Urbanek-Kalinowska – wiolonczela.
Usłyszymy kwartety smyczkowe Stanisława Moniuszki, Władysława Żeleńskiego oraz Johannesa Brahmsa.
          W następnym dniu (20 października) o 16:00 spotkamy się w sali koncertowej Wydziału Muzyki UR, aby posłuchać jednego z najlepszych polskich duetów fortepianowych – „Ravel Piano Duo”, który tworzą Agnieszka Kozło i Katarzyna Sokołowska. Ten Duet ma w repertuarze ogromną ilość utworów, a w Rzeszowie wykonają kilka arcydzieł. Będzie Fantazja f-moll Franza Schuberta, ale w programie przeważać będą mało znane utwory polskich kompozytorów: Stanisława Moniuszki, Władysława Żeleńskiego i Zygmunta Noskowskiego.

           Wspaniałymi wydarzeniami będą z pewnością koncerty, które zakończą III Rzeszowską Jesień Muzyczną.
           - W sobotę, 26 października o godz. 18:00, w sali Wydziału Muzyki odbędzie się wyjątkowy koncert, który chyba nie zdarzyłby się nawet w Warszawie w takim składzie. Podczas tego wieczoru wystąpią: skrzypkowie Jakub Jakowicz i Maria Sławek, altowiolistka Katarzyna Budnik- Gałązka, wiolonczelista Bartosz Koziak i pianista Krzysztof Książek. Trudno sobie wyobrazić lepszych muzyków. Trzeba także podkreślić, że kwintet fortepianowy dość rzadko gości na scenach, a w tym składzie wystąpi chyba po raz pierwszy i to wydarzenie będzie miało miejsce w Rzeszowie. Rewelacyjnie zapowiada się program, bo najpierw usłyszymy dwa kwartety fortepianowe: Gustava Mahlera i Franka Bridge’a , później zabrzmi Kwintet fortepianowy Johannesa Brahmsa.
           Zakończy Festiwal w niedzielę (27 października) o 16:00 recital Kai Danczowskiej, która z radością przyjęła zaproszenie do Rzeszowa. Maestra Kaja Danczowska przyjedzie razem z córką Justyną. Koncert będzie wyjątkowy również ze względu na program, bo usłyszymy kapitalną Sonatę tureckiego kompozytora Fazila Say’a, Sonatę Philippa Glassa, a ponieważ w tym roku mamy okrągłe rocznice urodzin i śmierci Grażyny Bacewicz, stąd w programie pojawi się także Partita tej kompozytorki.
Zapraszam serdecznie na wszystkie koncerty III Rzeszowskiej Jesieni Muzycznej.

Z Panem Grzegorzem Manią – pianistą, kameralistą, prawnikiem i Prezesem Zarządu Stowarzyszenia Polskich Muzyków Kameralistów rozmawiała Zofia Stopińska

Festiwal Muzyczny im. Jana Kusiewicza w Jarosławiu

          Ze wspaniałymi wrażeniami wróciłam z sobotniego koncertu pierwszej edycji Festiwalu Muzycznego im. Jana Kusiewicza w Jarosławiu, który odbywa się z inicjatywy dwóch panów: Starosty Jarosławskiego Tadeusza Chrzana oraz urodzonego w tym pięknym mieście tenora i pedagoga dr hab. Jacka Ścibora, Dyrektora Artystycznego i Programowego Festiwalu.
Zaproszenie gospodarzy przyjął prof. dr hab. Piotr Kusiewicz, syn Patrona Festiwalu
Impreza zaplanowana została w dniach 27 – 29 września 2019 roku i odbywa się w Zespole Państwowych Szkół Muzycznych w Jarosławiu.

           Festiwal rozpoczął „Wieczór z Primadonną”, a jego główną bohaterką była wspaniała sopranistka Katarzyna Oleś-Blacha, która wystąpiła z towarzyszeniem pianistki Marty Mołodyńskiej-Wheeler. Ostatni dzień dedykowany jest dzieciom, które zostały zaproszone przez Organizatorów na Poranek Muzyczny „Chopin, Moniuszko i inne chłopaki czyli nasza kadra artystyczna”
           Najbardziej owocna w wydarzenia była sobota 28 września (drugi dzień Festiwalu), bowiem już o 10:00 przed południem rozpoczęły się Mistrzowskie Lekcje Śpiewu – dedykowane uczniom klas wokalnych szkół muzycznych Podkarpacia, prowadzone przez prof. dr hab. Piotra Kusiewicza, śpiewaka, pianistę i pedagoga – profesora śpiewu w Akademii Muzycznej w Gdańsku i w Akademii Sztuki w Szczecinie.
           O 18:00, rozpoczęła się pierwsza część festiwalowego wieczoru – „Jan Kusiewicz we wspomnieniach syna”. Była to bardzo interesująca prelekcja połączona z prezentacją multimedialną.
           Część druga, zatytułowana została „Kontynuatorzy Sztuki Wokalnej Maestro Jana Kusiewicza”, której gospodarzem był również prof. Piotr Kusiewicz. Ta część wieczoru rozpoczęła się świetnym występem zaproszonych gości z Czech – sopranistki Olgi Procházkovej, której towarzyszył František Šmid zasiadający przy organach i fortepianie. Artyści wykonali pięć ulubionych utworów Maestro Jana Kusiewicza – m.in.: „Ave Maria” G. Donizettiego (w duecie z Piotrem Kusiewiczem) i słynną arię „Miesiączku, powiedz mi” z opery „Rusałka” A. Dvořaka.
           Środkowe ogniwo wypełniły występy studentów prof. Piotra Kusiewicza z klas śpiewu w Akademii Muzycznej w Gdańsku i Akademii Sztuki w Szczecienie. Z towarzyszeniem pianistów Jadwigi Zieniewicz i Krzysztofa Figla śpiewali: Piotr Gryniewicki – tenor, Michał Komorek – bas, Damian Zaborowski – tenor, Jakub Borowczyk – kontratenor (wspaniała aria z opery „Tankred”) i Chińczyk Jingxing Tan - tenor (aria z opery G. Donizettiego „Córka pułku” (w której aż 9 razy trzeba zaśpiewać „wysokie c”).
          Na zakończenie wystąpiła Iga Caban – sopran, która także uczyła się śpiewu u prof. Piotra Kusiewicza, a od niedawna jest solistką opery w Genewie. Artystka z towarzyszeniem pianisty Krzysztofa Figla, rewelacyjnie wykonała wielką scenę Eleonory z opery „Trubadur” G. Verdiego (z oddali towarzyszył jej Jingxing Tan w roli Manrica). Wieczór zakończył ognisty Czardasz z operetki „Cygańska miłość” F. Lehara w wykonaniu Igi Caban i pianisty Krzysztofa Figla.
Z pewnością wypełniająca salę publiczność, tak jak ja, długo nie zapomni tego wieczoru.

          Pragnę także zaprosić Państwa do przeczytania wywiadu zarejestrowanego w Jarosławiu w marcu 2017 roku, który przybliży wszystkim znakomitego Patrona nowego Festiwalu Muzycznego w Jarosławiu

           Pamięci Maestro Jana Kusiewicza  - Maestro Jana Kusiewicza wspomina syn prof. Piotr Kusiewicz

           Zofia Stopińska: W ramach VI Dni Muzyki Fortepianowej im. Marii Turzańskiej w Jarosławiu, mamy wieczór poświęcony pamięci jednego z najwybitniejszych tenorów XX wieku - Jana Kusiewicza w 95. rocznicę urodzin. Pana Ojciec przeszedł do historii polskiej wokalistyki jako „Maestro wysokiego c”. Na Podkarpaciu, a szczególnie w Jarosławiu i okolicy Jego życiorys i działalność powinny być znane, bo przecież urodził się niedaleko stąd.
          Piotr Kusiewicz: Dlatego zostałem tutaj zaproszony. Te strony zawsze były bliskie mojemu Ojcu i podkreślał to w wielu wywiadach, których często udzielał. Ze szczególnym sentymentem przywoływał w pamięci pani wizytę w Gdańsku i rozmowę nagraną dla Radia Rzeszów. Zawsze się ożywiał, kiedy była mowa o Rzeszowie, a szczególnie gdy wspominało się Jarosław. Jestem bardzo szczęśliwy, a jednocześnie czuję się zaszczycony, że na tak ważnym festiwalu jak „Dni Muzyki Fortepianowej im. Marii Turzańskiej”, jeden z wieczorów został poświęcony pamięci mojego Ojca. Niedługo będą dwa lata, jak odszedł, w wieku prawie 94. lat.          Do końca Jego myśli zawsze wędrowały w okolice Jarosławia, czyli do Rzeplina – małej wioseczki, której parafia jest w Pruchniku. Od dziecka miałem zakodowane dwie miejscowości – Rzeplin i Jarosław. Większość ludzi rozmawiających z Ojcem, nie uświadamiała sobie, gdzie ten Rzeplin jest, a nawet często zniekształcano nazwę i mówiono Rzepin. Ojciec reagował natychmiast – „... nie, nie, nie, to żaden Rzepin, to jest Rzeplin, piękna wioska koło Jarosławia, w przedwojennym województwie lwowskim”. Przecież to wszystko zupełnie inaczej wtedy wyglądało. Ojciec z rodziną wyjechał z Rzeplina jak miał 2 latka, to był rok 1923. Wyjechali do Torunia, ponieważ tam była możliwość osiedlenia się i pracy. Pomimo, że był małym dzieckiem, to jednak zapamiętał pewne obrazy z Rzeplina, o których często mówił. Pamiętał rzekę, wielkie drzewa, najbliższe domy i osoby, które się nim zajmowały. Wrócił do Rzeplina jak miał 77 lat. Miałem wówczas koncert w Filharmonii Rzeszowskiej, śpiewałem w „Stworzeniu Świata” – Haydna. Zaproponowałem rodzicom, aby wybrali się ze mną do Rzeszowa. Nie trzeba ich było długo namawiać, ponieważ moja Mama jak usłyszała, że gdzieś jedziemy, to już była spakowana i gotowa do wyjścia. Tato specjalnie nie lubił dalekich podróży, ale jak usłyszał, że jedziemy w jego rodzinne strony, zgodził się natychmiast. W Rzeszowie spotkaliśmy się z nieodżałowanej pamięci prof. Anną Budzińską, która przysłała nam na studia do Gdańska, wspaniałego Pawła Skałubę. Paweł był z nami przez cały czas pobytu w Rzeszowie. Dysponował on samochodem i podróżowaliśmy po tych pięknych rejonach. Pojechaliśmy oczywiście do Rzeplina i ojciec chodząc po miejscach, które pamiętał z dzieciństwa – mówił : „... mój Boże, to jest strumyczek, a kiedyś wydawało mi się, że to jest wielka rzeka. Te wszystkie przestrzenie są takie malutkie, a zapisały mi się w pamięci, jako ogromne, baśniowe...”. Byliśmy również w Pruchniku. Odwiedziliśmy tam proboszcza księdza kanonika Kazimierza Trelkę. Weszliśmy do kościoła, stanęliśmy przy chrzcielnicy, gdzie Ojciec przed laty był chrzczony i zaśpiewaliśmy „Ave Maria” – Donizettiego w tercecie – Tato z Pawłem śpiewali partię tenorową, a Ja „robiłem” za podwójnego barytona. Ta wizyta w Rzeplinie bardzo poruszyła mojego Ojca. Chociaż mieszkał tam krótko, ale zawsze powracał myślami do tego okresu. Związany był też bardzo z Toruniem, ponieważ rodzina zamieszkała w tym mieście na stałe. Tam chodził do szkoły, tam zaczął śpiewać w chórze w Katedrze Świętych Janów. Tam też zastała ich wojna i stamtąd został zabrany do obozu koncentracyjnego w Stutthofie. Po wojnie wrócił do Torunia, gdzie pracował w Urzędzie Miejskim – śmiał się, że był „dygnitarzem miejskim”, ale jednocześnie chodził do szkoły muzycznej. Od 1950 roku, zaczęła się jego droga związana z Gdańskiem w którym mieszkał do końca życia.

           W wywiadzie, który miałam zaszczyt i przyjemność z panem Janem Kusiewiczem przeprowadzić przed laty - wielki tenor powiedział skromnie, że głos dała mu Bozia. Tutaj należy podkreślić, że nawet najsławniejsi tenorzy, nie mieli na zawołanie „wysokiego c” i nie potrafili z taką lekkością śpiewać o każdej porze dnia i nocy.
          - Ja myślę, że to był dar, który otrzymał właśnie od Boga. Był osobą wierzącą, ale nie starał się, aby wszyscy go w kościele widzieli. Skromniutko i cichutko zawsze siadał na chórze, gdzie nikt go nie rozpraszał. Nikt nie wiedział, że Kusiewicz śpiewa też w kościele.

          Wspaniały głos uratował panu Janowi życie w obozie koncentracyjnym.
          - Ojciec wiele razy opowiadał, że w obozie kazali im różne piosenki śpiewać jak szli do pracy, albo po apelach. Kiedyś śpiewali ludową piosenkę „ Wyganiała Kasia wółki”. Sami mężczyźni, a więc śpiewali dość nisko. Ponieważ dla Ojca to było stanowczo za nisko, śpiewał oktawę wyżej. Usłyszał to oczywiście sztubowy i kazał mu odejść na bok. Powiedział mu: „...dam ci dodatkową porcję jedzenia, abyś miał siłę do śpiewania”. Sztubowy był Kaszubem z pochodzenia. Myślę o tym często, bo przecież to były czasy, kiedy ludzie byli zmuszani do robienia różnych rzeczy. My tych czasów nie rozumiemy i osądzamy tych ludzi, a ja jestem wdzięczny temu człowiekowi, że dzięki niemu Ojciec miał jedną pajdę chleba, czy trochę brukwi więcej i jakoś przetrwał do końca wojny. Inne zdarzenie miało miejsce przy egzekucji. Wieszano więźniów, a chwilę wcześniej jeden z „opiekunów” powiedział do Ojca : „Teraz im coś zaśpiewaj – najlepiej jakieś tango”. Ojciec popatrzył na tych zmasakrowanych ludzi i zaśpiewał arię kościelną „Pieta Signore”, która przez całe lata była przypisywana Alessandro Stradelli. Skomponował ją faktycznie Louis Niedermeyer, a opera z której ta aria pochodzi była zatytułowana „Stradella”. Nie chodzi jednak o to. Kiedy ojciec skończył, padło pytanie: „Takiego tanga to jeszcze nie słyszałem – o czym ty śpiewałeś?” Ojciec powiedział zgodnie z prawdą – „Panie, zlituj się nad tymi ludźmi i okaż im łaskę”. Nie wiadomo, czy piękny śpiew, czy utwór sprawiły, że nie otrzymał żadnej kary.Ojciec był w obozie do ostatniej chwili jego istnienia. Kiedy obóz likwidowano, tysiące więźniów pędzono w kierunku Wejherowa. Kiedy znaleźli się w tamtejszym więzieniu, w nocy zauważono jakieś przewinienie i pomimo, że ktoś się przyznał i został zastrzelony. Wiadomo było, że na tym się nie skończy. Wszystkim kazano stanąć pod murem. Był środek nocy, więźniów oświetlono reflektorami, a Ojciec stał w pierwszym rzędzie. Pomyślał wtedy: „Mój Boże, niewiele lat przeżyłem (miał niecałe 24 lata), a trzeba się pożegnać z życiem”. Lufy karabinów były wymierzone w więźniów i czekano na komendę. W tym momencie na kilka sekund zgasło światło – zrobiło się ciemno. Wiedziony jakimś instynktem samozachowawczym Ojciec, padł natychmiast na ziemię i za sekundę poleciały salwy – ciała innych znalazły się na nim. Zazwyczaj, po takich egzekucjach sprawdzano, czy ktoś żyje i dobijano żywych. Ponieważ Rosjanie byli blisko, Niemcy tym razem nie mieli na to czasu. Kiedy nastała cisza, Ojciec po jakimś czasie wygrzebał się i poszedł do najbliższej wioski. Miał darowane życie. Nigdy nie sądził, że będzie długo żył. W obozie robiono na nim ćwiczenia pseudo – medyczne - z klatki piersiowej wyrwano mu jakiś nerw. Skutek tego był taki, że zrobiły mu się zrosty na lewym płucu. Podczas badań lekarskich, po prześwietleniu, te zrosty były widoczne i zwykle stawiano diagnozę, że ma gruźlicę. To była jednak tylko część obumarłego płuca. Pomimo to śpiewał tak długo i zadziwiał siłą swojego głosu. Zaraz po wojnie mówił, że pożyje góra dwadzieścia lat, dożył 94. , a odszedł w spokoju – w Niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego o godzinie 4.30 we śnie. Kiedy lekarz – prof. Leszek Bieniaszewski stwierdził zgon – powiedziałem : panie profesorze, cieszę się, że Ojciec radosne Alleluja zaśpiewa Panu Zmartwychwstałemu. Uważam bowiem za wielki dar, że w tym dniu mógł odejść z tego świata.

          Powiedzmy teraz o związkach pana Jana Kusiewicza z Operą Bałtycką, bo był jednym z pierwszych śpiewaków tej Opery.
          - Ojciec i Jerzy Szymański - znakomity gdański bas, pochodzący z Torunia i późniejszy mój profesor – pojechali na konkursowe przesłuchania do Bydgoszczy i tam zostali zauważeni. Otrzymali propozycję pracy w nowo utworzonym Studio Opery Bałtyckiej. Od 1 stycznia 1950 roku, Ojciec został tam już zaangażowany i pierwszą jego partią operową, był Leński w „Eugeniuszu Onieginie”. Dyrektorem Studia Operowego i późniejszej Opery Bałtyckiej był Zygmunt Latoszewski - legenda polskich dyrygentów, wspaniała postać. Dostać się pod jego skrzydła było wielkim szczęściem, ponieważ można było szlifować swoje umiejętności dzięki jego wskazówkom. Stopniowo Ojciec wchodził w różne przedstawienia. Pojawił się w roli Stefana w „Strasznym dworze”, później była „Halka”, „Faust”. Tych oper było dwadzieścia pięć i trudno mi wymienić je chronologicznie. Kazimierz Wiłkomirski, który również tam działał i przygotowywał „Cyrulika sewilskiego” w 1952 roku. Obsadził Ojca w roli Almavivy. Przed premierą była prezentacja opery w formie koncertowej. Wydarzenie to zostało nagrane przez Radio Gdańsk. Niezapomniana red. Wanda Obniska dbała aby wszystkie ważne wydarzenia były zarejestrowane. Dzięki temu, mam to nagranie jak Ojciec śpiewał Almavivę. Zdarzyło się to jeden raz w jego życiu. Dyrekcja powierzała mu, zgodnie z predyspozycjami, role cięższego gatunku. Do partii Almavivy trzeba mieć bardzo lekki głos, operować sprawną koloraturą , natomiast frazy Verdiego, Pucciniego czy Moniuszki są inne. Ojciec miał kolegów, którzy dysponowali lżejszymi głosami i wytłumaczył dyrektorowi, żeby im dać szansę. Tak się też stało.

          Pewnie będąc jeszcze dzieckiem, wielokrotnie podziwiał Pan swego Ojca śpiewającego różne partie podczas spektakli operowych.
          - Pamiętam, że po raz pierwszy byłem w operze, kiedy miałem 3 lata. To był „Eugeniusz Oniegin”. Ojciec wówczas nie śpiewał i razem siedzieliśmy na widowni. Po raz pierwszy znalazłem się w świątyni sztuki. Zobaczyłem ciemną widownię i rozjaśnioną scenę, na której był domek z oknami, z drzwiami, a przed nim, jakaś pani sprzątała liście. To był bardzo malowniczy obraz, dzisiaj kojarzę go z płótnami Chełmońskiego. Wkrótce Ojciec zabrał mnie na „Cyrulika sewilskiego”. Rozynę śpiewała cudowna Bogna Sokorska. Miałem wówczas 4 lata, siedziałem bardzo poważny w pierwszym rzędzie, z uwagą śledziłem całą operę. Kiedy wróciłem do domu, powtarzałem bardzo znany motyw z Uwertury. Rodzice wówczas stwierdzili, że mam pamięć muzyczną, poczucie rytmu i dobry słuch. Pamiętam, że była na tym spektaklu jakaś ważna delegacja z Warszawy i jej członkowie siedzieli tuż za nami, w drugim rzędzie. Jeden z panów, który nazywał się Stefan Jędrychowski w przerwie zwrócił się do mnie z pytaniem: „Nie jesteś chłopczyku zmęczony? Nie chce ci się spać?”. Bardzo poważnie stwierdziłem wówczas – proszę pana ja jestem w operze, tu się nie śpi. To były lata 50-te. Następną dekadę nazywam „złotym okresem Opery Bałtyckiej”. W 1967 roku Ojciec wrócił z rodzinnych odwiedzin w Kanadzie i przywiózł mi mały, przenośny magnetofon szpulowy. Zacząłem na nim nagrywać opery. Przede wszystkim te, w których Ojciec brał udział. Dyrekcja Opery nie miała nic przeciwko temu. Teraz pewnie nie było by to możliwe. Nagrałem kilkanaście oper w ciągu paru lat i proszę sobie wyobrazić, że one stanowią dla mnie bezcenny materiał dźwiękowy z tamtego okresu. Robię teraz z tych nagrań płyty – portrety muzyczne gwiazd opery bałtyckiej z jej złotego okresu. Zdążyłem przygotować CD Heleny Mołoń, która także pochodzi z tych rejonów. Wprawdzie urodziła się w Drohobyczu, ale rodzina przeniosła się do Jarosławia i do dzisiaj tutaj mieszka. Przedstawicielem rodu jest pan doktor Maciej Mołoń wspaniały i ceniony w Jarosławiu stomatolog. Pani Helena Mołoń ukończyła 100 lat 27 stycznia. Była wielka uroczystość z tej okazji. W prezencie, przygotowałem płytę z jej nagraniami, głównie pochodzącymi z moich taśm. Wprawdzie są to nagrania amatorskie, ale odświeżone przez pana Mariusza Zaczkowskiego – mojego serdecznego przyjaciela, który jest znakomitym realizatorem dźwięku, brzmią bardzo dobrze. Doskonaląc te nagrania, pan Mariusz pomaga mi zachować pamięć o artystach, którzy przed laty byli gwiazdami Opery Bałtyckiej. Dzięki temu można się cieszyć ich sztuką, na której ja się wychowałem. Swoją świadomość, smak muzyczny, doświadczenie i wiedzę – budowałem słuchając tych osób, obcując z nimi. To jest mój dług wobec nich. Jest to praca czasochłonna - trzeba materiał opracować, wytłoczyć płytę , zaprojektować i przygotować odpowiednią szatę graficzną. Te wszystkie komponenty nie są tanie, ale jak taka płyta trafia do rąk zainteresowanych – dziwią się : ”Gdzie to zostało wydane”. Mam tych płyt kilkanaście. Zebrałem między innymi nagrania mojego profesora – Jerzego Szymańskiego, znakomitej Urszuli Szerszeń, świetnej Aliny Kozłowskiej, a w tej chwili kończę płytę Marii Zielińskiej, która też była wielką damą gdańskiej sceny i w przyszłym tygodniu kończy 93 lata . Chcę jej też zrobić niespodziankę. Ta kolekcja powstaje dzięki temu, że ja chodziłem i nagrywałem, nie przypuszczając nawet, że kiedyś to się przyda. To jest bezcenny materiał. Nieważne, że jest niedoskonały pod względem technicznym, ale pan Mariusz robi wszystko, aby to brzmiało z najmniejszym uszczerbkiem dla głosu, bo wiadomo, że jak się poprawia dźwięk, redukuje szumy, to często odbywa się to kosztem głosu. On potrafi tak to zrobić, że głos nie cierpi a nagrania zyskują na jakości.

          Pana Matka była świetną pianistką.
          - Moja Mama całe życie była w cieniu Ojca i do dzisiaj pozostaje w cieniu - nawet ja wspominam o niej w drugiej kolejności – może dlatego, że nie żyje już osiemnaście lat ( w maju będzie osiemnaście lat jak odeszła). Miała zaledwie 69 lat – mogła jeszcze żyć, ale nieuleczalna choroba jaką jest rak żołądka, skróciła jej życie. Mama była dziewięć lat młodsza od ojca. Spotkali się w Średniej Szkole Muzycznej w Gdyni – Orłowie. Mama była w klasie fortepianu, a ojciec w klasie śpiewu, natomiast babcia pracowała w Operze w księgowości. Była kiedyś taka sytuacja, że Opera jechała z koncertem do pobliskiego Władysławowa. Tato miał wówczas śpiewać i babcia postanowiła zabrać Halusię, bo tak mówiła o swojej córce, na ten koncert. Jak opowiadała mi Mama, zafascynował ją głos Ojca, śpiewał tak pięknie, że aż ją za serce ściskało. Niedługo spotkali się po zajęciach w szkole muzycznej, do której razem chodzili i Ojciec poprosił, aby mu coś zagrała. Tak się zaczęło... Na wspólne muzykowanie, Mama zaprosiła Ojca do domu, ona grała na fortepianie, a on śpiewał. Postanowiła też czymś poczęstować młodego atrakcyjnego tenora. Pięknie potrafiła nakryć i przyozdobić stół, ale nie miała serca do przygotowywania potraw, a babci nie było w domu. Jak ojciec mi po latach opowiadał o tej wizycie - Mama znalazła jakieś śledzie w słoiku, które jeszcze nie były przygotowane odpowiednio do jedzenia, zalała je tranem i podała. Tata zjadł, wprawdzie z trudem mu przez gardło przeszło, ale nie wypadało odmówić. Ledwo skończył jedną porcję, a na talerzu znalazła się druga. Do końca życia pamiętał jak jadł te śledzie. Później ich drogi się połączyły i byli razem.

          Odziedziczył Pan po rodzicach talent i jako mały chłopiec rozpoczął Pan naukę gry na fortepianie.
          - Byłem skazany na muzykę, chociażby dlatego, że jak Mama była w poważnym stanie, bardzo dużo ćwiczyła na fortepianie przygotowując się do dyplomu w Średniej Szkole Muzycznej. Już wtedy słuchałem muzyki. Wkrótce po moich narodzinach, Mama rozpoczęła studia i znowu godzinami ćwiczyła. Często sadzała mnie w dużym fotelu, zabezpieczała wokół poduszkami, abym nie wypadł i grała na fortepianie. Jak Ojciec wracał po próbie, to myślał, że dziecka nie ma w domu. Dopiero kiedy otworzył drzwi do pokoju, widział grającą żonę, a w fotelu Piotrusia, który zasłuchany i wpatrzony w mamę, przebierał paluszkami. Jak już wspomniałem, moje zdolności muzyczne zostały stwierdzone po powrocie do domu ze spektaklu „Cyrulika sewilskiego”. Rodzice zadecydowali, że powinienem zacząć naukę gry na fortepianie. Mama zaczęła mnie uczyć. Po pewnym czasie moją edukacją pianistyczą zajęła się prywatnie pani Celina Markowska – starsza, bardzo doświadczona pianistka. Jak byłem w trzeciej klasie szkoły podstawowej, rozpocząłem naukę w szkole muzycznej, a w następnym roku trafiłem do pionu ogólnokształcącej szkoły muzycznej. Tym sposobem, w jednym budynku uczyłem się do ukończenia studiów, bo w tam też była Wyższa Szkoła Muzyczna.

          Pan Jan Kusiewicz nie chciał, aby syn został śpiewakiem.
          - Ojciec chciał, abym został dyrygentem. Twierdził, że znam świetnie literaturę muzyczną, jestem zdolny i będę dobrym dyrygentem. Nie chciał żebym śpiewał, ale nie dlatego, że wyrośnie mu jakaś konkurencja. Mówił, że dla dobrego śpiewaka, to jest taki życiowy klasztor – tego nie wolno, tamtego nie wolno, cały czas trzeba dbać o formę, żyje się w ciągłym stresie – po co to mojemu synowi. Ale ja chciałem śpiewać i to było silniejsze od argumentów Ojca. Zacząłem uczyć się śpiewać u pani prof. Barbary Iglikowskiej po kryjomu - Ojciec nic o tym nie wiedział. Mama była wtajemniczona i finansowała mi te lekcje. Po jakimś czasie Tato się pogodził z tym, że jednak będę śpiewał i niedługo stał się entuzjastą tego co robię. Do końca życia towarzyszył mi w różnych koncertach, wyjeżdżaliśmy razem i bardzo cieszyłem się, kiedy jeździł ze mną. Wcześniej, jak jeszcze żyła moja Mama – to obydwoje ze mną podróżowali. Przez to, że żyli wówczas jakby moim tempem i moimi różnymi dokonaniami, było to znakomitym środkiem napędzającym ich samych. Nie czuli się ludźmi na bocznicy, na emeryturze, tylko uczestniczyli w moim życiu i nie wychodzili z tego zaklętego kręgu muzyki.

           Sporo czasu upłynęło od przejścia pana Jana Kusiewicza na emeryturę, ale do dzisiaj jest legendą Opery Bałtyckiej.
           - Jest pamiętany do dzisiaj w szczególny sposób. Kiedy zmarł, w czasie pogrzebowej mszy świętej, w Katedrze Oliwskiej, która jest naprawdę ogromną świątynią, wszystkie ławki były zajęte. Bardzo lubił i cenił Ojca śp. ks. Arcybiskup Tadeusz Gocłowski, który przewodniczył mszy świętej. Powiedział przepiękne, wzruszające kazanie. Było kilkunastu księży, których nie zapraszałem – przyszli z potrzeby serca. Znali i szanowali Ojca, bo często śpiewał w kościołach gdańskich. Poza tym ja przez dwadzieścia lat prowadziłem emisję głosu w Seminarium Duchownym w Oliwie i Kusiewiczowie są w tym środowisku znani.

          Powiedział Pan podczas wieczoru: „Sława sama się obroni, pamięć trzeba podtrzymywać”. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz zostanie Pan poproszony o przyjazd na Podkarpacie, aby wspominać wspaniałego syna tej ziemi, wielkiego tenora Jana Kusiewicza i dzięki temu pozostanie także w pamięci następnych pokoleń.

Publiczność i jej obecność nadaje sens naszej pracy

„Carmina burana” Carla Orffa w wersji na chór mieszany, 2 fortepiany i zespół perkusyjny zakończyła 8 września 2019 roku 22. Mielecki Festiwal Muzyczny. Partie solowe śpiewali: Karina Skrzeszewska – sopran, Maciej Gallas – tenor i Maciej Bartczak – baryton, przy fortepianach zasiedli Agnieszka i Piotr Kopińscy, na instrumentach perkusyjnych grali Adam Bonk i Michał Żymełka, partie chóralne wykonali członkowie trzech chórów, a były to: Chór” Akord” ZNP i SCK w Mielcu, Podkarpacki Chór Męski i Strzyżowski Chór Kameralny, a dyrygował Grzegorz Oliwa. Gospodarzami wieczoru byli: Joanna Kruszyńska – dyrektor Festiwalu i dyrektor SCK w Mielcu oraz Piotr Wyzga – muzyk i pedagog.
Koncert zakończył się wielkim sukcesem, były gorące brawa, owacja na stojąco i nie obeszło się bez bisu.
Przed koncertem poprosiłam o krótką rozmowę panią Karinę Skrzeszewską, znakomitą polską śpiewaczkę, obdarzoną przez naturę niezwykłej urody sopranem. Bardzo się na to spotkanie cieszyłam, bo Artystka zawsze zachwyca mnie wspaniałym głosem i kreacjami aktorskimi.

          Zofia Stopińska: W 2008 roku zadebiutowała Pani rolą Łucji w „Łucji z Lammermoor” G. Donizettiego w Operze Śląskiej i odniosła Pani wielki sukces. Wkrótce gorąco była Pani oklaskiwana po wykonaniu Kantaty „Carmina burana”. Te występy zostały wysoko ocenione także przez recenzentów i uhonorowane prestiżową nagrodą Złotej Maski za najlepszą kreację wokalno-aktorską 2008 roku. Bardzo się cieszę, że dzisiaj wystąpi Pani w tej Kantacie w Mielcu.
          Karina Skrzeszewska: Tak, ale to już zamierzchłe czasy. Bardzo się ucieszyłam z tego nagłego zastępstwa w Mielcu, ponieważ w tym samym składzie z Grzegorzem Oliwą, Maciejem Gallasem i Maciejem Bartczakiem śpiewałam w Strzyżowie chyba osiem albo dziewięć lat temu. Z chęcią tutaj przyjechałam, żeby zaśpiewać, chociaż już się zarzekałam na zakończenie sezonu w Filharmonii i Operze Podlaskiej, że już więcej tego utworu nie będę śpiewać. Nie ma to nic wspólnego z możliwościami mojego głosu, bo zarówno wysoka kadencja, jak i In Trutina, która jest średnicowa i bardzo piękna, to wszystko jest do zaśpiewania i nie wykracza poza możliwości głosu bel cantowego, ale chciałabym już oscylować w stylistyce bardziej dramatycznego repertuaru. Gdyby to nie było zastępstwo, to podobnie jak w Filharmonii Łódzkiej, odmówiłabym występu. Kantatę "Carmina burana" zaśpiewałam ponad 30 razy, biorąc udział w 2 realizacjach scenicznych, wielu koncertach. Mój głos, inny niż 10 lat temu, predestynuje do wykonywania innego repertuaru.

          Cieszę się, że po raz drugi będę Panią oklaskiwać już niedługo, bo 23 września wystąpi Pani w ramach Festiwalu im. Adama Didura w Sanoku z programem „Callas jakiej nie znacie...”. Czytałam bardzo pochlebne recenzje o tym projekcie i czekam na ten wieczór z niecierpliwością, z pewnością będzie wyjątkowy.
          - Ten program powstał z dwóch przyczyn. Maria Callas była i jest mi bliska nie tylko dlatego, że mam podobnie jak ona greckie pochodzenie, ale przede wszystkim jako wspaniala artystka, śpiewaczka, która wyznaczyła w teatrze operowym nowe trendy. Partie operowe, które posiadam w repertuarze i po które będę sięgać w przyszłości to te, w których brylowała Callas, jednak ona zadebiutowała w roli Santuzzy, śpiewała w jednym roku wagnerowską Izoldę, Elvirę w "Purytanach" i Toskę. Dziś wydaje się to niedorzeczne i nieprofesjonalne, ale kiedyś śpiewaczki śpiewały różnorodny repertuar. Ja podążam konsekwentnie od lirycznej koloratury w coraz to nowe rejony, wymagając gęstości, dojrzałości i dramatyzmu. W ostatnich latach śpiewałam partie tzw. "dużego belcanta": "Normę" i "Annę Bolenę" w Operze Krakowskiej, "Dona Carlosa" w Bydgoszczy i Niemczech, "Nabucco" w Gdańsku, Bytomiu i Wrocławiu. Obecnie szykuję się do kilku spektakli "Nabucco" w Niederbayern Landestheater, gdzie również wezmę udział w nowej realizacji opery "Maria Stuarda" Donizettiego, gdzie będę kreować parię Elżbiety.
           Wracając do programu „Callas jakiej nie znacie...”, z którym wystąpię w Sanoku, chcę podkreślić, że jest on napełniejszy, kiedy towarzyszy mi mój wspaniały kolega, znawca opery, krytyk muzyczny Marcin Maria Bogusławski – wykładowca na Wydziale Filozofii Uniwersytetu Łódzkiego. Marcin pięknie opowiada o Callas, o jej interpretacjach, o tym, co było jej fenomenem, dlaczego cieszyła się tak wielką popularnością, dlaczego mówiło się, że wprowadziła teatr do opery, jakim była naprawdę głosem. Nie opowiadamy o faktach z jej życia, bo o tym można sobie przeczytać. Staramy się skupić na tym, co charakteryzowało Marię Callas jako śpiewaczkę. Tę opowieść ilustrujemy ariami, które wykonywała – publiczność wysłucha arii m.in.z „Toski”, „Traviaty”, „Nabucco” i oczywiście „Normy”.

           Na „Normę” może Pani zaprosić do Opery Krakowskiej.
           - Tak. Zapraszam już niedługo, 29 września.

          Wracając do, jak to Pani określiła, zamierzchłych czasów, i Pani debiutu w Operze Śląskiej w „Łucji z Lammermoor”, to chyba w tym samym roku ta opera wystawiana była również na Festiwalu im. Adama Didura w Sanoku i pamiętam, jak przepięknie Pani śpiewała kilkunastominutową arię Łucji z III aktu w bardzo niewygodnej pozycji.
          - To faktycznie była piękna realizacja i w scenie obłędu reżyser dał mi całkowitą dowolność. Moje przygotowanie do roli Łucji i fakt, że wygrałam wtedy casting w Operze Śląskiej, zawdzięczam mojemu profesorowi Dariuszowi Grabowskiemu, który ze mną pracował nad tą partią. Uwielbiałam śpiewać Łucję, a moje ówczesne warunki głosowe dawały mi swobodę interpretacyjną. Posiadałam rozległą skalę sięgającą do „b3”, a to powodowało, że scenę obłędu z jej najbardziej karkołomnymi wysokimi dźwiękami wykonywałam w każdej pozycji.

          W kolejnych latach kariery Pani głos się rozwijał, przybywało pierwszoplanowych ról operowych i operetkowych, a aktualnie jest ich ponad 20, ale Pani głos przez cały czas brzmiał pięknie.
          - Faktem jest, że bazując na technice bel canto, śpiewaczki mogą cieszyć się długimi karierami i różnorodnym repertuarem. Głos dojrzewa, zmienia się wraz z nami. Podobnie jak dziewczyna zmienia się w dojrzałą kobietę, tak i jej głos nabiera nowych barw, gęstości, ciężaru. Pragnęłam, by role wykonywane przeze mnie na scenie były kompatybilne z moją osobowością i możliwościami. Ogromnie się cieszę, że mi się to udaje.

          Z pewnością już decyduje Pani sama o swoim repertuarze, ale znam śpiewaczki, które mają swoich doradców i jak mają jakieś wątpliwości, to udają się do nich po radę.
          - Ja też mam taką osobę i jest to prof. Dariusz Grabowski. Jesteśmy w stałym kontakcie, bo przecież przez cały czas głos jest eksploatowany, podlega różnym siłom, różnym zjawiskom. Nieodzowne jest „zewnętrzne ucho”, które jest w stanie wysłyszeć najdrobniejsze zmiany wówczas, gdy my sami często przyzwyczajamy się do nich. I ich nie zauważamy. Wtedy łatwo zboczyć z dobrej drogi i iść po ratunek dopiero, gdy z głosem jest bardzo źle.
Aby tego uniknąć, staram się pracować głosem w oparciu o prawidła techniki belcantowej oraz dbać o dobór właściwego repertuaru.

          Tak jak Maria Callas jest Pani Greczynką, specjalizuje się Pani w dużej mierze w podobnym do jej repertuarze. Czy to są powody, dla których czuje Pani bliskość tej wielkiej śpiewaczki?
          - Nie mogę powiedzieć, że jest mi do niej blisko. Ona w swoich czasach była jedyna, inna od pozostałych, a dzisiaj jest ikoną świata operowego i absolutnie nie chcę być nigdy porównywana do niej. Natomiast jej sposób patrzenia na operę jako na teatr, na sztukę w ogóle, jest mi bliski. Uważam, że publiczność przychodząca na spektakle operowe oczekuje nie tylko zachwytu pięknymi frazami i techniką wokalną, ale oczekują autentyzmu emocji, prawdziwych międzyludzkich interakcji, gry aktorskiej, która nada roli siłę dramatycznego wyrazu.

          Urodziła się Pani we Wrocławiu i tam przez cały czas mieszkają rodzice. Pierwsze lata pobytu Mamy w Polsce nie były łatwe.
          - Tato odszedł 3 lata temu. Mama nadal mieszka we Wrocławiu. Jak wielu Greków, którzy pojawili się w Polsce po wojnie domowej w Grecji, przyjechała tu jako 9-letnia dziewczynka i wychowywała się w domu dziecka. Dopiero po 8 latach, kiedy rozpoczęto kojarzyć rozdzielone rodziny, Mama odnalazła swoją mamę. Opowiadała, jak bardzo to było wzruszające i wyczekiwane spotkanie. Ponieważ moja Mama wyszła za mąż za Polaka, została w Polsce, natomiast reszta rodziny powróciła do Grecji i nadal tam mieszkają.
          Mama zawsze się udzielała artystycznie: statystowała w filmach, śpiewała, tańczyła i wszelka działalność sceniczna była jej bardzo bliska. Do dzisiaj chętnie uczestniczy w życiu kulturalnym, angażuje się w różne projekty. Nieuniknionym było, że pójdę w jej ślady. Najpierw przedszkole muzyczne, potem balet, nauka gry na gitarze, nauka śpiewu w ognisku muzycznym, średnia szkoła muzyczna, studia na Akademii Muzycznej. Wszystko zawsze krążyło wokół muzyki. Dziś opera stała się moim zawodowym światem.

           Dzięki Mamie poznała Pani grecką kulturę, muzykę, obyczaje, język...
          - Tak, Mama była nauczycielką języka greckiego i uczyła też inne dzieci. Później zaczęłam jeździć do Grecji, nauczyłam się języka, muzyka i greckie tańce ludowe są mi szczególnie bliskie. Każdego roku jeżdżę do Grecji w czasie wakacji, a w tym roku byłam również wiosną i chciałabym bywać tam coraz częściej.

          Pani córka interesuje się kulturą grecką, zna język?
          - Dużo słów rozumie, potrafi się porozumieć używając prostych zwrotów, ale myślę, że przyjdzie też taki moment, kiedy pojedzie sama do Grecji, że szybko się nauczy mówić, bo ma talent do języków.

          Na różne sposoby stara się Pani propagować grecką muzykę i sztukę.
          - Tak. Czuję się w obowiązku kultywować tradycje matczynej ojczyzny, a poza tym sprawia mi to wielką przyjemność. Stworzyłam specjalnie projekt „Hellada... mój dom ze snów”, podczas którego wykonuję greckie pieśni, a mama opowiada o Grecji i jej kulturze. Wielokrotnie występowałam w ramach różnych festiwali piosenki greckiej i kultury greckiej. Mam grono przyjaciół, którzy podobnie jak ja mają pontyjskie korzenie. Mój przyjaciel, wybitny artysta i scenograf, wykładowca na wrocławskiej ASP, Michał Hrisoulidis od wielu lat przybliża szerszemu gronu historię Greków Pontyjskich, ich kulturę, muzykę, tańce... Staram się zawsze go w tym wspierać i uczestniczyć w tych ważnych dla nas wydarzeniach. Świadomość naszego pochodzenia, zakorzenienia wypełnia ważna rolę w budowaniu naszej narodowej tożsamości. Odpowiada na pytanie: kim jesteśmy. Grecja jest krajem wielkiej historii i wielkich tragedii, słońca i nostalgii, patosu i lekkości. To wszystko zapisane zostało w muzyce z tamtych stron.

           Jest Pani związana na stałe z jakimś teatrem operowym w Polsce?
           - Dwa lata temu zakończyłam współpracę z Operą Śląską i od tamtej pory pracuję kontraktowo. W tym sezonie będę śpiewać w Niemczech. Już 1 października wyjeżdżam do Passau i tam spędzę czas do połowy lutego. Biorę udział w nowej produkcji „Marii Stuart”, oprócz tego śpiewam w „Nabucco”. Będę ponadto występować w Polsce, również na rodzimej wrocławskiej scenie, z czego się bardzo cieszę.

           Zawód śpiewaka to „życie na walizkach”, pewnie Pani bliscy są już do tego przyzwyczajeni.
           - Owszem. Od samego początku, czyli od ponad 10 lat bardzo dużo podróżowałam, w domu bywałam gościem. Jest to inny rytm życia i wymaga dobrej organizacji i pomocy ze strony bliskich.
          Mam ogromne wsparcie ze strony mojego partnera. A córka Sofija skończy w styczniu 15 lat i jest również bardzo samodzielną nastolatką. To, że mój dom może wspaniale funkcjonować bez mojej ciągłej obecności, daje mi wielki komfort w pracy.

           W tym sezonie możemy zaprosić Państwa tylko do Sanoka i Krakowa. Mamy nadzieję, że kiedyś jeszcze usłyszymy Panią także na Podkarpaciu.
           - Zapraszam 23 września do Sanoka na program „Callas, jakiej nie znacie...”, a wkrótce, bo 29 września do Krakowa na „Normę” – bardzo piękna inscenizacja w reżyserii Laco Adamika. Publiczność i jej obecność nadaje sens naszej pracy, dla nich śpiewamy i każde wzruszenie, każda radość wywołana na ich twarzach sprawia mi ogromną satysfakcję i wypełnia ciepełkiem serce.
           Bardzo chętnie wracam też do mniejszych ośrodków, gdzie dostęp do muzyki wykonywanej na żywo jest mniejszy niż w dużych miastach. Cieszę się, gdy widzę duże zainteresowanie muzyką klasyczną. Utwierdza mnie to w przekonaniu, że propagowanie sztuki jest bardzo ważne.

Subskrybuj to źródło RSS