wywiady

Mistrzowski recital prof Józefa Serafina w Bazylice Leżajskiej

Zofia Stopińska : Z panem prof. Józefem Serafinem – dyrektorem artystycznym Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Organowej i Kameralnej Leżajsk 2017 rozmawiamy przed czwartym koncertem tegorocznej edycji. Pierwsze koncerty odbywały się codziennie ( 16 – 19 czerwca), a kolejne będą już w poniedziałki do 31 lipca.

Józef Serafin : Faktycznie w tym roku Festiwal kończy się w ostatnim dniu lipca, ale uwzględniając stałą ilość koncertów, ten pierwszy blok złożony z czterech koncertów, powoduje, że kończymy nieco wcześniej. Zwykle koncerty odbywały się do połowy sierpnia.

Z. S. : Podczas wszystkich koncertów, które odbywają się w Bazylice zabrzmią słynne leżajskie organy. Zaprosił Pan znakomitych organistów spośród których połowa to młodzi artyści mający na swoim koncie znaczące osiągnięcia, a druga połowa to wspaniali, uznani mistrzowie  gry organowej.

J. S. : Myślę, że tych młodych także możemy nazwać już mistrzami, bo oni już także są  zdolni do kreacji mistrzowskich. Młodzi organiści, którzy występują w Leżajsku, to najczęściej nasi absolwenci, a czasem jeszcze nawet studenci, tutaj wiek nie gra roli – liczą się umiejętności, talent, zdolność do udźwignięcia takiej odpowiedzialności, jaką jest występ na tym Festiwalu i to dotychczas udawało się w stu procentach. Nie znaczy to, że ta druga połowa to wyłącznie starzy organiści (śmiech…). Rozpiętość wieku w tym roku jest dosyć duża, a najlepszym tego dowodem jestem ja sam.

Z. S. : Będziemy mieć w tym roku koncert, podczas którego zabrzmią  dwa instrumenty.

J. S. : Będzie taki koncert, ale to się już podczas festiwalu zdarzało – występowały duety organowe. Na organach można z powodzeniem grać także na cztery ręce, a nawet i na cztery nogi. Granie na dwóch instrumentach sprawia pewną trudność ze względu na odległość i brak komunikacji. Pod tym względem, w Bazylice Leżajskiej nasze doświadczenia sięgają dawnych czasów, kiedy odbywały się nagrania w których duety organowe były utrwalane przy użyciu bocznych instrumentów i wówczas odległość była ogromna. Była kiedyś nagrywana część utworu Tadeusza Mahla skomponowanego na troje organów. Nawet jeżeli nie uda się uzyskać w przypadku korzystania z dwóch czy trzech instrumentów idealnego zgrania, to wydaje mi się, że sam efekt wart jest tego, żeby takie ryzyko podjąć i w tym roku będziemy mieć międzynarodowy duet podczas koncertu, który odbędzie się 10 lipca. Wystąpi polska organistka - Łodzianka, która aktualnie przebywa w Arizonie i tam założyła rodzinę oraz Litwinka. Artystki poznały się podczas Festiwalu, który odbywa się w Sejnach i bywają na nich utalentowani młodzi organiści z Polski a także przyjeżdża młodzież z Litwy.

Z. S. : Wystąpią w tym roku podczas Festiwalu w Leżajsku młode organistki z Litwy i Rosji. Czy wie Pan jak dużo jest klas organów na akademiach muzycznych w tych krajach?

J. S. : Za naszą północną granicą, czyli na Litwie – jeszcze za czasów Związku Radzieckiego miała ten przywilej, że na Akademii Muzycznej w Wilnie, była jedyna w całym Związku Radzieckim klasa organów, którą prowadził żyjący jeszcze prof. Leopoldas Digris. Grało się na organach także w słynnych konserwatoriach w Moskwie i Leningradzie (dzisiaj w Petersburgu), ale tam grali na organach niektórzy pianiści. Można było zająć się organami jeśli ktoś był świetnym pianistą, co pod wieloma względami ułatwiało grę na organach. Nie były tam jednak organy tak dowartościowane, jak w Akademii Muzycznej w Wilnie.

Z. S. : Słyszałam, że na koncerty organowe w Rosji przychodzą tłumy.

J. S. : Mogę na to odpowiedzieć tylko tak , że w czasach Związku Radzieckiego na koncerty organowe przychodziły rzeczywiście tłumy. Wówczas bardzo często tam występowałem. Po rozpadzie Zawiązku Radzieckiego oczywiście koncerty organowe odbywają się tam dalej i także cieszą się powodzeniem, bo jest to instrument, który zawsze przyciągał rosyjską publiczność, która jest jedną z najlepszych na świecie.

Z. S. : Pana działalność toczy się w bardzo odległych miejscach w Polsce. Ma Pan klasy organów  w Akademii Muzycznej w Krakowie i na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie, jest Pan także dyrektorem artystycznym festiwali muzyki organowej i kameralnej w Leżajsku, Kamieniu Pomorskim i w Sejnach.

J. S. : Faktycznie sprawuję pieczę artystyczną nad festiwalami w Kamieniu Pomorskim, Sejnach i w Leżajsku i jestem w tych miastach każdego roku niejeden raz. Odnośnie działalności pedagogicznej, to ona ze względu na istniejące przepisy, w  związku z moim wiekiem jest już mocno zredukowana, ale poza Warszawą i Krakowem mam aktualnie jeszcze Gdańsk. Trudno powiedzieć, bo to tylko Pan Bóg wie, jak długo będę mógł to jeszcze kontynuować.

Z. S. : Do niedawna mówiło się, że prof. Józef Serafin całe lato spędza na podróżach koncertowych – jak wyjeżdża z domu na początku lata, to powraca kiedy już jesień zaczyna królować.

J. S. : To też już jest przeszłość. W tej chwili mieszkam nie tylko w Warszawie, bo mam także mieszkanie w Gdyni, która nie jest może miejscowością stricte wczasową, ale są tam bardzo ładne miejsca, gdzie można spędzić lato i wypocząć w formie bardziej wczasowej. Na szczęście już nie „szaleję” tak już z tą działalnością koncertową w okresie letnim, chociaż każdy organista latem koncertuje najczęściej.

Z. S. : Dzisiaj w Leżajsku usłyszymy tylko największy instrument?

J. S. : Ze względu na program koncentruję się wyłącznie na największych organach. Zawsze z upodobaniem starałem się pokazywać dwa mniejsze instrumenty, ale po wczorajszej próbie doszedłem do wniosku, że Preludium i fuga e-moll – Nicolausa Bruhnsa, Trzy preludia chorałowe – Jana Sebastiana Bacha i I część Symfonii organowej op. 45 – Feliksa Nowowiejskiego, najlepiej zabrzmią na dużych organach Leżajskiej Bazyliki. Chcę podkreślić, że utwory organowe Feliksa Nowowiejskiego z pewnością nie były komponowane z myślą o takim instrumencie, który mamy w Leżajsku, ale chciałem podkreślić, że w ubiegłym roku minęła 70-ta rocznica śmierci, a w bieżącym roku przypada 140-ta rocznica urodzin Feliksa Nowowiejskiego. Z tej okazji odbędzie się we wrześniu kolejny konkurs w Poznaniu a w Gdańsku tamtejsi organiści nagrywają wszystkie symfonie organowe Nowowiejskiego. Po raz pierwszy w Polsce nagrywany jest komplet symfonii organowych tego kompozytora. Znam niemieckiego organistę, który gra wszystkie symfonie Nowowiejskiego, ale nie wiem, czy je nagrał.

Z. S. : Z Leżajskiem czuje się Pan związany od wielu lat i chętnie Pan tutaj przyjeżdża.

J. S. : Naturalnie, przyjeżdżam tutaj z wielką radością – m.in. dlatego, że moje związki z Leżajskiem trwają już prawie 50 lat i sięgają czasów, kiedy tutaj nagrywało się płyty winylowe, które w tej chwili wróciły do łask. W tym czasie koncerty organowe w Bazylice Leżajskiej odbywały się sporadycznie, natomiast było wiele nagrań. W tej chwili nagrań robi się mało, ale cała dyskografia zarejestrowana tutaj jest bardzo duża.

Z prof. Józefem Serafinem – dyrektorem artystycznym XXVI Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Organowej i Kameralnej Leżajsk 2017 – rozmawiałam 19 czerwca 2017 roku.

Po wyśmienitym recitalu podczas którego mistrz Józef Serafin pokazał nam wiele walorów największych organów Bazyliki Leżajskiej, znajdujących się w nawie środkowej, w części kameralnej wystąpił z bardzo różnorodnym programem Zespół instrumentów dętych blaszanych Poznań Brass.

Dzisiaj (26 czerwca 2017r.) o godz. 19.00 rozpocznie się koncert podczas którego wystąpią czeski organista Michał Novenko i polska sopranista Magdalena Witczak.

W ramach XXVI Międzynarodowego Festiwalu Muzyki Organowej i Kameralnej grupa leżajskich fotografików tj. Anna Węglarz, Ryszard Weglarz, Mieczysław Wroński oraz Wacław Padowski, prezentują wystawę fotograficzną "Symbole wiary". Jest to kolejna wystawa o tematyce sakralnej, której celem jest pokazanie symboli chrześcijaństwa występujących w naszym otoczeniu.

Jak podkreślają autorzy zdjęć: "Chcemy zwrócić uwagę na ich piękno oraz tajemniczość. Różnorodnością prezentowanych fotografii pragniemy wzbudzić zainteresowanie odbiorcy, nad ich znaczeniem oraz genezą powstania. Symbol jest związany z sacrum i sprawia, że człowiek przybliża się do głębokich znaczeń związanych z sensem jego obecności w świecie. Zmusza do myślenia i nie może być obojętny dla nas". Wystawa czynna jest godzinę przed każdym koncertem festiwalowym w pomieszczeniach Muzeum Prowincji Ojców Bernardynów w Leżajsku.

Chór Łańcuckiej Fary ukończył 35 lat

10 czerwca 2017 roku 35-lecie działalności obchodził Chór Łańcuckiej Fary. Jubileusz rozpoczęła Msza św. w intencji członków i opiekunów Chóru, a później odbył się uroczysty koncert zatytułowany „W hołdzie Maryi”.  Chórem Łańcuckiej Fary dyrygował Michał Horodecki, przy organach zasiadł Jan Szydło, a o historii i dokonaniach Chóru a także o wykonywanych utworach bardzo interesująco mówił Krzysztof Szczepaniak. Licznie zgromadzona publiczność wysłuchała kilkunastu pięknych,  znakomicie wykonanych, chociaż trudnych utworów. Chór popisał się pięknym śpiewem i niezwykłą muzykalnością, podziwialiśmy także kunszt dyrygenta Michała Horodeckiego i wykonującego partie organowe Jana Szydło. Ponieważ założycielem chóru był 35 lat temu pan Jan Szydło – organista łańcuckiej Fary, a także dyrektor Państwowej Szkoły Muzycznej I stopnia im. Teodora Leszetyckiego w Łańcucie, poprosiłam aby opowiedział o historii Chóru, ponieważ  na początku lat 80-tych ubiegłego wieku działało mało chórów parafialnych i nie były to łatwe czasy.

Jan Szydło : Ma pani rację, to były trudne lata i chórów nie było za dużo, ale mieliśmy wielką motywację, aby w 1982 roku założyć chór i pracować z nim wytrwale dlatego, że w 1979 roku rozpoczęły się pielgrzymki Ojca Świętego Jana Pawła II do Polski i chóry uczestniczyły w uświetnianiu liturgii podczas tych pielgrzymek. Powstawał duży ponad 100-osobowy chór i wszystkie chóry, które reprezentowały odpowiedni poziom, śpiewały razem. To była dla nas wielka mobilizacja do intensywnej pracy, do rozwijania się, do ćwiczenia. Chór także powiększył się, bo dołączyło do nas sporo osób. Z jednej strony – tak jak pani mówiła – czasy były trudne, bo początek naszej działalności, to lata stanu wojennego i wiadomo było jaka była sytuacja w Polsce, ale  z drugiej strony jakby na przekór trudnej sytuacji gospodarczej i politycznej – prężnie rozwijaliśmy się. Podobnie było z innymi chórami, bo powstało ich sporo w latach 80-tych XX wieku. Wszystkie chciały uczestniczyć w uroczystościach związanych z pielgrzymkami Ojca Świętego Jana Pawła II do Polski.

Zofia Stopińska : Ile osób śpiewało w pierwszym składzie Chóru?

J. Sz. : Początkowo Chór Kameralny Łańcuckiej Fary (bo to pierwsza nazwa naszego zespołu) był mały, na pierwsze próby przyszło 15 osób, ale wkrótce skład powiększył się do 20, później do 22 osób. Wszyscy byli młodzi – najstarsza osoba nie przekroczyła 25 roku życia i przeważnie byli to absolwenci Szkoły Muzycznej w Łańcucie albo osoby mające szczególne predyspozycje do śpiewu. Prowadziłem ten chór sam i miałem jedynie duchowych pomocników w osobach księży wikariuszy i sióstr zakonnych. Jedna z sióstr – śp. siostra Honoria Pasionek, bardzo mi pomogła w tworzeniu chóru, bo miała bardzo dobry kontakt z młodzieżą, a ja jeszcze nie uczyłem wówczas w szkole i jej pomoc była nie do przecenienia. Zaczęliśmy od pracy nad muzyką towarzyszącą liturgii. Zanim pojawili się panowie, była to właściwie dziewczęca schola. Nie trwało to nawet pół roku, pozyskaliśmy męskie głosy, przekonałem członków zespołu do bardziej ambitnego repertuaru i zaczęliśmy śpiewać utwory czterogłosowe. Wkrótce przygotowywaliśmy się do Przeglądów Chórów w Rzeszowie, które wyłaniały chóry do uświetniania pielgrzymek Ojca Świętego. Były trzy przeglądy i za każdym razem zdobywaliśmy wyróżnienie, co było dla nas dużym osiągnięciem, bo byliśmy jedynym chórem, który trzykrotnie zdobył takie wyróżnienie. Wśród Jurorów, którzy słuchali chórów były takie znakomitości jak : ks. prof. Jan Chwałek z KUL-u czy pan prof. Feliks Rączkowski z Akademii Muzycznej w Warszawie. Te wyróżnienia były wielką motywacją do pracy dla chórzystów i zarazem nagrodą za tę społeczną pracę, za poświęcone godziny i przygotowanie trudnych utworów. Już w pierwszym przeglądzie śpiewaliśmy „Zdrowaś Mario” i motet „Chwalcie Pana” – Stanisława Moniuszki, „Ave Maria” – Jacoba Arcadelta było utworem obowiązkowym dla wszystkich chórów i „Tota Pulchra” – Grzegorza Gerwazego Gorczyckiego. To bardzo trudny utwór i nawet jurorzy dziwili się, że tak młody zespół dobrze go wykonał – nawet prof. Feliks Rączkowski powiedział, że jesteśmy amatorskim chórem, a osiągnęliśmy brzmienie chóru profesjonalnego. Takie były początki.

Później młodzież dorastała, niektórzy podjęli studia, dziewczyny wyszły za mąż i miały trudności ze znalezieniem czasu, chórzystów ubywało, a rzadko pojawiali się nowi. Czasy także zmieniły się na lepsze i coraz więcej było elementów, które odciągały ludzi od takiej pracy, bo dawały możliwość realizacji się w różnych formach. Nastąpił w końcu taki moment, kiedy działalność chóru trzeba było zawiesić, chociaż przez cały czas utrzymywałem kontakt z chórzystami, którzy mieszkali w Łańcucie – spotykaliśmy się , rozmawialiśmy i często ze wzruszeniem wspominaliśmy czas spędzony na wspólnych próbach i koncertach.

Z. S. : Pewnie Pan cały czas myślał o reaktywowaniu zespołu.

J. Sz. : Oczywiście i stąd w pierwszych latach XXI wieku, wspólnie z ks. Markiem Cecułą , który był wikariuszem w Parafii p.w. św. Stanisława Biskupa (jest to człowiek, który bardzo interesuje się muzyką i gra od najmłodszych lat, bo jego ojciec był organistą), postanowiliśmy reaktywować chór. Już na pierwszych próbach było po kilkanaście osób i z czasem przybywało nowych członków. Postanowiliśmy rozpocząć od łatwego repertuaru, chórzyści zdobywali umiejętności i po pewnym czasie można było „pójść na głęboką wodę”, przekonać wszystkich, że ta trudna muzyka jest wartościowa i piękna, a satysfakcja z dobrego jej wykonania jest ogromna.

Z. S. : Kiedy rozpoczął współpracę z Chórem Łańcuckiej Fary pan Michał Horodecki?

J. Sz. : Wkrótce po reaktywacji, chyba po roku działalności, poprosiłem do współpracy pana Michała Horodeckiego – nauczyciela Szkoły Muzycznej w Łańcucie i wspólnie zaczęliśmy prowadzić ten zespół. Michał będąc absolwentem Instytutu Muzyki Uniwersytetu Rzeszowskiego  i Wydziału Wychowania Muzycznego Akademii Muzycznej w Krakowie, był dobrze przygotowany do dyrygowania chórem, a do tego zawsze interesował się chóralistyką i sam kiedyś będąc studentem śpiewał w Chórze Kameralnym prof. Marty Wierzbieniec. Stąd znał doskonale repertuar, a do tego ciągle rozwijał swoje umiejętności biorąc udział w różnych seminariach i warsztatach chóralnych. Ma ogromną wiedzę z dziedziny emisji głosu i jego praca z zespołem łańcuckim przynosiła rezultaty. Trwa to do tej pory, chociaż nie bez trudności, bo wiadomo, że w naszych czasach życie nabrało ogromnego tempa i nie zawsze chórzyści mogą regularnie przychodzić na próby. Udaje nam się jednak tak pracować, że zespół przez cały czas się rozwija. Dosyć często zapraszamy specjalistów w dziedzinie chóralistyki, profesorów akademii muzycznych do współpracy, organizujemy obozy kondycyjne dla członków chóru, czy warsztaty przed konkursami. Ostatnio trzykrotnie zapraszaliśmy panią prof. Elżbietę Wtorkowską i pracowała z naszym Chórem.

Z. S. : Rezultaty systematycznej pracy są. Jestem rodzinnie związana z Łańcutem, często bywam w tym mieście i słyszę o sukcesach Chóru Łańcuckiej Fary, a nawet byłam na kilku konkursach na Podkarpaciu, które wygraliście. Pozwolę sobie wymienić wygrane konkursy: I miejsce a XV Ogólnopolskim Festiwalu Kolęd i Pastorałek w Będzinie ( 2009), I miejsce i Złota struna w XII Małopolskim Konkursie Chórów „O złotą strunę” (2010), I miejsce w VII Ogólnopolskim Przeglądzie Chórów Kościelnych Pieśni Pokutnej i Pasyjnej Metropolii Górnośląskiej w Żorach (2011), I miejsce w XXI  Myślenickim Festiwalu Pieśni Chóralnej „ Kolędy i Pastorałki” (2012), „Złota struna” w XV Małopolskim Konkursie Chórów „O Złotą Strunę” (2013), I miejsce w kategorii chórów mieszanych w XVII Międzynarodowym Festiwalu Pieśni Religijnej „Cantate Deo” i nagroda specjalna dla najlepszego dyrygenta festiwalu (2013), Grand Prix w IX Podkarpackim Przeglądzie Chórów Pieśni Pasyjne w Radymnie (2015), I miejsce na V Regionalnym Przeglądzie chórów Pieśni Maryjne w Lubaczowie ( 2016). Wymieniłam tylko najwyższe laury, sukcesów było więcej.

J. Sz. : To wszystko wynika z pasji chórzystów, którzy mają wielkie wymagania wobec siebie, to jest także pasja Michała Horodeckiego, który jest wymagającym chórmistrzem, świetnie dyrygującym i niezwykle konsekwentnym w czasie pracy z chórem. Jest osobą bardzo życzliwą i dobrym organizatorem – szczególnie w czasie wyjazdów na różne konkursy i koncerty. Staram się mu pomagać, bo ten Chór jest moim „dzieckiem”, ale wiadomo, że na konkursy najczęściej nie mogę jeździć z racji moich obowiązków w Szkole Muzycznej I stopnia, w Szkole Muzycznej II stopnia oraz pracy w kościele. Nie mogę sobie pozwolić na wyjazdy w soboty i niedziele, a najczęściej wówczas  odbywają się konkursy i koncerty. Dlatego Michał przejął dyrygowanie i wszyscy się już przyzwyczaili do jego ręki.

Z. S. : Wszyscy, którzy tworzą chór muszą się w nim czuć dobrze, musi panować dobra atmosfera podczas prób i wyjazdów. Jak wspomniał podczas koncertu jubileuszowego pan Krzysztof Szczepaniak – było sporo chóralnych małżeństw.

J. Sz. : W czasie tych 35 lat wiele osób zawarło związki małżeńskie, niektórzy już nie śpiewają, ale w chórze się poznali i wybrali wspólną drogę na resztę życia. Małżeństw mamy sporo, zdarza się, że śpiewają całe rodziny – wymienię tylko rodzinę Pelców - 5 osób śpiewa w chórze, a szósta – Agnieszka jest studentką  Akademii Muzycznej w Krakowie, ale jak na kilka dni przyjeżdża do Łańcuta, to przychodzi na próby i występuje z nami. Chórzyści także przyjaźnią się, bo wspólna praca, występy, wyjazdy na konkursy integrują zespół. Tylko skonsolidowany zespół może odnosić sukcesy.

Z. S. : Jesteście otwarci na rozwój Chóru i chętnie przyjmiecie nowych członków.

J. Sz. : Nawet bardzo chętnie. Próby mamy zawsze we wtorki i czwartki o 19:00. Serdecznie zapraszamy chętnych. Wprawdzie każdego czeka małe przesłuchanie, bo musimy sprawdzić predyspozycje głosowe, ale proszę się nie obawiać, nie robimy tego w formie jakiegoś poważnego egzaminu, a jedynie sprawdzamy możliwości, aby zdecydować w jakim głosie ta nowa osoba będzie śpiewać. Zapraszamy serdecznie nowych chętnych, zwłaszcza młodych ludzi. Śpiewanie w chórze , udział w konkursach sprawia wiele przyjemności i satysfakcji.

Rozmowa z panem Janem Szydło – założycielem Chóru Łańcuckiej Fary, organistą Kościoła Farnego w Łańcucie, dyrektorem Państwowej Szkoły I stopnia im. Teodora Leszetyckiego w Łańcucie i Szkoły Muzycznej II stopnia działającej przy Łańcuckim Towarzystwie Muzycznym, pod skrzydłami którego działa także Chór, rozmawiałam 22 czerwca 2017 roku.

Wracając do bardzo gorąco przyjętego przez publiczność koncertu, który odbył się z okazji 35-lecia Chóru Łańcuckiej Fary, pragnę podkreślić, że zespół ten w pełni na takie przyjęcie zasłużył, prezentując się w bardzo trudnym repertuarze a cappella ( m.in. „Ave Maria” – T. L. de Victoria, „Ave Maris Stella” – E. Griega, „Alleluja” – R. Twardowskiego, czy „Zdrowaś Królewno Wyborna” – A. Koszewskiego). Ręce same składały się do braw po wykonaniu utworów z towarzyszeniem organów na których grał Jan Szydło, a były to: „Pozdrowienie anielskie” – S. Moniuszki, „Ave Verum” – Ch. Gounoda, "Domine non secundum” – C. Francka. Na  finał planowanej części koncertu zabrzmiał wzruszający utwór W. A. Mozarta – „Sancta Maria , mater Dei”, który Chór Łańcuckiej Fary wykonał z towarzyszeniem zespołu smyczkowego w składzie: Regina Szlachta, Sylwia Barcikowska, Mirosława Wojturska, Maria Skupniewicz, Anna Stopińska – Paja i Anna Naściszewska, oraz organów przy których zasiadł Jan Szydło. Tekst utworu bardzo dobrze wpisał się  jako hołd , w tytuł koncertu „W  hołdzie Maryi”. W polskim tłumaczeniu są to następujące słowa:

Święta Mario Matko Boża

Tobie wszystko zawdzięczam,

lecz od tej godziny

szczególnie siebie

Tobie zawierzam,

Ciebie wybieram za patronkę,

Ciebie za wybawicielkę.

Twoja cześć i kult

Będą w moim sercu wiecznie

I tego się nigdy nie wyrzeknę

i nie zniosę nigdy,

aby przez moich poddanych

miały być słowem

lub czynem znieważone.

Święta Mario, Ty przyjmij mnie

Do Twych nóg upadłego.

w życiu strzeż

w czasie śmierci broń

Amen.

Koncert był także okazją do przekazania wyrazów uznania artystom za ich wielki wkład w rozwój lokalnej kultury muzycznej. Docenili to gospodarze miasta i powiatu składając na ręce dyrygentów Michała Horodeckiego i Jana Szydło gratulacje i upominki w postaci okolicznościowych grawertonów. Wysoki poziom i sukcesy Chóru Łańcuckiej Fary docenił także Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego prof. Piotr Gliński, w imieniu którego dyplom honorowy „Za godną uznania działalność w popularyzowaniu chóralnej twórczości sakralnej oraz aktywizację lokalnej społeczności” przekazał reprezentujący MKiDN i prowadzący koncert pan Krzysztof Szczepaniak. Ośmioro członków chóru uhonorowanych zostało odznakami „Zasłużony dla kultury polskiej”. Do życzeń i gratulacji dołączył się gospodarz łańcuckiej Fary, ks. proboszcz Tadeusz Kocór, który na zakończenie wyraził radość z sukcesów chóru będącego najlepszą wizytówką parafii i miasta.

Pod batutą Bożeny Stasiowskiej - Chrobak

Zofia Stopińska : Poprosiłam dzisiaj o spotkanie panią dr Bożenę Stasiowską-Chrobak – artystkę związaną od lat z Wydziałem Muzyki Uniwersytetu Rzeszowskiego, świetną specjalistkę z zakresu dyrygentury chóralnej. Okazja jest szczególna, bo prowadzony przez Panią Chór Wydziału Muzyki Uniwersytetu Rzeszowskiego nie tylko często występował z  koncertami. Kilka dni temu dowiedziałam się, że jest już na rynku nowa płyta CD z muzyką Alfreda Schnittke, która nie jest znana szerokiemu gronu melomanów, może dlatego, że utwory tego kompozytora są trudne i wykonawcy rzadko zamieszczają je w programach koncertów. Skąd pomysł nagrania utworów tego kompozytora?

Bożena Stasiowska – Chrobak : Na płycie znajduje się „Requiem” na głosy solo, chór mieszany oraz zespół instrumentalny i Trzy pieśni religijne na chór mieszany. Pyta pani, skąd się wziął pomysł nagrania Requiem Alfreda Schnittke. Pięć lat temu zwróciła się z prośbą do Filharmonii Podkarpackiej Fundacja „Beksiński” o przygotowanie „Requiem” do projektu multimedialnego, w którym ta muzyka towarzyszyłaby obrazom Zdzisława Beksińskiego. Powszechnie wiadomo, że malując swoje obrazy Zdzisław Beksiński słuchał muzyki i były to m.in. utwory Alfreda Schnittke, a po „Requiem” sięgał często. W pierwszej chwili nie rozumiałam wyboru Artysty, ale po pierwszym przesłuchaniu już wiedziałam dlaczego. Muzyka ta zawiera wiele bardzo głębokich i silnych emocji, które w połączniu z obrazami Beksińskiego wywierają niesamowite wrażenie.                                                                                                                                                      Ponieważ prowadzę chór, Filharmonia zwróciła się do mnie z prośbą, abym przygotowała „Requiem” Alfreda Schnittke. Pięć lat temu pierwsze przygotowanie utworu było „drogą przez mękę”, bo jest to naprawdę bardzo trudne dzieło, podobnie jak inne utwory tego kompozytora. W partiach chóru zdarza się często, że na przykład chór czterogłosowy dzieli się i w pewnym momencie tych głosów jest dwanaście, a w dodatku te głosy są przesunięte o sekundę. To bardzo trudne zadanie dla wykonawców nie specjalizujących się w muzyce współczesnej. Za pierwszym razem przygotowanie chóru do koncertu trwało sześć miesięcy – bardzo długo. Dzięki temu doświadczeniu znałam już doskonale utwór i tym razem mogłam przygotować chór w ciągu dwóch miesięcy. To mało czasu, bo przecież pracowałam z chórem akademickim, a nie zawodowym. Jestem jednak zadowolona z końcowego efektu, bo udało nam się osiągnąć smutek i ciemne barwy, którymi „Requiem” jest nasycone, a także pojawiające się przebłyski nadziei.

Z. S. : Osobom, które miały sporadyczne kontakty z muzyką klasyczną może się wydawać, że Alfred Schnittke był Niemcem.

B. S. Ch. : Faktycznie, tak się może wydawać i w rodzinie ojca kompozytora można doszukiwać się korzeni niemieckich, ale Alfred Schnittke żył i działał w Związku Radzieckim, miał ogromne trudności z propagowaniem swojej muzyki i wykonywaniem własnych utworów. Otrzymywał bardzo dużo zamówień ze Stanów Zjednoczonych, gdzie wielokrotnie był zapraszany, ale nie otrzymywał zgody na wyjazdy poza granice Związku Radzieckiego.                                                  Pierwsze wykonanie „Requiem” nie odbyło się pod tym tytułem, a jako muzyka do dramatu Schillera „Don Carlos”, wystawianego na deskach moskiewskiego teatru w 1975 roku. Producent sztuki zażyczył sobie, by sceneria przedstawiała kościół katolicki i to był pretekst do wykonania Requiem – kompozycji religijnej, a wiadomo, że w Związku Radzieckim nurt muzyki religijnej nie był oficjalnie aprobowany. Trzeba jeszcze dodać, że Alfred Schittke skomponował Requiem po śmierci matki i dlatego tyle w nim emocji - żalu, smutku i przygnębienia. Nadzwyczajna jest w tym utworze Lacrimosa, chociaż Lacrimosy we wszystkich znanych mi Requiem są piękne, ale ta Lacrimosa jest inna i kojarzy mi się z wyrazem żałość. Trudno ująć to w słowach – trzeba po prostu posłuchać. Studenci mówili mi, że można posłuchać utworu na stronie wytwórni DUX , bo ta firma jest wydawcą płyty.

Z. S. : Alfred Schnittke  był wielkim orędownikiem chóralnego śpiewu.

B. S. Ch. : Tak, Schnittke skomponował dużo utworów z przeznaczeniem dla chóru i wiele dużych dzieł wokalno – instrumentalnych, w których chór odgrywa najważniejszą rolę. W będącym w kręgu naszych zainteresowań utworze mamy czternaście części, przy czym pierwsza i ostatnia część nazywają się tak samo – Requiem. To jest powtórzenie tej samej części, ale wiadomo, że inne emocje zawiera część I, a zupełnie inne część finałowa.

Z. S. : Udało się Pani zaprosić do wykonania utworu także pięciu znakomitych solistów.

B. S. Ch. : Jestem szczęśliwa, że mogłam współpracować z takimi wspaniałymi śpiewakami. Sopranistka Katarzyna Oleś-Blacha – wspaniała wokalistka, niezwykle profesjonalna i cudowna, ciepła osoba. Monika Korybalska i Agnieszka Kuk – dwie sopranistki śpiewające także świetnie. Olga Maroszek – alt o przepięknej głębi, bardzo rzadko spotyka się głos o takiej barwie i Dominik Sutowicz – tenor, również znakomity. Wszystkim serdecznie dziękujemy za wielkie zaangażowanie, za serce i atmosferę w czasie nagrań. Nagrania trwały dokładnie 21 godzin. Soliści wprawdzie nie musieli przez cały czas być z nami, ale wszystkie partie śpiewali z towarzyszeniem chóru i Zespołu Instrumentalnego Filharmonii Podkarpackiej im. Artura Malawskiego w Rzeszowie. Jestem szczęśliwa, że mogłam pracować z tak znakomitymi muzykami nagrywając swoją pierwszą płytę.

Oprócz Requiem, na płycie są jeszcze trzy pieśni na chór mieszany, które Schnittke nazwał po angielsku „Three Sacred  Songs”. Zastanawialiśmy się długo, czy nazwać je pieśniami sakralnymi i zdecydowaliśmy, że wspólny tytuł będzie „Trzy pieśni religijne”. Te trzy utwory a cappella wydaje się, że są bardzo proste, utrzymane w stylistce rosyjskiej, prawosławnej, ale dla nas Polaków i naszych głosów jest to ogromne wyzwanie. Wprawdzie nasi mężczyźni nie posiadają takich basów jak Rosjanie, ale można powiedzieć, że nagranie jest dobre. Są to przepiękne trzy utwory, które nagraliśmy po raz pierwszy w dziejach fonografii. Kiedyś z prof. Grzegorzem Oliwą szukając w różnych wydawnictwach pieśni Schnittke na chór znaleźliśmy te nuty i utwory znakomicie skomponowały się z Requiem.

Z. S. : W różnych tonacjach brązu utrzymana jest okładka płyty. 

B. S. Ch. : To jest przepiękny obraz Zdzisława Beksińskiego, który znajduje się w Muzeum w Sanoku i firma Dux  otrzymała zgodę na zamieszczenie miniaturowej jego kopii na okładce. Jest na tym obrazie wszystko, o czym mówi Schnittke w Requiem. Na tle tych różnych odcieni brązu widzimy maleńkie światełko nadziei niesione przez człowieka. Pomimo smutku i żalu, którymi przepełnione jest Requiem, jest w tym utworze także chwila nadziei.

Chcę jeszcze podkreślić, że słuchając Requiem Alfreda Schnittke będą państwo zaskoczeni składem zespołu instrumentalnego, bo wśród instrumentów pojawiają się: gitara elektryczna, gitara basowa, ogromna sekcja perkusyjna - trzeba było zaangażować pięciu perkusistów, fortepian, organy, ale jest też trąbka i puzon. Po raz pierwszy spotkałam się z takim składem, a przygotowywałam chóry do wykonania wielu Requiem – skomponowanych w różnych epokach muzycznych.

Z. S. : Nagrania zostały zarejestrowane w Sali Filharmonii Podkarpackiej.

B. S. Ch. : Sala w naszej Filharmonii jest idealna do nagrań. Jest bardzo dobra akustyka i duża scena, co też było ważne, ponieważ uczestniczył w nagraniu bardzo duży chór, złożony z wszystkich studentów Edukacji Artystycznej i Wydziału Instrumentalnego. Ten utwór wymaga potęgi brzmienia, bo jak już wspomniałam, w kilku fragmentach potrzebny jest 12-głosowy chór.

Z. S. : Dużo jest nagrań Requiem Alfreda Schnittke?

B. S. Ch. : Znalazłam trzy nagrania, nie jestem pewna, ale nasze jest chyba czwarte i jest to pierwsze polskie utrwalenie tego utworu. Sięgnęłam po ten utwór i nagrałam tę płytę z myślą o habilitacji, do której się przygotowuję i mam nadzieję, że ocena naszej pracy będzie dobra. Bardzo dziękuję wszystkim artystom uczestniczącym w nagraniu, Dyrekcji Filharmonii Podkarpackiej, Uniwersytetowi Rzeszowskiemu za pomoc finansową, Wydziałowi Muzyki UR i firmie Dux, w której pracują wspaniali profesjonaliści.

Z. S. : Polecamy Państwa uwadze „jeszcze ciepłą” płytę, która ukazała się kilkanaście dni temu. Nagrania zrealizowano w Sali Koncertowej Filharmonii Podkarpackiej im. Artura Malawskiego w Rzeszowie od 14 do 16 marca 2017 r. 

Z dr Bożeną Stasiowską - Chrobak rozmawiała Zofia Stopińska 14 czerwca 2017r. Więcej na temat CD "Alfred Schnittke - REQUIEM" na tym blogu pod "Nowe płyty"

Po wakacjach autorka obiecuje jeszcze jedną rozmowę z tą wspaniałą Artystką na temat pracy naukowo-dydaktycznej na Wydziale Muzyki UR, współpracy z Teatrem "Maska" w Rzeszowie i Filharmonią Podkarpacką.

Pięknym śpiewem podbiła serca przemyskiej publiczności

Zofia Stopińska : Z panią Renatą Johnson – Wojtowicz rozmawiamy po wspaniałym koncercie na Zamku Kazimierzowskim w Przemyślu. Sala wypełniona była po brzegi publicznością. Wszystkie siedzące miejsca zostały zajęte pół godziny przed rozpoczęciem, trudno było policzyć ile osób zdecydowało się wysłuchać koncertu na stojąco. Występ w rodzinnym mieście to dla artysty miłe wydarzenie, ale podobno u siebie najtrudniej stanąć na estradzie.

Renata Johnson – Wojtowicz : Faktycznie, za każdym razem, kiedy w Przemyślu wychodzę na scenę i prezentuję się przed tą wspaniałą publicznością, której część stanowią moi znajomi i rodzina, to zawsze przeżywam dodatkowy stres, bo chcę wypaść jak najlepiej. Powtórzę słowa, które skierowałam kilka minut temu do publiczności – jest to dla mnie ogromna, niesamowita przyjemność, stanąć przed Państwem i zaśpiewać najlepiej jak potrafię.

Z. S. : Naukę śpiewu rozpoczęła Pani w Państwowej Szkole Muzycznej im. Artura Malawskiego w Przemyślu, a kontynuowała ją Pani w Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach uzyskując dyplom w klasie dr. Macieja Bartczaka w 2007 roku. Podczas licznych kursów mistrzowskich doskonaliła Pani swoje umiejętności pod kierunkiem tak znakomitych artystów jak m.in. : Helena Łazarska, Jadwiga Romańska, Ingrid Kremling – Domański, Gabrieli Munari (Conservatorio Rovigio – Włochy) , a także u maestry Jolanty Żmurko. Już w czasie studiów zdobywała Pani pierwsze doświadczenia sceniczne w Operze Śląskiej w Bytomiu i Teatrze Muzycznym w Gliwicach, śpiewając partie solowe m.in. z Małgorzatą Walewską. Współpracowała pani z wieloma znakomitymi dyrygentami – wymienię tylko; Mirosława Jacka Błaszczyka, Jana Wincentego Hawela, Jose Ferreira Lobo, czy Tadeusza Serafina. Nie zerwała Pani kontaktów z Operą Śląską i tamtejszym środowiskiem muzycznym, ale postanowiła Pani wrócić w rodzinne strony i dzięki temu możemy częściej słuchać Pani na Podkarpaciu. Postanowiła Pani także dzielić się swoim doświadczeniem podejmując pracę pedagogiczną.

R. J. W. : Od czterech lat mam przyjemność uczyć w szkole muzycznej na wydziale wokalnym i odnalazłam się w tej pracy. Sprawia mi ona wielką przyjemność, także dlatego, że moi uczniowie często stają w szranki konkursowe i zdobywają znaczące nagrody. Ich sukcesy, są także moimi sukcesami bo świadczą o dobrych efektach pracy pedagogicznej. Uczę na wydziałach wokalnych w dwóch placówkach: w Stalowej Woli i w Krośnie, co ogranicza trochę moją działalność artystyczną, ale utrzymuję kontakt z różnymi ośrodkami muzycznymi, biorę udział w wielu festiwalach, wyjeżdżam na różne trasy koncertowe. Jednak moim miastem, do którego zawsze z wielką radością powracam jest Przemyśl. Po długich trasach koncertowych, czy pobytach w wielkich aglomeracjach, czuję się bardzo zmęczona i potrzebuję spokoju, który odnajduję w Przemyślu. Dobrze mi się tutaj żyje i mieszka – w najbliższej przyszłości nie zamierzam nic zmieniać.

Z. S. : Przekonałam się dzisiaj, że tutejsza publiczność Panią zna, lubi i gorąco oklaskuje, ale trzeba podkreślić, że w Przemyślu na takie przyjęcie trzeba sobie naprawdę zasłużyć, bo tutejsza publiczność jest bardzo wymagająca.

R. J. W. : Ma Pani rację i dlatego nie byłam pewna czy zostanę dobrze przyjęta. Nie występuję tutaj za często. Nie chcę, aby Przemyślanie czytając afisze wzdychali – „oj, znowu pani Johnson”, tylko żeby mówili – „ o! znowu pani Johnson”.  Na scenie Zamku Kazimierzowskiego występowałam dwa lata temu, w ubiegłym roku w Przemyślu uczestniczyłam tylko w dużym koncercie na zakończenie festiwalu „Salezjańskie Lato Muzyczne”. Staram się kochanej przemyskiej publiczności swoją osobą i głosem nie nudzić. W tym także dopatruję się gorącego przyjęcia.

Z. S. : Występowała Pani dzisiaj z Orkiestrą Teatru Narodowego ze Lwowa pod batutą Bogdana Moczurada, który komplementując Pani śpiew powiedział: „…głos pani Johnson, jest jak dobre wino – ciągle lepszy”. Co Pani robi aby ciągle rozwijać swój głos.

R. J. W. :  Był to rzeczywiście przemiły komplement ze strony pana dyrygenta, ale nie ukrywam, że ciągle w siebie inwestuję. Jestem w stałym kontakcie z prof. Dariuszem Grabowskim - jednym z najlepszych profesorów śpiewu solowego w Polsce. Regularnie jeżdżę do niego na lekcje prywatne, kształcę się pod jego okiem i sama słyszę efekty. Partie operowe po które jeszcze do niedawna bałam się sięgnąć, teraz opracowuję bez najmniejszych problemów. Mój głos rozwija się i czuję, że dopiero teraz mogę zacząć prawdziwe śpiewanie, pracować nad partiami solowymi w operach wymagających dużych głosów, bo mój głos jest już na to gotowy. Uważam także, że powinnam jeszcze być pod opieką dobrego profesora, jest mi to potrzebne. Jestem ciągle „głodna wiedzy”, szukam możliwości rozwoju i jeżeli pozwoli mi na to czas, to długo jeszcze będę korzystać z rad mojego maestra.

Z. S. : Czy często musi Pani rezygnować z koncertów, bo wymagają tego obowiązki związane z pracą pedagogiczną?

R. J. W. : To jest dylemat, kiedy muszę być w szkole, bo są na przykład egzaminy i w tym samym czasie mam koncert. Rezygnuję oczywiście z koncertu, ale w najbliższym czasie zamierzam pracować w szkole, chyba, że padnie propozycja z Covent Garden, albo z La Scali - to wówczas moje uczennice wybaczą i zrozumieją ( śmiech).

Z. S. : W czasie wakacji będzie Pani odpoczywać?

R. J. W. : W lipcu będę miała wakacje, ale sierpień będzie już pracowity, bo szykują się występy na festiwalach i kursy wokalne w Czechach, w których będę brała udział.

Z. S. : Wracając do dzisiejszego koncertu – odnoszę wrażenie, że z Orkiestrą Teatru ze Lwowa i z dyrygentem panem Bogdanem Moczuradem, a także z partnerem estradowym – świetnym tenorem Vasylem Ponajdą, już Pani wcześniej występowała, bo bardzo swobodnie czujecie się razem na estradzie.

R. J. W. : Faktycznie. Z panem Vasylem Ponajdą mieliśmy jakiś czas temu jedno tournée, które trwało tydzień. Występowaliśmy w różnych polskich miastach, każdego dnia w innym. Natomiast z Orkiestrą Teatru ze Lwowa miałam przyjemność występować po raz drugi na Zamku Kazimierzowskim. To są wspaniali ludzie, świetni muzycy i praca z nimi daje tak dobre efekty jak dzisiaj. Jestem wzruszona i szczęśliwa, że zostaliśmy tak gorąco przyjęci przez przemyską publiczność.

Z panią Renatą Johnson – Wojtowicz rozmawiała Zofia Stopińska 11 czerwca 2017 roku po wspaniałej Gali Operowo – Operetkowej, która odbyła się w ramach „Dni Zamku Kazimierzowskiego”. Należy jeszcze dodać, że oprócz znakomitych solistów : Renaty Johnson Wojtowicz i Vasyla Ponajdy, podczas utworów instrumentalnych w wykonaniu Orkiestry Teatru Narodowego ze Lwowa pod dyrekcją Bogdana Moczurada, pięknie zaprezentowała się także para solistów Baletu Teatru Narodowego i Opery Lwowskiej.  „Dni Zamku Kazimierzowskiego” odbyły się pomiędzy 9 a 13 czerwca 2017r. pod honorowym patronatem Prezydenta Miasta Przemyśla, a organizowało to wydarzenie Przemyskie Centrum Kultury i Nauki Zamek kierowane przez Dyrektor Renatę Nowakowską .

Jubileuszowy Tydzień Talentów w Kąśnej Dolnej

Zofia Stopińska : Zakończył się „Tydzień Talentów” pełen wspaniałej muzyki rozbrzmiewającej podczas warsztatów i koncertów. Uczestnicy warsztatów z pewnością wiele się nauczyli od swoich mistrzów, niektórzy mieli okazje wystąpić przed publicznością, która chętnie uczestniczyła w koncertach.

Łukasz Gaj : Podkreślę, że zakończyliśmy dzisiaj XXXV Jubileuszowy „Tydzień Talentów – Warsztaty z Mistrzami”. Wszystko się udało i mam nadzieję, że młodzi adepci sztuki muzycznej wywiozą z Kąśnej Dolnej same dobre wspomnienie i będzie to dla nich kolejny bodziec do rozwoju w dalszej karierze.

Z. S. : Jubileuszowy Tydzień Talentów odbył się na wiosnę. Myślę, że jest to lepszy termin od jesieni, bo nawet sam dworek wygląda wspaniale w otoczeniu świeżej zieleni parku.

Ł. G. : Otaczająca nas przyroda jest po prostu przepiękna. Budzący się do życia park po zimie skłania ku temu żeby to miejsce tętniło życiem. To jest tylko jeden aspekt zmiany terminu, ponieważ „Tydzień Talentów” organizowany był późną jesienią. Proszę jeszcze pamiętać o tym, że wszyscy studenci, czy uczniowie szkół muzycznych, w maju są przed egzaminami dyplomowymi i rocznymi, które odbywają się w czerwcu. „Tydzień Talentów” w maju daje im szanse na ostatni szlif przed egzaminami, przed sesją, aby swoje programy jeszcze dokładniej przygotować pod okiem wspaniałych mistrzów.

Z. S. : W tym roku, podczas warsztatów królowały trzy instrumenty: akordeon, flet i fortepian. Każdego roku będą to inne instrumenty.

Ł. G. : Będziemy oczywiście zmieniać te instrumenty. Tylko fortepian będzie stały, z racji miejsca w którym się znajdujemy. Właściciel tego Dworku i nasz patron Ignacy Jan Paderewski był światowej sławy pianistą. Jestem niezmiernie dumny z tego, że pan Klaudiusz Baran i pan Łukasz Długosz, znakomici artyści zawitali w Kąśnej i także młodzi adepci sztuki muzycznej z naszych lokalnych szkół, mieli możliwość obcowania z tak wielkimi artystami.

Z. S. : Jestem przekonana, że kontakt ze wspaniałymi mistrzami pozwolił im nie tylko wiele się nauczyć, ale także dodał im odwagi i będą śmiało kroczyć wybraną drogą.

Ł. G. : Uważam, że każdemu trzeba dać równe szanse i tak naprawdę idea zmiany formuły i terminu tego Festiwalu, wynikła właśnie z tego, że wielu uczniów lokalnych szkół muzycznych nie miałoby w najbliższej przyszłości spotkania takich wybitnych mistrzów jak: Klaudiusz Baran, pani Joanna Marcinkowska, czy pan Łukasz Długosz, który jest człowiekiem bardzo zajętym, bo koncertuje na całym świecie. To jest naprawdę wybitny artysta. Podobnie też pan Klaudiusz Baran – Rektor Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie, który zajęty jest nie tylko koncertami na akordeonie i bandoneonie, ale także prowadzeniem wiodącej w Polsce uczelni muzycznej. Przyjazd do Kąśnej Dolnej i poświęcenie tygodnia swojego życia dla tych młodych ludzi – to wyjątkowy gest ze strony tych wielkich artystów.

Z. S. : Wszyscy tegoroczni mistrzowie byli już w Kąśnej Dolnej, ale zadeklarowali, że jeśli tylko będą potrzebni i zostaną zaproszeni, to chętnie tutaj wrócą.

Ł. G. : Bardzo się z tego cieszę. Zeszłoroczna edycja Festiwalu w dawnej formule była dla uczniów może mało atrakcyjna i trzeba było ją trochę odświeżyć. Teraz kiedy przenieśliśmy Festiwal na wiosnę, kiedy wybrani młodzi mogą występować w finałowym koncercie i jest to forma nagrody dla nich za ciężką pracę, będzie owocowało w przyszłości.

Z. S. : Mistrzowie prowadzili zajęcia z młodzieżą, ale także koncertowali. Miałam szczęście być na koncertach wszystkich mistrzów i były to występy na najwyższym, światowym poziomie.

Ł. G. :  Jestem bardzo dumny, że cała trójka wybitnych pedagogów i artystów wystąpiła z recitalami mistrzowskimi i uczestnicy warsztatów mogli wysłuchać tych koncertów, mogli obserwować swoich mistrzów przy pracy. Słuchanie wspaniałej gry i obserwowanie na żywo swojego mistrza, to bardzo ważna lekcja dla uczestników warsztatów.

Z. S. : Koncerty mistrzów i warsztaty odbywały się w salach Dworku Paderewskiego, natomiast dzisiaj, na Finał „Tygodnia Talentów” w Letniej Sali Koncertowej kompleksu dworsko - parkowego Ignacego Jana Paderewskiego wystąpili wyróżnieni uczestnicy, a byli to : akordeoniści Dawid Rydz z Warszawy i Giancario Palena z Włoch, pianista Jan Bieniasz z Kielc i flecistka Adrianna Mętel z Krakowa, a później odbył się koncert „Trzech tenorów na bis” podczas którego z Orkiestrą kameralną im. Jana Kiepury z Łodzi, wystąpili: Dariusz Stachura, Tomasz Kuk i Pan. W czasie kilku minut potrafili Panowie rozbawić publiczność, która przybyła tłumnie na koncert, a także odnosiło się wrażenie, że sami również sami świetnie się bawicie. W ten sposób wielu obecnych miało okazję poznać piękne arie z oper, operetek czy pieśni i przekonać się, że muzyka klasyczna wcale nie jest taka poważna i trudna w odbiorze.

Ł. G. : Dokładnie tak jest. Koncert trzech tenorów miał także za zadanie popularyzować muzykę klasyczną i umuzykalniać wszystkich, którzy rzadko bywają na takich wydarzeniach, bądź byli na takim koncercie po raz pierwszy. Wykonawcy oprócz pięknego śpiewu, czy gry na instrumentach, muszą stworzyć dobrą, można powiedzieć rodzinną atmosferę i nawiązać dobry kontakt z publicznością. Organizując takie koncerty możemy zachęcać melomanów, aby do Centrum Paderewskiego w Kąśnej Dolnej wracali jak najczęściej.  Bardzo się cieszymy, że oprócz osób mieszkających w najbliższej okolicy i w Tarnowie, byli na koncercie goście z okolic Rzeszowa, Nowego Sącza i Krakowa. Bardzo mi zależy na tym aby przychodzili do nas tłumnie mieszkańcy najbliższych miejscowości. Przez takie koncerty chcę pokazać, że muzyka klasyczna to nie jest nic strasznego, mało tego – część utworów każdy już gdzieś słyszał i w ten sposób chcę zachęcać lokalna społeczność, aby korzystała z oferty kulturalnej Centrum Paderewskiego.

Z. S. : Pomieszczenia Dworku Paderewskiego i Letniej Sali Koncertowej, pozwalają Panu na realizowanie różnych form muzycznych.

Ł. G. : Realizujemy cykl „Koncerty u Paderewskiego”  i staramy się, aby były one jak najbardziej zróżnicowane, żeby każdy w programie, który proponujemy znalazł coś dla siebie i odwiedzał Centrum Paderewskiego jak najczęściej. Najbliższy koncert odbędzie się 18 czerwca, w kolejną rocznicę śmierci Ignacego Jana Paderewskiego i tradycyjnie w tym dniu organizujemy wieczór z fortepianem w roli głównej. W tym roku po raz pierwszy, oprócz utworów Ignacego Jana Paderewskiego, będziemy mogli usłyszeć Koncert fortepianowy f-moll Fryderyka Chopina z towarzyszeniem kwintetu smyczkowego, a wykona go świetny pianista Piotr Sałajczyk. Zapraszam serdecznie.

Z panem Łukaszem Gajem – dyrektorem Centrum Paderewskiego w Kąśnej Dolnej rozmawiała Zofia Stopińska 28 maja 2017 roku.

Z radością powrócę do Leżajska - mówi Agata Sapiecha

Zofia Stopińska : Po zakończeniu X Jubileuszowego Ogólnopolskiego Festiwalu Muzyki Dawnej w Leżajsku rozmawiam z dr hab. Agatą Sapiechą z Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie, znakomitą skrzypaczką, założycielką i kierownikiem artystycznym zespołu „Il Tempo”. Czy to jest pierwszy Pani pobyt na tym Festiwalu i z jakimi wrażeniami wyjeżdża Pani z Leżajska?

Agata Sapiecha : W zeszłym roku byłam na Koncercie Laureatów i wystąpiliśmy z Marco Vitale w ramach koncertu towarzyszącego Festiwalowi. Moja córka jest uczennicą Szkoły Muzycznej w Warszawie i uczestniczyła także w tym konkursie, została laureatką III miejsca. Ja ten Festiwal znałam bardziej jako mama uczestniczki konkursu. Już w ubiegłym roku byłam zachwycona Festiwalem i umówiliśmy się z panem Dyrektorem, że wezmę udział w pracach jury jubileuszowej edycji i ponownie jestem zachwycona. Uczestniczę w pracach jury różnych konkursów dla młodych ludzi, niedawno spotkałam laureatów I nagrody na Przesłuchaniach Centrum Edukacji Artystycznej, które odbywały się w Bydgoszczy i wówczas udzieliłam im paru uwag dotyczących wykonania utworu. Brali udział w tym konkursie i zauważyłam, że oni wzięli sobie moje słowa do serca i wszystko o czym mówiłam zrobili, pracują fantastycznie. Leżajsk jest miejscem wyjątkowym. Spotykam się tutaj wszędzie z życzliwością i to jest niebywałe. Mam ogromny sentyment do Łańcuta, ponieważ jeździłam tam na Międzynarodowe Kursy Mistrzowskie i poznałam jednego z moich mistrzów – Oleha Krysę do którego pojechałam potem na staż artystyczny i przyjaciół takich jak Iwan Monighetti. To był początek mojej drogi artystycznej. Stąd ten wielki sentyment do tego miejsca i takie dobre wspomnienia. Teraz pojawiłam się ponownie w tym regionie i wszędzie spotykam się z życzliwością.  Nawet w aptece otrzymałam skuteczną pomoc i uśmiech.

Z. S. : Miło słuchać takich słów. Jak ocenia Pani poziom tegorocznej edycji Konkursu.

A. S. : To jest niesamowite, że w szkołach I i II stopnia można tyle zrobić, jeżeli nauczyciele chcą, jeżeli są zdolne dzieci i młodzież, a nawet mniej zdolna, od tej wybitnej, młodzież – też przy dobrej pracy nauczycieli może wiele zdziałać. Wszystko to można zauważyć w czasie tego Festiwalu, który od dziesięciu lat się w Leżajsku odbywa i ma ogromne osiągnięcia. Uważam, że to tutaj konfrontują swoje możliwości : dzieci, młodzież i nauczyciele. Ważne jest także to, że publiczność może obserwować cały festiwal. Widać, że to miasto się rozwija, realizowane są nowe inwestycje a także rozwija się szkoła, która jest prawie po remoncie. To wszystko sprzyja rozwojowi dobrych cech kultury i chęci pogłębiania swojej wiedzy. Dzisiaj podczas prezentacji Fantazji – Georga Philippa Telemanna dzieliłam się swoim doświadczeniem i tym, co mnie inspiruje, czym się inspirowali moi mistrzowie. Istotą wykonawstwa historycznie zgodnego, jest sięganie do źródeł, do inspiracji wykonania utworu, czy zrozumienia świata. Instrumenty historyczne, które coraz częściej się pojawiają, także inspirują właściwą drogę wydobywania dźwięku i przestrzeń dźwięku.

Z. S. : Punktem wyjścia naszej rozmowy jest Festiwal w Leżajsku.

A. S. : Na tym Festiwalu obserwujemy jak dzieci i młodzież, z roku na rok, inspirują się tym co trzeba, rozwijają się i za każdym razem grają coraz dojrzalej. W tym roku były bardzo dojrzałe interpretacje utworów Johanna Sebastiana Bacha a to jest niezwykle trudne. Nie możemy zinterpretować dobrze Bacha, jeśli go nie zrozumiemy. Sięgając do tego czym inspirował się Bach, co było jego drogą edukacji – źródła francuskie, przepisywanie Louisa Couperina dawały zmysł improwizacji. Tutaj dzielimy się naszą wiedzą na różne tematy dotyczące muzyki dawnej. Nie wszyscy mogą się słuchać nawzajem, bo wiele osób przyjeżdża z odległych miast i nie może być na całym Festiwalu. Ale pobyt tutaj sprawia, że Leżajsk pozostaje w sercach tej młodzieży i mówią o czasie spędzonym tutaj w czasie spotkań gdzie indziej. Wspaniale, że Władze Miasta Leżajska wspierają Festiwal nie tylko finansowo, ale także obecnością na Koncercie Laureatów, że przyjechał na Konkurs pan Krzysztof SzczepaniakWizytator Centrum Edukacji Artystycznej. Widzimy niezwykłą przychylność dyrektora Stanisława Jaworskiego i pracowników Państwowej Szkoły Muzycznej I st. W Leżajsku. Dyrektor Ogólnopolskiego Festiwalu Muzyki Dawnej w Leżajsku - pan Grzegorz Wójcikiewicz zaangażował do pomocy także swoją rodzinę, wszyscy poświęcają swój czas, bo wiedzą, że to ma sens. Ten Festiwal łączy ludzi i ma ogromne osiągnięcia.

Z. S. : Jestem pewna, że po dzisiejszej prezentacji Fantazji Georga Philippa Telemanna, za rok usłyszy Pani jej efekty podczas kolejnej edycji Festiwalu. To wspaniała muzyka, niestety mało doceniana.

A. S. : Ma pani rację, że muzyka Telemanna jest mało znana. Jego utwory są w literaturze skrzypcowej w szkole, ale za mało zwraca się uwagę na ich walory artystyczne – na muzykę. Aby zgłębić wszystkie walory tej muzyki, trzeba poznać także inne sztuki tego okresu jak malarstwo czy literaturę. Wielkim walorem tego Konkursu jest dążenie do doskonałości artystycznych interpretacji prezentowanych utworów. Jeśli zostanę zaproszona na Ogólnopolski Festiwal Muzyki Dawnej w Leżajsku w przyszłym roku, to z wielką radością tutaj przyjadę.

Z  dr hab. Agatą Sapiechą rozmawiała Zofia Stopińska 18 maja 2017 roku w Leżajsku.

Łukasz Długosz - solo i w duecie

Zofia Stopińska : Z panem Łukaszem Długoszem, uznanym przez krytyków za jednego z najwybitniejszych flecistów, spotykamy się po wspaniałym koncercie, który odbył się w Dworku Ignacego Jana Paderewskiego w Kąśnej Dolnej, w ramach 35. Tygodnia Talentów. Zna Pan zarówno to urokliwe miejsce jak i imprezę.

Łukasz Długosz : Oczywiście. Koncertowałem w tym miejscu pięć lat temu, przy okazji promowania płyty „Four Tune” na flet i trio smyczkowe. Wówczas byłem w tym wspaniałym miejscu po raz pierwszy. Teraz widzę, że nabiera ono nowego blasku. Cieszę się, że wspaniale wygląda duży park otaczający dworek, który jest rewitalizowany oraz zaplecze hotelowe, a przede wszystkim na koncertach jest wspaniała publiczność i jest tu znakomita akustyka. Nadzwyczajnie brzmi też w tym miejscu świetny fortepian Fazioli, jego barwa bardzo mnie inspirowała w czasie gry.

Zofia Stopińska : Program dzisiejszego koncertu był dla bardzo szerokiego grona publiczności, chociaż te utwory wcale nie są łatwe dla wykonawców.

Łukasz Długosz : Grając recital, staram się zestawiać utwory lżejsze z trudniejszymi w odbiorze. Zawsze dbam, aby w programie były utwory kompozytorów polskich. Uważam, że jeżeli my nie będziemy promować swojej muzyki, swojej sztuki - a mamy się czym chwalić, bo jesteśmy potęgą jeżeli chodzi o wspaniałych kompozytorów – to nie zrobią tego za nas wykonawcy z innych krajów.  Dlatego grałem Sonatę na flet i fortepian Tadeusza Szeligowskiego, skomponowaną w 1953 roku, która jest rzadko grywana, a uważam, że jest to wspaniały utwór zawierający wiele motywów tanecznych, wiele elementów z polskiej muzyki ludowej. Pieśń kurpiowska Karola Szymanowskiego również nawiązuje do polskiego folkloru. W przypadku tego utworu „porwałem się” na zrobienie aranżacji na flet t fortepian. Mam nadzieję, że Państwu się podobała.

Zofia Stopińska : Jestem pod wielkim wrażeniem po wysłuchaniu tej pieśni. Została zaśpiewana przez flet na którym Pan grał.

Łukasz Długosz : Bardzo się cieszę słysząc pani słowa. Flet, jeżeli jest dobrze wykorzystywany, jest najbliższy brzmieniem głosowi ludzkiemu. Żaden inny instrument nie jest w stanie się tak w śpiewności zbliżyć do vacalu. Oczywiście musiałem zamieścić w programie utwór Wolfganga Amadeusa Mozarta, bo uwielbiam tego kompozytora. Mozart, a jednocześnie jest to sprawdzian umiejętności wykonawcy. Zawsze staram się wykonać chociaż jeden utwór tego kompozytora – tym razem było to Rondo D – dur na flet i fortepian. Zaprezentowałem także Cecile Chaminade Meditation – ten utwór w oryginale został skomponowany na fortepian, oraz Thobalda Boehma, którego utwory też bardzo często umieszczam w recitalach i chcę w ten sposób podkreślić, że gdyby nie Theobald Boehm -  nie byłoby współczesnego fletu zrobionego z metalu (srebra, złota, et cetera…). My – fleciści powinniśmy codziennie dziękować Theobaldowi Boehmowi za jego wspaniałą pracę, nie tylko jako projektanta współczesnego instrumentu, ale też prekursora pewnego stylu solistycznego gry na flecie oraz wspaniałych utworów w stylu brillante. Tutaj miałem okazję zaprezentować Polonaise de Carafa na flet i fortepian, a to jest zaledwie niewielki ułamek jego twórczości.

Zofia Stopińska : Pan i towarzyszący pianista Andrzej Jungiewicz, zostaliście tak gorąco przyjęci, że nie obeszło się bez bisów.

Łukasz Długosz : Cieszę się bardzo. Publiczność traktuję na równi z artystą, bo ona jest najbardziej istotną częścią tej układanki recitalowej. To dzięki publiczności nam – artystom chce się grać. Często jestem pytany czy mam tremę?  Nie mam tremy, wręcz przeciwnie do gry potrzebna mi jest publiczność. Tak jak potrzebujemy tlenu do oddychania, tak artyści potrzebują publiczności. Bardzo się cieszę, że tym razem również się sprawdziliśmy z Andrzejem. Na bis wykonaliśmy Vocalise Wojciecha Kilara i  „Ave Maria” Giulio Cacciniego.

Zofia Stopińska : Od jutra rozpoczyna Pan pracę z młodymi flecistami. Chce się Pan dzielić swoim doświadczeniem i umiejętnościami z tymi którzy marzą o tym, aby grać tak wspaniale jak Pan.

Łukasz Długosz : Cieszę się bardzo. Mam nadzieję, że chociaż trochę udało mi się zmobilizować ich do ciężkiej pracy, bo wbrew pozorom, nie bywam miły podczas zajęć i bardzo dużo wymagam od młodych adeptów. Jutro rozpoczynamy, mam nadzieję dobrą pracę od 9.30. Cieszę się, że przyjechałem do Kąśnej Dolnej z żoną – Agatą Kielar – Długosz, z którą koncertujemy bardzo często i na pewno będzie uczestniczyć w zajęciach.

Zofia Stopińska : Pana wspaniała żona właśnie weszła do sali w której rozmawiamy – proszę do nas dołączyć, ponieważ chcę porozmawiać o nowej Państwa płycie, którą dobrze znam, bo zawsze jej słucham prowadząc samochód. Wydany w ubiegłym roku przez wytwórnię DUX krążek „Flute Reflections”, zawiera utwory, których z ogromną przyjemnością mogą słuchać nie tylko znawcy muzyki klasycznej. Wszyscy muzycy zachwycą się wspaniałą grą, zwłaszcza solistów, na krążku są utwory na dwa flety, ale najważniejsze jest to, że z ogromną przyjemnością posłuchają jej również wszyscy, nawet ci którzy nie słuchają na co dzień muzyki klasycznej.

Agata Kielar - Długosz : Taki był nasz zamysł. Ta płyta miała być dostępna i przystępna dla szerszej publiczności, a pomysł na nią zrodził się spontanicznie w Łomży, w maju 2014 roku, po koncercie z tamtejszą Orkiestrą Kameralną. Kilka miesięcy później, już nagrywaliśmy płytę. Są na niej dwa koncerty na dwa flety, oraz bardzo popularny Koncert „Szczygieł” na flet i orkiestrę smyczkową – Antonio Vivaldiego, specjalnie dedykowany nam Koncert na dwa flety Janusza Bieleckiego i Hectora Berlioza „L’Enfance du Christ” na 2 flety.

Zofia Stopińska : Obydwoje jesteście znakomitymi flecistami, często razem gracie i nagrywacie, a do tego od kilku lat jesteście małżeństwem. Powszechnie się uważa, w takich przypadkach częściej jest okazja do konfliktu.

Łukasz Długosz : Wszystko wymaga kompromisów na różnych płaszczyznach. Na szczęście nie musimy razem długo ćwiczyć, co eliminuje nieporozumienia. Spotykamy się na scenie i wszystko jest dobrze. Studiując u  wybitnych, światowej sławy profesorów, zdobyliśmy ogromną wiedzę i przede wszystkim podobny styl gry i gust jeżeli chodzi o interpretację, barwę dźwięku i artykulację, że doskonale się rozumiemy. Trochę dłużej trwały przygotowania do wspólnych nagrań. Nadmienię, że nagraliśmy bardzo dużo płyt – ja mam na swoim koncie ponad piętnaście albumów i najczęściej nagrywałem bardzo ambitne, poważne i trudne utwory – między innymi: Pendereckiego, Panufnika, Pstrokońską – Nawratil i wielu innych. W tych utworach ja się spełniałem. Teraz przyszedł czas, że łączymy przyjemne z pożytecznym, czyli sięgnęliśmy po repertuar, który sprawia przyjemność nie tylko nam, ale także publiczności i słuchaczom. Wielokrotnie podczas spotkań po koncertach pytano nas o płytę z repertuarem nieco lżejszym i ten krążek zawiera takie utwory. Naszym obowiązkiem było dokonać takiego nagrania, aby wrażenia tych, którzy kupią płytę były jak najlepsze.

Zofia Stopińska : Jeden z utworów na płycie „Flute Reflections” został Wam dedykowany. Często powstają kompozycje z myślą o Was – na dwa flety, a także dla pani Agaty lub pana Łukasza.

Agata Kielar -Długosz : Dokładnie tak jest. My wykonujemy wszystkie utwory z tak samo wielkim zaangażowaniem i koncerty, które zostały napisane i nam dedykowane, uważam, że mają olbrzymią wartość artystyczną, a to czy one się podobają słuchaczom, czy oceniają je jako trudne w odbiorze, to oceny  dokonane po jednym czy dwóch koncertach. Poczekajmy, zobaczymy co czas pokaże. Z pewnością większość z nich przetrwa.

Łukasz Długosz : Możemy się poszczycić prawykonaniami najważniejszych współczesnych polskich kompozytorów jak: Paweł Mykietyn, Grażyna Pstrokońska – Nawratil, Piotr Moss, Marcin Błażewicz, ta lista jest długa. Niedługo dołączą do niej prof. Paweł Łukaszewski, prof. Eugeniusz Knapik, Marcel Chyrzyński. To jest elita polskich kompozytorów. Wszyscy nas lubią i cenią. Dlatego powstają utwory, które później będą wykonywane na estradach koncertowych nie tylko w kraju, ale także za granicą.

Zofia Stopińska : Podobno bardzo dużo koncertujecie.

Łukasz Długosz : Kończy się dopiero maj, a ja już koncertowałem prawie czterdzieści razy w tym roku kalendarzowym, a w  planach mam jeszcze 36 koncertów – to i tak bardzo skromnie, bo w tym roku mam zaplanowanych tylko 86 koncertów. W ubiegłym roku miałem ich 112. Wszystko jest możliwe dzięki mojej wspaniałej żonie i dzieciom, które nam na to pozwalają – dużo podróżujemy. Byliśmy w tym roku z całą rodziną w Chinach na koncertach i kursach, byliśmy w Katarze , niedawno wróciliśmy z Cypru, a czekają nas ; Hiszpania i Francja. Jest to wielkie wyzwanie, ale patrząc jak się nasze dzieci rozwijają, to wielka frajda  i przede wszystkim pragnę podkreślić, że publiczność na całym świecie jest zachwycona polskimi kompozytorami i myślę, że tych utworów powinno powstawać jeszcze więcej, aby udowodnić, że to nie jest przypadek, tylko mamy wielu wspaniałych kompozytorów.

Zofia Stopińska : Podróżując rodzinnie chyba więcej widzicie. Dzieci mobilizują Was, aby zobaczyć coś więcej niż lotnisko, hotel i salę koncertową.

Łukasz Długosz : Uważam, że moja żona jest najwspanialszą matką. Jeżeli wspólnie koncerujemy, to mamy mniej czasu na zwiedzanie, ale jeżeli gram tylko ja, to Agata zabiera dzieci i zwiedzają różne ciekawe miejsca. W tym roku byli już w ponad dwudziestu muzeach, kilkanaście razy w teatrach i innych kulturalnych placówkach. Do tego należy doliczyć różne ciekawe obiekty, jak chociażby świątynie.

Agata Kielar - Długosz : Podróżując z całą rodziną staramy się wykorzystywać każdą wolną chwilę aby oddziaływać na różne bodźce dzieci. Na temat muzeów i teatrów, tylko na terenie Polski, mogłabym napisać bloga albo przewodnik, radząc co warto zobaczyć i wyrazić swoje opinie na temat zwiedzania tych miejsc z dziećmi. Te wycieczki bardzo rozwijają i wzbogacają nasze dzieci, które uwielbiają wspólne podróże, ale my musimy się maksymalnie mobilizować, bo wiadomo, że jedziemy do pracy, chcemy być profesjonalni i grać najlepiej jak potrafimy. To wymaga bardzo dużej dyscypliny czasowej i energetycznej, bo wiadomo, że dziecko potrafi bardzo "wypalić" energetycznie. Zawsze mamy ułożony grafik i staramy się go realizować. Muszę jednak się przyznać, że nie zawsze udaje nam się wystarczająco odpocząć przed koncertem. Dla mnie każde wyjście na scenę jest odpoczynkiem od obowiązków rodzinnych. Cieszą mnie bardzo te spotkania z publicznością, która prawie zawsze nas gorąco oklaskuje. Jesteśmy po to, aby dawać panstwu radość.

Zofia Stopińska : Powinniśmy uświadamiać, tym którzy odpowiadają za kulturę, tym którzy inwestują  w kulturę, że dzieła polskich kompozytorów, a także polscy wykonawcy są najlepszym towarem eksportowym – może to trochę źle zabrzmiało, ale tak jest.

Agata Kielar - Długosz : To jest prawda. Faktycznie tak jest. Mogę się też pochwalić, że wkrótce ukaże się moja solowa płyta z panem Andrzejem Jungiewiczem przy fortepianie, a znajdą się na niej wyłącznie utwory wybitnych polskich kompozytorów piszących na flet solo i flet z fortepianem, a wśród nich dzieła: Góreckiego, Pendereckiego, Kilara, Tansmana. 

Łukasz Długosz : Dodam nieskromnie, że jest na co czekać, bo wczoraj słuchałem tych utworów po ostatecznej wersji, a moje ucho jest bardzo wybredne jeżeli chodzi o flecistów i jestem przekonany, że to będzie dobra i ciekawa płyta.

Zofia Stopińska : Polecałam niedawno Waszą wspólną płytę, dzisiaj o niej przypomnieliśmy, mam nadzieję, że będę mogła polecić płytę pani Agaty Kielar Długosz zaraz po premierze.

 Z panem Łukaszem Długoszem i panią Agatą Kielar - Długosz rozmawiała Zofia Stopińska 25 maja w Kąśniej Dolnej.

Tydzień Talentów zainaugurował prof. Klaudiusz Baran

Zofia Stopińska : 21 maja 2017r. (niedziela) byłam na koncercie w niezwykle urokliwym miejscu, bo w Dworku Ignacego Jana Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. Koncert zainaugurował 35. Jubileuszowy „Tydzień Talentów – Warsztaty z Mistrzami”, organizowany przez Centrum Paderewskiego w Kąśnej Dolnej, a wystąpił najlepszy polski akordeonista i bandoneonista – Klaudiusz Baran, który jest jednocześnie profesorem Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina  w Warszawie, gdzie od 2016 roku pełni funkcję Rektora. Po znakomitym recitalu udało mi się zarejestrować rozmowę z prof. Klaudiuszem Baranem, którą rozpoczęłam od pytania o program koncertu, który rozpoczął się wybranymi fragmentami z Wariacji Goldbergowskich Johanna Sebastiana Bacha. Po raz pierwszy słyszałam ten utwór w opracowaniu na akordeon.

Klaudiusz Baran : Gdyby nie zamówienie na Festiwal Goldbergowski rok temu, nie podjąłbym się wykonania tego dzieła, bo w całości ten cykl wariacji trwa prawie osiemdziesiąt minut, jeżeli gra się z wszystkimi zaznaczonymi przez kompozytora powtórkami. W oryginale jest to dzieło skomponowane na klawesyn, ale trzeba powiedzieć o licznych opracowaniach utworu na trio, orkiestrę kameralną, fortepian i akordeon. Ale tak naprawdę my niczego nie opracowujemy, bo gramy z nut bez żadnych zmian, bo nasz instrument ma takie same możliwości akustyczne, sonorystyczne i niezbędną skalę, a możliwości kształtowania dźwięku ma o wiele większe niż pozostałe dwa wymienione instrumenty klawiszowe, ponieważ akordeon jest instrumentem dętym i możliwości wydobywania różnych barw z niego są ogromne. Z pewnością nie jestem w pełni obiektywny, ale jak słucham wariacji w wykonaniu klawesynowym, czyli oryginalnym, po pewnym czasie ta jednorodność brzmienia instrumentu mnie nuży i muszę słuchać fragmentami, w czasie kilku sesji. Natomiast na akordeonie bogactwo zmian regestrowych, zmian barwy, bogactwo brzmienia i przede wszystkim kształtowania frazy jest ogromne. Aria rozpoczynająca cykl, na akordeonie brzmi jak śpiewana. Nie jestem pierwszym akordeonistą, który się podjął wykonania Wariacji Goldbergowskich, bo znam co najmniej trzy nagrania, które są dostępne, ale chciałem poznać tę muzykę od środka i z pokorą podejść do geniuszu Bacha, którego uwielbiam i jego muzyka jest u mnie na pierwszym miejscu i zawsze będzie.

Z. S. : Drugi utwór był trudny w odbiorze dla słuchaczy, ale pewnie też niełatwy dla wykonawcy.

K. B. : Chodzi pani o „Gemalte Wolken” Zbigniewa Bargielskiego, który kilka dni temu obchodził jubileusz 80-lecia i miałem okazję wystąpić na tym koncercie. Mogę się pochwalić, że po wykonaniu tego utworu i drugiego z perkusją Leszkiem Lorentem, kompozytor podszedł do nas i powiedział: „… gracie lepiej te utwory, niż ja je napisałem”. To bardzo miły komplement, ale też zastrzyk energii do grania tej muzyki. Po utworze Bacha, „Gemalte Wolken” było takim „zimnym prysznicem” jeśli chodzi o kwestie stylistyczne, bo to jakby zupełnie inny biegun, natomiast jest to muzyka ciekawa. Gdy byłem studentem nie lubiłem grać utworów Zbigniewa Bargielskiego, bo ich po prostu nie rozumiałem, a teraz już odnajduję to co jest w tej muzyce najważniejsze. Uważam, że powinniśmy słuchać muzyki pisanej współcześnie również, tak jak słuchano Bacha i Mozarta wówczas kiedy żyli. My zaś bardzo rzadko słuchamy nowej muzyki. Nie mam tu na myśli muzyki użytkowej, a  tę zaliczaną do kultury wysokiej. Uważam, że warto ją przybliżać publiczności, żeby nie była dla nich taka obca. Jeżeli będziemy jej słuchać, to poznamy jej walory i jej język. Jesteśmy już w innej cywilizacji – czas inaczej już biegnie niż kiedyś. Zamieszczając w programie tak różne utwory, chciałem pokazać różne stylistycznie „wcielenia” akordeonu, bo później wykonałem jeszcze utwór Astora Piazzolli i coś z kręgu muzyki wschodniej, czyli rosyjsko – ukraińskiej. W sumie były to cztery różne światy i wydaje mi się, że akordeon jest takim „kameleonem muzycznym”.

Z. S. : Nie jest chyba łatwe dla wykonawcy granie tak zróżnicowanego repertuaru.

K. B. : Może tak. Powtórzę to co powiedziałem dzisiaj do publiczności. Ten koncert jest dla mnie powrotem i odkrywaniem na nowo niektórych kompozytorów, czy stylów, bo na przykład po Bacha nie sięgałem od studiów, a teraz obcowanie z tym genialnym kompozytorem sprawia mi ogromną przyjemność.  Grając Wariacje Goldbergowskie przeżywam takie oczyszczenie. Ćwiczenie i wykonywanie tego utworu to nie praca – to jest dla mnie nagroda.

Z. S. : Na kilka dni pozostawił Pan zarządzanie Uniwersytetem Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie swoim zastępcom, zostawił Pan swoich studentów, aby pracować z młodymi, utalentowanymi akordeonistami w tak urokliwym miejscu jak Dworek Ignacego Jana Paderewskiego w Kąśniej Dolnej.

K. B. : To miejsce jest mi bardzo bliskie i czuję się tutaj jak w domu. Byłem tu wiele razy. Występowałem na festiwalu „Brawo Maestro”, na „Mistrzowskich Wieczorach w Kąśnej”, a na "Tygodniu Talentów” jestem już po raz drugi. Podkreślę, że jest to miejsce wyjątkowe. Jestem pewien, że duch Ignacego Jana Paderewskiego gdzieś się tutaj unosi i jest znakomita atmosfera do pracy. Z pewnością jest to zasługa gospodarzy i ich idei. Ważne jest, że pomysły, które tutaj powstały i sprawdziły się , są nadal kontynuowane i rozwijane. Jest to bardzo ważne miejsce na mapie muzycznej i kulturalnej Polski. Faktycznie na kilka dni „porzuciłem” Uniwersytet, bo ten koncert jest ostatnim z sześciu, które zagrałem w ciągu ośmiu dni, to był naprawdę maraton. Ale mam ogromną satysfakcję, że wszystko się powiodło. Uniwersytet pozostał w dobrych rękach prorektorów, a mamy ostatnio bardzo gorący okres. Nasza orkiestra koncertuje aktualnie w Korei. Grając w Mińsku podpisywałem umowę z Białoruską Akademią Muzyki, a w Kijowie spotkałem się także z władzami tamtejszej  uczelni muzycznej. Staramy się współpracować i nawiązywać kontakty z uczelniami muzycznymi z różnych krajów. Do Kąśnej Dolnej przyjadą też dwaj moi studenci, którzy są dzisiaj na słynnym Międzynarodowym Konkursie Akordeonowym w Klinganthal. Jeden z nich znalazł się w Finale. Na przełomie marca i kwietna, na Międzynarodowym Konkursie Akordeonowym na Litwie, wzięliśmy „całe podium”, a jest to konkurs rangi naszego Konkursu Skrzypcowego im. Wieniawskiego, jeżeli chodzi o nasz instrument. Nie tylko ja byłem zaskoczony tym wynikiem, ale także organizatorzy i studenci. Efektem tego jest odzew z różnych krajów – wszyscy chcieliby studiować grę na akordeonie w Warszawie. Oczywiście nie mam tyle miejsc, aby przyjąć wszystkich, ale mamy również takich, którzy rozpoczęli u nas studia wcześniej. Jeden z nich jest Włochem i był u nas najpierw w ramach wymiany Programu Erasmus, później na pół roku wrócił do Włoch, ale  postanowił zdawać egzamin kwalifikacyjny na trzeci rok studiów i został naszym studentem. Mamy także drugiego studenta z Włoch. Nasza szkoła akordeonowa promieniuje na zewnątrz i robi się międzynarodowa. To jest bardzo ciekawe, bo studenci z innych krajów, przywożą nowy repertuar, możemy się wymieniać naszymi wrażeniami dotyczącymi literatury muzycznej i nowych kompozycji oraz sposobów interpretacji. To także wpływa mobilizująco na studentów – Polaków i klasa jest rzeczywiście na wysokim poziomie. Polska szkoła akordeonowa jest silna, ale prawdziwe zagłębie jest na Podkarpaciu – w Sanoku i Przemyślu. Wysoki poziom nauczania jest także w szkołach muzycznych w Tarnowie, Domosławicach, a także w innych szkołach w tym regionie. Mamy się czym pochwalić. Nasz system szkolnictwa I i II stopnia jest na wysokim poziomie. Ważne, aby go nie zniszczyć, bo w tej chwili mamy dużą przewagę nad innymi krajami europejskimi.

Z. S. : Lista młodych akordeonistów, którzy chcą z Panem pracować podczas Warsztatów w Kąśnej Dolnej jest długa i czeka Pana wiele pracy. Życzę powodzenia i jeszcze raz dziękuję za wspaniały koncert i za rozmowę.

K. B. : Ja również bardzo dziękuję, a jutro od rana rozpoczynam pracę z młodzieżą.

Z prof. Klaudiuszem Baranem rozmawiała Zofia Stopińska w Kąśnej Dolnej 21 maja 2017r.

Muzyczne fascynacje Jarosława Seredy

Zofia Stopińska : Od lat Pana działalność koncentruje się na dwóch nurtach – działalność koncertowa i praca pedagogiczna.

Jarosław Sereda : Tak, są to główne nurty, w których poruszam się już od ponad dwudziestu lat. Z jednej strony jest działalność koncertowa, którą niezmiennie uwielbiam. Bardzo lubię wyjść na scenę i grać dla publiczności. Z drugiej strony, realizuję się też jako pedagog. Od momentu ukończenia studiów, uczę gry na saksofonie i kameralistyki w Zespole Szkół Muzycznych w Krośnie. Od dwóch lat pracuję także na Wydziale Muzyki Uniwersytetu Rzeszowskiego.

Z. S. : Proponuję, abyśmy się skupili na działalności artystycznej. Publiczność, która zazwyczaj jest zafascynowana Pana grą i po każdym utworze rozlegają się gorące oklaski, nie wie ile czasu musi poświęcić artysta, aby każdy utwór zabrzmiał pięknie i wykonawca mógł się bardzo swobodnie czuć na scenie. Ponadto, w programach Pana koncertów bardzo często znajdują się utwory skomponowane stosunkowo niedawno.

J. S. : Od czasów średniowiecza, poprzez barok, klasycyzm, a nawet romantyzm, grywano tylko muzykę współczesną dla danej epoki. Paradoksalnie, mając dzisiaj dostęp do materiałów nutowych od muzyki dawnej do współczesnej– zapominamy o tym, o czym pamiętano w  czasie ubiegłych stuleci – mianowicie o tym, że dzisiaj, tak jak poprzez stulecia, kompozytorzy wciąż tworzą muzykę. Trudno wytłumaczyć dlaczego tak się dzieje… Skoro Buxtehude czy Telemann mogli grać i grali głównie swoją muzykę – dlaczego dzisiaj nie wykonujemy muzyki napisanej w naszej epoce, lub gramy ją bardzo rzadko. Osobiście nie boję się tego typu muzyki. Być może dzieje się tak dzięki mojemu instrumentowi, który jest stosunkowo nowy, bo ma niewiele ponad 170 lat. Oryginalne utwory na saksofon powstawały dopiero od połowy XIX wieku, poprzez wiek XX i w czasie kilkunastu lat obecnego stulecia.

Z. S. : Należy także podkreślić, że muzyka wymieniona przez Pana wcale nie jest tak trudna w odbiorze jak się powszechnie uważa. Większości utworów z wielką przyjemnością posłucha każdy bez względu na wiek i przygotowanie do odbioru muzyki.

J. S. : Z muzyką naszych czasów będzie z pewnością tak samo jak z muzyką Mozarta. Na 626 dzieł, dzisiaj grywanych jest, zaledwie 10, może 20% jego utworów. Tak się dzieje z każdą muzyką. Dotyczy to zarówno muzyki klasycznej jak i wszelkich gatunków muzyki rozrywkowej. Istnieją dzieła ponadczasowe, które przetrwają lata, a nawet wieki, ale często są także utwory „jednego sezonu", grane zaledwie rok czy miesiąc. Z każdego rodzaju sztuką jest tak samo… Są dzieła wielkie, można powiedzieć „nieśmiertelne” i pseudo-dzieła, o których szybko po prostu się zapomina.

Z. S. : Teraz bardzo często spotykamy się z odkryciami dzieł zupełnie zapomnianych, które często przez kilka wieków były zapomniane i teraz są opracowywane i wykonywane.

J. S. : Owszem i nie jest to nic nowego. Podobnie było z muzyką wielkiego Johanna Sebastiana Bacha, który w swoim czasie znany  był głównie jako organista działający w Lipsku. Dopiero Feliks Mendelssohn – Bartholdy odkrył lipskiego kantora na nowo i zapoczątkował tak zwaną „epokę Bacha”. Tak samo będzie z wieloma utworami, które dzisiaj się wykonuje. Niektóre odejdą do lamusa, inne przetrwają. Takim przykładem „zapomnianego” mistrza jest Georg Philipp Telemann. Za życia był wielkim, znanym w Niemczech kompozytorem, a dzisiaj mało kto o nim pamięta. Najczęściej jego utwory grane są w szkołach muzycznych, lub sporadycznie wykonują je muzycy zafascynowani muzyką dawną.

Z. S. : Ma Pan w swoim repertuarze ogromną ilość utworów.

J. S. : Spektrum moich działań jest bardzo szerokie. Często wykonuję recitale solowe i zwykle zaczynam je od utworów Telemanna, lub innego kompozytora epoki baroku. Później korzystam z transkrypcji dzieł Debussy’ego i Brittena, a następnie płynnie przechodzę do muzyki saksofonowej zarówno z epoki neoklasycyzmu jak i postmodernizmu. Wielokrotnie wykorzystuję wówczas muzykę elektroniczną oraz utwory, które zawierają dużą porcję bruityzmów. Mam też nowy program na saksofon i taniec, w którym tancerka poprzez ruch obrazuje dźwięki utworów, które wykonuję. Kiedy podczas koncertu saksofonowi towarzyszy fortepian, lubię sięgać po utwory muzyki romantycznej, a jednym z moich ulubionych kompozytorów jest Robert Schumann. Dwa jego dzieła napisane w 1849 roku, opracowano i wydano właśnie na saksofon i fortepian. Trzy romanse zostały w oryginale skomponowane na trzy instrumenty – skrzypce lub obój lub klarnet i fortepian. Natomiast w Adagio et Allegro wykonawcami partii solowej mogli być: skrzypek, wiolonczelista, oboista lub waltornista. Można wysnuć tezę, że gdyby w połowie XIX wieku informacje rozchodziłyby się szybciej, być może Schumann napisałby te utwory także na saksofon, bo przecież w 1849 roku – saksofon już był, ale znano go tylko we Francji.

Z. S. : Saksofon powstał z myślą o wykonywaniu muzyki klasycznej, ale w naszych czasach zadomowił się w muzyce jazzowej i rozrywkowej.

J. S. : Trudno powiedzieć o saksofonie, że jest instrumentem jazzowym, czy rozrywkowym, ponieważ jak powstały te gatunki instrument już istniał. Ciężko też byłoby zaakceptować twierdzenie, że fortepian, czy kontrabas są instrumentami jazzowymi lub rozrywkowymi, a przecież bez nich combo jazzowe właściwie nie istnieje. Saksofon w jazzie pojawia się na równi z innymi instrumentami – gitarą, trąbka, skrzypcami czy fletem. Tylko pozornie saksofon klasyczny i jazzowy wydają się identyczne. Różnice są jednak znaczne, chociaż tkwią w szczegółach – inny ustnik, inny stroik, często inna ligatura, już nie mówiąc o sposobie zadęcia, wydobycia dźwięku. Tutaj rozbieżność jest naprawdę duża.

Z. S. : Gra pan muzykę jazzową, albo rozrywkową?

J. S. : Nigdy nie było mi po drodze z tego typu muzyką, choć również nie jest mi zupełnie obca. Krąg moich muzycznych zamiłowań jest naprawdę duży, dlatego nieraz brakuje mi czasu na zainteresowanie się wieloma gatunkami. W swoim repertuarze często sięgam do utworów, które są na tak zwanym pograniczu. Przykładowo, Erwin Schulhoff, który pozostawił nam w spadku dwa utwory na saksofon i fortepian, bardzo często wykorzystywał elementy jazzu, zarówno w fakturze, rytmice czy w harmonii. Najlepszym przykładem może być jego „Hot Sonate”, którą przez lata wykonywałem. W muzyce końca XX i początku XXI także przeplatają się i korelują różne style. Trzeba to wszystko na bieżąco śledzić i uaktualniać w swoim repertuarze.

Saksofon, podobnie jak flet ciągle się rozwijają. W przeciwieństwie do nich są instrumenty dęte blaszane, o których można powiedzieć, że właśnie przeżywają regres. Może nie dotyczy to trąbki, ale puzon, waltornia czy tuba, są dzisiaj instrumentami deficytowymi. Podobnie od lat jest z obojem i fagotem, a ostatnio ta „choroba” dopadła również klarnet.

Z. S. : Coraz częściej pojawia się saksofon w muzyce kameralnej.

J. S. : Dużą popularnością cieszy się kwartet saksofonowy, który stał się tak klasycznym składem jak kwartet smyczkowy czy trio fortepianowe. Ostatnimi czasy, wraz ze wzrostem popularności saksofonu pojawił się kwartet stroikowy. Bardzo dużo jest utworów na saksofon z organami czy z instrumentami perkusyjnymi – można powiedzieć, że ciągle rośnie zainteresowanie tym instrumentem.

Z. S. : Trzeba także podkreślić, że uczy się grać na saksofonie małe dzieci. Jak Pan rozpoczynał muzyczną edukację nie było to możliwe.

J. S. : Moją przygodę z saksofonem mogłem rozpocząć dopiero w szkole muzycznej II stopnia. Takie były kiedyś procedury. Dzisiaj uczymy dzieci gry na saksofonie altowym już od pierwszej klasy szkoły podstawowej i nikomu to nie przeszkadza.

Z. S. : Bardzo żałuję, ze nie mogłam być na Pana recitalu w Jarosławiu, gdzie saksofon był instrumentem wiodącym.

J. S. : Mój koncert w Jarosławiu zatytułowany był „Paryż – Nowy Jork”. Nieco przewrotny tytuł, nawiązywał do dwóch miast - dwóch stolic kulturalnych położonych na dwóch półkulach świata. Program koncertu także był dualistyczny. Obejmował zarówno muzykę europejską, jak i amerykańską.

Dzisiaj rozmawiamy z perspektywy czasu kolejnego koncertu z moim udziałem – po Koncercie Uniwersyteckim na Wydziale Muzyki w Rzeszowie. Tutaj zestaw kompozycji był równie bardzo przemyślany, jako, że tytuł  „Con Leggerezza” nawiązywał do lekkości w muzyce. Oprócz pieśni i piosenek, które pięknie zaśpiewał Jacek Ścibor, partie wokalne przeplatane były dźwiękami saksofonu. Podczas doboru repertuaru sugerowałem się, aby wykonać utwory, zainspirowane muzyką wokalną, bądź były ich transkrypcjami. Dlatego znalazły się  Five Songs from „West Side Story” – Bernsteina, czy Trzy utwory – Ives’a, które były aranżacją jego pieśni. Należy dodać, że najbardziej zapracowanym wykonawcą był Paweł Węgrzyn, który towarzyszył zarówno wokaliście jak i mnie.

Z. S. : Od wielu lat Pan uczy. Aktualnie w Zespole Szkół Muzycznych w Krośnie i na Wydziale Muzyki Uniwersytetu Rzeszowskiego. W Krośnie nie tylko prowadzi Pan klasę saksofonu, ale także zespoły kameralne.

J. S. : Kameralistyka jest w mojej działalności pedagogicznej bardzo ważna. Prowadzę nie tylko kwartet saksofonowy, ale także inne zespoły, w skład których wchodzi saksofon. Granie kameralne bardzo rozwija młodych muzyków. Nie ma nic przyjemniejszego jak wspólne muzykowanie. Boleję nad tym, że jest tak zbyt mało godzin przeznaczonych na tę formę edukacji. Nie zawsze to powinno być duo na jakiś instrument i fortepian, często mylony z akompaniamentem. Dzisiaj to słowo powinno już wyjść z użycia, bo przecież jest to gra na dwóch odrębnych i tak samo ważnych instrumentach. Nie zawsze musi w tym składzie być fortepian – mogą to być organy, klawesyn, gitara lub perkusyjne instrumenty sztabkowe. Edukacja na instrumencie niewątpliwie powinna odbywać się na dwóch płaszczyznach: instrument główny  oraz muzyka zespołowa.

Z. S. : Jest kilka rodzajów saksofonów i mają one różne kształty.

J. S. : Zdecydowanie tak. Tutaj należy sięgnąć do historii. Adolf Sax – genialny konstruktor, wręcz fanatyk, który w swoim warsztacie przerabiał wszystkie instrumenty. Podobno saksofon powstał przez pomyłkę. Sax próbował udoskonalić klarnet basowy. Zmieniając jego kształt na koniczny, bo klarnet jest instrumentem o przekroju cylindrycznym, myślał, że jeśli rozszerzy instrument – poprawi brzmienie niskiego rejestru. Owszem, udało się to, ale od strony akustycznej również okazało się, że jest to zupełnie inny instrument. Jako że: flet, obój, fagot i saksofon – należą do tzw. piszczałek otwartych, mających wszystkie alikwoty. Natomiast klarnet w swojej naturze ma tylko parzyste alikwoty, w związku z tym jest tzw. piszczałką zamkniętą. Przerabiając  klarnet basowy – Adolf Sax niechcący zrobił saksofon. Miało to miejsce około 1840 roku. Pierwowzorem był saksofon barytonowy, ale następnie Sax zbudował siedem podwójnych jego odmian. Tworzył je dla orkiestr dętych w stroju B i Es, natomiast do składów instrumentów symfonicznych były to instrumenty w stroju C i F. W latach dwudziestych ubiegłego stulecia powoli wykruszały się instrumenty w stroju C i F – w tzw. strojach symfonicznych, chociaż jeszcze Maurice Ravel w swoim Bolero przewidział sopranino w stroju F.  Obecnie tę partie gra się na saksofonie sopranowym. Kilkanaście lat temu „dobudowano” ósmą odmianę saksofonu – saksofon soprillo o długości 33 centymetrów. Jeśli chodzi o kształt – to najczęściej widzimy saksofony w kształcie odwróconej dwójki, czy jak niektórzy mówią - konewki, zaś trzy małe odmiany – sopran, sopranino i soprillo, ze względu na wielkość mają kształt prosty. Reasumując, dzisiejsze saksofony mają różne wielkości, kształty i odmienne jest także ich brzmienie.

Z. S. : Pewnie też różne są ceny saksofonów i to już zależy od ich jakości.

J. S. : Z instrumentami jest jak z samochodami. Każdy znajdzie coś dla siebie w zależności od tego co potrzebuje. Często popełnianym błędem przez rodziców dzieci rozpoczynających naukę jest kupowanie młodym adeptom sztuki instrumentów z najwyższej półki. Owszem, są to bardzo dobre instrumenty, ale to co robimy dobrze – to instrument nam odda z nawiązką, niestety każdy błąd jest także wyeksponowany dziesięciokrotnie. Jeśli ktoś się uczy grać, powinien posiadać instrument szkolny, a dopiero po zdobyciu odpowiednich umiejętności można zamienić go na lepszy. Uważam, że ten najlepszy saksofon powinien być trzecim, czasem nawet dopiero czwartym instrumentem. 

Z. S. : Czy słucha Pan muzyki, a jeżeli tak – to jakiej?

J. S. : Może zaskoczę Panią i wielu czytelników, ponieważ słucham nie tylko saksofonu i muzyki z udziałem saksofonu. Ten rodzaj stanowi niewielki procent, natomiast pozostała część to muzyka symfoniczna i kameralna. Słucham Strawińskiego, Prokofiewa, Szostakowicza, Bartoka, czy  Glass’a, Reicha, Stockhausena, ale także Bacha, Schumanna i Berlioza. Z racji tego, że moja córka jest fascynatką muzyki Chopina, ostatnio sięgam również po jego utwory. Moje zainteresowania dotyczą także twórczości Ciechowskiego, Nalepy jak również legendarnego Led Zeppelin. Mówię chaotycznie, bo dzielę muzykę jedynie na dobrą i złą.

Z. S. : Muzyka towarzyszy Panu zawsze – w pracy i w wolnych chwilach.

J. S. : Najpiękniejszą muzyką jest cisza, którą również uwielbiam.

 Z Jarosławem Seredą rozmawiała Zofia Stopińska 25 kwietnia 2017 roku.

"Złoty Orfeusz" dla artystów z Podkarpacia

Zofia Stopińska : Wspólnie z ks. dr Mieczysławem Gniadym chcemy przypomnieć nagraną w Filharmonii Podkarpackiej płytę z Missa solemnis h – moll  - Ignaza Rittera von Seyfrieda. Jest to pierwsze na świecie nagranie tego utworu. W ubiegłym roku francuska Academie du Disque Lirique przyznała tej płycie nagrodę Złotego Orfeusza, w kategorii Muzyka Sakralna.

Mieczysław Gniady : Jest to niewątpliwie wielkie wyróżnienie dla wszystkich wykonawców, którego nie spodziewaliśmy się, ale bardzo nas cieszy fakt, że ktoś dostrzegł naszą pracę i tak bardzo nas uhonorował. Ta nagroda jest potwierdzeniem sensu dotychczasowych naszych działań i mobilizuje nas do podejmowania kolejnych takich inicjatyw. Bardzo mnie cieszy, że przypomnieliśmy kompozytora zupełnie zapomnianego. Dzięki temu nagraniu i nagrodzie usłyszała o nim Europa, a może nawet świat. Ignaz Ritter von Seyfried zasługuje na to, aby o nim mówić i grać jego utwory. Wiele osób przyczyniło się do powstania tej płyty. Opracowałem rękopis i doprowadziłem do wykonania utworu w Archikatedrze Przemyskiej, oraz do powstania nagrania, ale nic bym nie zrobił bez pomocy.

Z. S. : Rękopis partytury Missa solemnis – Seyfrieda, znajduje się w archiwum w Wiedniu, ale Ksiądz odnalazł ten utwór gdzie indziej.

M. G. : Pierwszym, który zwrócił uwagę na tę kompozycję był  prof. Kazimierz Górski. Ktoś przyniósł mu pokaźny zbiór różnych utworów i powiedział – „…. Panie Profesorze – jeśli Pan uzna, że to jest wartościowe, to proszę wykorzystać, a jeżeli nie, to proszę spalić…”. Wśród tych nut była kopia rękopisu Missa solemnis - Ignaza Rittera von Seyfrieda, a ponieważ prof. Górski zajęty był innymi projektami, przekazał tę kompozycję mnie. Poprosił, abym przygotował rękopis do wykonania, a później zorganizował koncert, podczas którego ta kompozycja zabrzmi. O kompozytorze nie wiedzieliśmy nic. Dopiero po nagłej śmierci Profesora zacząłem poszukiwania różnych informacji. Udało mi się dotrzeć do biografii Ignaza Rittera von Seyfrieda, napisanej przez Bettinę von Seyfried. Oprócz biografii, autorka zamieściła wykaz kompozycji. Dzięki tej pozycji dotarłem do oryginalnego manuskryptu mszy, który znajduje się w Austriackiej Bibliotece Narodowej w Wiedniu. Poprosiłem o udostępnienie rękopisu, otrzymałem drogą elektroniczną partyturę i dopiero wówczas mogłem porównać kopię, którą przekazał mi prof. Górski  i oryginalny rękopis. Okazało się, że kopia była niekompletna – brakowało trzech części i nie zawierała partii organów, pełniących rolę basso continuo. Oprócz tego kopia została trochę „romantycznie” potraktowana, co najbardziej było widoczne we frazowaniu, w łukach i różnych muzycznych oznaczeniach. Miałem już wówczas opracowaną część utworu na podstawie kopii, ale zacząłem pracę od początku opierając się wyłącznie na rękopisie wiedeńskim sygnowanym przez kompozytora. Jeszcze raz podkreślę zasługi mojego nauczyciela i przyjaciela śp. prof. Kazimierza Górskiego. Gdyby nie przekazał mi tej kopii, to nic bym o kompozytorze i utworze nie wiedział.   

Z. S. : Dopiero po śmierci prof. Górskiego prace nad utworem nabrały tempa.

M. G. : Tak było naprawdę. Profesor zmarł nagle, nie chorował i nikt się nie spodziewał, że tak nagle odejdzie z tego świata. Dzień przed swoją nagłą śmiercią, zadzwonił do mnie i nasza rozmowa dotyczyła prawie wyłącznie tej kompozycji. Był bardzo ciekawy ile już zrobiłem i musiałem się przyznać, że nie tyle ile bym chciał, bo nie miałem czasu ze względu na inne zajęcia. Wtedy zaczął mnie ponaglać i do dziś pamiętam jego słowa: „zrób to dla mnie!”. Na drugi dzień, 30 kwietnia 2009 roku, około dziesiątej przed południem, zadzwoniła żona profesora i powiedziała: „Kazik nie żyje”. To był dla mnie wielki szok i słowa „zrób to dla mnie” potraktowałem jako swoisty testament. Wziąłem się ostro do pracy i efektem było wykonanie Missa solemnis 5 listopada 2012 roku w bazylice archikatedralnej w Przemyślu. Podjąłem także decyzję o profesjonalnym nagraniu.

Z. S. : Wiele pracy było przed nagraniem Missa solemnis  w sali Filharmonii Podkarpackiej. Orkiestra i soliści to zawodowi muzycy, ale chóry biorące udział w nagraniu nie spotykają się codziennie. Dotyczy to zarówno Archidiecezjalnego Chóru „Magnificat” z Przemyśla, jak i Chóru Wydziału Muzyki Uniwersytetu Rzeszowskiego.

M. G. : Po przygotowaniu materiału nutowego, pojechałem do Filharmonii Podkarpackiej i rozmawiałem z panią dyrektor prof. Martą Wierzbieniec. Wspólnie zastanawialiśmy się nad nagraniem tego dzieła. Potrzebowałem dużego chóru, bo kompozycja tego wymaga. Pani prof. Marta Wierzbieniec podpowiedziała mi, żeby zwrócić się do Chóru Wydziału Muzyki Uniwersytetu Rzeszowskiego. Dyrygent Chóru pani Bożena Stasiowska – Chrobak zgodziła się, rozmawialiśmy o kształcie dzieła i przekazałem jej materiały nutowe. Najpierw pracowaliśmy z chórami osobno, a później spotkaliśmy się na wspólnej próbie. Trzeba podkreślić, że wszyscy chórzyści stanęli na wysokości zadania, chociaż nie są to chóry zawodowe. Często jednak chóry amatorskie, śpiewają tak dobrze, jak chóry zawodowe. Wprawdzie śpiewacy nie są na etatach i nie mają codziennie prób, ale oni kochają to co robią  ( amo – znaczy kocham) i całe serce w to wkładają – stąd tak dobry efekt końcowy. Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Podkarpackiej, to świetny zespół, a znakomitych solistów zaprosiliśmy z Warszawskiej Opery Kameralnej. W Missa solemnis – Seyfrieda, nie ma zbyt wielu arii solistycznych, natomiast soliści muszą dobrze brzmieć razem – w kwartecie, a zaproszeni do wykonania soliści : Justyna Stępień – sopran, Ewa Mikulska – alt, Krzysztof Machowski – tenor i Krzysztof Matuszak – bas, wykonali wszystkie partie przeznaczone dla solistów znakomicie.

Z. S. : Ignaz Ritter von Seyfried skomponował Missa solemnis h-moll na specjalną okazję.

M. G. : Tak, ojciec jako dar na prymicje swojego syna napisał tę mszę i w kompozycji wyraźnie słychać, że powstała ona z myślą o oprawie mszy. W każdej części, w każdej nucie słyszalny jest czynnik sakralny. Piękną recenzję o płycie z Missa solemnis, napisał pan Eugeniusz Ratajczak i są tam między innymi słowa : „Muzyka ojca dla syna, którego ojciec, powierza Ojcu Bogu”. Ponieważ syn Ignaza Rittera - Fritz był benedyktynem i przyjmował święcenia w opactwie w Melku – tam ta msza zabrzmiała po raz pierwszy pod batutą samego kompozytora 15 sierpnia 1831 roku. Z moich poszukiwań wynika, że msza została jeszcze dwa razy wykonana również w opactwie w Melku, ale tylko we fragmentach.

Z. S. : Materiał na płytę został utrwalony w sali Filharmonii Podkarpackiej, znanej ze znakomitej akustyki.

M. G. : Nie znam zbyt wielu sal filharmonicznych, ale wydaje mi się, że tak znakomitych, jeśli chodzi o akustykę sal jest niewiele. Chcę jeszcze podkreślić, że z wielką życzliwością podeszli do tego dzieła: pani prof. Marta Wierzbieniec i wszyscy muzycy Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Podkarpackiej, która zaliczana jest do najlepszych orkiestr w Polsce. Chcę im serdecznie podziękować.

Z. S. : Wydanie płyty wiąże się z dużymi wydatkami. Firma DUX robi nie tylko doskonałe nagrania, ale także dba o szatę graficzną płyty i treść informacji zawartych w dołączonej do płyty książeczce.

M. G. : Ma pani rację - słowa uznania należą się także firmie fonograficznej DUX, a szczególnie pani Małgorzacie Polańskiej, która pilnowała dosłownie każdej nutki. Chcę także podkreślić, że płyta pojawiła się w roku jubileuszowym dla Filharmonii Podkarpackiej im Artura Malawskiego, która świętowała 60-lecie, Archidiecezjalny Chór „Magnificat” , który ja prowadzę obchodził 30-lecie i 25-lecie działalności świętowała „Caritas” Archidiecezji Przemyskiej. Chcę serdecznie podziękować „Caritasowi” i dyrektorowi Księdzu Prałatowi Arturowi Jańcowi, bo dzięki ich zabiegom i wsparciu mogliśmy wydać płytę. Wsparli nas także: Urząd Marszałkowski Województwa Podkarpackiego i Urząd Miasta Przemyśla, a patronat medialny nad wydawnictwem objął Przemyski Przegląd Kulturalny.

Z. S. : Przed nami stoliku leży płyta i obok stoi statuetka – Złoty Orfeusz w kategorii Muzyki Sakralnej przyznany przez Academie du Disque Lirique. Tę nagrodę określa się mianem muzycznego Oscara.

M. G. : To jest bardzo ważne dla mnie i wszystkich wykonawców wyróżnienie, porównywane, jak pani powiedziała, do filmowego Oscara.

Z. S. : Po wydaniu płyty i przyznaniu jej Złotego Orfeusza, ukazało się wiele informacji w lokalnych i ogólnopolskich mediach, oraz w pismach poświęconych muzyce klasycznej. Pisano o niej także poza granicami kraju. Znany francuski muzykolog, krytyk muzyczny, autor programów radiowych – Marc Vignal, także napisał recenzję zawierającą wiele ciepłych słów pod adresem wykonawców. Podkreślił to, czego nie zauważyli polscy recenzenci, że w Missa solemnis h – moll -  Ignaza Rittera von Seyfrieda, w wykonaniu polskich artystów, został odtworzony wiernie styl sakralnej muzyki wiedeńskiej tamtych  czasów, zapoczątkowany przez Józefa Haydna. Może warto by było zorganizować kilka koncertów, podczas których zostanie wykonane nagrodzone dzieło. Dobrym miejscem byłoby opactwo w Melk, gdzie działo zabrzmiało po raz pierwszy.

M. G. : Myślimy o tym również, chcemy także wykonać to dzieło na Podkarpaciu, a ja tymczasem sięgnąłem po inne utwory Ignaza Rittera von Seyfrieda. Aktualnie pracuję nad rękopisem mszy, a niedawno ukończyłem opracowywać „Te Deum”, które między innymi zabrzmi 14 maja na dziedzińcu Zamku w Krasiczynie, podczas uroczystego koncertu z okazji 150-rocznicy urodzin Kardynała Adama Stefana Sapiehy, który urodził się 14 maja 1867 roku w Krasiczynie. Wkrótce będziemy znać wszystkie szczegóły tego koncertu.

Z ks. dr Mieczysławem Gniadym rozmawiała Zofia Stopińska 19 kwietnia 2017 roku.

Subskrybuj to źródło RSS