Wspólna gra jest przyjemnością dla muzyka w każdym wieku
od lewej: Jakub Jakowicz, uczestnicy warsztatów i Krzysztof Jakowicz oklaskiwani przez publiczność podczas wspólnego występu na zakończenie Tygodnia Talentów w Kąśnej Dolnej. fot.Kornelia Cygan / Centrum Paderewskiego w Kąśnej Dolnej

Wspólna gra jest przyjemnością dla muzyka w każdym wieku

        Zofia Stopińska: Z Panem Jakubem Jakowiczem – znakomitym polskim skrzypkiem, rozmawiamy w wyjątkowym miejscu, bo siedzimy na ławce w parku otaczającym dwór w Kąśnej Dolnej, który jest jedyną zachowaną na świecie posiadłością Ignacego Jana Paderewskiego – światowej sławy pianisty, kompozytora i męża stanu. Spotykamy się w ostatnim dniu Festiwalu Tydzień Talentów, który od kilku lat funkcjonuje w formule „Warsztatów z Mistrzami”. Wspólnie z ojcem – Krzysztofem Jakowiczem, prowadzili Panowie warsztaty dla młodych skrzypków i było mnóstwo pracy, bo podczas zajęć młodzież przygotowywała się do koncertów, a Panowie musieli znaleźć także czas na przygotowanie się, bo również występujecie ze sporym programem.

        Jakub Jakowicz: Cudownie się tutaj pracuje, bo panuje tu atmosfera skupienia, na którą z pewnością ma wpływ otaczająca nas przyroda. W takich warunkach nie tylko gra się lepiej, ale również słucha samego siebie. Współczesny tryb życia utrudnia rozwijanie tej umiejętności. Przebywanie tu ma zbawienny wpływ na umysł i zmysły. Prowadziliśmy tutaj z ojcem kurs z młodymi skrzypkami, ale atmosfera kąśnieńska sprawiała, że traktowaliśmy te zajęcia bardziej jak spotkania z młodszymi kolegami. Miałem okazję zobaczyć i przypomnieć sobie, jak młodzi ludzie zmagają się z materią skrzypcową. Praca z utalentowanymi młodymi ludźmi odgrywa ważną rolę w moim zawodowym życiu.

        Z pewnością nie po raz pierwszy Pan tutaj jest.

        - Tak, bywałem tu wielokrotnie podczas Festiwali „Brawo Maestro”, na „Mistrzowskich Wieczorach”. Ostatnio miałem dość dużą przerwę w pobytach w Kąśnej Dolnej i dlatego zmiany, które tutaj w tych latach nastąpiły, bardzo mnie cieszą, wokół jest po prostu bardzo pięknie, kiedy spojrzałem na alejkę, w której się znajdujemy, wyglądała tak, że od razu chciało się w nią wejść. Słyszałem, że to dopiero wstęp do dalszego rozwoju tego miejsca. Udoskonalona została Sala Koncertowa Stodoła, bo zamontowana została klimatyzacja, pozwalająca schłodzić ją w czasie upałów i podgrzewać, kiedy jest zimno. Koncerty mogą się w niej odbywać od wczesnej wiosny do później jesieni.

        Wspomniał Pan o postępach młodych, utalentowanych skrzypków, którzy uczestniczyli w Warsztatach, a przecież Pan także zaczynał działalność koncertową bardzo wcześnie, bo w jedenastym roku życia.

        - To prawda, w tym zawodzie zaczyna się bardzo wcześnie, gdyż technika bazuje na zdobywanych latami nawykach. Jest wielką sztuką uczyć dziecko tak, żeby było zainspirowane muzyką i występami. Nauka nie może polegać wyłącznie na treningu i stwierdzeniach, że trzeba, musisz oraz pytaniach, ile ćwiczyłeś dzisiaj. Są sposoby, żeby zaciekawić, żeby zainspirować i spowodować wewnętrzną motywację do pracy. Uczeń powinien mieć radość z tego, że gra coraz lepiej. Wierzę, że taką postawę w każdym da się zaszczepić. Ja miałem to szczęście, że dużo w domu grałem wspólnie z rodzicami i to była wielka zachęta do ćwiczenia- wspólna gra jest przyjemnością dla muzyka w każdym wieku, a dla dziecka jest idealnym uzupełnieniem czasu bycia z instrumentem. Jako dziecko grałem z rodzicami, bardzo wcześnie zacząłem także grać w trio fortepianowym z inspiracji mojej matki, która uwielbia kameralistykę i sama przez wiele lat grała w triu (wraz z Krystyną Borucińską i Barbarą Marcinkowską tworzyły Trio Warszawskie). Z perspektywy czasu myślę, że to było dla mnie chyba nawet ważniejsze od występów solowych, bo sprawiało mi więcej przyjemności.

        Będąc już wybitnym skrzypkiem średniego pokolenia, nadal z zapałem gra Pan muzykę kameralną.

        - Najlepszym przykładem będzie dzisiejszy koncert, podczas którego gram z uczestnikami, w duecie z ojcem oraz wspólnie ze znakomitym pianistą Robertem Morawskim.

        Jest także dość duża grupa muzyków, z którymi często Pan występuje.

        - Moim partnerem duetowym jest od lat pianista Bartosz Bednarczyk, z którym ostatnio nagraliśmy płytę z utworami Franza Schuberta. Znajduje się na niej pierwsze nagranie w dziejach polskiej fonografii niezwykłego utworu Schuberta – Fantazji C-dur na fortepian i skrzypce. Do nagrania tego dzieła przymierzaliśmy się dosyć długo i teraz cieszymy się z rezultatu. Płyta jest wydana przez Polskie Radio, oprócz Fantazji C-dur znajdują się na niej jeszcze Sonata a-moll oraz Rondo h-moll – zapraszam Państwa serdecznie do wysłuchania.

        Prowadzi Pan intensywną działalność artystyczną – jeśli nie występuje Pan jako solista, to gra Pan w różnych formacjach kameralnych.

        - Tak, ciągle coś się dzieje. Ten rok był rokiem nagrań. Ze względu na setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości, łatwiej było pozyskać pieniądze na nagrania muzyki polskiej i nagraliśmy jej sporo. Bardzo dużo się też dzięki temu nauczyłem, bo cały czas obcowałem ze studiem nagraniowym i słuchałem siebie, zastanawiając się, co poprawić. Taka praca bardzo inspiruje. Mam wielkie szczęście grać stale ze znakomitymi muzykami. Pod egidą Narodowego Instytutu Fryderyka Chopina pracujemy, można powiedzieć, w stałym gronie, którego spiritus movens jest Marcin Zdunik. W tym gronie są również: Katarzyna Budnik-Gałązka – altowiolistka, pianista Paweł Wakarecy, wiolonczelista Andrzej Bauer i Anna Maria Staśkiewicz – skrzypaczka, koncertmistrzyni Sinfonii Varsovii. Wspólnie nagraliśmy m.in. Kwartet fortepianowy Żeleńskiego (fantastyczny, trochę brahmsowski utwór, który czeka na odkrycie za granicą) oraz Kwintet z dwoma wiolonczelami Dobrzyńskiego. Z Tomaszem Strahlem zarejestrowaliśmy napisany dla nas przed laty Concerto lendinum Sławomira Czarneckiego (w tym roku obchodzimy jubileusz pracy twórczej kompozytora). Z Bartoszem Bednarczykiem przygotowujemy cały komplet Sonat Grażyny Bacewicz. Płyta ukaże się w przyszłym roku, z okazji roku Grażyny Bacewicz. Oprócz tych prac nagraniowych było dużo przeróżnych koncertów, m.in. w Filharmonii Szczecińskiej pod batutą Jacka Kaspszyka zagrałem pierwszy raz Koncert D-dur Emila Młynarskiego, przepiękny, wymagający koncert, zupełnie niegrywany.

        Jestem bardzo ciekawa, jak Pan rozpoczyna pracę nad nowym utworem. Jeśli jest to utwór żyjącego kompozytora, to można go poprosić o wskazówki. Natomiast jeśli jest to utwór twórcy minionych epok, to szuka się jakiegoś klucza, bo chyba do każdego utwory trzeba znaleźć klucz.

        - Oczywiście, ale to też jest wiedza trochę tajemna, bo tak naprawdę nie da się tego przeczytać w książkach. Oczywiście istnieją traktaty barokowe, szkoły gry na instrumentach, opracowania utworów, ale kluczowa wiedza jest w naszym zawodzie przekazywana – mistrz przekazuje ją uczniowi. Jest to bardzo ciekawe, że niesiemy ze sobą historię związaną z mistrzami, u których się uczyliśmy. Ja jestem uczniem mojego ojca, ale można powiedzieć, że jestem też uczniem jego mistrzów: prof. Tadeusza Wrońskiego, który studiował u Jarzębskiego, a ten u Barcewicza, oraz prof. Josefa Gingolda, który uczył się m.in. u Eugène Ysaÿe’a. Odczytywanie nowych utworów bazuje w zasadzie na doświadczeniu, które wynieśliśmy z kontaktu z mistrzami, podczas lekcji lub wspólnej gry. W tym zawodzie w zasadzie wszystko polega na jakiejś intuicji i na rozumieniu spraw przez doświadczenie, obcowanie z inspirującymi muzykami i ich sztuką. Trzeba także mieć dużo wiedzy na temat epoki, stylu, życia kompozytora, bo to wszystko wpływa na interpretację, na postrzeganie nastrojów muzycznych, pomaga w otwarciu się na pomysły, które kierowały kompozytorem. Im więcej mamy wiedzy, tym lepiej pracuje nasza wyobraźnia – w dialogu z tym, co jest przez kompozytora pozostawione. Bardzo ważna jest też umiejętność odczytywania zapisu, który jest w naszym zawodzie kluczową umiejętnością. Trzeba także wiedzieć, że w każdej epoce ten zapis się różnił.

        Czy słucha Pan nagrań innych wykonawców?

        - Zazwyczaj tak. Często słucham różnych wykonań. Wiele można się nauczyć o podejściu do tempa i grze rubato od starych mistrzów, których uwielbiam słuchać. Jestem przekonany, że teraz prawie wszyscy słuchają i troszkę sobie „kradną” pomysły nawzajem - nastały czasy nagrań. W XVIII wieku, czy wcześniej, ośrodki muzyczne były tak naprawdę oddzielone od siebie i to skutkowało tym, że muzycy grali bardzo różnie. Prawdopodobnie każdy grał inaczej, bazując tylko i wyłącznie na zapisie nutowym oraz na swojej interpretacji. Myślę, że im dalej w czasie od dnia dzisiejszego, tym bardziej te interpretacje się różniły. Dzisiaj problemem jest to, że mamy rzesze muzyków, którzy grają podobnie. Jeszcze za czasów naszych wielkich skrzypków-wirtuozów dwudziestowiecznych: Ojstracha, Milsteina, Sterna, Szerynga – każdy z nich grał trochę inaczej, słuchając radia, można było po pierwszych nutach rozpoznać, który z nich gra. To było fascynujące i teraz trochę tego brakuje, choć oczywiście nadal istnieją wielkie indywidualności muzyczne.

        Dla skrzypka bardzo ważny jest instrument. Gra Pan na kilku instrumentach czy na jednym?

        - Ciągle szukam instrumentu, który odpowiadałby moim umiejętnościom, bądź też estetyce gry, bo to jest bardzo indywidualna sprawa. Ostatnio mam szczęście grać na nowym dla mnie instrumencie. Jest to francuski instrument z połowy XIX wieku z pracowni Braci Gand z Paryża. Został mi on użyczony dzięki uprzejmości Fundacji Jerzego Semkowa, którą kieruje wdowa po Maestro Semkowie – pani Colette Semkow, której jestem bardzo wdzięczny. To jest najnośniejszy z instrumentów, na których grałem. Co ciekawe, znamy historię tych skrzypiec od początku ich powstania, znamy kolejnych właścicieli, są oryginalne dokumenty, które świadczą o jego zakupie, wiadomo, że przez lata nikt na nim nie grał i leżał w bezpiecznym miejscu. W tej chwili wygląda jak nowy, pomimo, że ma ponad 150 lat, jest w idealnym stanie, a to się rzadko zdarza.

        Jest Pan laureatem pierwszych nagród na konkursach skrzypcowych w Lublinie, Wattrelos we Francji, Takasaki w Japonii – te konkursy odbyły się w ostatniej dekadzie ubiegłego stulecia. W 2001 roku został Pan jednym z trzech zwycięzców Międzynarodowej Trybuny Młodych Wykonawców w Bratysławie, organizowanej pod auspicjami Europejskiej Unii Radiowej i Międzynarodowej Rady UNESCO, rok później otrzymał Pan nagrodę Fundacji Polsko-Japońskiej dla najlepiej zapowiadającego się skrzypka młodej generacji. Dwukrotnie – w 2003 i 2007 roku został Pan laureatem Paszportu Polityki oraz w 2007 roku został Pan uhonorowany nagrodą Orfeusz podczas Festiwalu Warszawska Jesień. Ojciec nie wysyłał Pana na konkursy zbyt często – ani podczas nauki w szkołach muzycznych, ani w trakcie studiów. W czasie ostatnich kilkunastu lat w Polsce powstało bardzo dużo konkursów – regionalnych, ogólnopolskich i międzynarodowych. Co Pan sądzi o konkursach?

        - Faktycznie, dość rzadko uczestniczyłem w konkursach skrzypcowych, bo miałem inną drogę na estrady. Dość wcześnie zacząłem grać z ojcem i występować jako solista. Uważam jednak, że konkurs jest dla młodego instrumentalisty momentem sprawdzenia, w jakim punkcie swojego rozwoju się znajduje. Konkursy mogą być pomocne, jeśli kładziemy nacisk na rozwój osobisty i na budowanie poczucia własnej wartości. Natomiast jeśli stawiamy tylko na konkurencję i na osiągnięcie sukcesu wówczas mogą okazać się problemem, a nawet traumą. Dla moich studentów występ na konkursie motywuje do pracy, oraz jest po prostu okazją do ogrania się.

        Bywa również tak, że uczestnicy konkursu starają się grać tak, jak oczekują tego jurorzy – czy tak powinno być?

        - Różnie można na to spojrzeć. Młody muzyk, który jest na początku swojej artystycznej drogi musi polegać na zdaniu swojego mistrza. Jest tak wiele rzeczy, których trzeba się nauczyć, żeby wyjść na scenę i grać na instrumencie, że musi być ktoś, kto nas umiejętnie prowadzi na tej drodze. Prawdziwy mistrz umie kierować rozwojem swojego ucznia, ale również inspirować go do poszukiwania własnego artystycznego języka, tak by w przyszłości mógł wybić się na samodzielność.
Występ na konkursie jest specyficzny. Można powiedzieć, że granie na konkursie powinno być bezbłędne w sensie technicznym i ciekawe, ale nie odbiegać od kanonu interpretacji.

        Myślę, że w czasie tego tygodnia w Kąśnej, oprócz pracy z uczniami i przygotowań do koncertów, było także trochę czasu na odpoczynek.

        - Może nie było tego czasu na relaks zbyt dużo, ale na przykład dzisiaj byłem na rowerze w Kąśnej Górnej i posiedziałem trochę na górce, popatrzyłem wokół na przyrodę, która tutaj jest absolutnie genialna. Nie trzeba jeździć do Australii, Nowej Zelandii czy dżungli południowoamerykańskiej, bo nasz maj z fantastyczną zielenią jest cudowny.

         Za kilkanaście minut rozpoczyna się koncert i musimy kończyć rozmowę, ale mam nadzieję, że niedługo będzie okazja do kolejnego spotkania.

      - Faktycznie, już najwyższa pora udać się do Sali Koncertowej. Bardzo dziękuję za miłą rozmowę.

Z dr Jakubem Jakowiczem – znakomitym skrzypkiem i pedagogiem Zofia Stopińska rozmawiała 20 maja 2018 roku w Kąśnej Dolnej.