wywiady

Muzyka, która koi nerwy

Niedawno moją kolekcję płyt z muzyką kameralną powiększył krążek z utworami na klarnet i fortepian Maxa Regera w wykonaniu znakomitych muzyków: klarnecisty Mariusza Barszcza i pianisty Michała Rota. Pan Michał Rot jest muzykiem dobrze w naszym regionie znanym, bo kilkukrotnie był gorąco oklaskiwany między innymi podczas koncertów Festiwalu Fortepianowego im. Marii Turzańskiej w Jarosławiu, Festiwalu Przemyska Jesień Muzyczna i w Filharmonii Podkarpackiej. Podczas tych wydarzeń mogłam już przedstawić Państwu tego wybitnego pianistę, kameralistę i pedagoga.
Cieszę się, że mogę zaprosić Państwa na spotkanie z panem Mariuszem Barszczem, klarnecistą i pedagogiem pochodzącym z Kielc. 

W rodzinnym mieście rozpoczynał Pan naukę muzyki. Czy od początku uczył się Pan grać na klarnecie?

      Po klarnet sięgnąłem mając 6 lat. Pierwsze kroki stawiałem pod okiem Taty, który był miłośnikiem tego instrumentu i mimo, że Tato zajmował się jedynie amatorsko muzyką to całkiem dobrze grał na klarnecie. Rodzice chcieli abym kontynuował naukę w szkole muzycznej, ale dowiedzieli się, że jestem jeszcze zbyt młody, aby uczyć się grać na instrumencie dętym. W latach 80-tych XX stulecia panowało przekonanie, że grę na instrumentach dętych dzieci powinny zaczynać dopiero po ukończeniu 10 roku życia.
Zostałem, zatem przyjęty do szkoły muzycznej, a w oczekiwaniu na odpowiedni wiek uczyłem się grać na akordeonie. To sprawiło, że tak naprawdę dopiero po ukończeniu szkoły muzycznej I stopnia na akordeonie wróciłem do klarnetu i wówczas rozpocząłem intensywną pracę z tym instrumentem.

Instrumenty dęte, a szczególnie stroikowe wymagają, zwłaszcza w pierwszych latach nauki wiele wysiłku i wytrwałości. Kiedy zaczął Pan odnosić pierwsze sukcesy?

        Małe dzieci rozpoczynające naukę gry na instrumentach dętych istotnie mają na początku dużo przeszkód do pokonania. Spore trudności sprawia chociażby przygotowanie instrumentu do gry. Mam tu na myśli prawidłowe złożenie i przygotowanie instrumentu do ćwiczenia, umiejętność prawidłowego zamocowania stroika, odpowiednią jego pielęgnację czy dbałość o higienę ustnika. Dla porównania dziecko, które podejmuje naukę gry na fortepianie jedynie podchodzi do instrumentu, odkrywa klawiaturę i może rozpocząć ćwiczenie. Wystarczy, że naciśnie którykolwiek z klawiszy pięknej czarnobiałej klawiatury a otrzyma czysty, klarowny dźwięk o ściśle określonej i przypisanej do klawisza wysokości.

       Na instrumentach dętych uczeń, aby wydobyć jakikolwiek poprawny dźwięk z instrumentu musi go za każdym razem w dużym stopniu najpierw samodzielnie wytworzyć. Odbywa się to przy aktywnym udziale własnego oddechu, mięśni twarzy i odpowiedniego ułożenia ust, czyli fachowo mówiąc prawidłowego zadęcia. Grający na instrumentach dętych stroikowych wydychanym powietrzem najpierw wprawiają w drganie stroik, który następnie pobudza do drgania słup powietrza znajdujący się wewnątrz instrumentu doprowadzając w ten sposób do powstania dźwięku. Różnice wynikające z odmiennej specyfiki poszczególnych instrumentów sprawiają, że początkowe postępy w zdobywaniu kolejnych umiejętności gry na instrumentach dętych przebiegają znacznie wolniej niż dzieje się to w przypadku innych instrumentów.

Kiedy zaczął Pan odnosić pierwsze sukcesy na klarnecie – chodzi mi o pierwsze popisy, udział w koncertach, konkursach…

        Po ukończeniu szkoły muzycznej I stopnia posiadałem już trochę muzycznych umiejętności, które bezpośrednio mogłem wykorzystać do doskonalenia swojej gry na klarnecie. W krótkim czasie stałem się wyróżniającym uczniem i mogłem reprezentować swoją szkołę na różnych przesłuchaniach i koncertach zarówno tych o zasięgu wojewódzkim, regionalnym jak i ogólnopolskim. Dodatkowo byłem zapraszany do gry w różnych formacjach kameralnych, w których niejednokrotnie uczestniczyli również zawodowi muzycy, na co dzień pracujący w ówczesnej Orkiestrze symfonicznej Filharmonii Kieleckiej. Wspólnie wykonywaliśmy koncerty dla dzieci i młodzieży szkolnej. Doświadczenie, wiedzę i umiejętności, jakie wyniosłem z tamtych lat okazały się niezwykle cenne. Mam głębokie przeświadczenie, że to właśnie tamte wydarzenia zadecydowały o rozbudzeniu się we mnie wielkiej pasji do muzyki kameralnej. Nie mam wątpliwości, że ten gatunek muzyczny jest formą, która stwarza muzykowi największą przestrzeń do zaprezentowania swoich instrumentalnych umiejętności dając możliwość wszechstronnej artystycznej kreacji. Na potwierdzenie moich osobistych przekonań chciałbym przytoczyć w tym miejscu słowa wybitnego pedagoga i skrzypka – Profesora Tadeusza Wrońskiego, który zwykł mawiać swoim podopiecznym bądź też młodym adeptom sztuki, że ukoronowaniem oraz szczytem artystycznej wypowiedzi muzycznej instrumentalisty jest wykonawstwo muzyki kameralnej w choćby takim zespole, jakim jest kwartet czy kwintet.

        Bardzo się cieszę, że moja zawodowa ścieżka wciąż prowadzi mnie przez świat muzyki kameralnej nieustannie dostarczając wiele różnorodnych doświadczeń i wyzwań na tym polu. Już w drugiej połowie lat 90-tych ubiegłego stulecia wraz z akordeonistą Jackiem Michalakiem tworzyliśmy zespół Brillante Duo poszukując nowych brzmień i artystycznych przeżyć. Pod kierownictwem Profesora Jerzego Mądrawskiego – akordeonisty i kompozytora miałem przyjemność wykonywać współczesną muzykę kameralną napisaną na akordeon, klarnet i inne instrumenty. Doświadczenia wyniesione z muzykowania w różnorodnych składach kameralnych bardzo pomagają w pracy w większych zespołach instrumentalnych. Mogę o tym zaświadczyć, jako muzyk związany od wielu lat z Orkiestrą Symfoniczną Filharmonii Świętokrzyskiej im. Oskara Kolberga w Kielcach, Hollyłódzką Orkiestrą Filmową Jana Niedźwieckiego w Łodzi czy formacją Alla Vienna.

Pana gra inspirowała i inspiruje współczesnych kompozytorów, stąd dedykowali Panu swoje utwory i powierzali prawykonania.

        Bardzo się cieszę, że miałem zaszczyt i przyjemność prawykonywać utwory takich kompozytorów jak: Krzysztof Grzeszczak, wspomniany już Jerzy Mądrawski, Łukasz Woś czy Paweł Korepta. Niektórzy z nich to rodzimi kompozytorzy, na co dzień związani z regionem świętokrzyskim. W ostatnim czasie miałem szczęście poznać i nawiązać współpracę ze śląskim kompozytorem Wojciechem Stępniem, który zadedykował dla mnie swoje utwory. Prawykonania kompozycji miały miejsce w 2024 i 2025 roku podczas kolejnych edycji Międzynarodowego Festiwalu Muzycznego im. Krystyny Jamroz w Busku Zdroju.

Utwory w Pana wykonaniu możemy znaleźć na wielu płytach.

         Tak, to prawda. Moja muzyczna działalność artystyczna jest rozległa i mocno zróżnicowana. Dokonałem rejestracji dźwiękowej do wielu płyt pełniąc w nagrywanych kompozycjach rozmaite instrumentalne role. Jako muzyk – solista orkiestry wraz z Filharmonią Świętokrzyską dokonałem wielu nagrań utworów polskich twórców. Z zespołem muzycznym Alla Vienna zarejestrowaliśmy muzykę do kilku albumów towarzysząc choćby znanej chyba szerszemu gronu słuchaczy śpiewającej Rodzinie Kaczmarek. Z tą samą formacją nagraliśmy dwa muzyczne albumy z naszymi sztandarowymi projektami, czyli ścieżkę dźwiękową z naszego autorskiego widowiska Muzyka Zespołu Queen symfonicznie oraz Muzyka The Beatles symfonicznie. Oprócz tego możemy pochwalić się albumem z muzyką filmową, na którym słuchacze znajdą melodie z największych produkcji filmowych XX wieku.
Chciałbym wreszcie wspomnieć o moich solowych publikacjach poświęconych wyłącznie muzyce klarnetowej. Wszystkie zarejestrowałem dla wytwórni Dux, a mowa tu o następujących płytach: Polska muzyka klarnetowa drugiej połowy XX wieku oraz Muzyka bliska nam.
W zarejestrowanym repertuarze znalazły się różnorodne kompozycje a wśród nich i takie, które miały swoją światową fonograficzną premierę. Jednym z nich jest Kaprys na klarnet i fortepian Józefa Świdra czy kompozycja łódzkiego kompozytora Jerzego Bauera Toccatina na klarnet i fortepian. Idea, która za każdym razem przyświecała mi, gdy kompletowałem muzyczny materiał do płyt było pragnienie rejestrowania utworów wartościowych, które do tej pory, z bliżej nieokreślonych powodów, nie doczekały się fonograficznej publikacji.

Mariusz Barszcz i Michał Rot fot. Tomasz Ziober 12.06.2025Michał Rot - fortepian i Mariusz Barszcz - klarnet, okładka płyty "Max Reger Muzyka kameralna na klarnet i fortepian", fot. Tomasz Ziober.

Najlepszym przykładem jest płyta, która niedawno trafiła do moich zbiorów, a są na niej trzy miniatury (Romans G-dur, Albumblatt Es-dur, Tarantella g-moll) i dwie sonaty na klarnet i fortepian ( As-dur oraz fis-moll) Maxa Regara, którą nagrał Pan z wyśmienitym łódzkim pianistą Michałem Rotem.

        Płyta, o której mowa, a która, jak Szanowna Pani Redaktor wspomniała na początku naszej rozmowy, wzbogaciła Pani prywatną płytową kolekcję to mój najcenniejszy krążek wydany we wrześniu 2025 roku a nagrany wspólnie z pianistą Michałem Rotem. Album nosi tytuł: Max Reger Muzyka kameralna na klarnet i fortepian.

         Z Michałem spotkaliśmy się w Akademii Muzycznej im. Grażyny i Kiejstuta Bacewiczów w Łodzi, gdzie obaj pracujemy od 2012 roku prowadząc swoje klasy instrumentalne. Marząc od jakiegoś czasu o tym, żeby nagrać utwory z muzyką na klarnet i fortepian Maxa Regera rozglądałem się w poszukiwaniu pianisty, który podjąłby się tego bądź, co bądź wielkiego artystycznego wyzwania. Zdając sobie sprawę ze stopnia złożoności i skomplikowania oraz skali trudności faktury fortepianowej, jaką w swoich sonatach stworzył Max Reger na początku, do projektu planowałem zaprosić dwóch pianistów. Życie jednak zweryfikowało moje plany i na placu boju pozostaliśmy tylko obaj.

Mariusz Barszcz i Michał Rot na płycie fot Tomasz ZioberPłyta "Max Reger Chamber Music for Clarinet and Piano”, fot. Tomasz Ziober

Słuchając płyty „Max Reger Chamber Music for Clarinet and Piano” byłam zafascynowana doskonałą współpracą wykonawców i wspólnym tworzeniem muzyki.

        Zawodową relację, jaka wytworzyła się podczas wspólnej pracy z Michałem Rotem niezwykle sobie cenię. Traktuję ją, jako wielkie wyróżnienie, gdyż mam okazję pracować z wyjątkową artystyczną osobowością. Michał jest nie tylko wspaniałym muzykiem, kameralistą i znawcą kameralnej muzyki Regera, ale także wspaniałym Człowiekiem i zawodowym Kompanem.
Pani słowa o doskonałej współpracy wykonawców są dla nas ogromnie miłym komplementem. Nie ukrywam, że z Michałem połączyła nas głęboka muzyczna przyjaźń oraz bliskie relacje międzyludzkie. To ogromna radość, że te wartości są wyczuwalne i zauważalne w odbiorze płyty. Nasza muzyczna współpraca oparta była i jest na wzajemnym wsłuchiwaniu się w to, co słyszy i muzycznie proponuje partner, a nasze instrumentalne partie wspólnie mają się przenikać i podążać za muzyczną myślą zapisaną przez Kompozytora. Nasza praca podczas przygotowań do rejestracji utworów była niezwykle inspirująca. Odkrywanie poszczególnych elementów dzieła muzycznego i ich estetycznych meandrów zapisanych przez twórcę dla muzyków instrumentalistów jest czymś niezwykle fascynującym. W efekcie wypracowaliśmy wspólny język, którym chcieliśmy w możliwie najbardziej przekonywujący sposób przekazać niepowtarzalny kompozytorski i artystyczny idiom twórczości Maxa Regera.

Podkreślić także trzeba, że są to pierwsze w Polsce rejestracje tych utworów.

         Pomimo, że upłynęło ponad 120 lat od powstania tych kompozycji, nikt z polskich artystów wykonawców nie podjął się zarejestrowania i opublikowania tych dzieł.
W całej światowej fonograficznej spuściźnie jest znikoma ilość wydawnictw, które mogą poszczycić się opublikowaniem tych konkretnych kompozycji. Max Reger o wiele bardziej znany jest ze swoich dzieł organowych i orkiestrowych, a jego kameralna twórczość, szczególnie w oczach wydawców fonograficznych jest często pomijana i marginalizowana, co powoduje, że stoi gdzieś jakby na uboczu. I w świetle tego, co przed chwilą powiedziałem album, który wspólnie z Michałem nagraliśmy jest polską premierą fonograficzną dokumentującą utwory Maxa Regera skomponowane na klarnet i fortepian.

Myślę, że jest szansa, aby te utwory trafiły do repertuarów koncertowych.

       Głęboko wierzę, że tak. Zastanawiając się nad przyczyną znikomej popularności tego repertuaru od razu nasuwa mi się myśl i przekonanie, że dość istotne mogą tu być piętrzące się trudności wykonawcze, z jakimi muszą mierzyć się wykonawcy. Do tego jeszcze trzeba wspomnieć o braku głębszej tradycji wykonawczej kameralnej muzyki Regera. Taka sytuacja może wywoływać zarówno u wykonawców jak i organizatorów koncertów, czy festiwali pewien sceptycyzm w podejściu do kameralistyki Regera. Niestety, w praktyce często przekłada się to na pomijanie tych dzieł w repertuarach koncertowych.

        Chcąc przekonać wszystkich animatorów i organizatorów muzycznego życia naszego kraju do propagowania kameralnej muzyki Maxa Regera chciałbym przytoczyć dwa niezwykle istotne historyczne fakty. Mianowicie już w 1908 roku Wydział Filozoficzny Uniwersytetu w Jenie docenił muzykę Maxa Regera nadając kompozytorowi za jego twórczość doktorat honoris causa. Cztery lata później Wydział Medyczny Uniwersytetu Berlińskiego przyznał Regerowi kolejny tytuł doktora honoris causa argumentując w okolicznościowej laudacji fakt, że muzyka kompozytora koi nerwy. Wielu historyków przez pryzmat tego wydarzenia, osobę Maxa Regera postrzega jako protoplastę i prekursora nowego kierunku w nauce, którym w 1944 roku, a więc prawie 40 lat później, oficjalnie stała się muzykoterapia. Pani Redaktor - czy nie brzmi to zaskakująco? Nasi czytelnicy mogą łatwo to sprawdzić osobiście sięgając po naszą płytę z muzyką tego Kompozytora.

Na krążku są dwie z trzech skomponowanych przez Maxa Regera sonat przedzielone są miniaturami.

        Do końca nie znamy okoliczności powstania zaprezentowanych na krążku miniatur. Wiemy, że powstały w tym samym okresie twórczym, co sonaty z opusu 49, które zarejestrowaliśmy na płycie. Przypuszczamy, że Max Reger zdawał sobie sprawę, że ekspresyjne i rozbudowane w formie obydwie Sonaty klarnetowe, aby były lepiej przyjęte i zrozumiane przez ówczesnych słuchaczy powinny być przedzielone jakimiś drobnymi utworami. Wiele wskazuje na to, że miniatury miały być taką muzyczną przeciwwagą do sonat dając swoją stylistyką, melodyjnością i prostotą chwile emocjonalnego wytchnienia dla słuchaczy mierzących się z ekspresją i dramaturgią sonat. Tak też został skomponowany układ utworów na naszej płycie, gdzie miniatury poprzedzają i rozdzielają obie sonaty. Płyta w swoim zamyśle prowadzi słuchacza do wirtualnej sali koncertowej, gdzie publiczność do woli może delektować się muzyką w sposób bardzo zbliżony do realnego koncertu.

Chcę jeszcze zwrócić uwagę na piękno dźwięku klarnetu i fortepianu na płycie. Została także doskonale uchwycona akustyka sali, w której odbywały się nagrania.

        Dzięki uprzejmości naszej Alma Mater, czyli Akademii Muzycznej im. Grażyny i Kiejstuta Bacewiczów w Łodzi mogliśmy dokonać nagrań w Sali Kameralnej Regionalnego Ośrodka Kultury, Edukacji i Dokumentacji Muzycznej wchodzącego w skład budynków należących do naszej Akademii. Sala kameralna tego oddanego w 2014 roku nowoczesnego budynku posiada doskonały instrument (fortepian) świetne warunki akustyczne szczególnie do dokonywania rejestracji muzyki kameralnej wraz z rozbudowanym i świetnie wyposażonym zapleczem technicznym. Dodatkowo do współpracy zaprosiliśmy naszego przyjaciela Vadima Radishevskiy’ego, znakomitego dźwiękowca i reżysera, który zarejestrował i wyreżyserował całość nagrania. W efekcie powstała nasza płyta, którą serdecznie wszystkim Państwu rekomenduję i gorąco zapraszam do słuchania.

Gorąco zachęcamy do sięgnięcia po płytę „Max Reger Chamber Music for Clarinet and Piano” w wykonaniu Mariusza Barszcza i Michała Rota wydaną przez wytwórnię DUX.
Kończymy tę rozmowę z nadzieją, że niedługo będzie okazja również do spotkań podczas koncertów na Podkarpaciu.

        Mam wielką nadzieję, że tak się stanie, i niebawem zawitamy do Państwa przywożąc ze sobą wiele wspaniałych kompozycji na klarnet i fortepian.

Bardzo dziękuję za spotkanie.

         I ja również bardzo dziękuję za przemiłą i serdeczną rozmowę

Zofia Stopińska

Spotkajmy się w Filharmonii Podkarpackiej

Przełom roku kalendarzowego z kilku powodów jest dla Filharmonii Podkarpackiej czasem szczególnym. Kończy się jubileuszowy rok działalności orkiestry, w którym rozbrzmiewała bardzo różnorodna muzyka i gościli znakomici artyści, a w najbliższym czasie czekają nowe wyzwania. O tym gorącym czasie rozmawiam z panią prof. dr hab. Martą Wierzbieniec, dyrektor Filharmonii Podkarpackiej i Muzycznego Festiwalu w Łańcucie.

         Z wielu różnych powodów bardzo intensywna jest końcówka bieżącego roku dla Filharmonii Podkarpackiej.
To jest koniec roku jubileuszowego Filharmonii, bo 70 lat temu, w kwietniu 1955 roku orkiestra symfoniczna wystąpiła w Rzeszowie po raz pierwszy. Ten jubileusz obchodzony był przez cały rok. Na wiosnę było kilka szczególnych, nadzwyczajnych koncertów związanych z jubileuszem. Wystąpili artyści, którzy kiedyś tu już gościli i zawsze są oczekiwani oraz oklaskiwani przez publiczność: byli dyrektorzy artystyczni, szefowie orkiestry, ale także soliści w jakiś sposób kiedyś z Rzeszowem związani.
          Sięgnęliśmy także po twórczość kompozytorów, którzy swoim życiem, swoimi korzeniami też wywodzili się z naszego regionu. Wspomnę o patronie Filharmonii Arturze Malawskim, którego utwory zabrzmiały w tym roku jubileuszowym. Wspomnę o Stanisławie Wisłockim, którego utwór został zaprezentowany publiczności. Były też utwory Wojciecha Kilara, który nie urodził się co prawda w Rzeszowie, ale jak sam mawiał, to w Rzeszowie, gdzie chodził do szkoły muzycznej, zapadła decyzja, że zostanie kompozytorem i zaczęła się jego kariera zawodowa.

Odbywają się próby do ostatniego koncertu abonamentowego w tym roku, ale wiem, że trwają ostatnie przygotowania do dalekiego tournée. Właściwie już pakujecie walizki.

       Na przełomie 2025 i 2026 roku odbędziemy tournée artystyczne po Chinach, które trwać będzie od 26 grudnia 2025 roku do 10 stycznia 2026 roku. Zaplanowane mamy 9 koncertów. To już drugi wyjazd orkiestry do Chin, współpracujemy z tą samą chińską agencją koncertową, która nas zaprasza i organizuje koncerty. Ta podróż to piękny akcent na zakończenie jubileuszowego roku i wyróżnienie dla orkiestry. Powszechnie się mówi, że nie sztuką jest gdzieś się pojawić i wystąpić, sukcesem jest jeśli do tego miejsca zaproszą nas po raz drugi. Ponowne zaproszenie do Chin poczytuję sobie jako zaszczyt i chcę pogratulować wszystkim artystom muzykom, członkom Orkiestry Symfonicznym Filharmonii Podkarpackiej tak wysokiego poziomu, pogratulować całego roku, który był bardzo intensywny, obfitujący w konkrety, w bardzo różnorodne programy.
Przypomnę, że tegoroczna edycja Muzycznego Festiwalu w Łańcucie odbyła się z udziałem światowej sławy gwiazdy opery Placido Domingo. To też niebywała historia, ze tego formatu artysta wystąpił na scenie Filharmonii Podkarpackiej z towarzyszeniem orkiestry tejże Filharmonii.

Jaki program przygotowujecie na koncerty w Chinach.

        Orkiestra została zaproszona, podobnie jak 7 lat temu, na przełomie roku i Chińczycy są bardzo zainteresowani programem karnawałowym. Głównie prezentowana będzie muzyka Straussów, ale podczas dwóch koncertów, na życzenie organizatorów wykonamy VII Symfonię Beethovena. Chcemy też podziękować wszystkim, którzy udzielili nam wsparcia finansowego umożliwiającego wyjazd. Chińska agencja zapewnia nam wszystko, co jest związane z pobytem na terenie Chin, ale musieliśmy zadbać o pieniądze na podróż, a to są spore koszty.
        Ponieważ reprezentujemy nasze województwo i nas nasz kraj wsparli nas: marszałek, zarząd i samorząd województwa podkarpackiego oraz Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które współprowadzi Filharmonię już od ośmiu lat. Dziękujemy za przekazane nam środki.
Dlatego w Chinach proponujemy też utwory polskich kompozytorów: Wojciecha Kilara oraz Stanisława Moniuszki i wielu Chińczyków po raz pierwszy dowie się, że oprócz Chopina mamy innych wspaniałych kompozytorów.

Filharmonia 2025 Inauguracja Rychert i OrkiestraInauguracja 71 sezonu koncertowego Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Podkarpackiej. Dyryguje Zygmunt Rychwert, fot. z arch. Filharmonii Podkarpackiej

Rok kalendarzowy zamknie się imponującą ilością zorganizowanych przez Filharmonię Podkarpacką koncertów.

        Odbyło się ponad 100 koncertów i prawie 1000 audycji umuzykalniających dla dzieci i młodzieży, które odbyły się w szkołach i przedszkolach naszego województwa. Codziennie rano od połowy września do połowy czerwca wyrusza spod Filharmonii bus z wykonawcami tych audycji. Muszę powiedzieć, ze zapotrzebowanie na tego typu działalność jest ogromne. Zwieńczeniem kilku miesięcy jest pobyt dzieci w czasie koncertów mikołajkowych. W tym roku między 2 a 6 grudnia gościliśmy w Filharmonii prawie 7 tysięcy najmłodszych odbiorców. Codziennie odbywało się kilka koncertów przeznaczonych i wszystkie kończyły się entuzjastycznie. Podczas każdego zaszczycił naszych odbiorców Święty Mikołaj, z którym dzieci śpiewały i wspólnie się bawiły. Na scenie występowało kilka osób, a towarzyszyła im Orkiestra Filharmonii Podkarpackiej. To bardzo cieszy, to bardzo dobrze rokuje. Uważam, że edukacja muzyczna dzieci i młodzieży jest to bardzo ważnym wątkiem naszej działalności. Dzieci są rozśpiewane, rozbawione, roztańczone, ale trzeba ich odpowiednio do tego zachęcić i jestem przekonana, że bardzo ważną sprawą jest, żeby tej najmłodszej widowni prezentować sztukę na bardzo wysokim poziomie.

Niedawno byłam na bardzo ciekawym wydarzeniu w Waszej sali kameralnej.

       W tym roku uruchomiliśmy także nowy cykl i jestem przekonana, że powinien być kontynuowany w przyszłości, cykl pod nazwą AWF. To brzmi trochę zaskakująco, może wzbudzać zdziwienie, ale jest to po prostu skrót „Akademicy w Filharmonii”.
Organizujemy koncerty w sali kameralnej, które z założenia mają być połączone z wykładem. Wykład inauguracyjny wygłosił prof. dr hab. Artur Mazur, prorektor ds. Kolegium Nauk Medycznych Uniwersytetu Rzeszowskiego, który mówił o wzajemnym przenikaniu się medycyny i sztuki. Była to bardzo interesująca prezentacja połączona z pokazem slajdów, zdjęć i przykładów muzycznych także.
Wystąpił Podkarpacki Kwintet Akordeonowy „Ambitus V”, który tworzą pedagodzy i absolwenci Wydziału Muzyki UR, solistą był związany w tym Jacek Ścibor. Wszystko to odbyło w kameralnym nastroju podczas jednej z listopadowych niedziel. Mam nadzieję, że w przyszłości będziemy zapraszać wykładowców z różnych uczelni, nie tylko z naszego regionu, a na scenie pojawią się artyści, którzy równocześnie pracują na wyższych uczelniach.

Orkiestra Filharmonii Podkarpackiej najczęściej występuje we własnej siedzibie, ale także zapraszana jest do mniejszych miejscowości na Podkarpaciu.

Są to koncerty w ramach projektu „Przestrzeń otwarta dla muzyki”, realizowanego już od czternastu lat na terenie województwa podkarpackiego.
Cieszy na też, że koncerty symfoniczne skupiają tak dużą publiczność, bo sala jest zapełniona na każdym koncercie i przychodzi na nie coraz więcej młodych słuchaczy. Patrząc na rejestracje samochodów zostawionych na naszym parkingu przed Filharmonią widzimy, że przyjeżdżają do nad osoby z całego województwa.

Ponieważ na tournée artystyczne po Chinach nie wyjeżdżają wszyscy członkowie orkiestry, sylwestrowy i noworoczny koncert odbędą podobnie jak w latach ubiegłych. Ciekawie zapowiadają się także koncerty zaplanowane w nadchodzącym roku kalendarzowym.

         Postanowiliśmy, że nie będziemy pozbawiać publiczności tych koncertów i zachowamy wieloletnią tradycję filharmonii. Do członków orkiestry, którzy nie jadą do Chin dołączy kilkunastu zaproszonych muzyków. W programie przeważać będzie głównie muzyka rodziny Straussów zarówno w Sylwestra jak i Nowy Rok. Jestem pewna, że wspaniałe koncerty odbędą się dla naszych stałych melomanów.
         Mamy wiele ambitnych planów, ale musimy je realizować zgodnie z możliwościami finansowymi. W całym sezonie staramy się tak układać programy, żeby były zróżnicowane, bo będzie zarówno muzyka współczesna, muzyka polska – w tym polska współczesna. Będą także utwory, które Janusz Cegiełła, nieżyjący krytyk muzyczny nazwałby prawdziwymi przebojami, bo na pewno do takich utworów można zaliczyć słynne Bolero Ravela. Będą wspaniali wykonawcy, między innymi w styczniu wystąpi skrzypek Bartłomiej Nizioł, a w marcu zasiądzie przy fortepianie Piotr Paleczny. Będą także znakomici dyrygenci, których Państwo znają, ale też tacy, którzy wystąpią u nas po raz pierwszy, bo przecież jesteśmy też otwarci na młodych, na debiutantów często bardzo młodych, ale już utytułowanych dyrygentów, laureatów konkursów.

Filharminia 2024 Inauguracja J. Maksymiuk P Kowalski 800Inauguracja 70 sezonu koncertowego Orkiestry Filharmonii Podkarpackiej. Partie solowe gra Paweł Kowalski, dyryguje Jerzy Maksymiuk, fot. arch. Filharmonii Podkarpackiej

Pewnie niedługo melomani będą pytać o program najbliższej edycji Muzycznego Festiwalu w Łańcucie

        Na przełomie maja i czerwca zapraszamy Państwa na 65. Jubileuszową edycję Muzycznego Festiwalu w Łańcucie. Ten festiwal już jest zaplanowany i dopinamy tylko szczegóły związane z podpisywaniem umówi ustalaniem różnych drobiazgów, które w trakcie realizacji mogą się okazać niezwykle istotne przy realizacji koncertów. Dotyczą one nie tylko hoteli, przejazdy i całe zaplecze dla artystów, którzy do nas przybywają, ale też sprzętu jaki będzie potrzebny, bo odbędzie się taki koncert podczas którego sprzęt nagłośnieniowy będzie miał ogromne znaczenie.

Druga część 71. sezonu koncertowego w Filharmonii Podkarpackiej będzie z pewnością bardzo interesująca.

        Zapraszam na koncerty symfoniczne, koncerty dla dzieci, koncerty familijne, koncerty organizowane w ramach cyklu BOOM (Balet, Opera, Operetka, Musical).
        Serdecznie Państwa zapraszam spotykajmy się w Filharmonii. Życzę Państwu szczęśliwego, wspaniale brzmiącego 2026 roku.

 

Zofia Stopińska

Z kart historii Towarzystwa Muzycznego w Przemyślu

       Zapraszam Państwa na spotkanie z panem Jerzym Zajączkowskim, autorem książki„Towarzystwo Muzyczne w Przemyślu za czasów Ludwika D”Army Dietza. Kronika”, dokumentującej życie muzyczne Przemyśla na przełomie XIX i XX wieku. Kronika przybliża czas intensywnej działalności Towarzystwa Muzycznego, który należy do ważnych, ale już zapomnianych rozdziałów w historii miasta. 

Bardzo się cieszę, że znalazł Pan czas na spotkanie i możemy czytelnikom polecić tę bardzo ciekawą publikację. Skąd pomysł na książkę?

        Pomysł rodził się powoli. Kiedyś, przed laty, interesowała mnie sama muzyka, analiza dzieł, ich struktura i konstrukcja, dochodzenie do przesłania kompozytora, szukanie klucza do dzieła, odnajdywanie idei twórcy i środków do realizacji zamiarów. Z czasem doszła ciekawość sytuacji czy momentu „człowiek wobec muzyki”: kompozytor, wykonawca, słuchacz. Ale kiedy życie koncertowe i rynek płytowy coraz bardziej nasycały moją muzyczną przestrzeń setkami wykonań i nagrań największych mistrzów – kantatami Bacha, koncertami Vivaldiego, operami Mozarta, kwartetami i symfoniami Beethovena, dziełami Brahmsa i Mahlera czy operami Rossiniego i Verdiego - wtedy to w poszukiwaniu odmiany i nowych, świeżych emocji zrodziła się potrzeba zaglądnięcia za tą fasadę doskonałości; wejścia w nieco tajemniczy krąg drugiego czy trzeciego rzędu muzyków (twórców i wykonawców), bo przecież ci najwięksi nie pojawili się znikąd! Mariaż tego stanu umysłu i emocji z miejscem urodzenia i zamieszkania odbył się już w sposób bardzo naturalny, niemal samoczynnie.

Kiedy zaczął się Pan interesować historią życia muzycznego w Przemyślu?

        Przeszłość muzyczna Przemyśla interesuje mnie od kilkudziesięciu lat. Miałem okazję wielokrotnie pisać o niej przywołując wybrane postaci i wyrywkowo wydarzenia muzyczne z różnych lat. Tym razem skupiłem się na stosunkowo krótkim okresie, starając się pokazać różne zjawiska w ich pełniejszym i różnorodnym kształcie. Książka obejmuje szczegółowo lata 1873 – 1901; pierwszy rozdział dotyczy nieznanych faktów z początkowego okresu istnienia przemyskiego Towarzystwa Muzycznego, czyli lat 1862-1879, a rozdziały zamykające odnoszą się do życia, dorobku kompozytorskiego i aktywności pedagogicznej Ludwika d’Army Dietza.

Gdzie odnalazł Pan dokumenty na ten temat? Jak wyglądała sama praca?

        Podstawą publikacji były prasa z tego okresu i kwerendy w różnych archiwach, muzeach i bibliotekach. Ogólnie dostępna wiedza o życiu muzycznym Przemyśla jest, delikatnie mówiąc, bardzo skromna. Mając tego świadomość zakładałem na początku, że efekty moich poszukiwań zmieszczą się w broszurze objętości 35-50 stron. Zagłębiając się coraz bardziej w zagadnienie, wraz ze wzrostem ilości materiałów, zmuszony byłem mocno zawęzić zakres czasowy, a i tak powstała praca wielokrotnie przekraczająca pierwotne zamiary. Najciekawszą, najbardziej wciągającą część tej pracy, od której ciężko było się oderwać, stanowiło przeglądanie wielu roczników codziennych gazet i periodyków. Muzyczna krytyka to temat na osobną i długą rozmowę. Zwyczajem ówczesnej prasy, nie tylko przemyskiej, było podawanie jedynie inicjałów wykonawcy, często i kompozytora. Nie raz przekręcano nazwiska i tytuły utworów lub nadawano im nowy tytuł. Brakowało tonacji, numerów opusowych czy katalogowych. Zdarzało się, że zapowiadano koncert lub go recenzowano bez podania daty wydarzenia. Starałem się uzupełnić te braki i dokonać korekty ewidentnych błędów.

Dlaczego Pana uwaga skupiła się szczególnie na II połowie XIX wieku?

        Jestem członkiem Towarzystwa Muzycznego w Przemyślu i brakowało mi monografii tego stowarzyszenia - bodaj najstarszego działającego w Polsce. Okres tzw. autonomii galicyjskiej przyniósł ogromne zmiany na wielu polach, w tym w zakresie nauczania muzyki i form jej uprawiania. Nie da się jednak wyrwać czy wysupłać postaci z otoczenia, w jakim żyła i działała. Ten sam mechanizm - czyli trudność z rozdzieleniem dwóch rzeczy w zasadzie nierozłącznych - zadziałał na nieco szerszym planie książki, bo nie można pisać wyłącznie o aktywności Dietza w Towarzystwie Muzycznym czy tylko znaczeniu tegoż Towarzystwa w życiu kulturalnym miasta. Dzieje współpracy Dietza z Towarzystwem Muzycznym odtwarzam na szerszym tle artystycznych wizyt znakomitych muzyków w Przemyślu, aktywności innych stowarzyszeń oraz odnosząc i porównując Przemyśl do innych miejscowości Galicji. Obraz, jaki się wyłonił z tych poszukiwań jest doprawdy niesamowity.

Jerzy Zajączkowski 2025 spotkanie w Muzeum prowadzi Izabela FacJerzy Zajączkowski, autor książki „Towarzystwo Muzyczne w Przemyślu za czasów Ludwika D”Army Dietza. Kronika” i dr Izabella Fac, prowadząca spotkanie, podczas wieczoru w Archiwum Państwowym w Przemyślu 7 listopada 2025 roku, fot. Towarzystwo Muzyczne w Przemyślu.

Kim był Ludwik d’Arma Dietz?

        W dotychczas wydanych opracowaniach określano Dietza jako ważną postać życia muzycznego miasta. Brakowało jednak bliższych danych o jego rzeczywistej działalności. Zebrane materiały nie pozostawiają wątpliwości – to była wybitna postać kultury muzycznej regionu. Absolwent Instytutu Muzyki w Warszawie, uczeń m.in. Kątskiego i Moniuszki, przyjechał do Przemyśla w kwietniu 1873 i jako dyrektor artystyczny szybko uporządkował dosyć chaotyczne działania Towarzystwa Muzycznego w zakresie organizacji prób i koncertów oraz doboru repertuaru. Już jesienią tegoż roku rozpoczęła działalność szkoła muzyczna Towarzystwa, w której Dietz prowadził naukę fortepianu, skrzypiec, śpiewu solowego i chóralnego. Później uczył jeszcze muzyki w Seminarium Nauczycielskim Żeńskim i własnej szkole. Pełen energii pracował z dużym poświęceniem i oddaniem. Jednocześnie pozyskiwał nuty (co nie było wtedy tak proste, jak dzisiaj), opracowywał je do wykonania, sam komponował, pisał podręczniki. Udzielał się jako solista i kameralista (skrzypek, pianista, chórmistrz), śpiewał i kierował chórem Towarzystwa Muzycznego i „Sokoła”, prowadził chór katedralny, był członkiem Towarzystwa Dramatycznego. Za sprawa osobistych kontaktów Dietza wystąpiło w Przemyślu wielu muzyków europejskiej rangi. Współtworzył galicyjskie organizacje muzyków, był jurorem oceniającym instrumenty na wystawie we Lwowie i członkiem komisji egzaminacyjnych dla nauczycieli szkół ludowych. Jako człowiek jawi się kimś świadomym własnej wartości, choć nie wyniosłym. W kontaktach z otoczeniem cechowała go elegancja, kultura i takt. Namiastkę systemu wartości Dietza odnajdziemy np. w dedykacjach własnych utworów (wśród nich papież Leon XIII, Mickiewicz, Kraszewski, Ujejski, arcyksiążę Rudolf, ruch sokolski), w doborze autorów tekstów do swych pieśni (Kochanowski, Heine, Pol, Konopnicka, Bełza), niektóre kompozycje wydał pod nieprzypadkowym pseudonimem „Szczerbiec”. W codziennym działaniu był bardzo dokładny, skrupulatny i konsekwentny, myślał perspektywicznie. Nie bał się artystycznego ryzyka, a za takie należy uznać wykonywanie skrzypcowych kompozycji Bacha, Bibera, Leclaira, Haendla czy niedocenianej wtedy i mocno krytykowanej Sonaty wiolonczelowej Chopina (w opracowaniu na skrzypce); w programach koncertów zestawiał swoje kompozycje obok dzieł największych mistrzów np. Mozarta, a wizyty najwybitniejszych europejskich kwartetów smyczkowych nie powstrzymały go od prezentowania amatorskimi siłami kwartetów Haydna.

Jak wtedy wyglądało życie muzyczne Przemyśla?

       Odpowiem nie wprost. Na kształt kultury muzycznej miasta, zdominowanej w tym okresie przez aktywność Dietza, miały wpływ inne czynniki takie jak rozwój techniczny i cywilizacyjny. Wybudowanie linii kolejowej między Lwowem i Krakowem (a tym samym Wiedniem i Warszawą) wydatnie przyspieszało rozpowszechnianie prasy, literatury i dóbr kultury, pełniejszy i szybszy przepływ prądów, myśli i idei. Wpływało to na kształt kontaktów pomiędzy ludźmi oraz formy i jakość życia kulturalnego miasta. Kolej ułatwiała wizyty wybitnych muzyków i zespołów z całej Europy. W tamtym czasie koncertowali w Przemyślu m.in. skrzypkowie: Stanisław Barcewicz, Nikodem Biernacki, Eduard Remenyi, Gustaw Friemann, Fritz Kreisler; wiolonczeliści: Stanisław Szczepanowski, David Popper: śpiewacy: Wanda Kleczkowska, Bronisława Dowiakowska, Irena Bohuss-Hellerowa, Mieczysław Horbowski, Władysław Floriański; pianiści: Sophia Menter, Karol Mikuli, Ludwik Marek, Marcelina Czartoryska, Raul Koczalski, Ignacy Friedman, Ignacy Jan Paderewski, Józef Wieniawski, Maria Wąsowska-Badowska. Dodajmy jeszcze koncerty dwóch najlepszych europejskich kwartetów smyczkowych z Wiednia i Florencji oraz stałą obecność lwowskich muzyków. Równie znacząca była decyzja zbudowania tu twierdzy. Sama budowa przyciągała różnych specjalistów, przybywało wojska i oficerów, którzy będą stanowić nie tylko publiczność koncertową. Stacjonujące tutaj pułki miały ambicję posiadania własnych orkiestr, a ich muzycy wpłyną na poziom produkcji muzycznych miejscowych wykonawców. Samo Towarzystwo Muzyczne organizowało w sezonie 6-8 wieczorów muzycznych i 2-3 dużych koncertów, a jego członkowie zapewniali oprawę muzyczną licznych uroczystości patriotycznych i religijnych. Przez lata nawet Kraków nie dorównywał Przemyślowi w obszarze atrakcyjności i poziomu życia muzycznego.

Jerzy Zajączkowski 2025 spotkanie w Towarzystwie Muzycznym prowadzi Anna SienkiewiczJerzy Zajączkowski i prowadząca spotkanie Anna Sienkiewicz podczas koncertu w Towarzystwie Muzycznym w Przemyślu 8 listopada 2025 roku, fot. Towarzystwo Muzyczne w Przemyślu

Skąd pochodziły środki finansowe na działalność?

        Generalnie Towarzystwo Muzyczne utrzymywało się ze sprzedaży biletów na koncerty i składek członków. W najlepszym okresie działalności było ich ponad dwustu; wśród nich muzycy, prawnicy (sędziowie i adwokaci), nauczyciele, księża, dziennikarze, urzędnicy, przedsiębiorcy, wojskowi. Bardzo kosztowne było prowadzenie szkoły muzycznej, bo część biedniejszych uczniów była zwolniona z opłat. Niestety, wnioski do Sejmu Krajowego o dotacje na prowadzenie szkoły czy zakup instrumentów spotykały się z odmowami – w przeciwieństwie do hojnie finansowanych instytucji Lwowa i Krakowa. Ze smutkiem muszę stwierdzić, że choć otaczająca nas rzeczywistość mocno różni się od tej z II połowy XIX wieku, to duże problemy finansowe nadal pozostają największym utrapieniem tego niezwykle zasłużonego Towarzystwa.

Jak powstała wystawa prezentująca unikalne materiały pozyskane w czasie prac nad książką?

         Pomysł wystawy zrodził się w trakcie przygotowywania publikacji do druku. Zgromadzonego wcześniej materiału nie udało się w całości wykorzystać w książce i kiedy Archiwum Państwowe w Przemyślu zaproponowało pokazanie ich na wystawie, to przystałem na to ochoczo. Tym sposobem książka i wystawa, zatytułowana „Towarzystwo Muzyczne w partyturze dziewiętnastowiecznego Przemyśla”, wzajemnie się dopełniają. Większość materiałów przedstawionych na wystawie pochodzi ze zbiorów przemyskiego Archiwum. Ta wystawa to podróż przez świat dźwięków miasta, które z pomocą pasjonatów stworzyło własną muzyczną opowieść. To opowieść o ludziach, którzy w czasach politycznej niepewności potrafili zbudować wspólnotę wokół tego, co najpiękniejsze — wspólnego muzykowania i przeżywania muzyki. W świecie salonów, publicznych koncertów i różnych inicjatyw społecznych - muzyka artystyczna była nie tylko formą spędzania wolnego czasu czy rozrywką, ale fundamentem budowania tożsamości Polaków, integracji mieszkańców miasta i kształtowania świadomości kulturowej jego mieszkańców.

Podczas dwóch wieczorów – w Archiwum Państwowym w Przemyślu i Towarzystwie Muzycznym w Przemyślu , spotkał się Pan z melomanami i osobami zainteresowanymi bogatą historią życia kulturalnego Przemyśla. Było z pewnością dużo ciekawych pytań i dyskusji.

         W najśmielszych myślach nie spodziewałem się tak dużego zainteresowania. Wprawdzie na publicznym forum dyskusji nie było, bo i zawartość publikacji była znana tylko nielicznym osobom, ale w rozmowach, podczas podpisywania książki jej przyszłym czytelnikom, dało się zauważyć duże zainteresowanie poruszanymi w niej zagadnieniami. Mam nadzieję, że przełoży się to na większą znajomość i popularność życia muzycznego Przemyśla i dziejów samego Towarzystwa Muzycznego.

Czy myśli Pan o kolejnych książkach na temat życia muzycznego w Przemyślu, a może prezentacji zbiorów muzycznych twórców działających w tym mieście lub utworów znajdujących się w archiwach?

         Tak, pomysłów i możliwości nie brakuje, oby tylko zdrowie pozwoliło na ich realizację. Sporo materiałów pozyskanych podczas przygotowywania tej książki pozostaje nadal niewykorzystanych. Liczę też na większe zainteresowanie tymi zagadnieniami badaczy z różnych ośrodków akademickich, bo do tej pory nie było z tym najlepiej.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

         Ja również dziękuję.

Zajączkowski Jerzy okładka książki

 

         Podczas spotkania z panem Jerzym Zajączkowskim zdążyliśmy poruszyć tylko niektóre, bardzo interesujące tematy związane z życiem muzycznym dawnego Przemyśla oraz powstaniem Kroniki. Gorąco polecam, aby sięgnęli Państwo po książkę, która została wydana przez Archiwum Państwowe w Przemyślu. Publikacja powstała we współpracy z Towarzystwem Muzycznym w Przemyślu.
        Na zakończenie zacytuję trzy zdania zafascynowanej lekturą recenzentki książki dr hab. Moniki Wilińskiej-Tarcholik, znakomitej pianistki i kameralistki, prodziekan Wydziału Instrumentalnego Akademii Muzycznej im. Krzysztofa Pendereckiego w Krakowie: „Niewątpliwym atutem „Kroniki” jest bardzo naturalne w odbiorze wplecenie cytatów i recenzji w ogólną narrację. Zabieg ten skłania czytelnika do refleksji nad poruszanymi kwestiami: oceną poziomu krytyki muzycznej, niedocenianiem polskich artystów, staraniami o krzewienie treści patriotycznych. Bardzo ciekawie prezentują się też rozważania Jerzego Zajączkowskiego na temat roli kobiet w ówczesnym świecie i ograniczeń ich dotyczących.”

Zofia Stopińska

 

Zostawiłam tu kawałek serca. To serce cały czas radośnie drży.

Podążając śladami artystów związanych z Podkarpaciem zapraszam dzisiaj na spotkanie z dr hab. Bernadettą Grabias, znakomitą polską śpiewaczką operową obdarowaną przez naturę pięknym głosem mezzosopranowym, solistką łódzkiego Teatru Wielkiego oraz pedagogiem śpiewu w Katedrze Wokalistyki Wydziału Sztuk Scenicznych Akademii Muzycznej w Łodzi.
Rozmowa została zarejestrowana podczas odbywającego się niedawno w Rzeszowie X Ogólnopolskiego Konkursu Wokalnego im. Barbary Kostrzewskiej organizowanego przez Fundację Szkolnictwa Muzycznego w Rzeszowie we współpracy z Zespołem Szkół Muzycznych nr 1 im. Karola Szymanowskiego w Rzeszowie i Filharmonię Podkarpacką.

Wielu rzeszowian, melomanów, a przede wszystkim uczniów Zespołu Szkół Muzycznych nr 1 w naszym mieście szczyci się tym, że Pani stąd się wywodzi. Tak naprawdę nie urodziła się Pani w Rzeszowie.

        Nie jestem rzeszowianką z urodzenia, ale cała moja rodzina pochodzi z tych rejonów. Mama urodziła się niedaleko Rzeszowa, tato pochodzi z okolic Przemyśla. To, że urodziłam się we Wrocławiu, to było pewne zrządzenie losu. Przez pewien czas rodzice mieszkali i pracowali we Wrocławiu, ale chętnie wrócili w te strony i zamieszkali w Rzeszowie. Miałam wtedy już 13 lat kiedy przyjechałam razem z nimi i poczułam się jak u siebie.

Słyszałam, że Pani ojciec był muzykiem.

        Nie, pomimo, że talenty muzyczne w rodzinie były, ale nigdy nie były kształcone. Ja jestem pierwszą osobą, która poszła w tym kierunku.

Dość długo szukała Pani swojego przeznaczenia, bo w szkole muzycznej I stopnia uczyła się Pani grać na fortepianie, a później na oboju.

        Od dzieciństwa lubiłam śpiewać. Mój tato nagrywał na szpulowych taśmach moje występy ze znanymi wokalistami. Byłam muzykalna i rodzice posłali mnie do szkoły muzycznej gdzie najpierw uczyłam się grać na fortepianie. Po przyjeździe do Rzeszowa, kontynuowałam naukę na fortepianie w Szkole Muzycznej I stopnia przy ulicy Sobieskiego, ale stwierdziłam, że to nie jest jeszcze droga, którą chciałabym podążać i zdecydowałam się na kształcenie w Liceum Muzycznym w klasie oboju u pana Edwarda Prajsnara. Instrument mnie zachwycił, chociaż początki były bardzo trudne, bo obój jest szalenie wymagający. Uwielbiałam obój ze względu na piękną barwę i melodyjność. Z zachwytem chodziłam na zajęcia, bo Profesor nauczył mnie przede wszystkim muzykalności i bycia na scenie. Poczułam wtedy sens występowania solistycznego i to było najważniejszym aspektem grania na oboju. Wiedziałam dobrze, że nie jestem najlepszą uczennicą w klasie oboju, natomiast przez cały czas towarzyszył mi śpiew.
Pisałam piosenki, miałam mały zespół poezji śpiewanej. Pani Anna Budzińska słysząc mnie na jednym z konkursów, stwierdziła, że śpiew to bardzo dobry kierunek dla mnie i zgodziła się przygotować mnie do egzaminów wstępnych na studia wokalne.

Została Pani studentką Wydziału Wokalno-Aktorskiego Akademii Muzycznej w Łodzi.

        Tak, ale to też nie obyło się bez przygód, które z perspektywy czasu wyszły mi na dobre. Nie dostałam się na studia wokalne za pierwszym razem, bo po prostu nie byłam jeszcze gotowa, ale wiedziałam, że chcę zostać w Łodzi. Dostałam się na Wydział Edukacji Artystycznej, gdzie miałam również zajęcia śpiewu. Zaczęłam też pracę nad dyrygowaniem chórami i mniejszymi zespołami orkiestrowymi, co później przydało mi się, bo pracowałam podczas z studiów z amatorskim chórem czterogłosowym.
        Podczas tego roku obserwowałam jak uczą pedagodzy śpiewu na Wydziale Wokalnym, u którego w przyszłości chciałabym się uczyć. Wybrałam klasę prof. Ziemowita Wojtczaka, który prowadził mnie przez całe studia.
         Wydawało mi się na początku, kiedy nie zostałam przyjęta na studia wokalne, że to tragedia, ale okazało się, że to było bardzo potrzebne.

Czytając Pani CV zwróciła uwagę, że na drugim roku studiów wokalnych była Pani angażowana do występów z spektaklach operowych.

         Tak, to był prawdziwy debiut na scenie Teatru Wielkiego w Łodzi. Śpiewałam partię Matki Joanny w „Dialogach Karmelitanek” Francisa Poulenca. Była to maleńka partia, ale dla mnie było to bardzo duże wyzwanie stanąć na tej scenie – doświadczenie niebywałe dla tak młodej adeptki śpiewu.
         Uczyłam się jak zachowywać się na scenie w ogromie przestrzeni, która trzeba wypełnić nie tylko głosem, ale i sobą.
Kiedy ukończyłam studia i uczestniczyłam w 2004 roku w przesłuchaniach na solistkę Teatru Wielkiego w Łodzi już miałam tę scenę oswojoną.

Ryszard Cieśla 2025 jury konkursu w pełnym składzieJury X Ogólnopolskiego Konkursu Wokalnego im. Barbary Kostrzewskiej w pełnym składzie, od lewej: mgr. Małgorzata Drzewicka - Dudek - z-ca dyrektora ZSM nr 1 w Rzeszowie, sekretrz, prof. Katarzyna Oleś-Blacha, sopran koloraturowy, Akadenia Muzyczna im. Krzysztofa Pendereckiego w Krakowie, prof. Ryszard Cieśla baryton, Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina w Warszawie, przewodniczący jury, dr hab. Bernadetta Grabias - mezzosopran, Akademia Muzyczna im. Grażyny i Kiejstuta Bacewiczów w Łodzi, fot. ZSM nr 1 im.Karola Szymanowskiego w Rzeszowie.

Podziwiając i oklaskując wykonujących partie solowe w operach, operetkach i musicalach śpiewaków, często nawet nie zastanawiamy się ile pracy każdy z nich włożył w przygotowanie spektaklu czy koncertu, poczynając od nauczenia się swojej partii na pamięć.

        To jest nieodłączny element naszego zawodu. Żeby dobrze wejść w rolę musimy ją dobrze znać na pamięć. Mało tego, zawsze musimy mieć odpowiednio długi czas (w zależności od długości roli, od jej ważności w danym dziele), żeby sobie nie tylko przyswoić każdy element partytury, ale również zbudować rolę. To jest bardzo ważne, żeby każde zdanie, które wypowiadamy było nie tylko zdaniem napisanym przez kompozytora, tylko wypowiadanym przez naszą postać. Stąd ten czas, który jest potrzebny.
Są pewne sposoby na szybkie nauczenie się tekstu, ale żeby dobrze skompletować rolę całą, niezbędny jest czas.

Trzeba się uczyć partii ze świadomością, że za kilka sezonów trzeba będzie ją sobie odświeżyć i ponownie w nią wejść.

        Miałam w ubiegłym sezonie taką przygodę, że zatelefonowano do mnie z prośbą o zastępstwo za chorą koleżankę w Operze Kameralnej w Warszawie. Była to partia Donny Elwiry w „Don Giovannim” Mozarta. Śpiewałam tę partię 10 lat wcześniej, ale miałam ją przygotowaną tak dobrze, że w trzy dni zdołałam ją sobie w całości przypomnieć. Przyznam się, że nawet sama byłam zaskoczona, bo to bardzo duża i wymagająca rola. Kosztowało mnie to sporo stresu, ale wszystko gładko poszło.
Jeśli ma się dobrze przygotowaną rolę, zagra się kilka, czasem kilkanaście spektakli, to nawet po dłuższej przerwie można szybko do niej wrócić.

Najdłużej i najbardziej jest Pani związana z Teatrem Wielkim w Łodzi i często występuje Pani także w Operze Narodowej w Warszawie, ale mnóstwo premierowych spektakli wykonała Pani w innych polskich teatrach operowych oraz za granicą.

        Miałam bardzo dużo szczęścia i zapraszana byłam często do kreowania głównych ról w zagranicznych teatrach operowych. Uważam, że bardzo dobre jest dla śpiewaka jeżeli ma swój macierzysty teatr, w którym może się bezpiecznie rozwijać i budować swój repertuar. Bardzo ważne jest, żeby repertuar zawsze był dostosowany do jego możliwości, do wieku i aktualnych trendów. Głos i osobowość także się rozwijają. W macierzystym teatrze jest do tego najlepsze miejsce.
        Jednak z drugiej strony współpraca z innymi teatrami jest bardzo potrzebna, żeby współpracować także z innymi zespołami, odświeżyć swoje przyzwyczajenia zmieniając miejsca, w których się śpiewa, bo każde miejsce jest troszeczkę inne.

Można śmiało powiedzieć, że jest Pani rozchwytywana również dlatego, że ma Pani wspaniały głos.

        Nie mamy wpływu na to jaki mamy instrument. To jest po prostu dar, który otrzymujemy. Nawet będąc w tych dniach w Rzeszowie, słuchając młodych uczestników Konkursu Wokalnego im. Barbary Kostrzewskiej cały czas myślę, jakie oni mają szczęście, że otrzymali tak piękne i wartościowe talenty. Tylko od nas tak naprawdę zależy, czy ten talent będziemy szlifować i czy będziemy się czuć szczęśliwi wykonując pracę śpiewaka.
        Powiem szczerze, że jest to bardzo ciężka praca i zawsze porównuję ją do pracy sportowca. Cały czas pracujemy nad ciałem, żeby było w najlepszej formie.

Często również możemy zobaczyć i posłuchać Pani na scenie podczas koncertów i recitali. Ma Pani także szczęście, że od studiów ma Pani u swego boku pianistę.

        Przyznam się, że sama zabiegam o recitale i o repertuar, żeby oprócz arii operowych śpiewać także pieśni.
        Jesteśmy muzyczną rodziną, ponieważ mój mąż jest pianistą, a to wpływa na zrozumienie specyfiki nazego trudnego zawodu. Przenosimy do domu pewne elementy naszej pracy, emocje oraz potrafimy sobie doradzić w rozwiązaniu pojawiających się problemów.
To że współpracowaliśmy razem przez całe studia bardzo nas umocniło.
Teraz wspólnych recitali nie mamy dużo dlatego, że każdy z nas poszedł w trochę innym kierunku. Myślę, że to dobrze wpływa na rodzinną atmosferę w domu.
        Trochę jednak tęskniąc za wspólnymi występami i żeby przenieść ten aspekt teatralny, stworzyliśmy nieduży spektakl zatytułowany „Dróżki pana Moniuszki”, w którym mój mąż grał na fortepianie, ja śpiewałam około dwadzieścia pieśni Stanisława Moniuszki. Zaprosiliśmy też aktora Mariusza Siudzińskiego i stworzyliśmy wspólnie słowno-muzyczną historię w stylu fredrowskim. Długo jeździliśmy razem z tym spektaklem i mieliśmy z tego wiele radości. Zawsze możemy do niego wrócić.

Jak już Pani wspomniała, do Rzeszowa została Pani zaproszona do udziału w pracach jury w X Ogólnopolskim Konkursie Wokalnym im. Barbary Kostrzewskiej. Nadmienię jeszcze, że Pani również dopisywało szczęście w konkursach wokalnych. Wspomnę tylko III nagrodę w „Queen Elizabeth International Music Competition of Belgium” w Brukseli w 2006 roku.

        Zanim doszłam do Konkursu Królowej Elżbiety, to uczestniczyłam z różnym szczęściem w wielu konkursach, takich jak ten w Rzeszowie. Nie zawsze udawało mi się zdobywać nagrody, aczkolwiek każdy występ poza murami akademickimi stanowił dla mnie pewnego rodzaju sprawdzian i bardzo dużo się wtedy uczyłam.
         Zawsze starałam się dowiedzieć od pedagogów, którzy nas oceniali, co mogę jeszcze poprawić, a co jest dobre i warto je pielęgnować.
Ustawiczna trudna praca, nie poddawanie się różnym drobnym zawiłościom, które pojawiły się po drodze, doprowadziły mnie m.in. do Konkursu Królowej Elżbiety, w którym brałam udział dwa razy.
         Pierwszy raz, jeszcze jako studentka dostałam się tylko do drugiego etapu, a po czterech latach pojechałam jeszcze raz, wiedząc już jak dobrze przygotować się do tego konkursu. Udało mi się dojść do finału i zdobyć III nagrodę.

Przez kilka lat była Pani wyłącznie śpiewaczką. Dopiero w 2011 roku zdecydowała się Pani dzielić swoimi doświadczeniami i rozpocząć pracę pedagogiczną w Akademii Muzycznej w Łodzi. Celowo tak powiedziałam, ponieważ praca ta polega nie tylko na nauce śpiewu, ale również wszystkiego, co związane jest z występem; zachowaniem na scenie, współpracą w innymi artystami…

        Dodam, że bardzo istotna jest także warstwa psychologiczna i zrozumienie młodych ludzi. Wspomniałam o bardzo krótkiej karierze w roli dyrygenta chóralnego, która miała wpływ na moje dalsze wybory. Zanim podjęłam pracę pedagogiczną w AM, uczyłam trochę prywatnie i czułam, że znajduję łatwo sposoby, aby komuś pomóc w odnalezieniu swojego głosu w ciele. Dla mnie to najważniejsza rzecz. Przekonałam się, że tą ścieżką mogę pójść, że ten zawód chcę wykonywać, że będzie mi to dawać satysfakcję i zadowolenie. Dlatego stanęłam do konkursu w Akademii Muzycznej w Łodzi, wróciłam po ośmiu latach do swojej macierzystej uczelni. Szczęście i przychylność profesorów, którzy byli w komisji spowodowały, że dostałam tę pracę i prowadzę swoją klasę śpiewu. Mam fantastycznych absolwentów. Nie wszyscy zostali w zawodzie, ale ze wszystkimi udało mi się tak pracować, że mogli siebie odnaleźć w śpiewie.

Pewnie niedługo będzie Pani występować ze swoimi wychowankami.

        Już tak się zdarza. Aleksandra Borkiewicz, pierwsza studentka, która ukończyła studia pod moim kierunkiem, jest moją koleżanką ze sceny. Jedna moja wychowanka jest solistą opery w Niemczech, druga dostała się do Opera House w Zurichu. Jestem dumna jako pedagog.

Katarzyna Oleś Blacha 2025 jury konkursu podczas koncertu laureatówjpgKoncert Laureatów X Ogólnopolskiego Konkursu Muzyki wokalnej im. Barbary Kostrzewskiej w Rzeszowie, od lewej: Marta Dybka-Tyczyńska - prezes Fundacji Szkolnictwa Muzycznego, z-ca dyrektora ZSM nr 1 im. Karola Szymanowskiego w Rzeszowie, Krystyna Stachowska - zastępca Prezydenta Miasta Rzeszowa. dr hab. Bernadetta Grabias - mezzosopran, członek jury. prof. Katarzyna Oleś-Blacha - sopran koloraturowy, członek jury, prof. Ryszard Cieśla - baryton, przewodniczący jury, fot. ZSM nr 1 w Rzeszowie

Z jakimi wrażeniami wyjedzie Pani z Rzeszowa, jak Pani ocenia poziom tegorocznego Konkursu im. Barbary Kostrzewskiej?

         Jest to fantastyczny konkurs, który pozwala rozpoczynającym naukę śpiewu osobom zaprezentować to, czego nauczyli się do tej pory. Podkreślam potencjał urody głosów uczestników oraz sposób znalezienia się na scenie, co także jest niezwykle istotne.
Poziom jest bardzo wyrównany, zaskakująco wysoki.
         Konkurs przebiegał bardzo sprawnie, bo był znakomicie przygotowany. Organizatorzy spisali się na medal.
Świetnie napisany jest regulamin oraz uczestnicy i ich pedagodzy stosuję się do niego. Mogliśmy spokojnie słuchać i oceniać. Po pierwszym etapie mieliśmy problem, ponieważ bardzo dużo osób pretendowało do znalezienia się w drugim etapie.
         Śpiew to nie jest matematyka. Staramy się myśleć wieloaspektowo i obrady trwały długo. Pracujemy w komfortowych warunkach, uczestnicy i ich pedagodzy czują się także bardzo dobrze.
         Konkurs odbywa się w cyklu dwuletnim i jestem przekonana, że najmłodsi uczestnicy chętnie przyjadą do Rzeszowa aby wziąć udział w kolejnej edycji.
          Ja zawsze, kiedy jest tylko taka możliwość, bardzo chętnie tu przyjeżdżam z wielką ciekawością ale i z wielką przyjemnością. Zostawiłam tu kawałek serca. To serce cały czas radośnie drży.

Bardzo dziękuję za poświęcony mi czas i rozmowę. Mam nadzieję, że spotkamy się podczas kolejnej edycji konkursu, a może nawet wcześniej usłyszymy Panią na podkarpackich scenach.

         Ja także mam taką nadzieję i bardzo dziękuję za miłe spotkanie.

Zofia Stopińska

W służbie Pani Muzyce. Wywiad z prof. Ryszardem Cieślą.

       21 i 22 listopada 2025 roku w Zespole Szkół Muzycznych nr 1 im. Karola Szymanowskiego w Rzeszowie odbył się X Ogólnopolski Konkurs Wokalny im. Barbary Kostrzewskiej. Organizatorem tego wydarzenia była Fundacja Szkolnictwa Muzycznego w Rzeszowie, a partnerami ZSM nr 1 w Rzeszowie i Filharmonia Podkarpacka. Konkurs był dla mnie wyjątkową okazją do przeprowadzenia wywiadów ze znakomitymi polskimi śpiewakami i pedagogami śpiewu, którzy oceniali uczestników.

       Cieszę się, że czas na rozmowę znalazł pan prof. dr hab. Ryszard Cieśla, znakomity śpiewak (baryton) urodzony na Podkarpaciu, przewodniczący jury X Ogólnopolskiego Konkursu Wokalnego im . Barbary Kostrzewskiej w Rzeszowie.

W I etapie uczestnicy prezentowali: pieśń polską i aria starowłoską, a II etapie: arię barokową lub klasyczną, pieśń romantyczną i utwór dowolny. Czy wymagania stawiane w tym konkursie nie są za trudne dla uczestników, którzy rozpoczynają naukę śpiewu?

        Nie ma łatwych konkursów. Niezależnie od tego jaki jest repertuar i jak on jest definiowany, ale dla wszystkim stawia takie same wymogi. Jeżeli jest więcej utworów, to uczestnicy mają więcej szans na zaprezentowanie się. Formuła jest dobrze dobrana do etapów kształcenia, które obowiązują w Polsce na poziomie średnim i dlatego też ten konkurs cieszy się powodzeniem.

       W przeddzień konkursu zostałem zaproszony, aby poprowadzić w  Zespole Szkół Muzycznych nr 1 seminarium i warsztaty dla wokalistów "Straszny dwór i jego kulturowa percepcja". Cieszę się, że przyszło na te zajęcia bardzo dużo młodych osób, które chętnie uczestniczyły w nich czynnie. Byli także nauczyciele śpiewu. 

Ryszard Cieśla Konkurs im. Kostrzewskiej 2025 seminarium MoniuszkoProfesor Ryszard Cieśla podczas seminarium w sali kamerlnej ZSM nr 1 im. Karola Szymanowskiego w Rzeszowie, 20 listopada 2025 roku, fot. ZSM nr 1 w Rzeszowie

Już kilkakrotnie był Pan zapraszany do grona jurorów, którym najczęściej Pan przewodniczy.

       Kiedy się tu pojawiłem, to zdobyłem sobie sympatię organizatorów, którym spodobały się nie tylko moje kompetencje pedagogiczne, ale także umiejętności w zakresie organizacji i sposobu obradowania. Dlatego jestem zapraszany i bardzo lubię tu przyjeżdżać.
W tym roku do jury zostały zaproszone znakomite śpiewaczki mające także duże doświadczenia pedagogiczne: prof. Katarzyna Oleś-Blacha i dr hab. Bernadetta Grabias.

Bardzo sprawnie przebiegały przesłuchania.

        To dlatego, że tu jest bardzo dobra organizacja. Czas jest bardzo efektywnie wykorzystany i należy to docenić. Mimo, że nie sprzyja nam pogoda, która z pewnością ma wpływ na nastroje uczestników i nasze, wszystko odbyło się zgodnie z wcześniejszymi planami.

W lutym 2019 roku miałam szczęście, że poświęcił mi Pan sporo czasu i szerokie grono melomanów z Podkarpacia mogło dowiedzieć się jak różnorodną działalność Pan prowadzi.
Był Pan wówczas: solistą Teatru Wielkiego Opery Narodowej w Warszawie, prowadził Pan klasę śpiewu na wydziale Wokalno – Aktorskim UMFC w Warszawie, (wcześniej był Pan dziekanem tego wydziału oraz w latach 2005 – 2008 prorektorem ds. dydaktyki tej uczelni), prezesem SPAM, szefem artystycznym Filharmonii im. Romualda Traugutta, nagrywał Pan cykle pieśni i arii polskich, wydał Pan tomik swoich przepięknych wierszy, fascynowało Pana reżyserowanie – byliście wtedy w Rzeszowie z „Eugeniuszem Onieginem” w wykonaniu solistów i chóru UMFC w Warszawie oraz Ork. Symf. Filh, Podkarpackiej pod dyrekcją Rafała Janiaka , w Pana reżyserii.
Był Pan także szczęśliwym mężem, ojcem i dziadkiem, chociaż niewiele czasu mógł pan poświęcać rodzinie.
Ciekawa jestem czy dużo i co się zmieniło, bo nadal jest Pan człowiekiem zajętym.

       Co z tego zostało? Nadal uczę i mam klasę śpiewu w UMFC w Warszawie. Jak pani wspomniała fascynuje mnie reżyseria, ale ostatnio robię to rzadko, bo udało mi się w tym roku wyreżyserować tylko „Zamek na Czorsztynie” Karola Kurpińskiego pod opieką artystyczną Ryszarda Karczykowskiego w Centrum Sztuki Mościce w Tarnowie. Bardzo mi było miło w tym pięknym centrum przygotować dzieło Karola Kurpińskiego, polskiego Rossiniego jak go niektórzy nazywają.
        Z żalem muszę powiedzieć, że inne możliwości realizacji moich marzeń, aby być bardziej aktywnym w tej dziedzinie musiałem odłożyć. Szykowałem się do wystawienia „Strasznego dworu” w Pekinie, ale przeszkodziła pandemia, pojawiła się szansa wystawienia tej opery w Chicago Opera House i też się rozmyła przez indolencję polskich urzędników. Czekam na szansę powrotu do aktywności w tej mierze.

Nadal prowadzi Pan ożywioną działalność pedagogiczną.

        Mogę powiedzieć, że ten nurt nadal kwietnie, a szczególnie działalność naukowa. Ostatnio mam dużo doktorantów i sporo czasu spędzam nad powstającymi rozdziałami prac oraz przygotowaniu ich do prezentacji artystycznej. Wróciłem do aktywności z zakresie podróży do Chin, do konserwatoriów chińskich, które są porównywalne z najlepszymi uczelniami na świecie. Kadra w tych uczelniach wykształcona jest w najlepszych akademiach w Europie i Ameryce. Na razie polska wokalistyka z powodzeniem dotrzymuje im kroku.

Dużo młodych ludzi z tamtej części świata chce studiować w Polsce i uczy się języka polskiego.

       W ubiegłym roku zdawała egzamin na studia magisterskie młoda kobieta z Chin i okazało się, że jej nauczycielką jest moja doktorantka, która półtora roku temu uzyskała promocję i często włącza do programów utwory polskich kompozytorów. Moja aktywność w kształceniu studentów jest dosyć duża.

Czy ma Pan teraz więcej czasu dla rodziny?

       Trochę więcej, ale ciągle za mało. Ciągle praca naukowa pochłania za dużo czasu, ale jest lepiej niż było kiedyś, bo czas kiedy byłem dziekanem, czy prorektorem już minął, zakończyłem także współpracę z Teatrem Wielkim – Operą Narodową i nie występuję już na scenie. Mam mniej obowiązków.
       Z uśmiechem stwierdzam, że stale rozrasta się moje „dziadkowanie”. Mam już w sumie dziewiętnastu wnuków. Jeden z nich, na swoje siedemnaste urodziny zorganizował mecz, po którym przez dwa dni musiałem „dochodzić do siebie”, bo grając nieźle się napociłem.

Zawsze jednak może Pan powrócić do koncertowania. Kiedyś mnóstwo energii włożył Pan w propagowanie polskich pieśni.

       Jak teraz mam trochę więcej czasu, próbuję wrócić do pieśni, Mam parę pomysłów. Zobaczymy.

Jest Pan szefem artystycznym Filharmonii im. Romualda Traugutta?

        Nadal jestem szefem artystycznym, ale Filharmonia im. Traugutta ostatnio działa sporadycznie. Wydaliśmy pięcioelementowy „ Zbiór Pieśni Patriotycznych”, gdzie są pieśni z okresu powstań: styczniowego, warszawskiego, listopadowego, insurekcji kościuszkowskiej… Czasami coś się udaje zorganizować, ale nie ma aktualnie klimatu na taką muzykę.

Od lat aktywnie działa Pan w Stowarzyszeniu Polskich Artystów Muzyków.

      Nadal jestem prezesem tego stowarzyszenia i mam sporo obowiązków, bo otoczenie opieką życia artystycznego muzyków jest konieczne. Wyzwań jest sporo.

Ponad pięć lat temu stałam się szczęśliwą posiadaczką tomiku wierszy Pana autorstwa i od czasu do czasu po niego sięgam. Ciekawa jestem, czy nadal Pan pisze?

       Dosyć rzadko, ale nadal zdarza mi się coś stworzyć. Wpadłem także na pomysł, aby ulubione dowcipy, które opowiadam napisać wierszem. To było wiele lat temu. Ułożyłem 10 takich w rymy i okazało się, że jest to jest bardzo zabawne, powstaje inny poziom percepcji i nowe niuanse przy opowiadaniu. Po latach wróciłem do tego pomysłu i napisałem ich więcej. W sumie uzbierało się ponad czterdzieści i z tego urodziła się zabawna książeczka, którą wydałem.
Ostatnio nie miałem czasu, ale kusi mnie, żeby w wolnej chwili usiąść i coś nowego napisać.

Ryszard Cieśla 2025 jury konkursu w pełnym składzieJury X Ogólnopolskiego Konkursu Wokalnego im. Barbary Kostrzwskiej w pełnym składzie - od lewej: mgr. Małgorzata Drzewicka - Dudek -  z-ca dyrektora ZSM nr 1 w Rzeszowie, sekretrz, prof. Katarzyna Oleś-Blacha, sopran koloraturowy, Akadenia Muzyczna im. Krzysztofa Pendereckiego w Krakowie, prof. Ryszard Cieśla baryton, Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina w Warszawie, przewodniczący jury, dr hab. Bernadetta Grabias - mezzosopran, Akademia Muzyczna im. Grażyny i Kiejstuta Bacewiczów w Łodzi, fot. ZSM nr 1 im.Karola Szymanowskiego w Rzeszowie.

Pochodzi Pan z Podkarpacia. Dom rodzinny znajduje się bardzo blisko, bo w Tyczynie. Zarówno Pan, jak i brat Robert Cieśla rzadko występujecie ostatnio w rodzinnych stronach.

       Nadal często bywamy tu prywatnie, bo odwiedzamy naszą mamę. Tato już nie żyje. Zaglądamy także zawsze do rodzinnego domu. Bywamy też u teściowej i u siostry żony, bo także tu mieszkają. Zarówno moja, jak i brata rodzina jest z tymi stronami bardzo związana.

Miałam kiedyś okazję nagrać wywiad z maestro Kazimierzem Pustelakiem, jednym z najwybitniejszych polskich tenorów, który bardzo ciepło wspominał uzdolnionych braci Cieślów i czas kiedy byliście pod jego opieką artystyczną.

       Profesor Kazimierz Pustelak był pierwszym mistrzem, którego sam sobie wybrałem. Miałem trzech pedagogów w czasie studiów. Nie dlatego, że zmieniałem nauczyciela, tylko uczelnia kończyła współpracę i trafiałem do innego. Po trzecim roku okazało się, że uczelnia nie przedłużyła umowy z moim dotychczasowym pedagogiem i trafiłem do innej klasy. Po roku znowu przeniesiono mnie do innej klasy. Znowu nie była to moja decyzja.          Ukończyłem studia w klasie prof. Romana Węgrzyna. Wkrótce już na scenie Teatru Wielkiego spotkałem się z prof. Kazimierzem Pustelakiem, którego znałem jako dziekana Wydziału Wokalnego Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Warszawie. Widząc oraz słysząc elegancję muzykowania oraz kulturę śpiewu, poprosiłem go o współpracę artystyczną. Zgodził się i dzięki temu zdobyłem nagrodę na konkursie.
         Po latach prof. Kazimierz Pustelak zaproponował, żebym został jego asystentem na uczelni i tak zostałem pedagogiem. Czułem się jego wychowankiem, pomimo, że nie studiowałem u niego. Natomiast brat Robert był już jego studentem.

Wiem, że naukę muzyki rozpoczynał Pan w Rzeszowie.

       Tak, uczyłem się grać na skrzypcach. W średniej szkole muzycznej moim pedagogiem był prof. Stefan Ząbek, znakomity skrzypek, koncertmistrz Orkiestry Filharmonii Rzeszowskiej. W trakcie nauki miałem operację, a później dość długą rehabilitację. Wróciłem do szkoły muzycznej kiedy byłem już w trzeciej klasie liceum, a po dwóch latach rozpocząłem studia na Wydziale Wokalnym w PWSM w Warszawie. Skrzypce poszły w kąt, ale zdobyte umiejętności z zakresu kształcenia słuchu, prowadzenia fraz, artykulacji okazały się bezcenne.

Mam nadzieję, że wkrótce będzie okazja do następnego spotkania. Bardzo dziękuję za rozmowę.

       Ja także bardzo dziękuję

Zofia Stopińska

Czuję, że przede mną jeszcze wiele wspaniałych wyzwań

       28 listopada 2025 roku, odbędzie się kolejny koncert abonamentowy w Filharmonii Podkarpackiej im. Artura Malawskiego w Rzeszowie. Na program złożą się: Wariacje symfoniczne op. 78 Antonina Dvořáka, Koncert wiolonczelowy a-moll op. 129 Roberta Schumanna i Symfonia e – moll „Odrodzenie” op.7 Mieczysława Karłowicza. Solistą będzie Tomasz Strahl, jeden z najwybitniejszych polskich wiolonczelistów, rektor Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina. Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Podkarpackiej wystąpi pod batutą Jiřiego Petrdlika, zaliczanego do najbardziej uznawanych europejskich dyrygentów swego pokolenia.

Miło mi jeszcze przed koncertem zaprosić na spotkanie z prof. dr hab. Tomaszem Strahlem.
Nigdy nie zapomnę znakomitego wykonania Koncertu h-moll Antoniego Dvořaka przez Pana i Orkiestrę Filharmonii Podkarpackiej pod batutą Jiřiego Petrdlika. To było w 2021 roku.
Tym razem przygotowujecie Koncert wiolonczelowy a-moll op. 129 Roberta Schumanna, jedno z najbardziej lubianych i najczęściej wykonywanych dzieł.

        W literaturze wiolonczelowej stawiam to dzieło najwyżej, obok koncertów Dvořaka i Elgara. Schumann napisał bardzo trudny koncert, wyprzedzający epokę, ponieważ wykorzystał hiper wysoki i bardzo niski rejestr wiolonczeli, czego wówczas nikt nie stosował. Dość długo ten koncert nie mógł być dobrze wykonany. Pierre Fournier, jeden z najsłynniejszych wiolonczelistów francuskich napisał tak: „nie jestem sobie w stanie wyobrazić, w jakich fatalnych warunkach przebiegało pierwsze wykonanie Koncertu a-moll Schumanna. Wiolonczeliści grali bez nóżki, mieli jelitowe struny i dlatego w górnych rejestrach wiolonczele nie brzmiały”. Koncert odkrył dopiero słynny włoski wiolonczelista Alfredo Piatti, twórca słynnych kaprysów, a później grał go z upodobaniem Pablo Casals, słynny kataloński wiolonczelista.
         Koncert a-moll Roberta Schumanna jest dziełem trudnym, ale nigdy się ono soliście nie znudzi, ponieważ treści w nim zawarte są tak głębokie, że można ten koncert grać całe życie i cały czas zgłębiać, co kompozytor chciał przekazać.
Dzieło powstało w październiku 1850-tego roku, w ciągu dwóch tygodni. Miałem możliwość zobaczyć rękopis tego koncertu, bo znajduje się w Uniwersytecie Jagiellońskim. Kiedy Niemcy ewakuowali „Berlinkę” na Dolny Śląsk i zbiory zostały przez polskie władze przejęte po zakończeniu wojny, archiwalia znalazły się w zasobach Biblioteki UJ. W rękopisie dzieła nie ma żadnych skreśleń. Wszystko zapisane zostało „jednym tchem”.
Tak naprawę, po koncertach wiolonczelowych Józefa Haydna, powstał tylko Koncert na fortepian, skrzypce i wiolonczelę C-dur Ludwiga von Beethovena i dopiero Robert Schumann zdecydował się w 1850 roku na skomponowanie Koncertu a-moll. Podobno żaden z wiolonczelistów nie był w stanie zagrać partii solowej i kompozytorowi przegrywał koncert słynny skrzypek Józef Joachim.
Pisał także o trudnościach z wykonaniem tego dzieła w jednej z książek prof. Roman Suchecki, znakomity polski wiolonczelista.
        Jest to wspaniały utwór, a wykonałem go po raz pierwszy mając niecałe 17 lat, po Konkursie Wiolonczelistów im. Dezyderiusza Danczowskiego w Poznaniu (1983). To dzieło nieustannie mi towarzyszy. Uwielbiam Koncert a-moll Roberta Schumanna i bardzo się cieszę , że wykonam go w Rzeszowie.

Pamiętam, że podczas poprzedniego Pana koncertu, który prowadził pan Jiři Petrdlik, rozumieli się panowie doskonale, Czy później była okazja do wspólnych występów?

        Nigdy już wspólnie nie występowaliśmy i będzie to nasze drugie spotkanie, ale rozumiemy się nadal doskonale. Uważam maestro Jiřiego Petrdlika za dyrygenta wielkiej klasy, który reprezentuje czeskie tradycje. Praga była zawsze bardzo ważnym ośrodkiem muzycznym jeszcze w czasach Mozarta. Premiery wielu dzieł Wolfganga Amadeusa odbyły się w Pradze. Dobrze, że polscy muzycy mają możliwość obcowania z czeska tradycją.

Tomasz Strahl wiolonczela fot. z arch. Filharmonii PodkarpackiejTomasz Strahl - wiolonczela, fot. z arch. Filharmonii Podkarpackiej

Odnoszę wrażenie, że cały czas poświęca Pan muzyce – koncertom, pracy pedagogicznej, zarządzaniu Uniwersytetem Muzycznym Fryderyka Chopina… Znajduje Pan czas na systematyczne ćwiczenie i przygotowywanie nowych utworów?

        Żyję w artystycznej dyscyplinie, bo jak człowiek występuje, to musi ćwiczyć. Wstaję rano bardzo wcześnie, często o siódmej już ćwiczę na wiolonczeli i dzięki temu mam czas. Najgorzej jest jeżeli pozwalamy sobie na nieregularne granie. Nie trzeba ćwiczyć pięciu godzin dziennie, nie można sobie powtarzać, że jak dzisiaj i jutro nie pogram, to się nic nie stanie. Otóż stanie się. Znam przypadki spadku formy u wybitnych wykonawców, którzy nie ćwiczyli po kilka kolejnych dni. Zdaję sobie sprawę z odpowiedzialności i codziennie ćwiczę. Są artyści grający świetnie w wieku 20-tu lat. Są też tacy, którzy maja 50 lat i grają świetnie. Ja zaliczam się do tej drugiej generacji. Jestem przekonany, że czym dalej, to będzie lepiej. Ostatniego słowa na wiolonczeli jeszcze nie powiedziałem i to jest to jest mój wewnętrzny nakaz, wiem, że muszę dotrwać do pewnego wieku. Czuję, że przede mną jeszcze wiele wspaniałych wyzwań, które muszę wypełnić, bo nie zrobiłem tego w młodości.
       Teraz realizuję się moje marzenia. W 2024 roku zostałem wybrany na rektora najstarszej i największej uczelni. Ostatnio bardzo często występuję z maestro Antonim Witem, z którym zawsze bardzo chciałem występować. Wiem, że moja gra jest coraz bardziej świadoma i aktualnie gram na wiolonczeli lepiej niż 20 lat temu. To mi daje ogromną motywację do tego, żeby codziennie ćwiczyć. Nie ćwiczę 5 godzin dziennie, ale ćwiczę systematycznie i nie pozwalam sobie na spadek formy. Żyję według przykazań dobrej szkoły mojego mistrza prof. Kazimierza Michalika, która dawała znakomite kompetencje techniczne, luźną technikę prawej i lewej ręki, umiejętności znakomitego kształtowania dźwięku i taka szkoła powoduje, że André Navarra kiedy miał już ponad 70 lat grał znakomicie. Jego artykulację mogą dzisiaj naśladować młodzi wiolonczeliści. Mam motywację i chęć, żeby jeszcze pograć na wiolonczeli co najmniej kilkanaście lat.

Jak często może sobie Pan pozwolić na planowanie koncertów?

       Trwający sezon jest bardzo intensywny. Przez cały wrzesień, październik i listopad nie było tygodnia bez koncertu. W grudniu będzie luźniej. Planuję koncerty z rocznym wyprzedzeniem. Teraz już odcinam kupony mojej wcześniejszej pracy. Nie czekam kiedy zadzwoni telefon, a on dzwoni. Nie zabiegam o koncerty, a one się pojawiają. Staram się do tych koncertów przygotowywać się jak najlepiej i nie biorę wszystkich koncertów oraz kursów. Pewne rzeczy jednak ograniczyłem. W związku z zarządzaniem uczelnią musiałem je ograniczyć. Nie udzielam konsultacji w szkołach. Ograniczyłem kursy mistrzowskie – jadę tylko latem do Łańcuta i zimą do Lusławic. Uważam, że z wiekiem powinniśmy trochę oszczędzać nasze siły. Ja już swoje, jeżeli chodzi o pracę u podstaw zrobiłem. Był taki czas, kiedy jeździłem do wielu miast, do wielu szkół muzycznych jak doktor Judym, aby „zasiać” dobrą technikę. To się udało, bo z tych ośrodków wyszli bardzo zdolni ludzie, ale teraz pole do działania zostawiłem moim młodszym kolegom.

Pochodzi Pan z rodziny o tradycjach muzycznych. Ojciec był bardzo dobrym skrzypkiem i dyrygentem. Słyszałam, że Pan rozpoczynał także jako skrzypek.

        Tato rozpoczynał karierę jako skrzypek, a potem założył Filharmonię w Jeleniej Górze i był bardzo dobrym dyrygentem i dyrektorem. Ja gram na wiolonczeli od 7-mego roku życia, czyli 52 lata. Wcześniej przez rok uczyłem się grać na skrzypcach, ale nie polubiłem tego instrumentu i rodzice postanowili, że spróbuję na wiolonczeli. Był to dobry pomysł, bo szybko robiłem postępy.

Czekamy na rozpoczęcie ostatniego w listopadzie koncertu abonamentowego, który odbywa się jeszcze w roku jubileuszowym Filharmonii Podkarpackiej, ponieważ pierwszy koncert Rzeszowskiej Orkiestry odbył się 29 kwietnia 1955 roku. Bardzo się cieszymy, że pod koniec tego roku wystąpi Pan jako solista, tym bardziej, że dawno Pan w Rzeszowie nie występował.

        Cztery lata nie było w Rzeszowie. To w życiu artysty bardzo długi okres.

Tomasz Strahl i Łukasz Chrzęszczyk fot. lykografia.pl 800Tomasz Strahl - wiolonczela i Łukasz Chrzęszczyk - fortepian podczas koncertu w sali balowej Muzeum-Zamku w ramach Międzynarodowych Kursów Muzycznych w Łańcucie, fot. lykografia.pl

Pamiętam jak prof. Zenon Brzewski po raz pierwszy przedstawiał Pana w roli profesora Kursów, mówiąc, że klasę wiolonczeli poprowadzi Tomaszek Strahl.

        To był wyraz empatii Profesora. Miałem wtedy 25 lat. W ostatniej chwili odmówił przyjazdu zagraniczny wykładowca i prof. Brzewski zaproponował mi zastępstwo. Tak zostało, od tamtej pory co roku jestem w lipcu w Łańcucie.

Nie pamiętam Pana w roli uczestnika łańcuckich kursów.

        Dwukrotnie byłem uczestnikiem tych kursów. Najpierw miałem lekcje z prof. Milošem Sádlo, a za drugim razem u Ivana Monigettiego.

W ostatnich latach często w ramach koncertów w ramach cyklu „Mistrz i uczeń”, zaprasza Pan swoich najzdolniejszych kursantów.

        Robią tak także inni pedagodzy tych Kursów. Młodym artystom potrzebna jest obecnie taka pomoc, bo dzisiaj z promocją, czyli wejściem na rynek muzyczny jest niezwykle trudno. Mamy świetne szkoły muzyczne, ale rynek muzyczny: profesjonalne koncerty, filharmonie, towarzystwa muzyczne, festiwale, jest trochę hermetyczny. Można wygrać kilka konkursów w kraju i nie zostać zauważonym. Naszym obowiązkiem jest dać tym ludziom szanse zaistnieć.

Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina stał się miejscem częstych koncertów w wykonaniu młodych muzyków.

        Wczoraj odbył się koncert dwóch studentów naszego Uniwersytetu. Skrzypek Antoni Figurski i wiolonczelista Artur Mycroft z Orkiestrą Symfoniczną UMFC pod batutą Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego, wykonali Koncert podwójny na skrzypce i wiolonczelę a-moll op. 102 Johannesa Brahmsa. Sala wypełniona była publicznością, która entuzjastycznie przyjęła wykonawców. Tak jak obiecywałem nasze sale koncertowe są otwarte dla studentów. Uniwersytet stał się nie tyko szkołą dydaktyczną, ale również filharmonią. Cieszę się , że w zeszłym roku odwiedziło nas ponad 25 tysięcy melomanów. W ostatnim roku doktoraty honoris causa nadane zostały trzem wybitnym muzykom i pedagogom: prof. Antoniemu Witowi, prof. Krzysztofowi Jakowiczowi i prof. Stefanowi Kamasie. Chcemy, aby przyszłe pokolenia studentów wiedziały kim byli, aby mieli świadomość, że wybitnymi studentami i absolwentami tej uczelni byli m.in.: Fryderyk Chopin, Karol Szymanowski, Witold Lutosławski, Grażyna Bacewicz, Ignacy Jan Paderewski, Zygmunt Noskowski, Ludomir Różycki i wielu innych.

Nastał czas, że znakomici pedagodzy UMFC prowadzą także ożywioną działalność koncertową.

        Studenci chętnie garną się do pedagogów, których mogą słuchać na estradach koncertowych. Podkreślę, że połącznie dydaktyki z działalnością koncertową nie jest łatwe, ale jest możliwe. Pomimo niżu demograficznego mieliśmy ostatnio 1075 kandydatów, na niektóre specjalności cztery razy więcej niż mogliśmy przyjąć.

Bardzo dziękuję za rozmowę i mam nadzieję, że nie będziemy na ponowny koncert w naszej Filharmonii czekać zbyt długo. Już dzisiaj możemy zapewnić, że w lipcu tego roku wystąpi Pan z recitalem w Łańcucie.

       Tak, czas bardzo szybko leci, w Łańcucie wystąpię za siedem miesięcy. Bardzo się także cieszę na dzisiejszy wieczór w Filharmonii Podkarpackiej. Serdecznie zapraszam.

Zofia Stopińska

Z Katarzyną Oleś-Blachą nie tylko o Konkursie im. Barbary Kostrzewskiej

       Zapraszam Państwa na spotkanie z prof. dr hab. Katarzyną Oleś Blachą, wybitną polską śpiewaczką obdarowaną przez naturę pięknym sopranem koloraturowym, solistką Opery Krakowskiej, pedagogiem Akademii Muzycznej im. Krzysztofa Pendereckiego w Krakowie.
        Rozmowa zastała zarejestrowana podczas trwania X Ogólnopolskiego Konkursu Wokalnego im. Barbary Kostrzewskiej w Rzeszowie organizowanego przez Fundację Szkolnictwa Muzycznego we współpracy z Zespołem Szkół Muzycznych nr 1 w Rzeszowie i Filharmonią Podkarpacką.

Została Pani zaproszona do udziału w pracach jury Ogólnopolskiego Konkursu Wokalnego im. Barbary Kostrzewskiej nie po raz pierwszy.

        - Po raz trzeci mam zaszczyt zasiadać w jury i jest to dla mnie wielkie wyróżnienie. Z Rzeszowem czuję się mocno zawiązana, bo realizowałam tu mnóstwo projektów artystycznych i mam w planie kolejne.
       Jeżeli zdrowie pozwoli, to niedługo tu wystąpię. Bardzo się z tego cieszę, bo Rzeszów jest niezwykle dynamicznym miastem, które kocha kulturę i sztukę wysoką. Jednym z przejawów tej miłości jest trwający Konkurs Wokalny im. Barbary Kostrzewskiej. To wyjątkowe wydarzenie przeznaczone dla najzdolniejszej młodzieży, która uczy się w szkołach muzycznych II stopnia śpiewu solowego.
        Uważam, że promowanie młodych artystów jest bardzo ważne i zachęcanie ich do pracy. Pamiętam siebie, kiedy byłam młoda i podczas organizowanych wówczas konkursów zawarłam przyjaźnie, które trwają do tej pory. Wprawdzie są to przyjaźnie z pierwszych lat akademickich, bo w szkole muzycznej II stopnia uczyłam się gry na fortepianie. Jako rozpoczynająca naukę śpiewu młoda studentka pamiętam konkursy i kursy wokalne: im. Ady Sari w Nowym Sączu, w Dusznikach Zdroju, słynny konkurs im. Stanisława Moniuszki i inne.
Podczas tych wydarzeń zaprzyjaźniłam się z naszą czołówką śpiewaków solistów.
         Spotykając się teraz często z nimi przy okazji różnych występów, może nie pamiętamy dokładnie ówczesnych zmagań konkursowych, ale pamiętamy spotkania towarzyszące podczas których się poznaliśmy. Poznałam wtedy i zaprzyjaźniłam się m.in. z: Arturem Rucińskim, Rafałem Siwkiem… Ostatnio rozmawiałam z moim znakomitym kolegą Adamem Zdunikowskim, który jest jednym z organizatorów Konkursu im. Bogdana Paprockiego w Bydgoszczy i powiedział, że to nie jest bez znaczenia, w jaki sposób zrobi się harmonogram prób. Zdarzyło się mu, że konkurs zeswatał pewną parę, która miała wspólną salę do rozśpiewywania się i od lat są parą na całe życie. To bardzo miły przykład obrazujący sens i istotę zmagań wokalnych.
Powiem jeszcze, że to była dekada złotych głosów, ale kolejne dekady przynoszą kolejne złote głosy.
          Cudownie, że na początku swoich wokalnych zmagań, młodzi ludzie mogą spotkać się w pięknym Rzeszowie, w pięknej szkole i równie pięknej filharmonii, które mają sale kameralne ze świetną akustyką, a młodzież może w tych znakomitych warunkach zaprezentować swój kunszt.
Być może w przypadku młodych osób, które uczestniczą w Kursach im Barbary Kostrzewskiej w Rzeszowie, zawarte tu znajomości będą kontynuowane podczas dalszych lat nauki i później podczas wykonywania zawodu artysty, czego im z całego serce życzę.

W pierwszym etapie konkursu wystąpili wszyscy uczestnicy, ale do drugiego wybrali Państwo tylko niektórych.

         - Bardzo żałujemy, że nie mogliśmy promować wszystkich do drugiego etapu, bo z pewnością byłyby to interesujące prezentacje.
Chcę także mocno podkreślić, że w tym roku nie tylko w mojej ocenie, ale również znakomitych kolegów jurorów, poziom był bardzo wyrównany.         Świetne głosy, pięknie przygotowane i prowadzone, stąd pewnie ponad połowa uczestników czuła wielkie rozczarowanie. Niestety, taki jest mankament konkursów, że w pewnym momencie dla części uczestników konkurencja się kończy, ale to nie jest żaden koniec. Zawsze powtarzam swoim uczniom, którzy chcą uczestniczyć w konkursach: „… przygotowujmy się do konkursu, bo to jest zawsze skok w rozwoju, który nas mobilizuje i towarzyszy mu trema. Napięcie wliczone w przygotowanie do zawodu. Jest okazja do posłuchania występów innych osób, poznania kolegów, pedagogów, jurorów. To wszystko jest bezcenne. Możesz jechać, ale nie możesz zakładać, że musisz zdobyć laury, czy być w finale. Przecież to nie o to chodzi. Możesz mieć gorszy dzień, może inni zaprezentują się korzystniej”.
        My ze swojej strony dokładamy wszelkich starań, żeby jak najlepiej, jak najsprawiedliwiej wszystkich ocenić. Chętnie nagrodzilibyśmy jak najwięcej osób, ale musimy przestrzegać regulaminu konkursu. Jak na pewnym etapie konkurs się kończy, nie można traktować tego jako porażki. Jesteśmy zwycięzcami jeżeli przyjeżdżamy na konkurs przygotowani. 

Katarzyna Oleś Blacha 2025 jury konkursu w pełnym składzieJury Ogólnopolskiego Konkursu Wokalnego im. Barbary Kostrzewskiej podczas I etapu przesłuchań - od lewej: Małgorzata Drzewicka-Dudek - z-ca dyrektora ZSM nr 1 w Rzeszowie, sekretarz jury, prof Katarzyna Oleś-Blacha - sopran koloraturowy, członek jury, prof. Ryszard Cieśla - baryton, przewodniczący jury, dr. hab. Bernadetta Grabias - mezzosopran, członek jury, fot. ZSM nr 1 w Rzeszowie

Konkurs Wokalny im. Barbary Kostrzewskiej w Rzeszowie, dla wielu uczestników jest być może pierwszym konkursem, ale trzeba podkreślić, że wcale nie jest łatwy, bo w pierwszym etapie wszyscy muszą wykonać pieśń polską i arię starowłoską, a w drugim arię barokową lub klasyczną, pieśń romantyczną i utwór dowolny.

         - Drugi etap jest rozbudowany i zróżnicowany, bo ma pokazać wszechstronne przygotowanie młodego adepta sztuki wokalnej.
Aria klasyczna, barokowa, czy starowłoska i pieśń polska to znakomity sprawdzian najwyższych kompetencji. Świetnym pomysłem jest także to, że w drugim etapie jest utwór dowolny, w którym uczestnik może wykonać swój ulubione utwór, wartościowy pod względem artystycznym. Chcę podkreślić, że utwory zostały wybrane przez pedagogów bardzo dobrze, z wielkim znawstwem.
        W tej edycji konkursu występowali bardzo młodzi uczestnicy, niektórzy mieli zaledwie 15 lat, a także nieco bardziej dojrzali, nawet o 10 lat starsi. Dla jurorów to dodatkowa trudność w dokonaniu obiektywnych ocen. Trzeba było znaleźć osobę, która na ten moment posiada najszerszy ogół kompetencji, której głos jest najlepiej wykształcony i najlepiej się zaprezentowała.
Chcę wyraźnie zaakcentować, że występująca w tym konkursie młodzież wokalna, dysponuje pięknymi ciekawymi głosami i to bogactwo jest naszym wielkim narodowym skarbem.

Wysoko oceniła Pani umiejętności pedagogów wszystkich uczestników. Nie wszyscy czytelnicy wiedzą, że z każdym adeptem sztuki wokalnej trzeba pracować inaczej, nie ma jednej metody na prowadzenie głosu.

       - Dokładnie tak jest. Mój nieżyjący już prof. Wojciech Jan Śmietana, wieloletni kierownik Katedry Wokalistyki w Akademii Muzycznej w Krakowie, zwykł mawiać „…ile krtani tyle metod” i wiele w tym było prawdy. Spełnianie roli pedagoga śpiewu, tak naprawdę polega na ciągłym uczeniu się tego trudnego zawodu przez całe życie. Jak była młodym pedagogiem, a uczę już prawie 25 lat, czułam wielki respekt przed uczeniem, bo wiedziałam, że jest to bardzo trudne. Doświadczenie wynika z obcowania z dużą ilością młodzieży. Teraz już z większym spokojem przyglądam się tym procesom. Jeżeli w danym momencie znajdziemy dobre rozwiązanie (opanujemy z uczniem jakiś trik), to nie oznacza, że to jest na stałe, bo w miarę upływu czasu głos się rozwija i zmienia.
        W zawodzie artysty muzyka, kogoś kogo nazywa się mistrzem, największa satysfakcja płynie z faktu, że osoba, która trafiła do nas jako niemowlę wokalne, staje na scenie i jest fantastycznym artystą, z osobowością, z wizją, z prawdą przekazu i dysponuje znakomitym warsztatem oraz ma jeszcze „iskrę bożą”.
        Muszę powiedzieć, że najpiękniejsze chwile mojej kariery zawodowej, to nie były największe sceny, najważniejsze sale koncertowe, w których miałam zaszczyt wystąpić. To były momenty, kiedy mogłam kreować partie wokalne, w tym operowe, mając u boku swych wychowanków. To był najbardziej wzruszający czas i nawet jak wspominam go mówiąc, to jestem wzruszona.
         Przypominam sobie taki moment, jak w „Cosi van tutte” Mozarta, mój amant (tenor), był moim absolwentem, moje siostry sceniczne Dorabella i Despina również. Zorientowałam się, że otaczają mnie fantastyczni moi wychowankowie, którzy są obecnie moimi przyjaciółmi.
Nawet mój mąż powiedział ze wzruszeniem „…no Kasiu, dzisiaj mieliście większość na scenie”.
To dla mnie największa nagroda, którą otrzymałam za lata pracy na scenie i jako pedagog śpiewu.

Najlepiej, aby pedagoga śpiewu łączyły z uczniem czy studentem bardzo bliskie relacje polegające na wzajemnym zaufaniu i akceptacji.

        - Śpiewając wyrażamy najbardziej intymne uczucia, bez zaufania i bez uczucia, którego nie boję się nazwać miłością, bo to jest rodzaj pięknej artystycznej miłości, bez wzajemnego przywiązania i uczciwości trudno byłoby osiągnąć postępy i sukcesy w nauce. Dotyczy to również mnie, bo uważam, że nie śpiewałabym pięknie bez moich uczniów.
Namawiając mnie do podjęcia pracy pedagogicznej mój Profesor powiedział – Zachęcam cię do zawodu nauczyciela, bo dzięki temu przez cały czas będziesz także pracować nad swoim warsztatem rozwiązując różne problemy, a to pomoże ci coraz lepiej śpiewać.
To była prawda.
        Największą sztuką jest, wydobycie maksimum możliwości z młodego człowieka, który zostaje naszym uczniem i jego prawdziwego głosu, nie udawanego, nie naśladowczego, żeby ten młody człowiek śpiewał swoim głosem. Tak mówią najwięksi pedagodzy i ja także mówię to każdemu nowemu uczniowi: Nikt cię nie nauczy śpiewu, ani ja, ani największe gwiazdy występujące na scenach. To ty, to pan, to pani nauczy się śpiewać. Proszę, miej do mnie zaufanie, ale musisz się wsłuchać w swoje ciało, w swoje serce, w swój umysł… Tylko ty jesteś w stanie ćwicząc wykształcić swój głos. Ja zrobię wszystko co jest w mojej mocy, żeby ci w tym pomóc.
Uważam, że na tym polega istota dobrej nauki śpiewu, żeby ten proces wspomagać, kierować nim, ale pozwolić każdemu głosowi osiągnąć swoje indywidualne piękno i jego indywidualność pomóc wykształcić. 

Katarzyna Oleś Blacha 2025 jury konkursu podczas koncertu laureatówjpgKoncert Laureatów X Ogólnopolskiego Konkursu Muzyki wokalnej im. Barbary Kostrzewskiej w Rzeszowie, od lewej: Marta Dybka-Tyczyńska - prezes Fundacji Szkolnictwa Muzycznego, z-ca dyrektora ZSM nr 1 im. Karola Szymanowskiego w Rzeszowie, Krystyna Stachowska - zastępca Prezydenta Miasta Rzeszowa. dr hab. Bernadetta Grabias - mezzosopran, członek jury. prof. Katarzyna Oleś-Blacha - sopran koloraturowy, członek jury, prof. Ryszard Cieśla - baryton, przewodniczący jury, fot. ZSM nr 1 w Rzeszowie

Urodziła się Pani w miejscu, skąd pochodzi wielu słynnych muzyków, ale znalazła Pani miejsce na ziemi w Krakowie.

        - Jestem z pochodzenia Ślązaczką i czuję się Ślązaczką, ale będąc młodą dziewczyną moje serce i mój głos wybrały Kraków. Z tym miastem jestem związana od 18. roku życia, czyli większość życia mieszkam i pracuję w Krakowie.
To miasto chętnie się do mnie przyznaje i z wzajemnością. Otrzymałam różnego rodzaju nagrody i wyróżnienia, moje fotografie zamieszczane są w pamiątkowych albumach jako krakowskiej divy operowej. Powodem do dumy jest fakt, kiedy wielu krakowian interesujących się operą jest zdziwionych kiedy dowiadują , że nie urodziłam się w Krakowie.
         Nigdy nie ukrywałam moich związków z Rybnikiem, w którym urodzili się: Lidia Grychtołówna, Piotr Paleczny, Adam Makowicz, Sławomir Chrzanowski czy Henryk Mikołaj Górecki. Jeśli kogoś z kochanych rybniczan pominęłam to proszę mi wybaczyć, bo wszystkich bardzo kocham. Jest to ziemia, która wydała na świat mnóstwo utalentowanych osób i jestem z tego dumna. Korzenie muzykalności, uczciwości, pracowitości to jest nasz herb.
        Z drugiej strony, jestem szczęśliwa że mieszkam w Krakowie, jestem bardzo związana z krakowską alma mater i od 2001 roku pracuje tam nieprzerwanie.
Mój dom jest w Akademii Muzycznej im. Krzysztofa Pendereckiego i w Operze Krakowskiej, na której bardzo mi zależy, bo przez lata budowaliśmy jej prestiż i dobre imię i to jest mi bardzo drogie.
        Cechą Krakowa jest, że oprócz fantastycznej sztuki, cudownej historii i całej plejady znakomitych artystów jest to wielokulturowe, barwne miasto. To jest siła Krakowa. To miasto „wypluwa” kolejne wielkie talenty dzięki temu, że możemy się tam spotykać i przekuwać je w działa artystyczne. Na przykład jednym z takich moich miejsc, w którym często jestem jako artystka, staram się je wzbogacać swoim śpiewem i czerpię tam także swoje siły, ładuję akumulatory, jest bazylika św. Michała Archanioła i św. Stanisława Biskupa na Skałce. W Panteonie Zasłużonych również wybitni artyści znaleźli miejsce swojego pochówku. 3 listopada w tej krypcie mieliśmy niezwykły, pełen refleksji koncert.
Czuję się ambasadorką tego miejsca, bo tam religia i sztuka wysoka są silnie związane. Obcowanie z tak niezwykłym miejscem jest dla artystów bardzo ważne.

Pani życie jest bardzo ciekawe. Wczoraj i dzisiaj ocenia Pani w Rzeszowie umiejętności bardzo młodych śpiewaków rozpoczynających muzyczną drogę, kalendarz ma Pani wypełniony różnymi koncertami. Nawet w ciągu tygodnia wykonuje Pani różnorodny repertuar. Zawsze trzeba być w doskonałej formie. Za to Panią podziwiam. Cieszę się, że niedługo będziemy mieć zaszczyt oklaskiwać Panią w Filharmonii Podkarpackiej.

        - To ja będę miała zaszczyt wystąpić przed fantastyczną publicznością rzeszowską, którą bardzo kocham i cenię za obeznanie w sztukach muzycznych. Rzeszowska publiczność zawsze docenia dobre wykonania i potrafi nagradzać gromkimi brawami także trudne utwory.
        Z wielką przyjemnością tu przyjeżdżam. Tym razem zapraszam na koncert specjalny. W andrzejki odbędzie się koncert, który pięknie się wpisuje w ostatni rzut zabaw przed adwentem, a także obchodzimy 200. rocznicę urodzin Johanna Straussa. Dlatego spotykamy się z fantastycznym zespołem Arso Ensemble po raz kolejny, aby zaprezentować publiczności jakże lubianą muzykę Johanna Straussa.
Arso Ensemble wystąpi w składzie: Robert Naściszewski – skrzypce. Orest Telwach – skrzypce, Urszula Ostrouch – altówka, Anna Naściszewska – wiolonczela, Sławomir Ujek – kontrabas. Ja wystąpię nie tylko w charakterze śpiewaczki, ale również pozwolę sobie parę słów do publiczności powiedzieć.
         Wykonamy utwory obu Straussów – ojca i syna, ale będą także dzieła prekursora walca Josepha Lannera.
Zachęcam do udziału w tym koncercie, bo program jest ciekawy i różnorodny. Nie ma lepszego sposobu na świętowanie urodzin kompozytora od prezentowania jego muzyki w tak szerokiej perspektywie przed publicznością, która kocha takie kameralne składy. W Rzeszowie wpływy kultury Wiednia były zawsze bardzo silne.
        Bez względu na aurę, zapraszamy 30 listopada o 17.00 do sali kameralnej Filharmonii Podkarpackiej. Będzie bardzo ciepło, słonecznie, łącznie z powiewami wiosny i odgłosami Wiednia.

Zofia Stopińska

 

Akordeon to bardzo ciekawy instrument

       Zapraszam na spotkanie z prof. dr. hab. Pawłem Paluchem, akordeonistą, kameralistą, kompozytorem, autorem licznych publikacji na temat muzyki akordeonowej oraz opracowań utworów na różne składy wykonawcze i pedagogiem.
        Artysta pracuje jako nauczyciel gry na akordeonie w Zespole Szkół Muzycznych nr 1 w Rzeszowie, wykłada na Uniwersytecie Rzeszowskim i w krakowskiej Akademii Muzycznej. Był wielokrotnie zapraszany do jury przesłuchań, konkursów i festiwali o zasięgu regionalnym, krajowym i międzynarodowym. Jest także kierownikiem muzycznym Zespołu Pieśni i Tańca „Resovia Saltans”.

Rozmowę rozpoczynamy od programu wyjątkowego koncertu w Filharmonii Podkarpackiej, który odbył się 3 października 2025 roku, a pierwszą jego część wypełniły Pana kompozycje. Orkiestrą symfoniczną Filharmonii Podkarpackiej dyrygował Sławomir Chrzanowski, a Pan wykonał partie solowe w koncercie na akordeon. Te utwory powstały w różnych latach Pana działalności artystycznej.
       - Są one związane z moją wielokierunkową działalnością, a szczególnie związaną z polskim folklorem i polskimi tańcami narodowymi. Pewne wątki miałem w głowie już ponad 30 lat temu, jednak ze względu na tamto doświadczenie nie mogłem tego rozwinąć w ukończone formy.
To przychodziło z doświadczeniem zdobywanym podczas wykonywania muzyki poważnej solowo, kameralnie oraz czasami z orkiestrami i pracy w roli kierownika muzycznego w różnych zespołach pieśni i tańca.
        Pierwsze dwa utwory; Polonez i Mazur in D, powstały na zmówienie Narodowego Centrum Kultury w Warszawie i zostały nagrane w składach kameralnych. Na ten koncert zostałem poproszony przez organizatorów i dyrygenta pana Sławomira Chrzanowskiego o zaaranżowanie ich na skład symfoniczny.
        Do napisania Poloneza Rzeszowskiego zainspirował mnie kolega Sławek Gołąb, Radny Miasta Rzeszowa, nauczyciel w II Liceum Ogólnokształcącym, który jest także chórmistrzem w Zespole Pieśni i Tańca „Resovia Saltans”.
Kiedyś, podczas rozmowy Sławek powiedział: „…w Rzeszowie organizowane są różne święta, a nie mamy swojego poloneza. Napisz coś”. Zacząłem pisać swoje tematy, a podczas kolejnej rozmowy spytał czy nie myślałem o wykorzystaniu cytatu z hejnału Rzeszowskiego autorstwa Tomasza Stańki. Stwierdziłem, że to dobry pomysł i wykorzystałem ten hejnał na początku utworu, a potem sparafrazowałem go w rytmie poloneza w środkowej części.
Dzięki temu, że jest wykorzystany ten hejnał i dużo motywów folkloru Rzeszowszczyzny, nazwałem go Polonez Rzeszowski.

Concerto resoviense na akordeon i orkiestrę to utwór współczesny, ale według reguł minionych epok.
        - Tak, utrzymany jest w tradycyjnej formie trzyczęściowej: I cz. Allegro moderato z dwoma tematami (pierwszy bardziej liryczny, a drugi skoczny) cz. II Andante lirico. Tempo di valse, oparta na jednej tylko melodii pochodzącej ze Staromieścia zacytowanej w całości, której motyw pojawia się także w Polonezie Rzeszowskim i w cz. III Allegro powróciłem do allegra sonatowego również z dwoma tematami (pierwszy skoczny, a drugi liryczny). W sumie w całym koncercie mamy 5 rzeszowskich melodii ludowych, które posłużyły jako materiał do tematów.

Po wysłuchaniu Concerto resoviense w Filharmonii Podkarpackiej pomyślałam, że partii solowej nie może Pan powierzyć nawet najzdolniejszemu uczniowi klasy akordeonu w szkole muzycznej II stopnia.
        - Ma pani rację. Uważam, że tylko kilku zawodowych akordeonistów w Polsce może wykonać ten utwór dobrze technicznie i wyrazowo. Aby uchwycić jego charakter trzeba mieć także wiele doświadczenia w wykonywaniu muzyki innej niż poważna.

Kiedy zdecydował się Pan na mariaż z folklorem, bo chyba jeszcze w czasie nauki w szkole I stopnia.
       - Jeszcze wcześniej. Moja rodzina pochodzi ze wsi i od lat prawie wszyscy amatorsko muzykowali. Może pani pamięta mojego wujka, który w latach 70-tych XX wieku mógł zostać słynnym wokalistą, ale nie chciał robić kariery. Nagrywał nawet w Radiu Rzeszów i przeszedł do II etapu Konkursu Moniuszkowskiego. Gdyby chciało mu się uczestniczyć dalej w tym konkursie mógłby go nawet wygrać, a ja byłbym jego ubogim krewnym. Niestety, nie miał takich ambicji.

Filharmonia 03.10.2025 Paweł Paluch i Ork. 2Paweł Paluch - akordeon i Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Podkarpackiej pod batutą Sławomira Chrzanowskiego, koncert 03.10.2025 r. fot. z arch. Filharmonii Podkarpackiej

Prawie przez całe życie gra Pan na akordeonie. Kiedy zainteresował się Pan folklorem.
        - Wysłano mnie do szkoły muzycznej w wieku 5 czy 6 lat. To jest faktycznie długa historia. Akordeon rozwija pod względem myślenia harmonicznego. To potwierdzają niektórzy teoretycy, którzy uczą w Akademii Muzycznej w Krakowie. Gra na akordeonie ułatwia także pracę nad opracowaniami i aranżacjami. To długa historia.
        Będąc małym chłopcem grałem w domu różne melodie ludowe z wujkiem. W latach 80-tych byłem członkiem Zespołu „Wisłok” działającym przy Filii UMCS. Wtedy zdobywałem doświadczenia jako członek kapeli, a aranżował utwory śp. Jan Babula, który znakomicie potrafił opracowywać cały repertuar dla zespołu pod względem instrumentacji, harmonii i kontrapunktu.
W 90-tych latach rozpocząłem pracę w „Resovii Saltans”. Najpierw byłem akompaniatorem, a potem powierzono mi kierownictwo muzyczne. To było w 1995 roku. 30 lat pracuję na tym stanowisku. Przez cały czas zdobywam doświadczenia, bo na „dzień dobry” poproszono mnie o opracowanie „Suity rzeszowskiej”, a później kujawiaka z oberkiem, ale tak naprawdę to już była w 80 procentach kompozycja. I tak się zaczęło.
       Przez pewien czas pracowałem dodatkowo w działającym przy Wyższej Szkole Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie zespole „Karpaty” i także dla tego zespołu pisałem.
Skomponowałem kilkanaście tańców narodowych.
Z czasem zacząłem myśleć nad wykorzystaniem tego w muzyce poważnej, ale ciągle, ze względu na liczne obowiązki, nie miałem czasu się tym zająć.
        W związku z tym, że lubię późny romantyzm, impresjonizm, neoklasycyzm, skomponowałem koncert, który jest mieszanką tych trzech stylów. Gram wiele utworów napisanych w podobnym stylu przez znanych, światowej sławy kompozytorów z tych czasów i moja kompozycja jest kwintesencją mojego doświadczenia i osłuchania z muzyką przełomu XIX i XX wieku.

Utwory skomponowane przez Pana można policzyć, ale opracowań zrobił Pan o wiele więcej w różnych nurtach działalności.
        - Takiej statystyki nie da się zrobić. Mogę tylko powiedzieć w jakich nurtach było ich najwięcej.
        Dominują utwory inspirowane muzyką ludową dla zespołów pieśni i tańca związanych z różnymi instytucjami – nie tylko dla tych, w których pracowałem, ale także różnych polskich zespołów i dla Narodowego Centrum Kultury w Warszawie w ramach projektu edukacyjnego „Piątka z narodowych”, żeby dzieci w całej Polsce uczyły się tańczyć nasze narodowe tańce.
        Dla Sławka Gołąba i jego zespołu „Klang” robiłem opracowania piosenek marynistycznych oraz komponowałem piosenki do słów jego żony (– prof. UR dr hab. Alicji Ungeheuer-Gołąb). Najczęściej były napisane na 5-głosowy chór a capella. Są nawet nagrane płyty z tymi piosenkami.
Przez kilka lat (w połowie lat 80-tych) aranżowałem muzykę religijną na różne składy ( wokalno-instrumentalne).
         Grając z klarnecistą Robertem Mosiorem opracowywałem różne ciekawe utwory z muzyki: klasycznej, popularnej i ludowej. Przyznam się, że moja partia akompaniamentu do wielu z tych opracowań nie została nigdy zapisana. Gramy razem od 1993 roku i nie zamierzamy kończyć działalności.
         Od 2005 roku działa Podkarpacki Kwintet Akordeonowy „AMBITUS V”, utworzony z inicjatywy prof. UR, dr. hab. Mirosława Dymona i mojej, jako pracowników naukowo-dydaktycznych Instytutu Muzyki (obecnie Wydziału Muzyki) Uniwersytetu Rzeszowskiego.
W najbliższych tygodniach zorganizujemy nasz koncert jubileuszowy z okazji 20-lecia działalności. W repertuarze mamy bardzo dużo różnorodnych utworów. Niektóre z nich, głównie tanga i polskie piosenki przedwojenne, które wykonywaliśmy m.in. z Jackiem Ściborem, z chórem założonym przez Ankę Kamińską-Marek. Wystąpimy z nimi w najbliższą sobotę w Tyczynie.
        Czasem występuję również jako solista z kwintetem smyczkowym „Arso Ensemble”, z którym od kilkunastu lat wykonuję też różne swoje opracowania.

Bardzo długo Ambitus V występował w tym samym składzie.
        - Ten skład nadal istnieje, ale częściowo jest wymienialny. Z Mirkiem Dymonem, który wraz ze mną zespół założył, tworzymy skrajną podstawę – ja gram najwyższy głos, a kolega najniższy. Na drugim, trzecim i czwartym akordeonie grają nasi wychowankowie: Tomasz Blicharz, Michał Stefanik oraz Mariusz Siuśta, którzy znani są na Podkarpaciu jako muzycy i pedagodzy.
         Gra w tym zespole jest dla nas wszystkich odskocznią od codziennej pracy pedagogicznej i przynosi nam wiele satysfakcji. Często występowaliśmy na Podkarpaciu i w innych regionach Polski oraz za granicą. Z wielkim powodzeniem koncertowaliśmy w prestiżowych ośrodkach muzycznych w Niemczech (Bielefeld, Saarbrücken), na Węgrzech (Szeged) i Słowacji (Presov).
        Mamy też zastępców w młodszym pokoleniu, ponieważ grają z nami w ostatnich latach także znani wykonawcy: Weronika Sura, Krzysztof Marek, Paweł Putlak. Są to naprawdę dobrzy, młodzi akordeoniści, którzy są w stanie zastąpić starszych.

Filharmonia 03.10.2025 Paweł Paluch 3Paweł Paluch - akordeon podczas wykonania Concerto resoviense w Filharmonii Podkarpackiej 3 października 2025 roku, fot. z arch Filharmonii Podkarpackiej

Czy zgodzi się Pan ze mną, że akordeon jest bardzo trudnym instrumentem?
         - Tak. Nie będę rozwijał tematu, ale mogę to potwierdzić, bo ukończyłem również fortepian główny w szkole muzycznej II stopnia. Te same utwory grane na obydwu instrumentach wymagają większej pracy na akordeonie.
         Ze względu na funkcje lewej ręki, wielu rzeczy nie da się skopiować z literatury fortepianowej na akordeon, aczkolwiek współczesne instrumenty koncertowe zaczynają to ułatwiać. To jest także bardzo szeroki temat. Akordeon nigdy nie zastąpi fortepianu ale możemy wnieść nowe wartości w niektóre rzeczy z tamtej literatury.

Miałam kiedyś okazję posłuchać lekcji z rozpoczynającym naukę gry na akordeonie młodym człowiekiem i pamiętam jak wiele uwagi nauczyciel poświęcał płynnemu prowadzeniu miecha.
         - Miech akordeonu można porównać do smyczka instrumentów smyczkowych, a szczególnie do wiolonczeli. Proszę zwrócić uwagą, że prowadzimy miech tak jak smyczek, ale nie prawą tylko lewą r eką. Miech w akordeonie jest nawet bardziej wrażliwy na ruch ręki niż smyczek, stąd praca nad zmianami miecha musi być jeszcze bardziej przemyślana, żeby tych zmian nie było słychać, bo to miałoby wpływ na strukturę interpretacyjną.
         W prawej ręce mamy pionową klawiaturę. Na fortepianie gra cała ręka, a na akordeonie gra przede wszystkim przedramię. Musimy radzić sobie innym przyłożeniem ręki w każdym miejscu klawiatury.
Podobną do smyczkowców mamy jedynie grawitację ręki spadającej w dół.
Brzmienie akordeonu przypomina trochę smyczki, trochę instrumenty dęte, trochę głos ludzki.
         Akordeon został skonstruowany na początku XIX wieku. Poszukiwano instrumentu przypominającego głos ludzki, na którym można było harmonicznie akompaniować i był niewielki, łatwy do przenoszenia.
Z czasem udoskonalano akordeony i instrumenty diatoniczne zastąpiono nowszymi, na których można było grać we wszystkich tonacjach. (Wprowadzono, co bardzo istotne, również w z lewej strony manuał melodyczny, który umożliwia już grę w pełni polifoniczną). Krótko mówiąc to jest bardzo ciekawy instrument dający wiele możliwości.

Działalność artystyczną rozpoczął Pan bardzo wcześnie, bo będąc uczniem szkoły muzycznej II stopnia i ona rozwijała się w czasie studiów i trwa do dzisiaj, natomiast działalność pedagogiczna rozpoczęła się chyba dopiero po studiach.
         - Pierwszym miejscem pracy, od 1988 roku była Katedra Wychowania Muzycznego Wyższej Szkoły Pedagogicznej, później Instytut Muzyki, a teraz Wydział Muzyki Uniwersytetu Rzeszowskiego. Od 1989 roku pracuję także w Akademii Muzycznej w Krakowie, gdzie przez kilka lat byłem asystentem, a od 1994 roku adiunktem. Obecnie na obydwu uczelniach pracuję na stanowisku profesora.
          Od 1995 roku pracuję także w Zespole Szkół Muzycznych nr 1 w Rzeszowie. Ucząc gry na akordeonie w I i II stopniu szkolnictwa, wychowałem także osoby, które później studiowały w klasie akordeonu.
Praca nauczyciela gry na instrumencie jest bardzo ważna na każdym stopniu szkolnictwa. Trzeba mieć dobre podejście do dzieci, potrafić rozwinąć u nich umiejętności i zachęcić ich do systematycznego ćwiczenia.
Z każdym uczniem trzeba pracować inaczej, bo każdy jest indywidualnością i trzeba wiedzieć jak go ukierunkować, motywować oraz jak pokierować jego rozwojem.
         Liczne badania potwierdziły, że wykształcenie muzyczne, nawet na poziomie szkoły muzycznej I stopnia, przekłada się później na sposób postrzegania, na wrażliwość i na myślenie nawet w innych dziedzinach nauki.

Pamiętam, jak Pan będąc uczniem szkół muzycznych I i II stopnia oraz w czasie studiów brał udział w konkursach. Otrzymał Pan pierwsze nagrody m.in. w Międzynarodowym Konkursie Nagrań fonograficznych w Pradze w 1981 roku i w Międzynarodowym Konkursie Akordeonowym w Klingenthal w 1985 roku.
        - To były takie lata, kiedy konkursów nie było tak dużo na świecie jak teraz, ale były one bardziej prestiżowe. Wysyłano na takie konkursy (z kraju) 2 – 3 osoby , które przeszły eliminacje i zostały zakwalifikowane do międzynarodowego konkursu. Samo zakwalifikowanie do konkursu już było powodem do satysfakcji, a zdobycie nagrody na znanym konkursie, to już było duże osiągnięcie. Na Konkurs w Klingenthal przyjeżdżali najlepsi z całego świata i zdobycie nagrody dawało wiele możliwości. Dwa lata temu, niestety zakończono organizowanie tych konkursów ze względów finansowych i nie wiadomo czy zostanie reaktywowany.
         Pozostał natomiast i może nawet zyskał większy prestiż konkurs w Castelfidardo we Włoszech, gdzie także produkowane są akordeony (podobnie jak w Klingenthal).

Pana uczniowie i studenci także biorą udział w konkursach
        - Obecnie konkursów o różnej randze jest dużo i dobrze że są, bo dzięki nim młodzi ludzie mają motywację do dalszej pracy. Wiele z nich to konkursy internetowe i te same nagrania można wysłać na kilka konkursów. Na jednych coś się zdobywa, a na innych nie. Rzadziej się teraz występuje na żywo. Ale tylko niektóre są o wysokiej randze.

Jaki jest poziom polskiej akordeonistyki?
         - Z satysfakcją mogę powiedzieć, że Polska jest w tej chwili na światowym poziomie jeśli chodzi o wykonawców – od dzieci do zawodowców.
Chcę podkreślić, że u nas, dzięki pewnym osobom, a przede wszystkim dzięki prof. Włodzimierzowi Lechowi Puchowskiemu, akordeon we wszystkich polskich akademiach muzycznych, jest traktowany tak samo jak inne instrumenty. Jest to ewenement w skali światowej, bo nigdzie na świecie nie ma tylu klas akordeonu i na takim poziomie grających.
        Pod tym względem w Rosji, Ukrainie na Białorusi, a także w Niemczech i Francji były kiedyś słynne ośrodki, w których kształcono akordeonistów. Na przykład w Niemczech z ponad 20 ośrodków akademickich, kształcono akordeonistów na poziomie akademickim tylko w kilku, a pozostało może 5, lub nawet mniej. W Moskwie nie ma aktualnie klasy akordeonu w Konserwatorium im. Piotra Czakowskiego, a w Instytucie Gniesinych, (od 2001 roku jest to Rosijskaja Akademia Muzyki im. Gniesinych), klasa akordeonu jest w Katedrze Instrumentów Ludowych. To nie jest taka sama ranga jak u nas.

Działając tak intensywnie i wielokierunkowo jest Pan z pewnością muzykiem spełnionym.
        - Nie do końca spełnionym. Chciałbym mieć dużo więcej czasu na granie. Być może, przy dobrej organizacji, będę miał wkrótce tego czasu więcej, żeby częściej pojawiać się na estradach. 

Filharmonia 03.10.2025 Orkiestra dyr. Sławemir Chrzanowski 4Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Podkarpackiej pod batutą Slawomira Chrzanowskiego podczas wykonania Poloneza Rzeszowskiego Pawła Palucha, 3 października 2025 r. fot. z arch. Filharmonii Podkarpackiej

W najbliższych miesiącach będzie sporo okazji do koncertów.
        - To prawda. Zespół Pieśni i Tańca „Resovia Saltans” obchodzi 50-lecie działalności, Podkarpacki Kwintet Akordeonowy „AMBITUS V” obchodzi 20-lecie. Wkrótce podamy terminy i miejsca koncertów.

Może Pan powiedzieć od ilu lat Pan koncertuje?
         - Nie wiem jakie wydarzenia i daty należałoby przyjąć. Od występów w międzynarodowych konkursach muzycznych w Białymstoku i Klingenthal, które zaowocowały wieloma koncertami minęło 40 lat. Miałem też niedawno inny jubileusz. Mój pierwszy występ w Orkiestrą Filharmonii Rzeszowskiej odbył się w 1975 roku. Miałem wtedy niespełna 11 lat, byłem w czwartej klasie szkoły muzycznej I stopnia, grałem Concertino G-dur na akordeon i orkiestrę niemieckiego kompozytora Kurta Mahra. Pamiętam, że dyrygował Andrzej Jakubowski i to był mój pierwszy występ z orkiestrą w dużej Sali Filharmonii.
Tegoroczny, październikowy koncert odbył się prawie dokładnie w 50. rocznicę tego wydarzenia.

Kończymy rozmowę z nadzieją, że niedługo będzie okazja do oklaskiwania Pana na scenie Filharmonii Podkarpackiej. Publiczności bardzo spodobały się zarówno Pana występ, jak i kompozycje.
        - Może otrzymam zaproszenie i będzie okazja do kolejnego spotkania.

Bardzo dziękuję za koncert i rozmowę.
        - Ja także dziękuję.

Zofia Stopińska

Anna i Józef Ruszlowie - Muzyka była zawsze naszym życiem

       Pomimo, że koncerty z okazji jubileuszu 70-lecia Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Podkarpackiej odbyły się w marcu i kwietniu rok jubileuszowy ciągle trwa, bo pierwszy koncert odbył się 29 kwietnia 1955 roku. Okazało się, że rozmowy z muzykami i pracownikami, którzy przed laty wnieśli swój wkład w rozwój zespołu, zaowocowały nowymi kontaktami i spotkaniami. Z wielką radością zapraszam do przeczytania rozmowy z państwem Anna i Józefem Ruszlami, perkusistką i wiolonczelistą, którzy grali w Orkiestrze w pierwszych dekadach jej działalności. Państwo Ruszlowie byli także pedagogami Państwowej Szkoły Muzycznej I i II stopnia, a wcześniej pan Józef był uczniem Średniej Szkoły Muzycznej.

Państwa życie i działalność związane były przez wiele lat z dwiema placówkami: Średnią Szkołą Muzyczną w Rzeszowie i Orkiestrą Symfoniczną.

     Józef Ruszel: W 1955 roku zdałem maturę w liceum w Łańcucie i dostałem się do Średniej Szkoły Muzycznej w Rzeszowie, która mieściła się na piętrze prywatnego budynku przy ul. Jana III Sobieskiego, bo na parterze mieszkał doktor Emanuel Reszke. Pan dyrektor Tomasz Czapla mieszkał w służbowym mieszkaniu na piętrze. Także na piętrze, w jednym pokoiku mieszkała pani Frania, która zatrudniona była w szkole jako woźna. Była wspaniałą i bardzo życzliwą osobą. Opiekowała się także uczniami, którzy dojeżdżali z odległych miejscowości i czasami musieli nielegalnie nocować w szkole. Rozkładane łóżka były schowane za piecem i jedną lub dwie noce można było spać w szkole.
       Starałem się o przyjęcie na akordeon, bo to był mój ulubiony instrument. Pamiętam, że na egzaminie wstępnym słuchali mojej gry pani Florentyna Mirska, znakomita pianistka pochodząca ze Lwowa i pan Tadeusz Hejda, który uczył gry na akordeonie. Dowiedziałem się, że zdałem egzamin i jakie przedmioty będę mnie obowiązywać w pierwszym roku nauki, a jednym z nich będzie fortepian dodatkowy. Pomyślałem, że nie mam fortepianu i nie będę miał na czym ćwiczyć. Zapytałem nieśmiało czy nie mógłbym się dodatkowo uczyć grać na wiolonczeli, ponieważ wcześniej w Łańcucie uczyłem się także na tym instrumencie.
Pan Tadeusz Hejda poprosił pana Jana Wołowca, który przyszedł z pożyczoną w magazynie wiolonczelą i powiedział, abym coś zagrał na tym instrumencie.
        Potwierdzono, że zostałem przyjęty i za tydzień będzie wywieszona lista. Jak po tygodniu przyszedłem sprawdzić, nie znalazłem swojego nazwiska. Udałem się do sekretariatu do pani Marii Czajewskiej, która skierowała mnie do dyrektora, a on powiedział: „Ziutek, spokojnie, jesteś przyjęty na wiolonczelę”. Na akordeon nie było już miejsc, a na wiolonczelę, oprócz Antka Walawendra, który uczył się grać na trąbce i dodatkowo miał lekcje gry na wiolonczeli, nie było chętnych. Wprawdzie dyrektor zapewnił mnie, że do półrocza na pewno znajdzie się dla mnie miejsce na akordeonie. Ja jednak zostałem już w klasie wiolonczeli.

Przekonał się Pan, że to jeden z najpiękniejszych instrumentów?

       J.R.: To prawda, ale był także inny powód. Późną jesienią tegoż roku, po zajęciach w szkole muzycznej, pan dyrektor Jan Wołowiec szedł na próbę orkiestry do WD. Spotkaliśmy się, bo także wychodziłem ze szkoły aby udać się na dworzec i wracać do Łańcuta. Pan Wołowiec zaproponował, aby pójść z nim na tę próbę. Nie chciałem się sprzeciwiać i poszedłem. Byłem ogromnie zaskoczony, kiedy posadził mnie przy pulpicie i od razu kazał grać.
        Okazało się, że w orkiestrze grało tylko dwóch wiolonczelistów, pan Franciszek Matyja i pan Jan Wołowiec. Byli zantagonizowani i jak pan Wołowiec dyrygował, to pan Matyja nie przychodził na próby. Nie dość, że pierwszy raz uczestniczyłem w próbie, to jeszcze byłem w tym dniu jedynym wiolonczelistą. Na pulpitach była Uwertura do opery Wesołe kumoszki z Windsoru Otto Nicolaiego. którą wiolonczela rozpoczynała solówką. Na szczęście była zapisana tylko w czterech pozycjach i potrafiłem ją zagrać a vista. Podobno bardzo dobrze wyszło, ale trema była wielka, bo miałem świadomość, że słucha mnie 40-tu pozostałych muzyków.
        Po kilku kolejnych próbach zaproponowano mi pracę w orkiestrze. Byłem już pełnoletni, po maturze i dlatego pomyślałem, że grając na akordeonie w przyszłości czeka mnie tylko dorywcza praca w zespołach grających na zabawach i weselach, a w orkiestrze będę miał stałą pracę. Przyłożyłem się solidnie do wiolonczeli i zacząłem pracę w orkiestrze od grudnia 1955 roku.

Wspomniał Pan, że pan Antoni Walawender uczył się w Średniej Szkole Muzycznej grać na trąbce, a ja pamiętam go jako wiolonczelistę.

       J.R.: Antek Walawender rozpoczął naukę w tej szkole w pierwszym roku jej działalności, dwa lata wcześniej niż ja. Był niezwykle uzdolnionym człowiekiem, ale trafił na bardzo trudne czasy. Mieszkał w Smolarzynach, odległych 6 kilometrów od Dąbrówki, skąd jeszcze miał 7 kilometrów do Łańcuta, aby pociągiem dojechać do Rzeszowa. Gdyby Antek żył w dzisiejszych czasach byłby na pewno słynnym instrumentalistą. Nie spotkałem w życiu drugiego tak zdolnego człowieka.
       Gry na wiolonczeli uczyła nas pani Murczyńska uczennica słynnego wiolonczelisty i kompozytora Davida Poppera. Miała wtedy już 75 lat. Była bardzo wymagająca, ale zawodziła ją już pamięć. Często nie pamiętała, co zadała nam do przygotowania podczas poprzedniej lekcji i otwierała nuty z nowymi, nieraz bardzo trudnymi utworami, które po raz pierwszy widzieliśmy na oczy. Ja nie potrafiłem skorzystać tyle podczas lekcji co Walawender. On potrafił grać ze słuchu, czego ja nie potrafiłem. Zawsze prosił panią Murczyńską, aby najpierw zagrała i powtarzał to. Miał genialną pamięć, a ja musiałem dłużej pracować nad utworem, aby nauczyć się go na pamięć. 

Ruszlowie Album Marianna Kniaź Józef RuszelWiolonczeliści Marianna Kniaź i Józef Ruszel, fot. z albumu państwa Anny i Józefa Ruszlów

Jak Pan rozpoczynał pracę w Wojewódzkiej Orkiestrze Symfonicznej w Rzeszowie, jej siedzibą był Wojewódzki Dom Kultury, a kto szefował orkiestrze?

       J.R.: Od września 1955 roku dyrektorem artystycznym był pan Janusz Ambros. Próby odbywały się w WDK, w sali nr 26 na drugim piętrze. To była sala muzyczna i dzieliliśmy ją m.in. z kapelą ludową, którą prowadził pan Jan Robak. Orkiestra miała próby dwa razy w tygodniu – w poniedziałki i czwartki po południu. Dodatkowe próby często odbywały się na dole w szatni kina obok sali widowiskowej. Pamiętam takie czasy, że jak chciałem przed próbą poćwiczyć na wiolonczeli, to schodziłem do piwnicy, gdzie gromadzono drewno i węgiel na opał. Siadałem na pieńku, na którym rąbano drewno i ćwiczyłem. Zimą musiałem ubrać płaszcz i specjalnie miałem rękawiczki z obciętymi palcami. Musiałem wykorzystać każdą wolną chwilę na przygotowanie repertuaru zadanego w szkole i na próby orkiestry. Pan dyrektor Ambros miał zwyczaj przepytywania muzyków, polegający na graniu solo partii w poszczególnych grupach.
       Część muzyków w grupie dętej tworzyli członkowie dwóch orkiestr: Kolejowej Orkiestry Dętej i Orkiestry Dętej WSK, a oni pracowali jeszcze zawodowo w tych zakładach. Próba rozpoczynała się o 16.00, kończyliśmy o 20.00, a ja o 20.06 miałem pociąg do Łańcuta. Kilku muzyków także jechało w tym kierunku, a pan dyrektor Janusz Ambros nie chciał nas zwalniać wcześniej. Cichutko przygotowywaliśmy się do wyjścia chociaż 5 minut wcześniej. Na szczęście dworzec PKP był niedaleko, my byliśmy młodzi i szybko biegaliśmy.
Koncerty odbywały się co dwa tygodnie w piątki w sali widowiskowej kina WDK. Pamiętam, że na koncerty był montowany nad sceną specjalny sufit, żeby dźwięk nie uciekał do góry. Ale i tak akustyka w tej sali nie była dobra, szczególnie dla instrumentów smyczkowych, których ciągle było za mało, a ponadto proponowany przez pana Janusza Ambrosa repertuar często był dla nas często za trudny.

Pani Ania usiadła obok i słucha nie odzywając się, a przecież Pani także grała w orkiestrze. Pani imię i nazwisko kojarzy mi się przede wszystkim z kotłami.

       Anna Ruszel: Od 2 stycznia 1962 roku przez kilka lat grałam w orkiestrze na kotłach. Jednak już miesiąc później, kolega waltornista polecił mnie w szkole i rozpoczęłam pracę jako nauczyciel. Później zaczęły się kłopoty ze zdrowiem i uczyłam już tylko w szkole.
       Pamiętam, jak przyjechał z Kanady do Rzeszowa starszy pan z laseczką, który przed wojną był właścicielem budynku, w którym mieściła się szkoła muzyczna. Ponieważ ja przez kilka miesięcy, pod nieobecność zastępcy dyrektora, wykonywałam jego obowiązki, to zostałam poproszona, aby pokazać temu panu szkołę i opowiedzieć, co się w niej dzieje. Długo rozmawialiśmy i bardzo się cieszyłam, że był bardzo zadowolony iż w budynku, który kiedyś był jego własnością jest teraz szkoła muzyczna.

Ruszlowie Album Anna RuszelAnna Ruszel - kotły, fot. z albumu państwa Anny i Józefa Ruszlów.

Jaka była atmosfera w tym zespole?

       J.R.: Pomimo, że większość muzyków to byli starsi ludzie – tylko w kwintecie grało kilku młodych uczniów szkoły muzycznej, to atmosfera była bardzo dobra, wręcz przyjacielska. Integrowały nas liczne wyjazdy z koncertami, szczególnie te dalekie – do Lubaczowa, Gorlic, Ustrzyk Dolnych… Wracało się czasami do Rzeszowa po północy. Norma wynosiła 17 koncertów w miesiącu, a często było ich więcej. Mieliśmy nawet własny autobus z kierowcą panem Tadeuszem Malcem. Założenie było takie, że miało być 11 godzin przerwy po takim późnym powrocie do Rzeszowa, ale nie zawsze to było przestrzegane.
        Pamiętam jak kilka koncertów rozrywkowych prowadził pan Stefan Rachoń i potrzebował w składzie orkiestry muzyka grającego na gitarze elektrycznej. W szkole uczono grać na gitarze klasycznej, a o elektrycznej mało kto słyszał.
Filharmonia zakupiła specjalny sprzęt, a ponieważ dowiedzieli się, że amatorsko grywam na gitarze i dyrektor Józef Maroń mnie do tych koncertów zatrudnił.
       Pan Stefan Rachoń był bardzo zdziwiony, bo spodziewał się amatora, z długimi włosami, nie znającego nut, a przy pulpicie znalazł się młody, elegancko ubrany człowiek, który świetnie czytał nuty.
        Później, pan Tadeusz Chachaj prowadził także big-band grający muzykę rozrywkową: 5 saksofonów, 4 trąbki, 4 puzony i sekcja rytmiczna. Wtedy zakupiono dobry niemiecki sprzęt: gitarę elektryczną, organy elektryczne… Występowali z nami bardzo wówczas popularni soliści. Często zamiast nut otrzymywaliśmy tylko prymkę i funkcje. Wtedy Edwarda Barczewskiego, zastępował inny pianista - Leszek Steciak. Gra w takim zespole wymagała specjalnych umiejętności.

Czy tak wielka ilość koncertów przekładała się na wysokie zarobki?

        J.R.: Cieszyłem się, że mogę się uczyć i pracować, nie przywiązywałem wtedy do zarobków wielkiej wagi. Sytuacja muzyków zmieniła się dopiero jak zmienił się status zespołu. Orkiestry o statusie wojewódzkim miały normy narzucone przez wojewódzkie wydziały kultury, ponieważ to od nich otrzymywaliśmy środki na wynagrodzenia, a dopiero jak zostaliśmy Państwową Orkiestrą Symfoniczną w Rzeszowie, a później Państwową Filharmonią, to otrzymywaliśmy pieniądze z Ministerstwa Kultury. Wtedy mieliśmy wyższe gaże, a koncertów mniej. Było także więcej pieniędzy na wyposażenie.

        A.R.: W tamtych czasach bardzo się cieszyłam, że pracuję z ludźmi. Zastanawiałam się czasem, kto jeszcze ma taki zawód, że widzi równocześnie wszystkich kolegów.
        W przerwach chodziło się na ploteczki, a ponieważ wszystkie pomieszczenia w WDK były zajęte, siadało się na drewnianych schodach prowadzących na ostatnią kondygnację.
         Kobiety miały garderobę dopiero wtedy, kiedy w pomieszczeniu służącym nam za szatnię, panowie powiesili na wieszakach swoje płaszcze. Po drugiej stronie miałyśmy garderobę. To także były piękne czasy, bo człowiek był młody, pełen zapału i bardzo zaangażowany.

Pewnie wszyscy muzycy i melomani marzyli o nowym budynku.

        J. R.: To prawda, ale kiedy wreszcie ten budynek był już prawie ukończony, to ja przestałem pracować w orkiestrze. Zawdzięczam to panu dyrektorowi Stanisławowi Michalekowi.
Zachorowałem i nie mogłem jeździć w teren. Prosiłem o przejście na pół etatu i o możliwość pracy tylko w Rzeszowie. Pan dyrektor nie wyraził zgody, uzasadniając to potrzebą pracy sześciu wiolonczelistów na pełnych etatach. Dlatego pożegnałem się z orkiestrą i zostałem już tylko nauczycielem, chociaż bardzo chciałem grać.
        W nowym budynku Filharmonii grałem jedynie jako muzyk doangażowany. Jak trzeba było 10 albo 12 wiolonczel w składzie orkiestry, albo jak był program rozrywkowy to zatrudniano mnie jako gitarzystę.

         A. R.: Zawsze marzyliśmy o własnym budynku i byliśmy bardzo zaangażowani w jego powstanie na każdym etapie. Jak kładziony był kamień węgielny pod nowy budynek Filharmonii przy ulicy Chopina, to moja ręka tam była, kamień został przeze mnie dotknięty. 

Ruszlowie Album Anna Ruszel Marianna Kniaź Maria KuklaZ pierwszych dekad działalności Orkiestry Filharmonii Rzeszowskiej podczas wyjazdu z koncertami, Anna Ruszel - kotły, Marianna Kniaź - wiolonczela, Maria Kukla = wiolonczela, fot z albumu państwa Anny i Józefa Ruszlów.

W szkole uczył Pan grać na wiolonczeli.

        J.R.: Równolegle uczyłem także na gitarze klasycznej, bo trzeba było wspomóc pana Witolda Żebrowskiego, który po zakończeniu pracy w wojsku, został zatrudniony w szkole jako nauczyciel gry na gitarze. Pamiętam nawet, że pan Witold doskonalił swoje umiejętności pobierając lekcje gry na gitarze w Łodzi.

Myślę, że z wielką sympatią wspominają Państwo dawne lata.

       J. R.: Oczywiście, muzyka zawsze była moim życiem. Już będąc bardzo młodym chłopcem, starałem się chodzić na wszystkie imprezy, podczas których usłyszeć można było muzykę. Innych możliwości nie było. W domu był „kołchoźnik”, w którym dwa razy dziennie nadawane były kilkunastominutowe programy informacyjne.

        A.R: W ostatnich latach mój mąż jest związany nie tyle z muzyką, co z instrumentami. Sam się wszystkiego nauczył. Umiejętności gry na kilku instrumentach także zawdzięcza talentowi i ogromnej pracowitości. Bardzo wcześnie nauczył się także reperować instrumenty strunowe i do tej pory to robi, tylko już mniejsze instrumenty, bo nie ma siły na naprawianie wiolonczeli czy kontrabasu.
Jestem osobą skorą do krytyki, ale zachwycam się umiejętnościami lutniczymi mojego męża. Potrafi tak przepięknie odnawiać i naprawiać instrumenty, że wszyscy którzy je odbierają są także zachwyceni.

        J. R.: Owszem, zajmuję się tym od dawna. Jak zacząłem pracować w szkole, okazało się, że nie ma instrumentów do grania. Magazyn był pełny, ale nie było na czym grać. Dostałem od dyrektora Wołowca uszkodzoną wiolonczelę i postanowiłem ją naprawić. Udało się i to samo zrobiłem z kolejną… Czytałem bardzo dużo literatury na ten temat, ale też miałem po prostu do tego smykałkę. Naprawiłem 24 wiolonczele za darmo i w końcu się nauczyłem.
W Filharmonii Rzeszowskiej grał na altówce pan Stanisław Stańko, który był zawodowym lutnikiem i zajmował się wyłącznie budową instrumentów. Szkoda mu było czasu na naprawy.

        A.R.: Ja uważam, że o wiele trudniej jest naprawiać instrumenty niż je budować. Budując tworzy się coś nowego według określonych zasad, a naprawiając trzeba dobrze głową i rękami ruszyć, żeby wiadomo było co zrobić, aby instrument nadawał się do gry. Proszę przyjść do nas i zaglądnąć do najmniejszego pokoju. Ile tam różnych narzędzi, fachowych książek i pism. Wszystkie w idealnym stanie.

        J. R.: Praca nad naprawą instrumentów wymaga doświadczenia i cierpliwości. Obecnie jest trochę łatwiej, bo można kupić podstawki, kołki i inne części. Dawniej trzeba je było zrobić samemu, ale i teraz za każdym razem jest inna robota, inne narzędzia są potrzebne – mam ich mnóstwo sprowadzonych od Henglewskich z Poznania.
         Każdy instrument, który do mnie trafia ma trochę inne wymiary, zbudowany jest z innego materiału… To jest bardzo ciekawe. Literatura na ten temat jest bardzo bogata.
          Znany lutnik z Łańcuta, pan Tadeusz Kmiecik bardzo długo nie przyjmował do naprawy skrzypiec, nie robił korekt, bo wolał budować instrumenty od nowa.

Wychowali Państwo wiolonczelistę, która jest muzykiem w Filharmonii Podkarpackiej.

         A. R.: Jesteśmy bardzo dumni, ale dumni jesteśmy także z wnuczki, która ukończyła naukę w szkole muzycznej I stopnia, znakomicie grała w siatkówkę, zdała maturę z drugim wynikiem w szkole – na wszystko miała czas. Już po ukończeniu szkoły muzycznej, trzykrotnie uczestniczyła w Międzynarodowych Kursach Muzycznych w Łańcucie. Kiedy pracowała nad Koncertem Mendelssohna, profesor zapraszał innych pedagogów, aby posłuchali jak amatorka pięknie gra.
         Podczas studiów matematycznych w Krakowie, została zaproszona do udziału w koncercie organizowanym w ramach plenerowego festiwalu „Wawel o zmierzchu”. Grała wprawdzie w drugich skrzypcach, ale w programie była VII Symfonia Beethovena, a dyrygował znakomity Antoni Wit.
         Teraz Julcia uczy w Linzu matematyki, ale podobnie jak my jest pasjonatką muzyki.

Bardzo Państwu dziękuję za spotkanie i rozmowę.

A. R. i J. R.: My również dziękujemy

Zofia Stopińska

9. Rzeszowska Jesień Muzyczna - Kameralnie u Dominikanów

Trzeci koncert 9. Rzeszowskiej Jesieni Muzycznej odbył się 5 października 2025 roku u Dominikanów. Wystąpił znany doskonale festiwalowej publiczności i podobnie jak podczas występów w poprzednich edycjach gorąco oklaskiwany Extra Sounds Ensemble.
O programie występu, działalności i koncertach w Rzeszowie rozmawiałam z panią Alicją Śmietaną, znakomitą skrzypaczką, koncertmistrzem i liderką zespołu.

Extra Sounds Ensemble istnieje już kilkanaście lat.

       W tej formacji gramy już kilkanaście lat, a znamy się w większości od bardzo młodych lat, bo w zespole gra kilka osób, które znam od piątego albo szóstego roku życia, bo razem rozpoczynaliśmy naukę w szkole muzycznej. Doświadczenia grania ze sobą mamy bardzo duże. Graliśmy razem w różnych formacjach i różnych składach, a w tym zespole już prawie 14 lat.

Czy zespół działa w ramach jakiegoś ośrodka kultury?

        Nie, jesteśmy niezależnym zespołem, a wielu z nas grało w Orchestra Of Life, którą lata temu stworzyłam dla Nigela Kennediego, mojego bliskiego przyjaciela i osoby, z którą pracowałam od najmłodszych lat mojego życia. Kiedy Orchestra Of Life przestała istnieć, bo wyczerpał się stworzony razem projekt, brakowało nam bardzo swojego towarzystwa i postanowiliśmy stworzyć niewielką kameralną wersję poprzedniego zespołu, który jest bardzo plastyczny i mamy wiele do zaoferowania publiczności.

Pewnie dlatego macie ciągle propozycje koncertów zarówno w Polsce, jak i za granicą.

       Chociaż dosyć często koncertujemy, to nawet w krótkich przerwach między spotkaniami, bardzo za sobą tęsknimy i każdy z nas jest bardzo zajętym człowiekiem. Członkowie naszego zespołu są znakomitymi solistami, kameralistami i liderami orkiestr rozsypanych po świecie, ale wszyscy jesteśmy bardzo związani z Krakowem, bo z tego pięknego miasta pochodzimy.
Bardzo się cieszymy, że wystąpiliśmy tutaj, bo Rzeszów stał się także dla nas bardzo ważnym miastem, ponieważ poza Krakowem najwięcej koncertów zagraliśmy na festiwalu Rzeszowska Jesień Muzyczna.

Zostaliście dzisiaj, podobnie jak w latach ubiegłych, gorąco powitani przez liczną publiczność.

        Tak i to jest cudowne, bo byliśmy zawsze nasze występy były tak gorąco przyjmowane jak dzisiaj. Publiczność jest wspaniała. Za każdym razem staramy się oferować inny repertuar, żeby pokazać jak wiele można osiągnąć w tak niewielkim składzie.
Dzisiaj prawie cały program wypełniła muzyka barokowa i zabrzmiały utwory, które na taki niewielki skład zostały napisane, ale w poprzednich latach graliśmy specjalnie zaaranżowane kompozycje. Były to wielkie dzieła opracowane na małą orkiestrę kameralną, albo z fortepianowych utworów tworzyłam aranżacje.
        W tym roku wybraliśmy muzykę baroku, bo w tej epoce bardzo ważna była improwizacja. Dla nas także bardzo ważna była i jest improwizacja, możliwość dodania czegoś od siebie. Mogliśmy pokazać, że wachlarz muzyki improwizowanej jest bardzo szeroki.
Najpierw usłyszeli Państwo Concerto grosso c-moll op. 6 nr 3 Arcangello Corellego z partiami solowymi skrzypiec, altówki i wiolonczeli, później Suita Orkiestrowa nr 3 Johanna Sebastiana Bacha, Koncert wiolonczelowy c-moll Johanna Christiana Bacha i na finał Koncert na dwie wiolonczele g-moll Antonio Vivaldiego.

9. Rzeszowska Jesień Muzyczna Alicja ŚmietanaAlicja Śmietana - skrzypce, koncertmistrz i lider Extra Sounds Ensemble, fot. SPMK

Jak przygotowuje Pani koncerty Extra Sounds Ensemble. 

        Od ponad 20 lat mieszkam w Londynie na stałe. Występuję najczęściej jako solistka, ale pozostali członkowie zespołu także mają swoje indywidualne kariery solowe i kameralne. Mają bardzo wiele do zaoferowania. Każdy żyje swoim własnym życiem, a spotkania w tym gronie są dla nas wielkim świętem. Przyjeżdżam do Polski tylko na projekty specjalne, którym zawsze poświęcam dużo czasu i serca. Dla mnie w tworzeniu każdego zespołu zawsze bardzo ważna była atmosfera i ludzie, z którymi gram. Chęć współpracy, wzajemnego zrozumienia, budowanie swoich własnych potrzeb artystycznych. I oczywiście praca z kalendarzem i dlatego w tym zespole zdarza się, że czasami mamy nowego członka, który zawsze jest serdecznie przyjmowany.
       Terminy koncertów muzyki klasycznej są rezerwowane z bardzo z wielomiesięcznym wyprzedzeniem, ale czasami zdarzają się także zastępstwa w naszym zespole. Zawsze decyzja o tym jest podejmowana przez wszystkich. Wszyscy stali członkowie doskonale wiedzą do jakiego poziomu dążymy.

Taka zadaniowa praca jest ciekawa, bo występuje się w różnych salach na świecie i cięgla poznaje się wielu artystów.

        To dla każdego artysty jest bardzo ważne, bo ta różnorodność jest „przyprawą” w naszym życiu. Im w szerszych muzycznych gronach się obracamy, tym ciekawsze staje się nasze życie, nasze doświadczenia i nasza gra.
Każde doświadczenie - od malarstwa, przez sztuki teatralne, kino do muzyki coś nam daje i rozwija nas ogromnie. Im tego więcej w życiu, tym ciekawsi jesteśmy.

Nie może się Pani podjąć pracy pedagogicznej, która wymaga częstego stałego kontaktu z uczniem czy studentem.

        Nie, ale bardzo lubię kontakty z młodymi zdolnymi skrzypkami i prowadzić różne warsztaty i kursy mistrzowskie. Robię to okazjonalnie w wolnym czasie. Są to głównie letnie akademie muzyczne. Mój grafik koncertowy nie pozwala na to, żeby podjąć pracę na etacie. Na przykład w czasie epidemii COVID-19 byłoby jakieś zabezpieczenie finansowe, ale na pewno nie wystarczałoby mi to.
Aktywne życie koncertowe, różnorodność i podróże są dla mnie bardzo ważne.

Pochodzi Pani z rodziny muzycznej.

       Tak, w mojej rodzinie którem był jazz, bo tato był gitarzystą jazzowym. Moje zainteresowanie muzyką klasyczną wynikało z determinacji i ciężkiej pracy od dziecka oraz entuzjazmu. Skrzypce zaczęły mnie fascynować na bardzo wczesnym etapie, bo odkąd pamiętam były moim jedynym planem na życie. Muzyka jest zawsze na pierwszym miejscu w moim życiu.

9. Rzeszowska Jesień Muzyczna 5.X.2025 Extra Sounds Ensemble 1Extra Sounds Ensemble podczas koncertu w Kościele OO. Dominikanów w Rzeszowie, fot. SPMK

Jesteście już przyzwyczajeni do tej świątyni.

        To jest dziewiąty festiwal, my wystąpiliśmy już po raz siódmy, albo ósmy. Doskonale znamy akustykę wnętrza kościoła, która jest wymagająca, ale ciekawa dla nas. Jesteśmy niewielkim zespołem, ale w tej katedralnej akustyce utwory w naszym wykonaniu brzmią czasami potężnie. Bracia Dominikanie zawsze nas serdecznie przyjmują, publiczność także jest wspaniała, czujemy jej sympatię podczas występu, a gorące brawa są wielką nagrodą.

Mam nadzieję, że znajdziecie czas na występ w Rzeszowie w październiku przyszłego roku.

        Będziemy się starać, bo będzie to dziesiąta edycja Rzeszowskiej Jesieni Muzycznej. Pomyślimy też o ciekawym programie.

Bardzo dziękuję za wspaniały koncert i za rozmowę.

         Ja także serdecznie dziękuję.

Zofia Stopińska

W ramach 9. Rzeszowskiej Jesieni Muzycznej odbędą się jeszcze dwa koncerty.

11 października 2025 o godz. 19:00 w Kościele oo. Dominikanów w Rzeszowie wystąpi Hornet Quartet w składzie: Michał Szczerba, Gabriel Czopka, Łukasz Łacny, Piotr Kowalski. W programie m.in. utwory J. Williamsa, L. Bernsteina, E. Bozzy, J. Stokłosy, C. Debussy'ego.

12 października 2025 o 18:00 w Zespole Szkół Muzycznych nr 1 im. K. Szymanowskiego przy ul. F. Szopena 32 w Rzeszowie rozpocznie się koncert finałowy w wykonaniu Książek Piano Duo:: Krzysztof Książek, Agnieszka Zahaczewska-Książek (fortepian). W programie utwory M.Moca i F. Mendelsoohna-Bartholdy'ego.

Gorąco polecamy Państwa uwadze te koncerty.

Wstęp wolny

Subskrybuj to źródło RSS