Batuty czar to tysiące koncertów i podróży artystycznych
Moim gościem jest pan Sławomir Chrzanowski, znakomity polski dyrygent, który po 36 latach pracy na stanowisku dyrektora naczelnego i artystycznego, tysiącach koncertów i spotkań z publicznością pożegnał się z Filharmonią Zabrzańską dwoma uroczystymi koncertami, które zakończyły ten .rozdział jego kariery artystycznej. Będziemy go nadal oklaskiwać w roli dyrygenta. 4 lipca 2026 roku maestro Sławomir Chrzanowski dyrygował Orkiestrą Symfoniczną Filharmonii Podkarpackiej im. Artura Malawskiego w Rzeszowie, podczas koncertu plenerowego „Opery i operetki czar…”, który odbył się w ramach projektu „Przestrzeń otwarta dla muzyki”. Wtedy także została zarejestrowana rozmowa. Zapraszam do lektury.
Ciekawa jestem, kiedy Pan zaczął marzyć o dyrygowaniu, bo dosyć długo uczył się Pan grać na fortepianie.
Podstawową i średnią szkołę muzyczną kończyłem w rodzinnym Rybniku w słynnej Rybnickiej Szkole Antoniego i Karola Szafranków. Do dzisiaj wdzięczny jestem pani profesor Irenie Szyszkowskiej, która uczyła mnie fortepianu po dyplomie powiedziała mi, że gram bardzo dobrze, ale nie polecała mi studiów pianistycznych, Powiedziała, że powinienem wybrać inny kierunek. Dlatego zdawałem na teorię muzyki i podjąłem studia na tym kierunku w Akademii Muzycznej w Katowicach.
Mieszkałem w jednym pokoju z Jerzym Koskiem, który studiował dyrygenturę. Jurek od zawsze marzył, żeby być dyrygentem, ale w tamtych czasach (to był rok 1983), na katowickiej uczelni nie było wydziału dyrygentury, który został zamknięty i nie reaktywowano go. Po kilku latach starań rektor zgodził się na ponowne otwarcie i kolega Jerzy Kosek zdawał egzamin wstępny jako pierwszy do klasy prof. Karola Stryji. Zdał i został przyjęty. Chodziliśmy na te same przedmioty teoretyczne, a on jeszcze dodatkowo uczęszczał na lekcje dyrygowania. Popołudniami uczyliśmy się i widziałem jak stał przed lustrem i ćwiczył polecone przez profesora gesty.
Po pewnym czasie postanowiłem także spróbować swoich sił i także rok później zostałem przyjęty na dyrygenturę.
Teorię ukończyłem w 1986 roku, a dyrygenturę w 1989. Rok później wygrałem konkurs na dyrektora Filharmonii w Zabrzu.
Miał Pan już pewne doświadczenie, bo w czasie studiów już Pan dyrygował zespołem.
Miałem ogromne szczęście, bo bardzo trudno jest młodym studentom dyrygentury dostać się do orkiestry i przeważnie lekcje odbywają się przy fortepianie. Niestety, to nie jest to samo co lekcje dyrygowania zespołem. Ponieważ ja od 1983 roku pracowałem jako nauczyciel przedmiotów ogólno-muzycznych, czyli solfeż , harmonia, literatura, historia muzyki i również prowadzenie orkiestry w Liceum Muzycznym w Katowicach, to miałem dostęp do orkiestry kameralnej, a później symfonicznej. To co się nauczyłem podczas lekcji dyrygowania z prof. Stryją, mogłem ćwiczyć prowadząc orkiestrę szkolną. Do dziś dziękuję opatrzności, że miałem taką możliwość.
Tych kontaktów było bardzo dużo, do dzisiaj wspominam jak wyjeżdżaliśmy z tą orkiestrą także na różne koncerty zagraniczne. Byliśmy nawet w Kanadzie w Calgary. Koncertowaliśmy w Zachodniej Kanadzie., skąd mamy wspaniałe wspomnienia. W Liceum Muzycznym w Katowicach przestałem pracować jak zostałem dyrektorem Filharmonii Zabrzańskiej, ponieważ nie mogłem pogodzić pracy na dwóch etatach.
Od początku repertuar rozrastał się we wszystkich nurtach muzyki klasycznej.
Przekonałem się o tym tuż przed udaniem się na emeryturę zrobiłem życiowe resume, bo na szczęście wszystko od początku notowałem.
Pierwszym koncertem symfonicznym dyrygowałem w 1988 roku, gdzie nasze katowickie liceum miało swój koncert doroczny, którym dyrygował pan dyrektor, ale ja byłem jego asystentem. Poprosiłem go czy mógłbym coś zadyrygować i pan dyrektor zgodził się na jeden utwór, a była to suita z West Side Story Leonarda Bernsteina
Kiedy powstawało życie muzyczne, wzorcem tworzenia koncertu były: uwertura, koncert i symfonia. Tak też jest do dzisiaj, ale wiemy, że świat się zmienił, jesteśmy w innej rzeczywistości i muzyka od tamtego czasu rozwinęła się w różnych kierunkach. W czasach Mozarta, Mendelssohna, Chopina odbywały się raczej na dworach. Potem, w drugiej połowie XIX stulecia przyszła operetka, później pojawił się jazz, swing, blues. Te wszystkie nurty zaczęły się z sobą przeplatać. Na początku XX wieku pojawił się kolejny nurt - muzyka filmowa. Kiedy na taśmę filmową udało się wprowadzić dźwięk, zapraszano do współpracy wielu znakomitych kompozytorów i powstawały ścieżki, które do dzisiaj grywamy. Kiedy operetka się ugruntowała, w Ameryce powstał musical. Od końca XX wieku orkiestry bardzo chętnie grywają muzykę ze ścieżek filmowych, a niedawno doszedł kolejny dział – muzyka z gier komputerowych. Tych obszarów jest coraz to więcej.
Nie wspomnieliśmy o muzyce oratoryjno-kantatowej, która była i jest wykonywana.
Jeśli ma się w swoim mieście takie możliwości (również finansowe), bo takie koncerty są fantastyczne, ale są kosztowne, bo potrzebny jest rozbudowany zespół wykonawczy: kilkoro solistów, chór, orkiestrę symfoniczną. Ale takie koncerty dane mi było w życiu prowadzić. Moim ukochanym Requiem Mozarta dyrygowałem 56 razy.
Tak też moje obszary działalności się rozszerzały. Jestem dumny, że we wszystkich obszarach miałem okazję zaistnieć, lubię je i w dalszym ciągu się rozwijam.
Policzył Pan iloma koncertami do tej pory Pan dyrygował?
Kończąc swoją pracę jako dyrektor, zrobiłem takie podsumowanie. Zamierzam dalej być dyrygentem i mam już na kolejny sezon 16 zaproszeń.
Jak kończyłem pracę w roli dyrektora Filharmonii Zabrzańskiej, osoba zajmująca się u nas publicity poprosiła mnie na początku czerwca, abym podsumował swoje 36 lat dyrektorowania.
Ponieważ, jak już wspomniałem, wszystko od pierwszego koncertu pisałem. 36 lat to sporo i trochę tych koncertów było.
Z moją Orkiestrą Filharmonii Zabrzańskiej w mieście wykonaliśmy 3004 koncerty oraz 674 koncerty wyjazdowe w różnych ośrodkach naszego kraju i za granicą.
Koncert z Orkiestrą Filharmonii Podkarpackiej był moim 730-tym koncertem gościnny z innymi orkiestrami niż moja macierzysta.
W dotychczasowej karierze dyrygował Pan ponad 70. orkiestrami na świecie.
Tak się zdarzyło. Bywałem w różnych miejscach. Kilkakrotnie, a dokładnie siedem razy byłem zapraszany do Stanów Zjednoczonych i dyrygowałem w różnych miejscach, z których dwa zawsze będą powodować żywsze bicie mego serca: koncert w Carnegie Hall w Nowym Jorku oraz Orchestra Hall w Chicago. Jak się pani domyśla, kiedy człowiek staje przed jedną z najsłynniejszych orkiestr świata, to kolana robią się miękkie, a serce bardzo mocno bije. W 2005 roku zadebiutowałem w Chinach prowadząc Wuhan Symphony Orchestra.
Dyrygował Pan wszystkimi polskimi orkiestrami filharmonicznymi i kameralnymi, z wieloma prowadzi Pan stałą współpracę. Do nich należy Rzeszów. Często Filharmonia Podkarpacka zaprasza Pana do poprowadzenia koncertu w ramach projektu „Przestrzeń otwarta dla muzyki”.
Wszystko dokładnie policzyłem. Rzeszów jest na pierwszym miejscu w koncertach gościnnych. Na drugim miejscu jest moje rodzinne miasto, czyli Rybnik, a na trzecim Filharmonia Pomorsk w Bydgoszczy. Orkiestrą Filharmonii Podkarpackiej dyrygowałem 73 razy.
Koncerty „Przestrzeń otwarta dla muzyki” to fantastyczny pomysł. Zawsze podkreślam, że zawód muzyka i dyrygenta pozwala mi zobaczyć różne ciekawe miejsca.
Mój profesor Karol Stryja, kiedy podpisywał mi dyplom, powiedział tak: „Będziesz dyrygował w różnych miejscach, różny będzie stopień trudności i ważności koncertów, nigdy nie wolno ci dyrygować inaczej w ogromnym prestiżowym ośrodku jak w małym ośrodku. Wrażliwość ludzka na muzykę jest dokładnie taka sama, tylko wielkość miejsca, albo jego popularność powoduje, że jest ono bardziej prestiżowe. Nie wolno nigdy lekceważyć miejsca, które ma mniejsze znaczenie. Poza tym nigdy nie wiesz kto jest na widowni. Na widowni może być ktoś, kto sensie zawodowym może zmienić twoje życie”.
Wziąłem to sobie do serca i do dziś hołubię tej zasadzie i dobrze na tym wychodzę.
Kilka razy byłam na koncercie którym Pan dyrygował i jednocześnie przybliżał publiczności wykonywane utwory i ich twórców. Publiczności się to bardzo podobało.
Zaczęło się to od pewnej konieczności. Wiele lat temu, kiedy rozpoczynałem swoją pracę w Zabrzu, byliśmy na koncercie wyjazdowym i organizatorzy zatrudnili prelegenta. Przed koncertem, kiedy już orkiestra stroiła instrumenty, okazało się, że prelegenta nie ma. Nie było komórek i nie można było z nim nawiązać kontaktu, bo to były czasy, kiedy telefonów komórkowych jeszcze nie było. Inspektor orkiestry podsunął pomysł, abym zapowiedział koncert, bo przecież ukończyłem także teorię muzyki. Tak się zaczęło.
Ostatnio często także zapowiadam koncerty, którymi dyryguję, bo jestem o to proszony.
Nie sprawia mi to żadnego kłopotu, bo wiem dokładnie, co będziemy grać.
Wiem, że opowiadanie życiorysów kompozytorów czy solistów nie ma sensu, bo w dobie Iinternetu wszystko łatwo można znaleźć. Raczej łączę nasze codzienne życie z muzyką, którą za chwileczkę wykonamy, próbuję znaleźć jakieś paralele, jakieś porównania i punkty styczne, bo nasze życie, tak jak wszystkich ludzi , spotykają radości, problemy, dramaty i różne sytuacje. Jeśli to się da przełożyć na muzykę, to staram się to łączyć, pokazując jedność wykonawców z publicznością, która nas słucha i burząc tę niewidzialną szybę, która mogła by się stworzyć pomiędzy wykonawcą, a odbiorcą.
Dyrygując często różnymi orkiestrami trzeba od pierwszej próby nawiązać z zespołem dobry kontakt, bo od tego zależy jaki będzie koncert.
Ja nawet uważam, że podczas pierwszych pięciu minut ten kontakt trzeba nawiązać. W orkiestrach grają doskonale wykształceni ludzie.
Kiedy zaczynałem swoją pracę w latach 90-tych ubiegłego wieku, cały świat i również nasz kraj był w okresie wielkich przemian społeczno-gospodarczo-politycznych. W tamtych czasach w orkiestrach nie wszyscy mieli jeszcze wyższe wykształcenie. Dziś, doskonale wszyscy wiemy, na jedno miejsce zgłasza się kilkanaście znakomicie wykształconych osób i wybierani są najlepsi z nich.
W tamtych czasach zwykle ćwiczyło się z orkiestrą od poniedziałku. Dzisiaj do wtorku to jest rzadkość, najczęściej próby zaczynamy od środy. Orkiestry zupełnie inaczej pracują.
Podczas tych kilku tysięcy koncertów także wypracowałem sobie swój model pracy. Jestem człowiekiem pragmatycznym, zawsze staram się być perfekcyjnie przygotowany, bo nie mógłbym wymagać od człowieka, który przede mną siedzi, czegoś, czego sam wiem.
Przekonałem się, że taki styl pracy wszystkim pasuje, czyli konkretnie, na temat i bardzo profesjonalnie, wszystkim pasuje.
Orkiestry zawodowe pracują bardzo skutecznie i taki 3-dniwy cykl wystarcza, chyba, że program jest wybitnie trudny , to wtedy trzeba więcej czasu.
Mając tak ogromne doświadczenie w dyrygenckim fachu, może powinien się Pan dzielić z młodymi osobami, które marzą o tym, żeby zostać dyrygentem.
Proszono mnie o to już kilkakrotnie, ale ja nigdy nie pracowałem na uczelni i chociaż dorobek artystyczny mam ogromny, nie mam poszczególnych stopni rozwoju zawodowego. Musiałbym rozpoczynać jako asystent profesora.
Kilka razy proszono mnie o konsultację, przygotowywałem wiele razy kandydatów do egzaminu wstępnego na dyrygenturę i zwykle z sukcesem.
Życie dyrygenta związane jest z podróżami. W ostatnich latach bardzo często towarzyszy Panu w tych podróżach żona.
Żona jest moim najlepszym: menedżerem, przyjacielem, doradcą, powiernikiem. Bez żony nie wyobrażam sobie, jak mógłbym w tym zawodzie sensownie istnieć, a jesteśmy 41 lat razem.
Moja żona bardzo lubi ze mną jeździć, bo wyjazdy są wspaniałą rzeczą, ale także męczącą. Dobrze wtedy mieć najbliższą osobę obok siebie. Jest się z kim podzielić radością, czasami smutkiem, co ś przedyskutować. Zona bardzo pomaga mi w sprawach organizacyjnych, dba o wiele spraw. Krótko mówiąc – gdyby nie ona, to moje życie artystyczne nie było tak bogate. Ten spokój „z tyłu głowy”, albo inaczej mówiąc sukces, w 99 procentach jej zawdzięczam.
Koncerty w niewielkich miastach i miasteczkach pozwalają Państwu zobaczyć jaki nasz kraj jest piękny.
Oczywiście, że tak. Kiedy rozmawiamy ze znajomymi, często pokazują nam fotografie z różnych atrakcyjnych wyjazdów zagranicznych. My także pokazujemy zdjęcia z cudownych miejsc i zawsze padają pytania: gdzie jest tak pięknie? Odpowiadamy, że niedaleko, w Polsce.
Ostatnio dyrygowałem z Orkiestrą Filharmonii Podkarpackiej w Przecławiu. Nie wiedziałem nawet, że taka miejscowość istnieje. Już podczas pierwszej próby muzycy pokazali mi piękny pałac i powiedzielii, że przed nim odbędzie się koncert. Zachwyciło mnie to miejsce. Czy to nie jest piękna wartość dodana mojej pracy? Uważam, że najpiękniejsza.
Życzę, aby nigdy nie brakowało Panu entuzjazmu, energii i zapału do dalszej pracy w zawodzie dyrygenta i bardzo dziękuję za rozmowę.
Ja także bardzo dziękuję.
Zofia Stopińska
Galeria
-
Batuty czar
Batuty czar
-
Batuty czar
Batuty czar
-
Batuty czar
Batuty czar
-
Batuty czar
Batuty czar
-
Batuty czar
Batuty czar
https://www.klasyka-podkarpacie.pl/wywiady/item/4044-batuty-czar-to-tysiace-koncertow-i-podrozy-artystycznych?print=1&tmpl=component#sigProIdf466a30900



