W Filharmonii

Muzyczne pasje Tomasza Chmiela

Tomasz Chmiel – dyrygent, pianista, aranżer, producent muzyczny i pedagog.

Pochodzi w Rzeszowa, gdzie ukończył z wyróżnieniem klasę fortepianu w Państwowym Liceum Muzycznym. Później studiował w Akademii Muzycznej w Krakowie na dwóch kierunkach, które także ukończył z wyróżnieniem. Dyrygenturę studiował pod kierunkiem prof. Jerzego Katlewicza, a fortepian w klasie prof. Marka Koziaka. 

Tomasz Chmiel dwukrotnie był stypendystą Ministerstwa Kultury i Sztuki, był także wyróżniony Stypendium Twórczym Miasta Krakowa. Otrzymał I nagrodę w I Ogólnopolskim Przeglądzie Młodych Dyrygentów im. Witolda Lutosławskiego w Białymstoku. Wielokrotnie uczestniczył w seminariach Helmuta Rillinga Akademii Bachowskiej w Stuttgarcie, a także w kursach mistrzowskich w Salzburgu oraz Południowej Irlandii. Aktualnie Artysta związany jest z macierzystą uczelnią, dyryguje gościnnie w filharmoniach i teatrach muzycznych. Z wielką pasją zajmuje się także aranżacją. Niedawno, bo 27 stycznia 2017 roku, Tomasz Chmiel dyrygował Orkiestrą Symfoniczną Filharmonii Podkarpackiej. Wtedy także była okazja do zapisania rozmowy.

Zofia Stopińska :  Ciągle poszerza Pan zakres swojej działalności i dlatego nie ma Pan czasu na odpoczynek.

Tomasz Chmiel : Tak to jest. Jeszcze 10 lat temu jak wyjeżdżałem z Krakowa do innego ośrodka, to mogłem zająć się wyłącznie przygotowaniem i poprowadzeniem koncertu. Teraz, nie wiem dlaczego, być może ziemia się szybciej kręci i czas szybciej ucieka – robi się kilka rzeczy jednocześnie. Dla przykładu – będąc teraz w Rzeszowie – wczoraj miałem próbę od  do 13, a już o 15 musiałem być w Akademii Muzycznej w Krakowie, bo trwa sesja i mieliśmy egzaminy z dyrygentury, a późnym wieczorem miałem jeszcze próbę z moją ukochaną orkiestrą, czyli z Krakowską Młodą Filharmonią w Szkole Muzycznej im. M. Karłowicza w Nowej Hucie. Nie chciałem odwoływać tych zajęć, bo to była ostatnia próba przed feriami. Ale od dzisiaj skupię się już wyłącznie na przygotowaniach do koncertu. Na szczęście ta aktywność, nie odbija się na jakości mojej pracy. Często jestem zmęczony, ale udaje mi się godzić to wszystko. Mój wspaniały mistrz – prof. Jerzy Katlewicz powtarzał często, że  pracując tak intensywnie „człowiek spala się”. Zawsze mam na uwadze te słowa i moim miernikiem nie jest to, że czuję się zmęczony po próbie, tylko jak szybko się regeneruję. Czy za dwie, trzy godziny mogę stawać do następnej próby, albo innych zajęć. Jeżeli dojdę do wniosku, że po jakimś koncercie będę potrzebował całego dnia, czy dwóch na regenerację po tym "wypaleniu" – będzie to już pierwszy znak, że trzeba zwolnić tempo. Aktualnie  ten okres regeneracji jest krótki, a dyrygowanie jest moją wielką pasją i dlatego nie zwalniam. Chcę przytoczyć jeszcze wypowiedź mojej ulubionej profesor – prof. Marii Kochaj , wieloletniego dziekana Akademii Muzycznej w Krakowie, której bardzo dużo zawdzięczam. Ona powiedziała mi, będąc już na emeryturze, że długo uczyła, bo wiedziała, że może to robić, bo była szybsza od studentów. To chyba najtrafniejsze spostrzeżenie i najlepsza rada. Nauczyciel musi być szybszy od studenta, szybciej reagować, wcześniej przewidzieć pewne sprawy i wówczas jest wszystko dobrze, natomiast jeżeli uczniowie, albo muzycy w orkiestrze są szybsi od dyrygenta, to powinno się w tym momencie zapalić czerwone światełko, że jest coś nie tak i trzeba zwolnić tempo. Uśmiecha się Pani – może mówię jak starszy człowiek, ale w średnim wieku także czasami przychodzą do głowy takie refleksje. Uważam jednak, że już trzeba zacząć się kontrolować, aby długo być zawodowo aktywnym.

Z. S. : Będąc dyrygentem Krakowskiej Młodej Filharmonii – orkiestry działającej w średniej szkole muzycznej, musi Pan być autorytetem dla uczniów nie tylko jako dyrygent. Wiadomo, że największą zachętą do pracy dla członków takiego zespołu są koncerty. Młodzi ludzie odczuwają potrzebę pokazania efektów swojej pracy i dlatego powinni występować. Często trzeba się zająć różnymi sprawami organizacyjnymi.

T. Ch. : Pracuję już 17- ty rok jako dyrygent tej orkiestry. To jest mój ukochany zespół z którym uwielbiam pracować. Czuję też, że młodzież mnie akceptuje i obdarza zaufaniem. Wiedzą, że jeżeli coś zapowiem, to żeby się „waliło, paliło” – to będzie. Chodzi tu szczególnie o koncerty i nagrania. Młodzież jest fantastyczna i cieszę się, że mamy tak dużo prób, bo spotykamy się dwa razy w tygodniu na trzy godziny zegarowe. Specjalny zapis w statucie szkoły nam to umożliwia. Owocują te nasze spotkania dużą ilością koncertów, bo gramy około 40 koncertów w sezonie, czyli w ciągu roku szkolnego. Robimy około 10 programów, z którymi występujemy. Występowaliśmy już w różnych miejscach – m.in. w Teatrze Wielkim w Warszawie, Filharmonii Narodowej, Filharmonii Pomorskiej, Filharmonii Częstochowskiej, w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie, w Centrum Kongresowym w Krakowie, a z panią Grażyną Brodzińską występujemy już od 10-ciu lat. Krakowska Młoda Filharmonia występuje z różnymi programami – gramy utwory z: oper, operetek, musicali, występujemy z koncertami muzyki filmowej, ale też towarzyszymy często instrumentalistom. Niedługo będzie koncert dyplomantów w naszej szkole. Wiele utworów i całych programów dla tego zespołu sam aranżuję, albo piszę. Jest to takie moje „oczko w głowie”.

Z. S. : Jako uczeń Liceum Muzycznego w Rzeszowie, był Pan dobrze zapowiadającym się pianistą, czy już wówczas myślał Pan o dyrygenturze?

T. Ch. : Bardzo miło wspominam te czasy kiedy uczyłem się  w budynku szkoły, który widzimy z garderoby w której rozmawiamy. Już wtedy prowadziłem kapelę ludową działającą w Domu Kultury WSK. Pana Andrzeja Jakubowskiego, który wówczas prowadził orkiestrę w Zespole Szkół Muzycznych nr 1 prosiłem, aby pozwolił mi czasem zadyrygować, tak samo panią Urszulę Biskupską prowadzącą chór szkolny prosiłem wskazówki i możliwość poprowadzenia chóru na próbie. Na szczęście nie odmawiali, pozwalali i udzielali wskazówek. Jestem im za to bardzo wdzięczny, bo mogłem już wówczas czegoś się nauczyć i utwierdzić się w przekonaniu, że to mnie fascynuje. Ja podobnie postępuję kiedy jakiś uczeń mnie prosi o radę, czy możliwość poprowadzenia orkiestry. Mam także ucznia, który gra na kontrabasie i próbuje aranżować. Wykonaliśmy nawet podczas koncertu jego opracowanie i wiem, że przygotowuje już następne utwory. Myślę, że poświęcę trochę czasu, aby nauczyć go podstaw dyrygowania i niedługo stanie za pulpitem dyrygenckim prowadząc swoje opracowanie jakiegoś utworu. Może w przyszłości będzie kompozytorem, aranżerem albo dyrygentem. Ja planowałem ukończyć Akademię Muzyczną w Warszawie najpierw w klasie fortepianu, a później studiować dyrygenturę. Nie dostałem się do Warszawy z braku miejsc. Wylądowałem w Krakowie i rozpocząłem studia dyrygenckie u prof. Jerzego Katlewicza, a rok później zdawałem na fortepian i studiowałem w klasie prof. Marka Koziaka.

Z. S. : Miał Pan ogromne szczęście, bo studiować dyrygenturę u prof. Jerzego Katlewicza nie każdy  mógł.

T. Ch. : Nie było łatwo także zdać egzamin na dyrygenturę, bo wymagania były duże, zresztą teraz też tak jest. To jest kierunek dla pasjonatów. Widomości ukończenia z wynikiem bardzo dobrym jakiegoś kierunku w średniej szkole muzycznej nie wystarczają na egzaminie na studia dyrygenckie. Trzeba samemu się uczyć, przede wszystkim chodzić na koncerty, poznawać literaturę symfoniczną, wskazane jest, aby słuchając utworów mieć do dyspozycji partyturę. Takie wymagania stawiał swoim studentom na początku nauki prof. Jerzy Katlewicz.  Po ukończeniu Akademii Muzycznej w Krakowie, zostałem pracownikiem tej uczelni – najpierw jako asystent, teraz adiunkt – jakby równolegle zacząłem prowadzić orkiestrę w średniej szkole muzycznej. Dyrygent tej orkiestry udawał się na dłuższy urlop i zostałem poproszony do przygotowania zaplanowanego koncertu. Początkowo odmówiłem, bo miałem zobowiązania w Operze Krakowskiej i na uczelni. Dyrekcja szkoły jednak nalegała i przyjąłem zaproszenie do współpracy na trzy miesiące i trwa to do dzisiaj - czyli już 17-cie lat. Zafascynowała mnie praca z uczniami tworzącymi orkiestrę , uwielbiam to i tej orkiestry nie zamieniłbym na żadną inną orkiestrę. To jest wyjątkowa szkoła do której uczęszcza wyselekcjonowana młodzież. Wiele problemów występujących nagminnie w szkolnictwie, nie dotyczy naszej szkoły. Kierownictwo szkoły robi wszystko, aby nauczyciele mogli spokojnie i dobrze pracować, a młodzież osiągać wysokie notowania na róznych konkursach.

Z. S. : Kilka razy byłam na koncertach, kiedy kierował Pan niewielkim zespołem zajmując miejsce przy fortepianie. Podobnie jak inni słuchacze, odniosłam wrażenie, że uwielbia Pan prowadzić takie zespoły od fortepianu.

T. Ch. : Fortepian – to jest jakby drugie moje imię. Na pierwsze  mam dyrygent, na drugie pianista, a na trzecie, aranżer. W ubiegłym tygodniu prowadziłem koncert od fortepianu w Częstochowie, a w poniedziałek  - program wykonany z orkiestrą symfoniczną w Rzeszowie i Łańcucie, powtarzamy z panią Grażyną Brodzińską i panem Tadeuszem Szlenkierem, z małym składem orkiestry i ja będę dyrygował od fortepianu. Takie koncerty pomagają mi w przygotowywaniu później dużych orkiestr. Żadnego problemu nie sprawia mi przegrywanie całych partytur we właściwym tempie, bo regularnie sporo czasu spędzam przy fortepianie. Dogłębna znajomość utworu bardzo przydaje się już na pierwszej próbie z orkiestrą.

Z. S. : Kiedyś powiedział mi Pan, że na pierwszym miejscu stawia Pan rodzinę – drugie pewnie zajmuje muzyka.

T. Ch. : Tak jest, chociaż żona często żartuje, że jej miejsce jest za puzonami… (śmiech). Przekonuję ją wówczas, że ona i synowie są na pierwszym miejscu. Prawda jest też taka, że nie mógłbym pogodzić pracy na uczelni, w średniej szkole muzycznej i dyrygować tyloma koncertami, gdybym nie miał tej ostoi w osobie mojej żony, która jest „szefem” w domu. Mamy trzech synów, którzy są uczniami szkoły muzycznej w której pracuję - dwóch jest na skrzypcach, a najmłodszy - Antek rozpoczął teraz naukę w pierwszej klasie na waltorni. Wszyscy są w bardzo dobrej szkole, nie wiem, czy będą muzykami - o tym kiedyś zadecydują sami, ale pierwszy stopień wszyscy muszą skończyć, bo obcując z muzyką, będą innymi ludźmi. Uczą się, ćwiczą i grają . Czas mają wypełniony, w przyszłości nie będą go marnować i to są rzeczy nie do przecenienia. Wracając jeszcze do naszgo ogniska domowego. Na jego czele stoi kobieta, która doskonale potrafi zorganizować czterech „facetów”. Kiedy trzeba stawia nas „do pionu” i słuchamy jej poleceń i rad. Jak nie ma mnie w domu kilka dni, to radzi sobie ze wszystkim. Zajmowanie się domem, to praca na co najmniej dwa etaty. Nie ma już czasu na pracę zawodową przy czterech „facetach”. Dzięki temu mogę wyjeżdżać na koncerty, zajmować się aranżacją. Mój dom działa na podobnych zasadach, jak dom prof. Katlewicza działał. Maestro wielokrotnie podkreślał, że miał wspaniałe życie prywatne, dzięki swojej „drugiej połowie” która potrafiła wszystko harmonijnie ułożyć. Będąc studentami, chodząc na koncerty którymi dyrygował, widzieliśmy jak przed wyjściem na estradę, żona jeszcze „dopinała” muszkę i poprawiała mu frak. Dzięki temu mógł mieć w głowie wyłącznie partyturę, bo jego wizerunkiem zajmowała się żona. Chcę jeszcze podkreślić, że byłem bardzo z Profesorem związany i po ukończeniu studiów w 1995 roku co najmniej raz w tygodniu spotykaliśmy się, telefonowaliśmy do siebie. Ta więź trwała do ostatnich Jego dni. Pierwszy mój syn, który teraz ma 11 lat – na cześć Profesora otrzymał imię Jerzy.  Wielkim zaszczytem było dla mnie, kiedy z powodu choroby Profesor nie czuł się na siłach, aby w całości poprowadzić swój jubileuszowy koncert i poprosił mnie, aby w części drugiej dyrygować  Symfonią C. Francka w wykonaniu Orkiestry Filharmonii Krakowskiej. Afisz z tego koncertu, na którym widnieją nasze nazwiska obok siebie, przechowuję do dzisiaj. Artystycznie i w życiu wiele zawdzięczam prof. Jerzemu Katlewiczowi.

Z. S. : Mam nadzieję, że po koncertach na Podkarpaciu, w Pana rodzinnych stronach, będzie Pan chciał niedługo tutaj powrócić i stanąć za pulpitem, aby poprowadzić koncert Orkiestry Filharmonii Podkarpackiej.

T. Ch. : Rozmawiałam na ten temat z panią prof. Martą Wierzbieniec – dyrektorem Filharmonii Podkarpackiej. Są plany, które dotyczą dwóch koncertów w niedalekiej przyszłości , ale o szczegółach poinformujemy z odpowiednim wyprzedzeniem. Zawsze chętnie powracam w rodzinne strony i bardzo sobie cenię współpracę z Orkiestrą Symfoniczną Filharmonii Podkarpackiej.

Z Tomaszem Chmielem rozmawiała Zofia Stopińska ( 27 stycznia 2017r)

Słowiańskie pejzaże w Filharmonii Podkarpackiej

"Słowiańskie pejzaże" - tak zatytułowany został koncert abonamentowy, który odbędzie się w Filharmonii Podkarpackiej 10 lutego 2017r. o 19:00.

W programie znajdą się dzieła, które powstały w XX wieku. Preludium symfoniczne "Polonia" op. 76 (1905) - to utwór brytyjskiego kompozytora Edwarda Elgara, ale brzmi znajomo, bo został oparty na kilku polskich pieśniach patriotycznych z wiodącym motywem "Warszawianki 1905 roku".  Interesującym punktem programu będzie także Koncert gotycki (1951) - Andrzeja Panufnika, który powstał jako ilustracja muzyczna do filmu "Wit Stwosz". W tym neoklasycznym utworze kompozytor nawiązał wyraźnie do wczesnobarokowego okresu muzyki polskiej, tworząc dzieło o archaicznym charakterze. Zwieńczeniem wieczoru będzie II Symfonia e-moll op. 27 (1908) - Sergiusza Rachmaninowa. Każda nuta dzieła potwierdza słowa rosyjskiego mistrza: "Muzyka powinna wyrażać ojczyznę kompozytora, jego miłości, religię, książki, które wywarły na niego największy wpływ, obrazy, które kocha".

Partie solowe wykona wyśmienity trębacz Igor Cecocho. Orkiestrą Symfoniczną Filharmonii Podkarpackiej dyryguje Ian Hobson.

Subskrybuj to źródło RSS