Sięgajmy po to, co najlepsze w naszej kulturze
Zapraszam Państwa na spotkanie z panem Pawłem Przytockim, wybitnym dyrygentem, dyrektorem artystycznym Filharmonii Łódzkiej i wykładowcą Akademii Muzycznej im. Krzysztofa Pendereckiego w Krakowie. Rozmowa została zanotowana podczas przygotowań do koncertu, który odbył się 5 września tego roku w Krośnie w ramach organizowanego przez Filharmonię Podkarpacką programu „Przestrzeń otwarta dla muzyki”.
Bardzo rzadko przyjeżdża Pan do Krosna aby dyrygować koncertem.
To prawda. Częściej jestem w Krośnie ze względów rodzinnych , niż artystycznych .W Rzeszowie zaś częściej dyryguję. Koncert, który odbędzie się w najbliższą sobotę w Kościele Farnym w Krośnie organizuje Filharmonia Podkarpacka i jest on w całości sfinansowany z budżetu Województwa Podkarpackiego.
Przepiękne utwory zabrzmią podczas tego wieczoru.
Koncert rozpocznie Adagietto czwarta, najsłynniejsza część V Symfonii Gustava Mahlera. Powszechnie ta część uważana jest za muzyczny list miłosny skierowany do żony Almy.
Później zabrzmi Legenda Henryka Wieniawskiego, która nawiązuje do trzeciego dzieła. Partie solowe wykona znakomity polski skrzypek Wojciech Niedziółka.
Z Orkiestrą Symfoniczną Filharmonii Podkarpackiej wykonamy poemat symfoniczny Stanisław i Anna Oświecimowie Mieczysława Karłowicza, aby podkreślić, że w tym roku przypada 150 rocznica urodzin kompozytora. Jednocześnie w Krośnie urodził się i pochowany jest malarz Stanisław Bergman, który namalował obraz Stanisław Oświecim nad trumną Anny. Obraz ten był dla Mieczysława Karłowicza impulsem do stworzenia wspaniałego poematu. Kopia tego obrazu znajduje się w kaplicy kościoła Franciszkanów, a krypcie grobowej tej świątyni pochowani są Stanisław i Anna Oświecimowie. Zawsze marzyłem, żeby ten utwór zabrzmiał w Krośnie i to będzie pierwsze wykonanie tego poematu w moim rodzinnym mieście.
Warto podkreślić, że z solistą Wojciechem Niedziółką i Orkiestrą Symfoniczną Filharmonii Łódzkiej pod Pana batutą została nie tak dawno nagrana płyta CD z koncertami skrzypcowymi Henryka Wieniawskiego i Zygmunta Noskowskiego. Jestem zachwycona tym nagraniem, zresztą płyta była nominowana do nagrody fonograficznej Fryderyk.
Ja także jestem bardzo zadowolony z tego nagrania, bo ono w pewien sposób „złamało” wytarte koleiny interpretacji, które powstały wokół Koncertu Henryka Wieniawskiego.
Ponad 40 lat jest Pan dyrygentem Okrągła rocznica minęła niepostrzeżenie..
Tak, ale nie obchodzę jubileuszy i nie idę w ślady moich kolegów, którzy każde mijające 5-lecie działalności podkreślają serią koncertów. Uważam, że swoją ważność podkreślamy tym co robimy, a nie ilością cyferek i metryką urodzenia.
Tak naprawdę jeszcze w czasie studiów rozpoczął Pan współpracę z Filharmonią Krakowską, później w Teatrem Wielkim w Łodzi, był Pan dyrygentem , a także dyrektorem artystycznym Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku, dyrektorem artystycznym Filharmonii w Łodzi, dyrektorem naczelnym i artystycznym Filharmonii w Krakowie, aktualnie od sezonu 2017/ 2018 jest Pan ponownie dyrektorem artystycznym Filharmonii im. Artura Rubinsteina w Łodzi. Współpracował Pan z większością orkiestr symfonicznych w Polsce oraz często dyryguje Pan orkiestrami symfonicznymi i kameralnymi za granicą.
Zmiany, które nastąpiły w ciągu czterech minionych dekad są ogromne.
Wszędzie nastąpiły ogromne zmiany. Pamiętam jak do Rzeszowa zaprosił mnie po raz pierwszy pan prof. Józef Radwan. Od tamtego czasu wiele się zmieniło dlatego, że bardzo rozwinęło się szkolnictwo muzyczne. Przez wiele dziesięcioleci w akademiach muzycznych kształcono wyłącznie wirtuozów, którzy po zakończeniu studiów nie stawali się wirtuozami i przeżywali pewien rodzaj degradacji trafiając do orkiestr.
Gdybym teraz rozpoczynał pracę dyrygencką miałbym łatwiej, bo orkiestry są dużo lepsze. W tamtych czasach członkami orkiestr byli muzycy wykształceni w okresie powojennym i nie było tak wysokiego poziomu jaki jest teraz. To były trudne czasy, zresztą nigdy w tej materii nie było nadmiaru pieniędzy, ale nadmiaru pieniędzy nie ma na całym świecie.
Nie tak dawno rozmawiałem z muzykiem, który jest członkiem Orchestra dell’Accademia Nazionale di Santa Cecilia w Rzymie i dowiedziałem się, że zarobki muzyków w Rzymie są gorsze od przeciętnych. Przy dużym nakładzie pracy, wysokich kosztach utrzymania w dużym mieście to nie są rewelacyjne pieniądze. W wielu krajach jest podobnie.
Obecnie publiczność z pewnością inaczej niż trzy albo cztery dekady temu, przyjmuje wykonywane na żywo utwory.
Publiczność została wyedukowana. Młodzi ludzie którzy uczęszczali do szkół podstawowych czterdzieści lat temu i uczestniczyli w audycjach oraz koncertach dla szkół, mają teraz po pięćdziesiąt, sześćdziesiąt lat. Wielu z nich regularnie przychodzi na koncerty symfoniczne czy kameralne do filharmonii, albo do teatrów operowych.
Powinno się dalej budować przyszłość, bo wiadomo, że poziom zajęć z muzyki w szkołach ogólnokształcących jest dramatycznie słaby. Kiedyś, jak moja córka uczęszczała do liceum, przeglądnąłem podręcznik do nauki muzyki i byłem wprost zdruzgotany. Młody człowiek zdający maturę nie ma zielonego pojęcia o muzyce.
Powiem więcej, ostatnio przeczytałem, że ponad połowa (prawie 60 %) społeczeństwa polskiego uważa, że ostatnie reformy dotyczące pomocy państwa dla muzyków są niepotrzebne, że tego nie wolno robić, bo to jest wręcz złe. To znaczy, że artyści nie są poważani w społeczeństwie.
Ażeby być poważanym artystą, to trzeba zapełnić Stadion Narodowy (Dziesięciolecia) publicznością, śpiewając marne piosenki z wadą wymowy. Wtedy jest to wielka sztuka.
Większość społeczeństwa jest przekonana, że wynagrodzenia artystów otrzymuje takie wynagrodzenia jak ci, których koncerty zapełniają wielkie stadiony i gromadzą tłumy, nie doceniają muzyków, którzy do pracy w filharmoniach i teatrach operowych poświęcają co najmniej szesnaście lat na naukę. Na własnym przykładzie może Maestro potwierdzić.
Wiele osób jest przekonanych jest, że dyrygent wychodzi na estradę , coś zamacha, ukłoni się i zejdzie. To wszystko. Nie mają zielonego pojęcia, że przygotowanie się do koncertu, to są dziesiątki godzin , czasem kilka lat pracy nad partyturą konkretnego dzieła .
Mało tego. Muzyk rozpoczynający naukę dyrygentury powinien już mieć solidne wykształcenie z zakresu historii teorii muzyki, dobrze grać na jakimś instrumencie…
Tak było do niedawna. Pewnie się pani zdziwi. W tej chwili, wiem to z autopsji.Na dyrygenturę starają się osoby, które nie grają na żadnym instrumencie lub też zaczynają swoją edukację w tym zakresie.
Dyrygentura staję się rodzajem pewnego baletu połączonego z aerobikiem. Nie ma to nic wspólnego z dyscypliną sztuki.
Jak to możliwe?
Stało się tak dlatego, że mamy nieustannych „wymyślaczy – reformatorów” i drugie grono etatowych „potakiwaczy”, którzy dają przyzwolenie społeczne na absurdalne reformy w szkolnictwie. To jest także odpowiedź na zadane przez panią pytanie – co się zmieniło.
W latach 70-tych i 80-tych nie do wyobrażenia było, żeby na dyrygenturę zdawał ktoś, kto rozpoczął naukę gry na instrumencie pół roku wcześniej.
To są zmiany, które według mnie idą w złym kierunku. Tego się nie zauważa, a później przechodzi się nad tym do porządku dziennego. Tak się stało i dlatego mówię coraz częściej, że dyrygentura staje się swoistym studium aerobiku.
Chcę jeszcze powrócić do Pana stwierdzenia, że gdyby Pan teraz rozpoczynał pracę dyrygenta, byłoby łatwiej Panu zadebiutować. Myślę, że powiedział Pan tak dlatego, że należy Pan do grona znakomitych dyrygentów i pedagogów, mających olbrzymią wiedzę oraz doświadczenie, którzy nie tylko chcą ją przekazać, ale także wprowadzić młodych ludzi na scenę.
Od pewnego czasu są specjalne programy dla młodych dyrygent-rezydent, które spełniają ważną rolę i są bardzo pomocne. Chociaż z drugiej strony studenci dyrygentury mają możliwość chodzenia na próby do filharmonii i nie korzystają z tego. Nie doceniają tego, że podczas prób można obserwować pracę dyrygentów z orkiestrą, ale także poznać wiele dzieł , którymi dyrygować będą w przyszłości.
Uważam, że jeśli ktoś chce zostać dyrygentem i czuje pasję – to dyrygentem zostanie, ale jeśli ktoś zamierza robić karierę - nigdy dyrygentem nie będzie, a ilość występów na scenie nie jest miernikiem artyzmu.
Pana działalność artystyczna i praca pedagogiczna łączą się?
Bardzo się łączą. Jednak odpowiedzialność w pracy pedagogicznej jest dwa razy większa, ponieważ zdają sobie sprawę z tego, że młody człowiek, który zaczyna studiować dyrygenturę, poświęca pięć lat życia na przygotowanie się. Trzeba w tym czasie solidnie z nim pracować i dbać o jego rozwój. Nie można nic przegapić, bo to jest życie młodego człowieka, który jest pełen nadziei i buduje swoją przyszłość. Pedagog powinien zrobić wszystko, żeby ten człowiek nie przeżył rozczarowania, albo nawet frustracji z tego powodu, że zdecydował się zostać dyrygentem. To jest odpowiedzialność za czyjeś życie.
Z moich obserwacji wynika, że orkiestry w ostatnich latach coraz mniejszą uwagę przywiązuję do nagrań płytowych, chociaż Orkiestra Filharmonii im. Artura Rubinsteina z Łodzi sporo nagrywa.
Płyty nagrywa się nie po to, żeby je sprzedawać. Sprzedaż praktycznie nie istnieje. Każdy może sobie dowolne nagranie posłuchać na YouTube Music, Spotify… Na sprzedaży płyt nie można zarobić. Płyty nagrywa się po to, żeby mieć swoją wizytówkę z aktualnym poziomem zespołu.
Płyta zawsze zmusza do pokory. Wymaga tego obecność mikrofonów. Musi być ogromna dyscyplina podczas nagrania. Mikrofon jest bezwzględny – obnaża wszystko. Wszystkim jest to potrzebne, zarówno muzykom jak i dyrygentowi.
Dobór repertuaru na płytach jest także bardzo istotny bo w pewien sposób określa tożsamość zespołu. Ostatnio skupiłem się na nagraniu na przykład koncertów Emila Młynarskiego, Aleksandra Tansmana, Grażyny Bacewicz, Zygmunta Noskowskiego…
Poprzez repertuar na płytach dookreślamy się jako zespół , pokazujemy profil zespołu. Nie mamy ambicji, żeby nagrać komplet symfonii Antona Brücknera, czy Gustava Mahlera, bo nagrane zostały już wiele razy. Nie wiem, czy jest w Polsce orkiestra, która mogłaby nagrać wszystkie symfonie Gustava Mahlera i spróbować się porównywać z nagraniami na przykład Orkiestry Festiwalowej z Lucerny, czy orkiestr z Wiednia i Berlina.
Ma Pan w tej chwili wpływ na to, co grane jest w Filharmonii Łódzkiej. Stara się Pan, aby programy koncertów wypełniały piękne, ambitne, wartościowe i wymagające utwory.
Na otwarcie sezonu w Łodzi przygotowujemy Symphonie de chambre i II Koncert fortepianowy Aleksandra Tansmana oraz IV Symfonię Witolda Lutosławskiego.
W październiku zapraszamy na koncert kameralny, podczas którego będziemy świadkami polskiego prawykonania Kwartetu smyczkowego c-moll Pawła Kleckiego.
Staram się, aby w programach koncertów często były utwory polskich kompozytorów, bo muzyka polska w moim przekonaniu jest najlepszym towarem eksportowym jeśli chodzi o polską kulturę.
Grzechem byłoby nie wykorzystać tej wielkiej wartości, która tkwi w muzyce polskiej i ma wymiar światowy.
Ostatnio miałem przyjemność dyrygować Koncertem na orkiestrę Witolda Lutosławskiego w stolicy Brazylii i byłem naprawdę dumny z tego, że jestem Polakiem, że mam zaszczyt dyrygować utworem polskiego kompozytora, że na koncercie jest Ambasador RP. Publiczność z ogromną żarliwością i oddaniem dziękowała za ten utwór. Czułem, że dzieje się coś wyjątkowego. Mamy się czym chwalić i sięgajmy po to, co najlepsze w naszej kulturze.
To bardzo dobra puenta naszego spotkania. Bardzo dziękuję za poświęcony mi czas.
Ja także dziękuję za rozmowę
Zofia Stopińska
,



