wywiady

Centrum Paderewskiego w Kąśnej Dolnej zaprasza

Zofia Stopińska : Zapraszam Państwa dzisiaj do niezwykłego miejsca, które wprawdzie znajduje się poza granicami województwa podkarpackiego, ale urzeka swoim pięknem i muzyką, która rozbrzmiewa tam często. To dwór i otaczający go park w Kąśnej Dolnej – część posiadłości Ignacego Jana Paderewskiego. Wielki Polak, pianista i kompozytor mieszkał tu przez kilka lat na przełomie XIX i XX wieku. Dzisiaj mieści się tam Centrum Paderewskiego w Kąśnej Dolnej – najprężniej działająca instytucja kultury w regionie tarnowskim. Jest to znany w całej Polsce, a także poza granicami kraju ośrodek koncertowy oraz miejsce pamięci I. J. Paderewskiego. O działalności Centrum Paderewskiego w Kąśnej Dolnej rozmawiam z dyrektorem panem Łukaszem Gajem.                          

Łukasz Gaj: Od półtora roku jestem dyrektorem Centrum Paderewskiego w Kąśnej Dolnej. To jedyna zachowana posiadłość Mistrza Paderewskiego na świecie.

Z. S. : Zanim weszłam do dworu, przechodziłam przez park, który go otacza i zauważyłam, że ten park jest o wiele większy niż kilkanaście lat temu. Wiele się zmieniło w otoczeniu dworu.

Ł. G. : Kiedy rozpoczynałem tutaj pracę, jednym z głównych moich założeń było, aby infrastruktura wokół dworu była jak najbardziej przyjazna dla melomanów i turystów, którzy tutaj przyjeżdżają. Dwór i otoczenie zapełniają się gośćmi, kiedy odbywają się tutaj koncerty, ale chciałbym, aby to miejsce żyło również pomiędzy koncertami, żeby można było tutaj przyjechać odpocząć, poczytać książkę, posłuchać śpiewu ptaków, delektować się ciszą i niepowtarzalną atmosferą, która tutaj panuje. Ducha Paderewskiego czuje się w tym miejscu. Aby ono żyło na co dzień, potrzebna jest budowa infrastruktury. Potrzebne są alejki, ławeczki, różne altany na terenie parku. Staram się moje zamierzenia realizować.                                                                                                                               Centrum Paderewskiego znajduje się na terenie Gminy Ciężkowice, ale naszym organizatorem jest Starostwo Powiatowe w Tarnowie. Wszystko jest na dobrej drodze, aby nasze Centrum było współprowadzone przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Ministerstwo zwróciło uwagę na Centrum Paderewskiego i weźmie je pod swoją opiekę. Odczytuję to jako wyraz troski Ministerstwa o to miejsce, ale także to wielki sukces Centrum Paderewskiego i Starostwa Powiatowego, że udało nam się pozyskać Ministerstwo do współprowadzenia.

Z. S. : Duch Ignacego Jana Paderewskiego czuwa nad tym miejscem. Coraz piękniejsze jest otoczenie dworu, robicie także wszystko, aby jego wnętrze przypominało czasy, kiedy Mistrz tutaj przebywał.

Ł. G. : Trzy pomieszczenia przeznaczyliśmy na muzeum po Ignacym Janie Paderewskim. Znajdują się tam różne meble z epoki i przedmioty, które niezbędne były do pracy, wypoczynku i podróży. Na ścianach jest dużo fotografii, a także listów i dokumentów pisanych lub podpisanych przez Mistrza. Są także przedmioty, które należały do Ignacego Jana Paderewskiego.  Największym skarbem, który tutaj posiadamy jest fortepian, który Paderewski zakupił specjalnie do dworu w Kąśnej, ćwiczył na nim, grał i przy nim komponował.

Z. S. : Ten instrument nie służy już do celów koncertowych i jest tylko eksponatem.

Ł. G. : Tak, ale mam w planie i zrobię wszystko, aby na 2018 rok, w którym przypada 100. Rocznica odzyskania niepodległości przez Polskę, doprowadzić instrument do takiego stanu, aby nagrać na nim płytę z utworami Ignacego Jana Paderewskiego. Mam nadzieję, że uda mi się to zrealizować.                    Mamy jeszcze kilka eksponatów, które należały do Ignacego Jana Paderewskiego. Jest ostrzałka do ołówków, której używał. Jest coś w rodzaju kserokopiarki, a służyło do kopiowania nut – to bardzo nowoczesne w pod koniec XIX wieku urządzenie, także należało do Mistrza  Paderewskiego. Najlepszą pamiątką po Ignacym Paderewskim jest dwór i otaczający go park z aleją lipową oraz staw. Po zakupie majątku i przyjeździe do Kąśnej Dolnej – Mistrz wprowadził tutaj wiele innowacji : elektryczność, kanalizację, centralne ogrzewanie – to wszystko znalazło się w tym regionie dzięki Paderewskiemu.

Z. S. : Kiedy Ignacy Jan Paderewski w latach 1897 – 1903 mieszkał w Kąśnej Dolnej, gdy tylko był w domu, z pewnością codziennie w salonie dworu rozbrzmiewała muzyka. Na dobre, muzyka powróciła do dworu dopiero w ostatnim dziesięcioleciu XX wieku.

Ł. G. : Regularne koncerty zaczęły się odbywać w 1996 roku, kiedy to legendarna dyrektor śp. Anna Knapik, wraz z wybitnym skrzypkiem Vadimem Brodskim zainicjowali Festiwal „Bravo Maestro”. To był przełomowy czas dla Centrum Paderewskiego, bo środowisko muzyczne zwróciło wówczas szczególną uwagę na to miejsce. Tak jest do tej pory – Festiwal „Bravo Maestro”, czy „Mistrzowskie wieczory”, które są organizowane w Kąśnej, przykuwają uwagę środowiska muzycznego z całej Polski, przez to, że gromadzą wybitnych wykonawców muzyki klasycznej i jest to bardzo ważne, że zawsze bardzo chętnie przyjmują zaproszenia i możemy tu gościć wielkie gwiazdy muzyki klasycznej.  Formuła Festiwalu „Bravo Maestro” była od samego początku dwuletnia – na przemian z „Mistrzowskimi wieczorami”. Co roku natomiast odbywa się Festiwal „Tydzień talentów”.

Z. S. : Wymienione imprezy są kilkudniowe, ale w pozostałych miesiącach także odbywają się tu koncerty.

Ł. G. : Mamy także całoroczny cykl „Koncerty u Paderewskiego”, który zaczynamy przeważnie w marcu, a kończymy 11 listopada – zawsze w rocznicę odzyskania niepodległości przez Polskę.  W każdym miesiącu organizujemy jeden koncert – 26 marca w Kościele pw. Świętego Ducha w Żabnie, odbędzie się Koncert Pasyjny, podczas którego zostanie wykonane „Stabat Mater” Giovanniego Battisty Pergolesiego. Stwierdziliśmy, że to wspaniałe dzieło najlepiej zabrzmi we wnętrzu świątyni. Już od kwietnia zapraszamy do Centrum Paderewskiego - do Letniej Sali Koncertowej, dobrze znanej melomanom. Koncerty będą bardzo różnorodne i interesujące. W najbliższym czasie poinformujemy  Państwa o szczegółach.  Oprócz tego współpracujemy z wieloma szkołami muzycznymi, które organizują sobie tutaj różne warsztaty i recitale, koncerty dyplomowe, koncerty pedagogów – dlatego w Centrum Paderewskiego coś się dzieje.

Z. S. : Ponieważ jest Pan śpiewakiem, pewnie częściej niż przed laty, odbywają się w Kąśnej Dolnej koncerty muzyki wokalnej, które gromadzą zwykle większą publiczność niż formy instrumentalne.

Ł. G. : To jest oczywiste, że muzyka wokalna jest najbliższa mojemu sercu i rzeczywiście do tej pory było tak, że w Centrum Paderewskiego mało było koncertów wokalnych. Staram się też trzymać proporcje i planuję dwa lub trzy koncerty wokalne, w tym cyklu rocznym, bo melomani tego oczekują i te koncerty są przyjmowane bardzo ciepło.

Z. S. : Większość koncertów odbywa się w pomieszczeniach dworu.

Ł. G. : Tutaj odbywają się recitale i koncerty kameralne, natomiast duże koncerty odbywają się w letniej Sali Koncertowej. Jest to stodoła zaadoptowana na salę koncertową. Jest to sala na 350 osób i wszystkie duże koncerty, nawet symfoniczne odbywają się w tej letniej Sali koncertowej. W ubiegłym roku mieliśmy w tej sali koncert Orkiestry Filharmonii Zabrzańskiej.

Z. S. : Część pomieszczeń dworu zostało przeznaczonych na biura Centrum Paderewskiego. Dzięki temu można go codziennie zwiedzać.

Ł. G. : Rzeczywiście biura są w Centrum Paderewskiego, tutaj zawsze można przyjść, zwiedzić, zawsze jest otwarte, a w niedziele wstęp jest wolny – także zachęcam, szczególnie wiosną, kiedy jest piękna pogoda i wszystko w parku budzi się do życia.                                                     

Zapraszam serdecznie do śledzenia naszej strony internetowej i profilu na facebooku, bo w tej chwili, to jest najszybsze źródło informacji. Prowadzimy go na bieżąco i zamieszczamy wszystkie informacje dotyczące Centrum Paderewskiego w Kąśnej Dolnej i jego działalności.

Z Łukaszem Gajem rozmawiała Zofia Stopińska 21 marca 2017 roku.

Pamięci Maestro Jana Kusiewicza

 Maestro Jana Kusiewicza wspomina syn prof. Piotr Kusiewicz

Zofia Stopińska : W ramach VI Dni Muzyki Fortepianowej im. Marii Turzańskiej w Jarosławiu, mamy wieczór poświęcony pamięci jednego z najwybitniejszych tenorów XX wieku - Jana Kusiewicza w 95. rocznicę urodzin. Pana Ojciec przeszedł do historii polskiej wokalistyki jako „Maestro wysokiego c”. Na Podkarpaciu, a szczególnie w Jarosławiu i okolicy Jego życiorys i działalność powinny być znane, bo przecież urodził się niedaleko stąd.

Piotr Kusiewicz : Dlatego zostałem tutaj zaproszony. Te strony zawsze były bliskie mojemu Ojcu i podkreślał to w wielu wywiadach, których często udzielał. Ze szczególnym sentymentem przywoływałw pamięci pani wizytę w Gdańsku i rozmowę nagraną dla Radia Rzeszów. Zawsze się ożywiał, kiedy była mowa o Rzeszowie, a szczególnie gdy wspominało się Jarosław. Jestem bardzo szczęśliwy, a jednocześnie czuję się zaszczycony, że na tak ważnym festiwalu jak „Dni Muzyki Fortepianowej im. Marii Turzańskiej”, jeden  z wieczorów został poświęcony pamięci mojego Ojca. Niedługo będą dwa lata, jak odszedł, w wieku prawie 94. lat. Do końca Jego myśli zawsze wędrowały w okolice Jarosławia, czyli do Rzeplina – małej wioseczki, której parafia jest w Pruchniku. Od dziecka miałem zakodowane dwie miejscowości – Rzeplin i Jarosław. Większość ludzi rozmawiających z Ojcem, nie uświadamiała sobie, gdzie ten Rzeplin jest, a nawet często zniekształcano nazwę i mówiono Rzepin. Ojciec reagował natychmiast – „… nie, nie, nie, to żaden Rzepin, to jest Rzeplin, piękna wioska koło Jarosławia, w przedwojennym województwie lwowskim”. Przecież to wszystko zupełnie inaczej wtedy wyglądało. Ojciec z rodziną wyjechał z Rzeplina jak miał 2 latka, to był rok 1923. Wyjechali do Torunia, ponieważ tam była możliwość osiedlenia się i pracy. Pomimo, że był małym dzieckiem, to jednak zapamiętał pewne obrazy z Rzeplina, o których często mówił. Pamiętał rzekę, wielkie drzewa, najbliższe domy i osoby, które się nim zajmowały. Wrócił do Rzeplina jak miał 77 lat. Miałem wówczas koncert w Filharmonii Rzeszowskiej, śpiewałem w „Stworzeniu Świata” – Haydna. Zaproponowałem  rodzicom, aby wybrali się ze mną do Rzeszowa. Nie trzeba ich było długo namawiać, ponieważ moja Mama jak usłyszała, że gdzieś jedziemy, to już była spakowana i gotowa do wyjścia. Tato specjalnie nie lubił dalekich podróży, ale  jak usłyszał, że jedziemy w jego rodzinne strony, zgodził się natychmiast. W Rzeszowie spotkaliśmy się z nieodżałowanej pamięci prof. Anną Budzińską, która przysłała nam na studia do Gdańska, wspaniałego Pawła Skałubę. Paweł był z nami przez cały czas pobytu w Rzeszowie. Dysponował on samochodem i podróżowaliśmy po tych pięknych rejonach. Pojechaliśmy oczywiście do Rzeplina i ojciec chodząc po miejscach, które pamiętał z dzieciństwa – mówił : „… mój Boże, to jest strumyczek, a kiedyś wydawało mi się, że to jest wielka rzeka. Te wszystkie przestrzenie są takie malutkie, a zapisały mi się w pamięci, jako ogromne, baśniowe…”. Byliśmy również w Pruchniku. Odwiedziliśmy tam proboszcza księdza kanonika Kazimierza Trelkę.  Weszliśmy do kościoła, stanęliśmy przy chrzcielnicy, gdzie Ojciec przed laty był chrzczony i zaśpiewaliśmy „Ave Maria” – Donizettiego w tercecie – Tato z Pawłem śpiewali partię tenorową, a Ja „robiłem” za podwójnego barytona. Ta wizyta w Rzeplinie bardzo poruszyła mojego Ojca. Chociaż mieszkał tam krótko, ale zawsze powracał myślami do tego okresu. Związany był też bardzo z Toruniem, ponieważ rodzina zamieszkała w tym mieście na stałe. Tam chodził do szkoły, tam zaczął śpiewać w chórze w Katedrze Świętych Janów. Tam też zastała ich wojna i stamtąd został zabrany do obozu koncentracyjnego w Stutthofie. Po wojnie wrócił do Torunia, gdzie pracował w Urzędzie Miejskim – śmiał się, że był „dygnitarzem miejskim”, ale jednocześnie chodził do szkoły muzycznej. Od 1950 roku, zaczęła się jego droga związana z Gdańskiem w którym mieszkał do końca życia.

Z. S. : W wywiadzie, który miałam zaszczyt i przyjemność z panem Janem Kusiewiczem przeprowadzić przed laty - wielki tenor powiedział skromnie, że głos dała mu Bozia. Tutaj należy podkreślić, że nawet najsławniejsi tenorzy, nie mieli na zawołanie „wysokiego c” i nie potrafili z taką lekkością śpiewać o każdej porze dnia i nocy.

P. K. : Ja myślę, że to był dar, który otrzymał właśnie od Boga. Był osobą wierzącą, ale nie starał się, aby wszyscy go w kościele widzieli. Skromniutko i cichutko zawsze siadał na chórze, gdzie nikt go nie rozpraszał. Nikt nie wiedział, że Kusiewicz śpiewa też w kościele.

Z. S. : Wspaniały głos uratował panu Janowi życie w obozie koncentracyjnym.

P. K. : Ojciec wiele razy opowiadał, że w obozie kazali im różne piosenki śpiewać jak szli do pracy, albo po apelach. Kiedyś śpiewali ludową piosenkę „ Wyganiała Kasia wółki”. Sami mężczyźni, a więc śpiewali dość nisko. Ponieważ dla Ojca to było stanowczo za nisko, śpiewał oktawę wyżej. Usłyszał to oczywiście sztubowy i kazał mu odejść na bok. Powiedział mu: „…dam ci dodatkową porcję jedzenia, abyś miał siłę do śpiewania”. Sztubowy był Kaszubem z pochodzenia. Myślę o tym często, bo przecież to były czasy, kiedy ludzie byli zmuszani do robienia różnych rzeczy. My tych czasów nie rozumiemy i osądzamy tych ludzi, a ja jestem wdzięczny temu człowiekowi, że dzięki niemu Ojciec miał jedną pajdę chleba, czy trochę brukwi więcej i jakoś przetrwał do końca wojny.                                                                                                                                                                                                                                             Inne zdarzenie miało miejsce przy egzekucji. Wieszano więźniów, a chwilę wcześniej jeden z „opiekunów” powiedział do Ojca : „Teraz im coś zaśpiewaj – najlepiej jakieś tango”.  Ojciec popatrzył na tych zmasakrowanych ludzi i zaśpiewał arię kościelną „Pieta Signore”, która przez całe lata była przypisywana Alessandro Stradelli. Skomponował ją faktycznie Louis Niedermeyer, a opera z której ta aria pochodzi była zatytułowana „Stradella”. Nie chodzi jednak o to. Kiedy ojciec skończył, padło pytanie: „Takiego tanga to jeszcze nie słyszałem – o czym ty śpiewałeś?” Ojciec powiedział zgodnie z prawdą – „Panie, zlituj się nad tymi ludźmi i okaż im łaskę”. Nie wiadomo, czy piękny śpiew, czy utwór sprawiły, że nie otrzymał żadnej kary.Ojciec był w obozie do ostatniej chwili jego istnienia. Kiedy obóz likwidowano, tysiące więźniów pędzono w kierunku Wejherowa. Kiedy znaleźli się w tamtejszym więzieniu, wnocy zauważono jakieś przewinienie i pomimo, że ktoś się przyznał i został zastrzelony. Wiadomo było, że na tym się nie skończy.  Wszystkim kazano stanąć pod murem. Był środek nocy, więźniów oświetlono reflektorami, a Ojciec stał w pierwszym rzędzie. Pomyślał wtedy: „Mój Boże, niewiele lat przeżyłem (miał niecałe 24 lata), a trzeba się pożegnać z życiem”. Lufy karabinów były wymierzone w więźniów i czekano na komendę. W tym momencie na kilka sekund zgasło światło – zrobiło się ciemno. Wiedziony jakimś instynktem samozachowawczym Ojciec, padł natychmiast na ziemię i za sekundę poleciały salwy – ciała innych znalazły się na nim. Zazwyczaj, po takich egzekucjach sprawdzano, czy ktoś żyje i dobijano żywych. Ponieważ Rosjanie byli blisko, Niemcy tym razem nie mieli na to czasu. Kiedy nastała cisza, Ojciec po jakimś czasie wygrzebał się i poszedł do najbliższej wioski.Miał darowane życie. Nigdy nie sądził, że będzie długo żył.  W obozie robiono na nim ćwiczenia pseudo – medyczne  - z klatki piersiowej wyrwano mu jakiś nerw. Skutek tego był taki, że zrobiły mu się zrosty na lewym płucu. Podczas badań lekarskich, po prześwietleniu, te zrosty były widoczne i zwykle stawiano diagnozę, że ma gruźlicę. To była jednak tylko część obumarłego płuca. Pomimo to śpiewał tak długo i zadziwiał siłą swojego głosu. Zaraz po wojnie mówił, że pożyje góra dwadzieścia lat,  dożył 94. , a odszedł  w spokoju – w Niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego o godzinie 4.30 we śnie. Kiedy lekarz – prof. Leszek Bieniaszewski stwierdził zgon – powiedziałem : panie profesorze, cieszę się, że Ojciec radosne Alleluja zaśpiewa Panu Zmartwychwstałemu. Uważam bowiem za wielki dar, że w tym dniu mógł odejść z tego świata.

Z. S. : Powiedzmy teraz o związkach pana Jana Kusiewicza z Operą Bałtycką, bo był jednym z pierwszych śpiewaków tej Opery.  

P. K. :  Ojciec i Jerzy Szymański - znakomity gdański bas, pochodzący z Torunia i późniejszy mój profesor – pojechali na konkursowe przesłuchania do Bydgoszczy i tam zostali zauważeni. Otrzymali propozycję pracy w nowo utworzonym Studio Opery Bałtyckiej. Od 1 stycznia 1950 roku, Ojciec został tam już zaangażowany i pierwszą jego partią operową, był Leński w „Eugeniuszu Onieginie”. Dyrektorem Studia Operowego i późniejszej Opery Bałtyckiej był Zygmunt Latoszewski - legenda polskich dyrygentów, wspaniała postać. Dostać się pod jego skrzydła było wielkim szczęściem, ponieważ można było szlifować swoje umiejętności dzięki jego wskazówkom. Stopniowo Ojciec wchodził w różne przedstawienia. Pojawił się w roli Stefana w „Strasznym dworze”, później była „Halka”, „Faust”. Tych oper było dwadzieścia pięć i trudno mi wymienić je chronologicznie. Kazimierz Wiłkomirski, który również tam działał i przygotowywał „Cyrulika sewilskiego” w 1952 roku. Obsadził Ojca w roli Almavivy. Przed premierą była prezentacja opery w formie koncertowej. Wydarzenie to zostało  nagrane przez Radio Gdańsk. Niezapomniana red. Wanda Obniska dbała aby wszystkie ważne wydarzenia były zarejestrowane. Dzięki temu, mam to nagranie jak Ojciec śpiewał Almavivę. Zdarzyło się to jeden raz w jego życiu. Dyrekcja powierzała mu, zgodnie z predyspozycjami, role cięższego gatunku. Do partii Almavivy trzeba mieć bardzo lekki głos, operować sprawną koloraturą , natomiast frazy Verdiego, Pucciniego czy Moniuszki są inne. Ojciec miał kolegów, którzy dysponowali lżejszymi głosami i wytłumaczył dyrektorowi, żeby im dać szansę. Tak się też stało.

Z. S. : Pewnie będąc jeszcze dzieckiem, wielokrotnie podziwiał Pan swego Ojca śpiewającego różne partie podczas spektakli operowych.

P. K. : Pamiętam, że po raz pierwszy byłem w operze, kiedy miałem 3 lata. To był „Eugeniusz Oniegin”. Ojciec wówczas nie śpiewał i razem siedzieliśmy na widowni. Po raz pierwszy znalazłem się w świątyni sztuki. Zobaczyłem ciemną widownię i rozjaśnioną scenę, na której był domek z oknami, z drzwiami, a przed nim, jakaś pani sprzątała liście. To był bardzo malowniczy obraz, dzisiaj kojarzę go z płótnami Chełmońskiego. Wkrótce Ojciec zabrał mnie na „Cyrulika sewilskiego”. Rozynę śpiewała  cudowna Bogna Sokorska. Miałem wówczas 4 lata, siedziałem bardzo poważny w pierwszym rzędzie, z uwagą śledziłem całą operę. Kiedy wróciłem do domu, powtarzałem bardzo znany motyw z Uwertury. Rodzice wówczas stwierdzili, że mam pamięć muzyczną, poczucie rytmu i dobry słuch. Pamiętam, że była na tym spektaklu jakaś ważna delegacja z Warszawy i jej członkowie siedzieli tuż za nami, w drugim rzędzie. Jeden z panów, który nazywał się Stefan Jędrychowski w przerwie zwrócił się do mnie z pytaniem: „Nie jesteś chłopczyku zmęczony? Nie chce ci się spać?”. Bardzo poważnie stwierdziłem wówczas – proszę pana ja jestem w operze, tu się nie śpi. To były lata 50-te. Następną dekadę nazywam „złotym okresem Opery Bałtyckiej”. W 1967 roku Ojciec wrócił z rodzinnych odwiedzin w Kanadzie i przywiózł mi mały, przenośny magnetofon szpulowy. Zacząłem na nim nagrywać opery. Przede wszystkim te, w których Ojciec brał udział. Dyrekcja Opery nie miała nic przeciwko temu. Teraz pewnie nie było by to możliwe. Nagrałem kilkanaście oper w ciągu paru lat i proszę sobie wyobrazić, że one stanowią dla mnie bezcenny materiał dźwiękowy z tamtego okresu. Robię teraz z tych nagrań płyty – portrety muzyczne gwiazd opery bałtyckiej z jej złotego okresu. Zdążyłem przygotować CD Heleny Mołoń, która także pochodzi z tych rejonów. Wprawdzie urodziła się w Drohobyczu, ale rodzina przeniosła się do Jarosławia i do dzisiaj tutaj mieszka. Przedstawicielem rodu jest pan doktor Maciej Mołoń wspaniały i ceniony w Jarosławiu stomatolog. Pani Helena Mołoń  ukończyła 100 lat 27 stycznia. Była wielka uroczystość z tej okazji. W prezencie, przygotowałem płytę z jej nagraniami, głównie pochodzącymi z moich taśm. Wprawdzie są to nagrania amatorskie, ale odświeżone przez pana  Mariusza Zaczkowskiego – mojego serdecznego przyjaciela, który jest znakomitym realizatorem dźwięku, brzmią bardzo dobrze. Doskonaląc te nagrania, pan Mariusz pomaga mi zachować pamięć o artystach, którzy przed laty byli gwiazdami Opery Bałtyckiej. Dzięki temu można się cieszyć ich sztuką, na której ja się wychowałem. Swoją świadomość, smak muzyczny, doświadczenie i wiedzę – budowałem słuchając tych osób, obcując z nimi. To jest mój dług wobec nich. Jest to praca czasochłonna - trzeba materiał opracować, wytłoczyć płytę , zaprojektować i przygotować odpowiednią szatę graficzną. Te wszystkie komponenty nie są tanie, ale jak taka płyta trafia do rąk zainteresowanych – dziwią się : ”Gdzie to zostało wydane”.  Mam tych płyt kilkanaście. Zebrałem między innymi nagrania mojego profesora – Jerzego Szymańskiego, znakomitej Urszuli Szerszeń, świetnej Aliny Kozłowskiej, a w tej chwili kończę płytę Marii Zielińskiej, która też była wielką damą gdańskiej sceny i w przyszłym tygodniu kończy 93 lata . Chcę jej też zrobić  niespodziankę. Ta kolekcja powstaje dzięki temu, że ja chodziłem i nagrywałem, nie przypuszczając nawet, że kiedyś to się przyda. To jest bezcenny materiał. Nieważne, że jest niedoskonały pod względem technicznym, ale  pan Mariusz robi wszystko, aby to brzmiało z najmniejszym uszczerbkiem dla głosu, bo wiadomo, że jak się poprawia dźwięk, redukuje szumy, to często odbywa się to kosztem głosu. On potrafi tak to zrobić, że głos nie cierpi a nagrania zyskują na jakości.

Z. S. : Pana Matka była świetną pianistką.

P. K. : Moja Mama całe życie była w cieniu Ojca i do dzisiaj pozostaje w cieniu - nawet ja wspominam o niej w drugiej kolejności – może dlatego, że nie żyje już osiemnaście lat ( w maju będzie osiemnaście lat jak odeszła). Miała zaledwie 69 lat – mogła jeszcze żyć, ale nieuleczalna choroba jaką jest rak żołądka, skróciła jej życie. Mama była dziewięć lat młodsza od ojca. Spotkali się w Średniej Szkole Muzycznej w Gdyni – Orłowie. Mama była w klasie fortepianu, a ojciec w klasie śpiewu, natomiast babcia pracowała w Operze w księgowości. Była kiedyś taka sytuacja, że Opera jechała z koncertem do pobliskiego Władysławowa. Tato miał wówczas śpiewać i babcia postanowiła zabrać Halusię, bo tak mówiła o swojej córce, na ten koncert. Jak opowiadała mi Mama, zafascynował ją głos Ojca, śpiewał tak pięknie, że aż ją za serce ściskało. Niedługo spotkali się po zajęciach w szkole muzycznej, do której razem chodzili  i Ojciec poprosił, aby mu coś zagrała. Tak się zaczęło... Na wspólne muzykowanie, Mama zaprosiła Ojca do domu, ona grała na fortepianie, a on śpiewał. Postanowiła też czymś poczęstować młodego atrakcyjnego tenora. Pięknie potrafiła nakryć i przyozdobić stół, ale nie miała serca do przygotowywania potraw, a babci nie było w domu. Jak ojciec mi po latach opowiadał o tej wizycie - Mama znalazła jakieś śledzie w słoiku, które jeszcze nie były przygotowane odpowiednio do jedzenia, zalała je tranem i podała. Tata zjadł, wprawdzie z trudem mu przez gardło przeszło, ale nie wypadało odmówić. Ledwo skończył jedną porcję, a na talerzu znalazła się druga.  Do końca życia pamiętał jak jadł te śledzie. Później ich drogi się połączyły i byli razem.

Z. S. : Odziedziczył Pan po rodzicach talent i jako mały chłopiec rozpoczął Pan naukę gry na fortepianie.

P. K. : Byłem skazany na muzykę, chociażby dlatego, że jak Mama była w poważnym stanie, bardzo dużo ćwiczyła na fortepianie przygotowując się do dyplomu w Średniej Szkole Muzycznej. Już wtedy słuchałem muzyki. Wkrótce po moich narodzinach, Mama rozpoczęła studia i znowu godzinami ćwiczyła. Często sadzała mnie w dużym fotelu, zabezpieczała wokół poduszkami, abym nie wypadł  i grała na fortepianie.  Jak Ojciec wracał po próbie, to myślał, że dziecka nie ma w domu. Dopiero kiedy otworzył drzwi do pokoju, widział grającą  żonę, a w fotelu Piotrusia, który zasłuchany i wpatrzony w mamę, przebierał paluszkami. Jak już wspomniałem, moje zdolności muzyczne zostały stwierdzone po powrocie do domu ze spektaklu „Cyrulika sewilskiego”. Rodzice zadecydowali, że powinienem zacząć naukę gry na fortepianie. Mama zaczęła mnie uczyć. Po pewnym czasie moją edukacją pianistyczą zajęła się prywatnie pani Celina Markowska – starsza, bardzo doświadczona pianistka. Jak byłem w trzeciej klasie szkoły podstawowej, rozpocząłem naukę w szkole muzycznej, a w następnym roku trafiłem do pionu ogólnokształcącej szkoły muzycznej. Tym sposobem, w jednym budynku uczyłem się do ukończenia studiów, bo w tam też była Wyższa Szkoła Muzyczna.

Z. S. : Pan Jan Kusiewicz nie chciał, aby syn został śpiewakiem.

P. K. : Ojciec chciał, abym został dyrygentem. Twierdził, że znam świetnie literaturę muzyczną, jestem zdolny i będę dobrym dyrygentem. Nie chciał żebym śpiewał, ale nie dlatego, że wyrośnie mu jakaś konkurencja. Mówił, że dla dobrego śpiewaka, to jest taki życiowy klasztor – tego nie wolno, tamtego nie wolno, cały czas trzeba dbać o formę, żyje się w ciągłym stresie – po co to mojemu synowi. Ale ja chciałem śpiewać i to było silniejsze od argumentów Ojca. Zacząłem uczyć się śpiewać u pani prof. Barbary Iglikowskiej po kryjomu - Ojciec nic o tym nie wiedział. Mama była wtajemniczona i finansowała mi te lekcje. Po jakimś czasie Tato się pogodził z tym, że jednak będę śpiewał i niedługo stał się entuzjastą tego co robię. Do końca życia towarzyszył mi w różnych koncertach, wyjeżdżaliśmy razem i bardzo cieszyłem się, kiedy jeździł ze mną. Wcześniej, jak jeszcze żyła moja Mama – to obydwoje ze mną podróżowali. Przez to, że żyli wówczas jakby moim tempem i moimi różnymi dokonaniami, było to znakomitym środkiem napędzającym ich samych. Nie czuli się ludźmi na bocznicy, na emeryturze, tylko uczestniczyli w moim życiu i nie wychodzili z tego zaklętego kręgu muzyki.

Z. S. : Sporo czasu upłynęło od przejścia pana Jana Kusiewicza na emeryturę, ale do dzisiaj jest legendą Opery Bałtyckiej.

P. K. : Jest pamiętany do dzisiaj w szczególny sposób. Kiedy zmarł, w czasie pogrzebowej mszy świętej, w Katedrze Oliwskiej, która jest naprawdę ogromną świątynią, wszystkie ławki były zajęte. Bardzo lubił i cenił Ojca śp. ks. Arcybiskup Tadeusz Gocłowski, który przewodniczył mszy świętej. Powiedział przepiękne, wzruszające kazanie. Było kilkunastu księży, których nie zapraszałem – przyszli z potrzeby serca. Znali i szanowali Ojca, bo często śpiewał w kościołach gdańskich. Poza tym ja przez dwadzieścia lat prowadziłem emisję głosu w Seminarium Duchownym w Oliwie i Kusiewiczowie są w tym środowisku znani.

Z. S. : Powiedział Pan podczas wieczoru: „Sława sama się obroni, pamięć trzeba podtrzymywać”. Mam nadzieję, że jeszcze nie raz zostanie Pan poproszony o przyjazd na Podkarpacie, aby wspominać  wspaniałego syna tej ziemi, wielkiego tenora Jana Kusiewicza i dzięki temu pozostanie także w pamięci następnych pokoleń.

Z prof. Piotrem Kusiewiczem rozmawiała Zofia Stopińska 4 marca 2017 roku w Jarosławiu.

 

 

Maciej Wota w Jarosławiu

Recitalem Macieja Woty - młodego, niezwykle utalentowanego artysty, który grał na fortepianie i organach – rozpoczęły się 26 lutego w Sali Koncertowej Szkoły Muzycznej w Jarosławiu – VI Dni Muzyki Fortepianowej im. Marii Turzańskiej.

Maciej Wota kształci się na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie, ale także brał udział w warsztatach pianistycznych i organowych, prowadzonych przez takich profesorów jak m.in.: Andrzej Jasiński, Józef Stompel, Rem Urasin, Ludmił Angelov, David Dolan, Katarzyna Popowa-Zydroń, Waldemar Wojtal i Józef Serafin. Jest laureatem kilkunastu konkursów pianistycznych. Koncertował w wielu krajach Europy: Polsce, Rosji, Niemczech, Norwegii, Wielkiej Brytanii, Belgii, Włoszech, na Ukrainie, Litwie, Węgrzech, a także w Australii i Stanach Zjednoczonych.

Ramy recitalu w Jarosławiu stanowiły utwory Fryderyka Chopina. Na pierwsze ogniwo złożyły się: Polonez A-dur op. 40, Mazurki g-moll i C-dur z op. 24 i Walc Es-dur op. 18. Później Maciej Wota zasiadł do organów i zabrzmiały dwa dzieła: Passacaglia i fuga c-moll – Johanna Sebastiana Bacha oraz Fantazja i fuga na temat B-A-C-H – Ferenca Liszta.  Trzecia część koncertu rozpoczęła się Nocturnem Des-dur op. 27 nr 2 , a później zabrzmiały Etiuda c-moll op. 10 nr 12 (Rewolucyjna) i Polonez As-dur op. 53. Rozmowa z Maciejem Wotą zarejestrowana została po koncercie.

Zofia Stopińska : Bardzo Panu dziękuję za wspaniały wieczór i niezwykłe, przepiękne kreacje, a przede wszystkim za utwory, które znalazły się w programie – części I i III stanowiły fortepianowe arcydzieła Fryderyka Chopina, a środkową wypełniły dwa organowe dzieła Johanna Sebastiana Bacha i Ferenca Liszta. Kompozytora pierwszego utworu Fryderyk Chopin uwielbiał, natomiast twórca drugiego dzieła – uwielbiał Chopina.

Maciej Wota : Zgadza się. Utwory zostały tak pomyślane, aby dobór kompozytorów niósł za sobą pewne związki. O Chopinie, który był wielkim mistrzem fortepianu nie można było zapomnieć grając pod koniec lutego w sali Szkoły Muzycznej, której patronuje od początku jej działalności. Wraz z panem Bogusławem Pawlakiem, który prowadził dzisiejszy koncert, długo zastanawialiśmy się nad ułożeniem programu. Ze strony pana Pawlaka padło pytanie o Passacaglię c-moll Bacha. Postanowiłem, że nauczę się tego utworu, a więc był to utwór specjalnie przygotowany na ten koncert. Postanowiliśmy, że dołączymy jeszcze do tego Preludium i fugę B.A.C.H. – Liszta. W tym dziele Liszt oddał także hołd Bachowi, komponując utwór oparty na motywach dźwięków b a c h. Dodam jeszcze, że Chopin podziwiał także Liszta, jako genialnego pianistę o wyśmienitej technice. Dobór kompozytorów i utworów, które pojawiły się w programie nie był przypadkowy.

Z. S. : Nieprzypadkowo także Pan był wykonawcą koncertu inaugurującego VI Dni Muzyki Fortepianowej im. Marii Turzańskiej w Jarosławiu, bo przecież w tym mieście się Pan urodził. Krótko Pan tutaj mieszkał, ale pomimo tego, chyba specjalne emocje towarzyszyły Panu w czasie tego koncertu.

M. W. : Tak. Niektórzy twierdzą nawet, że najtrudniej jest grać „na własnym podwórku” i naprawdę tak jest. Poza tym, że urodziłem się w Jarosławiu, na każdych wakacjach byłem w tym mieście, od dziecka. To jest mój stały punkt wypoczynku. Tutaj też czuję się bardzo dobrze i praktycznie znam całe miasto. To środowisko także nie jest mi obce i z wielką przyjemnością tutaj występuję.

Z. S. : Koncert odbył się w sali Szkoły Muzycznej im. Fryderyka Chopina i są tutaj bardzo dobre warunki do wykonywania recitali – szczególnie fortepianowych i organowych.

M. W. : To zasługuje na szczególne podkreślenie. Wielkie wyrazy szacunku i wdzięczności należą się także panu Bogusławowi Pawlakowi, który propaguje to miejsce za sprawą Festiwalu. To jest sala koncertowa naprawdę na miarę XXI wieku, przystosowana specjalnie do takich recitali. Jest piękna i posiada świetną akustykę, a do tego stoi na scenie nowy fortepian Steinway’a. Taki sam model możemy spotkać w najwyższej rangi salach koncertowych na świecie. Jest to instrument absolutnie najwyższej klasy, świetnie przygotowany do koncertu. Mamy również na tej scenie elektroniczne organy wysokiej klasy, z niemym prospektem, przypominającym prawdziwy prospekt organowy. Mimo tego, że jest to elektroniczny instrument – to można z niego wydobyć wiele różnych barw imitujących prawdziwe organy.

Z. S. : Doskonale nam Pan zademonstrował walory tego instrumentu, grając dwa wielkie dzieła, które nie na każdych organach piszczałkowych można wykonać.

M. W. : To prawda. Bach przecież żył w epoce baroku i miał do dyspozycji zupełnie inne instrumenty, niż mieli do dyspozycji organiści w epoce romantyzmu. W jarosławskiej szkole mamy imitację instrumentu uniwersalnego, który nadaje się do wykonywania zarówno muzyki dawnej, romantycznej, aż po dzieła współczesne. Można tu grać praktycznie utwory wszystkich epok.

Z. S. : Kontynuuje Pan rodzinne tradycje muzyczne.

M. W. : Jak najbardziej. Z inicjatywy rodziców zacząłem grać na fortepianie. Tato jest śpiewakiem w Filharmonii Narodowej, a mama uczy skrzypiec i jest kierownikiem sekcji instrumentów smyczkowych w jednej w warszawskich szkół muzycznych. Muzyka jest cały czas obecna w naszym domu od lat i od pierwszych dni życia jej słuchałem.

Z. S. : Niedawno ukończył Pan Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina w Warszawie w zakresie gry na fortepianie w klasie prof. Jerzego Sterczyńskiego i czeka Pana niedługo drugi recital dyplomowy.

M. W. : W czerwcu czeka mnie dyplomowy występ wieńczący studia licencjackie w zakresie gry na organach, a uczę się w klasie prof. Jarosława Malanowicza. Jestem także w trakcie podyplomowych studiów w zakresie regulacji i strojenia fortepianów, bo uznałem, że te studia dodatkowo poszerzają horyzonty pianisty – mamy pełną świadomość, jak powstaje dźwięk, jakie elementy mechaniki wpływają na nasze odczucia gry. To bardzo ważne dla pianistów.

Z. S. : Skąd pomysł, aby studiować jeszcze grę na organach. Organy to tylko pozornie podobny instrument do fortepianu, chociaż biegłość techniczna się bardzo przydaje.

M. W. : Ma Pani rację. Organy są bardzo wymagającym instrumentem jeżeli chodzi o koordynację. Partia pedału jest zazwyczaj bardzo rozbudowana a skoordynowanie gry rąk i nóg jest dosyć trudne. Ten instrument zafascynował mnie jeszcze w dzieciństwie. Towarzyszyłem wówczas często mojemu ojcu, który grał na organach podczas mszy. Mieszkaliśmy wtedy jeszcze w Krakowie i to moje, może jeszcze nawet nieświadome, obcowanie z tym instrumentem, zaprocentowało później. W średniej szkole muzycznej miałem kolegę, który uczył się grać na organach. Jak tylko miałem czas, słuchałem jak ćwiczył, pomagałem mu przewracać strony podczas gry i organy zaczęły mnie coraz bardziej inspirować. W końcu postanowiłem sam spróbować. Zacząłem od samokształcenia, opanowałem muzykę liturgiczną i zacząłem przygotowywać różne utwory, ale po pewnym czasie stwierdziłem, że potrzebny jest jednak nauczyciel. Zacząłem pobierać prywatne lekcje. W ciągu roku nauczyciel przygotował mnie do egzaminu wstępnego na studia. Byłam bardzo zaskoczony, że zdałem egzamin wstępny z pierwszą lokatą, ponieważ nie miałem zielonego pojęcia jaki poziom reprezentuję. Zostałem studentem i gra na organach, to już moja codzienność, ale jednocześnie wielka pasja i marzenie, które mogę teraz realizować.

Z. S. : Jak Pan godzi ćwiczenie na fortepianie i na organach? Nie ma Pan problemu z przestawieniem się z jednego instrumentu na drugi?

M. W. : Na początku próbowałem ćwiczyć codziennie na jednym i drugim instrumencie. Wiadomo jednak, że mózg człowieka może koncentrować się w ograniczonym czasie. Można siedzieć i ćwiczyć dłużej, ale dużych efektów już z tych dodatkowych godzin nie będzie. Doszedłem do wniosku, że jedyną metodą jest praca zmienna – na przykład : przez dwa tygodnie realizuję jakieś utwory organowe, a ograniczam czas ćwiczenia na fortepianie. Później robię odwrotnie – więcej czasu poświęcam fortepianowi. Jak doprowadzę utwory do stanu koncertowego, to już ćwiczę na obydwu instrumentach. Na tym etapie, jest to już inny rodzaj ćwiczenia, niż przygotowywanie utworów, które zabiera nam najwięcej czasu. W przestawianiu się z fortepianu na organy, czy odwrotnie – może początkowo odczuwałem różnicę, natomiast teraz nie mam już problemów, bo wiem, że na jednym i na drugim instrumencie używamy zupełnie innych środków, innej artykulacji i przestawienie nie stanowi dla mnie już żadnego problemu.

Z. S. : Jeszcze pan studiuje, ale ma Pan już sporo propozycji koncertowych.

M. W. : Nie narzekam na brak koncertów. Bardzo dużo pracuję i mam nadzieję, że będę nadal często koncertował.

Z. S. : Dzisiaj sala wypełniona była po brzegi. Oklaski były bardzo gorące. Długa owacja po zakończeniu planowanej części koncertu zaowocowała dwoma bisami. Dodatkowo wykonał Pan Nocturn cis-moll op. posth. i Mazurek D-dur op. 33 nr 2 Fryderyka Chopina.

M. W. : Z wielką przyjemnością grałem dla tej wspaniałej publiczności. Jak już powiedziałem, zawsze z radością przyjeżdżam do Jarosławia.

Z Maciejem Wotą rozmawiała Zofia Stopińska 26 lutego 2017 roku.

Dwa klarnety w roli głównej

 

Pod koniec ubiegłego roku polecałam uwadze znakomitą pod każdym względem, a do tego unikatową jeśli chodzi o repertuar płytę „Double Clarinet Concertos”. Zachwycona grą solistów zabiegałam o spotkanie i umówiliśmy się w styczniowy poniedziałek w Akademii Muzycznej w Krakowie. Było  to spotkanie z mistrzem i uczennicą, bowiem pan prof. Andrzej Godek związany jest z tą uczelnią od początku lat 70-tych – najpierw jako student, a później pedagog, natomiast pani mgr. Barbara Borowicz do niedawna studiowała w klasie klarnetu prof. Andrzeja Godka, a od 2014 roku jest wykładowcą klarnetu w Akademii Muzycznej w Krakowie. Rozmowę rozpoczęłam oczywiście od pytania o płytę.

 

Zofia Stopińska : Jak powstała ta płyta? Skąd pomysł aby na krążku znalazły się nieznane utwory?

 

Andrzej Godek : Kiedy Barbara była na drugim roku studiów, a już było wiadomo, że będzie bardzo dobrą klarnecistką, wtedy postanowiłem zaprosić ją do wspólnego wykonania utworów na dwa klarnety i fortepian. Koncert wykonaliśmy w Krośnie podczas Festiwalu Klarnetowego. Poświęciłem go pamięci Józefa Cymermana – mojego pierwszego nauczyciela klarnetu w Krośnie. Potem Basia zdobyła wiele laurów na różnego rodzaju konkursach i dwa lata temu, już jako moja asystentka, sprowokowała mnie do złożenia wniosku do marszałka województwa o wspólną nagrodę w kategorii „Mistrz – Uczeń”. Ta nagroda polega na promocji pedagoga i jego absolwenta. Taki wniosek złożyliśmy i o dziwo, kapituła przyznała nam tę nagrodę. Postanowiliśmy w ramach nagrody nagrać płytę na dwa klarnety i fortepian – zgodnie z wnioskiem. Kiedy jednak zaczęliśmy się zastanawiać nad programem i jaka muzyka jest obecna na rynku, stwierdziliśmy, że trzeba poszaleć. Przede wszystkim postanowiliśmy zrobić nagrania z orkiestrą. Długo negocjowaliśmy z różnymi orkiestrami i udało się pozyskać dwa zespoły – Filharmonię Częstochowską i Filharmonię Kaliską, którymi kieruje pan dyrektor Adam Klocek. Wspólnie postanowiliśmy, że nagramy utwory klasyczne na dwa klarnety, które  były bardzo popularne w czasach klasycyzmu, natomiast z czasem zupełnie o nich zapomniano. Najpierw postanowiliśmy, że nagramy Koncert Es-dur op. 35 na 2 klarnety i orkiestrę – Franza Krommera, później pomyśleliśmy o Koncercie Es-dur na 2 klarnety i orkiestrę smyczkową Franza Antona Hoffmeistera i na końcu pojawił się IV Koncert B-dur na 2 klarnety i orkiestrę Carla Philippa Stamitza. Nie gra się tych utworów w polskich salach koncertowych, nie są znane także w Europie i dlatego jest to ciekawe wydanie.

 

Zofia Stopińska : Po raz pierwszy spotkałam się z nagraniem w Polsce wymienionych utworów.

 

Barbara Borowicz : Prawdopodobnie tak. W Polsce nie zostały te utwory nagrane , a już na pewno nie na jednej płycie.

 

Zofia Stopińska : Kompozytorzy żyli i działali w tym samym czasie, ale w różnych ośrodkach muzycznych.

 

Barbara Borowicz :  Dlatego też ich muzyka nie jest do końca jednorodna. Każdy z koncertów jest rozpoznawalny i łatwo usłyszeć różnice pomiędzy tymi koncertami.

 

Andrzej Godek : Tym bardziej, że każdy z tych kompozytorów nie tylko pisał podwójne koncerty na klarnet, ale każdy z nich napisał jeszcze wiele innych utworów. Hoffmeister na przykład pisał sonaty na klarnet i fortepian. Krommer skomponował jeszcze jeden koncert na dwa klarnety, ale napisał także koncert na klarnet i kwartet na klarnet. Z kolei Stamitz jest autorem kilkunastu koncertów na klarnet, w tym tego jednego podwójnego, ale jest również partytura tego koncertu w wersji na klarnet i skrzypce.

 

Zofia Stopińska : Czas powstania tych koncertów, to okres zachwytu twórców i odtwórców, a także odbiorców muzyki klarnetem.

 

Andrzej Godek : Na początku XIX wieku możemy mówić o rozkwicie tego instrumentu. Nastąpił rozwój techniczny klarnetu i jego możliwości wykonawczych. Również wszystkie ośrodki, gdzie zaczęły powstawać orkiestry w składzie pełnym, czyli łącznie z klarnetami, zaczęły się zachwycać brzmieniem tego instrumentu, który w muzyce wcześniejszej nie był wykorzystywany.

 

Zofia Stopińska : Sądzę, że realizacja nagrań na tę płytę, była dla Pani ciekawym doświadczeniem.

 

Barbara Borowicz : Do tej pory oprócz nagrań, które profesor robił mi na konkursach, nie miałam studyjnych nagrań. To były to moje pierwsze profesjonalne nagrania na płytę. Bardzo się cieszę, że  mogłam je robić z moim mistrzem, który mógł się podzielić ze mną swoim doświadczeniem. Natomiast do gry z drugim klarnecistą byłam już przyzwyczajona, chociaż w takim przypadku, często jeden instrument jest wiodący, a drugi mu towarzyszy. Gra z orkiestrą także nie była dla mnie nowością, ponieważ wcześniej już występowałam jako solistka z orkiestrami. Pewna trudność przy nagraniu utworów na tę płytę polegała na tym, że nagrania były dokonywane z dwoma różnymi zespołami i w dwóch różnych salach. Trzeba było dostosować się i przyzwyczaić do odmiennych warunków.

 

Zofia Stopińska : Jest okazja, aby opowiedziała Pani o dotychczasowej działalności. Po ukończeniu studiów, postanowiła Pani dalej doskonalić swoje umiejętności.

 

Barbara Borowicz : W czasie studiów mój profesor powtarzał mi często, że tak naprawdę do ideału dąży się całe życie i nie można zakończyć edukacji na ukończeniu studiów. Po studiach magisterskich rozpoczęłam studia doktoranckie, także na Akademii Muzycznej w Krakowie pod kierunkiem prof. Andrzeja Godka. Również rozwijałam swoje umiejętności w Rzymie w Accademia Nazionale di Santa Cecilia , w klasie solowej Alessandro Carbonare – jednego z najwybitniejszych klarnecistów dzisiejszych czasów, jak również doskonaliłam się w zakresie gry kameralnej na studiach podyplomowych na Uniwersytecie w Wiedniu. W związku z moimi zainteresowaniami muzyką współczesną, pobieram lekcje u Suzanne Stephans w związku z utworami Karlheinza Stockhausena, którymi jestem bardzo zainteresowana.

 

Zofia Stopińska : Wiadomo, że w dzisiejszych czasach trzeba grać bardzo szeroki repertuar, ale Pani zainteresowania koncentrują się głównie na muzyce nowej.

 

Barbara Borowicz : Powiem szczerze, że nie do końca. Muzyką Stockhausena zainteresowałam się w czasie studiów, kiedy trzymałam w ręku jego pierwszy utwór „In Freundschaft”, który wzbudził moje zainteresowanie ze względu na swoją nie-standardowość, ponieważ klarnecista musi nauczyć się trudnego współczesnego tekstu na pamięć, który wymaga ogromnej precyzji, a tak naprawdę skutecznej pamięci, a także musi się poruszać. W tym samym czasie poznałam w Niemczech Suzanne Stephens i ona zainspirowała mnie do nauki kolejnych utworów Stockhausena. Kolejnym wyzwaniem był dla mnie utwór „Harlekin” na klarnet solo, który już jest utworem bardziej skomplikowanym, trwającym 45 minut i jest to teatr instrumentalny. Wykonawca musi być nie tylko muzykiem – klarnecistą, ale również : tancerzem i aktorem. Ale to nie oznacza, że chciałabym się zajmować tylko muzyką współczesną, ponieważ bardzo dobrze czuję się w repertuarze klasycznym, bardzo lubię grać muzykę romantyczną i nie chciałabym dążyć do zupełnego nowatorstwa i poszukiwania zupełnie odmiennej gry na klarnecie ( na samym ustniku, czy na klarnecie bez ustnika). Klarnet ma tak piękne brzmienie, że powinniśmy je wykorzystywać.

 

Zofia Stopińska : Jak przyjmowane są te nowe utwory – 45-minutowy utwór, to właściwie jest spektakl. Publiczność interesuje się taką muzyką?

 

Barbara Borowicz : Może opowiem na przykładzie utworu „In Freundschaft”, ponieważ to jest też muzyka współczesna, ale mamy dodatkowy ruch. Dlatego utwór jest interesujący nawet dla osób, które nie są szczególnie zainteresowane muzyką współczesną, ani też nie uczęszczają na koncerty zbyt często. Myślę, że jest to interesujące ze względu na ten ruch. Utwór „Harlekin” 45-minutowy też nie jest nudny dla publiczności, ze względu na to, że klarnecista występuje w specjalnym kostiumie. Wszystkie te dodatkowe elementy wzbudzają zainteresowania. Muzykę wspierają : ruch, gesty, kostium, światła i miny wykonawcy.

 

Zofia Stopińska: Najbliższe Pani plany są związane z rozwojem własnym i studentów.

 

Barbara Borowicz : Oczywiście, ponieważ jestem asystentką pana profesora, jest to dla mnie wielkie wyzwanie i mam nadzieję, że profesor potwierdzi, że spełniam się w tej roli. Cały czas się konsultujemy, aby jak najlepiej pracować z naszymi studentami. Ponieważ miałam świetnego profesora, to staram się jego metody przekazywać studentom.

 

Zofia Stopińska : Kiedy zafascynował Panią klarnet i jego brzmienie? Kilkanaście lat temu kobiety nie grały na instrumentach dętych powszechnie.

 

Barbara Borowicz : Zgadza się. Klarnet usłyszałam po raz pierwszy w szkole muzycznej w Poznaniu, kiedy poszłyśmy z mamą do szkoły, bo bardzo chciałam uczyć się w szkole muzycznej. Trafiłyśmy do Sali, gdzie odbywały się zajęcia z młodym chłopcem, który grał na klarnecie. Zachwyciłam się brzmieniem, ale wizualnie instrument nie do końca mi się podobał, ponieważ widziałam kiedyś dziewczynkę grającą na flecie i chciałam grać na takim pięknym, błyszczącym instrumencie, a klarnet nie błyszczy się.  Ze względu na brzmienie postanowiłam jednak spróbować i tak już zostało. Nie zamieniłabym tego instrumentu na inny.

 

Zofia Stopinska : Najważniejszym nurtem w Pana działalności jest aktualnie praca pedagogiczna, ale  proszę nam powiedzieć o doświadczeniach solisty, kameralisty i muzyka orkiestrowego.

 

Andrzej Godek : Muszę sięgać bardzo daleko w przeszłość. Po skończeniu studiów, a było to 42 lata temu, rozpocząłem „wielotorową” pracę. Pozostałem na uczelni i występowałem dużo jako: solista, kameralista i jako muzyk orkiestrowy. To trwało bardzo długo, ale starałem się proporcjonalnie działać we wszystkich tych obszarach, uważałem bowiem, że należy się rozwijać w wielu różnych kierunkach. Oprócz etatu w Akademii Muzycznej, pracowałem jeszcze w Orkiestrze Polskiego Radia i Telewizji w Krakowie, a później w Radiowej Orkiestrze Symfonicznej aż do jej rozwiązania. Uważam, że czynny muzyk ma o wile więcej do przekazania studentom, zresztą moi obecni studenci to potwierdzają.

 

Zofia Stopińska : Pani Barbara mówiła o pierwszych kontaktach z muzyką w Poznaniu. Pan pochodzi z Podkarpacia i tam też rozpoczął Pan się uczyć grać.

 

Andrzej Godek : Edukację muzyczną rozpocząłem w Szkole Muzycznej w Krośnie, będąc uczniem drugiej klasy szkoły podstawowej. Na początku uczyłem się grać na fortepianie. Klarnet pojawił się dopiero w klasie piątej i to całkowicie przypadkowo. Bardzo chciałem grać na trąbce, byłem zafascynowany tym instrumentem. Ówczesny dyrektor szkoły powiedział moim rodzicom: „Słuchajcie państwo, mamy wspaniałego pedagoga klarnetu i proponuję, aby Andrzej zaczął się dodatkowo uczyć grać na klarnecie”. Tak się też stało. Ukończyłem podstawową szkołę muzyczną jako pianista, jednocześnie ucząc się na klarnecie, a później już kontynuowałem naukę tylko na klarnecie. Początkowo w filii rzeszowskiej Szkoły Muzycznej w Krośnie, a później studiowałem w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej w Krakowie u prof. Stanisława Przystasia. Klarnet pojawił się w moim życiu przypadkowo, ale wkrótce bardzo mi się spodobał, co było także zasługą mojego nauczyciela Józefa Cymermana, który był wspaniałym muzykiem, wielkim estetą w sferze dźwięku i prowadzenia frazy. Zdając maturę wiedziałem, że będę kontynuował naukę gry na klarnecie. Jako uczeń i student grałem w różnego rodzaju zespołach, bardzo różnorodną muzykę, ale najczęściej na fortepianie, natomiast klarnet był zawsze traktowany klasycznie. Nigdy nie chałturzyłem na klarnecie, natomiast na fortepianie mi się zdarzało.

 

Zofia Stopińska : Jest Pan profesorem Akademii Muzycznej w Krakowie, gdzie prowadzi Pan klasę klarnetu. Często także na różnych konkursach i kursach spotyka się Pan z uczniami szkół muzycznych, którzy dopiero zaczynają się uczyć grać na instrumentach dętych. Zdolnej, zdeterminowanej młodzieży która chce się poświęcić muzyce jest dużo, pomimo tego, że muzycy są bardzo źle wynagradzani.

 

Andrzej Godek : Jest bardzo dużo zdolnej młodzieży i chętnej do pracy. Zmieniły się warunki od czasu, kiedy ja się uczyłem i studiowałem. Mam tu na myśli dostępność instrumentów, akcesoriów, materiałów nutowych, nagrań, możliwości udziału w różnego rodzaju kursach u wielkich mistrzów. Takiego kontaktu ze światem na przełomie lat 60-tych i 70-tych ubiegłego wieku nie było. „Łowiliśmy” nagrania nadawane w radiu, ale to było zaledwie kilka pozycji. Dopiero później można było kupować nuty, poznawać nie tylko „obiegowe” utwory w postaci koncertów Mozarta, czy Webera, ale również poszerzać repertuar. Dlatego ucząc młodych studentów – sam także się uczyłem i robię to nadal, starając się w każdym semestrze wprowadzać pozycje mnie nie znane. Interesuję się także muzyką współczesną, od której nie stroniłem także w czasie studiów. Pierwszym współczesnym utworem, który grałem, to był Kwartet op. 22 na skrzypce, klarnet, fortepian i saksofon tenorowy – Antona Weberna. To był szok na drugim roku studiów, że można coś takiego wykonywać.

 

Zofia Stopińska : Pracując w Orkiestrze Symfonicznej Polskiego Radia, występując jako solista, utrwalał Pan wiele utworów współczesnych.

 

Andrzej Godek : Tak. Orkiestra nagrywała najnowsze utwory kompozytorów polskich przede wszystkim, bo takie było zadanie „Radiówki Krakowskiej” . Nagraliśmy bardzo dużo tych utworów i te nagrania są w radiu nawet czasem odtwarzane. Jako solista dwukrotnie uczestniczyłem w festiwalu „Warszawska Jesień” , czy „Poznańska Wiosna” i po raz pierwszy wykonywałem utwory kompozytorów polskich i zagranicznych.

 

Zofia Stopińska : Niedługo będzie można spotkać Pana w Jaśle, gdzie będzie Pan brał udział w pracach jury „Konkursu Młodych Instrumentalistów”. Pomysłodawczynią tego konkursu była wybitna polska śpiewaczka – Stefania Woytowicz.

 

Andrzej Godek : To już będzie kolejna moja wizyta w Jaśle. Bardzo sobie ten konkurs cenię z tego powodu, że w programie każdego uczestnika musi być zawarty utwór kompozytora polskiego, co rzadko się zdarza nawet na konkursach organizowanych w Polsce. Z przyjemnością tam przyjeżdżam, tym bardziej, że poziom z roku na rok jest coraz wyższy i młodzież jest coraz lepiej uczona. Zaczynamy poziomem dorównywać Zachodowi.

 

Zofia Stopińska : Przed nami leży omawiana kilkanaście minut temu płyta  „Double Clarinet Concertos” . Płyta jest dostępna i zawsze można posłuchać bardzo interesujących nagrań, ale nic nie zastąpi nam na szczęście koncertu. Czy szykują się jakieś koncerty promocyjne?

 

Andrzej Godek : Był już taki koncert w Częstochowie. Zagraliśmy dwa koncerty zamieszczone na płycie. Graliśmy te koncerty także z towarzyszeniem fortepianu na Festiwalu „Wawel o zmierzchu” w sierpniu ubiegłego roku. Czynimy starania i być może uda się w przyszłym sezonie zorganizować taki koncert w Filharmonii Podkarpackiej. Może też uda się wystąpić z kameralnym składem na Festiwalu „Salezjańskie Lato” w Przemyślu. Bądźmy dobrej myśli.

 

Spotkanie z Jadwigą Kot

Zofia Stopińska : Zapraszam na spotkanie z Jadwigą Kot - znakomitą sopranistką młodego pokolenia, która po ukończeniu studiów powróciła do rodzinnego Rzeszowa i prowadzi ożywioną działalność artystyczną i pedagogiczną na Podkarpaciu.

Jadwiga Kot : W 2010 roku ukończyłam Akademię Muzyczną im. Feliksa Nowowiejskiego w Bydgoszczy w klasie śpiewu prof. Katarzyny Rymarczyk. Sprawy rodzinne tak się ułożyły, że wróciłam na Podkarpacie. Byłam jeszcze przez jakiś czas związana z Bydgoską Orkistrą Kameralną - brałam udział w takich projektach jak: "Wiedeńska krew" kreując rolę Pepi, a także współpracowałam sporo z Zespołem Muzyki Dawnej Cappella Gedanensis w Gdańsku gdzie brałam udział także w dwóch projektach. Od 2011 roku już na dobre wróciłam do domu rodzinnego i rozpoczęłam pracę pedagogiczną w Zespole Państwowych Szkół Muzycznych w Przemyślu a tekże zaczęłam śpiewać w Zespole Wokalnym UNANIME, rozpoczęłam też działalność solistyczną, współpracuję z Filharmonią Podkarpacką, Chórem Uniwersytetu Rzeszowskiego, Rzeszowskim Towarzystwem Muzycznym, jestem też członkiem Towarzystw Muzycznych w Przemyślu i w Krośnie.

Z.S. : Jest Pani bardzo zajętą osobą, bo ponad dwa miesiące temu poprosiłam Panią o rozmowę i dopiero dzisiaj znalazła Pani czas.

J. K. : Byłam naprawdę bardzo zajęta, bo sporo koncertów miałam do zaśpiewania, trochę nowych utworów do przygotowania, wszystko to trzeba było pogodzić z pracą pedagogiczną. Mam także sporo pracy z przygotowaniem dokumentacji i ukończeniem stażu na nauczyciela mianowanego. Mam nadzieję, że będę to miała za sobą pod koniec bieżącego roku szkolnego.

Z. S. : Lubi Pani uczyć?

J. K. : Bardzo lubię i sporo czasu poświęcam swoim uczniom. Aktualnie mam trzech dyplomantów i trzy uczennice w młodszych klasach. Mam zdolne uczennice o czym świadczą ich osiągnięcia. W ubiegłym roku jedna z moich tegorocznych dyplomantek zajęła trzecie miejsce na konkursie ogólnopolskim organizowanym przez Centrum Edukacji Artystycznej, a jedna zdobyła wyróżnienie i nagrodę specjalną.Cieszę się także, że dwie moje byłe uczennice są dzisiaj studentkami Wydziału Wokalno Aktorskiego w AM w Bydgoszczy i jeden mój uczeń doskonali swe umiejętności w Studium im Baduszkowej w Gdyni, gdyż w kręgu jego zainteresowań jest musical. Trzy osoby  kontynuują naukę na Wydziale Muzyki Uniwersytetu Rzeszowskiego. Grupa moich absolwentów jest spora zważywszy, że uczę dopiero szósty rok. Staram się, aby moi uczniowie dużo koncertowali, bywali na przedstawieniach operowych, brali udział w kursach mistrzowskich. Co roku takie kursy organizowane są także w Przemyślu i pod kierunkiem pedagogów klas śpiewu akdemii muzycznych, między innymi uczniowie naszej szkoły mogą doskonalić swoje umiejętności.

Z. S. : Wracając do Pani działalności - tak naprawdę rozpoczęła Pani występować będąc uczennicą średniej szkoły muzycznej. Uczestniczyła Pani w koncertach i konkursach. Pamiętam jak brala Pani udział w Ogólnopolskim Konkursie wokalnym im. Barbary Kostrzewskiej.

J. K. : Starałam się także dowiedzieć jak najwięcej o Barbarze Kostrzewskiej i nawet podjęłam się przygotować i przedstawić obszerny materiał o tej śpiewaczce podczas sesji "Musica Resoviana" dwa lata temu. Wracając do wspomnień z czasów nauki w szkołach muzycznych w Rzeszowie. Podstawową szkołę muzyczną ukończyłam w klasie fletu poprzecznego. Byłam uczennicą ZSM nr. 2 im. Wojciecha Kilara w Rzeszowie. Później rozpoczęłam naukę śpiewu w PSM II stopnia im. K. Szymanowskiego w Rzeszowie, w klasie śpiewu dr Anny Szałygi - Kuźmy. Bardzo dużo wtedy występowałam na różnych koncertach. Występowałam także w czasie studiów w Bydgoszczy. W 2007 roku zadebiutowałam w Operze Nova w Bydgoszczy, kreując postać I Chłopca w spektaklu "Czarodziejski flet" - Wolfganga Amadeusza Mozarta. Później przygotowywałam już trudniejsze partie - Belindy w operze "Dido and Aeneas" - H. Purcella, Nelli w "Gianni Schicchi" - G. Pucciniego, Adiny o operze "Napój miłosny" - G. Donizettiego.

Z. S. : Występy w teatrze operowym, pewnie bardzo się przydają w pracy pedagogicznej. Uważam, że nauczyciel śpiewu musi mieć doświadczenia ze spektakli, aby mógł uczyć nie tylko śpiewu, ale także zachowania na scenie. Jest takie powiedzenie "zanim cię usłyszą, to cię zobaczą" i od pierwszego kroku na scenie każdy ruch, każdy gest jest ważny.

J. K. : To prawda i trzeba o tym pamiętać. Mnie zawsze towarzyszy trema, ale na szczęście trema mnie nie paraliżuje, tylko mobilizuje. Zresztą każdemu występowi towarzyszą inne emocje. Po powrocie na Podkarpacie, wspólnie z dr Jackiem Ściborem  i Kamilem Kaznowskim, opracowaliśmy jednoaktówkę "Bastien i Bastienne" - W. A. Mozarta i odbyło się kilka spektakli na Podkarpaciu. Również z inicjatywy Towarzystwa Muzycznego w Rzeszowie z powodzeniem udało nam się wystawić komedię muzyczną "Domek trzech dziewcząt" - F. Schuberta. Wykonuję także muzykę oratoryjno - kantatową i kameralną.. Z Filharmonią Podkarpacką bralam udział w koncertach z cyklu "Przestrzeń otwarta dla muzyki" i festiwalu "Tempus Paschalis" w Lublinie. Rok 2016 był bardzo bogaty w koncerty, gdyż miałam aż 3 wyjazdy zagraniczne: występowałam w Hamburgu z Mszą G-dur, w marcu śpiewałam w Bazylice Św. Stefana w Budapeszcie, podczas Dni Polsko - Węgierskich i byli na tym koncercie prezydenci Polski i Węgier. Wystąpiłam tam też w trio - razem ze skrzypaczką Magdaleną Betleją i pianistką Moniką Wilińską - Tarcholik, Byłam też z młodzieżą Szkoły Muzycznej w Przemyślu, w San Sebastian w Hiszpanii, gdzie śpiewałam jako solistka i każdego dnia mieliśmy koncerty. Ubiegły rok rozpoczęły i zakończyły koncerty kolęd z zespołem UNANIME. 6 stycznia wykonaliśmy koncert "Magia Świąt" w sali koncertowej Wydziału Muzyki Uniwersytetu Rzeszowskiego, natomiast 27 grudnia zamknęliśmy 2016 rok koncertem kolęd w Filharmonii Podkarpackiej. Z zepołem UNANIME prężnie działamy, koncertujemy i uczestniczymy w konkursach. Podczas ostatnich wakacji byliśmy w Szwajcarii, gdzie śpiewaliśmy głównie dla Polonii. Występowaliśmy również na Węgrzech i w Austrii. Dużo śpiewałam także w Przemyślu. Podczas XXXIII Festiwalu "Przemyska Jesień Muzyczna" wystąpiłam z pianistką Anetą Czach i kwartetem smyczkowym. Podczas tego koncertu odbyło się prawykonanie cyklu pieśni skomponowanego przez Dominika Lasotę.

Z.S. : Nie broni się Pani przed nową muzyką.

J. K. : Absolutnie nie. Nie boję się muzyki wspólczesnej, chociaż sporo śpiewaków od niej stroni. Przygotowanie tych utworów wymaga dużo pracy, ale trzeba poznawać publiczność z nowymi utworami.

Z.S.: Wracając do Cyklu pieśni Dominika Lasoty - słuchając prawykonania podziwiałam Panią, że tak pięknie śpiewa Pani, tak trudne utwory.

J. K. : Ja te pieśni poznawałam już w czasie komponowania, bo Dominik konsultował je ze mną. Pisał na sopran koloraturowy - bardzo wysoko , a w dodatku do tekstów uwielbianych przeze mnie twórców : Pawlikowska - Jasnorzewska, Miłosz czy Kasprowicz. Ich wykonanie sprawiło mi to ogromną radość. Myślę, że nie jest to kompozycja w pełni zamknięta i Dominik dopisze jeszcze kilka pieśni, które będą już bardziej osadzone w średnicy.

Z. S. Wiem, że ma pani sporo planów na rok bieżący. Spotkamy się niedługo.

J. K. Tak. Już 26 lutego zapraszam na koncert muzyki filmowej na Zamku Kazimierzowskim w Przemyślu, a 6 marca wystąpię w ramach VI Dni Muzyki Fortepianowej im. Marii Turzańskiej w Jarosławiu. Tam z dr hab. Jackiem Ściborem wykonamy pieśni Chopina. Dla mnie koncerty są bardzo ważne, bo są to spotkania z publicznością której chcemy ukazać piękno muzyki.

Z Jadwigą Kot rozmawiała Zofia Stopińska ( 18 stycznia 2017r.)

Michał Drewnowski przypomina Tadeusza Majerskiego

Przedstawiam dzisiaj Michała Drewnowskiego - wyśmienitego pianistę młodego pokolenia wychowanka Akademii Muzycznej w Łodzi w klasie prof. Marka Drewnowskiego i Konserwatorium Muzycznego w Genewie u prof. Dominique Merlet i prof. Pascala Devoyon, Michał Drewnowski  jest laureatem nagrody specjalnej na I Międzynarodowym Konkursie Indywidualności Muzycznych im. A. Tansmana w Łodzi (1996), I nagrody na XIII KOnkursie Muzyki Kamralnej im. G. Bacewicz w Łodzi (1998), II Nagrody na Miedzynarodowym Konkursie Pianistycznym im. M. Masin w Sangemini (Włochy, 2000), II nagrody na Konkursie Pianistycznym A. GI. MUS. (Rzym, 2005). Koncertuje jako solieta i kameralista w Polsce, Włoszech, Francji, Szwajcarii, Luksemburgu, Belgii, Bułgarii,  Anglii, Austrii, Czechach, Finlandii, Danii i w Niemczech. W latach 2000 - 2002 występował w Teatrze Nowym w Warszawie jako aktor-pianista w przedstawieniu Adama Hanuszkiewicza "Chopin, jego życie, jego miłość, jego muzyka..." w roli Fryderyka Chopina. Pianista propaguje mało znaną i całkiem zapomnianą muzykę polskich kompozytorow, m.in. takich jak : Ludwik Grossmannn, Jadwiga Sarnecka, Stefan Kisielewski i Tadeusz Majerski.

Zofia Stopińska: Ostatnie kilkanaście miesięcy upłynęło Panu na wytężonej pracy. Nawet ubiegłoroczne wakacje miał Pan zajęte.

Michał Drewnowski: Przebywałem w San Gemini w Umbrii we Włoszech, gdzie od dwóch lat prowadzę kursy mistrzowskie dla młodych pianistów, uczniów szkół muzycznych II stopnia, oraz dla studentów. W lipcu odbywa się tam Festiwal Polsko - Włoski, organizowany przez panią Joannę Mrugalską, która już od 40. lat mieszka we Włoszech. Jest to festiwal interdyscyplinarny, promujący nie tylko muzykę, ale także inne gatunki sztuki m.in. rzeźbe i malarstwo. Podczas tego miesiąca organizowane są różne kursy muzyczne i m.in. ja prowadzę kurs dla pianistów. Jest tam przepięknie i można do woli zachwycać się urokami włoskiego lata, ale także panuje atmosfera pracy. Polecam.

Z.S. : Zaproszeni muzycy nie tylko uczą, ale także sami występują z koncertami.

M. D. : Faktycznie. Odbywa się także sporo koncertów. Ja mam zazwyczaj dwa koncerty, a towarzyszy nam miejscowa orkiestra kameralna. W ubiegłym roku grałem Koncert fortepianowy Fryderyka Chopina, a rok wcześniej miałem na tym festiwalu debiut dyrygencki, bo po raz pierwszy kierowałem także orkiestrą w koncercie Mozarta i była to dla mnie wielka frajda i niezapomniane przeżycie. Towarzyszącą orkiestrę tworzą zarówno zawodowi muzycy, jak i osoby, które jeszcze się uczą grać. Atmosfera jest wspaniała.

Z. S. : W Rzeszowie spotykaliśmy się zwykle podczas konkursów pianistycznych o zasięgu ogólnopolskim, organizowanych przez ZSM nr 2 im. W. Kilara w Rzeszowie. Przyjeżdżał Pan tam ze swoimi uczniami.

M. D. : Dwa lata temu byłem w Rzeszowie z moim uczniem Marciniem Wieczorkiem, a pamiętam ten pobyt, bo Marcin znalazł się w ścisłej czołówce w swojej kategorii wiekowej. Nie pamiętam dokładnie, bo byliśmy na wielu konkursach i bardzo często Marcin był w czołówce. Od ubiegłego roku Marcin Wieczorek jest studentem Akademii Muzycznej w Bydgoszczy, zdał tam egzamin z bardzo wysoką punktacją i uczy się w klasie fortepianu prof. Ewy Pobłockiej. Postępy moich uczniów bardzo mnie cieszą.  Prowadzę klasę fortepianu w Szkole Muzycznej II stopnia w Radomiu i jestem adiunktem Akademii Muzycznej w Łodzi, gdzie mam klasę fortepianu i prowadzę także zajęcia z zakresu muzyki kameralnej. Praca pedagogiczna zajmuje mi dużo czasu i w pewnym stopniu ogranicza moją działalność artystyczną.

Z. S. : Ale występuje Pan także z koncertami zarówno jako solista, jak i kameralista.

M. D. : Uwielbiam muzykę i nie ma dla mnie większego znaczenia, czy występuję jako solista, kameralista, czy pianista towarzyszący. Muzyka jest moim życiem i uważam się za szczęściarza, mogąc ciągle grać albo słuchać muzyki. Od czasów studenckich tworzymy duet fortepianowy "Doppio Espresso" z Danielem Eibinem - moim przyjacielem związanym z pobliskim Krosnem, gdzie od niedawna Daniel jest dyrektorem Zespołu Szkół Muzycznych. Mam nadzieję, że pomimo wielu obowiązków znajdzie czas na nasze wspólne koncerty.

Z. S. : Od niedawna jestem szczęśliwą posiadaczką nagranej przez Pana niedawno płyty CD, z muzyką Tadeusza Majerskiego , który żył i działał we Lwowie, który dawniej był stolicą Galicji.

M. D. : Teraz mówimy "na kresach". Tadeusz Majerski urodził się w 1888 roku we Lwowie i tam też zmarł w 1963 roku. Był nie tylko wspaniałym kompozytorem, ale także fenomenalnym pianistą i świetnym pedagogiem.  Majerski bł przede wszystkim pianistą. Kompozycji nigdy nie wykładał, a pisał utwory właściwie tylko dla siebie. Wraz z Józefem Kofflerem zaczęli tworzyć muzykę dodekafoniczną i poszukiwali nowych rozwiązań oraz technik kompozytorskich. Dodekafonia Majerskiego jest niesamowicie ekspresyjna, melodyjna i posiada przepiekne harmonie. Majerski z biegiem lat odchodził od dodekafonii nie widząc w niej dalszej przyszłości i powracał do tonalności. Jego językiem stał się neoromantyzm trochę uwspółcześniony. Jestem szczęśliwy, że nogłem sięgnąć po jego utwory.

Z. S. : Kiedy i w jaki sposób zainteresował się Pan osobą i twórczością Tadeusza Majerskiego?

M. D. : Kiedyś w klasie mojego taty - to było ponad 15-cie lat temu, znalazł się Marcin Rogalski, który przyjechał na studia do Łodzi z Francji. Tato Marcina był blisko spokrewniony z Majerskim. Kiedyś Marcin przyniół partyturę i poprosił : "proszę, spójrz co to jest. Miałem takiego wuja który zajmował się kompozycją. Zacząłem to przeglądać i okazało się, że to jest genialna, poruszająca muzyka. Zacząłem zgłębiać temat i szukać różnych materiałów o Tadeuszu Majerskim i jego twórczości. Efektem tych moich poszukiwań jest płyta z większością utworów na fortepian Majerskiego. Okazało się później, że Majerski był profesorem zmarłego niedawno prof. Andrzeja Nikodemowicza, a także wujem Kai Danczowskiej i wszystko zaczęło się układać w jedną całość. Dezyderiusz Danczowski znany wiolonczelista , był szwagrem Tadeusza Majerskiego i razem grywali. Kaja Danczowska grała kiedyś Koncert skrzypcowy Majerskiego. To dzieło nie zostało dokończone, a zachowała się tylko partia skrzypiec i wyciąg fortepianowy.

Z. S. : Gdzie znajdują się oryginały partytur utworów Tadeusza Majerskiego?

M. D. : Większość partytur Majerskiego znajduje się w Bibliotece Narodowej w Warszawie. Zostały przywiezione ze Lwowa na początku lat 80-tych ubiegłego wieku przez prof. Nikodemowicza, który dostał w spadku wszystkie rękopisy Majerskiego i celem zabezpieczenia, przekazał je do Biblioteki Państwowej, gdzie są do dzisiaj.  Ponad 90 procent stanowią rękopisy.Na przykład Koncert fortepianowy zachował się w trzech egzemplarzach, które w sposób nieznaczny różnią się od siebie. Różnią się także tytułem - w jednaj z partytur widnieje tytuł - Koncert na fortepian i wielką orkiestrę, w drugiej Concerto - Fantasia, a w trzeciej Concerto - Poem. Studiowałem te partytury, porównywałem i musiałem zrobić jedno dzieło. Wielu cennych rad udzielił mi Emilian Madey. On też przejrzał gotową partyturę. Kwintet fortepianowy  i Sonata na wiolonczelę i fortepian były już wcześniej wydane, ale utwory fortepianowe były w większości w rękopisach.

Z. S. : Co towarzyszy muzykowi, który sięga po rękopisy, latami leżące w zapomnieniu?

M. D. Wrażenia są niezwykłe, zwłaszcza że zanim po te nuty sięgnąłem, miałem w ręku kartotekę na której są nazwiska osób, które te nuty oglądały. W większości byłem pierwszą osobą, która te nuty przeglądała. Oglądalem wszystkie partytury pozostawione przez Majerskiego. Oprócz utworów instrumentalnych, które znalazły się na płycie - były też utwory wokalno instrumentalne jak mała opera, oraz wielka książka poświęcona metodom nauki gry na fortepianie, napisana pięknym językiem. Marzy mi się, aby kiedyś to wydać.

Z. S. : Płyta z utworami Tadeusza Majerskiego to - można powiedzieć- ekskluzywne wydawnictwo.W Koncercie fortepianowym towarzyszy Panu Royal Scottish National Orchestra, a w utworach kameralnych gra New Art Chamber Soloists.

M. D. : New Art Chamber Soloists to jest zespól, który powstał na bazie łódzkiej orkiestry, którą powołałem wraz z kolegami w Łodzi. Ta orkiestra dzialała krótko, ale na bazie tej orkiestry smyczkowej, która nosiła nazwę Philharmonia New Art Radia Łódź - zrobiliśmy zespół w pojedynczej obsadzie: New Art Chamber Soloists, czyli przedstawiciel każdej grupy instrumentów wszedł w skład zespołu i nagraliśmy Kwintet fortepianowy Tadeusza Majerskiego - dzieło przepiękne, jedno z najwybitniejszych w polskiej muzyce kameralnej.

 Z. S. : Są to chyba pierwsze rejestracje.

M. D. : Napewno. Kwintet fortepianowy i Sonata wiolonczelowa były już wykonywane, natomiast nagrane zostały po raz pierwszy. Pierwszym nagraniem w historii fonografii są także utwory fortepianowe i Koncert fortepianowy.

Z. S. : Jak szkocka orkiestra podeszła do zapomnianego dzieła polskiego kompozytora?

 M. D. : To było niezwykłe przeżycie. Bardzo się bałem tego nagrania. Towarzyszył mi stres i wielkie skupienie, żeby w trzy godziny nagrać ten koncert, bo orkiestry brytyjskie tak pracują. Mają przeznaczone 3 - 4 godziny na nagranie 20 minut muzyki. Otrzymałem 4 godziny. Przez pierwszą godzinę próbowaliśmy, ale już podczas tej próby muzycy sprawiali takie wrażenie jakby grali ten utwór po raz trzydziesty. Wszystkie solówki, wszystkie detale były od razu gotowe.Grali tak jak sobie wyobrażałem. Nazwisko dyrygenta Emil Tabakov - niewiele mówi polskim melomanom, ale jest to wybitny maestro w tej części Europy. Jedyne słowa, które mi przychodzą w tym momencie na myśl to - przygoda życia. Trochę dłużej siedzieliśmy później nad montażem i nadaniem utworowi ostatecznego kształtu.

Z. S. : Płyta jest dostępna.

M. D. : Znajdą ją Państwo zarówno w sklepach internetowych, jak i sklepach z płytami. Serdecznie Państwu polecam wszystkie utwory z tego krążka. Dla mnie największym sukcesem będzie jeśli muzycy zaczną sięgać po te utwory i pokazywać publiczności ich piękno.Moim wielkim marzeniem jest pokazanie tych utworów na terenie Polski Południowo - Wschodniej i w Filharmonii Lwowskiej.

Z Michałem Drewnowskim rozmawiała Zofia Stopińska. ( 10 stycznia 2017r.)

 

 

 

TREvoci w Przemyślu

TREvoci to trzej młodzi, wspaniale śpiewający tenorzy : Voytek Soko (pseudonim artystystyczny Wojciecha Sokolnickiego), Mikołaj Adamczak i Miłosz Gałaj. Rozmawiałam z Artystami na Zamku Kazimierzowskim w Przemyślu, gdzie 14 stycznia wystąpili z koncertem i zostali entuzjastycznie przyjęci przez publiczność.

Zofia Stopińska : Jak powstało "TREvoci"

Wojciech Sokolnicki ; Spontanicznie. Każdy z nas jest tenorem koncertującym osobno. Przed dwoma laty spotkaliśmy się z Miłoszem Gałajem na scenie przy boku pani Grażyny Brodzińskiej, jako tenorzy jej towarzyszący, a wcześniej jeszcze Mikołaj spotkał się z Miłoszem na innych scenach w Warszawie. Wpadliśmy na pomysł z Miłoszem Gałajem, że utworzymy zespół "TREvoci", zapytaliśmy Mikołaja Adamczaka, czy zgodzi się zaszczycić ten zespół swoim głosem, bo uważaliśmy, że idealnie do nas pasuje. Postanowiliśmy razem zaśpiewać i już podczas pierwszego wyjazdu zaprzyjaźnilismy się bardzo mocno i nie wyobrażamy sobie innego składu. Jak któryś z nas nie może zaśpiewać, to po prostu niewystępujemy.

Zofia Stopinska: Trzech tenorów - to po prostu także zespół kameralny.

Mikołaj Adamczak : Oczywiście, chociaż teraz śpiewamy na dużych scenach w Polsce. Niedługo jedziemy do Częstochowy, później zaśpiewamy w: Filharmonii Bałtyckiej, w Operze na Zamku w Szczecinie, w Poznaniu i w różnych miastach Polski. Mamy przyjemność występować nie tylko tak jak dzisiaj z dwoma pianistami, ktorych nazwaliśmy roboczo "Piano-orchestra", przede wszystkim występujemy z orkiestrami symfonicznycmi.

Zofia Stopińska: Wiele informacji o Was można znaleźć na stronie internetowej, bardzo dobrze redagowanej.

Miłosz Gałaj: Miło mi to słyszeć, bo to ja zajmuję się stroną internetową i promocją.

Zofia Stopińska : Działacie dopiero dwa lata jako zespół i macie już spory dorobek.

Wojciech Sokolnicki : Nie ukrywamy, mieliśmy szczęście, że pierwszy koncert zaśpiewaliśmy w Krakowie z panią Grażyną Brodzińską - wielką gwiazdą operetki i musicalu, a na kolejny koncert mieliśmy zaproszenie do Copernicus Center w Chicago i to był pierwszy bardzo ważny dla nas zagraniczny wyjazd. Mówiąc nieskromnie odnieśliśmy za oceanem sukces, który scementował nasz zespół. Utwierdził nas w przekonaniu, że chcemy działać wspólnie jako TREvoci.

Miłosz Gałaj : Przekonaliśmy się, że praca może też być dobrą zabawą i przenosić wiele przyjemności.

Zofia Stopinska: Wasze solowe kariery rozwijają się w różnych ośrodkach.

Wojciech Sokolnicki: W różnych teatrach i filharmoniach. Ja akurat jestem wolnym strzelcem i nie jestem związany z żadnym teatrem, Występuję często na różnych galach operowych. Śpiewam w dwóch zespołach - jestem współtwórcą TREVoci i Opera Night Group gdzie angażuję się zarówno jako śpiewak, jak i jako reżyser .Mogę powiedzieć, że jestem dobrze postrzegany przez publiczność, bo to publiczność zadecydowała że wygrałem w październiku 2016 r. w "Bitwie tenorów na róże" i otrzymalem różę w kolorze platyny.

Miłosz Gałaj : Ja natomiast jestem zawiązany z Akademią Muzyczną w Gdańsku, gdzie jestem wykładowcą i uczę śpiewu, oprócz tego współpracuję z Teatrem Muzycznym w Poznaniu, a także mam za sobą debiut reżyserski w musicalu "Fame".

Mikołaj Adamczak: Ja jestem związany z Teatrem Wielkim w Poznaniu, Operą na Zamku w Szczecinie, a od niedawna współpracuję także z "Narodnim Divadlem" w Ostrawie - jak żartuje Wojtek "Narodowym Dziwadłem". To są teatry w których śpiewam różne partie tenorowe.

Zofia Stopińska: Utarła się opinia, że niektórzy artyści nie przywiązują wielkiej wagi do koncertów w małych ośrodkach, określanych często słowem "prowincja".

Mikołaj Adamczak: To zależy jak ktoś rozumie znaczenie tego słowa, bo przecież Przemyśl nie jest prowincją. Nie po raz pierwszy jesteśmy tutaj i podziwiamy to piękne miasto. Przemyskie Centrum Kultury i Nauki Zamek organizuje bardzo profesjonalnie koncerty w bardzo pięknej sali. Miło nam, że zostaliśmy tutaj zaproszeni.

Wojciech Sokolnicki : Ja mogę tylko potwierdzić, że w tym ośrodku na Zamku Kazimierzowskim, prowadzonym wspaniale przez panią dyrektor Renatę Nowakowską odbywają się wspaniałe koncerty i często w wielkich miastach nie mamy takiej radości ze śpiewania jak tutaj. Może sama podróż trwa nieco dłużej, ale satysfakcja z występu jest ogromna.

Miłosz Gałaj : Myślę, że każdy jest kowalem swego losu i sam wystawia sobie postępowaniem wizytówkę i opinię. Nie ma lepszej i gorszej publiczności. Nie ma też znaczenia, czy to większy, czy mniejszy ośrodek. Każdy zasługuje na to samo zaangażowanie ze strony artystów. My staramy się każdy koncert wykonać jak najlepiej. Szczerze współczuję wykonawcom, którzy postępują inaczej.

Wojciech Sokolnicki: Dwa lata temu śpiewaliśmy tutaj koncert sylwestrowy z inną moją grupą artystyczną i staraliśmy się tak samo jak w Filharmonii Narodowej. Zresztą odbiór był podobny - i tam, i tutaj jest wspaniała publiczność. Nie ma różnic. Ludzie są wszędzie tacy sami.

Zofia Stopińska : Czy publiczność ma na Was wpływ w trakcie koncertu?

Mikołaj Adamczak: Czujemy atmosferę panującą na sali. Często od początku koncertu czujemy się tak, jakbyśmy śpiewali w domu dla rodziny, ale bywa i tak, że na początku czujemy pewien dystans.

Miłosz Gałaj: Takie koncerty jak dzisiejszy są dla nas bardzo ważne. Zdajemy sobie sprawę, że mieszkańcy Przemyśla stosunkowo rzadko uczestniczą w tego typu imprezach i tym bardziej chcieliśmy dostarczyć im wielu wzruszeń, staraliśmy się śpiewać jak najlepiej potrafiliśmy, a za wspaniałe przyjęcie serdecznie dziękujemy.

Z Wojciechem Sokolnickim, Mikołajem Adamczakiem i Miłoszem Gałajem rozmawiała Zofia Stopińska - 14 stycznia 2017r.

 

Artystyczne podróże Marka Stefańskiego stars

   Marek Stefański - wyśmienity wirtuoz, pedagog i organizator życia muzycznego należy do grona najbardziej aktywnych artystycznie polskich organistów, również na arenie międzynarodowej. Artysta urodził się w Rzeszowie, ukończył studia w krakowskiej Akademii Muzycznej w klasie organów prof. Joachima Grubicha, otrzymując w 1994 roku dyplom z wyróżnieniem. Działalność koncertową rozpoczął na początku studiów w Akademii Muzycznej, odbywając dwukrotnie jako organista - solista wraz z Krakowskim Akademickim Chórem "Organum" tournee koncertowe obejmujące większość krajów europejskich. Zwieńczone sukcesami koncerty podczas międzynarodowych festiwali muzyki sakralnej i organowej oraz uzyskane nagrody (m.in.I nagroda w ramach European Forum d'Art Sacre) otworzyly mu drogę do udziału w większości polskich i zagranicznych festiwali muzyki organowej. Od 1996 roku współpracuje z Bazyliką Mariacką w Krakowie (do 2007 roku był etatowym organistą). Od 1999 roku pracuje w Katedrze Organów Akademii Muzycznej w Krakowie, obecnie na stanowisku adiunkta. W 2013 r. na podstawie rozporawy naukowej oraz monografii płytowej poświęconej muzyce organowej kompozytorów krakowskich II połowy XX wieku, uzyskał w Akademii Muzycznej w Krakowie tytuł doktora habilitowanego.

   Marek Stefanski wystąpił dotychczas z koncertami w większości krajów Europy, w Ameryce Północnej i Południowej oraz Izraelu. Regularnie zapraszany jest na koncerty do Rosji, gdzie stał się jednym z najbardziej znanych zagranicznych organistów. Jest zasłużonym propagatorem polskiej muzyki organowej, szczególnie XX wieku, którą wykonuje równolegle ze sztuką improwizacji organowej. Bardzo często kompozytorzy proszą go o prawykonania utworów organowych. Dokonał licznych nagrań dla Polskiego Radia, Telewizji Polskiej oraz rozgłośni zagranicznych. Wspólnie z Radiem Kraków realizował cykl audycji "Antologia Organów Krakowa", a z Radiem Rzeszów nagrywał i prezentował na antenie radiowej brzmienie wartościowych organów Podkarpacia. Jest założycielem i dyrektorem artystycznym Festiwalu "Wieczory Muzyki Organowej i Kameralnej w Katedrze i Kościołach Rzeszowa", cyklu koncertów "Muzyka Organowa w Jarosławskim Opactwie" oraz "Wiosennych dni z muzyką organową w bazylice Jezuitów" w Krakowie.

   Marek Stefanski w maju 2016 roku, jako jedyny Europejczyk, reprezentował Stary Kontynent podczas "Festiwalu 5 continents - 5 organists" w Seulu w Korei Południowej. Kilka dni temu Kapituła Redakcji "Gazety Krakowskiej" nominowała Marka Stefanskiego do tytułu Osobowość Roku 2016 w kategorii "Kultura". Zapraszmy do śledzenia plebiscytu i głosowania na stronach serwisu internetowego pod adresem: www.gazetakrakowska.pl/osobowiści.roku a głosować można do10 lutego 2017 roku. Do udziału w plebiscycie przekona Państwa przeczytanie wywiadu przeprowadzonego 16 lutego w Krakowie.

Zofia Stopińska: Proszę opowiedzieć o artystycznych podróżach i koncertach które wykonał Pan w ostatnich tygodniach 2016 roku.

Marek Stefański : Wyjeżdżałem głównie na Wschód. W ostatnich dniach kalendarzowej jesieni, koncertowałem w ukochanej Rosjii. Mogę tak powiedzieć dlatego, że do Rosji zawsze z największą radością jeżdżę, ponieważ tamtejsza publiczność jest jedyna w swoim rodzaju. Oczekiwanie na muzykę, jej odbiór i wypełnione po brzegi sale koncertowe dostarczają wielkich przeżyć, których rzadko doświadcza się na zachodzie Europy. Tym razem byłem w miejscach z którymi jestem związany od wielu lat. Koncertowałem w Filharmonii w Twerze - to piękne, historyczne miasto pomiędzy Moskwą a Petersburgiem, niedaleko miejsca urodznia Piotra Czajkowskiego. Później pojechałem do Moskwy gdzie wystąpiłem z dwoma koncertami w Archikatedrze, która jest centrum muzyki organowej w Moskwie. Znajdują się tam duże organy, które zostały kilkanaście lat temu przekazane jako dar z Katedry z Bazylei w Szwajcarii, bo tam z kolei wybudowano zupełnie nowe organy. Ze względu na położenie w centrum miasta, Archikatedra w Moskwie służy także jako sala koncertowa, bo odbywa się tam nawet kilka koncertów tygodniowo. Są to nie tylko koncerty organowe, ale także muzyki chóralnej i oratoryjno - kantatowej. Koncertują tam organiści z całego świata, a teraz trwa piękny Festiwal Bożonarodzeniowy. Moje koncerty odbyły się w ramach regularnych koncertów organowych. Wystąpiłem 7 grudnia - dzień po Świętym Mikołaju, ale Rosjanie nie obdarowują się w tym czasie prezentami, ponieważ u nich robi to Dziadek Mróz w okresie Nowego Roku. Podczas recitalu sala była wypełniona po brzegi - trudno jest sobie wyobrazić w polskich realiach tak liczną publiczność. Jest to duży kościół wyposażony w infrastrukturę multimedialną - podczas koncetu przy ołtarzu zamieszczny jest ogromny ekran i dzięki temu słuchacze doskonale widzą co dzieje się na chórze i oglądają grającego organistę. Jest to dodatkowa atrakcja dla słuchaczy, bo w kościołach zazwyczaj organy bardziej słychać niż widać.

Z. S. : Dla grającego to także "atrakcja", poniewaź nie może sobie pozwolić na swobodę.

M. S. : Grający musi być przez cały czas stosownie ubrany i nie może sobie pozwolić na swobodne ruchy. Ktoś mi opowiadał, że dawno temu w jednym z kościołów, gdzie organista w podeszłym wieku, nie wiedząc iż jest już na wizji, przed rozpoczęcięm gry wyjął sobie szczękę, którą położył na kontuarze. Mówię o tym, aby uświadomić wszystkim jak trzeba uważać co się robi podczas takich koncertów.

Z. S. : Gdzie odbył się drugi Pana koncert w Moskwie?

M. S. :Także w bardzo pięknym miejscu, bo w Narodowym Muzeum Muzyki i Instrumentów Muzycznych im. M. Glinki. Jest to nowoczesny budynek, bardzo duży, z czterema kondygnacjami w których są zgromadzone imponujące zbiory instrumentów muzycznych z całego świata: stare skrzypce z najsłynniejszych pracowni lutniczych, fortepiany z czasów F. Chopina - wszystko na czym grano na świecie zostało tam zgromadzone.Są tam także ogromne zbiory manuskryptów wielkich kompozytorów rosyjskich z Piotrem Czajkowskim na czele. Organizuje się wiele wystaw. Jak byłem tam w grudniu ubiegłego roku, czynna była wystawa poświęcona znakomitemu trębaczowi rosyjskiemu, którego nagrania miałem na jednej z moich pierwszysch płyt gdy zacząłem interesować się organami, na trąbce grał z towarzyszeniem organów Timofiej Dokszycer. Wszystkie pamiątki po tym znakomitym trębaczu zostały tam zgromadzone - instrumenty, fraki koncertowe, batuty ( bo często także dyrygował) i wiele innych eksponatów. To muzeum dysponuje ładną salą koncertową w której niemiecka firma Schuke zbudowała instrument, który mnie jednak nie daje satysfakcji podczas gry. Natomiast w foyer tego muzeum znajdują się stosunkowo małe, bo 15-głosowe organy znakomitej firmy Ladegast z drugiej połowy XIX wieku, które miały bardzo burzliwą historię. Intrument ten został zbudowany na użytek bardzo bogatej rosyjskiej rodziny i stał w prywatnej willi w Moskwie. W czasie rewolucji został wyrzucony wraz z mieszkańcami tej willi. Ktoś te organy ukrył i przechował. Po drugiej wojnie światowej planowano, aby te organy służyły do oprawy muzycznej w czasie kremacji w Moskwie, ale na szczęście do tego nie doszło i w końcu instrument trafił do muzeum w stanie ruiny. Jedna z pracownic tego muzeum - pani Julia Łotowa, która sama jest organistką, postanowiła ten instrument uratować. Zdobyła fundusze, instrument został pięknie odrestaurowany i zdobi foyer Narodowego Muzeum im.Glinki w Moskwie. W tymże pięknym foyer, bardzo dobrym pod wzgledem akustyki, instrument ten znalazł swoje miejsce na stałe, a ponieważ Narodowe Muzeum im. Glinki jest również  organizatorem sezonu artystycznego, zostałem tam zaproszony do wykonania recitalu - postanowiłem wykorzystać te małe organy o cudownym, romantycznym, delikatnym brzmieniu. W foyer rozstawiono krzesła, mieści się tam ponad 150 osób i bardzo jestem rad, że mogłem tam zagrać.

Z. S. : Jaki reperutar trzeba przygotować na koncerty w Rosji?

M. S. : Rosjanie lubią każdy repertuar, najbardziej romantyczny, ale musi znaleźć się w programie muzyka Johanna Sebastiana Bacha.Nawet gdyby w repertuarze znalazły się wyłącznie utwory Bacha, to także byłoby dobrze. Lubią także duże formy muzyczne, bo Rosja to jest przestrzeń i chyba na wszystko jest inna, większa miara - łącznie z formami dzieł muzycznych.

Z. S. : Był Pan także w Gruzji.

M. S. : Tak, tuż przed Bożym Narodzeniem. Otrzymałem zaproszenie z Konserwatorium Muzycznego w Tbilisi do udziału w festiwalu organizowanym tam od ponad 20 lat w okresie Bożego Narodzenia i Nowego Roku. Odbywają się w ramach tej imprezy: recitale, koncerty kameralne, koncerty symfoniczne i zawsze jest jeden recital organowy. Po raz pierwszy byłem w Tbilisi i mogłem podziwiać piękny budynek Konserwatorium z salą koncertową na 550 osób w której zostały zbudowane 40-głosowe organy firmy Schuke z Poczdamu. W latach 60-tych i 70-tych ubiegłego stulecia, była to wiodąca firma organmistrzowska w bloku krajów demokracji ludowej. Warto podkreślić, że organy z Konserwatorium w Tbilisi, są jedynymi organami piszczałkowym w całej Gruzji. Na tych organach wykonałem bardzo urozmaicony repertuar - od muzyki przedbachowskiej, poprzez utwory Johanna Sebastiana Bacha, aż po utwory muzyki polskiej - wykonałem trzy utwory Feliksa Nowowiejskiego, które są wizytówkami polskiej muzyki organowej - "Pasterka w Katedrze na Wawelu", 'Boże Narodzenie w Kościele Mariackim w Krakowie" i "Boże Narodzenie w Polsce". Te utwory zostały z ogromnym entuzjazmem przyjęte przez słuchaczy, bo okazuje się, że Gruzini znają melodię kolędy "Gdy się Chrystus rodzi", a motyw tej kolędy przewija się w dwóch wymienionych (skrajnych) utworach. Gruzini są bardzo gościnni i serdeczni, a także lubią Polaków i podchodzą do nas z wielkim szacunkiem.

Z. S. : Koniec roku kalendarzowego był dla Was bardzo ciekawy. W sylwestrowy wieczór grali Państwo koncert organowy w Niemczech.

M.S. : Okazuje się, że w tradycję protestancką - luterańską, wpisane są sylwestrowe koncerty organowe. Razem z moją małżonką Agnieszką Radwan - Stefańską przyszło nam grać taki koncert w pięknej miejscowości niedaleko Dortmundu. Herford to miasto liczące ponad 1200 lat w którym mieszka około 65 tysięcy osób. Jest to niezwykle urokliwe miasto z pięknym gotyckim głównym kościołem protestanckim w centrum. W świątyni znajdują się organy na których można grać duże formy symfoniczne. Ponieważ kantor i główny organista tego kościoła studiował grę organową we Francji i słynie z mistrzowskich wykonań muzyki organowej, stąd tak duży i dobry instrument znajduje się w świątyni. Organowe koncerty sylwestrowe, mogę powiedzieć na przykładzie Herford, gromadzą bardzo dużo słuchaczy. Kościół był wypełniony publicznością. To ciekawy zwyczaj żegnania roku. Graliśmy z Agnieszką uroczyste utwory - jak chociażby Suita Teatralna - Jeremiaha Clarke'a,  bożo-narodzeniowe opracowania chorałowe - Johanna Sebastiana Bacha, oczywiście polskie akcenty w postaci pasterek - Feliksa Nowowiejskiego, no i trochę symfonicznej muzyki francuskiej. Mogę powiedzieć, że na wschodzie przeżyłem czas przygotowań do Bożego Narodzenia, a w Niemczech pożegnaliśmy 2016 rok.

Z Markiem Stefańskim rozmawiała Zofia Stopińska - 16 stycznia 2017r.

 

"Zamkowe Teatralia" w Przemyślu stars

"Zamkowe Teatralia " w Przemyślu

Za Zamku Kazimierzowskim w Przemyślu trwa zimowa odsłona cyklu imprez o nazwie "Zamkowe Teatralia". Co zaplanowali organizatorzy? - mówi pani Renata Nowakowska - dyrektor Przmyskiego Centrum Kultury i Nauki Zamek.

Zofia Stopińska : Bardzo różnorodne, pełne muzycznych akcentów są pierwsze imprezy 2017 roku na Zamku Kazimierzowskim.

Renata Nowakowska : Zimowa edycja "Zamkowych Teatraliów" jest organizowana w czasie świątecznym, noworocznym i karnawałowym - w zwiazku z tym wszystko zaplanowaliśmy pod kątem tego okresu. Stad też tak dużo imprez muzycznych, a także teatralnych w wykonaniu zaproszonych, znanych artystów działających w róznych ośrodkach w Polsce, jak i artystów przemyskich. Rozpoczęliśmy 5 stycznia cudownym koncertem Hanny Banaszak, która wyśmienicie śpiewała piosenki z tekstem. Za nami już także świetny koncert zespołu "TREvoci" w składzie: Voytek Soko, Mikołaj Adamczak i Miłosz Gałaj, który zaprezentował nam nowe spojrzenie nie tylko na operę, ale ogólnie na muzykę - klasyczne i jednocześnie zabawne, bardzo barwne, fantazyjne, kreatywne. Mówiąc krótko było cudownie. Już niedługo, bo 20 stycznia czeka nas wieczór piosenki poetyckiej, bo znakomita wokalistka jazzowa Lora Szafran zaprezentuje utwory nieodżałowanego barda kanadyjskiego Leonarda Cohena. Warto się na ten koncert wybrać. Mamy także warte polecenie propozycje teatralne. Andrzej Seweryn, którego reklamoważ nie trzeba, ponownie zagości na scenie Zamku Kazimierzowskiego - tym razem z monodramem "Szkoła żon" według Moliera. Ze spektakli teatralnych warto polecić widowiska teatralne w wykonaniu przemyskich artystów. Teatr "Fredreum" zaprezentuje "Żabulę", a Teatr S.A.N. wspaniały spektakl dla dzieci "Jaś Małgosia i...".

Z. S. :Przygotowaliście także wystawy.

R. N. : Polecam wystawę "## BEAUTY" - jest to połączenie fitigrafii z Wizażem i też zupełnie nowe spojrzenie na sztukę. Mamy także wystawę fotografii "Najpiękniejsze motyle dzienne Europy" i wystawę Ikon Zuzanny Bator.

Z. S. : W lutym odwiedzą Was także fani różnych gatunków muzyki przede wszystkim rockowej i jazzowej.

R.N. : Dla fanów muzyki rozckowej wystąpi Ray Wilson - ostatni wokalista legendarnej grupy "GENESIS", który wykona też kompozycje Phila Collinsa i swoje autorskie utwory. Zapraszam także na wieczory podczas których przedstawimy jeszcze inne propozycje Jak: "Bodo Musical" z Dariuszem Kordkiem w roli głównej, mówiący w spsób nietypowy o życiu Eugeniusza Bodo. Dla fanów jazzu z nardzo interesującym koncertem wystąpią: Stanley Breckenridge - czarnoskówry pianista, kompozytor, pedagog i wokalista oraz Jazz Band Ball Orchestra. Serdecznie na te wszystkie wydarzenia zapraszam.

Wywiad z Jackiem Rogalą

Wywiad z Panem Jackiem Rogalą - dyrygentem, kompozytorem, dyrektorem Filharmonii Świętokrzyskiej w Kielcach i Festiwalu Świętokrzyskie Dni Muzyki. Rozmowa zarejestrowana 6 stycznia w Filharmonii Podkarpackiej.

Zofia Stopińska : Z wielką nieśmiałością rozpoczynam tę rozmowę, bo jest Pan doświadczonym dziennikarzem radiowym i te związki trwają do dzisiaj, chociaż jest to już zupełnie inna forma współpracy.

Jacek Rogala : Pani związki z Polskim Radiem trwały dużo dłużej z tego co pamiętam. Współpraca z Polskim Radiem była dla mnie wielkim, wspaniałym doświadczeniem. Pracowałem w dwóch rozgłośniach – najpierw we Wrocławiu, gdzie trafiłem w szczególnym momencie, bo we wrześniu 1989 roku, w czasie wielkiego przełomu i globalnych zmian także w radiu. W krótkim czasie zniknęła cenzura, a z rozgłośni która otrzymywała kilkakrotnie 20 – 30 minut na samodzielne audycje, szybko rozrastaliśmy się do radia nadającego 24 godziny i to na żywo, a potem jeszcze Redaktor Naczelny – wspaniały, nieżyjący już poeta Lothar Herbst, tworzył Radio Miejskie, czyli nadawane były dwa programy 24-godzinne. Był to czas wielkiego otwarcia się. Nie działające od czasów stanu wojennego duże Studio Koncertowe Polskiego Radia we Wrocławiu zaczęło pracować pełną parą, nastąpiła reforma w taśmotece, radio oddzieliło się od telewizji – to były tylko początki.
Wiele doświadczeń, jak pani pamięta, nie było elektroniki i uczyłem się montować rozmowy i nagrania na taśmach radiowych na tzw. „węgrach”. To były ważne doświadczenia, które się potem przydawały przy pracach montażowych kiedy nagrywałem z orkiestrą utwory dla potrzeb Polskiego Radia.
Innym, ale bardzo ważnym doświadczeniem, które dzisiaj przydaje mi się w filharmonii,  była dla mnie praca w Programie II Polskiego Radia. To nie była tylko antena i audycje o muzyce współczesnej. We Wrocławiu byłem szefem Redakcji Muzyki Klasycznej, a w Warszawie szefem Redakcji Muzyki Współczesnej. Nie tylko planowałem audycja, ale także miałem kontakty z kompozytorami u których zamawiałem utwory, planowałem nagrania zespołów radiowych : NOSPR-u, Orkiestry Agnieszki Duczmal, Polskiej Orkiestry Radiowej, Chóru i Orkiestry w Krakowie. Planowałem także koncerty w Studiu S 1 Polskiego Radia im. Witolda Lutosławskiego w Warszawie. Kolejne obowiązki do: organizacja prawykonań, wydawanie płyt, prowadzenie transmisji z wielu festiwali , a także z koncertów Europejskiej Unii Radiowej. Nie wyjeżdżaliśmy na te koncerty, bo nie było pieniędzy, a transmitowaliśmy je siedząc w studiu w Warszawie. W jednym uchu miało się to co dzieje się na antenie w Warszawie, a w drugim co było w studiu w Londynie i trzeba było odpowiednio reagować. To były niesamowite doświadczenia, bardzo bogate. Zanim jednak dotarłem do radia na etat to już nagrywałem z orkiestrami radiowymi i wiele się równolegle działo. Pracowałem na etacie w radiu ponad 10 lat.

Z. S. : W tym czasie musiał Pan znacznie ograniczyć działalność jako dyrygent i kompozytor.

J. R. : Ta działalność zawsze była trochę ograniczona. Nie zrobiłem wielkiej kariery ani jako kompozytor, ani jako dyrygent, bo zawsze robiłem coś jeszcze. Pracę w Radiu Wrocław rozpocząłem jako student, a równocześnie byłem asystentem dyrygenta w Operze Wrocławskiej i równocześnie prowadziłem chór. W 1992 roku „ściągnięto” mnie do Warszawy do pracy w Ministerstwie Kultury, tam byłem pełnomocnikiem ministra ds. muzyki i to też było kolejne, nieprawdopodobne doświadczenie, bo należało do mnie doradzanie i opiniowanie w czasach wielkich przemian. Byłem zobowiązany do opiniowania decyzji dotyczących ministerialnych dotacji i musiałem czytać wszystkie wnioski, które wpływały, zapoznawać się z działalnością składających te wnioski i to do dzisiaj przydaje mi się w pracy eksperta i odczytywaniu dokumentów prawnych, oraz ich tworzeniu i proponowaniu pewnych rozwiązań. Do niedawna byłem w Radzie Artystycznej przy Ministrze Kultury i tam te doświadczenia bardzo mi się przydawały. Pracując potem w Polskim Radiu w Warszawie równocześnie byłem prezesem zarządu Polskiego Towarzystwa Muzyki Współczesnej i wiązało się to zarówno z działalnością animatorską, jak i organizacyjną. Od 2001 roku jestem dyrektorem Filharmonii Świętokrzyskiej w Kielcach.

Z. S. : Nic Pan nie mówi o komponowaniu.

J. R. : Bo tak naprawdę nie mam już czasu na komponowanie.  Dyryguję regularnie a dużo czasu zajmują mi sprawy związane z kierowaniem i planowaniem programów. Do tego 10 lat zajęło mnie i zespołowi moich pracowników zbudowanie nowego budynku dla Filharmonii Świętokrzyskiej. To nie było proste, bo korzystaliśmy jako jedni z pierwszych ze środków unijnych. Od pięciu lat ten budynek stoi, wszystko co w nim zaprojektowaliśmy sprawdza się, jest bardzo funkcjonalny, pozwala na różnorodną działalność i też sporo czasu zajęło nadanie mu życia i wizerunku. Zawsze moim działaniom artystycznym towarzyszyły inne zajęcia stanowiące podbudowę dla sztuki z których nadal nie chcę rezygnować. Trzeba wykorzystywać takie umiejętności.

Z. S. : Oprócz różnorodnych form koncertowych w Filharmonii Świętokrzyskiej powstaje sporo nagrań.

J. R. : Można powiedzieć, że dopiero rozkręcamy się w tej dziedzinie. Mamy bardzo dobrą pod  względem akustycznym salę, ale jesteśmy trochę na uboczu i oddaleni od dużych studiów z tradycjami jak w Warszawie czy Katowicach, ale artyści którzy do nas przyjeżdżają mają pełny komfort. Mogą nagrywać w dzień i w nocy, mają pewien luksus, bo nie muszą się ściśle trzymać zaplanowanych na nagranie godzin. Dobra akustyka i warunki nagrań powodują, że coraz częściej się u nas nagrywa. Niedawno pan Lisiecki nagrywał dla Deutsche Grammophon. Bazujemy jeszcze na ekipach  zewnętrznych jeśli chodzi o nagrania, ponieważ zaplecze sprzętowe mamy jeszcze skromne, a ponadto mamy mnóstwo zajęć z bieżącą działalnością. Orkiestra ma co najmniej cztery koncerty w miesiącu, oprócz tego zawsze mamy przynajmniej jeden koncert kameralny, jeden seans filmowy podczas którego pokazujemy często zapomniane, ale doskonałe filmy związane z tematyką artystyczną. Mamy doskonałą aparaturę i ekran, oraz salę i niejedno kino mogłoby nam pozazdrościć. Oprócz tego raz w miesiącu transmitujemy spektakle operowe z Metropolitan Opera w Nowym Jorku i raz w miesiącu w niedziele organizujemy koncerty edukacyjna ale familijne – dla całych rodzin (dzieci, rodzice i czasem nawet dziadkowie). To jest co najmniej osiem przedsięwzięć własnych każdego miesiąca, a oprócz tego  wynajmujemy nasze sale koncertowe i w związku z tym w sporo się u nas dzieje. Staramy się stworzyć koncertującym u nas artystom jak najlepsze warunki i najczęściej słuchacze nie wiedzą ilu zabiegów wymaga przygotowanie każdego koncertu, ale to jest fascynująca praca.

Z. S. : Wiadomo, że ma Pan doświadczonych pracowników, którzy dobrze znają swoje obowiązki, ale wszystkie działania musi Pan zatwierdzić, na Pana biurko trafiają do podpisu wszystkie faktury.

J. R. : Dyrektora nie omijają te rzeczy, oczywiście że robi to sztab ludzi, ale jednak dyrektor wszystko koordynuje, wyznacza pewne kierunki, pewne standardy i odpowiada za to wszystko.

Z. S. : Oprócz tego prowadzi Pan festiwal muzyczny – my mamy Muzyczny Festiwal w Łańcucie, a u Was są Świętokrzyskie Dni Muzyki.

J. R. : Nasz festiwal jest trochę inny – nie tak wielki jak Muzyczny Festiwal w Łańcucie. Świętokrzyskie Dni Muzyki narodziły się w latach 60-tych XX wieku z inicjatywy ówczesnego dyrektora Karola Anbilda, potem festiwal zniknął z mapy  kulturalnej na długo bo ponad 20 lat. Reaktywował go dyrektor Szymon Kawalla, nadając mu charakter festiwalu monograficznego, czyli przykładowo - raz królowała muzyka Chopina, raz Bacha, a raz Brahmsa. Jak zacząłem kierować Filharmonią, to zdecydowałem, że wracamy do korzeni i będziemy prezentować przede wszystkim muzykę polską, ale nie tylko. Staramy się zamieszczać w programach festiwalowych koncertów utwory, które nigdy dotąd nie były wykonywane w Kielcach. Z jednaj strony są to różnego rodzaju odkrycia naszej muzyki sprzed stuleci, a z drugiej strony trochę muzyki współczesnej. Oczywiście nie prezentujemy eksperymentów muzycznych takich jak na Warszawskiej Jesieni, ale jest sporo muzyki bardzo ciekawej, trafiającej do melomana który się nie specjalizuje we współczesnościach. Staram się też, aby każdego roku pojawiło się coś takiego jak koncert muzyki elektronicznej, bo myślę, że Kielczanie też muszą mieć szanse dotarcia do nowinek artystycznych. Ta muzyka się rozwija i nawet jeśli melomani z pewną rezerwą podchodzą do tego, i nawet jeśli to są propozycje dla mniejszego grona odbiorców, to według mnie filharmonia ma obowiązek też te odkrycia prezentować.

Z. S. : Interesuje Pana muzyka współczesnych polskich kompozytorów w sposób szczególny.

J. R. : Owszem znam dobrze polskie środowisko kompozytorskie, bo z niego też „jedną nogą” się wywodzę. Mam świadomość, że w porównaniu z tym co się dzieje w świecie w środowisku kompozytorskim, to nasi kompozytorzy są w czołówce. Tworzymy bardzo ciekawą muzykę. Cały XX wiek zaowocował rzeszą pierwszoligowych postaci na arenie Europy czy świata. Nie mamy się czego wstydzić. Ci najwięksi, z jednym wyjątkiem, już nie żyją, ale jeśli popatrzymy na nazwiska poza : Lutosławskim, Kilarem, Góreckim no i Pendereckim, który na szczęście wciąż na szczęście tworzy, to przecież jest naprawdę wielu wspaniałych twórców – na przykład; Zygmunt Krauze, Grażyna Pstrokońska – Nawratil, Lidia Zielińska, Paweł Mykietyn, Paweł Łukaszewski, Paweł Szymański – mógłbym wymienić jeszcze wiele nazwisk - jesteśmy potęgą. Trzeba twórczość współczesnych polskich kompozytorów pokazywać naszej publiczności.

Z. S. : Wracając do Pana studiów – najpierw studiował Pan kompozycję, a dopiero później  dyrygenturę.

J. R. : To się rozwijało równolegle, tylko to były czasy kiedy aby zdawać na dyrygenturę, trzeba było mieć jedne studia już skończone. Dyrygować zacząłem bardzo wcześnie. W liceum muzycznym założyłem orkiestrę złożoną z kolegów i ten zespół funkcjonował także podczas studiów Współpracowaliśmy z Chórem Politechniki Wrocławskiej i nagrywaliśmy dla radia, także komponowanie i dyrygowanie szło w parze – zresztą studia dyrygenckie zrobiłem w trzy lata.

Z. S. : Miał Pan szczęście do profesorów, bo prof. Grażyna Pstrokońska – Navratil  jest wspaniałą kompozytorką, a prof. Marek Pijarowski jest także wielkim mistrzem.

J. R. : Profesor Marek Pijarowski przyjął mnie od razu na trzeci rok, a poza tym prof., Grażyna Pstrokońska – Nawratil  i prof. Marek Pijarowski – widząc że ja wszechstronnie działam, bo między innymi organizowałem już wtedy festiwal muzyczny w moim rodzinnym Brzegu - z jednej strony wymagali tego, czego wymagać musieli, ale też pozwalali mi na trochę więcej, byli moimi opiekunami, a z czasem stali się moimi bliskimi przyjaciółmi i tak pozostało do dziś. Współpracujemy ze sobą i pomagamy sobie. To są ważne, o ile nie najważniejsze postaci w moim życiu.

Z. S.: Ma Pan na swoim koncie spory dorobek kompozytorski, ale są to w większości utwory napisane dosyć dawno. Czy zdarza się jeszcze sięgać po papier nutowy, aby coś nowego stworzyć.

J. R. : Owszem, zdarza się, ale bardzo rzadko. Niestety cały okres budowy Filharmonii był tak absorbujący, że nie dało się pisać, ale prze rokiem ktoś mnie namówił na krótki utwór na altówkę solo, mam też propozycję napisania dydaktycznego utworu na klarnet. Od czasu do czasu coś tam sobie piszę, albo aranżuję czy orkiestruję jak potrzeba, natomiast nie rozstaję się całkowicie z kompozycją. Często komponuję zasypiając, więc może kiedyś, gdy już będę miał więcej czasu wrócę do pisania muzyki, bo zawsze sprawiało mi to przyjemność.

Z. S. : Zajmuje się Pan także pracą pedagogiczną.

J. R. : Tak, przez wiele lat współpracowałem z Instytutem Edukacji Muzycznej  Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach, gdzie kształciłem adeptów dyrygentury chóralnej, a od października pracuję jako adiunkt w Akademii Muzycznej w Łodzi i myślę, że niedługo doprowadzimy do otwarcia klasy dyrygentury.

Z. S. : Ma Pan czas na częste wyjazdy i dyrygowanie w innych filharmoniach, poza Kielcami?

J. R. : Niestety nie zdarza się to zbyt często, bo staram się raz w miesiącu przygotować i poprowadzić koncert z moją orkiestrą, jest mnóstwo obowiązków związanych z zarządzaniem i mogę sobie pozwolić na to, aby najwyżej jeden tydzień w miesiącu wyjechać i przygotować oraz poprowadzić koncert z inną orkiestrą.

Z. S. : Pana zainteresowania muzyką są wszechstronne. W Rzeszowie dyryguje Pan koncertem, którego program wypełniają piosenki Whitney Huston.

J. R. : Najbardziej lubię dobrą muzykę, bez podziału na gatunki. Najczęściej pytany jestem o muzykę współczesną z racji tego, że przez wiele lat pracy w radiu się nią zajmowałem. Miałem także możliwość dyrygować prawykonaniami polskich utworów, ale to jest tylko cząstka mojej działalności. Dyrektorzy artystyczni orkiestr i dyrygenci najczęściej sięgają jednak po utwory Mozarta, Beethovena czy Brahmsa – czyli do klasyki. Kiedyś zdarzało mi się również prowadzić sporo koncertów z muzyka barokową, bo zaraz po studiach, przez kilka lat byłem pierwszym dyrygentem orkiestry „Capella Bydgostiensis” , która grała  sporo dawniejszej muzyki. Teraz rzadko dyryguję utworami z tego okresu, ale bardzo lubię także koncerty jazzowe – niedawno robiłem taki projekt „Chopin na jazzowo” i od czasu do czasu lubię poprowadzić koncerty muzyki rozrywkowej. Bardzo miło wspominam na przykład koncerty z Krystyną Prońko. Byłem w Rzeszowie kiedyś z Olgą Bończyk z pięknym programem z piosenkami Kaliny Jędrusik, mam też na koncie współpracę z Januszem Radkiem, czy Andrzejem Piasecznym. Traktuję to jako pewnego rodzaju odskocznię, ale wymaga to także specjalnych umiejętności, bo jest to inna praca niż dyrygowanie symfonią Beethovena – czasami wcale nie łatwiejsza wręcz przeciwnie, ale na pewno bardzo ciekawa i wzbogacająca.

Z. S. : Takie koncerty nie są także chlebem powszednim Orkiestry Filharmonii Podkarpackiej, ale jestem przekonana, że radzą sobie doskonale.

J. R. : Oczywiście. Muzycy tej orkiestry doskonale wiedzą, że podczas udziału w takich koncertach mają okazję zdobyć nowe umiejętności i chętnie grają również tego rodzaju muzykę. Robią to bardzo dobrze.

Subskrybuj to źródło RSS