Wyświetlenie artykułów z etykietą: wywiady

W naśladowaniu śpiewu wiolonczela ma zawsze „najwięcej kart w rękawie”

           Miło mi przedstawić pana Marcina Zdunika, znakomitego wiolonczelistę, solistę i kameralistę. Artysta wykonuje muzykę od renesansu po dzieła najnowsze, improwizuje, aranżuje i komponuje. Jest zapraszany do udziału w prestiżowych festiwalach muzycznych - BBC Proms w Londynie, Progetto Martha Argerich w Lugano oraz Chopin i Jego Europa w Warszawie. Rozmowa do przeczytania której zapraszam nagrana została po koncercie finałowym w ramach majowego "Tygodnia Talentów" w Centrum Paderewskiego w Kąśnej Dolnej.

           Zofia Stopińska: Podobno po raz pierwszy wystąpił Pan z Szymonem Nehringiem i z dużym koncertem na estradzie, a grali Panowie wspaniale, że byłam przekonana, iż współpracujecie od dawna.
          Marcin Zdunik: Bardzo się cieszę, że było takie wrażenie. Zawdzięczam to w dużej mierze Szymonowi, który słucha z wielką uwagą muzyka, z którym występuje i instynktownie reaguje, podążając za partnerem. Dzięki temu praca w duecie z Szymonem zaczyna się na innym etapie niż z innymi muzykami, bo granie razem nie stanowi żadnego problemu. Nie musimy ustalać takich szczegółów, jak wspólne rozpoczynanie i zakończenie utworu czy fragmentów, w których zwalniamy lub przyśpieszamy. Szymon wyczuwa to w sposób naturalny i nie wymaga to żadnego komentarza. Inspirujące jest to, że od razu możemy wnikać w strukturę utworu, jego wyraz i emocje, które są w nim zawarte. Szymon jest niezwykłym pianistą.

          Już dawno chciałam zarejestrować wywiad z Panem, ale nigdy nie było okazji, bo nie przyjeżdżał Pan na Podkarpacie, spotkaliśmy się kiedyś w Kąśnej Dolnej, ale wtedy nie było czasu na rozmowę. Ponadto od pewnego czasu działa Pan intensywnie w Gdańsku i sporo Pan koncertuje także za granicą.
          - Owszem, bywam regularnie w Gdańsku, ale mieszkam w Warszawie i wykładam w dwóch uczelniach: w Akademii Muzycznej w Gdańsku i na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie. Także moja działalność koncertowa w Polsce jest rozłożona równomiernie, chociaż w Rzeszowie nie występowałem już ponad sześć lat. Bardzo się cieszę, że mogłem dzisiaj wystąpić ze znaczącym recitalem w pobliżu Podkarpacia – w Kąśnej Dolnej.

          Należy chyba podkreślić, że dopisuje Panu szczęście, bo jest Pan jeszcze młodym artystą, a już występował Pan jako solista w renomowanych salach, m.in. Carnegie Hall w Nowym Jorku, Cadogan Hall w Londynie czy Rudolfinum w Pradze. Wielkim przywilejem jest koncertować wspólnie z takimi muzykami, jak Nelson Goener, Gerard Causse, Krzysztof Jakowicz...
          - Ma pani rację, miałem dużo szczęścia w życiu otrzymując takie propozycje, ale najistotniejsi dla mnie są ludzie, z którymi mogę współpracować. Cudownie jest spotykać takich ludzi i spędzać z nimi czas, dla mnie jako muzyka bardzo rozwijające i inspirujące jest również zagrać z takimi wspaniałymi artystami, jak Gidon Kremer, Yuri Bashmetem, wspaniałym pianistą Nelsonem Goernerem, czy teraz z Szymonem Nehringiem
To są niezwykłe spotkania, których się nigdy nie zapomina, a wspomnienia ze wspólnych prób są dla mnie drogowskazem na dalszą pracę.

          Niedawno trafiły do mnie informacje, że gotowy jest program tegorocznej edycji „Piła Festival & Academy” i Pan jest szefem artystycznym tego wydarzenia. To jest bardzo ciekawa impreza.
          - Ten festiwal jest fuzją różnych wydarzeń muzycznych; będzie cykl koncertów, znakomici wykonawcy, poprowadzą również kursy mistrzowskie, do których młodzież jest wybierana drogą eliminacji i najlepsi uczestnicy mają także możliwość wystąpić podczas koncertów. Ten kurs jest jednocześnie konkursem, a wyróżniający się uczestnicy otrzymują nagrody pieniężne oraz zaproszenia na koncerty.
          Bardzo się cieszę, że w tym roku zaproszenia na ten Festiwal przyjęli wybitni muzycy, m.in. skrzypek Aleksander Sitkowiecki, który pochodzi ze słynnej rodziny Sitkowieckich, a jego wuj Dymitr Sitkowiecki był wielka gwiazdą wiolinistyki radzieckiej. Miałem też okazję słuchać cudownych nagrań dziadka Aleksandra – nieżyjącego już Juliana Sitkowieckiego.
           Przyjedzie do nas wiolonczelista Danjulo Ishizaka, który wygrał chyba wszystkie najważniejsze konkursy i jest nadzwyczajnym muzykiem. Po raz pierwszy miałem przyjemność słuchać gry tego artysty w wieku dwunastu, może trzynastu lat, podczas finału Konkursu Wiolonczelowego im. Wiltolda Lutosławskiego. Danjulo Ishizaka wygrał ten Konkurs, grając z wielkim zaangażowaniem w finale Koncert wiolonczelowy patrona konkursu.
Będziemy gościć także wspaniałą polską skrzypaczkę Annę Marię Staśkiewicz, Katarzynę Budnik, wybitną polską altowiolistkę, oraz znakomitego pianistę jazzowego Włodka Pawlika.
          Zainaugurujemy to wydarzenie koncertem w wykonaniu wymienionych gości z towarzyszeniem orkiestry kameralnej. Zaplanowane są dwa koncerty kameralne, odbędzie się także specjalny koncert nocny, podczas którego zabrzmią Wariacje Goldbergowskie Jana Sebastiana Bacha w opracowaniu Dimitrija Sitkowieckiego na trio smyczkowe. Będzie także koncert jazzowy z Włodkiem Pawlikiem w roli głównej, a podczas koncertu finałowego wystąpią uczestnicy warsztatów, którzy otrzymają od nas nagrody.
          Impreza będzie bardzo kolorowa, atrakcyjna dla publiczności i dla młodzieży, która będzie chciała w niej uczestniczyć. Wszystkich serdecznie zapraszamy do Piły od 24 sierpnia do 1 września.

          Jak Pan wspomniał o Wariacjach Golbergowskich Jana Sebastiana Bacha, przypomniały mi się koncerty w Lublinie, na które, niestety, nie mogłam się wybrać, podczas których grał Pan w trakcie dwóch wieczorów wszystkie suity Bacha.
          - To było dla mnie niezwykłe przeżycie, bo wówczas po raz pierwszy mierzyłem się z kompletem Bachowskich suit. Koncerty odbywały się w cudownej Bazylice Dominikanów na lubelskiej Starówce. To świątynia z niezwykłą akustyką. Takiego przeżycia muzycznego nie da się porównać z innymi. Głębia muzyki Jana Sebastiana Bacha dotyka spraw pozaziemskich, absolutu i dlatego trudno mi porównać jego muzykę z jakąkolwiek inną. Później jeszcze kilkukrotnie miałem przyjemność wykonać w ciągu dwóch wieczorów wszystkie suity na wiolonczelę solo lipskiego kantora.

          Słyszałam także, że Pan komponuje oraz aranżuje utwory. Podczas koncertu w Kąśnej Dolnej wykonał Pan wspólnie z Szymonem Nehringiem Sonatę G-dur na skrzypce i fortepian Maurice’a Ravela, którą opracował Pan na wiolonczelę i fortepian. Bardzo mi się to opracowanie podobało, zabrzmiało rewelacyjnie.
          - Bardzo chciałem wykonać ten utwór i dlatego opracowałem go na wiolonczelę. Uważam, że jest to jedna z najgenialniejszych sonat w historii muzyki. Jak zacząłem ją transkrybować na wiolonczelę, to okazało się, że utwór brzmi zupełnie inaczej na wiolonczeli, ale zyskuje mnóstwo dodatkowych walorów. Pierwsza część staje się bardziej śpiewna dzięki naturalnemu, wokalnemu brzmieniu wiolonczeli. Blues, który na skrzypcach także brzmi wspaniale, na wiolonczeli zyskuje mnóstwo fantastycznych barw.Wiolonczela ma ogromne możliwości kolorystyczne i używając odpowiedniej wibracji można imitować trąbkę jazzową, saksofon czy nawet kontrabas, bo struna basowa idealnie się do tego nadaje.
Mam nadzieję, że jest to ciekawa propozycja, odświeżająca repertuar wiolonczelowy.

          Komponuje Pan na zamówienie czy z potrzeby serca?
          - Od dość dawna gram tak dużo koncertów, że mam mało czasu na komponowanie. Wymyśliłem sobie bardzo sprytny pomysł na rozwiązanie tego problemu i zacząłem dużo improwizować, solo i w duecie. Nie jestem w stanie powtórzyć dokładnie moich improwizacji, natomiast nagrywając improwizację mam skomponowany utwór.
          Większość improwizacji, z którymi się spotykamy zarówno w jazzie, jak i w muzyce klasycznej, to są improwizacje na z góry przyjęty temat (zazwyczaj jest to melodia zapożyczona od innego twórcy).
Ja lubię improwizować nowe utwory niezwiązane z innymi tematami, całą kompozycję tworzę od zera i to mi sprawia największą frajdę. Komponowanie w dzisiejszych czasach nie jest łatwe. Tworząc muzykę, która ma być oryginalna, kompozytor musi się zmierzyć z całą spiralą zagadnień związanych z technologią komponowania – poszukiwaniem języka muzycznego i specyficznych nowych technik. Wymaga to bardzo dużo intelektu, a moim zdaniem w muzyce współczesnej zatraca się rola emocji.
          Inaczej jest z improwizacją, podczas której muzyka wypływa z nas w czasie jej tworzenia i nie jesteśmy w stanie odciąć się od emocji. Muzyka improwizowana jest zawsze emocjonalna, bo człowiek jest istotą emocjonalną. Kiedyś w podobny sposób także komponowano. Utwory były pisane przy instrumencie i często wypływały z improwizacji. Były naturalnie odstępstwa od tej reguły bo choćby Jan Sebastian Bach wiele swoich utworów skomponował siedząc przy biurku.
          Mam bardzo dużą potrzebę tworzenia i tam, gdzie tylko mogę, znajduję sobie na to miejsce. Czekam na taki moment, kiedy będę miał czas na komponowanie i myślę, że taki moment nadejdzie. Uważam, że do komponowania nie należy się nigdy śpieszyć, bo lepiej jest jak kompozycje w nas dojrzeją.

           Powszechnie się uważa, że instrumentem najbardziej zbliżonym do głosu ludzkiego są skrzypce. Podczas dzisiejszego wieczoru pomyślałam o wiolonczeli, bo grający obejmuje wiolonczelę całym ciałem, instrument dotyka serca.
          - Z pierwszym pani zdaniem bym polemizował, bo uważam, że wiolonczela jest najbardziej zbliżona do głosu ludzkiego. Skrzypce są instrumentem, który daje duże możliwości wirtuozowskie, daje możliwości grania efektownie, szybko, krótko, ale nigdy nie osiągnie tak śpiewnego tonu jak wiolonczela. Ambitus brzmienia wiolonczeli obejmuje skale wszystkich głosów ludzkich – wiolonczela może śpiewać basem, barytonem, tenorem, kontraltem, altem, mezzosopranem i sopranem. Skrzypce mają problem już z brzmieniem altowym, bo nie starcza im skali. W naśladowaniu śpiewu wiolonczela ma zawsze „najwięcej kart w rękawie” i za to także ją kocham, i nigdy bym jej nie zamienił na inny instrument.

          Czy wiolonczela była miłością od pierwszego „usłyszenia”?
          - Był to trochę przypadek, uzależniony od stwierdzonych predyspozycji muzycznych podczas egzaminu do szkoły muzycznej. Mogło się to zupełnie inaczej skończyć, ale na szczęście moja wspaniała pierwsza nauczycielka, pani Maria Walasek zauważyła, że mam bardzo dobry słuch wysokościowy, co predysponuje młodego człowieka do gry na instrumencie smyczkowym. Poza tym zawsze miałem dość duże, giętkie, silne ręce i dlatego na wiolonczeli gra mi się wygodnie. Z pewnością tak wygodnie nie grałoby mi się na skrzypcach, gdzie odległości między palcami są bardzo małe.

          Miał Pan też od początku szczęście do mistrzów. Studiował Pan w klasie prof. Andrzeja Bauera, z którym łączy Pana nadal przyjaźń.
          - Tak, jeszcze był wspaniały niemiecki wiolonczelista Julius Berger, u którego studiowałem w Augsburgu i bardzo dużo się od niego nauczyłem. Wiele uwag i poglądów na różne tematy związane z grą na wiolonczeli i życia w ogóle pamiętam do dziś. Jest dla mnie wielkim autorytetem. Miałem ogromne szczęście do pedagogów.

          Miał Pan także ogromne szczęście w konkursach muzycznych, bo najczęściej je Pan wygrywał, albo zdobywał liczące się nagrody. Które konkursy okazały się najważniejsze?
          - Z pewnością dwa, które wygrałem na początku studiów: VI Międzynarodowy Konkurs Wiolonczelowy im. Witolda Lutosławskiego w Warszawie i Międzynarodowe Forum Młodych Wykonawców organizowane prze Europejską Unię Radiową, podczas którego zwyciężyłem i zdobyłem tytuł New Talent. Po tym konkursie otrzymałem dużo propozycji współpracy z orkiestrami radiowymi, dokonałem wielu nagrań i niektóre jeszcze do tej pory czekają na wydanie. Nagrałem wtedy bardzo dużo koncertów z orkiestrami symfonicznymi – m.in. Koncert wiolonczelowy Edwarda Elgara, II Koncert wiolonczelowy Krzysztofa Pendereckiego, Symfonię koncertującą Sergiusza Prokofiewa.

          Dziesięć lat temu nagrał Pan pierwszą płytę, która otrzymała nagrodę Fryderyk 2010.
          - Na płycie są dwa koncerty wiolonczelowe Józefa Haydna, które nagrałem z Janem Staniendą i Orkiestrą Kameralną Wratislavia. Była to dla mnie bardzo inspirująca przygoda i dały mi te nagrania mnóstwo radości. Cieszę się także bardzo na kolejną płytę, którą będziemy nagrywać w lipcu z Szymonem Nehringiem, a znajdą na niej kompozycje kameralne Fryderyka Chopina. Po fortepianie, drugim ukochanym instrumentem Chopina była wiolonczela.
          W muzyce Chopina jest zawsze pewna melancholia, liryzm, śpiewność, która przewija się we wszystkich dziełach fortepianowych, a specyficzny smutek idealnie się wpisuje w brzmienie wiolonczeli.

          Uczy Pan gry na wiolonczeli studentów, ale podczas „Tygodnia Talentów” w Kąśnej Dolnej pracował Pan z młodszymi wiolonczelistami.
          - Tak, pracowałem z młodzieżą ze szkół muzycznych II stopnia. Myślę, że dla nich był to bardzo owocnie spędzony czas, ale ja również się wiele nauczyłem, bo młodzi ludzie często zaskakują piękną grą oraz ciekawymi pomysłami interpretacyjnymi. Kilku osobom mogłem pomóc w pokonaniu pewnych trudności i mam nadzieję, że dzięki temu będą mogli efektywniej pracować. Widziałem radość w ich oczach i to była dla mnie bezcenna nagroda.
           W Kąśnej-Dolnej stworzono świetne warunki do pracy oraz do wyciszenia się. Wokół jest zielono i panuje cisza. Jest to miejsce o szczególnym klimacie. Trzymam mocno kciuki za dalszą działalność Centrum Paderewskiego, bo to miejsce żyje muzyką. Wszystko co tutaj się dzieje jest wspaniałe. Oby to trwało jak najdłużej.

          Mam nadzieję, że będziemy się spotykać podczas różnych koncertów i festiwali, które są tutaj organizowane. Dziękuję za wspaniały koncert i za rozmowę.
          - Ja również mam nadzieję na kolejne spotkania i również dziękuję.

Z dr hab. Marcinem Zdunikiem, znakomitym wiolonczelistą i kameralistą Zofia Stopińska rozmawiała 19 maja 2019 roku w Centrum Paderewskiego w Kąśnej Dolnej.

Ciągle pragniemy dostarczać publiczności nowych wrażeń

           Muzyczne Festiwale w Łańcucie od lat cieszą się ogromnym zainteresowaniem melomanów, nie tylko z Podkarpacia, ale także z innych regionów Polski i Europy. O jego renomie świadczą również znane nazwiska znakomitych artystów, którzy zaszczycili go swoją obecnością. Tegoroczna 58. edycja cieszyła się także wielkim zainteresowaniem i obfitowała we wspaniałe wydarzenia. Będziemy o nich rozmawiać z prof. Martą Wierzbieniec, dyrektorem festiwalu.

           Zofia Stopińska: Koncerty w ramach 58. Muzycznego Festiwalu w Łańcucie odbywały się w różnych miejscach, które współgrały z charakterem prezentowanych dzieł.
           Marta Wierzbieniec: Tegoroczny Festiwal cieszył się ogromnym zainteresowaniem. Stawiamy na różnorodność i co roku chcemy pokazywać publiczności nowe miejsca, w których odbywają się festiwalowe wieczory. W tym roku po raz pierwszy koncert odbył się na dziedzińcu zamkowym w Krasiczynie.
          Gościliśmy wspaniałych wykonawców, którzy zaprezentowali niezwykle interesujące interpretacje znanych i mniej znanych dzieł muzycznych. W tym roku słuchaliśmy muzyki od renesansu po współczesność.

           Centrum Festiwalu jest jednak Sala Balowa Zamku w Łańcucie. Tam 11 maja odbyła się inauguracja.
           - Festiwal zaczął się koncertem legendarnego wręcz zespołu The King’s Singers, który na scenach światowych występuje już od ponad 50 lat. Był to wspaniały koncert, który z pewnością zapadł słuchaczom w pamięć.
           W tej Sali gościliśmy też wspaniałego pianistę Krzysztofa Jabłońskiego, a jego interpretacje dzieł F. Chopina są znamienite i wzorcowe. Ogromna siła przekazu, moc ekspresji i inne walory techniczne, które zaprezentował Krzysztof Jabłoński, wywarły na publiczności ogromne wrażenie.
           Znakomite Trio Andrzeja Jagodzińskiego gościliśmy w pięknej sali hotelu „Sokół”, który znajduje się niedaleko od Muzeum Zamku w Łańcucie, a następnego dnia odbył się koncert w Filharmonii. Był to spektakl baletowy – można było usłyszeć i obejrzeć „Jezioro łabędzie” P. Czajkowskiego w wykonaniu artystów Opery Lwowskiej.

           Kolejny wieczór, 20 maja, odbył się znowu we wspaniałej Sali Balowej.
           - Pozostaliśmy w Sali Balowej przez kilka dni. Najpierw występowali tam artyści z Rumunii, a koncert ten został zorganizowany dzięki pomocy Rumuńskiego Instytutu Kultury w Warszawie. Był to ważny festiwalowy akcent, bo zorganizowana została wystawa z okazji 100-lecia nawiązania stosunków dyplomatycznych pomiędzy Polską a Rumunią. Okazało się, że w zbiorach archiwalnych Muzeum-Zamku w Łańcucie, znajduje się film dokumentujący wizytę w Łańcucie rumuńskiej pary królewskiej w 1923 roku. Ten film został publiczności także zaprezentowany.
            Podczas kolejnych wieczorów wystąpili w Sali Balowej artyści włoscy – Vincenzo Capezzuto i Soqquadro Italiano, mieliśmy okazję słuchać gry znakomitego skrzypka Bartłomieja Nizioła, któremu towarzyszył pianista Michał Francuz. Artyści wspaniale wykonali, chyba ciągle za mało jeszcze znane utwory kompozytorów polskich, m.in. Sonatę na skrzypce i fortepian I. J. Paderewskiego.
Bilkent Symphony Orchestra z Turcji przyjechała do nas z klasycznym repertuarem, bo w części drugiej zabrzmiała pod batutą Michała Maciaszczyka Symfonia „Jowiszowa” W. A. Mozarta, a w części pierwszej grał z tą orkiestrą znany polski gitarzysta Krzysztof Meisinger. Ten wieczór był także wyjątkowy.

           To był ostatni festiwalowy koncert w Sali Balowej Zamku w Łańcucie.
           - W następnym dniu odbył się koncert plenerowy na dziedzińcu Zamku w Krasiczynie dla uczczenia 200. rocznicy urodzin Stanisława Moniuszki. Słuchaliśmy nie tylko utworów naszego narodowego kompozytora, ale także dzieł napisanych przez twórców współczesnych Moniuszce, bo w tym roku obchodzimy także 200. rocznicę urodzin J. Offenbacha, a wiadomo także, że Moniuszko korespondował z Rossinim. I dlatego też sięgnęliśmy po listy kompozytora, które przedstawił, wcielając się w postać Moniuszki, znakomity aktor Henryk Talar. Solistami tego koncertu byli laureaci kilku edycji wielkiego Międzynarodowego Konkursu Wokalnego im. St. Moniuszki w Warszawie. Słuchaliśmy: Aleksandry Kubas-Kruk, Urszuli Kryger, Rafała Bartmińskiego, Adama Zdunikowskiego, Marcina Bronikowskiego i Huberta Zapióra - finalisty tegorocznego konkursu.
           Koncert miał też charakter międzynarodowy, ponieważ do Orkiestry Filharmonii Podkarpackiej doangażowaliśmy kilku muzyków z Czech, Węgier i Słowacji, a dyrygował Jiří Petrdlík z Czech.
Koncert spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem publiczności i był to piękny wieczór, było trochę cieplej niż kilka dni wcześniej i nie padał deszcz.

           Barokowa Bazylika Bernardynów w Leżajsku była idealnym miejscem do wykonania wielkiego dzieła Jana Sebastiana Bacha.
          - Tak, Wrocławska Orkiestra Barokowa i Chór Narodowego Forum Muzyki pod dyrekcją Andrzeja Kosendiaka oraz soliści zaprezentowali wielkie dzieło J. S. Bacha – Mszę h-moll.
           Frekwencja publiczności przeszła nasze oczekiwania. Do ostatniej chwili sprzedawaliśmy wejściówki, bo nie gwarantowaliśmy miejsc numerowanych, staraliśmy się tylko zgromadzić jak najwięcej krzeseł i ławeczek. Bazylika była wypełniona publicznością, z czego bardzo się cieszymy, bo w tym miejscu dzieło to zabrzmiało wyjątkowo.

           Jestem ciągle pod wrażeniem wieczoru w Leżajsku, ale także nigdy nie zapomnę koncertu, którym zakończył się 58. Muzyczny Festiwal w Łańcucie.
           - Na Finał zaprosiliśmy Piotra Beczałę, światowej klasy tenora, którego nie trzeba przedstawiać, bo uważany jest za najlepszego śpiewaka i nagrodzony został Operowym Oscarem. Artyście towarzyszyła Polska Filharmonia Kameralna SOPOT w powiększonym składzie, a całość poprowadził Wojciech Rajski.
Maestro Beczała wykonał trzy bisy, a owacjom i zachwytom nie było końca. Po raz pierwszy także został postawiony telebim przed Filharmonią i Piotr Beczała mógł być także widziany i słyszany przez Rzeszowian, którzy gromadzili się na parkingu.

           Wszystko się udało i ma Pani wiele powodów do radości.
           - Oczywiście, ale chce podkreślić, że Festiwal to ogromny wysiłek organizacyjny, za który chcę podziękować wszystkim pracownikom Filharmonii, bo to jest niewielkie grono osób i każdy musiał pracować bardzo efektywnie. Na ręce pani Marty Gregorowicz, zastępcy dyrektora, składam podziękowania dla całego zespołu pracowników Filharmonii Podkarpackiej.
          Wszystko możliwe było także dzięki dobrej współpracy z Muzeum-Zamkiem w Łańcucie, dziękuję O. Kustoszowi bazyliki w Leżajsku, szefowi hotelu „Sokół” w Łańcucie i osobom zarządzającym Zamkiem w Krasiczynie.

           Potrzebne były także pieniądze.
           - Honorowym patronatem Festiwal objął Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego prof. Piotr Gliński, bardzo dziękuję Ministerstwu za przekazane nam finanse na realizację Festiwalu, dziękuję władzom Województwa Podkarpackiego i pani Marszałkowi Władysławowi Ortylowi, Zarządowi i Sejmikowi Województwa, dziękuję władzom Miasta Rzeszowa, Radzie Miasta i panu Tadeuszowi Ferencowi – Prezydentowi Rzeszowa, dziękuję władzom Łańcuta – panu Burmistrzowi Rafałowi Kumkowi i Radzie Miasta oraz bardzo dziękuję licznemu gronu sponsorów na czele z mecenasem Festiwalu – Polską Grupą Energetyczną.

           - Ilu artystów wystąpiło na estradach 58. Muzycznego Festiwalu w Łańcucie?
           Gościliśmy ponad 400. artystów z 10 krajów, a wysłuchało tych koncertów około 10 tysięcy osób.

           Spotkałam sporo osób, które przyjeżdżają na festiwale do Łańcuta od lat.
           - Mamy stałych bywalców festiwalowych z odległych zakątków Polski i z zagranicy. Podeszła do mnie Pani, która powiedziała, że jest na Festiwalu po raz 58. Umówiłyśmy się na spotkanie i mam nadzieję, że może namówię ją do napisania wspomnień, bo trzeba pamiętać, że 60. Festiwal już niebawem.

           Za wcześnie mówić o planach, ale musi Pani je robić z dużym wyprzedzeniem, zapraszając wielkie gwiazdy. Maestro Piotr Beczała zdradził mi podczas rozmowy, że zamyka sezon 2024/2025.
          - My także do tego roku mamy zaplanowane terminy Muzycznego Festiwalu w Łańcucie i z niektórymi artystami jesteśmy już po wstępnych rozmowach.
Cieszę się, że o Muzycznym Festiwalu w Łańcucie mówi się na całym świecie, bo występujący u nas zagraniczni artyści piszą w swoich życiorysach, że występowali w ramach tego Festiwalu.
           Jest to także zasługa moich poprzedników, a także Państwa – publiczności, która nasz Festiwal rozsławia przekazując informacje o koncertach i o artystach.
Ciągle pragniemy dostarczać publiczności nowych wrażeń, proponując koncerty w wykonaniu znakomitych artystów występujących w Sali Balowej i w innych ciekawych miejscach.
           Dziękuję także publiczności, bo wszyscy artyści z panem Piotrem Beczałą na czele podkreślali, że łańcucka publiczność jest wyjątkowa, wspaniale reagująca i łatwo z nią nawiązać kontakt w czasie występu.

Spotkanie z Januszem Wawrowskim

           Tuż przed inauguracją 58. Muzycznego Festiwalu w Łańcucie odbył się świetny koncert w Filharmonii Podkarpackiej im. Artura Malawskiego w Rzeszowie. Solistą był wspaniały mistrz smyczka Janusz Wawrowski, który grał na skrzypcach zbudowanych przez Antonio Stradivariego w 1685 roku, a Orkiestrą Symfoniczną Filharmonii Podkarpackiej dyrygował mistrz batuty Marek Pijarowski. Kiedy w zapowiedzi koncertu użyłam słowa mistrzowie, jeden z czytelników – znakomity polski śpiewak, słusznie zwrócił mi uwagę, że powinnam podnieść kategorię i zamienić słowo mistrzowie na arcymistrzowie.
          Gorąco były oklaskiwane, świetnie wykonane utwory na orkiestrę, które stanowiły ramy wieczoru: Uwertura do opery „Włoszka w Algierze” Gioacchino Rossiniego i I Symfonia c-moll op. 68 Johannesa Brahmsa, ale prawdziwą burzą oklasków nagrodzona została Symfonia hiszpańska d-moll op. 21 Eduarda Lalo, w której partie solowe rewelacyjnie wykonał Janusz Wawrowski. Ogromną przyjemność sprawiało słuchanie wspaniałej kreacji tego dzieła przez solistę i czujnie towarzyszącą mu Orkiestrę pod batutą Marka Pijarowskiego. Owacja po zakończeniu trwała kilka minut i wiadomo było, że publiczność w ten sposób domaga się bisu. Janusz Wawrowski zagrał nam Bacha, a przed wykonaniem powiedział, że skrzypce, na których ma szczęście grać, i największy twórca epoki baroku urodzili się w tym samym roku. 10 maja w Filharmonii Podkarpackiej przeżyliśmy wieczór pełen wrażeń i wzruszeń.
Udało mi się umówić i zarejestrować rozmowę z Panem Januszem Wawrowskim. Cieszę się, że mogę ją polecić Państwa uwadze.

          Zofia Stopińska: Proponuję, abyśmy rozpoczęli naszą rozmowę od programu, bo wielu melomanów słusznie uważa Symfonię hiszpańską d-moll op. 21 Eduarda Lalo za jeden z najpiękniejszych utworów, ale nie wiem, czy słusznie mówi się o tym arcydziele, że jest łatwe (śmiech).
          Janusz Wawrowski: Można tylko powiedzieć, że jest to dzieło łatwiejsze w odbiorze. Jako nastolatek i student nie byłem wielkim fanem Symfonii hiszpańskiej, a mogę się nawet przyznać, że utwór mi się nie podobał.
          Kilka lat później poproszono mnie, żebym go zagrał i dopiero wtedy zaczął mi się podobać, stąd włączyłem go do repertuaru. Ostatnio przez parę lat go nie grałem i jak teraz zacząłem go ćwiczyć - to odkryłem w nim coś niesamowitego. To, co mi się kiedyś wydawało się jego ułomnością - sposoby orkiestracji przez Lalo, teraz okazało się bardzo ciekawymi „smaczkami” i grając go, próbuję wyeksponować elementy muzyki ludowej, regionalnej hiszpańskiej. Jest to rzeczywiście perełka i można powiedzieć, że każda część, a jest ich aż pięć - jest inna. Dla skrzypka jest to tak naprawdę pięć oddzielnych utworów, które ja odbieram jako pięć oddzielnych tańców tworzących coś w rodzaju suity. Kojarzy mi się momentami ten utwór z muzyką filmową i z Fantazją szkocką Maxa Brucha, która składa się z czterech części nawiązujących do tematów szkockich.
Symfonia hiszpańska jest efektowna i w każdej części jest melodia, która musi zostać w uszach słuchacza.

          Chyba po raz pierwszy w Filharmonii Podkarpackiej będzie Pan grał na skrzypcach, które zostały wykonane przez Antonio Stradivariego w 1685 roku. Miałam szczęście słuchać Pana recitalu wykonanego na tym instrumencie, a było to podczas ubiegłorocznych Międzynarodowych Kursów Muzycznych w Łańcucie.
          - Tak, gram na tych skrzypcach dokładnie od maja ubiegłego roku.

          W ubiegłym roku w sali balowej łańcuckiego zamku ten Stradivarius zachwycał pięknym dźwiękiem, ale jak mi Pan wówczas opowiadał, to były skrzypce, na których grano mało. Czy po roku coś się zmieniło?
          - Na tym egzemplarzu prawie w ogóle nie grano, a skrzypce zachowują się jak żywy organizm. W przypadku instrumentu najwyższej klasy, zbudowanego przez genialnego lutnika - jeszcze bardziej to słychać.
          Te skrzypce przez kilkadziesiąt lat w zasadzie milczały – grano na nich raz na rok przez chwilę, a to zdecydowanie za mało, aby utrzymać jego brzmienie u szczytu możliwości. Lutnicy szacowali, że te skrzypce potrzebują co najmniej dwa albo trzy lata, żeby wszystkie elementy, z których zostały zbudowane, powróciły do swoich maksymalnych właściwości drganiowych.
          Czuję to, chociaż można powiedzieć, że przez cały czas ja także się uczę na nich grać.Już gram inaczej, niż grałem rok temu.Instrument powoli się otwiera i znosi coraz więcej, można użyć większej siły, więcej oparcia i zawrzeć w dźwięku więcej przestrzeni. Jest to nie tylko moje zdanie, ale także słuchaczy, koleżanek i kolegów, którzy słyszeli „Polonię” w czerwcu ubiegłego roku i teraz.
Ja to także czuję i mogę powiedzieć, że uczymy się siebie nawzajem.

          Współpracuje Pan z międzynarodową wytwórnią fonograficzną Warner Music w ramach wieloletniego kontraktu. Efektem tej współpracy jest kilka płyt, a najnowsza ukazała się niedawno i podczas nagrań już miał Pan do dyspozycji Stradivariusa.
          - Płyta została zatytułowana „Hidden Violin”, czyli „Ukryte skrzypce” albo „Wydobyte skrzypce z zapomnienia”. Instrument był do tej pory artefaktem (zabytkiem rodzinnym) włoskiej dynastii Rattinich.  Pan Luciano Rattini, jego prawowity właściciel i nestor rodu, zdecydował się sprzedać instrument wyłącznie dlatego, że trafi on do Polski. Pan Rattini znając historię Polski wiedział, że kiedyś mieliśmy dużo instrumentów Stadivariego, które w wyniku perturbacji historycznych zostały zagubione lub rozkradzione. Chciał mieć swój wkład w odbudowanie historii naszego kraju i zależało mu bardzo, aby na tym Stradivariusie grał polski wirtuoz, który, wyposażony w instrument tej klasy, mógłby godnie reprezentować Polskę na największych scenach świata.
           Można powiedzieć, że ta płyta powstała w spontaniczny sposób, a często się zdarza, że te spontaniczne działania wychodzą najlepiej. Płyta „Hidden Violin” otrzymała Fryderyka i bardzo dużo dobrych recenzji zarówno z kraju jak i ze świata. Od marca album ten jest bowiem dostępny na całym świecie.
           Wybrałem na ten krążek najciekawsze, moim zdaniem, polskie miniatury - od kompozycji Henryka Wieniawskiego aż po utwory Witolda Lutosławskiego, czyli po czasy prawie nam współczesne. Moje propozycje konsultowałem z pianistą Jose Gallardo, z którym już od kilku lat współpracuję i nagrywam. Jest to fantastyczny pianista, który uwielbia polską muzykę, a przede wszystkim utwory Henryka Wieniawskiego. Jose, występujący na co dzień z orkiestrami - mający w repertuarze dzieła takich twórców - jak Brahms, Poulenc czy Faure, uwielbia grać ze skrzypkiem także utwory Henryka Wieniawskiego i to się czuje w trakcie gry.
          To ciekawe jak oberek, kujawiak czy polonez zabrzmiały z towarzyszeniem artysty, który jest Argentyńczykiem.W jego krwi płynie tango, a przez to z pewnością inaczej czuje rytmy polskich tańców.
Okazuje się, że aspekt ludowości muzyki potrafi być zaskakująco podobny. Tę płytę nagraliśmy w półtorej doby. Wyglądało to tak, jakbyśmy weszli do studia, aby pobawić się muzyką. Kujawiaka nagraliśmy prawie a vista.
           Żartowaliśmy, bo nagrania odbywały się w czasie największych upałów w Warszawie w lipcu 2018, z kolei naszą poprzednią płytę „Aurorę” , nagrywaliśmy tu zimą podczas rekordowo niskich temperatur. Jose przyjechał w styczniu, Warszawa była zasypana śniegiem i termometry wskazywały minus 20 stopni Celsjusza.
Uśmiechał się - mówiąc: „Zawsze jak z tobą nagrywam w Warszawie, panują ekstremalne warunki”.

          Obie płyty są znakomite i pewnie z wytwórnią Warner Music planujecie następne nagrania.
          - Owszem, są dalsze plany. Następna płyta będzie prawdopodobnie nagrana z  jedną z londyńskich orkiestr, a znajdą się na niej: I Koncert skrzypcowy Karola Szymanowskiego oraz Koncert skrzypcowy Ludomira Różyckiego, który jest moim odkryciem, wykonywałem go w zeszłym roku podczas festiwalu „Chopin i jego Europa” z Sinfonią Varsovią i z maestro Grzegorzem Nowakiem. To bardzo ciekawy koncert, utrzymany w stylu muzyki filmowej, amerykańsko-rachmaninowskiej z lat czterdziestych ubiegłego stulecia. Ostatnie nuty tego dzieła zostały zapisane ręką Różyckiego w 1944 roku. Powstanie Warszawskie nie pozwoliło kompozytorowi na ukończenie dzieła i później już do niego nigdy nie powrócił. Po ponad 70 latach udało się zrekonstruować brakujące fragmenty orkiestracji i bardzo się cieszę, że dzieło zostanie nagrane. Jestem teraz na etapie szukania sponsorów, aby zamknąć budżet związany z wydaniem płyty z orkiestrą, bo jest to dość kosztowne przedsięwzięcie.

          Ma Pan z pewnością jeszcze dużo planów związanych z muzyką polską.
          - Chciałbym nagrać Koncert skrzypcowy Mieczysława Karłowicza, niedawno odnaleziony Koncert skrzypcowy Karola Lipińskiego, który miałem okazję wykonać w Rzeszowie, II Koncert Karola Szymanowskiego i II Koncert Emila Młynarskiego. Zawsze staram się w planach nagraniowych łączyć muzykę polską, która jest mniej znana, z tzw. hitami. Większość ludzi lubi kupować płyty z utworami, które znają. Liczę na to, że jak ktoś kupi płytę ze znanym wszystkim melomanom Koncertem skrzypcowym Jeana Sibeliusa, to przy okazji zainteresuje się Koncertem skrzypcowym Mieczysława Karłowicza. Niestety, ten przepiękny utwór poza granicami Polski jest prawie nie znany.

          Wymienione przez Pana koncerty skrzypcowe zostały nagrane przez świetnych polskich skrzypków, ale były dostępne jedynie w Polsce. Dzięki wytwórni Warner Music znajdą się na całym świecie.
          - Nagrania ze słynnymi zespołami zagranicznymi także pomogą w promocji polskiej muzyki.

          Chcę jeszcze zapytać o działalność założonej przez Pana orkiestry kameralnej Warsaw Players.
          - Mówiąc językiem nowoczesnym, jesteśmy zespołem freelancerskim, ale prawdopodobnie będziemy mieli swój sezon na Zamku Królewskim, który od początku związany był z instrumentem -  odbyły się tam wystawy polskiego Stradivariusa i tam nadano mu imię POLONIA.
           Dyrekcja Zamku Królewskiego i osoby zajmujące się muzyką pragną zorganizować tam cykl koncertów z udziałem Stradivariusa, na którym gram, a także w przyszłości zapraszać artystów z całego świata, którzy również grają na Stradivariusach. Jest szansa, że odbędzie się cykl czterech prestiżowych koncertów w ciągu roku, co dałoby nam regularność występów w Warszawie. Oprócz tego mamy jeszcze zaproszenia, m.in. teraz otrzymaliśmy zaproszenie od pana Zygmunta Krauzego na prestiżowy festiwal „Muzyczne Ogrody”, gdzie wykonamy bardzo interesujące utwory Wajnberga, Karłowicza i Piazzolli. Podobnych zaproszeń jest więcej i chętnie w nich uczestniczymy.
          Warsaw Players tworzą młodzi muzycy, w większości studenci, którzy później znajdują pracę w różnych miejscach na świecie i ten zespół jest dla nich czymś w rodzaju kursów mistrzowskich. Razem zdobywamy doświadczenia, oni uczą się zarówno ode mnie, jak i od siebie, a później „idą” do swych wymarzonych zespołów.

          Wielu młodszych muzyków czeka w kolejce i chętnie uzupełnia skład tej orkiestry.
          - Oczywiście, że tak się dzieje, ale przez cały czas wspólna praca i koncerty sprawiają nam dużo radości z wykonywania dobrej muzyki i mam nadzieję, że ta idea będzie się rozwijać.

          Przez pewien czas był Pan dyrektorem festiwalu „Muzyka na szczytach”, a od 2011 roku kontynuuje Pan to swoje dzieło pod nazwą „Muzyczne przestrzenie”.
          - Tak, ten Festiwal odbywa się we wrześniu i październiku głównie w moim rodzinnym Koninie i różnych miastach Wielkopolski. Można powiedzieć, że podczas tego festiwalu spotykamy się, żeby zagrać wspólnie utwory kameralne, ale nie są to tylko hity światowej literatury, a przede wszystkim zapomniane polskie arcydzieła muzyki kameralnej. Na festiwalu „Muzyczne przestrzenie” występował także zespół Warsaw Players, były też pisane utwory na zamówienie tego festiwalu – na przykład skrzypek i kompozytor Marcin Markowicz napisał Koncert skrzypcowy dla mnie i orkiestry Warsaw Players, czy Norbert Palej, kompozytor kanadyjski, który tworzył dla nas wcześniej.
          Festiwal jest dość skromny i kameralny, ale żyje i rozwija się. Zawsze wspierają nas przede wszystkim władze Konina – miasta, w którym się urodziłem. Doceniają, że organizuję wartościową imprezę i zapraszam bardzo dobrych wykonawców. Jedynym mankamentem jest fakt, że jesteśmy skazani na sale domów kultury, w których nie ma dobrej akustyki, albo koncerty odbywają się w kościołach, w których często jest bardzo gorąco lub zimno. Bardzo żałuję, że w moim rodzinnym Koninie, gdzie jest wspaniała szkoła muzyczna, w której wykształciło się wielu wybitnych muzyków, m.in. Jan Kaczmarek, Dariusz Przybylski, Łukasz Kuropaczewski i jest wielu melomanów, którzy zawsze tłumnie przychodzą na koncerty muzyki klasycznej, brakuje dobrej sali koncertowej, w której mogą się odbywać koncerty.

          Wiem, że niektórzy kompozytorzy piszą utwory z myślą o Panu.
          - Współpraca z kompozytorami bardzo mnie interesuje i inspiruje. Najlepszym przykładem są wymienione już koncerty skrzypcowe Norberta Paleja i Marcina Markowicza, które są bardzo ciekawe i oryginalne. Odkryliśmy także Concertino na skrzypce i smyczki Mieczysława Wajnberga.
          Brakuje nowych koncertów na skrzypce ze smyczkami, a myślę, że smyczki są dosyć ciekawym instrumentarium do wykorzystania. Można stosować dużo ciekawych efektów dźwiękowych, a także nawet odgłosów.
           Bardzo bym chciał kontynuować współpracę z żyjącymi współcześnie kompozytorami i brać udział we współtworzeniu nowych dzieł skrzypcowych, dzielić się moją wiedzą i doświadczeniami.

          W historii muzyki zdarzało się to dość często, a najlepszym przykładem była współpraca dwóch wspaniałych polskich artystów Karola Szymanowskiego i Pawła Kochańskiego.
          - Marzy mi się taka współpraca, instrumenty smyczkowe mają wiele niewykorzystanych do tej pory przestrzeni. Myślę o połączniu smyczków z elektroniką, bardzo mnie inspiruje to, co się dzieje w muzyce filmowej – na przykład Hansa Zimmera. Doszukuję się w muzyce filmowej analogii z operą.
           Opera kiedyś przyciągała rzesze wielbicieli, a melodie arii były nucone przez wielbicieli tego gatunku. Sądzę, że dzisiaj podobną rolę pełni muzyka filmowa, która jest pisana fantastycznie i często są to kompozycje na bardzo wysokim poziomie.

          Nigdy nie próbował Pan sam komponować w tym stylu albo aranżować melodii napisanych na potrzeby filmu?
          - Wie Pani, że myślałem o tym. Może spróbuję aranżować fantazje albo robić tak jak kiedyś Wieniawski czy Paganini, którzy pisali fantazje na podstawie oper, a ja chcę wykorzystać muzykę filmową.

          To by było bardzo ciekawe. Do końca maja już niedaleko, czerwiec szybko minie i myślę, że w lipcu przyjedzie Pan do Łańcuta na 45. Międzynarodowe Kursy Muzyczne im. Zenona Brzewskiego.
          - Niestety, w tym roku, po raz pierwszy od wielu lat, nie będzie mnie na Kursach w Łańcucie. Ze względu na nadmiar obowiązków, niestety nie dam rady przyjechać.

          Całe szczęście, że nie odłożyłam rozmowy z Panem na lipiec. Mam nadzieję, że wyjedzie Pan zadowolony ze współpracy z naszą Orkiestrą.
          - Cieszę się, że jestem w Rzeszowie teraz i gram Symfonię hiszpańską Eduarda Lalo, bo bardzo lubię pracować z tym zespołem. Atmosfera jest przesympatyczna, Orkiestra jest bardzo wrażliwa i słuchająca także solisty. O występie pod batutą maestro Marka Pijarowskiego marzyłem od dawna, jest to pierwsza okazja naszej wzajemnej współpracy. Jestem zachwycony i zauroczony Jego muzykalnością i podejściem do akompaniamentu. Niewielu dyrygentów potrafi to robić z takim wyczuciem.

Z dr hab. Januszem Wawrowskim, wybitnym polskim skrzypkiem i pedagogiem rozmawiała Zofia Stopińska 10 maja 2019 r. w Filharmonii Podkarpackiej im. Artura Malawskiego w Rzeszowie

Powrót po latach na łańcuckie salony

          Brytyjski zespół „The King’s Singers, który już ponad pół wieku zachwyca publiczność na całym świecie, zainaugurował 11 maja w sali balowej Zamku 58. Muzyczny Festiwal w Łańcucie. Ze względu na ogromne zainteresowanie publiczności Artyści zgodzili się powtórzyć koncert w niedzielę o 15.00 i
zostali entuzjastycznie przyjęci. Na długie brawa i owacje na stojąco Zespół sobie zasłużył proponując publiczności bardzo różnorodny program w najlepszym pod każdym względem wykonaniu: idealnej intonacji, brzmieniu i dykcji, a wszystko sposób bardzo naturalny. Kunsztu zespołu The King’s Singers ani atmosfery panującej w sali balowej łańcuckiego Zamku nie da się opisać słowami. Trzeba było tam po prostu być. Cudowny pod każdym względem wieczór.
          Tydzień po inauguracji wystąpi w sali balowej wybitny pianista Krzysztof Jabłoński, dwa dni później duet z Rumunii, a następnie włoski kontratenor Vincenzo Capezzuto, orkiestra z Turcji oraz nasz znakomity skrzypek Bartłomiej Nizioł.
          Uważam, że Bartłomiej Nizioł należy do niewielkiego grona najwybitniejszych skrzypków swojego pokolenia na świecie i dlatego jestem szczęśliwa, że artysta zgodził się na wywiad jeszcze przed przyjazdem do Łańcuta.

           Zofia Stopińska: Miło nam będzie oklaskiwać Pana w Sali balowej łańcuckiego Zamku 21 maja. Można powiedzieć, że po latach powraca Pan do miejsc znanych z czasów młodości, kiedy uczestniczył Pan w Międzynarodowych Kursach Muzycznych im Zenona Brzewskiego w Łańcucie. Jak Pan wspomina Kursy, pedagogów, pod okiem których doskonalił Pan swoją grę, atmosferę Kursów i występy w Sali balowej?
           Bartłomiej Nizioł: Ja również się cieszę, że po latach wrócę do pięknego Zamku w Łańcucie i wystąpię w ramach tegorocznego Muzycznego Festiwalu.
Ostatnio występowałem tam w ramach Międzynarodowych Kursów Muzycznych im. Zenona Brzewskiego i brałem już wówczas udział w tych Kursach w roli profesora.
          Oczywiście, pamiętam wcześniejsze, lata kiedy przyjeżdżałem do Łańcuta najpierw jako uczeń szkoły muzycznej, a później jako student. To było tuż przed przemianami w Polsce oraz w czasie ich trwania i były to ciężkie czasy. Pamiętam, że sam dojazd ze Szczecina do Łańcuta w przepełnionym pociągu trwał kilkanaście godzin i był męczący. Natomiast Kursy zawsze były wspaniałe, bo mieliśmy możliwości kontaktu z największymi profesorami na świecie. Między innymi miałem przyjemność pracować pod kierunkiem tak wspaniałych profesorów, jak prof. Michael Frischenschlager z Wiednia, czy słynny prof. Zachar Bron, którego uważam za najsłynniejszego obecnie pedagoga gry na skrzypcach. Wspominam udział w łańcuckich Kursach z dużym sentymentem. Ostatni raz jako uczestnik Kursów byłem w Łańcucie przed konkursem w Londynie i „ogrywałem” program, nabierałem ostatniego szlifu przed tym bardzo ważnym konkursem.
          Moje wspomnienia są bardzo sentymentalne również dlatego, że mój ojciec pochodzi z okolic Rzeszowa, tam mamy rodzinę i czuję, że łączą mnie również więzy krwi z tym pięknym regionem.

           Tym razem w wykonaniu sonat Ignacego Jana Paderewskiego, Zygmunta Stojowskiego i Władysława Żeleńskiego, będzie Panu towarzyszył Michał Francuz – pianista związany z poznańskim środowiskiem muzycznym, ale koncertujący z powodzeniem jako solista i kameralista. Jak długo Panowie razem współpracują i czy ta współpraca dotyczy tylko koncertów w Polsce?
          - Podczas recitalu będzie towarzyszył mi przy fortepianie pan Michał Francuz, jest to znakomity pianista i kameralista, z którym obecnie pracujemy nad bardzo ambitnym projektem, bo jesteśmy w trakcie nagrań wszystkich polskich sonat na skrzypce i fortepian. Mamy w planie nagranie około 40 pozycji, ten projekt będzie rozłożony na kilka lat. Do tej pory koncentrowaliśmy się na nagraniu sonat twórców działających w tym samym okresie, co Ignacy Jan Paderewski. Utrwalone zostały sonaty: Paderewskiego, Żeleńskiego, Noskowskiego, dwie sonaty Stojowskiego oraz miniatury Żeleńskiego. Dlatego w programie koncertu w sali balowej łańcuckiego Zamku znajdą się: Sonata op. 13 na skrzypce i fortepian Ignacego Jana Paderewskiego, Sonata op. 13 Zygmunta Stojowskiego i Sonata op. 30 Władysława Żeleńskiego.

           Prowadzi Pan bardzo intensywną działalność artystyczną, obejmującą kilka nurtów muzyki: solista, kameralista, koncertmistrz orkiestry i pedagog. Czy któryś z tych nurtów dominuje?
          - Staram się utrzymywać równowagę, która polega na tym, że moja praca w ciągu roku podzielona jest na okresy, kiedy koncertuję, nagrywam nowe płyty (staram się co roku nagrać jedną lub dwie nowe płyty), jeden dzień w tygodniu spędzam na uczelni i zajmuję się pracą pedagogiczną, a stanowisko koncertmistrza orkiestry operowej łączę harmonijnie z koncertami – są miesiące, kiedy gram więcej w orkiestrze i wówczas mniej występuję jako solista.

           Proszę opowiedzieć o współpracy z Vladimirem Cosmą, wybitnym twórcą muzyki filmowej.
          - To była właściwie jednorazowa współpraca i dotyczyła kilku koncertów oraz nagrania płyty. Było to już kilka lat temu i od tego czasu nie pracowaliśmy razem.

           Już prawie ćwierć wieku mieszka Pan w Szwajcarii. Jak często przyjeżdża pan do Polski i z którymi ośrodkami muzycznymi współpracuje Pan najczęściej i czy ta współpraca dotyczy wyłącznie działalności koncertowej?
          - Mieszkam w Szwajcarii od 1995 roku. Wyjechałem tam po ukończeniu studiów w Akademii Muzycznej w Poznaniu pod kierunkiem prof. Jadwigi Kaliszewskiej, aby kontynuować naukę u prof. Pierre’a Amoyala, słynnego skrzypka francuskiego w Conservatoire de Lausanne.
          Od czasu, kiedy można podróżować bez problemu i są bezpośrednie połączenia z Zurychu z polskimi miastami: Wrocław, Gdańsk, Kraków, Warszawa, i w ciągu półtorej godziny można się znaleźć w Polsce, przyjeżdżam do Polski częściej. Występuję z koncertami oraz jako gościnny profesor. Współpracuję dosyć często z Akademią Muzyczną w Katowicach, przez 10 lat byłem dyrektorem artystycznym Music Festiwal & Master Class w Pile i zajmowałem się tam organizacją oraz promocją młodych polskich talentów. Formuła tego festiwalu była interesująca, ponieważ oprócz indywidualnych lekcji każdy z uczestników miał możliwość kilkukrotnego zaprezentowania swoich umiejętności i dlatego było organizowanych sporo koncertów, a na zakończenie przyznawana była nagroda specjalna w postaci koncertu.

          Jest Pan laureatem pierwszych nagród na najbardziej liczących się międzynarodowych konkursach skrzypcowych (Poznań, Adelajda, Pretoria, Bruksela, Paryż). Z pewnością udział w konkursach miał duży wpływ na Pana karierę. Dzisiaj zapraszany jest Pan na te konkursy, a także na wiele innych, jako juror i z pewnością obserwuje Pan rozwój wielu młodych skrzypków. Czy konkursy są nadal tak ważne? Czy można zdobyć popularność i uznanie bez udziału w konkursach?
          - Udział w konkursach był kiedyś bardzo ważny, teraz, z racji tego, że konkursów namnożyło się bardzo dużo, też. Kiedyś wygrana na konkursie w Paryżu, Moskwie czy Poznaniu właściwie gwarantowała już sukces, w czasie moich studiów i na początku działalności zawodowej trzeba było się zaprezentować na kilku konkursach, teraz jest podobnie. Same konkursy dają jedynie możliwość prezentacji i promowania się, natomiast późniejsze kontakty z organizatorami festiwali i koncertów oraz z agencjami koncertowymi są najważniejsze do zrobienia kariery.
            Kreatywność młodych muzyków jest niezbędna. Trzeba ciągle mieć pomysł na promowanie swoich umiejętności, na swój repertuar, bo organizatorzy oczekują, żeby ciągle odnajdywać coś nowego.

           Czy organizacja koncertów, festiwali i innych imprez popularyzujących muzykę klasyczną w Polsce różni się od organizacji podobnych przedsięwzięć w innych krajach, w których Pan występuje?
           - Uważam, że w Polsce koncerty i festiwale zawsze były organizowane na najwyższym poziomie. Mamy powody do dumy, bo mamy w naszym kraju wiele wspaniałych, na światowym poziomie festiwali i koncertów. Najlepszym przykładem jest Muzyczny Festiwal w Łańcucie, który może z powodzeniem konkurować z wieloma festiwalami w Europie i na świecie.
Zawsze chętnie w Polsce występowałem i występuję.

           Jak często gra Pan utwory polskich kompozytorów poza granicami Polski i jak przyjmuje je publiczność?
           - Zawsze starałem się i nadal się staram promować polską muzykę. Nagrałem wiele płyt z utworami polskich kompozytorów, m.in. nagrałem kilka płyt z utworami Henryka Wieniawskiego, nagrałem płyty z utworami Karola Lipińskiego, Grażyny Bacewicz, niedawno nagrałem Koncert podwójny Krzysztofa Pendereckiego, z Orkiestrą BBC nagrałem Koncert skrzypcowy Zygmunta Stojowskiego. Najnowszy projekt nagrania wszystkich polskich sonat skrzypcowych najlepiej potwierdza, że staram się promować polską muzykę. Uważam, że polscy muzycy powinni promować dzieła polskich twórców i mają wielkie pole do popisu, bo jest bardzo dużo utworów polskich kompozytorów, które nie są znane, a są to utwory godne wykonania.

           Czy ma Pan jakieś pozamuzyczne pasje i czas na ich realizację?
            - Moją wielką pozamuzyczną pasją są podróże. Staram się raz w roku znaleźć trzy lub cztery tygodnie na podróże. Są to różne podróże, zazwyczaj dalekie: do krajów azjatyckich, a teraz mamy w planach miesięczny pobyt w Stanach Zjednoczonych – głównie w Kalifornii. Podróże mnie relaksują, a ponadto mogę wspólnie z żoną spędzić czas, oglądając piękny świat, poznając nowe dla nas kultury i zakątki.
Jeżdżę bardzo dużo po świecie koncertując i może czytelnicy są zdziwieni, że odpoczywam również podróżując, ale podczas podróży koncertowych nie ma możliwości zwiedzania. Podróż koncertowa różni się w sposób zasadniczy od podróży bez instrumentu, ma się cały dzień dla siebie.

            Jak długo będzie Pan w Łańcucie? Czy może Pan zostać na Festiwalu kilka dni, czy musi Pan jechać na kolejne koncerty albo wracać do domu, gdzie także czeka Pana z pewnością wiele pracy?
            - Mój pobyt w Łańcucie będzie niestety bardzo krótki, przyjeżdżam na próbę i w tym samym dniu mam koncert, a na następny dzień muszę wyjechać. Przykro mi z tego powodu, ale w maju mam wyjątkowo dużo pracy, bo m.in. jestem na festiwalu w Szczecinie, gdzie wykonamy recital z panem Michałem Francuzem, a także poprowadzę kursy. Później kilka dni spędzę w Katowicach, gdzie nagrywam kolejną płytę.
           Pozdrawiam Państwa serdecznie i zapraszam 22 maja o 19.00 do sali balowej łańcuckiego Zamku, gdzie zabrzmią perły polskiej muzyki na skrzypce i fortepian.

Zakochałem się w „Strasznym dworze”

            3 maja Orkiestra Filharmonii Podkarpackiej wraz ze studentami i absolwentami Wydziału Wokalno-Aktorskiego Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina pod batutą Marty Kluczyńskiej, w inscenizacji i reżyserii Ryszarda Cieśli, przedstawili przekrój opery „Straszny dwór” Stanisława Moniuszki na scenie na Rzeszowskim Rynku na zakończenie „Święta Paniagi”, czyli ulicy 3 Maja. Spektakl został starannie przygotowany i dobrze wykonany, dlatego chociaż było zimno i padał deszcz, większość publiczności wytrwała do końca i gromko oklaskiwała wykonawców.
           Przed ostatnimi przygotowaniami do koncertu rozmawiałam z prof. Ryszardem Cieślą, znakomitym śpiewakiem, dziekanem Wydziału Wokalno-Aktorskiego UMFC w Warszawie.

          Zofia Stopińska: Nie po raz pierwszy Wydział Wokalno-Aktorski Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina współpracując z Filharmonią Podkarpacką występuje w Rzeszowie ze spektaklem operowym. Poprzednie występy bardzo się udały i były gorąco oklaskiwane przez publiczność.
          Ryszard Cieśla: Po raz pierwszy przyjechaliśmy do Rzeszowa z „Cosi fan tutte” Wolfganga Amadeusza Mozarta. Ten spektakl wystawialiśmy najczęściej także poza granicami Polski, bo byliśmy w Sevilli, Stambule, Reisbergu oraz w kilku miastach w Polsce.
Drugą operą, którą pokazaliśmy rzeszowskiej publiczności, był „Eugeniusz Oniegin”.
           Dzisiaj w Rzeszowie pokażemy fragmenty „Strasznego dworu” Stanisława Moniuszki i będziemy nadal pracować nad tą operą, bo planujemy ją w całości wystawić jesienią w Teatrze Wielkim w Warszawie. Solistom z Wydziału Wokalno-Aktorskiego towarzyszyć będzie chór i orkiestra Uniwersytetu Fryderyka Chopina w Warszawie.
Mamy nadzieję, że z tym spektaklem w pełnej wersji, z kostiumami i scenografią, zawitamy do Rzeszowa.

           „Straszny dwór” to jedna z najpiękniejszych polskich oper, ale dla młodych śpiewaków, którzy dopiero studiują i nie mają jeszcze doświadczenia scenicznego, to trudne dzieło.
          - Uważam, że jest to najpiękniejsza polska opera. Pomimo, że niektórzy muzykolodzy i znawcy uważają, że najważniejszą operą polską jest „Król Roger” Karola Szymanowskiego, to ja twierdzę, że „Straszny dwór” jest największym arcydziełem. Biorę pod uwagę całość: dramaturgię, inwencję melodyczną, orkiestrację. To jest opera belcantowa w najlepszym stylu i można ją porównywać z najlepszymi dziełami włoskich mistrzów: Belliniego, Rossiniego czy Donizettiego, którzy zaliczani są do grona największych twórców operowych na świecie. Ja stawiam „Straszny dwór” pomiędzy największymi ich kompozycjami.
          Zgadzam się także z panią, że to opera niełatwa i wymaga wielkiego kunsztu, ale kiedy w 2007 roku wystawiałem po raz pierwszy tę operę w profesjonalnej obsadzie najlepszych polskich artystów i pojechaliśmy do Chicago, to podczas pracy i przedstawień odkryłem, że jest to opera o młodych ludziach i dla młodych.
Oczywiście są role – Miecznika czy Macieja przeznaczone dla osób nieco starszych, ale córki Miecznika, czy panicze to są młodzi ludzie i ich role mogą być wykonywane przez dobrych śpiewaków, którzy jeszcze studiują.
          Dziesięć lat później, w 2017 roku zawitaliśmy znowu do Chicago i wówczas w obsadzie miałem już tylko dwóch profesjonalnych śpiewaków z wielką karierą, czyli Leszka Skrlę (Miecznika) i Rafała Bartmińskiego (Stefana), a pozostali to byli studenci z Wydziału Wokalno-Aktorskiego, dwadzieścia osób śpiewających w chórze stanowili studenci z młodszych lat. Studenci sprawdzili się znakomicie i dlatego teraz postanowiłem, że cały spektakl „Strasznego dworu” przygotujemy w wykonaniu studentów.

           Przez cały czas przygotowuje Pan ze studentami nowe spektakle operowe, co jest bardzo ważne, bo kończący warszawską uczelnię młodzi śpiewacy mają już sporo doświadczeń i później dobrze sobie radzą na scenach profesjonalnych oper.
           - Chcę podkreślić, że wydziały wokalno-aktorskie wszystkich ośmiu uczelni w Polsce starają się jak najlepiej przygotować studentów do wykonywania zawodu; przygotowują spektakle, współpracują z teatrami operowymi, bo element edukacji pozwalający na sprawdzenie się na scenie jest konieczny. Jak ktoś kiedyś powiedział: „Artystą się stajemy na scenie” i ta edukacje jest konieczna.
           Nie jest to łatwe ze względów systemowych, uczelnie generalnie nie posiadają swoich scen. Gdybym miał scenę na wyłączność naszego wydziału, to mógłbym tę sferę edukacji bardziej rozwinąć, ale współpracuję z Teatrem Wielkim-Operą Narodową, współpracuję z Filharmoniami – między innymi z Podkarpacką, starając się zapewnić studentom szanse wejścia w zawód od strony praktycznej, bo to jest niezbędne.

          Idąc na to spotkanie zastanawiałam się, ile czasu musi Pan poświęcić na przygotowanie spektaklu ze studentami. Pierwszy etap prac odbywa się w domu, trzeba pracować z poszczególnym studentami, a dopiero później można pracować nad poszczególnymi scenami, aktami dzieła. Nie da się tego ani przewidzieć, ani zmierzyć w godzinach.
          - To prawda, problem polega jeszcze na tym, że wykonuję kilka zawodów jednocześnie: jestem dziekanem, mam wiele prac typowo administracyjnych, prowadzę własną klasę wokalną, jestem dyrektorem artystycznym Filharmonii im. Romualda Traugutta, mam obowiązki jako prezes SPAM-u, w sumie jest tego bardzo dużo. Często marzę o tym, żeby zająć się wyłącznie reżyserowaniem spektakli w profesjonalnych warunkach. Nagroda za tę pracę jest dopiero po spektaklach, kiedy widzę młodych artystów, którzy przeżyli wartościowe doświadczenie sceniczne w profesjonalnych warunkach i jak ono ich rozwija. Wówczas jestem przekonany, że warto było poświęcić tyle czasu. Zawód pedagoga jest zawodem z misją i wówczas nie liczy się czasu, bo wiadomo, że tworzy się coś ważnego, co później pięknie owocuje i wielką satysfakcją jest świadomość, że pomogło się komuś wystartować, rozwinąć skrzydła.

          Gorące brawa publiczności są także powodem do satysfakcji dla wykonawców i realizatorów. Scena na Rynku w Rzeszowie trochę Was ogranicza. Nie można tam pokazać baletu i pełnych dekoracji, a soliści mają także ograniczone pole do popisów teatralnych. Będzie to estradowe wykonanie.
          - To wszystko prawda, ale wystąpią w kostiumach, które wypożyczyliśmy z Teatru Wielkiego. Nasza scenografia i kostiumy będą gotowe dopiero na jesienną premierę pełnego spektaklu.
          Rok Moniuszkowski rozpoczął się 1 stycznia, a można powiedzieć, że faktycznie się zaczął 6 stycznia, kiedy Dworzec Centralny w Warszawie otrzymał imię Stanisława Moniuszki. Jest to w dużej mierze zasługa Towarzystwa Moniuszkowskiego, założonego przez śp. Marię Fołtyn, w którym to towarzystwie jestem wiceprezesem. Do naszych starań dołączył dyrektor Teatru Wielkiego Opery Narodowej Waldemar Dąbrowski, który jest pełnomocnikiem ds. obchodów 200. rocznicy urodzin Stanisława Moniuszki, a dyrekcja PKP odpowiedziała pozytywnie.
           Rok Moniuszkowski trwa i szczególna misja spoczywa na nas – muzykach polskich, bo jeszcze wiele jest do zrobienia w zakresie promocji postaci i muzyki ojca polskiej opery narodowej.

          Słyszałam, że niedawno był Pan ze studentami na festiwalu w Wuhan w Chinach.
          - To było w listopadzie ubiegłego roku i na tym znanym festiwalu wystąpili nasi studenci. Zaproszonych zostało do Wuhan 30 uniwersytetów z całego świata i byliśmy jedynym uniwersytetem, który zaproponował koncert wokalny i jedynym, w którym występowali studenci. Pozostałe uniwersytety zaprezentowały występy pedagogów. Przedstawiliśmy tam fragmenty z opery „Straszny dwór” w kostiumach. Ja przybliżałem treść libretta w języku angielskim, a śpiewak z Chin tłumaczył moje słowa na język chiński. Wywarliśmy ogromne wrażenie na wszystkich i nasz występ został entuzjastycznie przyjęty. Chciałbym w niedalekiej przyszłości wystawić „Straszny dwór” w Chinach z udziałem chińskich śpiewaków. Pierwszą jaskółkę mamy przygotowaną na koncert w Rzeszowie, bo w obsadzie, w partii Miecznika, jest nasz dyplomant z Chin (Linhao Qin) , który pozostaje w Polsce, bo chce zrobić doktorat.

          Niedawno rozmawiałam z panią Elżbietą Janowską Moniuszko, prapraprawnuczką Stanisława Moniuszki, która mieszka w Warszawie, i mówiła mi, że udostępniała chińskiej śpiewaczce nuty i teksty pieśni Stanisława Moniuszki, która przełożyła dwie pieśni na język chiński. To była Wasza studentka, która wyjechała do swojej ojczyzny i często zamieszcza w repertuarze koncertowym pieśni Stanisława Moniuszki zarówno z języku chińskim, jak i polskim.
          - To moja doktorantka Feng Ke, która zajęła się liryką wokalną Stanisława Moniuszki i nagrała sporo pieśni w języku polskim, ale też kilka przetłumaczyła i wykonuje je w języku chińskim. Chcę podkreślić, że pieśni Stanisława Moniuszki w języki chińskim brzmią równie pięknie.

          Mam nadzieję, że dzięki takim działaniom muzyka Stanisława Moniuszki znajdzie właściwe miejsce na światowych scenach, ponieważ w pełni na to zasługuje. Przecież nawet Rossini podziwiał kompozycje Moniuszki i wyraził to w listach do naszego kompozytora. To jest nasza wina, że muzyka ojca polskiej opery narodowej tak rzadko rozbrzmiewa na estradach za granicą.
          - To jest nasza wina, ale także kilku istotnych rzeczy, z którymi nie umiemy sobie do tej pory poradzić. Są niewłaściwe kalki pojęciowe – część z nich została zdefiniowana w czasach socrealizmu, a część narzucił postmodernizm. W tych kalkach pojęciowych Moniuszko jest uważany za kompozytora zaściankowego, co jest wielkim nieporozumieniem. Wystarczy rzetelnie przestudiować partytury jego dzieł – szczególnie „Halkę”, „Straszny dwór” i „Hrabinę”, bo są to arcydzieła światowe. To są znakomicie skomponowane pod każdym względem opery i doceniali ten kunszt kompozytorzy współcześni Moniuszce.
           Mówi się także, że Polska była w tym czasie w okresie zaborów i nic wartościowego w takich warunkach nie mogło powstać. Owszem, w XIX wieku Polski nie było na mapie, ale w sensie kulturowym posiadała spuściznę poprzednich wieków wielkiej Rzeczpospolitej. Jeżeli się sięgnie po dzieła polskiej literatury muzycznej XVI czy XVII wieku, to są one na światowym poziomie. Pamiętam, jak w okresie mojej działalności w zespole „Bornus Consort”, kiedy w Wiedniu prezentowaliśmy dzieła Pękiela, Szarzyńskiego, Mielczewskiego i Gorczyckiego, to wszyscy zachwycili się tą muzyką, a przecież byli to, w swoich czasach, najwięksi kompozytorzy okresu baroku. Rozwinięta myśl naukowa, literatura i sztuka w zaliczanych do największych uniwersytetów europejskich – uniwersytetów we Lwowie i Wilnie, nie znikły w XIX wieku pomimo, że Polski politycznie nie było na mapie. Z tego bogactwa kulturowego wyrośli Moniuszko i Chopin.
          Niewłaściwe kalki pojęciowe, niestety, są często jeszcze powielane i dlatego nawet część Polaków niewłaściwie ocenia wartość twórczości Stanisława Moniuszki.

           Pewnie czuje się Pan w Rzeszowie jak w domu, bo to przecież rodzinne miasto.
           - Oczywiście, że tak. Ostatnio bywamy z żoną w Rzeszowie niezbyt często, bo mamy sporą gromadkę wnuków w Warszawie i związane są z tym miłe obowiązki, które ograniczają nasze pobyty w Rzeszowie. Okazja, kiedy można połączyć artystyczne obowiązki i przyjemności z radością odwiedzenia rodziców zdarza się rzadko, ale jest to zawsze dla mnie czas szczególnie ważny i miły.

           Spogląda Pan na zegarek, co oznacza, że należy kończyć rozmowę, bo przed Wami jeszcze krótka próba sytuacyjna na Rynku, trochę czasu na odpoczynek i koncert. Mam nadzieję, że następnym razem będzie więcej czasu na rozmowę.
          - Nie rozmawiałem jeszcze z panią prof. Martą Wierzbieniec, ale chciałbym pokazać pełny spektakl opery „Straszny dwór” w Rzeszowie, bo to jest przepiękna komedia muzyczna z bardzo istotnym kontekstem patriotycznym. Siła wymowy przywołania wielkiej Rzeczpospolitej w etosie rycerskim szlacheckiego domu była tak wielka, że (paradoksalnie) zaszkodziła ona „Strasznemu dworowi”. Odbiór dzieła wystawionego tuż po klęsce powstania styczniowego był tak entuzjastyczny, że po trzecim spektaklu „Straszny dwór” został zdjęty z afisza i Moniuszko już go nigdy nie zobaczył.
           Zakochałem się w „Strasznym dworze” reżyserując go dwukrotnie, jestem pewien, że tą operą zachwycą się wszyscy i dlatego tak bardzo chciałbym ją pokazać w swoim rodzinnym mieście.

Z prof. Ryszardem Cieślą – świetnym śpiewakiem, dziekanem Wydziału Wokalno-Aktorskiego Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie Zofia Stopińska rozmawiała 3 maja 2019 roku w Rzeszowie.

Majowe propozycje Filharmonii Podkarpackiej

           Maj jest zawsze miesiącem wyjątkowym, obfitującym w różne wydarzenia, dla dyrekcji, orkiestry i wszystkich pracowników Filharmonii Podkarpackiej.
           3 maja Orkiestra Filharmonii Podkarpackiej wraz ze studentami i absolwentami Wydziału Wokalno-Aktorskiego Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina pod batutą Marty Kluczyńskiej w inscenizacji i reżyserii Ryszarda Cieśli, przedstawili przekrój opery „Straszny dwór” Stanisława Moniuszki na scenie na Rzeszowskim Rynku na zakończenie „Święta Paniagi”, czyli ulicy 3 Maja. Spektakl został starannie przygotowany i dobrze wykonany, dlatego chociaż było zimno i padał deszcz, większość publiczności wytrwała do końca i gromko oklaskiwała wykonawców.
          Kolejny koncert odbędzie się w dniu 200. urodzin Stanisława Moniuszki, a o przybliżenie tego i innych wydarzeń poprosiłam panią prof. Martę Wierzbieniec – dyrektorkę Filharmonii Podkarpackiej im. Artura Malawskiego w Rzeszowie.

          Marta Wierzbieniec: Tegoroczny maj jest dla nas szczególny dlatego, że w tym roku, dokładnie 5 maja przypada 200. rocznica urodzin Stanisława Moniuszki, kompozytora chyba ciągle jeszcze niedocenianego, kompozytora, którego muzyka zbyt rzadko jest wykonywana, o którym ciągle za mało mówimy, a przede wszystkim za mało artystów z zagranicy wie, że to twórca polskiej opery narodowej i komponował oprócz oper także liczne dzieła o charakterze religijnym, utwory orkiestrowe, kameralne, miniatury fortepianowe, a przede wszystkim pieśni.
          Chcemy o Stanisławie Moniuszce mówić oraz wykonywać jego dzieła, przypominać pieśni, bo pewnie wszyscy znamy: „Prząśniczkę” czy „Znasz li ten kraj”, ale nie znamy wielu innych pieśni i innej twórczości; pięknej, wzruszającej, polskiej. Rok Stanisława Moniuszki jest najlepszą okazją byśmy lepiej poznali życie i twórczość Stanisława Moniuszki.
          5 maja w Filharmonii Podkarpackiej o godzinie 19.00 rozpocznie się wielki urodzinowy koncert Stanisława Moniuszki z okazji 200. rocznicy urodzin tego kompozytora. Mamy zaplanowanych kilkanaście koncertów w Roku Moniuszkowskim, ale podczas tego szczególnego koncertu, w dniu urodzin, chcemy pokazać najmłodszych śpiewaków, którzy może jeszcze nie mają jeszcze dużego doświadczenia scenicznego i nie występowali na słynnych scenach świata, ale jestem przekonana, że wszystko przed nimi. Solistami tego koncertu będą laureaci III Międzynarodowego Konkursu Wokalnego ARS ET GLORIA 2019, który odbył się w styczniu tego roku w Katowicach. Pomysłodawcą i głównym organizatorem tego Konkursu jest ks. Paweł Sobierajski, który jest profesorem Akademii Muzycznej w Katowicach, gdzie kształci wokalistów, którzy z powodzeniem występują na scenach nie tylko w Polsce. W naszej Filharmonii wystąpią: Justyna Bujak, Roksana Wardenga, Piotr Brożek, David Roy i Jakub Smidt.
          W programie wieczoru znajdą się arie z kilku oper Stanisława Moniuszki, m.in. z opery „Flis”, „Hrabina”, „Verbum Nobile”, nie może zabraknąć arii z „Halki” i „Strasznego dworu” oraz pieśni opracowanych na głos solowy i orkiestrę. Oczywiście młodym artystom towarzyszyć będzie Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Podkarpackiej pod batuta Sławomira Chrzanowskiego, która wykona także utwory skomponowane przez Moniuszkę na orkiestrę, jak chociażby „Tańce góralskie” z opery „Halka”. Zapraszam Państwa serdecznie na ten koncert.

           Kolejny koncert abonamentowy odbędzie się 10 maja.
           - Ten wieczór zapowiada się wspaniale. Maestro Marek Pijarowski stanie za pulpitem dyrygenckim, w drugiej części koncertu usłyszymy I Symfonię c-moll op. 68 Johannesa Brahmsa, a pierwszą rozpocznie się Uwerturą do opery „Włoszka w Algierze” Gioacchino Rossiniego, natomiast w Symfonii hiszpańskiej Eduarda Lalo wykonaniu wybitnego skrzypka Janusza Wawrowskiego, który od pewnego czasu koncertuje na wspaniałych skrzypcach wykonanych przez Antonia Stradivariego. Serdecznie Państwa na ten koncert zapraszam.

          Już tylko dni dzielą nas od tegorocznej edycji Muzycznego Festiwalu w Łańcucie, który wymaga długich starannych przygotowań, a w czasie trwania Festiwalu wielu działań organizacyjnych.
           - Rzeczywiście, maj jest dla nas bardzo pracowitym miesiącem, bo przecież tradycją od ponad pół wieku jest organizowanie w maju Muzycznego Festiwalu w Łańcucie. W tym roku odbędzie się już 58. edycja, która będzie miała trochę inny przebieg, bowiem występują pewne utrudnienia związane z odbywającym się nie tylko w Zamku, ale także w otoczeniu zamkowym: wymieniana jest nawierzchnia alejek i przestrzeń gdzie zawsze budowaliśmy scenę na koncerty plenerowe. Dlatego w tym roku takie koncerty w Łańcucie się nie mogą odbyć przed Zamkiem, ale organizujemy koncert na dziedzińcu wspaniałego Zamku w Krasiczynie. Nie zabraknie także akcentu moniuszkowskiego w czasie Festiwalu Łańcuckiego i to właśnie w Krasiczynie wystąpią znani na pewno wszystkim soliści, którzy są laureatami kolejnych edycji wielkiego wokalnego Konkursu Moniuszkowskiego organizowanego przez Teatr Wielki – Operę Narodową. W tym roku odbywa się X Jubileuszowa edycja tego konkursu i czeka nas wielka niespodzianka, bo w czasie tego koncertu wystąpi także jeden z laureatów tegorocznej edycji. Konkurs rozpoczyna się 5 maja, a 11 maja jest finał, stąd nie znamy jeszcze nazwiska laureata, który wystąpi podczas koncertu 24 maja obok takich gwiazd jak: Urszula Kryger, Aleksandry Kubas, Marcina Bronikowskiego, Rafała Bartmińskiego i Adama
Zdunikowskiego. Dyrygował będzie Jiři Petrdlik, a orkiestra wystąpi w międzynarodowym składzie, bo trzon stanowić będą muzycy Filharmonii Podkarpackiej, ale będzie także kilku muzyków ze Słowacji, Czech i Węgier. Chcemy w ten sposób zapowiedzieć projekt do realizacji którego się przymierzamy, a będą to koncerty karpackie. Rozpoczynamy od muzyków pochodzących z państw Grupy Wyszechradzkiej, ale miejmy nadzieję, że w przyszłości będziemy mogli Państwu zaprezentować koncert w którym orkiestra będzie się składać z muzyków z wielu krajów. Mam nadzieję, że te plany zostaną zrealizowane.
Koncert w Krasiczynie będzie także promocją muzyki Stanisława Moniuszki, bo mamy nadzieję, że dzięki muzykom, którzy zasiądą na estradzie razem z Orkiestrą Filharmonii Podkarpackiej, ten koncert uda nam się powtórzyć w wymienionych przed chwilą krajach.

          W programie koncertu w Krasiczynie znajdą się wyłącznie utwory Stanisława Moniuszki?
          - Nie tylko, bo w tym roku przypada także 200. rocznica urodzin Jakuba Offenbacha i usłyszymy także kilka jego utworów. Z listów Moniuszki wiemy, że prowadził korespondencję z Rossinim, który zachwycał się kompozycjami polskiego twórcy, stąd utwory Rossiniego także znajdą się w programie.
Zabrzmią jeszcze utwory kilku twórców współczesnych Moniuszce.
Gościć będziemy także samego Moniuszkę, który przeczyta fragmenty swoich listów, a w tę postać wcieli się znany zapewne Państwu aktor Henryk Talar. Wszystko to na dziedzińcu Zamku w Krasiczynie.

            Po koncertach zespołu THE KING’S SINGERS w sali balowej 11 i 12 maja, będzie tygodniowa przerwa, a później w Zamku w Łańcucie znowu odbędą się koncerty.

           - Festiwal rozszerza swój zasięg terytorialny, ale oczywiście centrum stanowi sala balowa Zamku w Łańcucie i tam od będzie się siedem z dwunastu zaplanowanych koncertów. Tak jak już pani powiedziała inauguruje tegoroczny Festiwal w Łańcucie zespół „THE KING’S SINGERS”. Ci wspaniali wokaliści gościli już w Łańcucie, ale nigdy w tym samym składzie, bo zespół istnieje już ponad 50 lat i nastąpiły także zmiany w składzie. Tym razem zaprezentuje bardzo różnorodny program – od dzieł renesansu po utwory współczesne. Ich wykonań słucha się zawsze z zapartym tchem i bardzo się cieszę, że udało się ustalić taki termin, że mogą wystąpić dwukrotnie w Łańcucie. Podkreślę, że na prośbę publiczności zespół zgodził się powtórzyć koncert w następnym dniu, czyli w niedzielę 12 maja o 15.00.
            Od 18 maja w Łańcucie odbędą się dwa koncerty. Najpierw o 18.00 w sali balowej rozpocznie się koncert znakomitego polskiego pianisty Krzysztofa Jabłońskiego i młodziutkiej pianistki z Tajwanu Rity Shen. Trzy godziny później w salo hotelu Sokół rozpocznie się wieczór jazzowy w wykonaniu Tria Andrzeja Jagodzińskiego, który poświęcony będzie pamięci Krzysztofa Komedy.
           19 maja w sali Filharmonii Podkarpackiej wystąpią artyści Lwowskiego Narodowego Akademickiego Teatru Opery i Baletu, a w programie znajdzie się jeden z najpiękniejszych baletów „Jezioro łabędzie” Piotra Czajkowskiego.
           Od 20 maja centrum festiwalowym znowu będzie sala balowa łańcuckiego Zamku i rozbrzmiewać będzie muzyka kameralna, a wystąpią: orkiestra z Turcji, będzie wspaniały wieczór z włoskim kontratenorem Vincenzem Capezzuto i wystąpi także światowej sławy polski skrzypek Bartłomiej Nizioł, który wystąpi z pianistą Michałem Francuzem. Artysta zaproponował wieczór muzyki polskiej, który zapowiada się znakomicie.
           W piątek, 24 maja odbędzie się koncert na dziedzińcu Zamku w Krasiczynie, a w sobotę 25 maja zapraszamy Państwa do Leżajska, bo tam będzie wspaniała uczta dla melomanów – Msza h-moll Jana Sebastiana Bacha zabrzmi w Bazylice leżajskiej w znakomitym wykonaniu artystów z Wrocławia. To wydarzenie wyjątkowe, które szczególnie polecam, bo już dawno nie mieliśmy okazji wysłuchania chociażby fragmentów Mszy h-moll Bacha, a w Leżajsku wykonane zostanie całe dzieło uznane za absolutnie nadzwyczajne w całej twórczości Bacha. Geniusz kompozytora jest w tym dziele ciągle na nowo odkrywany, można tego dzieła słuchać wielokrotnie i za każdym razem coś innego nas ujmuje, wprowadza nas w tajemniczy, mistyczny świat. Partytura tego utworu została wyróżniona wpisem na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

           Wrocławska Orkiestra Barokowa, chór i soliści wykonają to dzieło stosując barokowe praktyki wykonawcze.
           - Muzycy grać będą na instrumentach historycznych, zespół solistów został niezwykle precyzyjnie dobrany, a całość poprowadzi Andrzej Kosendiak. Samo dzieło i miejsce sprawią, że ten wieczór będzie wielkim festiwalowym wydarzeniem, nie tylko w kontekście tegorocznej edycji, ale w całej historii festiwalowych przedsięwzięć.
          Wielki finał przewidziany jest na niedzielę 26 maja w Filharmonii Podkarpackiej wystąpią Piotr Beczała, któremu towarzyszyć będzie Polska Filharmonia Kameralna SOPOT pod batutą Wojciecha Rajskiego. Okazało się, że sala naszej Filharmonii jest za ciasna. Zainteresowanie tym koncertem jest tak duże, że trzeba by było zorganizować kilka koncertów, ale nie ma takiej możliwości. Mogę tylko mieć nadzieję, że uda nam się niedługo pana Piotra Beczałę zaprosić ponownie do Rzeszowa. Ciągle mamy mnóstwo pytań o bilety na ten koncert, ale staramy się przygotować inne możliwości, żeby ten koncert dotarł do najszerszego grona odbiorców.

           Tak zakończy się maj w Filharmonii Podkarpackiej.
           - Niekoniecznie, bo w ostatnich trzech dniach maja rozpoczynają się w Filharmonii przedsięwzięcia z okazji „Dnia Dziecka” , a finał sezonu zaplanowaliśmy na 14 czerwca. Serdecznie Państwa zapraszam, spotykajmy się w Filharmonii Podkarpackiej, a w czasie Muzycznego Festiwalu spotykajmy się także w Łańcucie, Krasiczynie i Leżajsku. Niech muzyka w tak znakomitych wykonaniach dostarcza Państwu wielu wrażeń i artystycznych wzruszeń czego z całego serca życzę.

Z prof. Martą Wierzbieniec, dyrektorem Filharmonii Podkarpackiej i Muzycznego Festiwalu w Łańcucie Zofia Stopińska rozmawiała 4 maja 2019 roku.

Decyzję o tym, że będę pianistą, podjąłem w Rzeszowie

          Licznie zgromadzonej publiczności bardzo się podobał koncert, który odbył się 26 kwietnia w Filharmonii Podkarpackiej im. Artura Malawskiego w Rzeszowie.
           Orkiestra naszej Filharmonii wystąpiła pod batutą Bartosza Staniszewskiego, studenta dyrygentury z klasy prof. Rafała Jacka Delekty w Akademii Muzycznej w Krakowie. Na koncercie obecni byli znani dyrygenci i pedagodzy, oprócz prof. Rafała Jacka Delekty pracę młodego dyrygenta z orkiestrą pilnie obserwowali także dr hab. Tomasz Chmiel, dr hab. Paweł Przytocki oraz dr hab. Małgorzata Janicka Słysz, prof AM w Krakowie, prorektor tej uczelni, a także wielbicieka twórczości Karola Szymanowskiego. Wnioskuję stąd, że prowadzenie koncertu przez Bartosza Staniszewskiego w Rzeszowie było egzaminem wieńczącym studia dyrygenckie w krakowskiej Akademii Muzycznej.
           Gorąco zostali przyjęci przez publiczność soliści: znakomity pianista Andrzej Pikul, który dwukrotnie bisował, wykonując mazurki Karola Szymanowskiego, a także jego utalentowana studentka Matharyta Kozlovska, która również bisowała.
Pan Andrzej Pikul zgodził się na wywiad i poświęcił mi sporo czasu wieczorem w przeddzień koncertu. Rozmowę rozpoczęłam od pytania o program koncertu.

           Zofia Stopińska: Wieczór rozpoczyna Uwertura do opery „Halka” Stanisława Moniuszki, bo zbliża się 200. rocznica urodzin ojca polskiej opery i w pierwszej części zabrzmi jeszcze IV Symfonia koncertująca op. 60 Karola Szymanowskiego, którą ma Pan w repertuarze od wielu lat.
           Andrzej Pikul: Ten utwór towarzyszy mi od wielu lat. Mój profesor Tadeusz Żmudziński był najwybitniejszym interpretatorem tego dzieła i grał go ponad tysiąc razy na całym świecie. Prawykonanie utworu odbyło się 9 października 1932 roku w Poznaniu pod dyrekcją Grzegorza Fitelberga. Karol Szymanowski wystąpił w roli solisty i odniósł wielki sukces.
          Po raz pierwszy prof. Tadeusz Żmudziński wykonał Symfonię koncertującą Karola Szymanowskiego 15 lat po prawykonaniu, bo w 1947 roku. Kompozytor wówczas już nie żył, ale żyli Grzegorz Fitelberg i prof. Zbigniew Drzewiecki, którzy przez wiele lat byli w stałym kontakcie z Karolem Szymanowskim, a także wielkie skrzypaczki Eugenia Umińska i Irena Dubiska, które wielokrotnie wykonywały dzieła kompozytora. Środowisko muzyczne Szymanowskiego jeszcze istniało i miało  wpływ na kształtowanie się interpretacji Tadeusza Żmudzińskiego, a później i mojej, stąd czuję się kolejnym ogniwem tego łańcucha artystycznego.
          Mój absolwent, pan Marian Sobula i bardzo młody pianista pan Radosław Goździkowski mają ten utwór w repertuarze. Jestem przekonany, że będą kontynuować tradycję i przekażą ją następnemu pokoleniu pianistów.
          Wzór wykonawczy stworzył Tadeusz Żmudziński z Witoldem Rowickim. Profesor opowiadał mi, jak Witold Rowicki tuż przed wejściem na estradę powiedział: „Tadeuszu, dzisiaj gramy zupełnie inaczej”, i tak było.
           Symfonia koncertująca Szymanowskiego daje możliwość różnorodnej interpretacji i jeżeli pianista i dyrygent znają się bardzo dobrze, to mogą sobie na nią pozwolić. Natomiast kiedy gra się ten utwór z młodym, bardzo utalentowanym człowiekiem, który dopiero wkracza w świat muzyki Karola Szymanowskiego, to interpretacja musi być w pewnym sensie akademicka, chociaż jestem przekonany, że pan Bartosz Staniszewski  takżw z czasem stanie się wybitnym kreatorem dzieł Karola Szymanowskiego.

          W drugiej części koncertu usłyszymy także dzieło przeznaczone na fortepian i orkiestrę, a wykonawczynią będzie Pana studentka.
          - Tak, ponieważ pani Marharyta Kozlovska w kwietniu ubiegłego roku została laureatką Ogólnouczelnianego Konkursu „Gram z orkiestrą” i nagrodą był koncert z Orkiestrą Filharmonii Podkarpackiej. Pani dyrektor Marcie Wierzbieniec bardzo spodobała się moja propozycja, aby był to koncert z cyklu "Mistrz i uczeń". Stąd po Uwerturze do opery „Halka” Moniuszki, gram Symfonię koncertującą Szymanowskiego, a później młoda pianistka, kończąca w tym roku studia, zagra dzieło o najwyższej randze trudności – Rapsodię na temat Paganiniego op. 43 Sergiusza Rachmaninowa. Jest to zupełnie inny utwór niż koncerty fortepianowe, wymagający innych predyspozycji, a przede wszystkim wielkiej precyzji zarówno od solisty, ale także od orkiestry i dyrygenta.
Na estradzie Filharmonii Podkarpackiej spotykają się różne pokolenia artystów.

          Występował Pan prawie na całym świecie, przez wiele odległych bardzo ważnych ośrodków koncertowych jest Pan zapraszany regularnie. Wiem, że koncertował Pan także w Ameryce Północnej, a jedynym kontynentem, na którym Pan nie występował, jest Afryka.
          - To prawda, występowałem w Ameryce Północnej, ale nie zabiegałem, aby regularnie tam powracać, bo przyznam szczerze, że nie byłem specjalnie ujęty mentalnością amerykańską. Byłem natomiast zachwycony mentalnością mieszkańców Australii i Nowej Zelandii (byłem tam we wrześniu ubiegłego roku). Wróciłem stamtąd naładowany pozytywną energią. Miałem tam bardzo udane koncerty, na wspaniałych fortepianach, ale nie to było najważniejsze. Przekonałem się, że tamtejsze społeczeństwo jest bardzo życzliwe, otwarte i nawet na ulicy nie czuje się różnicy generacji: wszyscy się tak samo wspaniale traktują. Byłem też w kampusach uniwersyteckich i przypomniały mi się moje czasy studenckie, w których był w nas taki sam rodzaj radości życia. Teraz to się trochę zmieniło, a tam jest nadal obecne.
           Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie chcę niczego złego powiedzieć o współczesnej generacji studentów. Moi studenci są wspaniali, ale w takiej elitarnej uczelni, jaką jest akademia muzyczna, zawsze tworzyliśmy o wiele silniejszą wspólnotę niż w innych uczelniach.
           Aktualnie ludzie nie są zainteresowani poznawaniem się. Nawet czasem, kiedy wchodzę do windy i mówię: „Dzień dobry”, nie wszyscy reagują. Jestem przekonany, że nie jest to wynik złego wychowania, a efekt zawrotnego wręcz tempa życia oraz postępu technicznego, który nie tylko ułatwia, ale i zmienia sposób komunikowania się. Telefony komórkowe, SMS-y, e-maile, a często stosowanie nawet pewnego rodzaju pisma obrazkowego - coraz mniej emocji wyraża się słowami, zastępując je emotikonem lub obrazkiem.

          Czy to w jakiś sposób przekłada się na preferencje muzyczne młodych ludzi?
          - Owszem, zauważyłem, że muzyka romantyczna nie jest tak bliska studentom, jak trzydzieści, pięćdziesiąt lat temu czy jeszcze wcześniej. W tamtych czasach, jak młody człowiek chciał coś ważnego powiedzieć swojej wybrance, to musiał bardzo się starać, a teraz wystarczy napisać SMS lub wysłać emotikon.
          Wcześniej bardzo ważne było bezpośrednie obcowanie z sobą, wymiana zdań, a teraz ta wymiana zdań przeszła w sferę wirtualną. Nie jestem przekonany, czy wszystkie emocje można w ten skrótowy sposób przekazać.

           Wracając do Pana podróży artystycznych, które prowadzą we wszystkich kierunkach, regularnie i często bywa Pan w Japonii, a drugim miejscem chętnie odwiedzanym przez Pana jest Ameryka Południowa.
           - To prawda, Japonia była przez pewien czas moją drugą ojczyzną i jest nią nadal. Kilkakrotnie byłem także w Ameryce Południowej, bo interesuje mnie bardzo muzyka tego kontynentu. Od dziecka interesowałem się różnymi kulturami naszego globu i zawsze kultura Ameryki Południowej była dla mnie bardziej interesująca niż Ameryki Północnej. Może jestem w błędzie i jeszcze jest czas na poznanie tego drugiego kontynentu. Może wówczas zmienię zdanie, ale na razie marzę o tym, żeby zagrać w Afryce, bo fascynuje mnie ten kontynent i jest jedynym, na którym nie grałem. Wiem, że tam także rozwija się życie muzyczne i uważam, że można by było coś dobrego zrobić.

           Chcę jeszcze porozmawiać o Pana repertuarze, bo lista utworów z towarzyszeniem orkiestry, kameralnych i solowych, jest w nim bardzo długa i zawiera dzieła od baroku poczynając aż po XXI wiek.
          - Tak, bo w XXI wieku napisano kilka bardzo dobrych utworów. Bardzo lubię zmiany repertuarowe i po okresach, kiedy zajmuję się muzyką współczesną, z jeszcze większym entuzjazmem i nabożeństwem podchodzę do muzyki Fryderyka Chopina.

          Cenią Pana współcześni kompozytorzy, bo lista utworów, które powstały z myślą o Panu jako o pierwszym wykonawcy, jest długa.
          - Najbardziej spektakularnym przykładem jest utwór Krystyny Moszumańskiej-Nazar, która wprost powiedziała, że komponowała go znając moje możliwości pianistyczne i temperament. Tytuł utworu „APigram” może być rozumiany jako nawiązanie do mojego inicjału, ale też może być rozumiany jako parafraza słowa epigram, bo utwór składa się z drobnych epizodów, które możemy nazwać epigramami, ale jest scalony jednym motywem.
          Grałem go na pięciu kontynentach. W Australii i Nowej Zelandii miałem wykłady poświęcone twórczości Krystyny Moszumańskiej-Nazar i pokazywałem tam elementarz notacji muzyki współczesnej, czyli „Bagatele”. Bardzo się to podobało, studenci byli zachwyceni, że po moich objaśnieniach byli w stanie natychmiast niektóre z tych bagatel wykonać. Później prezentowałem także trudniejsze utwory, jak „Konstelacje” czy „APigram” i chcę powiedzieć, że jeżeli utwór jest wartościowy, to bez względu na swoją zawartość robi duże wrażenie.
           Ostatnio często się mówi, że na fortepian mało już można napisać, ale moja studentka Małgorzata Kruczek pochodząca w Rzeszowa, gra wielką, wspaniałą sonatę australijskiego kompozytora Carla Vine’a, który w Polsce prawie nie jest znany, a jego utwory bardzo często są obligatoryjne na konkursach pianistycznych.  Chociażby na przykładzie tego utworu okazuje się, że fortepian ma jeszcze wiele nieodkrytych walorów brzmieniowych, które z fantazją można dobrze wykorzystać w nowych kompozycjach.

           Pana działalność artystyczna i pedagogiczna jest związana z Akademią Muzyczną w Krakowie, w której wcześniej Pan studiował. Od lat prowadzi Pan w tej uczelni klasę fortepianu.
          - Aktualnie moja klasa jest bardzo liczna i studiują u mnie młodzi ludzie z siedmiu różnych krajów. Niedawno mieliśmy wielki wspólny maraton karnawałowy, który odbył się w Krośnie, gdzie wszyscy moi studenci grali utwory solowe, a na zakończenie zaprezentowali się w części bardziej rozrywkowej. Muszę powiedzieć, że byłem dumny, kiedy widziałem ich wszystkich na estradzie równocześnie. Natomiast w tym tygodniu jedna z moich studentek gra w Rzeszowie, inny student w Kaliszu  gra Koncert fortepianowy Szostakowicza, mój włoski student gra w Antoninie na Turnieju Pianistów Stypendystów Zagranicznych, a także trzech innych pojechało na konkursy do Włoch lub do Hiszpanii.I to wszystko dzieje się w tym tygodniu.
          Chcę także podkreślić, że w Akademii Muzycznej w Krakowie w sferze pianistycznej dzieje się bardzo dużo. Wielu znakomitych zagranicznych artystów prowadzi klasy mistrzowskie. Każdego roku mamy także festiwal poświęcony wybranemu tematowi lub regionowi. W tym roku była muzyka skandynawska, a w ubiegłym muzyka południowo-amerykańska, wcześniej hiszpańska, czeska. Uważam, że bardzo ważne w edukacji jest odkrywanie literatury muzycznej regionów, które nie są nam bliskie i ich muzyka nie należy do absolutnych standardów pianistycznych.

           W minionych latach powierzano Panu wiele ważnych funkcji, które Pana absorbowały. Trzeba je było godzić z karierą pianistyczną.
           - Tak, ale w pewnym momencie funkcje przestały mnie interesować. Aktualnie jestem kierownikiem Katedry Fortepianu, jest to raczej funkcja artystyczna niż administracyjna. Niedługo mam zamiar poświęcić się wyłącznie pedagogice, ponieważ mam wspaniałych studentów, którym chcę poświęcić jak najwięcej czasu i myślę, że kiedyś trzeba im oddać pałeczkę.

           Wielu Pana wychowanków z powodzeniem występuje na estradach w Polsce i na świecie.
            - Nie chcę wymieniać nazwisk, aby kogoś nie pominąć, ale są osoby odnoszące bardzo poważne sukcesy na całym świecie i bardzo się z tego cieszę. Nie ukrywam też, że są moimi konkurentami - jestem ofiarą własnego sukcesu pedagogicznego (śmiech).

          Nie powiedzieliśmy o jeszcze jednym ważnym przedsięwzięciu, które powstało z Pana inicjatywy – Letniej Akademii Muzycznej, która będzie miała już chyba 20 lat.
           - Świętowaliśmy jej 20-lecie w roku ubiegłym, a przed nami już 21. edycja. Ta Akademia jest wizytówką naszej Akademii Muzycznej, bo podczas niej prowadzone są klasy wszystkich instrumentów, śpiewu i kompozycji. Niezmiernie cieszy fakt, że tak bardzo dużo osób zgłasza się do naszej Letniej Akademii, bo liczbaletnich kursów jest zawrotna i konkurencja jest olbrzymia, a mimo to mamy co roku około 200 uczestników z całego świata, ze wszystkich kontynentów, również z Afryki.

           Rozmawiając w Rzeszowie, nie możemy pominąć faktu, że urodził się Pan na Podkarpaciu. Pierwsze kroki w dziedzinie muzyki stawiał Pan w Krośnie.
          - Tak, ale decyzję o tym, że będę pianistą, podjąłem właśnie w Rzeszowie, w szkole, która jest obok Filharmonii. Kilka razy udało mi się tutaj zdobyć nagrody na konkursach regionalnych i bardzo pragnąłem zostać pianistą. W tym postanowieniu utwierdziła mnie ostatecznie pani dyrektor Krystyna Matheis-Domaszowska. Chociaż byłem już nastolatkiem,  byłem wtedy jeszcze uczniem trzeciej klasy szkoły muzycznej I stopnia, ponieważ bardzo późno zacząłem grać na fortepianie. Wówczas pani dyrektor Domaszowska stwierdziła, że prezentuję wystarczająco wysoki poziom, aby uczyć się w szkole II stopnia. Z różnych powodów na miejsce dalszego kształcenia wybrałem Kraków, bo dojazdów do dwóch szkół: do liceum w Krośnie i do szkoły muzycznej w Rzeszowie, nie dało się pogodzić. Pianista musi mieć czas na ćwiczenie.

           Trzeba także podkreślić, że miał Pan szczęście do mistrzów.
           - To prawda. Mogę powiedzieć, że kiedy zaczynałem pracę pedagogiczną, twierdziłem, że nie wiem, jak mam uczyć, ale wiem, jak mam nie uczyć. Moi mistrzowie byli z zupełnie innej epoki i dystans pomiędzy mistrzem a uczniem był ogromny. Poza tym byli bardzo wymagający i powiem nawet, że element psychologiczny w pracy pedagogicznej nie odgrywał zbyt wielkiej roli. Uważam, że każdy student jest inny i do każdego staram się stosować inną pedagogikę. Wiele osób dziwi się, że choć grają ten sam utwór, każdy z nich gra go trochę inaczej. Mają grać inaczej, bo każdy z nich jest kimś innym. To nie jest mennica, w której bije się takie same monety, tylko każdy może grać ten sam utwór w nieco inny sposób, zachowując oczywiście wszystkie kanony stylistyczne, które powinien.

           Przykładem wielkiej sympatii i więzi z Pana mistrzami może być do dziś  trwająca relacja z prof. Paulem Badurą-Skodą, w którego mistrzowskiej klasie studiował Pan w Hochschule für Musik w Wiedniu.
          - W ubiegłym roku byłem na jubileuszu Mistrza Paula Badury-Skody, kiedy na swoje 90. urodziny, w Sali Musikverein grał trzy ostatnie sonaty Beethovena. Mam także sporo jego dedykacji. Najcenniejsza jest dla mnie ta, w której nazywa mnie swoim następcą.

           Pełnił Pan także zaszczytną funkcję promotora-laudatora w postępowaniu o nadanie godności doktora honoris causa Maestro Paulowi Badurze-Skodzie.
          - Jako jedyny pianista w historii Akademii Muzycznej w Krakowie Maestro Paul Badura-Skoda otrzymał tę godność. Jest on największym autorytetem na świecie w dziedzinie notacji muzycznej. Napisał kilka książek, bardzo ważnych, o interpretacji dzieł Mozarta, Bacha. Oby zdążył jeszcze napisać książkę o Schubercie.

           Ciekawa jestem, jak Pan przygotowuje się do koncertu. Późnym wieczorem w przeddzień występu zastałam Pana w pracy, a wiem, że wielu artystów w ostatnich dniach przed graniem stara się nie ćwiczyć zbyt intensywnie.
           - Jutro postaram się nie pracować za dużo, ale po dzisiejszej próbie miałem pewne przemyślenia dotyczące głównie problemów agogicznych i postanowiłem je sobie utrwalić, ćwiczyłem ze świadomością tego, co się ma wydarzyć. Moim studentom polecam także pracę intelektualną, polegającą na wyobrażeniu sobie bez instrumentu tego, co ma się zagrać na koncercie, jest to jest bardzo ważne. Wypoczynek i dobra kondycja fizyczna są też istotne, ale lubię powtórzyć sobie utwór i zagrać go sobie w głowie.
           Łączenie pedagogiki, zwłaszcza takiej intensywnej, z działalnością koncertową jest bardzo trudne. To może być, taki „wykręt”, że muszę zająć się uczniem / studentem, a nie sobą. Zajmowanie się kimś innym jest dużo prostsze, niż drążenie siebie samego. Dlatego też zawsze staram się ćwiczyć w godzinach przedpołudniowych, bo nie mam już takich dobrych rezultatów, kiedy wcześniej poświęciłem uwagę innym, a później dopiero sobie.
           Myślę, że w moim życiu pedagogika będzie z czasem coraz bardziej przeważać, ale jeszcze chciałbym poświecić się liryce wokalnej, która zawsze istniała w moim życiu, ale w mniejszym niż bym tego chciał stopniu. Teraz mam propozycje, które bardzo korespondują z moimi potrzebami artystycznymi – nagranie cykli pieśni Schumanna czy pieśni Schuberta. Bardzo mnie to fascynuje.
           Oczywiście nie zamierzam rezygnować z działalności solistycznej. Już za dwa tygodnie mam recital chopinowski w Hiszpanii. W pewnym momencie trzeba dokonać wyboru: którą książkę chcę jeszcze przeczytać, jaki film chcę jeszcze obejrzeć, jakie przyjaźnie chcę kultywować. Jestem w takim momencie życia, że mogę sobie na takie wybory pozwolić;.

           Czekamy na nagrania i koncerty również w Rzeszowie. Dziękuje bardzo za poświęcony czas mnie i czytelnikom Klasyki na Podkarpaciu.
           - Ja również bardzo dziękuje i wszystkich pozdrawiam serdecznie.

Wywiad z panem prof. Andrzejem Pikulem, znakomitym pianistą i pedagogiem został zarejestrowany przez Zofię Stopińską 25 kwietnia 2019 roku w Filharmonii Podkarpackiej w Rzeszowie.

XX LAT DĘBICKICH OPER

           Dębickie Towarzystwo Muzyczno-Śpiewacze przygotowuje spektakl uświetniający obchody Święta Narodowego 3 Maja. Na scenie Domu Kultury „Mors” w Dębicy wystawiona zostanie opera „Verbum NobileStanisława Moniuszki do libretta Jana Chęcińskiego.
          Trzeba także podkreślić, że będzie to już 20-ty spektakl przygotowany przez pasjonatów sztuki operowej w Dębicy. Inicjatorem i kierownikiem muzycznym tych wszystkich wydarzeń jest dyrygent, animator kultury i pedagog pan Paweł Adamek, z którym wspominać będziemy spektakle, które się odbyły i przybliżymy tegoroczne jubileuszowe spektakle.

          Zofia Stopińska: Kiedy dowiedzieliśmy się, że przystępuje Pan do realizacji spektaklu operowego w Dębicy, a wykonawcami będę miejscowe amatorskie zespoły, wielu sądziło, że to bardzo ryzykowne przedsięwzięcie.
           Paweł Adamek: W 2000 roku postanowiliśmy uczcić Rok Jubileuszowy szczególnym wydarzeniem kulturalnym w Dębicy i spróbowaliśmy swoich sił przygotowując spektakl operowy Stanisława Moniuszki. Znając dobrze repertuar operowy tego kompozytora, pomyślałem o jednoaktówce „Verbum Nobile”, ponieważ byłem przekonany, że możemy się zmierzyć z tym dziełem.
          Oczywiście działaliśmy z dużym wyprzedzeniem i przygotowania trwały prawie dwa lata, a nasz wysiłek zakończył się sukcesem.
Przystępując do realizacji „Verbum Nobile” w 2000 roku, myślałem o jednorazowym wydarzeniu, ale okazało się, że spektakl bardzo się spodobał i miejscowe środowisko oczekuje na następne, a zespoły i soliści, którzy ze mną współpracowali, chętnie podejmą się realizacji kolejnych oper.
          Wystawiliśmy kilka oper Stanisława Moniuszki, bo to była dla nas przystępna muzyka i materiały nutowe były łatwo dostępne. Jak się skończył repertuar Moniuszki, zastanawialiśmy się, co dalej i mobilizowany przez środowisko artystyczne Dębicy – moje chóry, orkiestrę, kolegów, pomyślałem o dziełach z repertuaru światowego i wystawiliśmy wspólnymi siłami takie opery, jak: „Nabucco”, „Carmen”, „Napój miłosny”, „Wesele Figara”, z okazji wstąpienia Polski do Unii Europejskiej wystawiliśmy wodewil „Krakowiacy i Górale”, sięgnęliśmy także po „Zemstę nietoperza” i w ubiegłym roku po „Skrzypka na dachu”.
          Na nasze dwudziestolecie, a przede wszystkim na „Rok Moniuszkowski” i 200. rocznicę urodzin Stanisława Moniuszki, postanowiliśmy wystawić operę, którą rozpoczęliśmy naszą działalność. Będzie to opera „Verbum Nobile” w nowej inscenizacji, scenografii i obsadzie.

          Powiedział Pan, że opera „Verbum Nobile” wydawała się Panu dobra na inaugurację tej działalności, ale to wcale nie jest łatwe dzieło, a jedna z najpopularniejszych arii „Dam ci ptaszka, jakich mało” stanowi wielkie wyzwanie dla większości barytonów.
          - W tej operze Stanisław Moniuszko nie przewidział w partiach solowych tenora, a jedynie dwa barytony, dwa basy i jeden sopran. Muzyka tego kompozytora jest piękna, ale niektóre partie solowe oraz orkiestrowe są bardzo trudne do wykonania. Muzycy zawodowi często niezbyt chętnie przystępują do grania oper Stanisława Moniuszki, ale my pracowaliśmy zawsze bardzo długo i staraliśmy się dobrze przygotować każdy szczegół. Tak samo jest tym razem, orkiestra i chór są dobrze przygotowane, a soliści również poradzili sobie ze swoimi rolami.
          Rozbudowaliśmy trochę tę operę, bo chcieliśmy z okazji 20-lecia także wprowadzić na scenę solistów, którzy z nami przez ten czas współpracowali. Dlatego zostały dopisane dodatkowe role, których nie ma w partyturze: pojawi się cioteczka Zuzi, pojawi się guwernantka, która będzie uczyła dzieci. Do libretta Chęcińskiego dodaliśmy regułę bł. Edmunda Bojanowskiego dotyczącą ochronek Sióstr Służebniczek i na scenie pojawią się prawdziwe siostry zakonne, które prowadzą ochronkę oraz dzieci, którymi się opiekują, a Serwacy przekaże im część swego dobytku w postaci domu na ochronkę dla tych dzieci. W ten sposób chcemy podkreślić działalność dębickich Sióstr Służebniczek. W naszym mieście znajduje się Dom Generalny, który jest siedzibą Przełożonej Generalnej i jej Rady.
Pokażemy, jak powstawały ochronki Sióstr Służebniczek.

          Rozszerzenie libretta nie zmienia go w istotny sposób.
          - Oczywiście, wręcz wzbogacają je. Wiadomo, że „Verbum Nobile” jest operą jednoaktową i czas trwania opery nie przekracza 60 minut i dlatego trochę ją rozbudowaliśmy. W „Śpiewnikach domowych” znalazłem jeszcze zapomniane pieśni Stanisława Moniuszki i wykonamy cztery pieśni chóralne na początku opery i na rozpoczęcie drugiej odsłony. Jest w operze także scena zaręczyn i wprowadzamy tam dodatkowo Mazura ze „Strasznego Dworu” w wykonaniu baletu i orkiestry. W Roku Moniuszkowskim chcemy więcej muzyki tego kompozytora pokazać w naszym przedsięwzięciu.

          Dla solistów z pierwszego wystawienia „Verbum Nobile” w Dębicy przewidział Pan inne role w tegorocznych spektaklach, natomiast skład orkiestry, baletu oraz wykonawcy głównych ról będą inni.
          - Tak, mogę nawet powiedzieć, że większości młodych ludzi, którzy grają w orkiestrze, nie było jeszcze na świecie, jak wystawialiśmy po raz pierwszy „Verbum Nobile” w Dębicy.
           Jest niewielka grupa: 10-ciu chórzystów i 5 osób w orkiestrze, którzy współpracują ze mną przez 20 lat i występowali podczas realizacji wszystkich oper. Dla tej niewielkiej grupy jest to także mały jubileusz, bo 20 lat spędziliśmy razem i przygoda artystyczna nam się udała. Przyznam się, że sam nie wierzyłem, że tak się ta inicjatywa będzie rozwijać, ale publiczność nas mocno mobilizowała, bo zawsze po spektaklach zadawano nam pytania, co przygotujemy w przyszłym roku. Wybieraliśmy któryś z pomysłów i przygotowywaliśmy go.

          Większość spektakli i premier odbyło się w budynku Domu Kultury „Mors”, w którym rozmawiamy.
          - Tak, ale dwie pierwsze opery wystawiliśmy w Domu Kultury „Kosmos”, w centrum miasta, a później przenieśliśmy się tutaj. Tam jest sala na 350 miejsc i nie spodziewałem się, że społeczność dębicka, która ma dość daleko do teatrów operowych w Krakowie czy Lwowie oraz do filharmonii, będzie zainteresowana taką sztuką.
          Okazało się, że sala mająca 350 miejsc była za mała i dlatego przenieśliśmy się do DK „Mors”, gdzie było 1200 miejsc, i „Straszny dwór”, pierwszą operę wystawianą tutaj w 2002 roku, graliśmy cztery razy i za każdym razem sala wypełniona była po brzegi. Z roku na rok zwiększaliśmy ilość spektakli i za każdym razem sala wypełniona była po brzegi.
           Po remoncie sala jest trochę mniejsza, bo jest 600 miejsc na widowni, dlatego postanowiliśmy wystąpić 9 razy i już od dawna nie ma wejściówek. Dębiczanie „oszaleli” na punkcie muzyki operowej, chociaż podczas spektakli będą także melomani z Mielca, Jarosławia, Dąbrowy Tarnowskiej. W naszym mieście wszyscy wiedzą, że jak przychodzi maj, to trzeba się wybrać na spektakl operowy. Wejściówki są bezpłatne, bo nasze działania odbywają się non profit, ale niektórzy próbują nawet kupować wejściówki. Wczoraj spotkałem wychodzącą z budynku panią, która była bardzo zawiedziona, że nie dostała wejściówki i mówiła, że chętnie zapłaci za zaproszenie.
Mamy już renomę i wielu entuzjastów, którzy pragną być na naszych przedstawieniach.

          Od pewnego czasu Wasze spektakle wystawiane są nie tylko w Dębicy i są stałe miejsca, gdzie jesteście zapraszani.
          - Operę „Nabucco” wystawialiśmy w wielu miastach: w Nowym Sączu, Zawierciu, Iwoniczu Zdroju, Krośnie, Jarosławiu, Mielcu i te ośrodki nas zapraszają. W tym roku będziemy w Łańcucie, Krośnie, zapraszają nas do Zawiercia i w czasie wakacji wystąpimy w Świeradowie Zdroju.
Należy także podkreślić, że do wykonania naszych oper angażujemy dużo młodzieży, która w ten sposób poznaje twórczość operową i promuje ją.

          Pan zawsze ostatecznie decyduje, która z oper zostanie wystawiona i sprawuje Pan kierownictwo muzyczne nad całością oraz jest Pan dyrygentem, ale musi Pan mieć także sztab bardzo zaangażowanych ludzi, bo bez ich pomocy chyba trudno byłoby panować nad tym.
          - Na początku próbowałem sam robić wszystko, ale szybko się zorientowałem, że tego typu sztuka wymaga specjalistów i pomocy.
Ponieważ wszystko robimy bezinteresownie, namówiłem do współpracy reżysera z Nowego Sącza, (który prywatnie jest moim siostrzeńcem), bardzo się zaangażował i przygotowuje projekty scenograficzne. Mam kolegę, który tę scenografię buduje, a potem maluje. Nasza chórzystka jest zawodową krawcową i szyje nam kostiumy według projektów reżysera, mamy choreografa – wiele osób angażujemy do naszych przedsięwzięć.
           Ja prowadzę duży, ponad 50-osobowy Chór Parafii Matki Bożej Anielskiej w Dębicy i Orkiestrę Zespołu Szkół Muzycznych w Dębicy, a w tej orkiestrze oprócz uczniów grają także nauczyciele i absolwenci. Od czasu do czasu wymieniam balet, bo w Dębicy działają dwie grupy baletowe: „Iglopolanie” i „Gryfici”, którzy w tym roku zatańczą Mazura. Obsługę techniczną i akustyczną oraz światło zapewniają nam pracownicy Domu Kultury „Mors”.
Tak powstają nasze przedsięwzięcia operowe.

           Trzeba było także namówić dobrych wykonawców partii solowych.
           - Wspólnie z reżyserem zastanawiamy się nad tym i zawsze staramy się, żeby to byli dobrze śpiewający i wyglądem odpowiadali danej postaci. Jeżeli w tym roku główną postacią kobiecą jest młoda Zuzia, to śpiewać te partie będzie studentka z Akademii Muzycznej w Katowicach, a dublować ją będzie uczennica II klasy Szkoły Muzycznej, która uczy się śpiewu u pani Alicji Płonki. Jeżeli chodzi o mężczyzn, to wystąpią: absolwent Szkoły Muzycznej II stopnia oraz absolwent Akademii Muzycznej w Katowicach, ale w partiach ojca usłyszymy Jana Michalaka, naszego dębickiego artystę, a Leopold Stawarz, który współpracuje z nami od wielu lat, wystąpi w roli Marcina Pakuły. Reżyser zażyczył sobie, aby sługę Bartłomieja grał straszy pan, to znaleźliśmy chórzystów, którzy tę rolę będą na zmianę wykonywać. Nikogo nie musimy charakteryzować, bo wykonawcy są w wieku postaci z libretta.

          Najbardziej przez wykonawców przeżywana jest premiera, która odbędzie się 3 maja, na dwa dni przed przypadającą w tym roku 200. rocznicą urodzin Stanisława Moniuszki.
          - Specjalnie na nasze zaproszenie przyjedzie pani Elżbieta Janowska-Moniuszko, prapraprawnuczka kompozytora, która była już u nas dwukrotnie, na spektaklach oper „Halka” i „Flis”. Jesteśmy jej szczególnie wdzięczni, że pomimo wielu obowiązków związanych z urodzinami swego wielkiego przodka, obiecała, że przyjedzie do Dębicy, aby być z nami.
          Starostwo Powiatowe w Dębicy od wielu lat organizuje obchody Święta Narodowego 3 Maja, a wieńczy je zawsze premiera opery, która później grana jest w soboty i niedziele przez cały maj, żeby dębicka publiczność mogła tę operę obejrzeć.

          Wiadomo, że nie da się tak wielkiego przedsięwzięcia zorganizować bez pieniędzy, chociaż wykonawcy nie otrzymują honorariów. Chyba udało się już przekonać tutejsze władze i darczyńców, którzy wiedzą, że warto was wspierać.
           - To jest promocja naszego powiatu i miasta, bo jesteśmy jedynymi, którzy na taką skalę, amatorsko, swoimi siłami, w domu kultury, a nie teatrze operowym, wystawiają pełne spektakle w scenografii i strojach. To są pełne widowiska operowe i dlatego do budżetu wpisywane są środki na wyprodukowanie scenografii, zakup materiałów na stroje i wszystko to, na co potrzebne są pieniądze. Pan, który przygotowuje scenografię, nie bierze za to pieniędzy, ale potrzebuje odpowiednie materiały i farbę, itd.
           Podobnie jest ze strojami, trzeba je uszyć, a wcześniej kupić odpowiednie materiały. Trzeba kupić rekwizyty. Musimy mieć także pieniądze na plakaty, zaproszenia, foldery. Na to wszystko otrzymujemy środki z budżetu miasta i powiatu, a także mamy głównego sponsora naszego Dębickiego Towarzystwa Muzyczno-Śpiewaczego, które jest głównym organizatorem tych wszystkich przedsięwzięć artystycznych, i wspierają nas zawsze Państwo Stefan i Dorota Bieszczadowie.

           Nie możemy zapraszać na spektakle w Dębicy, bo zaproszenia zostały już rozdane.
           - To prawda, zaproszenia zostały rozdane w błyskawicznym tempie i dlatego postanowiłem, że można jeszcze przyjść na próbę generalną, która rozpocznie się 2 maja o 16.30 w Domu Kultury „Mors”.

           Pewnie niedługo dowiemy się, co przygotujecie za rok.
           - Z pewnością, ale trudno o tym mówić teraz, podczas majowych spektakli zorientujemy się, co publiczność chciałaby zobaczyć. Pomysłów jest bardzo dużo.

           Chyba nie wyobraża sobie Pan swojej działalności bez nurtu operowego.
           - Tak, bo ja tym żyję. Przyjechałem do Dębicy wiele lat temu z Nowego Sącza, aby poprowadzić chór i od początku byłem bardzo aktywny, stąd wykorzystywano moje możliwości i zapał w kapelach ludowych, wkrótce zostałem zaangażowany w Szkole Muzycznej. Zawsze starałem się wykorzystywać możliwości środowiska artystycznego w Dębicy, okazuje się, że dość duża grupa ludzi chce w różnych inicjatywach uczestniczyć, a przede wszystkim w spektaklach operowych.
           Zamiast siedzieć popołudniami w domu, wychodzę i spotykam się codziennie na próbach z ludźmi, którzy kochają muzykę, bo 3 razy w tygodniu mam próby chóru, a 2 razy próby orkiestry. Mam co robić i bardzo się z tego cieszę, bo przygotowanie zespołu amatorskiego do występu daje o wiele więcej satysfakcji niż praca z zespołem zawodowym, który wszystko potrafi.

          Trzeba także podkreślić, że wiele osób, które brały udział w spektaklach operowych w Dębicy, uczestniczy w zawodowym życiu artystycznym, a jeszcze większa jest grupa melomanów.
          - Mogę śmiało powiedzieć, że wiele oper w Polsce sporo mi zawdzięcza, bo młodzi ludzie, którzy w Dębicy stawiali pierwsze kroki na scenie, mieli już pewne doświadczenia rozpoczynając pracę w teatrach operowych.

          Spotkałam sporo osób, które podkreślały, że po raz pierwszy wystąpili w roli solistów na scenie w Dębicy.
          - Wymienię tylko kilku świetnych śpiewaków: Paweł Trojak, Łukasz Gaj, Ewelina Szybilska, Kamil Pękala – wszyscy śpiewali partie solowe w naszych spektaklach, zanim poszli w wielki świat. Tak samo jest z młodzieżą, która grała u mnie w orkiestrze, wielu z nich ukończyło akademie muzyczne i są zawodowymi muzykami. Mój syn grał w mojej orkiestrze na waltorni, bo potrzeba mi było waltornisty do opery, później ukończył studia na tym instrumencie i jest dzisiaj waltornistą w Filharmonii Podkarpackiej.

           Mam nadzieję, że pierwsze szlify w dziedzinie teatru muzycznego zdobędzie pod Pana batutą jeszcze wielu młodych adeptów sztuki muzycznej.
           - Ja też mam taką nadzieję, bo z pomocą zaprzyjaźnionych osób zamierzam przygotowywać kolejne spektakle. Zapału nam nie brakuje i mamy wiele pomysłów, które chcemy zrealizować.

Z panem Pawłem Adamkiem, dyrygentem, pedagogiem i animatorem kultury rozmawiała Zofia Stopińska 23 kwietnia 2019 roku w Dębicy.

Marzyłam o tym, żeby być dobrą nauczycielką

          Polecam Państwa uwadze rozmowę z Panią Magdaleną Pamułą – pianistką, znakomitą nauczycielką oraz organizatorką życia muzycznego. Od wielu lat podziwiam efekty jej pracy, zaangażowanie, a przede wszystkim umiłowanie muzyki i pasję. Zawsze pogodna i uśmiechnięta ale jednocześnie wymagająca, potrafi zaszczepić miłość do muzyki klasycznej nie tylko u dzieci i młodzieży, ale także zachęcić do udziału w koncertach osoby dorosłe.
Jak jej się to udaje? Odpowiedź znajdą Państwo czytając rozmowę.

          Zofia Stopińska: Znamy się już od wielu lat i zawsze kojarzy mi się Pani z muzyką i ze Stalową Wolą, w której Pani mieszka i pracuje
          Magdalena Pamuła: Dobrze się Pani kojarzy, bo muzyka to moje życie, a Stalowa Wola jest moim rodzinnym miastem i tutaj rozpoczęłam swoją przygodę z muzyką, później tutaj zaczęłam pracować i ciągle jestem związana z muzyką.

           Kiedy Panią poznałam, była Pani już dyrektorem Państwowej Szkoły Muzycznej I i II stopnia im. Ignacego Jana Paderewskiego w Stalowej Woli i prowadziła Pani klasę fortepianu. Szkoła ciągle się rozwijała.
          - Przez 24 lata kierowałam szkołą, a wcześniej podjęłam pracę w tej szkole jako nauczyciel fortepianu. Szkoła powstała na bazie Państwowego Ogniska Muzycznego, a o jej rozwój dbali kolejni dyrektorzy i nauczyciele. Od początku Szkoła była centrum muzyki w tym mieście i organizowane były piękne koncerty, podczas których występowali najwięksi z największych polskich artystów. Starczy, jeśli wymienię tylko dwa z wielu nazwisk: Adam Harasiewicz i Bernard Ładysz.
           Po objęciu stanowiska dyrektora starałam się kontynuować dzieło moich poprzedników. W naszej szkole odbywały się nadal koncerty oraz inne imprezy muzyczne, takie jak Międzynarodowe Konkursy Muzyczne im. Janiny Garści, przez długie lata w sierpniu odbywały się warsztaty muzyczne połączone z koncertami. Te koncerty były zarzewiem muzycznym w Stalowej Woli. Oczywiście mam na myśli muzykę poważną.

          Aula Szkoły Muzycznej była 30 lat temu jedyną salą koncertową, w której można było posłuchać muzyki klasycznej i wszyscy melomani, których w Stalowej Woli nie brakowało, przychodzili coraz liczniej i trudno było wszystkich pomieścić.
          - To prawda, w szkole muzycznej odbywały się koncerty, bo zawsze był dobry fortepian. W Domu Kultury była duża sala i stał w niej fortepian, ale ten instrument nie nadawał się do wykonywania recitali czy koncertów z udziałem fortepianu.
          Tak było do czasu, kiedy bisnesmen pan Zbigniew Koczwara kupił i podarował miastu dwa instrumenty Steinway&Sons. Jeden z nich znalazł się w auli szkoły muzycznej, a drugi w Sali Miejskiego Domu Kultury. Od tego czasu można było duże koncerty organizować w Miejskim Domu Kultury i współpraca tych dwóch placówek układała się znakomicie. Sala widowiskowa MDK jest zawsze otwarta dla muzyki klasycznej, ku wielkiej radości melomanów.

          Nie wiem, czy Pani potwierdzi krążącą po mieście ciekawostkę. Podobno, kiedy przedstawiciele Steinwaya usłyszeli, że jedna osoba zamawia u nich dwa instrumenty koncertowe najwyższej klasy i obydwa dla znajdującej się na Podkarpaciu zaledwie 70-tysięcznej Stalowej Woli, byli ogromne zdziwieni. Nigdy bowiem w historii firmy nie zdarzyło się, by ktoś kupował dwa tak drogie instrumenty naraz, a u Steinwaya kupuje nie byle kto.
          - Faktycznie, był to ewenement, jeśli nie na skalę europejską, to z pewnością ogólnopolską. Ktoś z niewielkiego miasta kupuje w magazynie w Hamburgu dwa najwyższej klasy fortepiany. To był wspaniały gest pana Zbigniewa Koczwary.

          W szkołach muzycznych w całej Polsce brakowało i brakuje pieniędzy na działalność koncertową i wiele innych inicjatyw. Z czasem powstawały stowarzyszenia i fundacje, dzięki którym można było pozyskiwać środki na te cele.
          - Tak, u nas działa od lat Stowarzyszenie „Crescendo”, ale wiele środków udawało się pozyskiwać z Ministerstwa Kultury na zakup instrumentów. Od lat starano się, aby w naszej szkole były jak najlepsze instrumenty dla uczniów, ale nigdy nie byłoby nas stać na kupno tak dobrego fortepianu.

          Trzeba jeszcze podkreślić, że budynek Państwowej Szkoły Muzycznej I i II stopnia przy ulicy Gabriela Narutowicza był budowany dla potrzeb szkoły muzycznej i jest wygodny.
          - Budowa trwała chyba 7 lat w ramach akcji „1000 szkół na tysiąclecie” i przewidziany był dla 100 uczniów. Szybko okazał się za mały i dobudowane zostało piętro. Pamiętam, że kiedy byłam dyrektorem tej szkoły, przez wiele lat uczyło się w nim przeszło 400 uczniów i było bardzo ciasno. Tak zresztą jest nadal.
Młodzież garnie się do muzyki i trzeba robić wszystko, żeby jej to umożliwić.

          Jak już Pani wspomniała, przez cały czas prowadziła Pani klasę fortepianu w tej szkole i wykształciła Pani wielu pianistów, część z nich pozostała w Stalowej Woli, ale sporo utalentowanych pianistów pracuje także w różnych ośrodkach muzycznych w Polsce i poza jej granicami.
          - Dużo zdolnych młodych ludzi ukończyło u mnie fortepian na poziomie szkoły I stopnia, ale było także wielu, którzy kontynuowali naukę w szkole II stopnia, chociaż będąc dyrektorem szkoły miałam zawsze tylko kilku uczniów. Miałam bardzo dużo obowiązków, a zawsze chciałam mieć czas dla uczniów, ale wcześniej miałam sporą gromadkę i były wśród nich bardzo zdolne osoby, które wysyłałam na różne konkursy, a po ukończeniu szkoły II stopnia kontynuowały edukację w Akademiach Muzycznych. Jestem szczęśliwa, że z wieloma byłymi uczniami utrzymuję kontakt. Wiem, co się z nimi dzieje, bo piszą listy, telefonują, zapraszają mnie do siebie.
          Na przykład czasami jadę do Salzburga, gdzie pracuje moja uczennica i zaprasza mnie w czasie trwania Festiwalu Salzburskiego. Moim uczniem jest Konrad Mastyło, świetny pianista, kompozytor i pedagog. Bardzo często spotykaliśmy się w Stalowej Woli albo na jego koncertach. Kontaktują się ze mną także osoby, które nie uczyły się u mnie, ale ukończyły tę szkołę i pracują aktualnie na tak odległych kontynentach, jak Australia, Ameryka. Ciągle wspominają lata spędzone w stalowowolskiej szkole, a teraz chcą występować w naszym mieście i jestem pewna, że niedługo będą u nas koncertować. Kontaktują się ze mną za pośrednictwem Facebooka, interesują się wszystkim, co dzieje się w Stalowej Woli i to jest bardzo miłe.

          Przyznam się, że często z pewnym zdziwieniem oglądam publikowane przez Panią fotografie z różnych wydarzeń muzycznych i zastanawiam się, jak Pani może tak dużo podróżować, a okazuje się, że ma Pani wielką „muzyczną rodzinę”
          - To prawda, w gronie moich byłych uczniów znalazłam wspaniałych przyjaciół. W ciągu ostatniego roku byłam na Festiwalach w Salzburgu, Krynicy i Bremie. Mamy dobrą współpracę z fundacją w Bremie. Muzyka jest ciągle obecna w moim życiu, a podróże kocham.

          Kilka lat temu zrezygnowała Pani z funkcji dyrektora szkoły, ale ciągle Pani uczy i organizuje koncerty.
          - Nie jestem już dyrektorem PSM I i II stopnia w Stalowej Woli, ale stworzyłam Fundację Wspierania Kultury „Amadeusz”, która ma na celu upowszechnianie muzyki klasycznej, promocję utalentowanej muzycznie młodzieży, organizowanie koncertów i warsztatów. Jednym z ważniejszych przedsięwzięć jest Festiwal im. Janiny Garści i trzecia jego edycja zaplanowana została od 5 do 7 października 2019 roku. Pozyskaliśmy już fundusze i zaczynamy planować wydarzenia w ramach tego Festiwalu. Mamy zawsze wiele planów i większość z nich realizujemy, ale wszystko zależy od ilości pieniędzy, które udaje nam się pozyskać. W Miejskim Domu Kultury organizujemy cykl niedzielnych koncertów zatytułowanych „Podwieczorek przy fortepianie”. Podczas tych koncertów promujemy najmłodszych i troszkę starszych utalentowanych muzycznie młodych ludzi. Mam duże doświadczenie, wiem, kogo warto pokazać i co podoba się w Stalowej Woli. Ciągle mam dużo zajęć związanych z działalnością Fundacji.

           Nie zrezygnowała Pani także z pracy pedagogicznej i nadal uczy Pani gry na fortepianie.
           - Owszem, uczę w szkołach muzycznych w dwóch miejscowościach, bo chcę się nadal dzielić tym, co potrafię. Tam także promuję młodych ludzi, między innymi organizujemy konkursy – w Jeżowem odbył się niedawno konkurs „Młody artysta” i planujemy także 12 maja 2019 roku Ogólnopolski Konkurs „Młody kameralista”. W Kraśniku, gdzie również pracuję, zaplanowaliśmy konkurs i odbędą się także „Dni patrona szkoły”, a Szkoła Muzyczna I stopnia ma imię Kompozytorów Polskich i możemy wszystkie wydarzenia wypełnić polską muzyką.

          Rozmawiamy w Pani mieszkaniu, w dużym pokoju, w którym często także rozbrzmiewa muzyka, bo często odbywają się tu koncerty. Jest to jedyny znany mi salon muzyczny na Podkarpaciu.
          - Od pewnego czasu zapraszam tutaj znajomych muzyków, nie tylko pianistów. Kilka tygodni temu była Pani na koncercie pianistów i w ubiegłą niedzielę gościliśmy także pianistów, ale występują tu także inni instrumentaliści i wokaliści. Salon nie jest wielki, ale ponad 20 osób może posłuchać muzyki w dobrym wykonaniu, bo występują tu nie tylko młode talenty, ale także moi znajomi zawodowi muzycy.

          Ja miałam szczęście być na koncercie świetnego pianisty Artura Jaronia, który wystąpił z utworami, które wykonał kilka dni później w Filharmonii w Koszycach oraz podczas Koncertu Jubileuszowego z okazji 30-lecia swojej działalności artystycznej w Kielcach.
Partie orkiestry wykonywała znakomita pianistka w Odessy.
          - Można grać utwory przeznaczone na dwa fortepiany, bo mam do dyspozycji dwa instrumenty.

           Powiedziała Pani na początku, że Stalowa Wola to jest Pani miasto, w którym rozpoczynała Pani naukę gry na fortepianie i od lat uczy Pani gry na tym instrumencie. Czy w rodzinie były jakieś tradycje muzyczne?
          - Moja rodzina ze strony ojca jest bardzo muzykalna, chociaż większość z nich amatorsko zajmowała się muzyką. Dziadek był organistą, a stryj jeszcze do tej pory od czasu do czasu zasiada za organami podczas nabożeństw, a przez wiele lat był organistą. Do tej pory prawie cała rodzina związana jest z muzyką.
           Na początku rodzice nie myśleli o posyłaniu mnie na lekcje muzyki, ponieważ sądzili, że brat ma większe zdolności. Dlatego postanowili, że będzie się uczył grać na skrzypcach w działającym w Domu Kultury Państwowym Ognisku Muzycznym. Ja także bardzo chciałam się uczyć grać i wprawdzie bez przekonania, ale posłano mnie do także Ogniska, abym uczyła się grać na fortepianie. Okazało się, że brat bardzo szybko zrezygnował z nauki gry, bo zajął się sportem, a ja robiłam szybko postępy.
          Nie skończyłam nawet nauki w Ognisku Muzycznym w Stalowej Woli, bo na podstawie egzaminu zostałam przyjęta do Państwowej Szkoły Muzycznej II stopnia w Rzeszowie, gdzie uczyłam się w klasie znakomitej pianistki Krystyny Matheis-Domaszowskiej.
          Później zaczęłam uczyć w Szkole Muzycznej w Stalowej Woli i jednocześnie studiowałam w Krakowie u pani Ireny Sijałowej-Vogel.
Miałam ogromne szczęście do nauczycielek, bo uczyłam się u najlepszych. Wychowankami pani Krystyny Matheis-Domaszowskiej byli m.in.: Adam Wodnicki, Edward Wolanin, Mariusz Drzewicki i wielu innych. Wielu świetnych pianistów ukończyło studia w klasie prof. Sijałowej, a byli wśród nich m.in. Artur Jaroń i Mirosław Herbowski.
          Ja nigdy nie chciałam być koncertującą pianistką, cały czas marzyłam o tym, żeby być dobrą nauczycielką i studiowałam po to, aby nią zostać.
Prawie przez całe zawodowe życie związana byłam ze Szkołą Muzyczną w Stalowej Woli. Tutaj także uczą moi wychowankowie, bo chyba 12 nauczycieli, wyszło spod mojej ręki. Wielu także po studiach podjęło pracę w różnych miastach w Polsce i za granicą.
          Moją specjalnością było nauczanie dzieci i teraz także pracuję z małymi dziećmi. Jestem przekonana, że wiele na ten temat wiem. Wiele nauczyłam się od pani Janiny Garści, która uwielbiała uczyć dzieci i pisała dla nich bardzo interesujące utwory. Człowiek uczy się do końca życia i ja nadal obserwuję, jak uczą inni.
           Wszystkich moich uczniów starałam się nauczyć jak najwięcej i zaszczepić w nich miłość do muzyki. Wszyscy moi uczniowie, nawet jeśli nie wykonują teraz zawodu muzyka, to mają kontakt z muzyką.
Bardzo często ktoś do mnie podchodzi i przypomina mi, że uczył się u mnie, ma bardzo miłe wspomnienia z tej szkoły i nadal interesuje go muzyka. To jest bardzo miłe.

           Jestem przekonana, że aby dobrze uczyć gry na instrumencie i mieć tyle satysfakcji co Pani, potrzebna jest pasja i trzeba kochać dzieci i młodzież.
           - Bez tego nie da się dobrze pracować. Jeśli nie ma pasji i pozytywnego uczucia do młodego człowieka, to się nic nie zrobi. Każdy człowiek, każde dziecko jest inne i jeśli się nie potrafi do niego dotrzeć i owocnie z nim pracować, to trzeba się zastanowić nad zmianą zawodu.

           Ma Pani własne dzieci, czy chciały pójść w Pani ślady?
           - Dwoje ukończyło średnią szkołę muzyczną, syn na wiolonczeli, a córka na skrzypcach, natomiast najstarszy syn uczył się grać na klarnecie i ukończył szkołę muzyczną I stopnia. Nie są zawodowymi muzykami, ale muzyka bardzo im się przydała. Wnuk także uczy się grać na wiolonczeli
Do tej pory, jak odwiedzam syna, to on sięga po wiolonczelę, a ja siadam do fortepianu i muzykujemy. Sprawia nam to ogromną przyjemność.

           Taka forma muzykowania istniała od wieków.
           - To prawda, a ja jeszcze dodam, że ona się sprawdza nie tylko w rodzinie, ale także w gronie przyjaciół. Dzięki temu, że jestem muzykiem, od wielu lat mam bardzo dużo znajomych, ale nie wszyscy są muzykami. Wielu z nich przychodzi do mojego saloniku, aby posłuchać muzyki.

           To jeszcze jeden dowód na to, że nic nie zastąpi koncertu odbieranego na żywo. Na płytach i innych nośnikach utrwalono już większość kompozycji. W Internecie możemy także posłuchać wspaniałych nagrań, ale jeśli słyszymy muzykę i jednocześnie widzimy wykonawcę, zupełnie inaczej ją odbieramy.
          - Emocji, które towarzyszą nam podczas koncertu, nie da się odnaleźć w muzyce odtwarzanej.

           W Pani salonie, po koncercie, jest czas na spotkanie z wykonawcą.
           - Ten kontakt, rozmowa są bardzo ważne i dlatego także po koncertach w pobliskim Miejskim Domu Kultury zapraszam grono zaprzyjaźnionych osób i wykonawców do tego pokoju na spotkanie i rozmowy o muzyce. To są bardzo miłe i potrzebne spotkania.
           Nie wyobrażam sobie siedzenia w domu przed telewizorem. Dopóki będę mogła, to będę dalej pracować i na różne sposoby popularyzować muzykę klasyczną.

Z panią Magdaleną Pamułą, pianistką, znakomitą nauczycielką oraz organizatorką życia muzycznego Zofia Stopińska rozmawiała 13 kwietnia 2019r. w Stalowej Woli.

Stanisław Moniuszko pochodził z rdzennie polskiej katolickiej rodziny.

          Zofia Stopińska: Jest mi niezwykle miło, że po koncercie, podczas którego królowała muzyka Stanisława Moniuszki, mogę rozmawiać z prapraprawnuczką tego wielkiego polskiego kompozytora, Panią Elżbietą Stanisławą Janowską-Moniuszko. Czytelnicy „Klasyki na Podkarpaciu” będą mogli Panią poznać i dowiedzieć się wiele o Stanisławie Moniuszce, który był obok Chopina najwybitniejszym polskim kompozytorem XIX wieku, a jego działalność miała i nadal ma olbrzymie znaczenie dla rozwoju polskiej kultury muzycznej.
           W Polsce, Kanadzie, na Węgrzech i we Włoszech żyją potomkowie trojga dzieci Stanisława Moniuszki: Elżbiety, Stanisława i Jadwigi. Z której linii Pani pochodzi?
          Elżbieta Janowska-Moniuszko: Ja jestem prapraprawnuczką – czyli piątym pokoleniem po kompozytorze, po synu Stanisławie. Nestorką tej linii rodu Moniuszków jest moja starsza siostra Dorota Janowska Moniuszko Spaccini, która ponad 30 lat temu wyszła za mąż za Francesca Spaccini i mieszkają w Torgiano pod Perugią.
          Wyliczając w kolejności wiekowej, potomkami linii męskiej jest moja siostra Dorota, ja, mój brat cioteczny Piotr Moniuszko, który ma córkę Ewę Moniuszko i jest to rówieśniczka mojej córki Adrianny Janowskiej-Moniuszko.
Adrianna jest aktorką Teatru Współczesnego w Szczecinie, ale będąc dzieckiem uczyła się grać na fortepianie.
           Po Piotrze Moniuszko następny wiekowo jest Artur Moniuszko, który jest moim bratankiem ciotecznym – syn zmarłego 6 lat temu Marcina Moniuszko. Artur Moniuszko ukończył Akademię Muzyczną w Warszawie na Wydziale Reżyserii Dźwięku, ale nie zajmuje się zawodowo muzyką.
          W Warszawie mieszkają także potomkowie po córce Elżbiecie. Praprawnuk kompozytora z tej linii - Maciej Dehnel, absolwent warszawskiej AWF, obecnie ma 84 lata i jest emerytowanym trenerem I klasy piłki siatkowej; w 1974 roku został ogłoszony najlepszym trenerem Polski we wszystkich dyscyplinach. Jego syn Marcin – moje pokolenie jeżeli chodzi o generację, ale dużo młodszy niż ja, bo ma 42 lata, ma dwóch synów – Stanisława i Antoniego, także jest absolwentem warszawskiej AWF.
Imię Stanisław ciągle się w naszej rodzinie powtarza. Ja mam na drugie imię Stanisława, mój brat śp. Marcin też miał Stanisław na drugie imię, syn kompozytora też miał na imię Stanisław. Prezes Fundacji im. S. Moniuszki, potomek kompozytora po córce Jadwidze, nazywa się Stanisław Wójcik.
          Z powtarzającym się imieniem wiąże się pewna zabawna historia. Kiedyś sprzątałam grób syna kompozytora na warszawskim Cmentarzu Stare Powązki (tam także pochowana jest moja mama), podeszła młoda mama z córką i pyta: „Proszę pani, to gdzie ten Moniuszek leży?”. Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że Moniuszko leży i tu, i tam. Na co z kolei moja rozmówczyni stwierdziła: „Tu Stanisław Moniuszko i tam Stanisław Moniuszko – niech się zdecydują...”. Wyjaśniłam, że tam leży kompozytor, a tutaj leży jego syn i dalsza rodzina.
          Czasami bywa tak, że przy grobie kompozytora przewodnik mówi krótko: „... a tu leży organista Stanisław Moniuszko”. To prawda, że Stanisław Moniuszko był także organistą, ale pamiętajmy, że był przede wszystkim kompozytorem.

          Wiem, że pracuje Pani nad stworzeniem drzewa genealogicznego tego rodu.
          - Zajmuję się aktualizacją drzewa genealogicznego i staram się bardzo szczegółowo zapisywać wszelkie informacje. Najpierw zajmowała się tym moja mama Danuta Moniuszko Janowska. Niestety, ja wówczas zawsze uważałam, że jestem zajęta pracą i nie mam na to czasu. W 2005 roku mama zmarła i dopiero wtedy zorientowałam się, że powinnam kontynuować to dzieło, aby mojej córce zostawić wszystko maksymalnie uporządkowane.
          Dodatkową mobilizacją był fakt, że zaczęły pojawiać się różne osoby, które przypisywały sobie pokrewieństwo ze Stanisławem Moniuszką, nie będąc potomkami kompozytora.
           W Paryżu mieszkała pani (obecnie już nie żyje), która przedstawiała się, że jest jedynym żyjącym potomkiem Moniuszki, co było nieprawdą.
Kiedyś otrzymałam e-mail od pani ze Stanów Zjednoczonych następującej treści: „ Jestem potomkiem Stanisława Moniuszki po bracie kompozytora. Bardzo proszę mi pomóc odnaleźć korzenie...”. Zgodnie z prawdą musiałam tej pani uświadomić, że kompozytor nie miał rodzonego rodzeństwa, miał jedynie rodzeństwo stryjeczne i cioteczne. Autentycznych potomków Stanisława Moniuszki jest ponad 60.
           Długo trwał okres, kiedy o wielu rzeczach dzieciom się nie mówiło i dlatego trudne jest odnajdywanie faktów z przeszłości. Zawsze teraz powtarzam młodym: miejcie cierpliwość i chciejcie pytać babcie, dziadków, rodziców, bo potem nie będzie kogo zapytać.
           Przychodzi mi tutaj na myśl ciekawostka. Cioteczny brat kompozytora Konstanty Roman Jelski był zoologiem-ornitologiem i przez cztery lata pracował jako kustosz Muzeum Antonio Raimondiego w Limie w Peru. Był współautorem monografii na temat ptaków południowo-amerykańskich. Ta monografia została wydana w XIX wieku w Paryżu przez prof. Władysława Taczanowskiego.

          Znalazłam informację, że najmłodszy potomek Stanisława Moniuszki z linii córki Elżbiety – Aleksander Lenz urodził się w Kanadzie w 2014 roku.
          - To prawda, Aleksander Lenz urodził się w 2014 roku w Kanadzie, ale jest też młodszy "kanadyjski" potomek córki kompozytora Elżbiety, urodzony 1 sierpnia 2018 r. Aktualnie najmłodszym potomkiem jest panna Flora Kiss – Węgierka, która urodziła się 24 listopada 2018 roku w Veszprém i ona także jest potomkiem po córce Elżbiecie. Niedawno poznałam babcię Flory, która jest nauczycielką i w lutym br. przyjechała z mężem Węgrem do Tarnowa w ramach wymiany ze szkołą tarnowską. Specjalnie pojechałam do Tarnowa na jeden dzień, żeby poznać osobiście moją węgierską kuzynkę Martę Halmayne-Badacsonyi i jej męża.
           Staram się także odnowić kontakty z kuzynami, którzy mieszkają w Kanadzie, bo tam jest najliczniejsza rodzina. Są to potomkowie po Elżbiecie i będąc potomkami "po kądzieli", nie noszą nazwiska Moniuszko.
Najstarsza jest Ewa Piros z domu Dehnel.

          Czy potomkowie Stanisława Moniuszki znali jego działalność i twórczość?
          - Na ten temat mogę mówić tylko o linii męskiej (syna Stanisława), z której my pochodzimy: moja siostra Dorota, ja z córką Adrianną Janowską-Moniuszko, brat cioteczny Piotr Moniuszko z córką Ewą Moniuszko i Artur Moniuszko.
           Z mojej wiedzy wynika także, że w tej linii najbardziej dbano o kultywowanie tych tradycji, niezależnie od tego, kto jaki zawód wykonywał.
Adam Moniuszko, młodszy brat mojej mamy Danuty Moniuszko-Janowskiej, pracował w Instytucie Łączności w Miedzeszynie pod Warszawą, starszy brat Tadeusz był ekonomistą, jeżeli chodzi o komponowanie, tylko najstarszy brat mojej mamy – Wojciech Moniuszko, który zginął w czasie Powstania Warszawskiego, zaczął komponować, ale wiele osób w naszej rodzinie grało na instrumentach i śpiewało.
          Duże znaczenie przywiązywano do przechowywania wszelkich oryginalnych dokumentów. Mamy album z XIX-wiecznymi zdjęciami syna kompozytora – Stanisława i jego potomków. Tenże album był przechowany w kuferku, w piwnicy w willi na Żoliborzu, pod górą węgla. Ta willa została częściowo zniszczona przez bombę w czasie wojny, ale na szczęście bomba nie dotarła do piwnicy. Po wkroczeniu wojsk radzieckich nie znaleziono tego kuferka, ponieważ nikt nie przewidział, że coś może być schowane pod węglem. Dopiero po wojnie moja babcia, mama i wujek odkopali kuferek. Mamy też maleńki medalionik z kosmykiem włosów kompozytora, który nosiła jego córka Zofia.
          Są także dokumenty, które znajdują się w bibliotece i archiwum Muzeum Warszawskiego Towarzystwa Muzycznego, bo z tym Towarzystwem babcia – Czesława Moniuszkowa miała kontakt. Babcia Czesława przekazała do Teatru Wielkiego portret kompozytora.
Teraz staram się to wszystko odnaleźć i usystematyzować wiedzę na ten temat.
           W Polsce mieszka nestorka naszego całego rodu – 89-letnia pani Barbara Okoniewska z domu Gałązkówna (z linii córki kompozytora Elżbiety). Ona przez 42 lata prowadziła klasę fortepianu w Akademii Muzycznej w Gdańsku i uczyła w średniej szkole muzycznej.
Także Barbara chce, aby pamiątki po Stanisławie Moniuszce koniecznie pozostały w Polsce, a jej syn mieszka w Kanadzie. Mam wspólnie z jej siostrzeńcem zająć się tymi pamiątkami.
           Może to będzie kolejny asumpt, żeby stworzyć muzeum Stanisława Moniuszki w Polsce. Mam nadzieję, że stanie się kolejny „cud nad Wisłą” i zdobędziemy fundusze, aby je stworzyć.

           Stanisława Moniuszkę chcą mieć w gronie swoich kompozytorów zarówno Białorusini, jak i Litwini.
           - Nie neguję faktu, że o Stanisławie Moniuszce z wielkim szacunkiem mówią Białorusini czy Litwini, bo tam pojawiają się także publikacje na temat kompozytora. Każdy z tych krajów stara się sobie przypisać „posiadanie kompozytora jako swojego rodaka”, ale zawsze walczę o prawdę historyczną, ponieważ w niektórych tamtejszych publikacjach pisanych i wypowiedziach publicznych pojawiają się nieścisłości lub deformacje faktów na temat Stanisława Moniuszki i jego potomków.
          Owszem, Stanisław Moniuszko urodził się w Ubielu koło Mińska, na terenie obecnej Białorusi, ale wtedy to była ziemia polska, pomimo, że był to czas zaborów, kompozytor nie pochodził z rodziny białoruskiej czy innej narodowości. Pochodził z rdzennie polskiej katolickiej rodziny.
           W publikacji Białorusinki, która jest muzykologiem, pojawiło się stwierdzenie, że dowodem na białoruskie pochodzenie kompozytora jest opera „Flis”. Chyba ta pani nie wie, że Wisła, Sandomierz należą do Polski. Przecież chór flisaków śpiewa we „Flisie”: „Płyń stara Wisło, płyń...”, a płyną galarami z Sandomierza do Warszawy.
Takie informacje mobilizują mnie do poszukiwania autentycznych dokumentów.

           Zetknęłam się z opinią, że przodkowie kompozytora nie byli wykształceni, co jest nieprawdą. Tylko ojciec kompozytora nie ukończył wyższych studiów, ale był utalentowanym, światłym człowiekiem.
          Dominik Moniuszko – stryj kompozytora, nie był żonaty, nie miał dzieci, był filantropem i rozdzielił swój majątek między włościan, którzy mieszkali na jego terenie, a niektórym nadał nazwisko Moniuszko. Często zatem pojawia się nazwisko Moniuszko na Podlasiu.
Rozmawiałam z kilkoma osobami o nazwisku Moniuszko, które mówiły mi, że nie są potomkami kompozytora.

          W jaki sposób w Pani rodzinie przekazywano informacje o Stanisławie Moniuszce.
          - Po prostu rozmawiało się , te rozmowy odbywały się na różnych etapach życia. Wspomniany już Maciej Dehnel opowiedział mi niedawno historię, która mnie zszokowała. Jego siostra Ewa musiała uciekać do Kanady z mężem – powstańcem z AK, i tam się rozrosła ta linia rodziny. Natomiast matkę Ewy i Maćka zabiła bomba radziecka na moście Kierbedzia w Warszawie. Zaopiekowała się nimi ciotka, która powtarzała im ciągle, że mają ukrywać to, że są z rodziny Stanisława Moniuszki i mają herb „Krzywda”. Poleciła im, aby mówili, że są dziećmi parobka. W czasie studiów na AWF ktoś wykrył, że Maciek nie jest synem parobka i miał problemy.
           W naszej części rodziny było inaczej. Moją siostrę Dorotę i mnie od wczesnego dzieciństwa zabierano na wszystkie uroczystości moniuszkowskie, jakie się odbywały w Warszawie. Chodziła na nie moja babcia, mama, moi wujowie i to było normalne. O kompozytorze w naszym domu mówiło się dziadek-pradziadek, ale faktu, że jesteśmy potomkami kompozytora nie traktowało się jako czegoś wyjątkowego, natomiast wpajano nam, że mamy godnie żyć.
          Gdy moja córka zdała egzamin do szkoły aktorskiej, powiedziałam jej – pamiętaj, noblesse oblige i nazwisko też cię obliguje do wybierania ról. Nazwiska i rodziny się nie wybiera.
          W mojej rodzinie zapoznawano nas z twórczością naszego przodka. Grano na fortepianie, a ja w dzieciństwie grałam na skrzypcach. Muzyka towarzyszyła nam podczas rodzinnych spotkań, wspólnie śpiewaliśmy przy akompaniamencie fortepianu. Bardzo często śpiewaliśmy także a’cappella (babcia, mama, wujowie i my), pieśni i fragmenty oper Stanisława Moniuszki, to było coś naturalnego. Pamiętam, jak mama nawet zmywając naczynia śpiewała pieśni naszego przodka.
          Chodziliśmy na koncerty. Mam zdjęcie, kiedy jako czteroletnia dziewczynka byłam na koncercie w filharmonii. Siedziałyśmy na balkonie i obudowa balkonu sięgała mi pod brodę. Nie uważano, że dziecko jest za małe, żeby poszło z rodzicami do filharmonii czy opery. Nikt nas do tego nie zmuszał, mama i babcia starały się, abyśmy wszyscy mieli kontakt z muzyką. Jestem im za to ogromnie wdzięczna. Pilnowało się też tego, żeby żyć skromnie, ale godnie – „boso, ale w ostrogach”, i nie zapominać tego, że jesteśmy Polakami.

          Wspomniała Pani, że dzieciństwie uczyła się Pani grać na skrzypcach.
          - Tak, chodziłam do szkoły muzycznej, która znajdowała się na terenie dzisiejszej Trasy Łazienkowskiej, za domkami fińskimi, niedaleko Placu na Rozdrożu.
Bardzo się bałam mojego profesora, który był inwalidą i ostro karał uczniów, gdy źle grali. Ja raz dostałam po rękach, a skrzypce wylądowały wówczas na podłodze. Bałam się, że skrzypce się zniszczą, a był to instrument wypożyczony, bo nie stać nas było na kupno skrzypiec. Zdałam pozytywnie egzamin do następnej klasy skrzypiec, ale ze strachu przed nauczycielem przestałam grać i przez pewien czas trenowałam jazdę konną (skoki). Nadal uwielbiam skrzypce, i konie także.

          Jak to się stało, że została Pani tłumaczem języka hiszpańskiego? Marzyła Pani o tym jako dziecko?
          - Bardzo długo nawet nie myślałam o tym. Ukończyłam XXVII Liceum im. Tadeusza Czackiego w Warszawie i po maturze zdałam pozytywnie egzamin do warszawskiej Akademii Wychowania Fizycznego. Moja mama nie życzyła sobie, abym studiowała na tej uczelni i ja urażona jej decyzją, postanowiłam podjąć pracę w Zakładzie Psychologii Instytutu Nauk Humanistycznych AWF. Później zdałam na Wydział Rehabilitacji Ruchowej AWF. Jednak przerwałam te studia z powodu zbyt dużego dla mnie obciążenia psychicznego w codziennym kontakcie z osobami po ciężkich urazach fizycznych.
           Zdarzyło się jednak coś, co wiele w moim życiu zmieniło. Śp. prof. dr hab. Erazm Wasilewski, Kierownik Zakładu Psychologii, kiedy przyjechała ekipa sportowców kubańskich, przez pomyłkę powierzył mi opiekę nad ekipą, bo myślał, że znam język hiszpański, a ja uczyłam się włoskiego. Było odwrotnie, ale na szczęście nie musiałam poważnie tłumaczyć rozmów, a jedynie towarzyszyć tej ekipie w czasie treningów i zawodów. Przy kubańskich sportowcach poznałam sekretarza Ambasady Republiki Kuby w Warszawie, który zaproponował, abym pracowała w ambasadzie jako tłumacz. Byłam trochę zdziwiona, bo znałam już nieźle język hiszpański na poziomie konwersacji, ale jeszcze nie na tyle, aby być tłumaczem. Jednak postanowiłam zaryzykować i przeniosłam się z Akademii Wychowania Fizycznego do Ambasady Kuby. I tam pracowałam w latach 1978 – 1984, najpierw byłam zatrudniona w recepcji, a później byłam tłumaczem. Ucząc nowego ambasadora języka polskiego, szlifowałam język hiszpański. Często także uczestniczyłam jako tłumacz w różnych spotkaniach i z biegiem czasu były to bardzo ważne spotkania. W 1983 r. z wynikiem bardzo dobrym zdałam w polskim MSZ oficjalny egzamin resortowy.
           Każdy tłumacz z czasem poznaje pewną sferę działalności politycznej, ale obowiązuje nas tajemnica. To bywa dużym obciążeniem psychicznym. Byłam tym trochę zmęczona i chociaż dzięki pracy w Ambasadzie Kuby stałam się zawodowym tłumaczem, postanowiłam zmienić pracę. Zbiegło się to ze zmianą ambasadora i to tylko utwierdziło mnie w słuszności podjętej decyzji.
Mój poprzedni przełożony był wyjątkowym, bardzo kulturalnym człowiekiem i często podkreślał, że jest zakochany w Polsce. Pracował w bardzo trudnym okresie. Kuba przez cały czas jest państwem komunistycznym, a w Polsce rozpoczynała działalność Solidarność. Było wiele trudnych sytuacji.
          Jestem pewna, że Kubańczycy byli przekonani, że na pewno jestem członkiem PZPR, ale nikt wprost mnie o to nie pytał. Ja nigdy nie należałam do tej partii. Uważałam, że nie należy się wiązać politycznie – ja wolę nie mieć materialnych dóbr, a mieć kapitał wolności psychicznej.
          Dowiedziałam się, że w Kancelarii Sejmu był potrzebny pracownik i podjęłam tam pracę. Wtedy także ponownie postanowiłam podjąć studia. Chciałam studiować dziennikarstwo, ale wtedy trzeba było najpierw ukończyć jeszcze inny kierunek – idąc po linii najmniejszego oporu wybrałam Wydział Dziennikarstwa i Nauk Politycznych. To było jeszcze przed zmianą systemu u nas. Podczas egzaminu z historii zapytano mnie, co się zdarzyło 17 września 1939 roku i postanowiłam powiedzieć to, co wiedziałam z domu. Po tym egzaminie podziękowano mi za studia i przed ukończeniem drugiego roku odeszłam z uczelni.
          Przez cały czas pracowałam jako tłumacz hiszpańskiego. To chyba jest rodzinne, ponieważ kompozytor znał pięć języków, mój ojciec – Janusz Paweł Janowski, artysta malarz, ukończył gimnazjum filologiczne i znał sześć języków, mama znała trzy języki, siostra, która mieszka we Włoszech, zna biegle angielski, włoski i oczywiście polski.
          W 1984 roku zostałam członkiem rzeczywistym Stowarzyszenia Tłumaczy Polskich, później, z powodu zaległości w opłacaniu składek odeszłam z tego stowarzyszenia, ale tłumaczem pozostałam.
          Miałam nawet zaszczyt osiągnąć sukces, bo byłam tłumaczem dla króla Hiszpanii Juana Carlosa i królowej Zofii, kiedy w 1989 roku byli z wizytą oficjalną w Polsce. W 2008 r. tłumaczyłam także jedno ze spotkań księcia Filipa z grupami parlamentarnymi w Sejmie. Znajomość języka hiszpańskiego i włoskiego pozwoliła mi poznać wiele ciekawych osób nie tylko z Hiszpanii, ale również z Ameryki Łacińskiej i z Włoch.
           W Kancelarii Sejmu zatrudniona byłam jako specjalista do spraw kontaktów międzynarodowych, ale wykorzystywana była moja umiejętność tłumaczenia. Byłam tłumaczem dla gen. Wojciecha Jaruzelskiego, ale później byłam tłumaczem dla Prezydenta Lecha Wałęsy, miałam także okazję tłumaczyć Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Tłumacz musi być apolityczny i jego obowiązkiem jest zawsze bardzo dokładne tłumaczenie. Własne poglądy polityczne nie mogą mieć wpływu na wykonywaną pracę. Bardzo lubię tłumaczenie symultaniczne (tzw. kabinowe) i pisemne także. Aktualnie jestem na emeryturze i nadal zajmuję się tłumaczeniami. Zawód tłumacza stał się moją pasją.

           Wracając jednak do sylwetki bohatera spotkania, który był wielkim Polakiem i kompozytorem, a jego zasługi trudno przecenić, nie doceniano go za życia oraz po śmierci. Jak Pani myśli – dlaczego?
          - Stanisław Moniuszko znał swoją wartość, ale był człowiekiem skromnym.
Był znakomicie wykształconym muzykiem, bo po kilku latach nauki wyjechał na studia w berlińskiej Singakademie, a profesor Karol Fryderyk Rungenhagen uważał go za jednego z najwybitniejszych swoich studentów i dlatego powierzał mu nawet zastępstwo w prowadzeniu zajęć.
          Nie wiem, dlaczego na Dworcu Centralnym w Warszawie, któremu w styczniu b.r. nadano imię Stanisława Moniuszki, napisano słowa, że Moniuszko wyjechał na studia do Berlina, ale dzięki pieniądzom ojca brał prywatne lekcje z kilku przedmiotów u prof. Rungenhagena. To jest przecież nieprawda. „Kropla drąży skałę” i takie słowa zmieniają cały sens.
          Wynika to z braku wiedzy i z naszych kompleksów, że nie umiemy sami siebie docenić. To wcale nie oznacza, żeby być zarozumiałym, ale należy szanować siebie, żeby nas szanowano.

           Mamy Rok Stanisława Moniuszki z okazji 200. rocznicy urodzin kompozytora. Zaplanowano wiele specjalnych koncertów i spektakli operowych. Miejmy nadzieję, że dzięki temu Polacy poznają twórczość swego wielkiego rodaka, a wykonując jego dzieła za granicą cały świat zachwyci się pięknem muzyki Stanisława Moniuszki.
          - W tym miejscu wielkie chapeau bas wobec Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz Teatru Wielkiego Opery Narodowej, bo dzięki nim wiele się dzieje. Podziwiam też takie inicjatywy jak ta w Rzeszowie, bo wiadomo, że są one organizowane dzięki lokalnym funduszom.
          Będąc potomkami kompozytora założyliśmy Fundację im. Stanisława Moniuszki, której Prezesem Zarządu jest praprapraprawnuk kompozytora Stanisław Wójcik. Fundacja także ma na celu promocję wiedzy o twórczości i osobie naszego przodka.
Wiele osób sądzi, że skoro tak dużo jest potomków, to powinniśmy mieć dużo pieniędzy, a my kontynuujemy tradycje naszego dziadka-pradziadka i często oddajemy nasze pieniądze tym, którzy, naszym zdaniem, bardziej ich potrzebują.
           Nie zgadzam się także do końca z opinią, że Stanisław Moniuszko nie jest kompozytorem znanym i lubianym.
Niedawno, może dwa lata temu, jadąc rowerem niedaleko Placu Teatralnego, postanowiłam wstąpić i dowiedzieć się, jakie spektakle są w Operze. Przypinając rower usłyszałam rozmowę stojących obok mnie dwóch małżeństw, które rozmawiały po hiszpańsku o kupnie biletów na operę Stanisława Moniuszki. Państwo obawiali się, czy w kasie ich zrozumieją. Zapytałam, w czym mogę im pomóc. Poszliśmy do kasy, ale okazało się, że w najbliższych dniach nie będzie wystawiana żadna z oper Moniuszki. Później zaprosiłam ich do operowego EMPiK-u na kawę i szybciutko podeszłam do stoiska z płytami. Znany mi pan poprosił, abym usiadła przy stoliku i po chwili przyniósł dwie płyty, informując moich gości w języku angielskim, że jest to prezent od potomka Moniuszki. Widząc zdziwione miny, poinformował, że tym potomkiem jestem ja.
           Moi goście pochodzili z małego hiszpańskiego miasta. Jedno małżeństwo, to właściciel sklepu spożywczego i gospodyni domowa, a drugie inżynier i pielęgniarka. Byłam zdziwiona, że znali muzykę Stanisława Moniuszki.
          O nuty pieśni prosiła mnie Meksykanka Alejandrina Vázquez, która jest znakomitą śpiewaczką, a młody meksykański pianista prosił mnie o wersje fortepianowe utworów Moniuszki.
           Chinka – studentka Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w klasie prof. Ryszarda Cieśli, przełożyła na język chiński, konsultując się z tłumaczem, dwie pieśni: „Zosia” i „Kwiatek”. Teraz wyjechała już do swojej ojczyzny i wiem, że śpiewa tam pieśni Moniuszki zarówno w języku polskim, jak i chińskim. Ta muzyka rozbrzmiewa pod różnymi szerokościami geograficznymi.

          Wieczór Moniuszkowski, który odbył się w Filharmonii Podkarpackiej dzięki staraniom Estrady Rzeszowskiej i Rzeszowskiego Teatru Muzycznego „Olimpia”, mógłby się odbyć wszędzie.
           - To prawda, z wielkim przejęciem słuchały i oglądały artystów na scenie malutkie dziewczynki siedzące w pierwszym rzędzie. Reakcja publiczności była wspaniała. Taka forma, to chyba jeden z lepszych sposobów popularyzowania muzyki wśród zwykłych mieszkańców Polski, których nie stać na chodzenie do opery czy filharmonii. Ten koncert był autentycznym śpiewnikiem domowym Stanisława Moniuszki, dzięki wykonawcom i atmosferze stworzonej przez nich, przez reżysera i przez prowadzącego koncert pana Dyrektora Andrzeja Szypułę. Jestem w Rzeszowie po raz pierwszy, ale dyrektor Filharmonii Podkarpackiej pani profesor Marta Wierzbieniec zaprosiła mnie na inne wydarzenia poświęcone Stanisławowi Moniuszce i z przyjemnością będę tutaj wracać.

Z panią Elżbietą Stanisławą Janowską-Moniuszko, tłumaczką języka hiszpańskiego, prapraprawnuczką Stanisława Moniuszki rozmawiała Zofia Stopińska 20 marca 2019 roku w Filharmonii Podkarpackiej im. Artura Malawskiego w Rzeszowie.

Subskrybuj to źródło RSS