Grać lepiej od siebie samego z wczoraj
Krzysztof Jakowicz - skrzypce fot Archiwum Filharmonii Podkarpackiej..

Grać lepiej od siebie samego z wczoraj

Zapraszam Państwa na spotkanie z maestro Krzysztofem Jakowiczem, jednym z najwybitniejszych skrzypków naszych czasów.  Jego występy zawsze są gorąco oklaskiwane przez publiczność i wysoko oceniane przez znawców muzyki. Artysta cieszy się ogromnym szacunkiem licznego grona przyjaciół i  melomanów, którzy cenią go także za erudycję i kulturę osobistą.

Rozmawiamy 22 maja 2022 roku wieczorem w Łańcucie przed recitalem, który Maestro wykona z pianistą Robertem Morawskim w ramach 65. Muzycznego Festiwalu w Łańcucie. Wiele razy występował Pan w Łańcucie na zaproszenie Filharmonii Podkarpackiej . Pamięta Pan swój pierwszy koncert w ramach festiwalu?

      Nie pamiętam, ale zdaje się , że był to koncert z zespołem kameralnym Warszawskiego Towarzystwa Muzycznego  „Con Moto ma Cantabile” i graliśmy wtedy miedzy innymi koncert Vivaldiego.Grałem tu wielokrotnie i zawsze było to dla mnie ważne wydarzenie, bo to jest wyjątkowe miejsce. Dobrze pamiętam jak przed  laty występowałem w sali balowej z: Orkiestrą Leopoldinum, Danielem Olbrychskim , synem Jakubem, Waldkiem Malickim i kilka razy z panem Robertem Morawskim, prezentowałem także skrzypce wykonane przez polskich lutników.

Z tym miejscem wiążę się wiele artystycznych wzruszeń. Nie wszyscy zwracają uwagę na piękno zamku i otoczenia. Przechodzimy przez granicę nad fosą i następuje rodzaj  katharsis. Wchodzimy do pięknego pałacu i udajemy się do przepięknej sali balowej, a  dzięki temu „oczyszczeniu się” po drodze, łatwiej pozbyć się wszystkich problemów i słuchać muzyki mistrzów. Najczęściej grywałem tu utwory wielkich kompozytorów: Vivaldiego, Bacha, Mozarta, Wieniawskiego, Szymanowskiego… Naszym, artystów zadaniem jest wprowadzić Państwa w odpowiedni nastrój do przeżywania muzyki pisanej przez geniuszy.

Ja natomiast dobrze pamiętam Pana recital złożony z utworów Johanna Sebastiana Bacha, który był prologiem do 50. Muzycznego Festiwalu w Łańcucie. Ogromne wnętrze świątyni znakomicie wypełnił Pan szlachetnymi dźwiękami jednego niewielkiego instrumentu. Publiczność była zachwycona.

         Świątynia jest miejscem szczególnym. Sacrum i dzieła sztuki dopełnia muzyka Bacha, która we wnętrzach kościelnych, w akustyce z dużym pogłosem brzmi szczególnie. Często gram na letnich festiwalach w kościołach. Dla mnie po tych koncertach największym sukcesem jest kiedy ludzie podchodzą i mówią, że dotąd byli przekonani, iż w kościołach odbywają się jedynie koncerty organowe, a przekonali się, jak pięknie brzmią także skrzypce, niewielki instrument mający zaledwie cztery struny. Najczęściej gram utwory Bacha, jednego z geniuszy, który przekazuje nam w swoich dziełach fascynacje harmonijnego układania dźwięków. Jak mawia ks. prof. Michał Heller, wybitny polski duchowny katolicki, kosmolog, filozof i teolog, „…muzyka Bacha wpisuje się w matematyczną budowę wszechświata”.

Kilka razy Maestro utrwalił Sonaty  i partity na skrzypce solo Bacha.

        Kiedyś nagrałem je wszystkie dla Polskiego Radia, a potem nagrałem je jeszcze dwukrotnie, z tym, że trzeciego nagrania nie opublikowałem. Moje spojrzenie na Bacha ciągle się zmienia i gdyby mi starczyło życia nagrałbym je jeszcze raz, dlatego, że teraz jeszcze głębiej docieram do sedna tej muzyki, do polifonii, która na skrzypcach jest dosyć trudna do pokazania za pomocą czterech strun, czterech palców i smyczka. Pianiści i klawesyniści mają o wiele łatwiej. Te trudności gry na skrzypcach są bardzo pasjonujące i fascynujące,. Chociaż gram już kilkadziesiąt lat  na skrzypcach, ciągle mam  ochotę i zapał , żeby odkrywać coraz to nowe przestrzenie w tej muzyce, która jest jakby kosmosem w zapisie nutowym Bacha.

Gra Pan na skrzypcach już ponad 75 lat.  Kiedyś w wywiadzie radiowym emitowanym w Programie II Polskiego Radia, mówiąc o swojej pracy na formą artystyczną i codziennym ćwiczeniem, stwierdził Pan,  …codziennie staram się grać lepiej od siebie samego z wczoraj”.

      To prawda, że gram na skrzypcach już ponad siedem dekad. Swojego creda nie zmieniam. Ono jest szalenie ważne. Codziennie trzeba się trzeba starać być lepszym muzykiem. Pamiętam swoje wczesne lata, kiedy się uczyłem we Wrocławiu i mojemu profesorowi, pewien człowiek, który był kierownikiem sekcji smyczkowej w całym Wrocławiu, zabronił zadawać mi kaprysów Paganiniego. Powiedział stanowczo: „Panie profesorze, dopiero w wyższej szkole mogą grać te kaprysy.” Teraz już małe dzieci grają kaprysy Paganiniego w wielką łatwością. Powiedział to chyba z zazdrości, kiedy zauważył, że jestem zdolny.

Dlatego grałem kaprysy Paganiniego dopiero na studiach. Podczas recitalu dyplomowego wykonałem 6 kaprysów i do dzisiaj je ćwiczę, chociaż nie gram ich na estradzie, w pewnym sensie dzięki temu człowiekowi, który zabronił mi je grać. Ciągle odkrywam nowe sposoby grania i ćwiczenia. Jako człowiek, który ma już ponad 80 lat, nie mając już tak sprawnych jak w młodości mięśni i ścięgien, muszę znajdować nowe sposoby, żeby rzeczywiście być lepszym dzisiaj niż wczoraj.

Czy publiczność ma wpływ na wykonanie?

        Oczywiście, odbieram energię płynącą od publiczności. Warunek jest jeden, koncert, który gram w mojej świadomości jest najważniejszy w moim życiu. Niezależnie od tego czy gram w Łańcucie, Paryżu, Zalesiu Górnym  czy Warszawie. Koncert, który gram dzisiaj jest najważniejszy i publiczność, która wypełnia salę, przede wszystkim ci, którzy przyszli po raz pierwszy dzisiaj na koncert są najważniejsi.

       Dostaję od nich zwrotną, dobrą energię. To jest bardzo ważne, bo jak wszyscy wiemy, ostatnio wokół nas krąży bardzo dużo złej energii. Bardzo boleśnie odczuwają to osoby starsze, w moim wieku. Urodziłem się 30 września 1939 roku i bardzo boleśnie odczuwam toczące się wojny niosące śmierć i nieszczęścia, gromadzenie broni zamiast instrumentów, pomocy naukowych i wszystkiego, co pomaga ludziom rozwijać swoją wrażliwość. To jest dosyć bolesne dla człowieka, którego treścią życie jest dzielenie się swoimi umiejętnościami, swoją wizją muzyki.

W Pana życiu artystycznym prawie równoważyły się koncerty solowe i kameralne.

         Można tak powiedzieć. Był okres, kiedy grałem sporo muzyki kameralnej, zwłaszcza wtedy, kiedy zaproszono mnie do Kwintetu Warszawskiego z Władysławem Szpilmanem przy fortepianie. Najpierw pierwszym skrzypkiem był Bronisław Gimpel, a później ja przejąłem funkcję I skrzypka. Objechaliśmy wtedy pół świata, chociaż grałem w tym zespole dosyć krótko, ale w owym czasie to był jeden z najlepszych zespołów kameralnych na świecie.Twórcami zespołu byli Władysław Szpilman i Bronisław Gimpel,  skład zespołu się zmieniał, a grali w nim tak znakomici muzycy jak m.in.: Tadeusz Wroński, zmarły niedawno Stefan Kamasa, Aleksander Ciechański, Andrzej Orkisz.

         Oprócz tego grałem w innych kameralnych składach, ale zawsze chciałem być solistą.

Od 1966 roku jest Pan związany z Uniwersytetem Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie. Od 2016 roku jest Pan Profesorem honorowym, a w 2025 roku otrzymał Pan najwyższy akademicki tytuł honorowy nadawany przez uczelnie osobom szczególnie zasłużonym dla nauki i kultury – doktorat honoris causa.

       To jest nadzwyczaj miłe i sympatyczne. Jestem zachwycony tym faktem, ale nie do końca jestem przekonany, że to mnie się należy. Wciąż mam w stosunku do siebie wielkie wymagania

       Zrezygnowałem z uczenia w wieku 70 lat. Mogłem jeszcze nadal uczyć, ale poszedłem do rektora we wrześniu, tuż przed 70 urodzinami, w trakcie przygotowań  moich studentów do organizowanego przez uczelnię Międzynarodowego Konkursu im. Tadeusza Wrońskiego na Skrzypce Solo. Byłem bardzo zmęczony, bo okazało się, że moi studenci, którzy mieli w tym konkursie uczestniczyć, za mało ćwiczyli w czasie wakacji i codziennie miałem z nimi lekcje. Miałem nadzieję, że pan rektor poprosi mnie o kontynuowanie pracy na etacie , ale ze zdziwieniem usłyszałem: „Idzie pan na emeryturę. Ma pan jeszcze na pierwszym i na drugim roku dwie osoby, proszę je doprowadzić do dyplomu.”

Nie byłem przygotowany na taką decyzję,, ale uniosłem się honorem i  postanowiłem zostać emerytem. Przez to straciłem 15 najlepszych lat swojego życia na uczenie. Mój potencjał jako pedagoga nie został wykorzystany.

Słyszałam, że przyjmował Pan do swojej klasy zarówno bardzo utalentowaną młodzież oraz osoby może mniej zdolne, ale przede wszystkim pracowite.   

        Jest wielu pedagogów, którzy zabiegają o zdolnych uczniów i dzięki nim budują swoje nazwisko. Nigdy nie wybierałem sobie uczniów, podobnie jak prof. Tadeusz Wroński i Josef Gingold.  Uczyliśmy wszystkich, którzy się do nas zgłaszali, ale mimo to mogę powiedzieć z satysfakcją i radością, że udało mi się  wychować skrzypka, który gra lepiej niż ja. Jest to mój syn Jakub. 

Wielu moich wychowanków z powodzeniem działa za granicą, są cenieni i pełnią ważne funkcje. Moim wychowankiem był nieżyjący już wspaniały skrzypek i pedagog Jan Stanienda. Profesor Rakowski uczył w Londynie i Manchesterze, był też liderem Polskiej Orkiestry Kameralnej, Magda Suchecka jest profesorem w Bostonie, Paweł Zalejski i Bartosz Zachłod  - skrzypkowie Apollon Musagete Quartett  to także moi wychowankowie, Zosia Kuberska  jest koncertmistrzem Orkiestry Sinfonica do Porto Casa da Musica. Christian Danowicz  jest liderem Orkiestry Leopoldinum, Marcin Markowicz jest założycielem i skrzypkiem  Lutosławski Quartet i koncertmistrzem Orkiestry Polskiego Radia w Warszawie. Studiowali w mojej klasie także skrzypkowie pochodzący z Rzeszowa, a wśród nich Violetta Ząbek, koncertmistrz Orkiestry Symfonicznej Castilla y León w Valladolid i Piotr Szabat, który jest pierwszym skrzypkiem w Stuttgarter Kammerorchester. Mógłbym  wymienić jeszcze sporo osób, a większość z nich żyje i działa niestety za granicą.

Mnóstwo Japończyków przewinęło się przez moje ręce, bo dosyć długo byłem gościnnym profesorem w Soai University w Osace i tam miałem kilkudziesięciu studentów. Miałem też propozycję dłuższego  kontraktu w Tokio, tak samo Bronisław Gimpel po wyjeździe do Stanów Zjednoczonych chciał, żebym był jego asystentem.

Można śmiało powiedzieć, że nadal Pan uczy, bo jest Pan często zapraszany do prowadzenia różnych kursów, a niedawno został Pan zaproszony do prowadzenia zajęć w UMFC.

       Spotkanie odbyło się z inicjatywy JM rektora Tomasza Strahla i wzbudziło olbrzymie zainteresowanie wśród studentów. Otrzymałem sporo pozytywnych, sympatycznych odzewów, że się podobało nadzwyczajnie i jest bardzo potrzebne. To jest znakomity pomysł, żeby ludzie, którzy mają doświadczenie spotykali się z młodzieżą i dzielili się swoją wiedzą. Dla mnie to było wielkie przeżycie, bo spotkanie odbyło się w tej samej klasie, w której uczyłem przez kilkadziesiąt lat. Odezwało się kilku moich wychowanków, którzy podzielili się swoimi wspomnieniami.

Trzeba podkreślić, że spotkanie studenta z nauczycielem musi zawsze być przeżyciem inspirującym i radosnym.  Radość ze spotkania z muzyką, ze sztuką powinna pozostać w tych ludziach na całe życie. Nawet jeśli nie będą grali, żeby słuchali muzyki, żeby byli wrażliwi na inne rodzaje sztuki.Słyszałem, że w jakiejś szkole muzycznej dziecko wyszło z egzaminu dyplomowego, skrzypce w futerale włożyło do kosza i wyszło ze szkoły. To jest dramatyczna sytuacja dla tego dziecka, dla szkoły i dla rodziców, którzy wiele wysiłku wkładają, żeby dziecko miało kontakt ze sztuką.

Mam także kontakty z małymi dziećmi. Prosto z Łańcuta jadę do miejscowości Świątniki Górne, gdzie jest Szkoła Muzyczna I stopnia. Spotkam się tam z dziećmi i może nawet oprócz zajęć będziemy wspólnie grać w duetach. Bardzo ważne jest byśmy uświadomili dzieciom, ich rodzicom, że ich obecność oraz zaangażowanie jest zauważalne i ogromnie potrzebne dla społeczeństwa. To da im impuls, żeby jeszcze bardziej  przykładać się do tego co robią i odkrywać wrażliwość. Nawet jeśli nie zostaną muzykami, z pewnością będą dobrymi ludźmi. To jest także głównym celem pedagogiki muzycznej.

Dlatego pojadę do Świątnik Górnych pod Kraków i będę pracował z dziećmi najlepiej jak potrafię.

Na półce z płytami mam sporo albumów z nagraniami Maestro Krzysztofa Jakowicza. Z nowych płyt wydanych nakładem Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina  mam album Krzysztof Jakowicz : Live w UMFC – Krzysztof Jakowicz, Jakub Jakowicz, Tomasz Strahl, który nagrodzony został Fryderykiem w kategorii Album Roku Muzyka Kameralna

       Są to dwie płyty. Z  moim synem gram duety na rozpoczęcie Konkursu im. Wrońskiego przed laty i z panem prof. dr hab. Tomaszem Strahlem gramy utwory Kodály’a. Nie są to może idealnie spreparowana nagrania, ale mają one w sobie ważny walor autentyczności, mają żywość. Natomiast w zeszłym roku otrzymaliśmy z panem Robertem Morawskim,  profesorem UMFC, Fryderyka także w kategorii duety, Są na tej płycie utwory Paderewskiego, Wieniawskiego i Lutosławskiego. Parę lat temu otrzymałem także Fryderyka za całokształt. Te nagrody są dla mnie wyzwaniem, żeby dalej działać. Niekoniecznie zdobywać Fryderyki, ale ciągle nagrywać.

Mam także dobre, moim zdaniem najlepsze nagrania, które ma wydać Polskie Radio. Są to także nagrania live z mieszkającą od lat w Szwajcarii pianistką Joanną Bocheńską, zarejestrowane podczas koncertu w Filharmonii Narodowej. Nagrałem też dużo utworów polskich kompozytorów. Między innymi nam (Krzysztof i Jakub) dedykowane utwory Sławomira Czarnieckiego: Concerto liliowe na dwoje skrzypiec i Concerto Hombark, III Koncert skrzypcowy Grażyny Bacewicz, bardzo rzadko wykonywany Koncert skrzypcowy Moszkowskiego, Koncert skrzypcowy \Meyera, są także obydwa koncerty Szymanowskiego, a oprócz tego Karłowicz i  Wieniawski oraz Łańcuch i Partita Lutosławskiego…

Jest tego sporo i może szkoda, że na razie nie są planowane wydania ich. Nie interesują mnie nagrody, ale to, żeby dzielić się tym z ludźmi. To jest dla mnie najważniejsze.

Miał i ma Pan szczęście w życiu.  Spotkał Pan na swojej drodze wielu wybitnych artystów. Z pewnością bardzo ważnymi autorytetami byli dla Pana mistrzowie Tadeusz Wroński i Witold Lutosławski.

To prawda. W dołączonej do płyty, która nagrałem z Robertem Morawskim książeczce jest cały list od Witolda Lutosławskiego, w którym napisał do mnie o Sonacie Debussy’ego w moim wykonaniu, która bardzo mu się podobała. Była potem wymiana korespondencji.  Ja napisałem list, jak zachwyciłem się jego Koncertem wiolonczelowym, że myślę iż marzeniem każdego skrzypka jest żeby napisał coś na skrzypce. Wkrótce otrzymałem list, w którym Lutosławski napisał, że na razie nie ma pomysłu, ale jak będzie miał, to go zrealizuje.

Niedługo skomponował Łańcuch i Partitę, które ja prawykonywałem w Polsce. Później miałem także zaszczyt grać je podczas ”Warszawskiej Jesieni”, a także   z Filharmonią Izraelską, w Niemczech i Hiszpanii. Miało to ogromny wpływ na moją działalność koncertową.

Wpływ na moją grę i rozwój mieli też nauczyciele. Profesor Tadeusz Wroński był także moim przewodnikiem duchowym. Stawiał  swoim studentom horoskopy i mnie powiedział „…będziesz Krzysiu długo żył i dopiero po sześćdziesiątce będziesz grał tak jak sobie wyobrażasz.” Próbuję pomagać temu horoskopowi.

Drugim ojcem duchowym był dla mnie Josef Gingold. Niedawno dowiedziałem się od Mietka Szlezera, że Gingold uważał mnie za najzdolniejszego człowieka w swojej klasie. To także jest zobowiązujące. Nie chwalę się tym, tylko steram się udowodnić, że może było w tym stwierdzeniu  coś \słusznego. 

Tak samo w dzieciństwie uczył mnie profesor Bindes, który przyjechał ze Związku Radzieckiego. Jak wspominał mój tato, nasze lekcje były spektaklami. Profesor tańczył, śpiewał, a ja razem z nim. Był wspaniałym człowiekiem, którego uwielbiałem. W 1957 roku okazało się, że musi wyjechać do Izraela. Byłem bardzo zdziwiony, że zostawia mnie na roku dyplomowym, nie rozumiałem dlaczego nie może jeszcze rok poczekać.

Przez ten rok uczyłem się u profesora Grobelnego koncertmistrza Filharmonii Wrocławskiej, który pochodził z Rzeszowszczyzny.. Był także nadzwyczajnym człowiekiem. Bardzo dobrze przygotował mnie do dyplomu. Pamiętam, że grałem wtedy Koncert Mendelssohna. Opieką otaczał mnie też ojciec Marka Pijarowskiego – profesor Wiktor Spodenkiewicz, który był wicedyrektorem szkoły do spraw muzycznych i także uczył gry na skrzypcach. Także on skontaktował mnie z prof. Wrońskim, a w czasie studiów bardzo  interesował się moimi postępami.

W moim doktoracie honoris causa jednym z recenzentów był Marek Pijarowski, który wspomniał w swym referacie, że ojciec często mówił: „Jakowicz… Tak, to będzie skrzypek światowego formatu”.

Chcę także powiedzieć, że pod  batutą Marka Pijarowskiego grałem najczęściej poza Jurkiem Maksymiukiem.  Z pewnością wykonaliśmy wspólnie w sumie ponad 100  koncertów: we Wrocławiu, kiedy był dyrektorem oraz podczas tournée z Filharmonią Wrocławską m.in. po Włoszech i Hiszpanii. Miałem przyjemność być solistą podczas licznych tournée innych polskich orkiestr – z Filharmonią Narodową, Polską Orkiestrą Kameralną, Sinfonią Varsovią, NOSPR,  Filharmonią Łódzką, Śląską, Krakowską, Bydgoską, Gdańską, Orkiestrą „Amadeus” …

Spotykam na swojej drodze zawodowej wspaniałych kolegów.

Ma Pan piękne życie. Od najmłodszych lat otacza Pana muzyka.

       Tak, to jest piękne. Dzisiaj zmusiła mnie pani do wspomnień. Taka rozmowa się nigdy nie powtórzy. Ja generalnie żyję teraźniejszością. Jestem zafascynowany czeską literaturą, zwłaszcza  Bohumilem Hrabalem i innymi mądrymi Czechami, którzy umieją żyć teraz, bo nasze życie trwa w tym momencie. Taka sytuacja jak teraz nigdy się nie powtórzy. Jak się spotkamy za jakiś czas będzie zupełnie inaczej. Ostatnio zorientowałem się, że jestem w dosyć poważnym wieku, a ciągle zachowuję się niepoważnie. Być może wynika to  z tego, że szczęśliwi nie liczą lat.

Pewnie również dlatego, że ma Pan wspaniałą rodzinę i wszyscy najbliżsi są muzykami. Od wielu lat gra Pan razem z synem Jakubem, a ostatnio także często z wnukiem.

       Wcześniej tworzyliśmy kwartet skrzypcowy z moją żoną, córką i synem. Moja córka uczy w prywatnej szkole muzycznej dzieci, które niekoniecznie będą muzykami. Najważniejsze jest to, że przychodzą bardzo chętnie, a po ukończeniu szkoły często przychodzą po rady. Mało tego, córka ma w sobie tak dużo entuzjazmu, że czasem nawet rodzice proszą ją także o lekcje. To jest niesłychany dar zjednywania sobie ludzi i traktuje ich z największą powagą . Uważam, że to jest wielki sukces naszej córki.

Żona też jest bardzo skromną osobą, a wybitną skrzypaczką. Kiedyś grała w Trio Warszawskim  z pianistką Krysią Borucińską i wiolonczelistką Basią Marcinkowską, a także świetnie uczyła. Ciągle ją wspominają studenci i wielu utrzymuje z nią kontakt, okazując w ten sposób swoją wdzięczność.

Kolejna generacja to Córka Ewa, o której już wspomniałem. Jej mąż, Hadrian Filip Tabęcki jest wybitnym aranżerem, pianistą i kompozytorem, W zeszłym roku razem z panią Kasią Żak otrzymali na festiwalu w Opolu nagrodę za piosenkę, a poza tym często występuje z czołowymi gwiazdami. Czasami jestem przez niego zapraszany do udziału w koncertach – gramy tanga i muzykę filmową.

Mają trójkę dzieci. Jeremi Tabęcki – klarnecista był muzykiem roku. Marta grała na flecie, obecnie kończy szkołę teatralną  i bierze udział w przedstawieniu Don Giovanni, które dostało bardzo ciekawe recenzje. Teraz została ponownie zaangażowana i wystąpi z czołowymi aktorami w spektaklu Damy i huzary. Trzeci mój wnuk Janek Tabęcki studiuje w Londynie, niedługo skończy fortepian, a teraz zajmuje się muzyką elektroniczną i od czasu do czasu gramy razem. Jest idealnym partnerem i rozumiemy się doskonale,

Ze strony Kuby jest córeczka Julka, która ostatnio zaczęła się zajmować muzyką Ma już za sobą debiut w Teatrze „Buffo”, była jedną z aktorek z spektaklu Piotruś Pan, a obecnie interesuje się piosenką. Byłem na paru jej popisach i przekonałem się, że śpiewa nadzwyczajnie.

Najmłodszy jest Zygmuś. Nie uczy się muzyki, ale ma idealny słuch i teraz zajmuje się  tzw. baetboxem, i być może zrobi największą karierę z nas wszystkich, chodzi na zajęcia  i śpiewa fenomenalnie. Ciekaw jestem jak mu się powiedzie w życiu, ale potencjał ma olbrzymi.

Jestem szczęśliwym człowiekiem, a jednocześnie mam wokół siebie dobrych ludzi; empatycznych, chcących pomagać innym.

Bardzo interesujący, różnorodny i zarazem trudny będzie program jutrzejszego koncertu.

       O to nam chodzi. Chcemy pokazać muzykę Mozarta, Schuberta, oraz dwóch genialnych skrzypków i kompozytorów: Kreislera oraz Sarasatego. Mam nadzieję, że bez bisów się nie obejdzie. Bardzo się cieszę na to spotkanie z publicznością. To będzie znowu najważniejszy koncert w moim życiu.

Dziękuję bardzo za rozmowę. Z niecierpliwością czekam na  jutrzejszy koncert,

      Ja również bardzo dziękuję za spotkanie.

 

Dla tych, którzy nie byli 23 maja 2026 roku w Sali balowej Muzeum Zamku w Łańcucie krótka insformacja. Koncert w wykonaniu maestro Krzyszytofa Jakowicza i pianisty Roberta Morawskiego był rewelacyjny, zakończył się długimi owacjami na stojąco na stojąco, bo mistrzowskie kreacje poruszały, wzruszały i zachwycały. Artyści obdarowali publiczność przepięknymi utworami Fryderyka Chopina. Sergiusza Rachmaninowa i Astora Piazzolli w opracowaniu na skrzypce I fortepian. Długo, a może nawet do końca życia będę pod wrażeniem mistrzowskich kreacji. To był wspaniały wieczór.

                                                                                                                                                                                                                                                                   Zofia Stopińska