wywiady

O marzeniach, pasjach, muzyce i przyjaźni

       W cyklu rozmów z artystami muzykami pochodzącymi z Podkarpacia zapraszam Państwa na spotkanie z dr hab., prof. UR Mirosławem Dymonem.
       To wszechstronnie wykształcony artysta, którego znam i podziwiam od wielu lat. Miał wiele zawodowych planów: najpierw zamierzał studiować medycynę, ale zmienił zdanie i kontynuował naukę gry na akordeonie w akademii muzycznej. Później rozwijał swoje zainteresowania z zakresu psychologii, muzykoterapii, teorii muzyki i pedagogiki.                                   Dotychczasowy dorobek naukowo-badawczy obejmuje szereg publikacji naukowych, w tym ponad 80 artykułów, z czego 26 opublikowano za granicą, oraz dwie monografie. W 1986 roku pan Mirosław Dymon rozpoczął pracę w Katedrze Wychowania Muzycznego Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Rzeszowie (obecnie Wydział Muzyki Uniwersytetu Rzeszowskiego) jako asystent, a później był adiunktem, dziekanem, dyrektorem Instytutu Muzyki.
      Bardzo się cieszę, że mogłam porozmawiać z prof. Mirosław Dymon o jego pasjach i wyborach. To bardzo ciekawa historia.

Od lat związany jest Pan z Rzeszowem, a trwa to od rozpoczęcia nauki w Szkole Muzycznej II stopnia przy ulicy Chopina w Rzeszowie.

        Tak, od tego czasu jestem związany z Rzeszowem, bo wówczas zdecydowałem się kontynuować naukę gry na akordeonie u wspaniałego pedagoga doc. Krzysztofa Milczanowskiego, któremu zawdzięczam fakt, że zostałem muzykiem. Równolegle uczyłem się w wymagającym bardzo I Liceum Ogólnokształcącym w Rzeszowie. Początkowo myślałem, że zostanę tak jak tato lekarzem. Zagłębiając się coraz bardziej w muzykę dzięki wspaniałym nauczycielom takim profesorom jak: Krzysztof Milczanowski, Urszula Biskupska, Izabela Pajdakowa, Małgorzata Gajewska, którzy wycisnęli na mnie ogromne piętno i sprawili, że chodziłem do szkoły muzycznej z wielką radością. Miałem ponadprzeciętne zdolności i nauka nie sprawiała mi trudności. Do południa spędzałem czas na lekcjach w liceum w klasie o profilu biologiczno-chemicznym, a po południu w szkole muzycznej oraz na ćwiczeniu. W tej samej klasie w liceum uczyła się moja żona.
       Pod koniec nauki w liceum trzeba było zdecydować co dalej. Wybrałem studia muzyczne. Nauka w szkole muzycznej II stopnia trwała 5 lat, po maturze pozostał mi rok do ukończenia nauki. Dlatego postanowiłem przed studiami ukończyć szkołę muzyczną i w tym czasie coraz bardziej zaczęła mnie interesować muzyka.

Kontynuował Pan studia w klasie akordeonu doc. Krzysztofa Milczanowskiego na Wydziale Instrumentalnym Akademii Muzycznej w Krakowie, ale wkrótce po ich ukończeniu rozpoczął Pan kolejne studia na Wydziale Filozoficzno – Historycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego.

       Zawsze marzyłem o mariażu: muzyki, sztuki i nauki. Przez całe dorosłe życie działałem dwukierunkowo: z bardzo dobrym wynikiem ukończyłem studia w Akademii Muzycznej w Krakowie, doktorat w UJ w zakresie psychologii muzyki, wyróżniony przez komisję doktorską możliwością zewnętrznej publikacji, później celująco ukończyłem Studia Podyplomowe w zakresie muzykoterapii w Akademii Muzycznej im. Karola Lipińskiego we Wrocławiu. W 2011 roku uzyskałem stopień doktora habilitowanego w zakresie teorii muzyki i pedagogiki na Wydziale Pedagogicznym Uniwersytetu Ostravskiego. W tym czasie w Polsce trudno było znaleźć interdyscyplinarną dziedzinę łączącą sferę nauki i sztuki, i stąd wybór Ostravy.

Dymon Mirosław Dymon z akordeonem 800Mirosław Dymon - akordeon, fot. z albumu Artysty

Warto wspomnieć, że w klasie akordeonu prof. Krzysztofa Milczanowskiego w Szkole Muzycznej II stopnia w Rzeszowie, a później podczas studiów w Krakowie studiowali bardzo zdolni młodzi akordeoniści z Podkarpacia.

       W tym samym czasie grę na akordeonie zgłębiali: wirtuoz akordeonu Paweł Paluch, Leszek Teper, Jurek Kołodziej, Bogusław Sękowski, wszyscy ze Szkoły Muzycznej II stopnia przy ulicy Chopina w Rzeszowie. Byliśmy bardzo zaprzyjaźnieni i trzymaliśmy się razem.
Wymiarem tej naszej przyjaźni był działający w latach 1983 – 1987 kwintet akordeonowy „Sonores V”. Jako student zostałem zaproszony do tego zespołu. Szefem był doc. Krzysztof Milczanowski. Podczas czterech lat działalności daliśmy ponad 100 koncertów , w większości na terenie obecnych województw: podkarpackiego, małopolskiego i lubelskiego. Graliśmy oryginalne kompozycje na akordeon, transkrypcje i opracowania popularnych utworów z różnych epok.
       Wielką popularnością cieszył się w tym czasie Kwintet Warszawski, który założył i przez wiele lat prowadził prof. Lech Puchnowski, akordeonista i pedagoga zwany „twórcą polskiej akordeonistyki”.
Pamiętam koncert tego zespołu w Rzeszowie kiedy z „otwartymi buziami” słuchaliśmy fantastycznego koncertu. To także wpłynęło na moją decyzję kontynuowania studiów w zakresie gry na akordeonie.

Pamiętam czasy jak uczyliście się w szkole II stopnia, braliście udział w różnych konkursach i konkurowaliście ze sobą, ale także wspieraliście się, trzymaliście kciuki za kolegów.

      Oczywiście, że była rywalizacja, ale w dobrym sensie tego słowa. Dostęp do wydawnictw nutowych, a szczególnie nowych kompozycji był bardzo ograniczony. Podczas każdego konkursu wymienialiśmy różnego rodzaju doświadczenia i przede wszystkim nuty. Zawsze wracaliśmy z nowymi utworami lub opracowaniami i powoli nasz repertuar stawał się coraz bogatszy. Zawsze także wiele się uczyliśmy i mieliśmy ambicje, aby dorównać najlepszym akordeonistom.
       Każdy wyjazd na konkurs wymagał wielu przygotowań i zabiegów. Trzeba było przejść przez różne sita eliminacyjne. Dzisiaj bierze się paszport i jedzie się na konkurs. Wtedy ilość uczestników czy zespołów z danego kraju była ograniczona, a wszystkie sprawy proceduralne były bardzo skomplikowane i trudne. Zawsze jednak najważniejsza była muzyka.
Mnie zawsze najbardziej inspirowała gra w zespole.
       Wspominając w gronie kolegów lata nauki w Rzeszowie, mówiliśmy o rzeszowskiej szkole akordeonowej, która wyróżniała się szczególnie artykulacją. Nasz profesor Krzysztof Milczanowski w pewnym okresie był także pianistą i to była artykulacja pianistyczno-akordeonowa, a wzbogacona wskazówkami prof. Puchowskiego sprawiała, że razem oddychaliśmy, razem rozpoczynaliśmy, rozwijaliśmy i kończyliśmy każdy dźwięk. To były podstawy naszej szkoły.

Długie poszukiwania i interdyscyplinarne studia były Panu bardzo potrzebne.

       Pod kątem naukowym, psychologicznym, interesowało mnie wszystko co dotyczy zdolności muzycznych, pamięci muzycznej, tremy i stąd zainteresowania procesem twórczym. Literatura na ten temat jest bogata głównie dzięki publikacjom Joya Paula Guilforda, amerykańskiego psychologa i pedagoga, a w Polsce Prof. dr hab. Edwarda Nęcki (promotora moje pracy doktorskiej) oraz prof. dr hab. Marii Manturzewskiej, z którą współpracowałem już jako młody naukowiec. To generalnie dzięki Nim mój rozwój w dziedzinie psychologii był coraz głębszy i wyznaczył drogę dla moich twórczych poszukiwań, których wspólnym mianownikiem stała się psychologia i muzyka. Ogromnie mnie to zafascynowało, bo jako pedagog wykorzystuję tę wiedzę psychologiczną , która jest bardzo pomocna podczas właściwego kształtowania artystycznej osobowości każdego muzyka. Stąd psychologia twórczości, a później muzykoterapia.
        Susanne Langner twierdzi, że „muzyka to dźwiękowy obszar uczuć człowieka” i to jest prawda, bo niektórzy muzycy bardziej preferują przedstawienie emocji muzyką niż słowem. Ja też często wolę moje stany emocjonalne opowiedzieć za pomocą muzyki. Muzyka jest uniwersalnym międzynarodowym językiem, chociaż bardzo ważny jest również kontekst jej występowania i specyficzne uwarunkowania.
Muzycy potrafią się porozumiewać nawet nie znając dobrze języków, którymi się porozumiewają.

Dymon Kwintet akordeonowy zdjęcie 2 800Podkarpacki Kwintet Akordeonowy "Ambitus V” , fot. z albumu M. Dymona

Jak Pan wspomniał, podczas studiów wielkim powodzeniem cieszył się kwintet akordeonowy „Sonores V”, a 20 lat temu w Instytucie Muzyki z inicjatywy Pana i Pawła Palucha powstał Podkarpacki Kwintet Akordeonowy „Ambitus V”. Panowie są pracownikami naukowo – artystycznymi Wydziału Muzyki Uniwersytetu Rzeszowskiego, a pozostali członkowie zespołu to wasi wychowankowie.

       Miłość do muzyki kameralnej pozostała i pragnęliśmy rozwijać się artystycznie. Pomysł stworzenia kwintetu akordeonowego powstał podczas spotkania z Pawłem Paluchem w restauracji „Prohibicja” w Rynku w Rzeszowie, której właścicielami byli trzej znani artyści.
W miejsce „Sonores V” powstał „Ambitus V”. Zapaliliśmy się do tego projektu i pomyśleliśmy o trzech naszych wychowankach Mariuszu Siuście, Tomku Blicharzu i Michale Stefaniku. Są absolwentami Akademii Muzycznej w Katowicach i Wydziału Edukacji w Uniwersytecie Rzeszowskim.
Przyjęli nasze propozycje z radością i zaczęliśmy wspólnie pracować.
       Z pierwszym koncertem wystąpiliśmy w Letnim Pałacu Lubomirskich przy ul. Dekerta w Rzeszowie zostaliśmy gorąco przyjęci przez publiczność.
Początkowo wzorowaliśmy się na opracowaniach Kwintetu Warszawskiego.

        Kwintet Warszawski nadal działa, ale tworzą go już inni artyści, a „Ambitus V” występuje przez cały czas w tym samym składzie.
Nasz kwintet powstał w 2005 roku i świętujemy 20-lecie. Pierwszy koncert w ramach naszego jubileuszu odbył się w Filharmonii Podkarpackiej. Cieszymy się, że podczas tego wieczoru połączona została (nauka – medycyna) z muzyką i zapoczątkowaliśmy nowy cykl o nazwie AWF – „Akademicy” w Filharmonii. Koncert kwintetu „Ambitus V” stanowił ramy wykładu prof. dr hab. nauk medycznych Artura Mazura, który mówił o związkach medycyny z muzyką. Pierwszą część naszego występu wypełniła muzyka klasyczna, a na zakończenie zabrzmiały tanga Astora Piazzolli i polskich kompozytorów. Mamy plany na następne jubileuszowe koncerty i będziemy je realizować.
         Chcemy, aby wzorem naszego jubileuszu 15-lecia zaprosić naszych wychowanków: prof. Grzegorza Stopę, który działa w środowisku akademickim w Wiedniu, Pawła Sławińskiego, który niedawno obronił doktorat w Akademii Muzycznej w Poznaniu, doktorantkę Wydziału Muzyki UR Weronikę Surę. Myślę, że przyjadą z instrumentami i także wystąpią.
Będzie okazja do szerokiego spojrzenia na to, co udało się osiągnąć w tych 20. latach.
        Skład naszego kwintetu jest ten sam, ale zdarza się, że czasem ktoś z nas z ważnych powodów nie może wystąpić, to zastępują ich młodsi wychowankowie z klas Pawła Palucha i mojej.

W ostatnich dwóch dekadach bardzo wzbogaciła się literatura na akordeon. Najlepszym dowodem jest repertuar, który proponuje „Ambitus V”.

       To prawda i myślę, że nadal będą w naszych koncertach nowości, bo mamy dużo kontaktów z kompozytorami, którzy piszą na akordeon. Jednym z nich jest działający w rzeszowskim środowisku Dominik Lasota. To bardzo zdolny kompozytor młodszego pokolenia i świetny aranżer. Napisał dla nas „Suitę Rzeszowską” i obiecał, że jeszcze coś dla nas skomponuje.
         Dodatkowo gramy jeszcze solistycznie i staramy się pokazać akordeon w innym anturażu , czego dowodem są płyty „Kamizelka” i „Emily”, czy „Muzyka z tysiąca i jednej nocy” oraz „Metamorfozy”. Niedawno byliśmy na tournée dzięki grantowi po zdobyciu I miejsca w projekcie. Koncertowaliśmy w Rumunii, Słowacji i na Węgrzech.
Dzięki takim działaniom Rzeszów jest promowany nie tylko w Polsce, ale również za granicą.

 Dymon koncert. w Filharmonii Kwintet 800Podkarpacki Kwintet Akordeonowy "Ambitus V" podczas koncertu jubileuszowego w Filharmonii Podkarpackiej, fot. z albumu M. Dymona

Zapraszają Was także ośrodki organizujące życie muzyczne na Podkarpaciu. Niedawno byliście w Jarosławiu i Przemyślu.

        Dokładnie, 18.12.2025 odbyła się promocja płyty „Ozura” z inspiracji dr Macieja Kieryła, anastezjologa – muzykoterapeuty, twórcy Mobilnej Rekreacji Muzycznej, która od blisko 30. lat jest wykorzystywana w szpitalach i ośrodkach prowadzących terapię.
Ozura to jest skrót kilku słów, określających takie stany jak: odreagowanie, zrytmizowanie, uwrażliwienie, relaksacja i aktywizacja. Pan dr Maciej Kierył wyobraził sobie, że to wszystko można przedstawić muzycznie. Podchwyciliśmy ten projekt w muzycznym sensie. Działający w rzeszowskim środowisku dr Dominik Lasota skomponował znakomity utwór na niekonwencjonalny skład 9-ciu instrumentów: akordeon, flet, fortepian, gitara, kwartet smyczkowy wibrafon. Odległe dla nas barwy instrumentów brzmią świetnie. Dyrygował prof. Sławek Wróblewski z Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina w Warszawie. Państwo ocenią te brzmienia najlepiej sięgając po płytę. Prawykonanie odbyło się w Przemyskim Centrum Kultury i Nauki ZAMEK. Recenzował płytę dr Maciej Kierył, który był inspiratorem, a po wysłuchaniu utworu mile zaskoczony i uradowany.
Proponował, żeby go odwiedzić i omówić następne projekty.
       Okazuje się, że muzyka może być katalizatorem umożliwiającym pewnego rodzaju pozytywny bilans odpowiadający za równowagę emocjonalną, swoistą homeostazę organizmu.

Jest duże zainteresowanie takimi projektami, a działalność artystyczna i naukowa są naczyniami połączonymi.

        Chciałbym bardzo dbać o to, żeby jak najczęściej spotykać się z publicznością. Wszystko co dotyczy emocji jest bardzo ważne. Zarówno twórcy, wykonawcy oraz publiczność potrzebują naturalnego kontaktu z odbiorcami. Sam bardzo lubię słuchać muzyki na koncertach, na żywo. Oczywiście nagrania na płytach są świetne, ale dla mnie wyjście na koncert jest świętem.
       Myślę, że gdyby ludzie słuchali więcej muzyki to świat byłby lepszy.
Kiedyś Jerzy Waldorf powiedział, że „muzyka łagodzi obyczaje” i tak jest, ale „łagodzi” też emocje.

Fundamentem zespołowego działania są dobra atmosfera i przyjaźń.

       To jest bardzo ważne. Chcę powiedzieć o przyjaźni i współpracy z Pawłem Paluchem, który jest moim najbliższym kolegą. Spotykamy się na różnej niwie i znamy się co najmniej od 30. lat.
        W czasie nauki w Szkole Muzycznej II stopnia w Rzeszowie spotykaliśmy się kilka razy w tygodniu na zajęciach z: kształcenia słuchu, historii muzyki, form muzycznych, harmonii… Pamiętam, że na kształceniu słuchu prowadzonym przez panią Urszulę Biskupską byliśmy wyróżniającymi się uczniami i bardzo nas to zbliżyło do siebie. Pani Biskupska potrafiła motywować dobrych uczniów i dlatego stworzyła dla nas specjalną grupę.            Oprócz Pawła Palucha i mnie w tej grupie byli m.in.: Zbyszek Jakubek, Zdzisek Szymczyk, Jarek Pelc… To nam bardzo pomagało w opracowywaniu i słyszeniu utworów oraz w interpretacji. Aby grać piękne dźwięki, muzyk musi je słyszeć. Dużo nad tym pracowaliśmy, a często nawet robiliśmy sobie różne psikusy. Nigdy nie było nudno.
        Nawet zabawialiśmy się podczas spacerów czy podróży autobusem i słysząc różne dźwięki padały pytania – jaki to dźwięk? Coraz bardziej otwieraliśmy się na świat „słuchowy” i przede wszystkim ciągle kształciliśmy słuch.

W ten sposób nasza rozmowa zatoczyła koło – rozpoczęła się od czasów Szkoły Muzycznej II stopnia i powróciliśmy do tych lat na zakończenie. Pewnie te lata mają ogromny wpływ na wszystkich, którzy zdecydowali się na pracę pedagogiczną i z pewnością starają się aby uczniowie grali pięknym dźwiękiem, słuchali muzyki wykonywanej na żywo…

        Uczestnictwo w koncertach jest bardzo ważne, bo tworzy się wyjątkowa relacja pomiędzy wykonawcami i słuchaczami. Warto ciągle poszerzać zainteresowania muzyczne, bo to wpływa na emocjonalność człowieka, a słuchając dzieł wspaniałych kompozytorów próbujemy tej sfery „dotknąć”.

Z pewnością będziemy się spotykać na koncertach. Dziękuję poświęcony mi czas i rozmowę.

       Ja również bardzo dziękuję.

Maestro Bartłomiej Nizioł: Staram się promować muzykę polską

        Jest mi ogromnie miło, że mogę Państwa zaprosić na spotkanie z Bartłomiejem Niziołem, wybitnym polskim skrzypkiem, który wystąpił 23 stycznia 2026 roku w Filharmonii Podkarpackiej. Bartłomiej Nizioł. Artysta urodził się w 1974 roku w Szczecinie. Naukę gry na skrzypcach rozpoczął w wieku pięciu lat. Ukończył z wyróżnieniem Akademię Muzyczną w Poznaniu pod kierunkiem prof. Jadwigi Kaliszewskiej, następnie kontynuował studia pod kierunkiem prof. Pierre’a Amoyala w Conservatoire de Lausanne. Swoje umiejętności gry na skrzypcach rozwijał także na licznych kursach muzycznych pod okiem takich znakomitych profesorów, jak: Zachar Bron, Ruggiero Ricci, Herman Krebbers czy Michael Frischenschlager.
      Bartłomiej Nizioł jest laureatem pierwszych nagród na najbardziej liczących się międzynarodowych konkursach skrzypcowych w: Poznaniu (I nagroda na X Międzynarodowym Konkursie im. Henryka Wieniawskiego, 1991), Adelajdzie, Pretorii, Brukseli i Paryżu.
       Od 1995 roku artysta mieszka w Szwajcarii.
       Miałam przyjemność spotkać się z maestro Bartłomiejem Niziołem w dniu koncertu w Rzeszowie po próbie generalnej.

Od wielu lat Pana działalność artystyczna toczy się w kilku nurtach, a przede wszystkim występuje Pan jako: solista, kameralista, koncertmistrz Orkiestry Tonhalle (1997 – 2003), a od 2003 roku Opernhaus Zürich oraz jest Pan profesorem w Hochschule der Künste Bernie

        Wszystko zależy od tego, co w danym czasie mam w kalendarzu. Oczywiście, regularnie pracuję ze studentami, ale pozostałe nurty działalności staram się planować z dużym wyprzedzeniem.

Od lat, a ostatnio szczególnie jest Pan związany z Międzynarodowym Konkursem Skrzypcowym im. Henryka Wieniawskiego w Poznaniu jako juror, a obecnie także jako organizator.

         Dość niespodziewanie przybyły mi obowiązki związane z planowanym w tym roku 17 Konkursem im. Henryka Wieniawskiego. Konkurs organizowany jest przez Towarzystwo Muzyczne im. Henryka Wieniawskiego w Poznaniu. Aktualnie prezeską tego towarzystwa Agata Szymczewska, a ja pełnię funkcję wiceprezesa. Chcieliśmy, aby na kolejny konkurs ściągnąć wielkie nazwiska. Prowadziliśmy rozmowy z Anne Sophie Mutter i Augustinem Hadelichem, ale oni prowadzą tak aktywną działalność koncertową, że nie mogą jej połączyć z udziałem w jury konkursu.
       Wtedy dyrektorka Karolina Kaźmierczak i prezeska Agata Szymczewska zaskoczyły mnie propozycją, żeby przejąć rolę przewodniczącego jury. Argumentowały, że powinien to być ktoś najbardziej z tym konkursem związany. Przekonały mnie, bo faktycznie tak jest. Jestem zwycięzcą X edycji, trzykrotnie byłem jurorem, wysłuchałem wszystkich występów w ramach IX edycji, którą wygrał Ewgienij Buszkow. Myślę, że to jest rola, która mi odpowiada, z którą mogę się identyfikować, w którą mogę się zaangażować całym sercem.
        Bardzo nam zależy, aby pracami jury nie kierowały osoby przypadkowe, które z Wieniawskim, z Poznaniem, z polską muzyką, z polską kulturą mają mało do czynienia, a tak wcześniej bywało.

Pewnie po zmianach w zarządzie Towarzystwa Muzycznego w Poznaniu można się spodziewać nowego spojrzenia na Konkurs.

        Tak, Chcemy, aby to było ogromne wydarzenie kulturalne promujące polską muzykę, polskich kompozytorów. W ostatniej edycji konkursu za mało było muzyki polskiej, a nawet samego Henryka Wieniawskiego.
         Program XVII edycji jest już ogłoszony. Wiele osób jest zaskoczonych, że nie ma koncertów Mozarta, ale są piękne koncerty z orkiestrą kameralną, których nigdy wcześniej nie było – na przykład: Mieczysława Weinberga i Aleksandra Panufnika.
Ważne jest też, żeby konkurs rozpoczął się i skończył się muzyką Wieniawskiego. Zwycięzca będzie musiał wygrać koncertem Wieniawskiego.
         Bardzo nam zależy, żeby ten konkurs był ważnym wydarzeniem i świętem muzyki dla szerokiego grona publiczności w Polsce.
Międzynarodowy Konkurs Skrzypcowy im. Henryka Wieniawskiego jest rozpoznawalny na całym świecie, a najlepiej dowodzi o tym fakt, że do udziału można było się zgłosić do 9 stycznia i napłynęła rekordowa ilość – ponad 320 zgłoszeń kandydatów z całego świata.
Ponieważ zaangażowałem się w organizację będę słuchał wszystkich nagrań. Pierwsza runda to są nagrania wideo i najlepsi kandydaci zostaną wybrani do przesłuchań na żywo, które będą się odbywały w: Chinach, Korei, Nowym Jorku (ponieważ mamy ponad 20 skrzypków z obu Ameryk), oraz w Poznaniu, gdzie wystąpi ponad 150 osób.
         Z tych bardzo dobrych skrzypków musimy wybrać 50-ciu najlepszych, którzy przyjadą na październikowy konkurs do Poznania.

Pamiętam jak trzymaliśmy kciuki za Polaków w 1991 roku podczas X Międzynarodowego Konkursu Skrzypcowego im. Henryka Wieniawskiego w Poznaniu. Jest Pan zwycięzcą Konkursu Eurowizji w Brukseli oraz konkursów w Adelajdzie, Pretorii, Londynie i Paryżu, ale to zwycięstwo w Konkursie im Henryka Wieniawskiego w Poznaniu otworzyło Panu drzwi do najsłynniejszych sal koncertowych na świecie.

        Zdecydowanie tak. Musimy także pamiętać, że to były też inne czasy w historii Polski. To był okres wielkich przemian. Teraz mamy o wiele łatwiej. Po zakończeniu tegorocznej edycji będzie organizowana z udziałem laureatów wielka trasa koncertowa po całym świecie. W moich czasach było trochę inaczej, ale zwycięstwo gwarantowało zdecydowaną pozycję na rynku polskim i ja grałem mnóstwo koncertów w Polsce, ale również zapraszany byłem na koncerty za granicą.
        Drogi do sukcesów są różne, a jedną z nich jest uczestnictwo w poważnych konkursach skrzypcowych.

Nizioł Bartłomiej Koncert w Rzeszowie 2Maestro Bartłomiej Nizioł podczas koncertu w Filharmonii Podkarpackiej, 23 stycznia 2026 roku, fot. Filharmonia Podkarpacka im. Artura Malawskiego w Rzeszowie

Spotykamy się 23 stycznia w Filharmonii Podkarpackiej w Rzeszowie po próbie generalnej, a wieczorem wykona Pan partie solowe w II Koncercie skrzypcowym d-moll Henryka Wieniawskiego. Czy ten koncert wykonał Pan na finał Konkursu im. H. Wieniawskiego w 1991 roku?

        Tak, grałem Koncert d-moll Wieniawskiego podczas Konkursu w Poznaniu. Tym razem w Rzeszowie planowaliśmy Koncert skrzypcowy Zygmunta Stojowskiego, ale okazało się, że są problemy z materiałem nutowym na orkiestrę, bo nuty znajdują się w jednej z bibliotek w Stanach Zjednoczonych. Ponieważ nie udało się zorganizować tego materiału i stąd zmiana na II Koncert Wieniawskiego.

Koncert d-moll jest jednym z najczęściej wykonywanych polskich koncertów skrzypcowych na świecie, daje soliście możliwość do wirtuozowskich popisów i zachwyca publiczność, ale wymaga starannego przygotowania i dobrej współpracy solisty z orkiestrą i dyrygentem.

       Pokazem wirtuozowskim jest także I Koncert skrzypcowy fis-moll Henryka Wieniawskiego, ale jego II Koncert powstał kilkanaście lat później, stąd bardziej jest naładowany emocjonalnie i dojrzalszy. Jest to piękna muzyka. Towarzyszyć mi będzie Orkiestra Filharmonii Podkarpackiej pod batutą Łukasza Ksobiraja, który podobnie jak ja jest absolwentem Akademii Muzycznej im. Ignacego Jana Paderewskiego w Poznaniu. Jesteśmy dobrze przygotowani i zapraszam na piękny koncert.

Pewnie wielu melomanów, którzy dzisiaj wypełnią salę koncertową Filharmonii Podkarpackiej, podobnie jak ja, dobrze pamięta wspaniały wieczór 22 maja 2019 roku, kiedy to w Sali balowej Zamku wystąpił Pan z pianistą Michałem Francuzem z sonatami na skrzypce i fortepian Ignacego Jana Paderewskiego, Zygmunta Stojowskiego i Władysława Żeleńskiego. Koncert odbył się w ramach Muzycznego Festiwalu w Łańcucie.

        Staram się promować polskie sonaty. Jest to łączący się program ponieważ wymienieni kompozytorzy to także wielcy pianiści, którzy byli ze sobą bardzo związani. Pierwszym był Żeleński, jego następcą był Paderewski, a najmłodszym był Stojowski, który uczył się prywatnie gry na fortepianie i kompozycji u Żeleńskiego, później uczył się także u Paderewskiego i pozostał z nim w przyjaźni prawie pół wieku. Stojowski mieszkał nawet przez pewien czas u Paderewskiego w Szwajcarii. Paderewski bardzo pomógł Stojowskiemu w jego karierze na rynku amerykańskim.          Stojowski był znanym i cenionym w Stanach Zjednoczonych pianistą i pedagogiem.
         Pamiętam, że nasz koncert z sonatami wymienionych kompozytorów został bardzo dobrze przyjęty podczas Muzycznego Festiwalu w Łańcucie.

Z ogromnym wzruszeniem wspominam także wcześniejsze Pana występy w Sali balowej w ramach Międzynarodowych Kursów Muzycznych w Łańcucie. To było już ponad 30 może nawet 35 lat temu, ale Pan pewnie też wspomina długie podróże ze Szczecina do Łańcuta i prace pod kierunkiem mistrzów.

         To były inne czasy. Teraz wsiada się do samolotu i można być bardzo szybko w każdej europejskiej stolicy, a wtedy dojazd pociągiem relacji Świnoujście – Przemyśl był wielkim wydarzeniem trwającym kilkanaście godzin.
         Kursy łańcuckie mają ogromną tradycję. To była bardzo ważna impreza (i do tej pory jest) dla młodych muzyków. Była „oknem na świat”. Przyjeżdżali do Łańcuta wielcy profesorowie z całej Europy. Nie zapomnę lekcji z profesorem Zacharem Bronem, który przyjeżdżał do Łańcuta ze swoimi uczniami m.in.: Maximem Vengerovem i Vadimem Repinem.
Z Wiednia przyjeżdżał prof. Michael Frischenschlager, który zapraszał mnie, (a nawet raz z całą klasą prof. Jadwigi Kaliszewskiej) na koncerty do Wiednia. Podczas łańcuckich kursów mieliśmy kontakt ze światowym muzycznym na najwyższym poziomie.

Pamiętam jak obecny patron kursów prof. Zenon Brzewski wspominał o sukcesach w konkursach do których przygotowywał się Pan z Łańcucie.

        Zdarzyło się tak, że na Konkurs skrzypcowy im. Carla Flescha w Londynie pojechałem prosto z Łańcuta. Wtedy podczas kursów w Łańcucie miałem możliwość wystąpić z towarzyszeniem Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Rzeszowskiej z Koncertem skrzypcowym Johannesa Brahmsa, który później grałem w finale konkursu w Londynie. Byłem wtedy bardzo dobrze przygotowany.

Nizioł Bartłomiej Koncert w Rzeszowie 3Maestro Bartłomiej Nizioł i Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Podkarpackiej pod batutą Łukasza Ksobiraja, koncert 23 stycznia 2026 roku w Filharmonii Podkarpackiej, fot. Filharmonia Podkarpacka

Jak często występuje Pan obecnie w Polsce?

        W tym roku będę bardzo często grał w Polsce, bo w sumie mam zaplanowanych ponad 20 koncertów. W ubiegłym roku także często występowałem. Zaczęło się od recitali z pianistą Piotrem Sałajczykiem w ramach cyklu „Z klasyką przez Polskę” organizowanych przez Narodowy Instytut Muzyki i Tańca. Później występowałem podczas tournée „Muzyka katedr” z utworem „1025” Alka Dębicza, w którym wykonałem partię solową skrzypiec. Wystąpiliśmy w kilku ważnych katedrach w Polsce : Gniezno, Poznań, Kołobrzeg, Wrocław, Warszawa i Kościół Mariacki w Krakowie.
        Później grałem w Filharmonii Krakowskiej, na Festiwalu Paderewskiego w Poznaniu, w Filharmonii w Gdańsku oraz w Filharmonii Narodowej.
Dzisiaj jestem w Rzeszowie, a w niedzielę wystąpię w Nowy Sączu z Concertino na skrzypce i orkiestrę kameralną, napisanym specjalnie dla mnie przez Sebastiana Perłowskiego, kompozytora i dyrygenta. Prawykonanie tego utworu dobyło się kilka tygodni temu w Filharmonii Śląskiej. Czeka mnie jeszcze recital w Filharmonii w NOSPR.
         Bezpośrednio z Rzeszowa i Nowego Sącza jadę na Maltę gdzie wystąpię po raz pierwszy z orkiestrą kameralną, a później gram Koncert skrzypcowy d-moll Wieniawskiego w Manili na Filipinach.

Wiele czasu zajmują Panu podróże związane z działalnością koncertową. Na szczęście kocha Pan podróże. Czy czasem udaje się Panu podróżować bez skrzypiec dłużej niż kilka dni?

       Jak najbardziej. Staramy się z żoną przynajmniej raz w roku wyjechać do różnych ciekawych miejsc. Chętnie jeździmy do Azji: Tajlandia, Indonezja, Chiny…

Czy publiczność ma wpływ na Pana grę?

        Oczywiście, że ma wpływ. Już po kilku minutach wiem czy publiczność jest zainteresowana koncertem, czy słucha z uwagą. W Polsce bardzo przyjemnie się gra. Zawsze czuję, że jest duże zainteresowanie. Zwykle na koncertach jest dużo młodzieży, przychodzą także grający muzycy, którzy po koncercie podchodzą do mnie aby chwilę porozmawiać. To jest bardzo przyjemne i dobrze rokujące na przyszłość.

Bardzo długo, bo już chyba ponad 17 lat prowadzi Pan działalność pedagogiczną.

        Od 2008 roku jestem profesorem w Hochschule der Künste Bern. Mam już utalentowanych wychowanków, którzy występują jako soliści i muzycy orkiestrowi.

Może Pan poradzić rozpoczynającym karierę młodym artystom jak pracować nad swoim rozwojem, żeby być w dobrej formie artystycznej i fizycznej przez długie lata?

        Przede wszystkim przez cały czas trzeba się starać, żeby pokazać swoją osobowość, znaleźć swój sposób na granie, nie starać się imitować kogoś. To jest najważniejsze, aby na scenie pokazać siebie, ale z założeniem, że wszystkie sprawy techniczne będę współgrały. Bardzo mi się podoba granie dbające o szczegóły i stylistycznie interesujące. Nie można grać muzyki klasycystycznej tak jak romantycznej. Trzeba mieć wiedzę na ten temat i zgodnie z tą wiedzą prezentować swoje interpretacje.

Należy jeszcze powiedzieć o nagraniach. Bardzo dużo Pan nagrywa.

        Tak, to jest jedna z bardzo ważnych rzeczy dla artysty, żeby regularnie nagrywać i szukać nowych utworów, które nie zostały jeszcze utrwalone. Na przykład niedługo ukażą się moje najnowsze nagrania. Jest to 5 koncertów Feliksa Janiewicza, pierwszego polskiego wirtuoza skrzypiec działającego jeszcze przed Karolem Lipińskim. Janiewicz był autorem pierwszego polskiego koncertu skrzypcowego.

Wiem, że Feliks Janiewicz i Niccolo Paganini dobrze się znali.

        Najlepszym dowodem jest list, w którym Paganini zwraca się do Janiewicza „Mój mistrzu…”. Janiewicz był bardzo cenionym skrzypkiem z dobrą, długą karierą. Jest to zapomniany w Polsce artysta, ale cieszę się, że rośnie zainteresowanie jego postacią i coraz więcej skrzypków sięga po jego utwory.
Jest już dostępny materiał nutowy i można koncerty Janiewicza grać z orkiestrami.

Należy Pan do grona najwybitniejszych współczesnych polskich skrzypków, ale mieszka Pan od lat na stałe w Szwajcarii. Po ukończeniu z wyróżnieniem studiów w Akademii Muzycznej w Poznaniu w klasie prof. Jadwigi Kaliszewskiej, kontynuował Pan naukę u prof. Pierre’a Amoyala w Conservatoire de Lausanne i pozostał Pan w Szwajcarii.

         Taka była nasza decyzja. Tak jak wspomniałem to były zupełnie inne czasy. Szwajcaria jest pięknym, otwartym krajem i można tam się dobrze czuć. Jest krajem dobrze położonym i stamtąd bardzo wygodnie się podróżuje. Miasta szwajcarskie takie jak Zürych, Berno czy Genewa są duże, ale nie są tak przytłaczające jak: Berlin, Paryż, Wiedeń czy Nowy Jork.  
         W Szwajcarii podobnie jak w innych miejscach na świecie staram się promować utwory polskich kompozytorów – głównie Wieniawskiego, Szymanowskiego, Pendereckiego…
          Staram się informować o moich koncertach na bieżąco: na moim portalu, Instagramie czy Facebooku.
Jak już wspomniałam, rozpoczyna się dla mnie bardzo gorący czas w związku z przygotowaniami do XVII Międzynarodowego Konkursu Skrzypcowego im. Henryka Wieniawskiego, który odbędzie się od 8 do 25 października 2026 roku.

Mam nadzieję, że czas spędzony w Rzeszowie będzie Pan miło wspominał i niedługo zechce Pan wrócić do Rzeszowa, Łańcuta albo innego miasta na Podkarpaciu.

        Bardzo chętnie. Zawsze podkreślam, że czuję się tutaj dobrze ponieważ to są także moje rodzinne strony. Mój ojciec urodził się w Jarosławiu, wojenne losy rzuciły go na Syberię, a po powrocie zamieszkał w Szczecinie. Rodzina mojego ojca jmieszka niedaleko stąd.
        Bardzo chętnie przyjadę w te strony z koncertem.

Bardzo Panu dziękuję za rozmowę.

        Ja także bardzo dziękuję.

Bartłomiej Nizioł Koncert w Rzeszowie 4Bartłomiej Nizioł i Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Podkarpackiej w Rzeszowie p/b Łukasza Ksobiraja, 23 stycznia 2026 roku, fot. Filharmonia Podkarpacka

        Szanowni Państwo!
        Wieczór, który odbył się 23 stycznia 2026 roku zaliczymy z pewnością do najważniejszych wydarzeń artystycznych trwającego sezonu w Filharmonii Podkarpackiej dzięki znakomitemu wykonaniu przez maestro Bartłomieja Nizioła II Koncertu skrzypcowego d-moll op. 22 Henryka Wieniawskiego. Trudno opisać słowami cudowne brzmienie skrzypiec Guarneri del Gesù z 1727 roku, na których Artysta grał.
         Ogromna wrażliwość i doskonała technika solisty, piękno każdej frazy, każdego dźwięku w jego wykonaniu oraz bardzo dobrze dobrane proporcje partii solisty i orkiestry sprawiły, że publiczność przez prawie pół godziny znalazła się w zaczarowanym świecie muzyki.
         Długo i gorąco oklaskiwana była wspaniała gra maestro Bartłomieja Nizioła, który odwdzięczył się bisem.
Ramy koncertu stanowiły: Uwertura „Karnawał” op. 92 Antonina Dvořaka oraz Suity z opery Carmen (nr 1 i nr 2) Georges’a Bizeta. wykonanie tych utworów nagrodzone zostało również gorącymi brawami i także podziękowała  publiczności fragmentem suity na bis.
        Orkiestra Symfoniczna została przygotowana i wystąpiła pod batuta Łukasza Ksobiraja

Zofia Stopińska

Nie wyobrażam sobie życia bez koncertów

Miło mi zaprosić Państwa na spotkanie z panem Marianem Mosiorem - klarnecistą, aranżerem, pedagogiem oraz wspaniałym, życzliwym człowiekiem. Ten znakomity artysta muzyk związany jest od 60. lat z Filharmonią Podkarpacką, najpierw przez ponad trzy dekady jako członek orkiestry, a później meloman. Od lat spotykamy się często w piątkowe wieczory w Filharmonii Podkarpackiej przed koncertami albo w przerwach, ale przed laty miałam szczęście oklaskiwać Mariana Mosiora jako solistę, kameralistę i muzyka orkiestrowego naszej Filharmonii.

Naszą rozmowę rozpoczynamy od wspomnień. Naukę gry na klarnecie rozpocząłeś w Rzeszowie.

        Wychowało mnie rzeszowskie środowisko muzyczne. W Rzeszowie ukończyłem średnią szkołę muzyczną w klasie klarnetu prof. Stefana Kielara, a moimi kolegami byli związani później z Filharmonią: Antoni Walawender, Józef Nawojski, Edward Sondej – pięć lat chodziliśmy do jednej klasy w Średniej Szkole Muzycznej w Rzeszowie.
        W 1962 roku odbył się w Warszawie Ogólnopolski Konkurs Średnich Szkół Muzycznych, w którym zdobyłem II miejsce, bo to był konkurs dla instrumentów dętych drewnianych i pierwsze zajęła flecistka. Dzięki temu udało mi się dostać na studia na Wydziale Instrumentalnym w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej w Warszawie.

Po studiach postanowiłeś wrócić w rodzinne strony.

        Pod koniec studiów dowiedziałem się, że jest zapotrzebowanie na klarnecistę w Rzeszowie. Po rozmowie z profesorem postanowiłem złożyć odpowiednie dokumenty i starać się o przyjęcie do Orkiestry Symfonicznej w Rzeszowie. Przesłuchania zakończyły się dla mnie pomyślnie i w 1965 roku rozpocząłem pracę.
        Nie była to moja pierwsza praca, bo podczas studiów w PWSM w Warszawie, przez dwa lata grałem w Orkiestrze Reprezentacyjnej Wojska Polskiego w Warszawie, ale nie w zespole marszowym tylko w koncertowym. To była prawdziwa szkoła gry w orkiestrze. Dęte instrumenty: flety, klarnety , oboje i fagoty grały bardzo trudne partie (odpowiadające pierwszym i drugim skrzypcom w orkiestrze symfonicznej). Jak zostałem członkiem Orkiestry Symfonicznej w Rzeszowie, to wszystko wydawało mi się łatwiutkie do grania.

Przez wiele lat byłeś muzykiem tego zespołu i dlatego proszę o wspomnienia. Opowiedz o orkiestrze, swoich szefach i kolegach.

       Do pracy przyjmował mnie ówczesny dyrektor Józef Maroń, którego starania i wytrwałość przyczyniły się do powstania obecnej siedziby Filharmonii. Pomimo, że byłem młodym muzykiem wkrótce zostałem wybrany do rady zakładowej oraz rady artystycznej i dość długo działałem społecznie.
Dyrektorem artystycznym i dyrygentem był Janusz Ambros, a drugim dyrygentem był Tadeusz Chachaj.
        Później przyszedł czas na zmiany. W 1970 roku odszedł Tadeusz Chachaj, w następnym roku Józef Maroń przeszedł na stanowisko zastępcy dyrektora, a rok później odszedł z Rzeszowa Janusz Ambros i na stanowisku II dyrygenta zatrudniony został Andrzej Jakubowski.
        Wtedy też dyrektorem i dyrygentem naszej orkiestry został Stanisław Michalek. Bardzo go ceniłem i lubiłem grać pod jego batutą, bo był świetnym muzykiem. Pamiętam jak znakomicie przygotował wykonanie Carmina Burana Carla Orffa. Wystąpiliśmy z tym utworem najpierw w Rzeszowie, a później w Filharmonii Narodowej w Warszawie. Gorąco nas przyjęła w Warszawie publiczność, a wysoki poziom orkiestry i dyrygenta pochwalił w recenzji Andrzej Chłopecki, któremu szczególnie podobało się wykonanie Suity Artura Malawskiego.
        Później szefami artystycznymi naszej orkiestry byli: Andrzej Rozmarynowicz, Bogdan Olędzki, Józef Radwan, Adam Natanek…
Zapraszani byli także do prowadzenia koncertów znakomici dyrygenci polscy i zagraniczni.

Do 1974 roku siedzibą Orkiestry Filharmonii Podkarpackiej był Wojewódzki Dom Kultury w Rzeszowie.

         Doskonale pamiętam warunki, w jakich pracowaliśmy w Wojewódzkim Domu Kultury w Rzeszowie – garderoby w piwnicach z wieszakami, na scenie sali, w której odbywały się próby i koncerty zawieszone były miękkie kotary, stąd dźwięk był bardzo surowy i delikatnie mówiąc akustyka była trudna.
        Bywały różne proporcje brzmieniowe, ponieważ w obsadzie orkiestry, a szczególnie w instrumentach smyczkowych brakowało skrzypków, altowiolistów, wiolonczelistów. Dopiero w późniejszych latach zaczęli być doangażowywani grający na instrumentach smyczkowych muzycy z Ukrainy, a także zatrudnieni zostali bardzo dobrzy polscy wioliniści i te proporcje uległy zmianie.
        W ostatnich dekadach w smyczkach jest pełna obsada i angażowani są młodzi, świetni muzycy po studiach. Tak samo jest w grupie instrumentów dętych i perkusji. Miło słuchać brzmienia orkiestry podczas koncertów.

Dosyć długo trwała budowa gmachu Filharmonii Podkarpackiej.

        Mnóstwa zabiegów i starań wymagało zaprojektowanie i budowa gmachu filharmonii. Pamiętam, że podczas uroczystości położenia kamienia węgielnego pod ten gmach grał Tosiek Walawender.
        Jak w 1974 roku przenieśliśmy się do nowej siedziby warunki się zmieniły. Poszczególne grupy instrumentów mają swoje garderoby z szafkami, korytarze są przestronne, a sala koncertowa znakomita, słynąca z doskonałej akustyki.

Marian Mosior Kwintet dęty Leon Koczewski flet Ludwik Sowiński obój Stanisław Turczyn waltornia Bolesław Antoniak fagot Marian Mosior klarnet

Lata 70. XX wieku, Kwintet dęty w składzie:  Leon Koczewski - flet, Ludwik Sowiński - obój, Stanisław Turczyn - waltornia, Bolesław Antoniak - fagot, Marian Mosior - klarnet, fot. z arch. Filharmonii Podkarpackiej.

Przeglądając programy koncertów zauważyłem, że wielokrotnie występowałeś jako solista podczas koncertów symfonicznych.

        Często miałem okazję grać partie solowe z towarzyszeniem orkiestry. Na zakończenie studiów w PWSM w Warszawie przygotowałem m.in. Koncert klarnetowy Wolfganga Amadeusa Mozarta, który najpierw wykonałem z Orkiestrą Filharmonii Narodowej. W 1966 roku wykonałem ten koncert z towarzyszeniem orkiestry w WDK w Rzeszowie. Prawie każdego roku lub co dwa lata grałem w Rzeszowie koncerty solowe na klarnet. Po koncercie Mozarta grałem m.in. koncerty: Carla Stamitza, Carla Marii von Webera, Preludia taneczne Witolda Lutosławskiego… Dużo koncertowałem z orkiestrą.

Podkreślmy, że koncerty odbywały się nie tylko w Rzeszowie.

        Orkiestra często występowała z koncertami na terenie naszego województwa w: Sanoku, Krośnie, Jarosławiu, Przemyślu, Tarnobrzegu… Przez pewien czas, prawie co roku wyjeżdżaliśmy z koncertami do Ciechocinka w ramach Festiwalu Orkiestr Symfonicznych.
         Wyjeżdżaliśmy także na Węgry, do Czechosłowacji, Bułgarii, Ukrainy. Dosyć długo Filharmonia Rzeszowska utrzymywała kontakty z Filharmonią w Szumen w Bułgarii. Tamtejsza orkiestra koncertowała u nas, a my występowaliśmy w Szumen. Była też wymiana muzyków solistów. Pamiętam, że nasza rada artystyczna wytypowała na kilka koncertów w Szumen – Józia Nawojskiego (trąbka), Witka Staszczyszyna (puzon) i mnie (klarnet). Byliśmy tam cały miesiąc, stąd był czas na odpoczynek, zwiedzanie i wiele atrakcji.
         W latach 70-tych ubiegłego wieku, prężnie działał w Filharmonii Rzeszowskiej kwintet dęty w składzie: Leon Koczewski – flet, Marian Mosior – klarnet, Ludwik Sowiński- obój, Bolesław Antoniak – fagot i Stanisław Turczyn – waltornia. Koncertów kameralnych było dużo, bo działały jeszcze w tym czasie kwartet smyczkowy, trio fortepianowe.
        Pragnę podkreślić, że przez cały czas mojej pracy w Filharmonii, w zespole panowała dobra, sprzyjająca pracy atmosfera. Jedynie na początku, przez pewien czas orkiestra podzielona była na dwie grupy – jedni woleli współpracować z dyrektorem artystycznym Januszem Ambrosem, a drudzy z Tadeuszem Chachajem. Moim zdaniem obaj byli bardzo dobrymi, utalentowanymi muzykami i dyrygentami, chociaż ich upodobania różniły się. Dyrektor Ambros obdarowany został przez naturę słuchem absolutnym, był bardzo pracowitym i precyzyjnym dyrygentem dbającym o każdy szczegół, a w centrum jego zainteresowań była muzyka poważna.
         Pan Tadeusz Chachaj był także wspaniałym dyrygentem i aranżerem, był bardzo przedsiębiorczy i ogromną wyobraźnią. Z jego inicjatywy, z orkiestry symfonicznej wyłoniony został big-band, dla którego Tadeusz Chachaj aranżował różne utwory.
         Grałem w Orkiestrze Filharmonii Rzeszowskiej ponad 30 lat. Jak przeszedłem na emeryturę to został przyjęty mój uczeń Wiesio Brudek, ale po kilku latach wyjechał do Sanoka, a z kolei jego miejsce zajął mój syn Robert Mosior, który do tej pory jest członkiem Orkiestry Filharmonii Podkarpackiej.

Robert Mosior jest znakomitym klarnecistą i z pewnością jesteś z niego dumny.

         Oczywiście, że jestem dumny i chcę się pochwalić osiągnięciami syna, bo Robert w 1987 roku zdobył II miejsce w Międzynarodowym Konkursie Klarnetowym im. C. M. Webera w Warszawie, a w 1989 roku wygrał w Międzynarodowym Konkursie Klarnetowym im. K. Kurpińskiego we Włoszakowicach. Uczestniczyło w tym konkursie 31 klarnecistów z całego świata i jurorzy przyznali I miejsce Robertowi.
         W rodzie Mosiorów Robert jest trzecim klarnecistą, bo drugim byłem ja, a pierwszym był mój tato, znanym klarnecistą i saksofonistą.
         Przypomina mi się ciekawa historia z mojej młodości. Warunkiem przyjęcia do szkoły muzycznej było wtedy posiadanie własnego instrumentu. Rozpoczynając naukę grałem na starym, przedwojennym instrumencie taty, z bardzo prymitywnymi klapami i poduszkami. Przez pond rok męczyłem się ćwicząc na nim. Dopiero później, grając z wujkami w rodzinnym zespole na weselach i zabawach, odłożyłem trochę pieniędzy i mogłem już kupić sobie lepszy instrument średniej klasy. Natomiast Robert rozpoczynał naukę na bardzo dobrych instrumentach i szybko robił postępy.

 Klarnety Marian Mosior Wiesław Król xx Kazimierz Markowicz

Grupa klarnetów z lat 70. i późniejszych. U dołu Marian Mosior, u góry: Wiesław Król, Józef Buda i Kazimierz Markowicz, fot. z arch. Filharmonii Podkarpackiej

Nie można pominąć faktu, że długo byłeś także kierownikiem muzycznym „Resovii Saltans”.

         Z wielką przyjemnością wspominam ten czas. Oprócz koncertów w Polsce często występowaliśmy za granicą. Byliśmy gorąco oklaskiwani prawie we wszystkich krajach europejskich, koncertowaliśmy w :Brazylii, Kanadzie, Chinach, Korei…
         Pamiętam jak w Koninie zdobyliśmy I nagrodę w ogólnopolskim konkursie za najlepsze wykonanie tańców rosyjskich, a nagrodą był miesięczny pobyt w ówczesnym Związku Radzieckim.
        Było bardzo dużo pracy, bo pracowałem na pełnym etacie w Filharmonii Podkarpackiej, na pół etatu byłem zatrudniony w Uniwersytecie Rzeszowskim (wcześniej WSP) i szkole muzycznej. Moi wychowankowie grają w różnych ośrodkach muzycznych na świecie - w Polsce, Stanach Zjednoczonych, we Francji…
         Podczas koncertów z „Resovią Saltans” wykonywane były napisane i zaaranżowane przeze mnie programy. Jako prowadzący grałem całe koncerty na pamięć.

Wiem, że nie odłożyłeś klarnetu po przejściu na emeryturę.

        Po przejściu na emeryturę jestem nadal częstym gościem w Filharmonii, bo nie wyobrażam sobie życia bez koncertów. Codziennie chodzę na basen, bo pływanie jest najważniejsze dla zdrowia, natomiast dla równowagi psychicznej , dla odprężenia, są bardzo ważne koncerty. Wybierając się na koncert biorę pod uwagę: dyrygentów, solistów i programy. Mam abonament i jestem obecny na większości koncertów, ale mniej więcej 10 % koncertów pomijam, szczególnie te z lżejszą muzyką, bo wolę utwory Brahmsa, Beethovena…
         Będąc emerytem nie odłożyłem klarnetu do futerału. Długo jeszcze grałem w Zespole Pieśni i Tańca „Resovia Saltans”, bo wykonywane były całe programy, które opracowywałem. Pisałem utwory dla baletu, dla wokalistów i dla kapeli. Jako prowadzący całe koncerty grałem na pamięć.
W ostatnich latach zdarza się, że proszą mnie, aby zagrać na ślubie, a często też muzyką żegnam kolegów którzy odchodzą.

Wiem, że podczas jednego spotkania trudno podsumować sześć dekad działalności, opowiedzieć o muzycznych pasjach, trudnej pracy muzyków, wybitnych artystach, z którymi występowałeś, ale mam nadzieję, że może niedługo uda nam się spotkać ponownie.
Dziękuję za rozmowę.

          Ja także bardzo dziękuję.

Zofia Stopińska

Muzyka, która koi nerwy

Niedawno moją kolekcję płyt z muzyką kameralną powiększył krążek z utworami na klarnet i fortepian Maxa Regera w wykonaniu znakomitych muzyków: klarnecisty Mariusza Barszcza i pianisty Michała Rota. Pan Michał Rot jest muzykiem dobrze w naszym regionie znanym, bo kilkukrotnie był gorąco oklaskiwany między innymi podczas koncertów Festiwalu Fortepianowego im. Marii Turzańskiej w Jarosławiu, Festiwalu Przemyska Jesień Muzyczna i w Filharmonii Podkarpackiej. Podczas tych wydarzeń mogłam już przedstawić Państwu tego wybitnego pianistę, kameralistę i pedagoga.
Cieszę się, że mogę zaprosić Państwa na spotkanie z panem Mariuszem Barszczem, klarnecistą i pedagogiem pochodzącym z Kielc. 

W rodzinnym mieście rozpoczynał Pan naukę muzyki. Czy od początku uczył się Pan grać na klarnecie?

      Po klarnet sięgnąłem mając 6 lat. Pierwsze kroki stawiałem pod okiem Taty, który był miłośnikiem tego instrumentu i mimo, że Tato zajmował się jedynie amatorsko muzyką to całkiem dobrze grał na klarnecie. Rodzice chcieli abym kontynuował naukę w szkole muzycznej, ale dowiedzieli się, że jestem jeszcze zbyt młody, aby uczyć się grać na instrumencie dętym. W latach 80-tych XX stulecia panowało przekonanie, że grę na instrumentach dętych dzieci powinny zaczynać dopiero po ukończeniu 10 roku życia.
Zostałem, zatem przyjęty do szkoły muzycznej, a w oczekiwaniu na odpowiedni wiek uczyłem się grać na akordeonie. To sprawiło, że tak naprawdę dopiero po ukończeniu szkoły muzycznej I stopnia na akordeonie wróciłem do klarnetu i wówczas rozpocząłem intensywną pracę z tym instrumentem.

Instrumenty dęte, a szczególnie stroikowe wymagają, zwłaszcza w pierwszych latach nauki wiele wysiłku i wytrwałości. Kiedy zaczął Pan odnosić pierwsze sukcesy?

        Małe dzieci rozpoczynające naukę gry na instrumentach dętych istotnie mają na początku dużo przeszkód do pokonania. Spore trudności sprawia chociażby przygotowanie instrumentu do gry. Mam tu na myśli prawidłowe złożenie i przygotowanie instrumentu do ćwiczenia, umiejętność prawidłowego zamocowania stroika, odpowiednią jego pielęgnację czy dbałość o higienę ustnika. Dla porównania dziecko, które podejmuje naukę gry na fortepianie jedynie podchodzi do instrumentu, odkrywa klawiaturę i może rozpocząć ćwiczenie. Wystarczy, że naciśnie którykolwiek z klawiszy pięknej czarnobiałej klawiatury a otrzyma czysty, klarowny dźwięk o ściśle określonej i przypisanej do klawisza wysokości.

       Na instrumentach dętych uczeń, aby wydobyć jakikolwiek poprawny dźwięk z instrumentu musi go za każdym razem w dużym stopniu najpierw samodzielnie wytworzyć. Odbywa się to przy aktywnym udziale własnego oddechu, mięśni twarzy i odpowiedniego ułożenia ust, czyli fachowo mówiąc prawidłowego zadęcia. Grający na instrumentach dętych stroikowych wydychanym powietrzem najpierw wprawiają w drganie stroik, który następnie pobudza do drgania słup powietrza znajdujący się wewnątrz instrumentu doprowadzając w ten sposób do powstania dźwięku. Różnice wynikające z odmiennej specyfiki poszczególnych instrumentów sprawiają, że początkowe postępy w zdobywaniu kolejnych umiejętności gry na instrumentach dętych przebiegają znacznie wolniej niż dzieje się to w przypadku innych instrumentów.

Kiedy zaczął Pan odnosić pierwsze sukcesy na klarnecie – chodzi mi o pierwsze popisy, udział w koncertach, konkursach…

        Po ukończeniu szkoły muzycznej I stopnia posiadałem już trochę muzycznych umiejętności, które bezpośrednio mogłem wykorzystać do doskonalenia swojej gry na klarnecie. W krótkim czasie stałem się wyróżniającym uczniem i mogłem reprezentować swoją szkołę na różnych przesłuchaniach i koncertach zarówno tych o zasięgu wojewódzkim, regionalnym jak i ogólnopolskim. Dodatkowo byłem zapraszany do gry w różnych formacjach kameralnych, w których niejednokrotnie uczestniczyli również zawodowi muzycy, na co dzień pracujący w ówczesnej Orkiestrze symfonicznej Filharmonii Kieleckiej. Wspólnie wykonywaliśmy koncerty dla dzieci i młodzieży szkolnej. Doświadczenie, wiedzę i umiejętności, jakie wyniosłem z tamtych lat okazały się niezwykle cenne. Mam głębokie przeświadczenie, że to właśnie tamte wydarzenia zadecydowały o rozbudzeniu się we mnie wielkiej pasji do muzyki kameralnej. Nie mam wątpliwości, że ten gatunek muzyczny jest formą, która stwarza muzykowi największą przestrzeń do zaprezentowania swoich instrumentalnych umiejętności dając możliwość wszechstronnej artystycznej kreacji. Na potwierdzenie moich osobistych przekonań chciałbym przytoczyć w tym miejscu słowa wybitnego pedagoga i skrzypka – Profesora Tadeusza Wrońskiego, który zwykł mawiać swoim podopiecznym bądź też młodym adeptom sztuki, że ukoronowaniem oraz szczytem artystycznej wypowiedzi muzycznej instrumentalisty jest wykonawstwo muzyki kameralnej w choćby takim zespole, jakim jest kwartet czy kwintet.

        Bardzo się cieszę, że moja zawodowa ścieżka wciąż prowadzi mnie przez świat muzyki kameralnej nieustannie dostarczając wiele różnorodnych doświadczeń i wyzwań na tym polu. Już w drugiej połowie lat 90-tych ubiegłego stulecia wraz z akordeonistą Jackiem Michalakiem tworzyliśmy zespół Brillante Duo poszukując nowych brzmień i artystycznych przeżyć. Pod kierownictwem Profesora Jerzego Mądrawskiego – akordeonisty i kompozytora miałem przyjemność wykonywać współczesną muzykę kameralną napisaną na akordeon, klarnet i inne instrumenty. Doświadczenia wyniesione z muzykowania w różnorodnych składach kameralnych bardzo pomagają w pracy w większych zespołach instrumentalnych. Mogę o tym zaświadczyć, jako muzyk związany od wielu lat z Orkiestrą Symfoniczną Filharmonii Świętokrzyskiej im. Oskara Kolberga w Kielcach, Hollyłódzką Orkiestrą Filmową Jana Niedźwieckiego w Łodzi czy formacją Alla Vienna.

Pana gra inspirowała i inspiruje współczesnych kompozytorów, stąd dedykowali Panu swoje utwory i powierzali prawykonania.

        Bardzo się cieszę, że miałem zaszczyt i przyjemność prawykonywać utwory takich kompozytorów jak: Krzysztof Grzeszczak, wspomniany już Jerzy Mądrawski, Łukasz Woś czy Paweł Korepta. Niektórzy z nich to rodzimi kompozytorzy, na co dzień związani z regionem świętokrzyskim. W ostatnim czasie miałem szczęście poznać i nawiązać współpracę ze śląskim kompozytorem Wojciechem Stępniem, który zadedykował dla mnie swoje utwory. Prawykonania kompozycji miały miejsce w 2024 i 2025 roku podczas kolejnych edycji Międzynarodowego Festiwalu Muzycznego im. Krystyny Jamroz w Busku Zdroju.

Utwory w Pana wykonaniu możemy znaleźć na wielu płytach.

         Tak, to prawda. Moja muzyczna działalność artystyczna jest rozległa i mocno zróżnicowana. Dokonałem rejestracji dźwiękowej do wielu płyt pełniąc w nagrywanych kompozycjach rozmaite instrumentalne role. Jako muzyk – solista orkiestry wraz z Filharmonią Świętokrzyską dokonałem wielu nagrań utworów polskich twórców. Z zespołem muzycznym Alla Vienna zarejestrowaliśmy muzykę do kilku albumów towarzysząc choćby znanej chyba szerszemu gronu słuchaczy śpiewającej Rodzinie Kaczmarek. Z tą samą formacją nagraliśmy dwa muzyczne albumy z naszymi sztandarowymi projektami, czyli ścieżkę dźwiękową z naszego autorskiego widowiska Muzyka Zespołu Queen symfonicznie oraz Muzyka The Beatles symfonicznie. Oprócz tego możemy pochwalić się albumem z muzyką filmową, na którym słuchacze znajdą melodie z największych produkcji filmowych XX wieku.
Chciałbym wreszcie wspomnieć o moich solowych publikacjach poświęconych wyłącznie muzyce klarnetowej. Wszystkie zarejestrowałem dla wytwórni Dux, a mowa tu o następujących płytach: Polska muzyka klarnetowa drugiej połowy XX wieku oraz Muzyka bliska nam.
W zarejestrowanym repertuarze znalazły się różnorodne kompozycje a wśród nich i takie, które miały swoją światową fonograficzną premierę. Jednym z nich jest Kaprys na klarnet i fortepian Józefa Świdra czy kompozycja łódzkiego kompozytora Jerzego Bauera Toccatina na klarnet i fortepian. Idea, która za każdym razem przyświecała mi, gdy kompletowałem muzyczny materiał do płyt było pragnienie rejestrowania utworów wartościowych, które do tej pory, z bliżej nieokreślonych powodów, nie doczekały się fonograficznej publikacji.

Mariusz Barszcz i Michał Rot fot. Tomasz Ziober 12.06.2025Michał Rot - fortepian i Mariusz Barszcz - klarnet, okładka płyty "Max Reger Muzyka kameralna na klarnet i fortepian", fot. Tomasz Ziober.

Najlepszym przykładem jest płyta, która niedawno trafiła do moich zbiorów, a są na niej trzy miniatury (Romans G-dur, Albumblatt Es-dur, Tarantella g-moll) i dwie sonaty na klarnet i fortepian ( As-dur oraz fis-moll) Maxa Regara, którą nagrał Pan z wyśmienitym łódzkim pianistą Michałem Rotem.

        Płyta, o której mowa, a która, jak Szanowna Pani Redaktor wspomniała na początku naszej rozmowy, wzbogaciła Pani prywatną płytową kolekcję to mój najcenniejszy krążek wydany we wrześniu 2025 roku a nagrany wspólnie z pianistą Michałem Rotem. Album nosi tytuł: Max Reger Muzyka kameralna na klarnet i fortepian.

         Z Michałem spotkaliśmy się w Akademii Muzycznej im. Grażyny i Kiejstuta Bacewiczów w Łodzi, gdzie obaj pracujemy od 2012 roku prowadząc swoje klasy instrumentalne. Marząc od jakiegoś czasu o tym, żeby nagrać utwory z muzyką na klarnet i fortepian Maxa Regera rozglądałem się w poszukiwaniu pianisty, który podjąłby się tego bądź, co bądź wielkiego artystycznego wyzwania. Zdając sobie sprawę ze stopnia złożoności i skomplikowania oraz skali trudności faktury fortepianowej, jaką w swoich sonatach stworzył Max Reger na początku, do projektu planowałem zaprosić dwóch pianistów. Życie jednak zweryfikowało moje plany i na placu boju pozostaliśmy tylko obaj.

Mariusz Barszcz i Michał Rot na płycie fot Tomasz ZioberPłyta "Max Reger Chamber Music for Clarinet and Piano”, fot. Tomasz Ziober

Słuchając płyty „Max Reger Chamber Music for Clarinet and Piano” byłam zafascynowana doskonałą współpracą wykonawców i wspólnym tworzeniem muzyki.

        Zawodową relację, jaka wytworzyła się podczas wspólnej pracy z Michałem Rotem niezwykle sobie cenię. Traktuję ją, jako wielkie wyróżnienie, gdyż mam okazję pracować z wyjątkową artystyczną osobowością. Michał jest nie tylko wspaniałym muzykiem, kameralistą i znawcą kameralnej muzyki Regera, ale także wspaniałym Człowiekiem i zawodowym Kompanem.
Pani słowa o doskonałej współpracy wykonawców są dla nas ogromnie miłym komplementem. Nie ukrywam, że z Michałem połączyła nas głęboka muzyczna przyjaźń oraz bliskie relacje międzyludzkie. To ogromna radość, że te wartości są wyczuwalne i zauważalne w odbiorze płyty. Nasza muzyczna współpraca oparta była i jest na wzajemnym wsłuchiwaniu się w to, co słyszy i muzycznie proponuje partner, a nasze instrumentalne partie wspólnie mają się przenikać i podążać za muzyczną myślą zapisaną przez Kompozytora. Nasza praca podczas przygotowań do rejestracji utworów była niezwykle inspirująca. Odkrywanie poszczególnych elementów dzieła muzycznego i ich estetycznych meandrów zapisanych przez twórcę dla muzyków instrumentalistów jest czymś niezwykle fascynującym. W efekcie wypracowaliśmy wspólny język, którym chcieliśmy w możliwie najbardziej przekonywujący sposób przekazać niepowtarzalny kompozytorski i artystyczny idiom twórczości Maxa Regera.

Podkreślić także trzeba, że są to pierwsze w Polsce rejestracje tych utworów.

         Pomimo, że upłynęło ponad 120 lat od powstania tych kompozycji, nikt z polskich artystów wykonawców nie podjął się zarejestrowania i opublikowania tych dzieł.
W całej światowej fonograficznej spuściźnie jest znikoma ilość wydawnictw, które mogą poszczycić się opublikowaniem tych konkretnych kompozycji. Max Reger o wiele bardziej znany jest ze swoich dzieł organowych i orkiestrowych, a jego kameralna twórczość, szczególnie w oczach wydawców fonograficznych jest często pomijana i marginalizowana, co powoduje, że stoi gdzieś jakby na uboczu. I w świetle tego, co przed chwilą powiedziałem album, który wspólnie z Michałem nagraliśmy jest polską premierą fonograficzną dokumentującą utwory Maxa Regera skomponowane na klarnet i fortepian.

Myślę, że jest szansa, aby te utwory trafiły do repertuarów koncertowych.

       Głęboko wierzę, że tak. Zastanawiając się nad przyczyną znikomej popularności tego repertuaru od razu nasuwa mi się myśl i przekonanie, że dość istotne mogą tu być piętrzące się trudności wykonawcze, z jakimi muszą mierzyć się wykonawcy. Do tego jeszcze trzeba wspomnieć o braku głębszej tradycji wykonawczej kameralnej muzyki Regera. Taka sytuacja może wywoływać zarówno u wykonawców jak i organizatorów koncertów, czy festiwali pewien sceptycyzm w podejściu do kameralistyki Regera. Niestety, w praktyce często przekłada się to na pomijanie tych dzieł w repertuarach koncertowych.

        Chcąc przekonać wszystkich animatorów i organizatorów muzycznego życia naszego kraju do propagowania kameralnej muzyki Maxa Regera chciałbym przytoczyć dwa niezwykle istotne historyczne fakty. Mianowicie już w 1908 roku Wydział Filozoficzny Uniwersytetu w Jenie docenił muzykę Maxa Regera nadając kompozytorowi za jego twórczość doktorat honoris causa. Cztery lata później Wydział Medyczny Uniwersytetu Berlińskiego przyznał Regerowi kolejny tytuł doktora honoris causa argumentując w okolicznościowej laudacji fakt, że muzyka kompozytora koi nerwy. Wielu historyków przez pryzmat tego wydarzenia, osobę Maxa Regera postrzega jako protoplastę i prekursora nowego kierunku w nauce, którym w 1944 roku, a więc prawie 40 lat później, oficjalnie stała się muzykoterapia. Pani Redaktor - czy nie brzmi to zaskakująco? Nasi czytelnicy mogą łatwo to sprawdzić osobiście sięgając po naszą płytę z muzyką tego Kompozytora.

Na krążku są dwie z trzech skomponowanych przez Maxa Regera sonat przedzielone są miniaturami.

        Do końca nie znamy okoliczności powstania zaprezentowanych na krążku miniatur. Wiemy, że powstały w tym samym okresie twórczym, co sonaty z opusu 49, które zarejestrowaliśmy na płycie. Przypuszczamy, że Max Reger zdawał sobie sprawę, że ekspresyjne i rozbudowane w formie obydwie Sonaty klarnetowe, aby były lepiej przyjęte i zrozumiane przez ówczesnych słuchaczy powinny być przedzielone jakimiś drobnymi utworami. Wiele wskazuje na to, że miniatury miały być taką muzyczną przeciwwagą do sonat dając swoją stylistyką, melodyjnością i prostotą chwile emocjonalnego wytchnienia dla słuchaczy mierzących się z ekspresją i dramaturgią sonat. Tak też został skomponowany układ utworów na naszej płycie, gdzie miniatury poprzedzają i rozdzielają obie sonaty. Płyta w swoim zamyśle prowadzi słuchacza do wirtualnej sali koncertowej, gdzie publiczność do woli może delektować się muzyką w sposób bardzo zbliżony do realnego koncertu.

Chcę jeszcze zwrócić uwagę na piękno dźwięku klarnetu i fortepianu na płycie. Została także doskonale uchwycona akustyka sali, w której odbywały się nagrania.

        Dzięki uprzejmości naszej Alma Mater, czyli Akademii Muzycznej im. Grażyny i Kiejstuta Bacewiczów w Łodzi mogliśmy dokonać nagrań w Sali Kameralnej Regionalnego Ośrodka Kultury, Edukacji i Dokumentacji Muzycznej wchodzącego w skład budynków należących do naszej Akademii. Sala kameralna tego oddanego w 2014 roku nowoczesnego budynku posiada doskonały instrument (fortepian) świetne warunki akustyczne szczególnie do dokonywania rejestracji muzyki kameralnej wraz z rozbudowanym i świetnie wyposażonym zapleczem technicznym. Dodatkowo do współpracy zaprosiliśmy naszego przyjaciela Vadima Radishevskiy’ego, znakomitego dźwiękowca i reżysera, który zarejestrował i wyreżyserował całość nagrania. W efekcie powstała nasza płyta, którą serdecznie wszystkim Państwu rekomenduję i gorąco zapraszam do słuchania.

Gorąco zachęcamy do sięgnięcia po płytę „Max Reger Chamber Music for Clarinet and Piano” w wykonaniu Mariusza Barszcza i Michała Rota wydaną przez wytwórnię DUX.
Kończymy tę rozmowę z nadzieją, że niedługo będzie okazja również do spotkań podczas koncertów na Podkarpaciu.

        Mam wielką nadzieję, że tak się stanie, i niebawem zawitamy do Państwa przywożąc ze sobą wiele wspaniałych kompozycji na klarnet i fortepian.

Bardzo dziękuję za spotkanie.

         I ja również bardzo dziękuję za przemiłą i serdeczną rozmowę

Zofia Stopińska

Spotkajmy się w Filharmonii Podkarpackiej

Przełom roku kalendarzowego z kilku powodów jest dla Filharmonii Podkarpackiej czasem szczególnym. Kończy się jubileuszowy rok działalności orkiestry, w którym rozbrzmiewała bardzo różnorodna muzyka i gościli znakomici artyści, a w najbliższym czasie czekają nowe wyzwania. O tym gorącym czasie rozmawiam z panią prof. dr hab. Martą Wierzbieniec, dyrektor Filharmonii Podkarpackiej i Muzycznego Festiwalu w Łańcucie.

         Z wielu różnych powodów bardzo intensywna jest końcówka bieżącego roku dla Filharmonii Podkarpackiej.
To jest koniec roku jubileuszowego Filharmonii, bo 70 lat temu, w kwietniu 1955 roku orkiestra symfoniczna wystąpiła w Rzeszowie po raz pierwszy. Ten jubileusz obchodzony był przez cały rok. Na wiosnę było kilka szczególnych, nadzwyczajnych koncertów związanych z jubileuszem. Wystąpili artyści, którzy kiedyś tu już gościli i zawsze są oczekiwani oraz oklaskiwani przez publiczność: byli dyrektorzy artystyczni, szefowie orkiestry, ale także soliści w jakiś sposób kiedyś z Rzeszowem związani.
          Sięgnęliśmy także po twórczość kompozytorów, którzy swoim życiem, swoimi korzeniami też wywodzili się z naszego regionu. Wspomnę o patronie Filharmonii Arturze Malawskim, którego utwory zabrzmiały w tym roku jubileuszowym. Wspomnę o Stanisławie Wisłockim, którego utwór został zaprezentowany publiczności. Były też utwory Wojciecha Kilara, który nie urodził się co prawda w Rzeszowie, ale jak sam mawiał, to w Rzeszowie, gdzie chodził do szkoły muzycznej, zapadła decyzja, że zostanie kompozytorem i zaczęła się jego kariera zawodowa.

Odbywają się próby do ostatniego koncertu abonamentowego w tym roku, ale wiem, że trwają ostatnie przygotowania do dalekiego tournée. Właściwie już pakujecie walizki.

       Na przełomie 2025 i 2026 roku odbędziemy tournée artystyczne po Chinach, które trwać będzie od 26 grudnia 2025 roku do 10 stycznia 2026 roku. Zaplanowane mamy 9 koncertów. To już drugi wyjazd orkiestry do Chin, współpracujemy z tą samą chińską agencją koncertową, która nas zaprasza i organizuje koncerty. Ta podróż to piękny akcent na zakończenie jubileuszowego roku i wyróżnienie dla orkiestry. Powszechnie się mówi, że nie sztuką jest gdzieś się pojawić i wystąpić, sukcesem jest jeśli do tego miejsca zaproszą nas po raz drugi. Ponowne zaproszenie do Chin poczytuję sobie jako zaszczyt i chcę pogratulować wszystkim artystom muzykom, członkom Orkiestry Symfonicznym Filharmonii Podkarpackiej tak wysokiego poziomu, pogratulować całego roku, który był bardzo intensywny, obfitujący w konkrety, w bardzo różnorodne programy.
Przypomnę, że tegoroczna edycja Muzycznego Festiwalu w Łańcucie odbyła się z udziałem światowej sławy gwiazdy opery Placido Domingo. To też niebywała historia, ze tego formatu artysta wystąpił na scenie Filharmonii Podkarpackiej z towarzyszeniem orkiestry tejże Filharmonii.

Jaki program przygotowujecie na koncerty w Chinach.

        Orkiestra została zaproszona, podobnie jak 7 lat temu, na przełomie roku i Chińczycy są bardzo zainteresowani programem karnawałowym. Głównie prezentowana będzie muzyka Straussów, ale podczas dwóch koncertów, na życzenie organizatorów wykonamy VII Symfonię Beethovena. Chcemy też podziękować wszystkim, którzy udzielili nam wsparcia finansowego umożliwiającego wyjazd. Chińska agencja zapewnia nam wszystko, co jest związane z pobytem na terenie Chin, ale musieliśmy zadbać o pieniądze na podróż, a to są spore koszty.
        Ponieważ reprezentujemy nasze województwo i nas nasz kraj wsparli nas: marszałek, zarząd i samorząd województwa podkarpackiego oraz Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które współprowadzi Filharmonię już od ośmiu lat. Dziękujemy za przekazane nam środki.
Dlatego w Chinach proponujemy też utwory polskich kompozytorów: Wojciecha Kilara oraz Stanisława Moniuszki i wielu Chińczyków po raz pierwszy dowie się, że oprócz Chopina mamy innych wspaniałych kompozytorów.

Filharmonia 2025 Inauguracja Rychert i OrkiestraInauguracja 71 sezonu koncertowego Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Podkarpackiej. Dyryguje Zygmunt Rychwert, fot. z arch. Filharmonii Podkarpackiej

Rok kalendarzowy zamknie się imponującą ilością zorganizowanych przez Filharmonię Podkarpacką koncertów.

        Odbyło się ponad 100 koncertów i prawie 1000 audycji umuzykalniających dla dzieci i młodzieży, które odbyły się w szkołach i przedszkolach naszego województwa. Codziennie rano od połowy września do połowy czerwca wyrusza spod Filharmonii bus z wykonawcami tych audycji. Muszę powiedzieć, ze zapotrzebowanie na tego typu działalność jest ogromne. Zwieńczeniem kilku miesięcy jest pobyt dzieci w czasie koncertów mikołajkowych. W tym roku między 2 a 6 grudnia gościliśmy w Filharmonii prawie 7 tysięcy najmłodszych odbiorców. Codziennie odbywało się kilka koncertów przeznaczonych i wszystkie kończyły się entuzjastycznie. Podczas każdego zaszczycił naszych odbiorców Święty Mikołaj, z którym dzieci śpiewały i wspólnie się bawiły. Na scenie występowało kilka osób, a towarzyszyła im Orkiestra Filharmonii Podkarpackiej. To bardzo cieszy, to bardzo dobrze rokuje. Uważam, że edukacja muzyczna dzieci i młodzieży jest to bardzo ważnym wątkiem naszej działalności. Dzieci są rozśpiewane, rozbawione, roztańczone, ale trzeba ich odpowiednio do tego zachęcić i jestem przekonana, że bardzo ważną sprawą jest, żeby tej najmłodszej widowni prezentować sztukę na bardzo wysokim poziomie.

Niedawno byłam na bardzo ciekawym wydarzeniu w Waszej sali kameralnej.

       W tym roku uruchomiliśmy także nowy cykl i jestem przekonana, że powinien być kontynuowany w przyszłości, cykl pod nazwą AWF. To brzmi trochę zaskakująco, może wzbudzać zdziwienie, ale jest to po prostu skrót „Akademicy w Filharmonii”.
Organizujemy koncerty w sali kameralnej, które z założenia mają być połączone z wykładem. Wykład inauguracyjny wygłosił prof. dr hab. Artur Mazur, prorektor ds. Kolegium Nauk Medycznych Uniwersytetu Rzeszowskiego, który mówił o wzajemnym przenikaniu się medycyny i sztuki. Była to bardzo interesująca prezentacja połączona z pokazem slajdów, zdjęć i przykładów muzycznych także.
Wystąpił Podkarpacki Kwintet Akordeonowy „Ambitus V”, który tworzą pedagodzy i absolwenci Wydziału Muzyki UR, solistą był związany w tym Jacek Ścibor. Wszystko to odbyło w kameralnym nastroju podczas jednej z listopadowych niedziel. Mam nadzieję, że w przyszłości będziemy zapraszać wykładowców z różnych uczelni, nie tylko z naszego regionu, a na scenie pojawią się artyści, którzy równocześnie pracują na wyższych uczelniach.

Orkiestra Filharmonii Podkarpackiej najczęściej występuje we własnej siedzibie, ale także zapraszana jest do mniejszych miejscowości na Podkarpaciu.

Są to koncerty w ramach projektu „Przestrzeń otwarta dla muzyki”, realizowanego już od czternastu lat na terenie województwa podkarpackiego.
Cieszy na też, że koncerty symfoniczne skupiają tak dużą publiczność, bo sala jest zapełniona na każdym koncercie i przychodzi na nie coraz więcej młodych słuchaczy. Patrząc na rejestracje samochodów zostawionych na naszym parkingu przed Filharmonią widzimy, że przyjeżdżają do nad osoby z całego województwa.

Ponieważ na tournée artystyczne po Chinach nie wyjeżdżają wszyscy członkowie orkiestry, sylwestrowy i noworoczny koncert odbędą podobnie jak w latach ubiegłych. Ciekawie zapowiadają się także koncerty zaplanowane w nadchodzącym roku kalendarzowym.

         Postanowiliśmy, że nie będziemy pozbawiać publiczności tych koncertów i zachowamy wieloletnią tradycję filharmonii. Do członków orkiestry, którzy nie jadą do Chin dołączy kilkunastu zaproszonych muzyków. W programie przeważać będzie głównie muzyka rodziny Straussów zarówno w Sylwestra jak i Nowy Rok. Jestem pewna, że wspaniałe koncerty odbędą się dla naszych stałych melomanów.
         Mamy wiele ambitnych planów, ale musimy je realizować zgodnie z możliwościami finansowymi. W całym sezonie staramy się tak układać programy, żeby były zróżnicowane, bo będzie zarówno muzyka współczesna, muzyka polska – w tym polska współczesna. Będą także utwory, które Janusz Cegiełła, nieżyjący krytyk muzyczny nazwałby prawdziwymi przebojami, bo na pewno do takich utworów można zaliczyć słynne Bolero Ravela. Będą wspaniali wykonawcy, między innymi w styczniu wystąpi skrzypek Bartłomiej Nizioł, a w marcu zasiądzie przy fortepianie Piotr Paleczny. Będą także znakomici dyrygenci, których Państwo znają, ale też tacy, którzy wystąpią u nas po raz pierwszy, bo przecież jesteśmy też otwarci na młodych, na debiutantów często bardzo młodych, ale już utytułowanych dyrygentów, laureatów konkursów.

Filharminia 2024 Inauguracja J. Maksymiuk P Kowalski 800Inauguracja 70 sezonu koncertowego Orkiestry Filharmonii Podkarpackiej. Partie solowe gra Paweł Kowalski, dyryguje Jerzy Maksymiuk, fot. arch. Filharmonii Podkarpackiej

Pewnie niedługo melomani będą pytać o program najbliższej edycji Muzycznego Festiwalu w Łańcucie

        Na przełomie maja i czerwca zapraszamy Państwa na 65. Jubileuszową edycję Muzycznego Festiwalu w Łańcucie. Ten festiwal już jest zaplanowany i dopinamy tylko szczegóły związane z podpisywaniem umówi ustalaniem różnych drobiazgów, które w trakcie realizacji mogą się okazać niezwykle istotne przy realizacji koncertów. Dotyczą one nie tylko hoteli, przejazdy i całe zaplecze dla artystów, którzy do nas przybywają, ale też sprzętu jaki będzie potrzebny, bo odbędzie się taki koncert podczas którego sprzęt nagłośnieniowy będzie miał ogromne znaczenie.

Druga część 71. sezonu koncertowego w Filharmonii Podkarpackiej będzie z pewnością bardzo interesująca.

        Zapraszam na koncerty symfoniczne, koncerty dla dzieci, koncerty familijne, koncerty organizowane w ramach cyklu BOOM (Balet, Opera, Operetka, Musical).
        Serdecznie Państwa zapraszam spotykajmy się w Filharmonii. Życzę Państwu szczęśliwego, wspaniale brzmiącego 2026 roku.

 

Zofia Stopińska

Z kart historii Towarzystwa Muzycznego w Przemyślu

       Zapraszam Państwa na spotkanie z panem Jerzym Zajączkowskim, autorem książki„Towarzystwo Muzyczne w Przemyślu za czasów Ludwika D”Army Dietza. Kronika”, dokumentującej życie muzyczne Przemyśla na przełomie XIX i XX wieku. Kronika przybliża czas intensywnej działalności Towarzystwa Muzycznego, który należy do ważnych, ale już zapomnianych rozdziałów w historii miasta. 

Bardzo się cieszę, że znalazł Pan czas na spotkanie i możemy czytelnikom polecić tę bardzo ciekawą publikację. Skąd pomysł na książkę?

        Pomysł rodził się powoli. Kiedyś, przed laty, interesowała mnie sama muzyka, analiza dzieł, ich struktura i konstrukcja, dochodzenie do przesłania kompozytora, szukanie klucza do dzieła, odnajdywanie idei twórcy i środków do realizacji zamiarów. Z czasem doszła ciekawość sytuacji czy momentu „człowiek wobec muzyki”: kompozytor, wykonawca, słuchacz. Ale kiedy życie koncertowe i rynek płytowy coraz bardziej nasycały moją muzyczną przestrzeń setkami wykonań i nagrań największych mistrzów – kantatami Bacha, koncertami Vivaldiego, operami Mozarta, kwartetami i symfoniami Beethovena, dziełami Brahmsa i Mahlera czy operami Rossiniego i Verdiego - wtedy to w poszukiwaniu odmiany i nowych, świeżych emocji zrodziła się potrzeba zaglądnięcia za tą fasadę doskonałości; wejścia w nieco tajemniczy krąg drugiego czy trzeciego rzędu muzyków (twórców i wykonawców), bo przecież ci najwięksi nie pojawili się znikąd! Mariaż tego stanu umysłu i emocji z miejscem urodzenia i zamieszkania odbył się już w sposób bardzo naturalny, niemal samoczynnie.

Kiedy zaczął się Pan interesować historią życia muzycznego w Przemyślu?

        Przeszłość muzyczna Przemyśla interesuje mnie od kilkudziesięciu lat. Miałem okazję wielokrotnie pisać o niej przywołując wybrane postaci i wyrywkowo wydarzenia muzyczne z różnych lat. Tym razem skupiłem się na stosunkowo krótkim okresie, starając się pokazać różne zjawiska w ich pełniejszym i różnorodnym kształcie. Książka obejmuje szczegółowo lata 1873 – 1901; pierwszy rozdział dotyczy nieznanych faktów z początkowego okresu istnienia przemyskiego Towarzystwa Muzycznego, czyli lat 1862-1879, a rozdziały zamykające odnoszą się do życia, dorobku kompozytorskiego i aktywności pedagogicznej Ludwika d’Army Dietza.

Gdzie odnalazł Pan dokumenty na ten temat? Jak wyglądała sama praca?

        Podstawą publikacji były prasa z tego okresu i kwerendy w różnych archiwach, muzeach i bibliotekach. Ogólnie dostępna wiedza o życiu muzycznym Przemyśla jest, delikatnie mówiąc, bardzo skromna. Mając tego świadomość zakładałem na początku, że efekty moich poszukiwań zmieszczą się w broszurze objętości 35-50 stron. Zagłębiając się coraz bardziej w zagadnienie, wraz ze wzrostem ilości materiałów, zmuszony byłem mocno zawęzić zakres czasowy, a i tak powstała praca wielokrotnie przekraczająca pierwotne zamiary. Najciekawszą, najbardziej wciągającą część tej pracy, od której ciężko było się oderwać, stanowiło przeglądanie wielu roczników codziennych gazet i periodyków. Muzyczna krytyka to temat na osobną i długą rozmowę. Zwyczajem ówczesnej prasy, nie tylko przemyskiej, było podawanie jedynie inicjałów wykonawcy, często i kompozytora. Nie raz przekręcano nazwiska i tytuły utworów lub nadawano im nowy tytuł. Brakowało tonacji, numerów opusowych czy katalogowych. Zdarzało się, że zapowiadano koncert lub go recenzowano bez podania daty wydarzenia. Starałem się uzupełnić te braki i dokonać korekty ewidentnych błędów.

Dlaczego Pana uwaga skupiła się szczególnie na II połowie XIX wieku?

        Jestem członkiem Towarzystwa Muzycznego w Przemyślu i brakowało mi monografii tego stowarzyszenia - bodaj najstarszego działającego w Polsce. Okres tzw. autonomii galicyjskiej przyniósł ogromne zmiany na wielu polach, w tym w zakresie nauczania muzyki i form jej uprawiania. Nie da się jednak wyrwać czy wysupłać postaci z otoczenia, w jakim żyła i działała. Ten sam mechanizm - czyli trudność z rozdzieleniem dwóch rzeczy w zasadzie nierozłącznych - zadziałał na nieco szerszym planie książki, bo nie można pisać wyłącznie o aktywności Dietza w Towarzystwie Muzycznym czy tylko znaczeniu tegoż Towarzystwa w życiu kulturalnym miasta. Dzieje współpracy Dietza z Towarzystwem Muzycznym odtwarzam na szerszym tle artystycznych wizyt znakomitych muzyków w Przemyślu, aktywności innych stowarzyszeń oraz odnosząc i porównując Przemyśl do innych miejscowości Galicji. Obraz, jaki się wyłonił z tych poszukiwań jest doprawdy niesamowity.

Jerzy Zajączkowski 2025 spotkanie w Muzeum prowadzi Izabela FacJerzy Zajączkowski, autor książki „Towarzystwo Muzyczne w Przemyślu za czasów Ludwika D”Army Dietza. Kronika” i dr Izabella Fac, prowadząca spotkanie, podczas wieczoru w Archiwum Państwowym w Przemyślu 7 listopada 2025 roku, fot. Towarzystwo Muzyczne w Przemyślu.

Kim był Ludwik d’Arma Dietz?

        W dotychczas wydanych opracowaniach określano Dietza jako ważną postać życia muzycznego miasta. Brakowało jednak bliższych danych o jego rzeczywistej działalności. Zebrane materiały nie pozostawiają wątpliwości – to była wybitna postać kultury muzycznej regionu. Absolwent Instytutu Muzyki w Warszawie, uczeń m.in. Kątskiego i Moniuszki, przyjechał do Przemyśla w kwietniu 1873 i jako dyrektor artystyczny szybko uporządkował dosyć chaotyczne działania Towarzystwa Muzycznego w zakresie organizacji prób i koncertów oraz doboru repertuaru. Już jesienią tegoż roku rozpoczęła działalność szkoła muzyczna Towarzystwa, w której Dietz prowadził naukę fortepianu, skrzypiec, śpiewu solowego i chóralnego. Później uczył jeszcze muzyki w Seminarium Nauczycielskim Żeńskim i własnej szkole. Pełen energii pracował z dużym poświęceniem i oddaniem. Jednocześnie pozyskiwał nuty (co nie było wtedy tak proste, jak dzisiaj), opracowywał je do wykonania, sam komponował, pisał podręczniki. Udzielał się jako solista i kameralista (skrzypek, pianista, chórmistrz), śpiewał i kierował chórem Towarzystwa Muzycznego i „Sokoła”, prowadził chór katedralny, był członkiem Towarzystwa Dramatycznego. Za sprawa osobistych kontaktów Dietza wystąpiło w Przemyślu wielu muzyków europejskiej rangi. Współtworzył galicyjskie organizacje muzyków, był jurorem oceniającym instrumenty na wystawie we Lwowie i członkiem komisji egzaminacyjnych dla nauczycieli szkół ludowych. Jako człowiek jawi się kimś świadomym własnej wartości, choć nie wyniosłym. W kontaktach z otoczeniem cechowała go elegancja, kultura i takt. Namiastkę systemu wartości Dietza odnajdziemy np. w dedykacjach własnych utworów (wśród nich papież Leon XIII, Mickiewicz, Kraszewski, Ujejski, arcyksiążę Rudolf, ruch sokolski), w doborze autorów tekstów do swych pieśni (Kochanowski, Heine, Pol, Konopnicka, Bełza), niektóre kompozycje wydał pod nieprzypadkowym pseudonimem „Szczerbiec”. W codziennym działaniu był bardzo dokładny, skrupulatny i konsekwentny, myślał perspektywicznie. Nie bał się artystycznego ryzyka, a za takie należy uznać wykonywanie skrzypcowych kompozycji Bacha, Bibera, Leclaira, Haendla czy niedocenianej wtedy i mocno krytykowanej Sonaty wiolonczelowej Chopina (w opracowaniu na skrzypce); w programach koncertów zestawiał swoje kompozycje obok dzieł największych mistrzów np. Mozarta, a wizyty najwybitniejszych europejskich kwartetów smyczkowych nie powstrzymały go od prezentowania amatorskimi siłami kwartetów Haydna.

Jak wtedy wyglądało życie muzyczne Przemyśla?

       Odpowiem nie wprost. Na kształt kultury muzycznej miasta, zdominowanej w tym okresie przez aktywność Dietza, miały wpływ inne czynniki takie jak rozwój techniczny i cywilizacyjny. Wybudowanie linii kolejowej między Lwowem i Krakowem (a tym samym Wiedniem i Warszawą) wydatnie przyspieszało rozpowszechnianie prasy, literatury i dóbr kultury, pełniejszy i szybszy przepływ prądów, myśli i idei. Wpływało to na kształt kontaktów pomiędzy ludźmi oraz formy i jakość życia kulturalnego miasta. Kolej ułatwiała wizyty wybitnych muzyków i zespołów z całej Europy. W tamtym czasie koncertowali w Przemyślu m.in. skrzypkowie: Stanisław Barcewicz, Nikodem Biernacki, Eduard Remenyi, Gustaw Friemann, Fritz Kreisler; wiolonczeliści: Stanisław Szczepanowski, David Popper: śpiewacy: Wanda Kleczkowska, Bronisława Dowiakowska, Irena Bohuss-Hellerowa, Mieczysław Horbowski, Władysław Floriański; pianiści: Sophia Menter, Karol Mikuli, Ludwik Marek, Marcelina Czartoryska, Raul Koczalski, Ignacy Friedman, Ignacy Jan Paderewski, Józef Wieniawski, Maria Wąsowska-Badowska. Dodajmy jeszcze koncerty dwóch najlepszych europejskich kwartetów smyczkowych z Wiednia i Florencji oraz stałą obecność lwowskich muzyków. Równie znacząca była decyzja zbudowania tu twierdzy. Sama budowa przyciągała różnych specjalistów, przybywało wojska i oficerów, którzy będą stanowić nie tylko publiczność koncertową. Stacjonujące tutaj pułki miały ambicję posiadania własnych orkiestr, a ich muzycy wpłyną na poziom produkcji muzycznych miejscowych wykonawców. Samo Towarzystwo Muzyczne organizowało w sezonie 6-8 wieczorów muzycznych i 2-3 dużych koncertów, a jego członkowie zapewniali oprawę muzyczną licznych uroczystości patriotycznych i religijnych. Przez lata nawet Kraków nie dorównywał Przemyślowi w obszarze atrakcyjności i poziomu życia muzycznego.

Jerzy Zajączkowski 2025 spotkanie w Towarzystwie Muzycznym prowadzi Anna SienkiewiczJerzy Zajączkowski i prowadząca spotkanie Anna Sienkiewicz podczas koncertu w Towarzystwie Muzycznym w Przemyślu 8 listopada 2025 roku, fot. Towarzystwo Muzyczne w Przemyślu

Skąd pochodziły środki finansowe na działalność?

        Generalnie Towarzystwo Muzyczne utrzymywało się ze sprzedaży biletów na koncerty i składek członków. W najlepszym okresie działalności było ich ponad dwustu; wśród nich muzycy, prawnicy (sędziowie i adwokaci), nauczyciele, księża, dziennikarze, urzędnicy, przedsiębiorcy, wojskowi. Bardzo kosztowne było prowadzenie szkoły muzycznej, bo część biedniejszych uczniów była zwolniona z opłat. Niestety, wnioski do Sejmu Krajowego o dotacje na prowadzenie szkoły czy zakup instrumentów spotykały się z odmowami – w przeciwieństwie do hojnie finansowanych instytucji Lwowa i Krakowa. Ze smutkiem muszę stwierdzić, że choć otaczająca nas rzeczywistość mocno różni się od tej z II połowy XIX wieku, to duże problemy finansowe nadal pozostają największym utrapieniem tego niezwykle zasłużonego Towarzystwa.

Jak powstała wystawa prezentująca unikalne materiały pozyskane w czasie prac nad książką?

         Pomysł wystawy zrodził się w trakcie przygotowywania publikacji do druku. Zgromadzonego wcześniej materiału nie udało się w całości wykorzystać w książce i kiedy Archiwum Państwowe w Przemyślu zaproponowało pokazanie ich na wystawie, to przystałem na to ochoczo. Tym sposobem książka i wystawa, zatytułowana „Towarzystwo Muzyczne w partyturze dziewiętnastowiecznego Przemyśla”, wzajemnie się dopełniają. Większość materiałów przedstawionych na wystawie pochodzi ze zbiorów przemyskiego Archiwum. Ta wystawa to podróż przez świat dźwięków miasta, które z pomocą pasjonatów stworzyło własną muzyczną opowieść. To opowieść o ludziach, którzy w czasach politycznej niepewności potrafili zbudować wspólnotę wokół tego, co najpiękniejsze — wspólnego muzykowania i przeżywania muzyki. W świecie salonów, publicznych koncertów i różnych inicjatyw społecznych - muzyka artystyczna była nie tylko formą spędzania wolnego czasu czy rozrywką, ale fundamentem budowania tożsamości Polaków, integracji mieszkańców miasta i kształtowania świadomości kulturowej jego mieszkańców.

Podczas dwóch wieczorów – w Archiwum Państwowym w Przemyślu i Towarzystwie Muzycznym w Przemyślu , spotkał się Pan z melomanami i osobami zainteresowanymi bogatą historią życia kulturalnego Przemyśla. Było z pewnością dużo ciekawych pytań i dyskusji.

         W najśmielszych myślach nie spodziewałem się tak dużego zainteresowania. Wprawdzie na publicznym forum dyskusji nie było, bo i zawartość publikacji była znana tylko nielicznym osobom, ale w rozmowach, podczas podpisywania książki jej przyszłym czytelnikom, dało się zauważyć duże zainteresowanie poruszanymi w niej zagadnieniami. Mam nadzieję, że przełoży się to na większą znajomość i popularność życia muzycznego Przemyśla i dziejów samego Towarzystwa Muzycznego.

Czy myśli Pan o kolejnych książkach na temat życia muzycznego w Przemyślu, a może prezentacji zbiorów muzycznych twórców działających w tym mieście lub utworów znajdujących się w archiwach?

         Tak, pomysłów i możliwości nie brakuje, oby tylko zdrowie pozwoliło na ich realizację. Sporo materiałów pozyskanych podczas przygotowywania tej książki pozostaje nadal niewykorzystanych. Liczę też na większe zainteresowanie tymi zagadnieniami badaczy z różnych ośrodków akademickich, bo do tej pory nie było z tym najlepiej.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

         Ja również dziękuję.

Zajączkowski Jerzy okładka książki

 

         Podczas spotkania z panem Jerzym Zajączkowskim zdążyliśmy poruszyć tylko niektóre, bardzo interesujące tematy związane z życiem muzycznym dawnego Przemyśla oraz powstaniem Kroniki. Gorąco polecam, aby sięgnęli Państwo po książkę, która została wydana przez Archiwum Państwowe w Przemyślu. Publikacja powstała we współpracy z Towarzystwem Muzycznym w Przemyślu.
        Na zakończenie zacytuję trzy zdania zafascynowanej lekturą recenzentki książki dr hab. Moniki Wilińskiej-Tarcholik, znakomitej pianistki i kameralistki, prodziekan Wydziału Instrumentalnego Akademii Muzycznej im. Krzysztofa Pendereckiego w Krakowie: „Niewątpliwym atutem „Kroniki” jest bardzo naturalne w odbiorze wplecenie cytatów i recenzji w ogólną narrację. Zabieg ten skłania czytelnika do refleksji nad poruszanymi kwestiami: oceną poziomu krytyki muzycznej, niedocenianiem polskich artystów, staraniami o krzewienie treści patriotycznych. Bardzo ciekawie prezentują się też rozważania Jerzego Zajączkowskiego na temat roli kobiet w ówczesnym świecie i ograniczeń ich dotyczących.”

Zofia Stopińska

 

Zostawiłam tu kawałek serca. To serce cały czas radośnie drży.

Podążając śladami artystów związanych z Podkarpaciem zapraszam dzisiaj na spotkanie z dr hab. Bernadettą Grabias, znakomitą polską śpiewaczką operową obdarowaną przez naturę pięknym głosem mezzosopranowym, solistką łódzkiego Teatru Wielkiego oraz pedagogiem śpiewu w Katedrze Wokalistyki Wydziału Sztuk Scenicznych Akademii Muzycznej w Łodzi.
Rozmowa została zarejestrowana podczas odbywającego się niedawno w Rzeszowie X Ogólnopolskiego Konkursu Wokalnego im. Barbary Kostrzewskiej organizowanego przez Fundację Szkolnictwa Muzycznego w Rzeszowie we współpracy z Zespołem Szkół Muzycznych nr 1 im. Karola Szymanowskiego w Rzeszowie i Filharmonię Podkarpacką.

Wielu rzeszowian, melomanów, a przede wszystkim uczniów Zespołu Szkół Muzycznych nr 1 w naszym mieście szczyci się tym, że Pani stąd się wywodzi. Tak naprawdę nie urodziła się Pani w Rzeszowie.

        Nie jestem rzeszowianką z urodzenia, ale cała moja rodzina pochodzi z tych rejonów. Mama urodziła się niedaleko Rzeszowa, tato pochodzi z okolic Przemyśla. To, że urodziłam się we Wrocławiu, to było pewne zrządzenie losu. Przez pewien czas rodzice mieszkali i pracowali we Wrocławiu, ale chętnie wrócili w te strony i zamieszkali w Rzeszowie. Miałam wtedy już 13 lat kiedy przyjechałam razem z nimi i poczułam się jak u siebie.

Słyszałam, że Pani ojciec był muzykiem.

        Nie, pomimo, że talenty muzyczne w rodzinie były, ale nigdy nie były kształcone. Ja jestem pierwszą osobą, która poszła w tym kierunku.

Dość długo szukała Pani swojego przeznaczenia, bo w szkole muzycznej I stopnia uczyła się Pani grać na fortepianie, a później na oboju.

        Od dzieciństwa lubiłam śpiewać. Mój tato nagrywał na szpulowych taśmach moje występy ze znanymi wokalistami. Byłam muzykalna i rodzice posłali mnie do szkoły muzycznej gdzie najpierw uczyłam się grać na fortepianie. Po przyjeździe do Rzeszowa, kontynuowałam naukę na fortepianie w Szkole Muzycznej I stopnia przy ulicy Sobieskiego, ale stwierdziłam, że to nie jest jeszcze droga, którą chciałabym podążać i zdecydowałam się na kształcenie w Liceum Muzycznym w klasie oboju u pana Edwarda Prajsnara. Instrument mnie zachwycił, chociaż początki były bardzo trudne, bo obój jest szalenie wymagający. Uwielbiałam obój ze względu na piękną barwę i melodyjność. Z zachwytem chodziłam na zajęcia, bo Profesor nauczył mnie przede wszystkim muzykalności i bycia na scenie. Poczułam wtedy sens występowania solistycznego i to było najważniejszym aspektem grania na oboju. Wiedziałam dobrze, że nie jestem najlepszą uczennicą w klasie oboju, natomiast przez cały czas towarzyszył mi śpiew.
Pisałam piosenki, miałam mały zespół poezji śpiewanej. Pani Anna Budzińska słysząc mnie na jednym z konkursów, stwierdziła, że śpiew to bardzo dobry kierunek dla mnie i zgodziła się przygotować mnie do egzaminów wstępnych na studia wokalne.

Została Pani studentką Wydziału Wokalno-Aktorskiego Akademii Muzycznej w Łodzi.

        Tak, ale to też nie obyło się bez przygód, które z perspektywy czasu wyszły mi na dobre. Nie dostałam się na studia wokalne za pierwszym razem, bo po prostu nie byłam jeszcze gotowa, ale wiedziałam, że chcę zostać w Łodzi. Dostałam się na Wydział Edukacji Artystycznej, gdzie miałam również zajęcia śpiewu. Zaczęłam też pracę nad dyrygowaniem chórami i mniejszymi zespołami orkiestrowymi, co później przydało mi się, bo pracowałam podczas z studiów z amatorskim chórem czterogłosowym.
        Podczas tego roku obserwowałam jak uczą pedagodzy śpiewu na Wydziale Wokalnym, u którego w przyszłości chciałabym się uczyć. Wybrałam klasę prof. Ziemowita Wojtczaka, który prowadził mnie przez całe studia.
         Wydawało mi się na początku, kiedy nie zostałam przyjęta na studia wokalne, że to tragedia, ale okazało się, że to było bardzo potrzebne.

Czytając Pani CV zwróciła uwagę, że na drugim roku studiów wokalnych była Pani angażowana do występów z spektaklach operowych.

         Tak, to był prawdziwy debiut na scenie Teatru Wielkiego w Łodzi. Śpiewałam partię Matki Joanny w „Dialogach Karmelitanek” Francisa Poulenca. Była to maleńka partia, ale dla mnie było to bardzo duże wyzwanie stanąć na tej scenie – doświadczenie niebywałe dla tak młodej adeptki śpiewu.
         Uczyłam się jak zachowywać się na scenie w ogromie przestrzeni, która trzeba wypełnić nie tylko głosem, ale i sobą.
Kiedy ukończyłam studia i uczestniczyłam w 2004 roku w przesłuchaniach na solistkę Teatru Wielkiego w Łodzi już miałam tę scenę oswojoną.

Ryszard Cieśla 2025 jury konkursu w pełnym składzieJury X Ogólnopolskiego Konkursu Wokalnego im. Barbary Kostrzewskiej w pełnym składzie, od lewej: mgr. Małgorzata Drzewicka - Dudek - z-ca dyrektora ZSM nr 1 w Rzeszowie, sekretrz, prof. Katarzyna Oleś-Blacha, sopran koloraturowy, Akadenia Muzyczna im. Krzysztofa Pendereckiego w Krakowie, prof. Ryszard Cieśla baryton, Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina w Warszawie, przewodniczący jury, dr hab. Bernadetta Grabias - mezzosopran, Akademia Muzyczna im. Grażyny i Kiejstuta Bacewiczów w Łodzi, fot. ZSM nr 1 im.Karola Szymanowskiego w Rzeszowie.

Podziwiając i oklaskując wykonujących partie solowe w operach, operetkach i musicalach śpiewaków, często nawet nie zastanawiamy się ile pracy każdy z nich włożył w przygotowanie spektaklu czy koncertu, poczynając od nauczenia się swojej partii na pamięć.

        To jest nieodłączny element naszego zawodu. Żeby dobrze wejść w rolę musimy ją dobrze znać na pamięć. Mało tego, zawsze musimy mieć odpowiednio długi czas (w zależności od długości roli, od jej ważności w danym dziele), żeby sobie nie tylko przyswoić każdy element partytury, ale również zbudować rolę. To jest bardzo ważne, żeby każde zdanie, które wypowiadamy było nie tylko zdaniem napisanym przez kompozytora, tylko wypowiadanym przez naszą postać. Stąd ten czas, który jest potrzebny.
Są pewne sposoby na szybkie nauczenie się tekstu, ale żeby dobrze skompletować rolę całą, niezbędny jest czas.

Trzeba się uczyć partii ze świadomością, że za kilka sezonów trzeba będzie ją sobie odświeżyć i ponownie w nią wejść.

        Miałam w ubiegłym sezonie taką przygodę, że zatelefonowano do mnie z prośbą o zastępstwo za chorą koleżankę w Operze Kameralnej w Warszawie. Była to partia Donny Elwiry w „Don Giovannim” Mozarta. Śpiewałam tę partię 10 lat wcześniej, ale miałam ją przygotowaną tak dobrze, że w trzy dni zdołałam ją sobie w całości przypomnieć. Przyznam się, że nawet sama byłam zaskoczona, bo to bardzo duża i wymagająca rola. Kosztowało mnie to sporo stresu, ale wszystko gładko poszło.
Jeśli ma się dobrze przygotowaną rolę, zagra się kilka, czasem kilkanaście spektakli, to nawet po dłuższej przerwie można szybko do niej wrócić.

Najdłużej i najbardziej jest Pani związana z Teatrem Wielkim w Łodzi i często występuje Pani także w Operze Narodowej w Warszawie, ale mnóstwo premierowych spektakli wykonała Pani w innych polskich teatrach operowych oraz za granicą.

        Miałam bardzo dużo szczęścia i zapraszana byłam często do kreowania głównych ról w zagranicznych teatrach operowych. Uważam, że bardzo dobre jest dla śpiewaka jeżeli ma swój macierzysty teatr, w którym może się bezpiecznie rozwijać i budować swój repertuar. Bardzo ważne jest, żeby repertuar zawsze był dostosowany do jego możliwości, do wieku i aktualnych trendów. Głos i osobowość także się rozwijają. W macierzystym teatrze jest do tego najlepsze miejsce.
        Jednak z drugiej strony współpraca z innymi teatrami jest bardzo potrzebna, żeby współpracować także z innymi zespołami, odświeżyć swoje przyzwyczajenia zmieniając miejsca, w których się śpiewa, bo każde miejsce jest troszeczkę inne.

Można śmiało powiedzieć, że jest Pani rozchwytywana również dlatego, że ma Pani wspaniały głos.

        Nie mamy wpływu na to jaki mamy instrument. To jest po prostu dar, który otrzymujemy. Nawet będąc w tych dniach w Rzeszowie, słuchając młodych uczestników Konkursu Wokalnego im. Barbary Kostrzewskiej cały czas myślę, jakie oni mają szczęście, że otrzymali tak piękne i wartościowe talenty. Tylko od nas tak naprawdę zależy, czy ten talent będziemy szlifować i czy będziemy się czuć szczęśliwi wykonując pracę śpiewaka.
        Powiem szczerze, że jest to bardzo ciężka praca i zawsze porównuję ją do pracy sportowca. Cały czas pracujemy nad ciałem, żeby było w najlepszej formie.

Często również możemy zobaczyć i posłuchać Pani na scenie podczas koncertów i recitali. Ma Pani także szczęście, że od studiów ma Pani u swego boku pianistę.

        Przyznam się, że sama zabiegam o recitale i o repertuar, żeby oprócz arii operowych śpiewać także pieśni.
        Jesteśmy muzyczną rodziną, ponieważ mój mąż jest pianistą, a to wpływa na zrozumienie specyfiki nazego trudnego zawodu. Przenosimy do domu pewne elementy naszej pracy, emocje oraz potrafimy sobie doradzić w rozwiązaniu pojawiających się problemów.
To że współpracowaliśmy razem przez całe studia bardzo nas umocniło.
Teraz wspólnych recitali nie mamy dużo dlatego, że każdy z nas poszedł w trochę innym kierunku. Myślę, że to dobrze wpływa na rodzinną atmosferę w domu.
        Trochę jednak tęskniąc za wspólnymi występami i żeby przenieść ten aspekt teatralny, stworzyliśmy nieduży spektakl zatytułowany „Dróżki pana Moniuszki”, w którym mój mąż grał na fortepianie, ja śpiewałam około dwadzieścia pieśni Stanisława Moniuszki. Zaprosiliśmy też aktora Mariusza Siudzińskiego i stworzyliśmy wspólnie słowno-muzyczną historię w stylu fredrowskim. Długo jeździliśmy razem z tym spektaklem i mieliśmy z tego wiele radości. Zawsze możemy do niego wrócić.

Jak już Pani wspomniała, do Rzeszowa została Pani zaproszona do udziału w pracach jury w X Ogólnopolskim Konkursie Wokalnym im. Barbary Kostrzewskiej. Nadmienię jeszcze, że Pani również dopisywało szczęście w konkursach wokalnych. Wspomnę tylko III nagrodę w „Queen Elizabeth International Music Competition of Belgium” w Brukseli w 2006 roku.

        Zanim doszłam do Konkursu Królowej Elżbiety, to uczestniczyłam z różnym szczęściem w wielu konkursach, takich jak ten w Rzeszowie. Nie zawsze udawało mi się zdobywać nagrody, aczkolwiek każdy występ poza murami akademickimi stanowił dla mnie pewnego rodzaju sprawdzian i bardzo dużo się wtedy uczyłam.
         Zawsze starałam się dowiedzieć od pedagogów, którzy nas oceniali, co mogę jeszcze poprawić, a co jest dobre i warto je pielęgnować.
Ustawiczna trudna praca, nie poddawanie się różnym drobnym zawiłościom, które pojawiły się po drodze, doprowadziły mnie m.in. do Konkursu Królowej Elżbiety, w którym brałam udział dwa razy.
         Pierwszy raz, jeszcze jako studentka dostałam się tylko do drugiego etapu, a po czterech latach pojechałam jeszcze raz, wiedząc już jak dobrze przygotować się do tego konkursu. Udało mi się dojść do finału i zdobyć III nagrodę.

Przez kilka lat była Pani wyłącznie śpiewaczką. Dopiero w 2011 roku zdecydowała się Pani dzielić swoimi doświadczeniami i rozpocząć pracę pedagogiczną w Akademii Muzycznej w Łodzi. Celowo tak powiedziałam, ponieważ praca ta polega nie tylko na nauce śpiewu, ale również wszystkiego, co związane jest z występem; zachowaniem na scenie, współpracą w innymi artystami…

        Dodam, że bardzo istotna jest także warstwa psychologiczna i zrozumienie młodych ludzi. Wspomniałam o bardzo krótkiej karierze w roli dyrygenta chóralnego, która miała wpływ na moje dalsze wybory. Zanim podjęłam pracę pedagogiczną w AM, uczyłam trochę prywatnie i czułam, że znajduję łatwo sposoby, aby komuś pomóc w odnalezieniu swojego głosu w ciele. Dla mnie to najważniejsza rzecz. Przekonałam się, że tą ścieżką mogę pójść, że ten zawód chcę wykonywać, że będzie mi to dawać satysfakcję i zadowolenie. Dlatego stanęłam do konkursu w Akademii Muzycznej w Łodzi, wróciłam po ośmiu latach do swojej macierzystej uczelni. Szczęście i przychylność profesorów, którzy byli w komisji spowodowały, że dostałam tę pracę i prowadzę swoją klasę śpiewu. Mam fantastycznych absolwentów. Nie wszyscy zostali w zawodzie, ale ze wszystkimi udało mi się tak pracować, że mogli siebie odnaleźć w śpiewie.

Pewnie niedługo będzie Pani występować ze swoimi wychowankami.

        Już tak się zdarza. Aleksandra Borkiewicz, pierwsza studentka, która ukończyła studia pod moim kierunkiem, jest moją koleżanką ze sceny. Jedna moja wychowanka jest solistą opery w Niemczech, druga dostała się do Opera House w Zurichu. Jestem dumna jako pedagog.

Katarzyna Oleś Blacha 2025 jury konkursu podczas koncertu laureatówjpgKoncert Laureatów X Ogólnopolskiego Konkursu Muzyki wokalnej im. Barbary Kostrzewskiej w Rzeszowie, od lewej: Marta Dybka-Tyczyńska - prezes Fundacji Szkolnictwa Muzycznego, z-ca dyrektora ZSM nr 1 im. Karola Szymanowskiego w Rzeszowie, Krystyna Stachowska - zastępca Prezydenta Miasta Rzeszowa. dr hab. Bernadetta Grabias - mezzosopran, członek jury. prof. Katarzyna Oleś-Blacha - sopran koloraturowy, członek jury, prof. Ryszard Cieśla - baryton, przewodniczący jury, fot. ZSM nr 1 w Rzeszowie

Z jakimi wrażeniami wyjedzie Pani z Rzeszowa, jak Pani ocenia poziom tegorocznego Konkursu im. Barbary Kostrzewskiej?

         Jest to fantastyczny konkurs, który pozwala rozpoczynającym naukę śpiewu osobom zaprezentować to, czego nauczyli się do tej pory. Podkreślam potencjał urody głosów uczestników oraz sposób znalezienia się na scenie, co także jest niezwykle istotne.
Poziom jest bardzo wyrównany, zaskakująco wysoki.
         Konkurs przebiegał bardzo sprawnie, bo był znakomicie przygotowany. Organizatorzy spisali się na medal.
Świetnie napisany jest regulamin oraz uczestnicy i ich pedagodzy stosuję się do niego. Mogliśmy spokojnie słuchać i oceniać. Po pierwszym etapie mieliśmy problem, ponieważ bardzo dużo osób pretendowało do znalezienia się w drugim etapie.
         Śpiew to nie jest matematyka. Staramy się myśleć wieloaspektowo i obrady trwały długo. Pracujemy w komfortowych warunkach, uczestnicy i ich pedagodzy czują się także bardzo dobrze.
         Konkurs odbywa się w cyklu dwuletnim i jestem przekonana, że najmłodsi uczestnicy chętnie przyjadą do Rzeszowa aby wziąć udział w kolejnej edycji.
          Ja zawsze, kiedy jest tylko taka możliwość, bardzo chętnie tu przyjeżdżam z wielką ciekawością ale i z wielką przyjemnością. Zostawiłam tu kawałek serca. To serce cały czas radośnie drży.

Bardzo dziękuję za poświęcony mi czas i rozmowę. Mam nadzieję, że spotkamy się podczas kolejnej edycji konkursu, a może nawet wcześniej usłyszymy Panią na podkarpackich scenach.

         Ja także mam taką nadzieję i bardzo dziękuję za miłe spotkanie.

Zofia Stopińska

W służbie Pani Muzyce. Wywiad z prof. Ryszardem Cieślą.

       21 i 22 listopada 2025 roku w Zespole Szkół Muzycznych nr 1 im. Karola Szymanowskiego w Rzeszowie odbył się X Ogólnopolski Konkurs Wokalny im. Barbary Kostrzewskiej. Organizatorem tego wydarzenia była Fundacja Szkolnictwa Muzycznego w Rzeszowie, a partnerami ZSM nr 1 w Rzeszowie i Filharmonia Podkarpacka. Konkurs był dla mnie wyjątkową okazją do przeprowadzenia wywiadów ze znakomitymi polskimi śpiewakami i pedagogami śpiewu, którzy oceniali uczestników.

       Cieszę się, że czas na rozmowę znalazł pan prof. dr hab. Ryszard Cieśla, znakomity śpiewak (baryton) urodzony na Podkarpaciu, przewodniczący jury X Ogólnopolskiego Konkursu Wokalnego im . Barbary Kostrzewskiej w Rzeszowie.

W I etapie uczestnicy prezentowali: pieśń polską i aria starowłoską, a II etapie: arię barokową lub klasyczną, pieśń romantyczną i utwór dowolny. Czy wymagania stawiane w tym konkursie nie są za trudne dla uczestników, którzy rozpoczynają naukę śpiewu?

        Nie ma łatwych konkursów. Niezależnie od tego jaki jest repertuar i jak on jest definiowany, ale dla wszystkim stawia takie same wymogi. Jeżeli jest więcej utworów, to uczestnicy mają więcej szans na zaprezentowanie się. Formuła jest dobrze dobrana do etapów kształcenia, które obowiązują w Polsce na poziomie średnim i dlatego też ten konkurs cieszy się powodzeniem.

       W przeddzień konkursu zostałem zaproszony, aby poprowadzić w  Zespole Szkół Muzycznych nr 1 seminarium i warsztaty dla wokalistów "Straszny dwór i jego kulturowa percepcja". Cieszę się, że przyszło na te zajęcia bardzo dużo młodych osób, które chętnie uczestniczyły w nich czynnie. Byli także nauczyciele śpiewu. 

Ryszard Cieśla Konkurs im. Kostrzewskiej 2025 seminarium MoniuszkoProfesor Ryszard Cieśla podczas seminarium w sali kamerlnej ZSM nr 1 im. Karola Szymanowskiego w Rzeszowie, 20 listopada 2025 roku, fot. ZSM nr 1 w Rzeszowie

Już kilkakrotnie był Pan zapraszany do grona jurorów, którym najczęściej Pan przewodniczy.

       Kiedy się tu pojawiłem, to zdobyłem sobie sympatię organizatorów, którym spodobały się nie tylko moje kompetencje pedagogiczne, ale także umiejętności w zakresie organizacji i sposobu obradowania. Dlatego jestem zapraszany i bardzo lubię tu przyjeżdżać.
W tym roku do jury zostały zaproszone znakomite śpiewaczki mające także duże doświadczenia pedagogiczne: prof. Katarzyna Oleś-Blacha i dr hab. Bernadetta Grabias.

Bardzo sprawnie przebiegały przesłuchania.

        To dlatego, że tu jest bardzo dobra organizacja. Czas jest bardzo efektywnie wykorzystany i należy to docenić. Mimo, że nie sprzyja nam pogoda, która z pewnością ma wpływ na nastroje uczestników i nasze, wszystko odbyło się zgodnie z wcześniejszymi planami.

W lutym 2019 roku miałam szczęście, że poświęcił mi Pan sporo czasu i szerokie grono melomanów z Podkarpacia mogło dowiedzieć się jak różnorodną działalność Pan prowadzi.
Był Pan wówczas: solistą Teatru Wielkiego Opery Narodowej w Warszawie, prowadził Pan klasę śpiewu na wydziale Wokalno – Aktorskim UMFC w Warszawie, (wcześniej był Pan dziekanem tego wydziału oraz w latach 2005 – 2008 prorektorem ds. dydaktyki tej uczelni), prezesem SPAM, szefem artystycznym Filharmonii im. Romualda Traugutta, nagrywał Pan cykle pieśni i arii polskich, wydał Pan tomik swoich przepięknych wierszy, fascynowało Pana reżyserowanie – byliście wtedy w Rzeszowie z „Eugeniuszem Onieginem” w wykonaniu solistów i chóru UMFC w Warszawie oraz Ork. Symf. Filh, Podkarpackiej pod dyrekcją Rafała Janiaka , w Pana reżyserii.
Był Pan także szczęśliwym mężem, ojcem i dziadkiem, chociaż niewiele czasu mógł pan poświęcać rodzinie.
Ciekawa jestem czy dużo i co się zmieniło, bo nadal jest Pan człowiekiem zajętym.

       Co z tego zostało? Nadal uczę i mam klasę śpiewu w UMFC w Warszawie. Jak pani wspomniała fascynuje mnie reżyseria, ale ostatnio robię to rzadko, bo udało mi się w tym roku wyreżyserować tylko „Zamek na Czorsztynie” Karola Kurpińskiego pod opieką artystyczną Ryszarda Karczykowskiego w Centrum Sztuki Mościce w Tarnowie. Bardzo mi było miło w tym pięknym centrum przygotować dzieło Karola Kurpińskiego, polskiego Rossiniego jak go niektórzy nazywają.
        Z żalem muszę powiedzieć, że inne możliwości realizacji moich marzeń, aby być bardziej aktywnym w tej dziedzinie musiałem odłożyć. Szykowałem się do wystawienia „Strasznego dworu” w Pekinie, ale przeszkodziła pandemia, pojawiła się szansa wystawienia tej opery w Chicago Opera House i też się rozmyła przez indolencję polskich urzędników. Czekam na szansę powrotu do aktywności w tej mierze.

Nadal prowadzi Pan ożywioną działalność pedagogiczną.

        Mogę powiedzieć, że ten nurt nadal kwietnie, a szczególnie działalność naukowa. Ostatnio mam dużo doktorantów i sporo czasu spędzam nad powstającymi rozdziałami prac oraz przygotowaniu ich do prezentacji artystycznej. Wróciłem do aktywności z zakresie podróży do Chin, do konserwatoriów chińskich, które są porównywalne z najlepszymi uczelniami na świecie. Kadra w tych uczelniach wykształcona jest w najlepszych akademiach w Europie i Ameryce. Na razie polska wokalistyka z powodzeniem dotrzymuje im kroku.

Dużo młodych ludzi z tamtej części świata chce studiować w Polsce i uczy się języka polskiego.

       W ubiegłym roku zdawała egzamin na studia magisterskie młoda kobieta z Chin i okazało się, że jej nauczycielką jest moja doktorantka, która półtora roku temu uzyskała promocję i często włącza do programów utwory polskich kompozytorów. Moja aktywność w kształceniu studentów jest dosyć duża.

Czy ma Pan teraz więcej czasu dla rodziny?

       Trochę więcej, ale ciągle za mało. Ciągle praca naukowa pochłania za dużo czasu, ale jest lepiej niż było kiedyś, bo czas kiedy byłem dziekanem, czy prorektorem już minął, zakończyłem także współpracę z Teatrem Wielkim – Operą Narodową i nie występuję już na scenie. Mam mniej obowiązków.
       Z uśmiechem stwierdzam, że stale rozrasta się moje „dziadkowanie”. Mam już w sumie dziewiętnastu wnuków. Jeden z nich, na swoje siedemnaste urodziny zorganizował mecz, po którym przez dwa dni musiałem „dochodzić do siebie”, bo grając nieźle się napociłem.

Zawsze jednak może Pan powrócić do koncertowania. Kiedyś mnóstwo energii włożył Pan w propagowanie polskich pieśni.

       Jak teraz mam trochę więcej czasu, próbuję wrócić do pieśni, Mam parę pomysłów. Zobaczymy.

Jest Pan szefem artystycznym Filharmonii im. Romualda Traugutta?

        Nadal jestem szefem artystycznym, ale Filharmonia im. Traugutta ostatnio działa sporadycznie. Wydaliśmy pięcioelementowy „ Zbiór Pieśni Patriotycznych”, gdzie są pieśni z okresu powstań: styczniowego, warszawskiego, listopadowego, insurekcji kościuszkowskiej… Czasami coś się udaje zorganizować, ale nie ma aktualnie klimatu na taką muzykę.

Od lat aktywnie działa Pan w Stowarzyszeniu Polskich Artystów Muzyków.

      Nadal jestem prezesem tego stowarzyszenia i mam sporo obowiązków, bo otoczenie opieką życia artystycznego muzyków jest konieczne. Wyzwań jest sporo.

Ponad pięć lat temu stałam się szczęśliwą posiadaczką tomiku wierszy Pana autorstwa i od czasu do czasu po niego sięgam. Ciekawa jestem, czy nadal Pan pisze?

       Dosyć rzadko, ale nadal zdarza mi się coś stworzyć. Wpadłem także na pomysł, aby ulubione dowcipy, które opowiadam napisać wierszem. To było wiele lat temu. Ułożyłem 10 takich w rymy i okazało się, że jest to jest bardzo zabawne, powstaje inny poziom percepcji i nowe niuanse przy opowiadaniu. Po latach wróciłem do tego pomysłu i napisałem ich więcej. W sumie uzbierało się ponad czterdzieści i z tego urodziła się zabawna książeczka, którą wydałem.
Ostatnio nie miałem czasu, ale kusi mnie, żeby w wolnej chwili usiąść i coś nowego napisać.

Ryszard Cieśla 2025 jury konkursu w pełnym składzieJury X Ogólnopolskiego Konkursu Wokalnego im. Barbary Kostrzwskiej w pełnym składzie - od lewej: mgr. Małgorzata Drzewicka - Dudek -  z-ca dyrektora ZSM nr 1 w Rzeszowie, sekretrz, prof. Katarzyna Oleś-Blacha, sopran koloraturowy, Akadenia Muzyczna im. Krzysztofa Pendereckiego w Krakowie, prof. Ryszard Cieśla baryton, Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina w Warszawie, przewodniczący jury, dr hab. Bernadetta Grabias - mezzosopran, Akademia Muzyczna im. Grażyny i Kiejstuta Bacewiczów w Łodzi, fot. ZSM nr 1 im.Karola Szymanowskiego w Rzeszowie.

Pochodzi Pan z Podkarpacia. Dom rodzinny znajduje się bardzo blisko, bo w Tyczynie. Zarówno Pan, jak i brat Robert Cieśla rzadko występujecie ostatnio w rodzinnych stronach.

       Nadal często bywamy tu prywatnie, bo odwiedzamy naszą mamę. Tato już nie żyje. Zaglądamy także zawsze do rodzinnego domu. Bywamy też u teściowej i u siostry żony, bo także tu mieszkają. Zarówno moja, jak i brata rodzina jest z tymi stronami bardzo związana.

Miałam kiedyś okazję nagrać wywiad z maestro Kazimierzem Pustelakiem, jednym z najwybitniejszych polskich tenorów, który bardzo ciepło wspominał uzdolnionych braci Cieślów i czas kiedy byliście pod jego opieką artystyczną.

       Profesor Kazimierz Pustelak był pierwszym mistrzem, którego sam sobie wybrałem. Miałem trzech pedagogów w czasie studiów. Nie dlatego, że zmieniałem nauczyciela, tylko uczelnia kończyła współpracę i trafiałem do innego. Po trzecim roku okazało się, że uczelnia nie przedłużyła umowy z moim dotychczasowym pedagogiem i trafiłem do innej klasy. Po roku znowu przeniesiono mnie do innej klasy. Znowu nie była to moja decyzja.          Ukończyłem studia w klasie prof. Romana Węgrzyna. Wkrótce już na scenie Teatru Wielkiego spotkałem się z prof. Kazimierzem Pustelakiem, którego znałem jako dziekana Wydziału Wokalnego Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Warszawie. Widząc oraz słysząc elegancję muzykowania oraz kulturę śpiewu, poprosiłem go o współpracę artystyczną. Zgodził się i dzięki temu zdobyłem nagrodę na konkursie.
         Po latach prof. Kazimierz Pustelak zaproponował, żebym został jego asystentem na uczelni i tak zostałem pedagogiem. Czułem się jego wychowankiem, pomimo, że nie studiowałem u niego. Natomiast brat Robert był już jego studentem.

Wiem, że naukę muzyki rozpoczynał Pan w Rzeszowie.

       Tak, uczyłem się grać na skrzypcach. W średniej szkole muzycznej moim pedagogiem był prof. Stefan Ząbek, znakomity skrzypek, koncertmistrz Orkiestry Filharmonii Rzeszowskiej. W trakcie nauki miałem operację, a później dość długą rehabilitację. Wróciłem do szkoły muzycznej kiedy byłem już w trzeciej klasie liceum, a po dwóch latach rozpocząłem studia na Wydziale Wokalnym w PWSM w Warszawie. Skrzypce poszły w kąt, ale zdobyte umiejętności z zakresu kształcenia słuchu, prowadzenia fraz, artykulacji okazały się bezcenne.

Mam nadzieję, że wkrótce będzie okazja do następnego spotkania. Bardzo dziękuję za rozmowę.

       Ja także bardzo dziękuję

Zofia Stopińska

Czuję, że przede mną jeszcze wiele wspaniałych wyzwań

       28 listopada 2025 roku, odbędzie się kolejny koncert abonamentowy w Filharmonii Podkarpackiej im. Artura Malawskiego w Rzeszowie. Na program złożą się: Wariacje symfoniczne op. 78 Antonina Dvořáka, Koncert wiolonczelowy a-moll op. 129 Roberta Schumanna i Symfonia e – moll „Odrodzenie” op.7 Mieczysława Karłowicza. Solistą będzie Tomasz Strahl, jeden z najwybitniejszych polskich wiolonczelistów, rektor Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina. Orkiestra Symfoniczna Filharmonii Podkarpackiej wystąpi pod batutą Jiřiego Petrdlika, zaliczanego do najbardziej uznawanych europejskich dyrygentów swego pokolenia.

Miło mi jeszcze przed koncertem zaprosić na spotkanie z prof. dr hab. Tomaszem Strahlem.
Nigdy nie zapomnę znakomitego wykonania Koncertu h-moll Antoniego Dvořaka przez Pana i Orkiestrę Filharmonii Podkarpackiej pod batutą Jiřiego Petrdlika. To było w 2021 roku.
Tym razem przygotowujecie Koncert wiolonczelowy a-moll op. 129 Roberta Schumanna, jedno z najbardziej lubianych i najczęściej wykonywanych dzieł.

        W literaturze wiolonczelowej stawiam to dzieło najwyżej, obok koncertów Dvořaka i Elgara. Schumann napisał bardzo trudny koncert, wyprzedzający epokę, ponieważ wykorzystał hiper wysoki i bardzo niski rejestr wiolonczeli, czego wówczas nikt nie stosował. Dość długo ten koncert nie mógł być dobrze wykonany. Pierre Fournier, jeden z najsłynniejszych wiolonczelistów francuskich napisał tak: „nie jestem sobie w stanie wyobrazić, w jakich fatalnych warunkach przebiegało pierwsze wykonanie Koncertu a-moll Schumanna. Wiolonczeliści grali bez nóżki, mieli jelitowe struny i dlatego w górnych rejestrach wiolonczele nie brzmiały”. Koncert odkrył dopiero słynny włoski wiolonczelista Alfredo Piatti, twórca słynnych kaprysów, a później grał go z upodobaniem Pablo Casals, słynny kataloński wiolonczelista.
         Koncert a-moll Roberta Schumanna jest dziełem trudnym, ale nigdy się ono soliście nie znudzi, ponieważ treści w nim zawarte są tak głębokie, że można ten koncert grać całe życie i cały czas zgłębiać, co kompozytor chciał przekazać.
Dzieło powstało w październiku 1850-tego roku, w ciągu dwóch tygodni. Miałem możliwość zobaczyć rękopis tego koncertu, bo znajduje się w Uniwersytecie Jagiellońskim. Kiedy Niemcy ewakuowali „Berlinkę” na Dolny Śląsk i zbiory zostały przez polskie władze przejęte po zakończeniu wojny, archiwalia znalazły się w zasobach Biblioteki UJ. W rękopisie dzieła nie ma żadnych skreśleń. Wszystko zapisane zostało „jednym tchem”.
Tak naprawę, po koncertach wiolonczelowych Józefa Haydna, powstał tylko Koncert na fortepian, skrzypce i wiolonczelę C-dur Ludwiga von Beethovena i dopiero Robert Schumann zdecydował się w 1850 roku na skomponowanie Koncertu a-moll. Podobno żaden z wiolonczelistów nie był w stanie zagrać partii solowej i kompozytorowi przegrywał koncert słynny skrzypek Józef Joachim.
Pisał także o trudnościach z wykonaniem tego dzieła w jednej z książek prof. Roman Suchecki, znakomity polski wiolonczelista.
        Jest to wspaniały utwór, a wykonałem go po raz pierwszy mając niecałe 17 lat, po Konkursie Wiolonczelistów im. Dezyderiusza Danczowskiego w Poznaniu (1983). To dzieło nieustannie mi towarzyszy. Uwielbiam Koncert a-moll Roberta Schumanna i bardzo się cieszę , że wykonam go w Rzeszowie.

Pamiętam, że podczas poprzedniego Pana koncertu, który prowadził pan Jiři Petrdlik, rozumieli się panowie doskonale, Czy później była okazja do wspólnych występów?

        Nigdy już wspólnie nie występowaliśmy i będzie to nasze drugie spotkanie, ale rozumiemy się nadal doskonale. Uważam maestro Jiřiego Petrdlika za dyrygenta wielkiej klasy, który reprezentuje czeskie tradycje. Praga była zawsze bardzo ważnym ośrodkiem muzycznym jeszcze w czasach Mozarta. Premiery wielu dzieł Wolfganga Amadeusa odbyły się w Pradze. Dobrze, że polscy muzycy mają możliwość obcowania z czeska tradycją.

Tomasz Strahl wiolonczela fot. z arch. Filharmonii PodkarpackiejTomasz Strahl - wiolonczela, fot. z arch. Filharmonii Podkarpackiej

Odnoszę wrażenie, że cały czas poświęca Pan muzyce – koncertom, pracy pedagogicznej, zarządzaniu Uniwersytetem Muzycznym Fryderyka Chopina… Znajduje Pan czas na systematyczne ćwiczenie i przygotowywanie nowych utworów?

        Żyję w artystycznej dyscyplinie, bo jak człowiek występuje, to musi ćwiczyć. Wstaję rano bardzo wcześnie, często o siódmej już ćwiczę na wiolonczeli i dzięki temu mam czas. Najgorzej jest jeżeli pozwalamy sobie na nieregularne granie. Nie trzeba ćwiczyć pięciu godzin dziennie, nie można sobie powtarzać, że jak dzisiaj i jutro nie pogram, to się nic nie stanie. Otóż stanie się. Znam przypadki spadku formy u wybitnych wykonawców, którzy nie ćwiczyli po kilka kolejnych dni. Zdaję sobie sprawę z odpowiedzialności i codziennie ćwiczę. Są artyści grający świetnie w wieku 20-tu lat. Są też tacy, którzy maja 50 lat i grają świetnie. Ja zaliczam się do tej drugiej generacji. Jestem przekonany, że czym dalej, to będzie lepiej. Ostatniego słowa na wiolonczeli jeszcze nie powiedziałem i to jest to jest mój wewnętrzny nakaz, wiem, że muszę dotrwać do pewnego wieku. Czuję, że przede mną jeszcze wiele wspaniałych wyzwań, które muszę wypełnić, bo nie zrobiłem tego w młodości.
       Teraz realizuję się moje marzenia. W 2024 roku zostałem wybrany na rektora najstarszej i największej uczelni. Ostatnio bardzo często występuję z maestro Antonim Witem, z którym zawsze bardzo chciałem występować. Wiem, że moja gra jest coraz bardziej świadoma i aktualnie gram na wiolonczeli lepiej niż 20 lat temu. To mi daje ogromną motywację do tego, żeby codziennie ćwiczyć. Nie ćwiczę 5 godzin dziennie, ale ćwiczę systematycznie i nie pozwalam sobie na spadek formy. Żyję według przykazań dobrej szkoły mojego mistrza prof. Kazimierza Michalika, która dawała znakomite kompetencje techniczne, luźną technikę prawej i lewej ręki, umiejętności znakomitego kształtowania dźwięku i taka szkoła powoduje, że André Navarra kiedy miał już ponad 70 lat grał znakomicie. Jego artykulację mogą dzisiaj naśladować młodzi wiolonczeliści. Mam motywację i chęć, żeby jeszcze pograć na wiolonczeli co najmniej kilkanaście lat.

Jak często może sobie Pan pozwolić na planowanie koncertów?

       Trwający sezon jest bardzo intensywny. Przez cały wrzesień, październik i listopad nie było tygodnia bez koncertu. W grudniu będzie luźniej. Planuję koncerty z rocznym wyprzedzeniem. Teraz już odcinam kupony mojej wcześniejszej pracy. Nie czekam kiedy zadzwoni telefon, a on dzwoni. Nie zabiegam o koncerty, a one się pojawiają. Staram się do tych koncertów przygotowywać się jak najlepiej i nie biorę wszystkich koncertów oraz kursów. Pewne rzeczy jednak ograniczyłem. W związku z zarządzaniem uczelnią musiałem je ograniczyć. Nie udzielam konsultacji w szkołach. Ograniczyłem kursy mistrzowskie – jadę tylko latem do Łańcuta i zimą do Lusławic. Uważam, że z wiekiem powinniśmy trochę oszczędzać nasze siły. Ja już swoje, jeżeli chodzi o pracę u podstaw zrobiłem. Był taki czas, kiedy jeździłem do wielu miast, do wielu szkół muzycznych jak doktor Judym, aby „zasiać” dobrą technikę. To się udało, bo z tych ośrodków wyszli bardzo zdolni ludzie, ale teraz pole do działania zostawiłem moim młodszym kolegom.

Pochodzi Pan z rodziny o tradycjach muzycznych. Ojciec był bardzo dobrym skrzypkiem i dyrygentem. Słyszałam, że Pan rozpoczynał także jako skrzypek.

        Tato rozpoczynał karierę jako skrzypek, a potem założył Filharmonię w Jeleniej Górze i był bardzo dobrym dyrygentem i dyrektorem. Ja gram na wiolonczeli od 7-mego roku życia, czyli 52 lata. Wcześniej przez rok uczyłem się grać na skrzypcach, ale nie polubiłem tego instrumentu i rodzice postanowili, że spróbuję na wiolonczeli. Był to dobry pomysł, bo szybko robiłem postępy.

Czekamy na rozpoczęcie ostatniego w listopadzie koncertu abonamentowego, który odbywa się jeszcze w roku jubileuszowym Filharmonii Podkarpackiej, ponieważ pierwszy koncert Rzeszowskiej Orkiestry odbył się 29 kwietnia 1955 roku. Bardzo się cieszymy, że pod koniec tego roku wystąpi Pan jako solista, tym bardziej, że dawno Pan w Rzeszowie nie występował.

        Cztery lata nie było w Rzeszowie. To w życiu artysty bardzo długi okres.

Tomasz Strahl i Łukasz Chrzęszczyk fot. lykografia.pl 800Tomasz Strahl - wiolonczela i Łukasz Chrzęszczyk - fortepian podczas koncertu w sali balowej Muzeum-Zamku w ramach Międzynarodowych Kursów Muzycznych w Łańcucie, fot. lykografia.pl

Pamiętam jak prof. Zenon Brzewski po raz pierwszy przedstawiał Pana w roli profesora Kursów, mówiąc, że klasę wiolonczeli poprowadzi Tomaszek Strahl.

        To był wyraz empatii Profesora. Miałem wtedy 25 lat. W ostatniej chwili odmówił przyjazdu zagraniczny wykładowca i prof. Brzewski zaproponował mi zastępstwo. Tak zostało, od tamtej pory co roku jestem w lipcu w Łańcucie.

Nie pamiętam Pana w roli uczestnika łańcuckich kursów.

        Dwukrotnie byłem uczestnikiem tych kursów. Najpierw miałem lekcje z prof. Milošem Sádlo, a za drugim razem u Ivana Monigettiego.

W ostatnich latach często w ramach koncertów w ramach cyklu „Mistrz i uczeń”, zaprasza Pan swoich najzdolniejszych kursantów.

        Robią tak także inni pedagodzy tych Kursów. Młodym artystom potrzebna jest obecnie taka pomoc, bo dzisiaj z promocją, czyli wejściem na rynek muzyczny jest niezwykle trudno. Mamy świetne szkoły muzyczne, ale rynek muzyczny: profesjonalne koncerty, filharmonie, towarzystwa muzyczne, festiwale, jest trochę hermetyczny. Można wygrać kilka konkursów w kraju i nie zostać zauważonym. Naszym obowiązkiem jest dać tym ludziom szanse zaistnieć.

Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina stał się miejscem częstych koncertów w wykonaniu młodych muzyków.

        Wczoraj odbył się koncert dwóch studentów naszego Uniwersytetu. Skrzypek Antoni Figurski i wiolonczelista Artur Mycroft z Orkiestrą Symfoniczną UMFC pod batutą Marcina Nałęcz-Niesiołowskiego, wykonali Koncert podwójny na skrzypce i wiolonczelę a-moll op. 102 Johannesa Brahmsa. Sala wypełniona była publicznością, która entuzjastycznie przyjęła wykonawców. Tak jak obiecywałem nasze sale koncertowe są otwarte dla studentów. Uniwersytet stał się nie tyko szkołą dydaktyczną, ale również filharmonią. Cieszę się , że w zeszłym roku odwiedziło nas ponad 25 tysięcy melomanów. W ostatnim roku doktoraty honoris causa nadane zostały trzem wybitnym muzykom i pedagogom: prof. Antoniemu Witowi, prof. Krzysztofowi Jakowiczowi i prof. Stefanowi Kamasie. Chcemy, aby przyszłe pokolenia studentów wiedziały kim byli, aby mieli świadomość, że wybitnymi studentami i absolwentami tej uczelni byli m.in.: Fryderyk Chopin, Karol Szymanowski, Witold Lutosławski, Grażyna Bacewicz, Ignacy Jan Paderewski, Zygmunt Noskowski, Ludomir Różycki i wielu innych.

Nastał czas, że znakomici pedagodzy UMFC prowadzą także ożywioną działalność koncertową.

        Studenci chętnie garną się do pedagogów, których mogą słuchać na estradach koncertowych. Podkreślę, że połącznie dydaktyki z działalnością koncertową nie jest łatwe, ale jest możliwe. Pomimo niżu demograficznego mieliśmy ostatnio 1075 kandydatów, na niektóre specjalności cztery razy więcej niż mogliśmy przyjąć.

Bardzo dziękuję za rozmowę i mam nadzieję, że nie będziemy na ponowny koncert w naszej Filharmonii czekać zbyt długo. Już dzisiaj możemy zapewnić, że w lipcu tego roku wystąpi Pan z recitalem w Łańcucie.

       Tak, czas bardzo szybko leci, w Łańcucie wystąpię za siedem miesięcy. Bardzo się także cieszę na dzisiejszy wieczór w Filharmonii Podkarpackiej. Serdecznie zapraszam.

Zofia Stopińska

Z Katarzyną Oleś-Blachą nie tylko o Konkursie im. Barbary Kostrzewskiej

       Zapraszam Państwa na spotkanie z prof. dr hab. Katarzyną Oleś Blachą, wybitną polską śpiewaczką obdarowaną przez naturę pięknym sopranem koloraturowym, solistką Opery Krakowskiej, pedagogiem Akademii Muzycznej im. Krzysztofa Pendereckiego w Krakowie.
        Rozmowa zastała zarejestrowana podczas trwania X Ogólnopolskiego Konkursu Wokalnego im. Barbary Kostrzewskiej w Rzeszowie organizowanego przez Fundację Szkolnictwa Muzycznego we współpracy z Zespołem Szkół Muzycznych nr 1 w Rzeszowie i Filharmonią Podkarpacką.

Została Pani zaproszona do udziału w pracach jury Ogólnopolskiego Konkursu Wokalnego im. Barbary Kostrzewskiej nie po raz pierwszy.

        - Po raz trzeci mam zaszczyt zasiadać w jury i jest to dla mnie wielkie wyróżnienie. Z Rzeszowem czuję się mocno zawiązana, bo realizowałam tu mnóstwo projektów artystycznych i mam w planie kolejne.
       Jeżeli zdrowie pozwoli, to niedługo tu wystąpię. Bardzo się z tego cieszę, bo Rzeszów jest niezwykle dynamicznym miastem, które kocha kulturę i sztukę wysoką. Jednym z przejawów tej miłości jest trwający Konkurs Wokalny im. Barbary Kostrzewskiej. To wyjątkowe wydarzenie przeznaczone dla najzdolniejszej młodzieży, która uczy się w szkołach muzycznych II stopnia śpiewu solowego.
        Uważam, że promowanie młodych artystów jest bardzo ważne i zachęcanie ich do pracy. Pamiętam siebie, kiedy byłam młoda i podczas organizowanych wówczas konkursów zawarłam przyjaźnie, które trwają do tej pory. Wprawdzie są to przyjaźnie z pierwszych lat akademickich, bo w szkole muzycznej II stopnia uczyłam się gry na fortepianie. Jako rozpoczynająca naukę śpiewu młoda studentka pamiętam konkursy i kursy wokalne: im. Ady Sari w Nowym Sączu, w Dusznikach Zdroju, słynny konkurs im. Stanisława Moniuszki i inne.
Podczas tych wydarzeń zaprzyjaźniłam się z naszą czołówką śpiewaków solistów.
         Spotykając się teraz często z nimi przy okazji różnych występów, może nie pamiętamy dokładnie ówczesnych zmagań konkursowych, ale pamiętamy spotkania towarzyszące podczas których się poznaliśmy. Poznałam wtedy i zaprzyjaźniłam się m.in. z: Arturem Rucińskim, Rafałem Siwkiem… Ostatnio rozmawiałam z moim znakomitym kolegą Adamem Zdunikowskim, który jest jednym z organizatorów Konkursu im. Bogdana Paprockiego w Bydgoszczy i powiedział, że to nie jest bez znaczenia, w jaki sposób zrobi się harmonogram prób. Zdarzyło się mu, że konkurs zeswatał pewną parę, która miała wspólną salę do rozśpiewywania się i od lat są parą na całe życie. To bardzo miły przykład obrazujący sens i istotę zmagań wokalnych.
Powiem jeszcze, że to była dekada złotych głosów, ale kolejne dekady przynoszą kolejne złote głosy.
          Cudownie, że na początku swoich wokalnych zmagań, młodzi ludzie mogą spotkać się w pięknym Rzeszowie, w pięknej szkole i równie pięknej filharmonii, które mają sale kameralne ze świetną akustyką, a młodzież może w tych znakomitych warunkach zaprezentować swój kunszt.
Być może w przypadku młodych osób, które uczestniczą w Kursach im Barbary Kostrzewskiej w Rzeszowie, zawarte tu znajomości będą kontynuowane podczas dalszych lat nauki i później podczas wykonywania zawodu artysty, czego im z całego serce życzę.

W pierwszym etapie konkursu wystąpili wszyscy uczestnicy, ale do drugiego wybrali Państwo tylko niektórych.

         - Bardzo żałujemy, że nie mogliśmy promować wszystkich do drugiego etapu, bo z pewnością byłyby to interesujące prezentacje.
Chcę także mocno podkreślić, że w tym roku nie tylko w mojej ocenie, ale również znakomitych kolegów jurorów, poziom był bardzo wyrównany.         Świetne głosy, pięknie przygotowane i prowadzone, stąd pewnie ponad połowa uczestników czuła wielkie rozczarowanie. Niestety, taki jest mankament konkursów, że w pewnym momencie dla części uczestników konkurencja się kończy, ale to nie jest żaden koniec. Zawsze powtarzam swoim uczniom, którzy chcą uczestniczyć w konkursach: „… przygotowujmy się do konkursu, bo to jest zawsze skok w rozwoju, który nas mobilizuje i towarzyszy mu trema. Napięcie wliczone w przygotowanie do zawodu. Jest okazja do posłuchania występów innych osób, poznania kolegów, pedagogów, jurorów. To wszystko jest bezcenne. Możesz jechać, ale nie możesz zakładać, że musisz zdobyć laury, czy być w finale. Przecież to nie o to chodzi. Możesz mieć gorszy dzień, może inni zaprezentują się korzystniej”.
        My ze swojej strony dokładamy wszelkich starań, żeby jak najlepiej, jak najsprawiedliwiej wszystkich ocenić. Chętnie nagrodzilibyśmy jak najwięcej osób, ale musimy przestrzegać regulaminu konkursu. Jak na pewnym etapie konkurs się kończy, nie można traktować tego jako porażki. Jesteśmy zwycięzcami jeżeli przyjeżdżamy na konkurs przygotowani. 

Katarzyna Oleś Blacha 2025 jury konkursu w pełnym składzieJury Ogólnopolskiego Konkursu Wokalnego im. Barbary Kostrzewskiej podczas I etapu przesłuchań - od lewej: Małgorzata Drzewicka-Dudek - z-ca dyrektora ZSM nr 1 w Rzeszowie, sekretarz jury, prof Katarzyna Oleś-Blacha - sopran koloraturowy, członek jury, prof. Ryszard Cieśla - baryton, przewodniczący jury, dr. hab. Bernadetta Grabias - mezzosopran, członek jury, fot. ZSM nr 1 w Rzeszowie

Konkurs Wokalny im. Barbary Kostrzewskiej w Rzeszowie, dla wielu uczestników jest być może pierwszym konkursem, ale trzeba podkreślić, że wcale nie jest łatwy, bo w pierwszym etapie wszyscy muszą wykonać pieśń polską i arię starowłoską, a w drugim arię barokową lub klasyczną, pieśń romantyczną i utwór dowolny.

         - Drugi etap jest rozbudowany i zróżnicowany, bo ma pokazać wszechstronne przygotowanie młodego adepta sztuki wokalnej.
Aria klasyczna, barokowa, czy starowłoska i pieśń polska to znakomity sprawdzian najwyższych kompetencji. Świetnym pomysłem jest także to, że w drugim etapie jest utwór dowolny, w którym uczestnik może wykonać swój ulubione utwór, wartościowy pod względem artystycznym. Chcę podkreślić, że utwory zostały wybrane przez pedagogów bardzo dobrze, z wielkim znawstwem.
        W tej edycji konkursu występowali bardzo młodzi uczestnicy, niektórzy mieli zaledwie 15 lat, a także nieco bardziej dojrzali, nawet o 10 lat starsi. Dla jurorów to dodatkowa trudność w dokonaniu obiektywnych ocen. Trzeba było znaleźć osobę, która na ten moment posiada najszerszy ogół kompetencji, której głos jest najlepiej wykształcony i najlepiej się zaprezentowała.
Chcę wyraźnie zaakcentować, że występująca w tym konkursie młodzież wokalna, dysponuje pięknymi ciekawymi głosami i to bogactwo jest naszym wielkim narodowym skarbem.

Wysoko oceniła Pani umiejętności pedagogów wszystkich uczestników. Nie wszyscy czytelnicy wiedzą, że z każdym adeptem sztuki wokalnej trzeba pracować inaczej, nie ma jednej metody na prowadzenie głosu.

       - Dokładnie tak jest. Mój nieżyjący już prof. Wojciech Jan Śmietana, wieloletni kierownik Katedry Wokalistyki w Akademii Muzycznej w Krakowie, zwykł mawiać „…ile krtani tyle metod” i wiele w tym było prawdy. Spełnianie roli pedagoga śpiewu, tak naprawdę polega na ciągłym uczeniu się tego trudnego zawodu przez całe życie. Jak była młodym pedagogiem, a uczę już prawie 25 lat, czułam wielki respekt przed uczeniem, bo wiedziałam, że jest to bardzo trudne. Doświadczenie wynika z obcowania z dużą ilością młodzieży. Teraz już z większym spokojem przyglądam się tym procesom. Jeżeli w danym momencie znajdziemy dobre rozwiązanie (opanujemy z uczniem jakiś trik), to nie oznacza, że to jest na stałe, bo w miarę upływu czasu głos się rozwija i zmienia.
        W zawodzie artysty muzyka, kogoś kogo nazywa się mistrzem, największa satysfakcja płynie z faktu, że osoba, która trafiła do nas jako niemowlę wokalne, staje na scenie i jest fantastycznym artystą, z osobowością, z wizją, z prawdą przekazu i dysponuje znakomitym warsztatem oraz ma jeszcze „iskrę bożą”.
        Muszę powiedzieć, że najpiękniejsze chwile mojej kariery zawodowej, to nie były największe sceny, najważniejsze sale koncertowe, w których miałam zaszczyt wystąpić. To były momenty, kiedy mogłam kreować partie wokalne, w tym operowe, mając u boku swych wychowanków. To był najbardziej wzruszający czas i nawet jak wspominam go mówiąc, to jestem wzruszona.
         Przypominam sobie taki moment, jak w „Cosi van tutte” Mozarta, mój amant (tenor), był moim absolwentem, moje siostry sceniczne Dorabella i Despina również. Zorientowałam się, że otaczają mnie fantastyczni moi wychowankowie, którzy są obecnie moimi przyjaciółmi.
Nawet mój mąż powiedział ze wzruszeniem „…no Kasiu, dzisiaj mieliście większość na scenie”.
To dla mnie największa nagroda, którą otrzymałam za lata pracy na scenie i jako pedagog śpiewu.

Najlepiej, aby pedagoga śpiewu łączyły z uczniem czy studentem bardzo bliskie relacje polegające na wzajemnym zaufaniu i akceptacji.

        - Śpiewając wyrażamy najbardziej intymne uczucia, bez zaufania i bez uczucia, którego nie boję się nazwać miłością, bo to jest rodzaj pięknej artystycznej miłości, bez wzajemnego przywiązania i uczciwości trudno byłoby osiągnąć postępy i sukcesy w nauce. Dotyczy to również mnie, bo uważam, że nie śpiewałabym pięknie bez moich uczniów.
Namawiając mnie do podjęcia pracy pedagogicznej mój Profesor powiedział – Zachęcam cię do zawodu nauczyciela, bo dzięki temu przez cały czas będziesz także pracować nad swoim warsztatem rozwiązując różne problemy, a to pomoże ci coraz lepiej śpiewać.
To była prawda.
        Największą sztuką jest, wydobycie maksimum możliwości z młodego człowieka, który zostaje naszym uczniem i jego prawdziwego głosu, nie udawanego, nie naśladowczego, żeby ten młody człowiek śpiewał swoim głosem. Tak mówią najwięksi pedagodzy i ja także mówię to każdemu nowemu uczniowi: Nikt cię nie nauczy śpiewu, ani ja, ani największe gwiazdy występujące na scenach. To ty, to pan, to pani nauczy się śpiewać. Proszę, miej do mnie zaufanie, ale musisz się wsłuchać w swoje ciało, w swoje serce, w swój umysł… Tylko ty jesteś w stanie ćwicząc wykształcić swój głos. Ja zrobię wszystko co jest w mojej mocy, żeby ci w tym pomóc.
Uważam, że na tym polega istota dobrej nauki śpiewu, żeby ten proces wspomagać, kierować nim, ale pozwolić każdemu głosowi osiągnąć swoje indywidualne piękno i jego indywidualność pomóc wykształcić. 

Katarzyna Oleś Blacha 2025 jury konkursu podczas koncertu laureatówjpgKoncert Laureatów X Ogólnopolskiego Konkursu Muzyki wokalnej im. Barbary Kostrzewskiej w Rzeszowie, od lewej: Marta Dybka-Tyczyńska - prezes Fundacji Szkolnictwa Muzycznego, z-ca dyrektora ZSM nr 1 im. Karola Szymanowskiego w Rzeszowie, Krystyna Stachowska - zastępca Prezydenta Miasta Rzeszowa. dr hab. Bernadetta Grabias - mezzosopran, członek jury. prof. Katarzyna Oleś-Blacha - sopran koloraturowy, członek jury, prof. Ryszard Cieśla - baryton, przewodniczący jury, fot. ZSM nr 1 w Rzeszowie

Urodziła się Pani w miejscu, skąd pochodzi wielu słynnych muzyków, ale znalazła Pani miejsce na ziemi w Krakowie.

        - Jestem z pochodzenia Ślązaczką i czuję się Ślązaczką, ale będąc młodą dziewczyną moje serce i mój głos wybrały Kraków. Z tym miastem jestem związana od 18. roku życia, czyli większość życia mieszkam i pracuję w Krakowie.
To miasto chętnie się do mnie przyznaje i z wzajemnością. Otrzymałam różnego rodzaju nagrody i wyróżnienia, moje fotografie zamieszczane są w pamiątkowych albumach jako krakowskiej divy operowej. Powodem do dumy jest fakt, kiedy wielu krakowian interesujących się operą jest zdziwionych kiedy dowiadują , że nie urodziłam się w Krakowie.
         Nigdy nie ukrywałam moich związków z Rybnikiem, w którym urodzili się: Lidia Grychtołówna, Piotr Paleczny, Adam Makowicz, Sławomir Chrzanowski czy Henryk Mikołaj Górecki. Jeśli kogoś z kochanych rybniczan pominęłam to proszę mi wybaczyć, bo wszystkich bardzo kocham. Jest to ziemia, która wydała na świat mnóstwo utalentowanych osób i jestem z tego dumna. Korzenie muzykalności, uczciwości, pracowitości to jest nasz herb.
        Z drugiej strony, jestem szczęśliwa że mieszkam w Krakowie, jestem bardzo związana z krakowską alma mater i od 2001 roku pracuje tam nieprzerwanie.
Mój dom jest w Akademii Muzycznej im. Krzysztofa Pendereckiego i w Operze Krakowskiej, na której bardzo mi zależy, bo przez lata budowaliśmy jej prestiż i dobre imię i to jest mi bardzo drogie.
        Cechą Krakowa jest, że oprócz fantastycznej sztuki, cudownej historii i całej plejady znakomitych artystów jest to wielokulturowe, barwne miasto. To jest siła Krakowa. To miasto „wypluwa” kolejne wielkie talenty dzięki temu, że możemy się tam spotykać i przekuwać je w działa artystyczne. Na przykład jednym z takich moich miejsc, w którym często jestem jako artystka, staram się je wzbogacać swoim śpiewem i czerpię tam także swoje siły, ładuję akumulatory, jest bazylika św. Michała Archanioła i św. Stanisława Biskupa na Skałce. W Panteonie Zasłużonych również wybitni artyści znaleźli miejsce swojego pochówku. 3 listopada w tej krypcie mieliśmy niezwykły, pełen refleksji koncert.
Czuję się ambasadorką tego miejsca, bo tam religia i sztuka wysoka są silnie związane. Obcowanie z tak niezwykłym miejscem jest dla artystów bardzo ważne.

Pani życie jest bardzo ciekawe. Wczoraj i dzisiaj ocenia Pani w Rzeszowie umiejętności bardzo młodych śpiewaków rozpoczynających muzyczną drogę, kalendarz ma Pani wypełniony różnymi koncertami. Nawet w ciągu tygodnia wykonuje Pani różnorodny repertuar. Zawsze trzeba być w doskonałej formie. Za to Panią podziwiam. Cieszę się, że niedługo będziemy mieć zaszczyt oklaskiwać Panią w Filharmonii Podkarpackiej.

        - To ja będę miała zaszczyt wystąpić przed fantastyczną publicznością rzeszowską, którą bardzo kocham i cenię za obeznanie w sztukach muzycznych. Rzeszowska publiczność zawsze docenia dobre wykonania i potrafi nagradzać gromkimi brawami także trudne utwory.
        Z wielką przyjemnością tu przyjeżdżam. Tym razem zapraszam na koncert specjalny. W andrzejki odbędzie się koncert, który pięknie się wpisuje w ostatni rzut zabaw przed adwentem, a także obchodzimy 200. rocznicę urodzin Johanna Straussa. Dlatego spotykamy się z fantastycznym zespołem Arso Ensemble po raz kolejny, aby zaprezentować publiczności jakże lubianą muzykę Johanna Straussa.
Arso Ensemble wystąpi w składzie: Robert Naściszewski – skrzypce. Orest Telwach – skrzypce, Urszula Ostrouch – altówka, Anna Naściszewska – wiolonczela, Sławomir Ujek – kontrabas. Ja wystąpię nie tylko w charakterze śpiewaczki, ale również pozwolę sobie parę słów do publiczności powiedzieć.
         Wykonamy utwory obu Straussów – ojca i syna, ale będą także dzieła prekursora walca Josepha Lannera.
Zachęcam do udziału w tym koncercie, bo program jest ciekawy i różnorodny. Nie ma lepszego sposobu na świętowanie urodzin kompozytora od prezentowania jego muzyki w tak szerokiej perspektywie przed publicznością, która kocha takie kameralne składy. W Rzeszowie wpływy kultury Wiednia były zawsze bardzo silne.
        Bez względu na aurę, zapraszamy 30 listopada o 17.00 do sali kameralnej Filharmonii Podkarpackiej. Będzie bardzo ciepło, słonecznie, łącznie z powiewami wiosny i odgłosami Wiednia.

Zofia Stopińska

 

Subskrybuj to źródło RSS